Front matter
SONETY
SHAKESPEARE’A
I — CXXXIV i CXXXVII — CLIV
całość
SONETY
SHAKESPEARE’A
I — CXXXIV i CXXXVII — CLIV
TŁOMACZYŁ
MUS
KRAKÓW
G. GEBETHNER I SPÓŁKA
1913
PRZEDMOWA.
I.
Przedmowę pisać zamierzałem prozą; Lecz wiosną siła tłomaczyłem wierszy, Przeto mnie rymy same teraz wiozą: Wiersz będzie szczerszy.
Losu przewidzieć nie sposób kolei: Choć być czytanym nie roszczę nadziei, Kto po angielsku Szekspira nie czyta, O mnie zapyta.
»Czy przekład wierny?« zapewne zagadnie, A sam pytania nie rozwiąże snadnie, Bo sam nie może zagłębiać się wcale W oryginale.
Wypada, przeto, rzec coś o metodzie. Co mnie jest przykrem, bo Bergson jest w modzie I każdy mówi coś o intuicyi, Nawet w Galicyi.
Albo powiedzą: »Cóż za dusza harda! Cudzych rozumów niechętnie pożycza«. Wiedzcie, zaglądam: w Lindego, Standarda I w Karłowicza.
Lecz nie czytałem komentarzy żadnych, Od dzieł się strzegłem erudytów zdradnych, Bo kiedy widzę gmach hipotez kruchy, Nie mam otuchy.
Sądzę, że Szekspir wieczyście jest żywym: Niech mnie obejmie skrzydłem miłościwym, Niech Szekspir, który prawdą swoją włada Sam mnie gada.
Kiedy nie umiem rozwiązać rebusów, Cudzych przekładów nie pożądam brusów, Lecz wolę złożyć u Szekspira nogi Dowcip ubogi.
II.
Za to tak pełnił duszę moją całą I tak promieniał wiecznie żywą chwałą, Żem myślał czasem: już umieram sobie, Już jestem w grobie.
A nieśmiertelne części mej istoty Biorą na siebie kształt Szekspira cnoty; Wielka myśl jego chyba ze mnie tryska, Tak mnie jest blizka.
I nic mojego już mnie nie obchodzi, Lecz w serce samo boleśnie ugodzi, Gdy Szekspir wielki pije kielich wzgardy Potwarzy hardej.
Gdym losu przeszedł okrutne koleje, Gdym poznał snadnie, iż wszystko niszczeje, I mnie się zjawił druh spowity w blaski, Mąż pełen łaski.
Walczyłem mężnie przez wszystkie sonety, Aby przed Śmiercią dobiegnąć do mety, By wieki przetrwał wiecznie jasnym duchem, Który był druhem.
Myślałem czasem: jeśli prądem płyną Duch, myśl Szekspira duszy mej głębiną, To poprzez polskie słowa i obrazy Spłyną bez skazy.
III.
Ktoś powie może: »Tłomacz nie bogaty, A dotknął tego, który objął światy; Lub mowie mojej zarzuci purysta, Że nie dość czysta.
Czemuż języka nie ma naród w pieczy? Choć praw do niego nikt tu nie zaprzeczy. Nie skąpią w ósmej rzeszy młodzi wiernej Płodów moderny.
W klasie belfr czyta nutę romantyczną, Lecz każe w domu czytać powieść śliczną: Zychów, Reymontów, wieszcza z Ludzimierza, Miasto psałterza.
Chociaż ich myśli nader cenię twórcze, Wiem, że gdy cisnę pierwsze lepsze kurczę Na bystre wody, to biedne opadnie W mieliznę snadnie.
Muza klasyczna najlepszą jest matką; Choć młodych straszy iż jest nazbyt gładką, Lecz i dziecięciu poda pokarm zdrowy I miód wymowy.
Lecz, nieuczony, nie myślałem o tym, Aby sonety przenieść rymem złotym W język nasz prawy i takie ryć zgłoski Jak Kochanowski.
Dziś choć słowników poczet tomów mnogi, To wiedzcie jednak: język nasz ubogi, Bo wciąż te same słowa się powtarza, Błędem zaraża.
Już biurokracya nie mówi lecz ziewa. A któż cną myślą tak serce zagrzewa, By w serca drugich uderzył jak grotem Złotych słów lotem?
IV.
Przeto mnie ciężkie opadły kłopoty, Jak Szekspirowskiej nie przedrzeźniać cnoty. Chodziłem słuchać, czy nie zabrzmi z wioski Ton staropolski.
Chodziłem łąką i strumienia brzegiem, Tłomaczyć, nawet, uczyłem się w lesie; Myśleć musiałem nad żywota biegiem, Lub o procesie.
Gdym duszę świata nasycił obrazem, To Wujek ruszył niepamięci głazem, Lub echo jakiejś zapomnianej pieśni, Czytanej wcześniej.
Potym już same płynęły sonety. Choć żadnej może nie mają zalety, Pókim przekładał, słońce mi świeciło Jasno i miło.
Jeśli mój przekład razi czytelnika, To miast w ostrego bawić się krytyka, Niech pisze, nie chcąc języka zagłady, Do Szkolnej Rady.
SONETY
JEDYNEMU RODZICOWI TYCH OTO WYDANYCH SONETÓW
PANU W. H. WSZELKIEJ SZCZĘŚLIWOŚCI
I TEJ WIECZNOŚCI
OBIECANEJ
PRZEZ
NASZEGO WIECZNIE ŻYJĄCEGO POETĘ
ŻYCZY
ŻYCZLIWY WYDAWCA, WYDAJĄC
I.
