I
I.
— Anno, są!... Nareszcie przyszły... Jedziemy! Doprawdy przyszły... Jedziemy!... Rozumiesz? — wołał pobladły od wzruszenia mężczyzna, wpadając z papierami do jurty. Młoda kobieta zerwała się z ławy i pochwyciła stojące obok dziecko. — Kto przyszedł? Co takiego!? — pytała z wyrazem bolesnej trwogi. — Pozwolenie... — szeptał mąż. — Rozumiesz: pozwolenie!... Podsuwał jej blizko papiery, ale ona nie widziała ich, zapatrzona szeroko otwartemi oczami gdzieś w głąb swego lęku, w przeszłość czy przyszłość, aż nagle świadomość mignęła w jej źrenicach i wtedy pośpiesznie zakryła ręką twarz, nabrzmiewającą łzami. Zdziwione dziecko zwróciło ku niej szafirowe oczy i zaczęło poważnie świdrować paluszkami w szczelinach kurczowo zaciśniętych palców. Mężczyzna objął oboje, przytulił do siebie i mówił dalej głosem przyduszonym: — Gołąbko moja... kochana moja... uspokój się!... Wszak to już koniec, już wszystko minęło... Wolni... — I cóż? Kiedyż?! — spytała, wycierając łzy. — Zaraz, dziś... Leo pisze, że parowiec odchodzi jutro wieczorem. Musimy dziś na noc wyruszyć; inaczej nie zdążymy. Już kazałem Betiugetowi konie z pługa wyprząc i wóz oporządzić... Chwili nie mamy do stracenia... Rzuć wszystko i zaraz bierz się do pakowania. — Ach, Stefku, tak nagle?! Wszystko w życiu naszym dzieje się takiemi skokami!... — westchnęła pani Anna. — Cóż robić?! Taka niesie nas fala... Dobrze przynajmniej, że tym razem szczęśliwa! Trzeba korzystać z odpływu... Śpiesz się... Pani Anna postawiła dziecko na ziemi. — Niech Oleś będzie grzeczny i nie przeszkadza mamie. W odpowiedzi na to Oleś wetknął głowę między jej kolana i uczepił się fałdów sukni z wielce obiecującym bąkaniem. — Tylko niech Oleś nie płacze, bo to będzie bardzo brzydko z jego strony. Tatuś zajęty, a mamusia musi rzeczy pakować!... Ach, Boże, co za chaos! Doprawdy, nie wiem od czego zacząć. Czyżbyś miał serce, Stefanie, opuścić nas w tej potrzebie — dodała z uśmiechem, spoglądając na męża, który jak stał, w czarnym filcowym kapeluszu na głowie, przysiadł u stołu i szybko list kreślił. — Hej, Betiuget!... W otwartych drzwiach, na tle błękitu i dalekich, wyzłoconych słońcem lasów modrzewiowych, pojawiła się oliwkowa twarz młodego Jakuta. — Odnieś list do pana nad Białe jezioro — rzekł po jakucku. — Żywo! Uwijaj się!... Dałeś koniom jęczmienia? — Dałem, panie. Zrobiłem wszystko, co pan kazał... — Ruszaj z kopyta! Pytasz, od czego zaczniemy? — zwrócił się do żony. — Przedewszystkim przyniosę ze śpichrza kufry i skrzynki, a ty tymczasem wybieraj odzież oraz rzeczy niezbędne i składaj na jedno miejsce... Ale nie bierz za dużo, bo nie starczy nam pieniędzy na opłacenie frachtu. Pani Anna aż w ręce klasnęła. — Za dużo?! Zdaje się, że nigdy nie mieliśmy ich za dużo... A co zrobimy z resztą? — Resztę... podarujemy sąsiadom! — odrzekł Stefan po chwili namysłu. Chciała zrobić uwagę, ale był już za drzwiami i ze zgrzytem obracał klucz w zamku maluchnej śpiżarki; pocieszyła się więc jedynie giestem wymownym i, nucąc piosenkę, zaczęła zbierać rzeczy. Pracowali pilnie, bez wytchnienia, otoczeni kurzawą starych rupieci. Oleś, uszczęśliwiony widokiem tylu nieznanych przedmiotów, leżących na ziemi, zachowywał się nadspodziewanie cicho, zato co chwila niósł coś do ust lub wlókł do kąta. Wieczór zapadał. Z otwartych drzwi powiało chłodem. Złoty, słoneczny blask na dalekich modrzewiowych lasach zamienił się w blask miedziany. Zmrok w chacie nasiąkł jego czerwienią. Anna rozpaliła ogień na kominku i nastawiła wieczerzę. Z dziwną tkliwością dotykała prostych i grubych na- czyń, które tak długo służyły im w doli i niedoli. Stefan wiązał mocno sznurami skrzynie i pakunki. — Betiuget! już wróciłeś? — krzyknął, spostrzegszy na popielatej ziemi podwórka wydłużony, popielaty cień człowieka. — To ja! Chłopak został w tyle! — odpowiedział wysoki, barczysty przybysz, pochylając się w nizkim wejściu. Zdjął z łysawej głowy wytartą, futrzaną czapkę, a dubeltówkę, którą miał w ręku, powiesił na kołku. — Poczciwy jesteś, żeś przyszedł — witali go, ściskając mocno za rękę. — Jedziemy... zaraz... za chwilę... — A wiem, pisałeś, ale czemu tak