Od pięknych istot żądamy mnożenia, By róża krasy nie wygasła słodka; Lecz kiedy rodzic schyli się do cienia, Pamięć latorośl przechowała wiotka. Ty w dal nie patrzysz okiem Twoim jasnym: W płomieniu swoim sam spalasz się żartwą; Nazbyt okrutnym jesteś wrogiem własnym, Obfitość darów w pustkę zmieniasz martwą. Wesela wiosny jesteś teraz posłem I ziemi jesteś najświeższą ozdobą; Lecz bujne pędy łamiesz Śmierci wiosłem I sknerstwem ziemię okrywasz żałobą. Nie łącz się chłopcze, z śmierci spustoszeniem I światu oddaj, co świata jest mieniem.
II.
Gdy zim czterdzieści osaczy Twe skronie, Bruzdami ryjąc gładkie Twoje czoło, Młodości krasa, co dziś świetnie płonie, Zwiędnie jak wyschłe, niecenione zioło. »Gdzież piękność taisz?« ktoś Ciebie zagadnie, »Gdzie skarby wiosen pożądliwych skryte?« Jeśli odpowiesz: »W Twych oczach odbite«, Twą próżną chwałą zawstydzisz się snadnie. Lepiej bym chwalił piękności użytek Gdybyś mógł odrzec: »To dziecię nadobne, To mój obrońca i cały dobytek, Gdyż blaskiem moim, w spadku wziętym, zdobne«. Wówczas wiersz dziecka natchniony urodą, Gdy krew Twa zziębnie, śpiewałby ją młodą.
III.
Patrz w Twe zwierciadło, mów odbitej twarzy: »Już czas utworzyć obraz bardziej trwały«. Jeśli wnet nie dasz Twojej kopii świeżej, Niewiasty skrzywdzisz, świat oszukasz cały. Bo gdzież jest piękna, której łono twarde Oraniem wzgardzi Twojego włodarstwa? Lub ród gaszące czym szaleństwo harde? Nasyci trumnę życia jego pastwa, Tyś matki Twojej zwierciadłem i matka W Tobie młodości odnajduje kwietnie. Tak, mimo zmarszczki, Twoje złote latka W dziecięciu ujrzysz: znów zabłysną świetnie. Lecz, jeśli życiem nie stworzysz pamiątki, Jakież zostawisz i Twój obraz szczątki?
IV.
Śliczności płocha! czemu sam dla siebie Rozrzutnie trwonisz piękności legata? Natury władza nie daje, użycza; Wolnej od wolnych należna zapłata. Więc, piękny sknero, czemu dać zazdrościsz Bogactw, byś darzył, danych Ci bez liku? Jakież do skarbów prawa sobie rościsz? Żyć z nich nie umiesz, zły dożywotniku! I cóż trwałego samolubstwo wskóra? Sam się oszukasz o Twe miłe życie. Gdy do odejścia wezwie Cię natura, Kogóż dziedzicem zostawisz na świecie? Gdyż nieużyta legnie z Tobą w trumnie Piękność, co woli strzec mogła rozumnie.
V.
One godziny, których prace błogie Kształt utworzyły oczom wszystkich miły, Wnet jak tyranki zabawią się srogie I piękność zniszczą, gdzie jej blaski lśniły. Czas niestrudzony ku zimie prowadzi Młodziutkie lato i tam wiotkie zdradzi. Sok skrzepnie w mrozie, zginą wdzięczne listki Śnieg krasę skryje; wszędzie nagie pustki. Gdyby nie była zawarta treść lata W szklanym więzieniu, co ją płynną mieści, Toby piękności stała się utrata, O pięknie nawet zaginęły wieści. Kwiat w woni żyje: srogie zimy słoty Szatę mu zedrą, nie zniszczą istoty.
VI.
Nie dozwól zimy dłoni rozbójniczej Zohydzić lata, nim treść Twą przechowa Naczynie wierne; złóż na dobrej pieczy Skarb Twej urody, póki jeszcze zdrowa. Nic ten obyczaj nie ma lichwiarskiego I nie obciąża dłużników sromotnie: Dla siebie zrodzisz Twoje alter ego, Dziesięćkroć szczęsny, jeśli dziesięćkrotnie! Dziesięciu synów dziesięć wnucząt spłodzi I tak Cię każdy dziesięć wznowi razy. A gdy odejdziesz, śmierć Ci nie zaszkodzi: Zostawisz swoje żyjące obrazy. Zbądź samowoli; nadto jesteś gładkiem, By śmierć Twym darzyć i robactwo spadkiem.
VII.
Patrz, gdy na wschodzie wdzięczne światło wznosi Płonącą głowę, wszelki byt, co żywie, Ten widok nowy hołdem winnym głosi, Spojrzeniem służy chwale sprawiedliwie. A gdy na strome niebios wzgórze wstąpi, Młodości krzepkiej zda się być obrazem; I wzrok śmiertelny chwalby mu nie skąpi, Z pielgrzymką złotą wiernie bieży razem. Lecz gdy z zenitu znużone opadnie, Od dnia się chyli, jak starców wiek ślizki, Wątpiące oczy odwrócą się snadnie I już nie patrzą na bieg słońca nizki. W Twych lat południe stracisz Twoje mienie, Syna nie mając pójdziesz w zapomnienie.
VIII.
Głos Twój muzyką — muzyka Cię smuci; Choć radość każda kocha się w radości, Słodycz z słodyczą nigdy się nie kłóci. Jak lubić możesz to, co Ciebie złości? Skoro harmonii dobrze zgrane dźwięki, Złączone zgodnie, drażnią Twoje ucho. Wszak serce Twoje słodką poją skruchą, Iż samotnością niszczysz Twoje wdzięki. Zważ, struna mężem struny jest w kolei, Uderza w drugą wzajemnym porządkiem; Podobne panu, matce, ich nadziei, Brzmią zjednoczone jednym śpiewem słodkiem. Słyszysz pieśń bez słów, jedną chociaż mnogą? »W nicość obrócisz Twą samotność srogą«.
IX.
Czy wdowie jednej chcesz szczędzić żałości, Iż trawisz siebie w życia samotności? Jeśli odejdziesz bez potomstwa chwały, Samotną żoną świat zostanie cały. Świat będzie wdową i wypłacze żale, Żeś kształtu Twego nie zostawił w świecie, Gdy zwykła wdowa wspomnieć może stale Małżonka postać, gdy spojrzy w swe dziecię. Kiedy rozrzutnik trwoni swoje mienie, Skarb zmienia pana, lecz świat jeszcze cieszy, Lecz szkodą wieczną piękności niszczenie I marnotrawca zgubą piękna grzeszy. Bliźnich swych kochać może jedno zwodnie, Kto sam na sobie takie spełnia zbrodnie.
X.
Zaprawdę nie mów, iż miłujesz kogo; Samego siebie nie masz w dobrej pieczy. Mów, że posiadłeś ludzi miłość błogą, Lecz jej nie dajesz: nikt Ci nie zaprzeczy. Bo tak nienawiść sercem Twoim włada, Że sam nad swoją przemyśliwasz zgubą; Miłą Ci domu pięknego zagłada, Którego świetność winna być Twą chlubą. O zmień Twe myśli, abym zmienił zdanie! Czyż złość od dobra milsze ma mieszkanie? Bądź jak Twa postać wdzięczna i łaskawa, Lub choć sam sobie słuszne przyznaj prawa. Przez miłość dla mnie, stwórz drugiego siebie, By blask Twój świecił, gdy śmierć Cię pogrzebie.
XI.
Gdy dzień Twój zblednie, rosnąć będziesz w świcie, W dziecięciu Twoim, poranku nie rzucisz. Jeśli krwi młodej młodo dawasz życie, To lat dojrzałość w młodość znów obrócisz, W tym mądrość leży, piękność i mnożenie Lub szał Ci grozi lub wieku skażenie. Gdyby Twój upór uporem był świata, Ludzkość niedługie czekałyby lata. Ci którym wdzięków i zalet nie dano, Niech bezpotomni umierają skrycie. Bogate dała natura Ci wiano, Hojnych jej darów strzeż pieczołowicie. Pieczęcią Ciebie natura nazywa: Masz odbić siebie, póki pieczęć żywa.
XII.
Gdy słyszę dzwonów czas liczące głosy, Przed nocą straszną gdy dzień chrobry klęka, Gdy fiołka gaśnie nadobna wiosenka, A wiek ubiela srebrem krucze włosy, Gdy z drzew wyniosłych opadają liście, Pastuszej trzody niedawne ochrony, Zieleni letniej gdy w stos rzucą kiście, Gdzie chrzęszczą szklanie, aż je zgryzą szrony: O gładkość Twoją, miły się kłopocę; Bo czas Cię pojmie jak zdobycz żałosną: Czary i krasy tracą swoje moce I gasną w miarę, jak w krąg drudzy rosną. I nic od Czasu kośby Cię nie zbawi, Lecz Twe potomstwo Czas butny zniesławi.
XIII.
Gdybyś był sobą! ale, o mój luby, Posiadasz siebie w ziemskim jedno bycie. Od ostatecznej zachowaj się zguby I oddaj komuś wdzięczne Twe odbicie. Tak aby , którą dzierżysz w lennie Nie była wziętą; i abyś po skonie Znowu był sobą; abyś nieodmiennie Odżywał luby w lubych dziatek łonie. Bo któż zezwala paść pięknym domostwom, Które zachowa skrzętność w dawnej chwale, Przed dni zimowych burz i ulew chłostą I w śmierci wiecznym mroźnych pustek szale? Mąż marnotrawny. Wszak miałeś rodzica, Ojcowstwo Twoje niech syna zaszczyca.
XIV.
Z gwiazd wiedzy czerpać wcale nie mam woli, Choć astronomii znam arkan dostojny. Nie przepowiadam złej lub dobrej doli, Ognia, powietrza, głodu albo wojny. Minut nie umiem odgadnąć przyszłości I wskazać każdej: deszcz, wicher lub burzę, Ani też w niebie szukam wiadomości, Czy są szczęśliwi możni ludów stróże. Lecz z oczu Twoich sądy moje płyną W tych gwiazdach stałych czytam wyrok błogi: »Prawda i piękno na wieki zasłyną Gdy oddasz światu żniwa Twego stogi«. Albo też czytam Twoich oczu zdradą: »Skon Twój jest Prawdy i Piękna zagładą«.
XV.
Wszelki byt zmienny, co widzę w krąg siebie, Jest doskonałym jedno oka mgnienie. Ta wielka scena złudne daje cienie, O których gwiazdy tajnie szepcą w niebie. I ludzi widzę, gdy jak zioła rosną; Pieści ich niebo i zgina koleją, W młodości szumią, w zenicie maleją I dzielne losy w noc grzebią żałosną. I myśl nad bytu niestałą naturą Twą hożą młodość stawia przed oczyma; Bo Czas niszczyciel z Ruiną się zżyma, Chcąc dzień Twój młody w noc zmienić ponurą. Lecz w wojnie z Czasem, z miłości dla Ciebie, Na nowo szczepię, co on chytrze grzebie.
XVI.
Lecz potężniejszą przecz nie walczysz mocą Z Tyranem Krwawym, co czasem się zowie? Przecz się nie bronisz skuteczniej przed nocą, Niż ja Cię bronię w pustym moim słowie? Jesteś na godzin najweselszych szczycie, Siła dziewiczych ogrodów przecudnych Chętnie przechowa żywe Twoje kwiecie, Od konterfektów lepsze stokroć złudnych. Życie naprawia, życia smutne psoty. Pędzel lub pióro daremnie się trudzi Skreślić Twą gładkość, duszy Twojej cnoty; Ale żyć możesz żywym w oczach ludzi. Nic nie uchroni pewniej Cię od zguby, Niż gdy utrwali własny Cię kunszt luby.
XVII.
I któż w przyszłości obdarzy mnie wiarą, Jeśli pieśń będzie chwałą Twoją dumna? Chociaż Bóg widzi, dziś jest jako trumna, I cnotę Twoją skąpą płaci miarą. Gdybym opisał oczu Twych cud żywy, I wdzięki Twoje zliczył w mej powieści, Przyszłość by rzekła: »Ten wieszcz był kłamliwy, Bo ziemskich twarzy niebo tak nie pieści«. I mój rękopis, gdy pożółknie wiekiem, Jak starców mowa, zda się kłamstwa stekiem. Szałem się wieszcza zdadzą Twe zalety, Nadętym rymem starego poety. Lecz gdyby wówczas żyło Twoje dziecie, W nim i w mym wierszu dwakroć żyłbyś w świecie.
XVIII.
Do letniej doby przyrównać Cię błogiej? Jak wdzięków Twoich strzyma porównanie? Majowym kwieciem wstrząsa wicher srogi, A letnie wczasy krótkie mają trwanie. Wnet niebios oko skwarem nas uracza, Krąg jego złoty nieraz zaćmią chmury, I każda śliczność od śliczności zbacza, Biegiem przypadku lub zmiennej natury. Lecz lato Twoje kwitnąć będzie wiecznie, I też nie stracisz skarbu Twojej krasy, I cienie śmierci ominiesz przespiecznie, Gdy wieczną drogą pełne zmierzysz czasy, Póty tchu ludziom, póty oczom wzroku, Wiersz mój żyć będzie, Tobie sporząc roku.
XIX.
Łam lwie pazury, Czasie zniszczeń chciwy, Każ ziemi pożreć wdzięczne swoje płody, I kły tygrysie wyrwij z paszczy żywej; Niech w krwi swej spłonie Fenix wiecznie młody. I ślij na ziemię klęski lub słodycze; I niszczyć możesz, Czasie chyżonogi, Świat ten i świata rozkosze zwodnicze; Lecz Ci zabraniam jednej zbrodni srogiej: Godziny rylcem nie żłób miłej skroni, Nie kreśl bruzd na niej piórem starożytnym. Omiń miłego w Twej wiecznej pogoni, Przyszłości wzorem zachowaj go świetnym. Lecz choć Twa wściekłość, Czasie, się rozsroży, W wierszu żyć będzie miły zawżdy hoży.
XX.
Natury dziełem niewieście Twe lica, Władzco-władczyni mojej namiętności! W piersi Twej tkliwe niewiast serce gości, Lecz nie podlegasz zmianom jak zwodnica. Jaśniejsze oko i fałszem nie mami, Lecz złoci przedmiot, na który spogląda. Tyś mąż w pozorze, władasz pozorami, Rwiesz mężów oczy, niewiast duszę dziwisz. I na niewiastę byłeś zamierzony, Zanim Cię tworząc natura rozrzutnie, Zbytkiem mi Ciebie wydarła okrutnie. Tak jej hojnością nie jam obdarzony. Gdy z skarbów Twoich niewiastom pożytek, Daj mi Twą miłość, im miłości zbytek.
XXI.
Muzy nie myślę za wzór wybrać sobie, Co malowaną pięknością natchniona, Niebios używa ku rymów ozdobie, Iż pięknem wszelkim zdobna piękność płona. I parzy piękność w porównaniu gładkim Z księżycem, słońcem, z mórz i ziem skarbami; I z wiosny kwieciem, z wszelkim cudem rzadkim, Które pod niebios chroni się stropami. Zwólcie mnie pisać; jak kocham: z prostotą; A potym wierzcie, iż gładszym mój miły Niż kto bądź w świecie, choć nie lśni jak złoto, Jak nocnych niebios pochodnie świeciły, Niech mówią, którzy słowa puste lubią, Zmilknę, bo słowa prawdę szczerą gubią.
XXII.
Zwierciadło wieku wskazać mi nie zdole, Póki młodości jesteś rówieśnikiem. Lecz kiedy widzę bruzdy na Twym czole, To śmierci wzywam tęsknot pełnym krzykiem Bo piękność, która płaszczem Cię okrywa, W szatę dostojną odziewa mą duszę, Bo dusza moja w Twej piersi tkwi żywa, Więc Twym być zawżdy rówieśnikiem muszę. Miej w pieczy dobrej Twoje zdrowie, proszę, Tak ja dla Ciebie strzegę się od złego, Odkąd w mej piersi serce Twoje noszę, Jak niańka strzeże dziecięcia małego. Lecz kiedy w Tobie serce moje skona, Zwrotu nie żądaj serca z mego łona.
XXIII.
Niewprawny aktor, gdy na scenę wchodzi, W strachu zapomni roli, którą umie. Drapieżna bestya za bary się wodzi Z wściekłością własną i tym siłę tłumi. Drżąc, abyś nie dał słowom moim wiary, Słów zapominam obrzędu kochania, Miłości siła z miłości się słania, Miłości ciężą miłości ciężary. Zwól księgom moim być piersi wymową, Nagrody mojej przepowiednią cichą: O miłość wołam — ksiąg pisane słowo Wołania mego opowieścią lichą. Przez miłość niemą, czytaj, co jest rytem, Bo wzrokiem słyszeć miłości jest sprytem.
XXIV.
Malarza sztuką oko me swywoli: Twój obraz śliczny w sercu kładzie wiernie, Ciało jest ramą, którą go niewoli, A perspektywy używa misternie. Bo malujące przejrzeć musisz ślepie, By zgadnąć, gdzie Twe odbicie zmieszczone: Cicho spoczęło w piersi mojej sklepie, A okna sklepu Twym wzrokiem oszklone, Zważ, oczom oczy jak służą wzajemnie: Moje Twą postać drogą nakreśliły, Przez okna Twoich, w piersi mojej ciemnię, Zagląda słońce i blask sieje miły. Ale kunszt taki nie jest oczom zwykły, Nie znają serca i kształt kreślą nikły.
XXV.
Niechaj tych, czyja gwiazda jest łaskawa, Nadyma tytuł i publiczna sława. Fortuna takich tryumfów mnie wzbrania; Zysku nie patrzę, gdzie cześć serce skłania. Jak słońce płatki roztula stokroci, Tak ulubieńców blask książęcy złoci; Lecz się wyrzekli dumy swojej całej: Gdy pan się zmarszczy, gasną sługi chwały. Mężny wojownik, bitwami wsławiony, Zwycięstw tysiącem, gdy raz jest pobity, Z ksiąg jest zaszczytnych cale wykreślony, I zapomniany trudów plon obfity. Szczęśliwy los mój: kocham i kochany, Strącić nie mogę, nie strącą mnie zmiany.
XXVI.
Panie miłości, którego zasługi Powinność moją w hołd związały lenny, Piszę, nie dowcip okazać piśmienny Lecz by Ci płacić powinności długi. Powinność wielką, mój dowcip zbyt mały, Słów nie znajdując, przedstawi niegodnie; Lecz dufam, znając Twój umysł wspaniały, Że ją, choć nagą przyjmiesz niezawodnie. Jeśli, wiodącą losów mych koleje, Gwiazda łaskawie wejrzy na me błędy, Miłość obdartą w złotogłów odzieje, Zasłużę sobie na Twe słodkie względy; Miłością k’Tobie ośmielę się puszyć, Dotychmiast muszę w skrytości się kruszyć.
XXVII.
Pracą strudzony, śpieszę legnąć w łoże, Jak w przystań członki znużone rzeźwiącą, Lecz w głowie mojej wnet wszczynam podróże, Choć ciałem spocznę, duch biegnie w dal rwącą. Bo myśli moje (choć jestem daleki) Ku Tobie bieżą pielgrzymką strzelistą; Szeroko senne roztworzą powieki, Jak ślepiec patrzę w ciemność przepaścistą. Jedno wzrok twórczy mojej wyobraźni Twój obraz rzuca oślepłemu oku, Klejnot błyszczący w strasznej nocy mroku, Który noc piękni, odnawia i jaśni. Tak ciało we dnie, w ciemnej nocy dusza, Dla mnie, wskróś Ciebie, wiecznie się porusza.
XXVIII.
Ciała i duszy, jak zaznam spokoju? Ani w dzień spocznę, ani nocnym cieniem. Noc nie ochładza dziennych trudów znoju, Lecz dzień jest nocy, a noc dnia brzemieniem. I choć dzień nocy, a noc dnia jest wrogiem, To zgodnie jeden z drugą mnie udręcza, Dzień dręczy trudem, noc szyderstwem srogiem, Ze trud od Ciebie coraz mnie odstręcza. Dniowi pochlebiam, żeś jak dzień jest blady, Że łaską piękna jaśnisz dżdżyste pory: A nocy znowu rozpowiadam śniadej, Że miasto gwiazdy wyzłacasz wieczory. Lecz dzień się za dniem coraz smętniej wlecze, A noc za nocą bólu ostrzy miecze.
XXIX.
Kiedy w niełasce Fortuny i ludzi, Sam jeden płaczę stan wyrzutka smutny, A jęk daremnie głuche nieba budzi, I widzę siebie i klnę los okrutny, Życzę być mężem bogatszym w nadzieje, W przyjaźni, wdzięku cne uposażenie, Z inszymi życia mieniałbym koleje, Najmniej mię cieszy własne moje mienie. Gdy tonąc w myślach, sobą prawie gardzę, Myśl wspomni Ciebie: jak o rannym świcie, Od ciemnej ziemi skowronek odlata, Tak nędza moja hymn śpiewa w błękicie. Twa słodka miłość taka jest bogata, Że wzgardzam dla niej stanem królów świata.
XXX.
Gdy w słodkich, cichych myśli ukojeniu, Minioną przeszłość roztrząsam w wspomnieniu, Wzdycham, iż płonne były walki trudne, Łzą dawną płaczę straty czasu żmudne. Od łez odwykły, mam łez pełne oczy, Dla druhów skrytych wiecznej nocy cieniem. Miłości blizna znów krwią świeżą broczy. I dawne mary znów żegnam westchnieniem. I płakać mogę nad smętkiem przyszłości, I od żałości stąpać do żałości, I płakać straty jeszcze nie stracone, I łez haracze płacić wypłacone. Gdy wspomnę Ciebie, przyjacielu miły, Zwrócone straty, a bóle się śniły.
XXXI.
Wszystkie w Twej piersi serca zamieszkały, O których śmierci tęskność niosła wieści. Tam panią miłość: przez cud doskonały, Zmarłych przyjaciół w piersi Twojej mieści. Ach, łzę niejedną, świętą i stroskaną Powinna miłość wydarła mnie z oczu, Jako dług śmierci; lecz śmierć tylko zmianą, Bo zmarłych widzę w duszy Twej przeźroczu. Ty jesteś grobem, gdzie śni miłość żywa, Wawrzynem kryta wszystkich zgasłych druhów; To, co im dałem, na Ciebie się zlewa, Dziedzictwem Twoim skarby wielu duchów. W Tobie przyjaciół sycę się obrazem, Tyś wszystkim dla mnie, wszystko masz zarazem.
XXXII.
Jeżeli pełność dni moich przeżyjesz, Gdy śmierć łotrowska kości skryje prochem, I jeśli trafem, wśród śmieci, odkryjesz Prostacze rymy tego, co był druhem, Do czasu Twego przyrównaj polorów, I choćby każde zwyższało je pióro, Gwoli miłości, nie pal mych utworów, Chociaż szczęśliwsi przerosną mnie z górą. Poświęć mnie, proszę, wspomnienie łaskawe: »Gdyby z postępem wzrosła Muza druha, Przez miłość w świetną ująłby oprawę, Z lepszemi zrównał płody swego ducha. Umarł; poetów lepsze są dziś wzory Lecz jego czytam przez miłość utwory«.
XXXIII.
Ranek niejeden widziałem nad ziemią Szczyty pieszczący królewskim wejrzeniem, Zieleń łąk złotym całował promieniem, Wyzłacał strugi niebiańską alchemią. Dozwolił później chmurom napastniczym Szarą mgłą zakryć nieba chwałę złotą, I zatajony przed świata tęsknotą, Na zachód dążył z zaćmionym obliczem. Tak wczesnym rankiem i mnie słońce moje Przepychów świetnych lało w oczy zdroje. Godzinę jedną moim było ono Wnet się okryło chmur nizkich zasłoną. Lecz miłość moja go nie lekcej waży I plam nie szuka w ziemi-słońca twarzy.
XXXIV.
Przecz obiecałeś jasny dzień pogody I ruszyć dałeś w podróż bez ochrony? Burza mnie naszła mętnej pełna wody, Twą cnotę skryły chmur podłych zasłony. Choć chmury Twoją rozproszyłeś pieczą, By deszcz osuszyć na zbolałej twarzy Win nie zgładziłeś. Któż ceni lekarzy, Co ranę lecząc, niedoli nie leczą? Żałości mojej wstyd Twój nie jest lekiem. Chociaż się kajasz, nie zgładzisz urazy: Żal krzywdziciela obrońcą dalekim Temu, co zgięty pod krzyżem obrazy. Ale łza, którą miłość Twoja płacze, Jest perłą drogą i spłaci haracze.
XXXV.
Nie martw się dłużej Twymi uczynkami: Róż znamy ciernie, źródeł srebrnych błota, Księżyc i słońce wszak zaćmienie plami, Rak pączek słodki pleśnią swą omota; Ludzie są grzeszni, ja w tej chwili błądzę, Mym porównaniem na grzech Twój zezwalam: Sam się znieprawię, gdy Cię tym ocalam. Grzech Twój tłomacząc, zbyt go ważnym sądzę. (O grzech Twych zmysłów trącam mimochodem) Wszak Twój obrońca Twoim jest powodem. Sam z sobą wszczynam prawny spór mozolny, Bo gniew i miłość toczą we mnie wojny. Złodzieju miły, sam Ci w pomoc ruszę, Chociaż mi kradniesz bez litości duszę.
XXXVI.
Dozwól mi wyznać: życie nasze dwoje, Choć miłość nasza jedna nierozdzielnie; Niech plamy wszystkie będą tylko moje, Bez Twej pomocy poniosę je czelnie. Miłości nasze jedne w powinności, Lecz losów różnych dzielą nas zatoki; Choć dusz ku sobie nie przerwą skłonności, To godzin miłych kradną nam potoki. Nie zawsze druhem mogę Ciebie wyznać, Aby win moich wstydem Cię nie spłonić. W tłumie czcią Twoją nie możesz mnie uznać, By czci Imienia Twego nie uronić. I nie czyń tego: tak Ciebie miłuję, Że sławy Twojej, jak własnej pilnuję.
XXXVII.
Jak starzec dzieckiem raduje się dzielnym Gdy czyny mężne wypełnia z ochotą, Tak ja, kulawy losu ciosem celnym, Cieszę się Twoją i prawdą i cnotą. A choćby piękność, ród, dowcip i mienie, Zalety wszystkie i przymiotów stosy, Twoje mnożyły cne uposażenie, Miłość dorzucę w bogactw Twoich trzosy. Anim już chromy, ubogi, wzgardzony, Cień Twego szczęścia syci dobrotliwie, Z Twej obfitości jestem nasycony, I cząstką drobną chwały Twojej żywię. Śród dóbr Ci dobra najlepszego życzę; Życzenie prawdą — więc się szczęsnym liczę.
XXXVIII.
Innego Muza nie szuka natchnienia, Póki Ty żyjesz; istoty Twej wdzięki Wlewasz w me rymy, a takiego mienia Niegodny papier i słów puste dźwięki. I wdzięczność Twoja na Ciebie spaść musi, Jeśli zasłużył wiersz na Twoje łaski: Potrafią śpiewać ludzie nawet głusi, Temu, co natchnień jasne sieje blaski. I lepszą jesteś, Ty, Muzą dziesiątą Od dawnych, których wzywali poeci. Kto Ciebie wzywa, natchnień mocą świętą, Niech wiersz zaśpiewa, co nad Czas przeleci! Jeżeli ujdzie Muza moja zguby, Trud będzie moim, Twoje będą chluby.
XXXIX.
O jakoż cnotę wyśpiewam Twą godnie, Gdy lepszą częścią jesteś moją stale? Pochwałą własną chwalić się jest zwodnie, A chwaląc Ciebie, czyż nie siebie chwalę? Życia naszego, zwól, rozłączyć kolej; Niech miłość nasza jedną się nie zowie, Abym już odtąd mógł składać dowolej Hołd Ci należny, w dźwięcznym moim słowie. Byłobyś męką rozstanie zbyt srogą, Lecz gorzkie wczasy cną darzysz swobodą, Miłosną myślą czas wypełniać błogo, Myśli zaprawiać miłości osłodą. Uczysz, Rozstanie, mnożyć się miłości, Tu druha sławiąc, który w dali gości.
XL.
Miłości wszystkie bierz moje, mój miły! I cóż masz więcej, niźli miałeś wprzódy? Miłości wziąłeś teraz jedno złudy, Miłości prawe wszystkie Twoje były. Jeżeli miłość zabrałeś z miłości, Nie winię Ciebie, iż miłość niewolisz; Lecz grzeszysz ciężko, jeśli z pustej złości, Miłości nie chcąc, z miłością swywolisz. Złodzieju wdzięczny, nie pomnę kradzieży; Choć mi zabrałeś biedne moje mienie, Chociaż wie miłość, iż sroższe cierpienie Zadaje miłość, niż nienawiść zdzierzy. Swywolny wdzięku, wszystko Ci przystało: Wrogiem nie będę, choć zabijesz strzałą.
XLI.
Te winy drobne, co grzechem swobody, Gdy mnie nie pomną serce Twe i oczy, Dosyć tłomaczą Twój wdzięk i wiek młody: Jeszcze pokusa tropem Twoim kroczy; Z uprzejmych ściągnąć najłatwiej haracze, A źle Cię broni piękności osłona. Jakiż syn niewiast, gdy niewiasta płacze W łzach jej nie cieszy, aż łzą go pokona? Lecz mogłeś moje ominąć domostwo, Powściągnąć hożość i młodość zbyt bujną. Które z swywoli ciągną Cię w łotrostwo, Gdzie łamać musisz przysięgę podwójną: Jej, bo ją kusisz wdzięków Twych słodyczą, Twoją, bo czyny przyjaźni Twej przeczą.
XLII.
Żeś Ty ją posiadł, to nie gorycz cała; Choć rzeknąć mogę, żem ją kochał tkliwie, Najsroższym bólem, że Ciebie zabrała, Stratą w miłości, co dotyka żywiej. Miłośni zdrajcy, miłość Was tłomaczy: Wszak Ty ją kochasz za to, że mnie miła, Iż wszystko moje w miłosnej ma pieczy, Więc z druhem moim miłość mą zdradziła. Gdy Ciebie tracę, zguba zyskiem lubej, A gdy ją tracę, druh cieszy się stratą. Oboje tracę, siebie znajdą zguby. Miłość ich krzyża darzy mnie zapłatą. Słodkim pochlebstwem smutnej sprawy sedno: Ona mnie kocha: druh i ja to jedno.
XLIII.
Gdy oczy zawrę, lepiej widzą oczy; W dzień patrzeć muszą na świata marności, Lecz Ciebie widzą w nocnych snów przeźroczy, I chociaż ciemne światłem są w ciemności. Wśród nocnych cieniów cień Twój światła brzaskiem, Więc jakąż świetność postać Twa okaże, Gdy w blaskach dziennych zabłyśniesz Twym blaskiem? Twój, ślepym oczom, cień rzuca miraże. Jakiejby łaski oczy me doznały, Widząc Cię żywym w dnia żywego chwale, Gdy martwą nocą cień niedoskonały, Przeto iż Twój jest, gości w oczach stale. Póty Cię niema, wszystkie dnie nocami, A noc dniem jasnym, gdy sen Tobą mami.
XLIV.
Gdyby mdłe ciało w myśl zmienić strzelistą, Przebyłbym chyżo wszystkie niebios skłony; Z odległych granic, mimo przestrzeń mglistą, Tam, gdzie Ty jesteś, byłbym przeniesiony. Przeszkodą żadną, choćby stopy tkwiły W najodleglejszej od Ciebie krainie; Nad ląd i morza myśl lotna popłynie Chyżo jak myśli, gdzie przebywa miły. Myśl mnie zabija, że w myśl się nie zmienię, By mknąć za Tobą przez długie przestrzenie. W wody i ziemi pogrążon martwocie, Wolnego czasu wyglądam w tęsknocie. Nic mnie nie dają pierwiastki niewoli, Jeno łzy słone, świadectwo niedoli.
XLV.
Gdyż z Tobą zawsze będą tamtych dwoje: Powietrze lotne i ogień przeczysty, To jest myśl moja i pragnienie moje. Ku Tobie bieżą w pielgrzymce strzelistej Pierwiastki chyże całej mej istności. Lecz gdy odejdą w poselstwie miłości, Z pierwiastków czterech życie me złożone, Ku śmierci ciąży, z dwu osierocone. I życie moje dopiero uleczy Powrót od Ciebie onych chyżych gości, Którzy Twe zdrowie w wiernej mają pieczy, I dobre o nim niosą wiadomości. Cieszę się wówczas; lecz ślę gońce moje, I znów popadam w smętnych myśli roje.
XLVI.
Oko me z sercem bój śmiertelny toczy: Prawo królestwa każde sobie rości: Twój obraz życzą przechowywać oczy, A przywileju serce im zazdrości. Wywodzi serce, żeś w jego już pieczy, W skrytce, gdzie oka nie dosięga kryształ. Ale obrońca wymowie tej przeczy, Twierdzi, że obraz do niego Twój przystał. Rozstrzygnąć mają myśli trybunały; Lecz myśli wszystkie, to serca klienci. Wyrokiem myśli tak wypadły działy, By wzrok był sytym, serce miało więcej: Oka są mieniem czary Twej postaci, A miłość Twoja serce moje spłaci.
XLVII.
Oko i serce teraz sprzymierzone; Wzajemnie sobie świadczą dobrodzieje, Gdy oko Twego widoku złaknione, Lub serce straci miłości nadzieję. Więc oko Twoim ucztując obrazem, Zaprasza serce na Piękna bankiety; A kiedy serce oka gospodarzem, W miłosnych myślach oko znajdzie wety. Tak mnie obrazem lub miłością wołasz; Choć Ciebie niema jesteś w mej osobie Boś dalej nie jest, niż myśl wzruszyć zdołasz, Myślą mą jestem, a myśl zawżdy w Tobie. Lub gdy myśl zaśnie, Twój obraz w mym wzroku Przywoła serce do szczęścia potoku.
XLVIII.
Jakże ostrożnie każdą część dobytku Ukryłem, ściany rzucając domostwa, Aby dla mego została użytku Strzeżona wiernie od zbójów łotrostwa. Lecz, Ty, przy którym śmieciem są klejnoty, Najmilszy z drogich, jedna trosko moja, Pociecho cenna, teraz me zgryzoty, Pastwą pierwszego padłeś z brzegu zbója! Nie utaiłem Ciebie w żadne skrzynie, Prócz gdzie nie jesteś, choć tam czuję Ciebie, W cichym więzieniu piersi mej jedynie, Gdzie przyjść, skąd odejść, możesz jak do siebie. Lecz nie uszedłbyś pod zamkiem kradzieży; Za klejnot cnota łotrostwu nie zdzierzy.
XLIX.
Już się gotuję na czasu koleje, Gdy braków moich słodycz Twa nie zniesie; Gdy miłość Twoja, aż tak zubożeje, Że zwrotu skarbów zażąda w procesie; Na czas, gdy będziesz omijał mnie z boku I nie powitasz słońcem Twego wzroku, Gdy miłość zmieni istotę swą całą, Powagi wdzieje maskę ociężałą; Na czas ten dzisiaj mężnie się sposobię: W poczuciu zasług ceny bardzo małej, Rękę podnoszę sam przeciwko sobie, Byś miał za sobą prawa kodeks cały. Jeśli mnie rzucisz, słuszna Twoja sprawa, Gdyż być kochanym wcale nie mam prawa.
L.
Jak ciężko, żmudno wędrówka się wlecze! Podróży mojej jakaż jest otucha? Wytchnienie każde, postój każdy rzecze: »Tyle mil Ciebie oddziela od druha«. Pod smętku mego i żalu brzemieniem, Powoli stąpa biedne moje zwierzę, Jak gdyby jakimś wyczuło natchnieniem, Że jeździec nie dba o gonitwy chyże. Ostrogą konia nie pobudzę więcej, Bo kiedy ciosem skórę jego ranię, Wraz mnie odpowie bolesne stękanie, Które mnie gorzej, niż cios konia smęci. Westchnienie konia przypomni nie mile, Że ból przedemną, a radość jest w tyle.
LI.
Tak miłość moja konia powolności Wybaczy chętnie, gdy w drodze mnie wstrzyma. Bo pocóż śpieszyć tam, gdzie Ciebie niema? Póty nie wrócę, nie trzeba chyżości. Ale z powrotem nie zdzierży koń nogą, Bo choćby pędził, nie poleci duchem. Jadąc na wichrze, bość będą ostrogą, W locie skrzydlatym, lotnym wzgardzę ruchem. Żaden koń żądzy kroku nie dotrzyma: Dlatego żądza miłości przeczystej Ciała nie weźmie w swój pościg ognisty. — Miłość przebaczy szkapie, choć się zżyma. Od Ciebie odszedł, z uporem, powoli, Niechaj, gdy pędzę, kroczy wedle woli.
LII.
Jak bogacz jestem, który kluczem może Rozewrzeć skrzyni skarbów swoich kłodki, Lecz w skarb nie patrząc o dnia każdej porze, Nie stępi ostrza przyjemności słodkiej. A w roku także nie częste są gody; Z rzadka w dni szarych nanizane paśmie, Lśnią, jak klejnoty najwspanialszej wody, I ceny wielkiej w naszyjnika taśmie. Czas, co cię więzi, do skrzyni podobny, Do szatni stroje kryjącej złociste, Aby zajaśniał świetniej strój ozdobny, W dnia chwalebnego święto uroczyste. Bądź błogosławion, iż darzysz Twą cnotą Chwałą, gdy jesteś, gdy brakniesz, tęsknotą.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Sonety Shakespeare’a.