nagle? — Musimy się śpieszyć. Parostatek odchodzi jutro wieczorem. Mamy więc przebyć sto wiorst w dwadzieścia cztery godzin. Jeżeli nie zdążymy, będę musiał czekać drogi zimowej, gdyż nie mogę żony i dziecka wieźć konno. Zresztą na podróż parostatkiem pieniędzy nam starczy, ale na podróż końmi — żadną miarą... — Gdybyście się wstrzymali z wyjazdem, możeby wam się udało sprzedać chatę, spieniężyć coś z gospodarstwa, możeby kto nabył podorane grunta!... Stefan roześmiał się. — Grunta wracają do gminy. A co do sprzedaży rzeczy, to wiesz dobrze, że skoro sąsiedzi dowiedzą się, iż niedługo wyjeżdżam, nikt nic nie kupi. Oni już teraz uważają wszystko za swoją własność. „Żyłeś wśród nas — powiadają — korzystałeś z naszej ziemi i opieki, powinieneś nas uszanować!“ Oneg- daj kazałem rozebrać kawałek własnego płotu na ogień, to mi robili wymówki, że psuję ogrodzenie pola. Przyznać należy, że mają do pewnego stopnia rację. Podstawą własności jest jedynie istotne władanie, istotne użytkowanie i istotna potrzeba... Nic nie będę sprzedawał. Część podaruję sąsiadom, a co lepsze wybiorę i oddam Betiugetowi. Pracował razem ze mną lat kilka. Przyjemnie pomyśleć, że przez to chłopak może się dźwignie i zostanie samodzielnym gospodarzem... Tu na to potrzeba tak mało... — Hm! Co słyszę? Popieramy stan trzeci z ujmą czwartego? Prędko jadą... powracający! — żartował gość, śledząc z zaciekawieniem manewry Olesia, który kręcił się koło komina z widocznym zamiarem pomieszania brudnym kijem w gotującej się zupie. Pani Anna wzięła syna na ręce. — Nie! — ciągnął poważnie — Ale chciałbym zostawić tu właśnie, gdziem tyle lat spędził, widomy znak mej życzliwości... Zrobić coś dobrego komuś, kto czuje, płacze i śmieje się... A że dla tego wybrałem mego robotnika, to rzecz zrozumiała. Społeczeństwo rzecz szanowna, ale dokuczyły mi abstrakcje... strasznie mi dokuczyły! Nigdy nie czułem tak trawiącej tęsknoty do czynów realnych, jak w tym roku ostatnim... Rozumie się, że mówię to nie z powodu podarunku Betiugetowi, lecz ot, tak sobie... wogóle! — mówił Stefan szybko i bezładnie. — Rozumiem cię. Marudzę też, ot tak sobie... Chciałem usłyszeć twe gorące, namiętne dowodzenia, twój ostatni spór... Po prostu nie mogę pogodzić się z myślą, że... za parę godzin... już was tu... nie będzie... Nie będzie nikogo... Głos mu się z lekka załamał. Stefan zaprzestał naciągać sznur wkoło skrzyni i spojrzał bystro na mówiącego. — Daruj, Karolu! — rzekł serdecznie. — Ale ja ani na chwilę nie wątpię, że się spotkamy na południu... — Nie wiem. Ta straszna czczość życia i pustka, którą chwilami nieledwie fizycznie odczuwam, wydaje mi się nie do wytrzymania... Jest gorszą od mogiły! Gdy nadchodzi, ogarnia mię paniczny przed nią strach... Przedtym biegłem do was... Dokąd teraz ucieknę?... Anna z dzieckiem przysiadła obok niego na ławie. — Doprawdy, podli jesteśmy, przyjacielu — podli, bo tacy... strasznie szczęśliwi! Gdybyś choć chciał nas skrzywdzić... coś okrutnego powiedzieć! Karol wzruszył ramionami. — Będziemy pisywali — mówił Stefan, siadając z drugiej jego strony, ale wnet zerwał się i spojrzał na zegarek. — Czas, czas... Anno, dawaj kolację i ubieraj dziecko... Hej, Betiuget, zaprzęgaj! W godzinę potym ładowny wóz toczył się wartko po szerokiej, ubitej drodze, stwardniałej od letniej spiekoty. Koła lekko obracały się na suto posmarowanych osiach żelaznych, konie, wstrzymywane przez Betiugeta, biegły równo, raźno, radośnie. Rudy kurz wzlatał kłębami z pod kół i kopyt i rozwłóczył się po gościńcu. Na wozie siedziała rodzina Karskich i Karol z dubeltówką na plecach. Milczeli. Milczały również po bokach nieprzejrzane modrzewiowe lasy, nagrzane w czasie dnia a obecnie jakby omdlewające od mocnych smolnych zapachów, z zielenią poblakłą, poszarzałą, nasiąkłe różowym zmrokiem wieczoru. Milczały śródleśne trawiaste doliny i lśniące krwawo wśród nich jeziora pod cieniuchnym muślinem oparu. Milczały mijane chaty, z ich kominów nie snuły się już dymy, w oknach nie błyskało światło. Spały stada, układszy się pstremi gromadkami na osędziałych od rosy pastwiskach. Usnął wiatr wśród zwichrzonych przez się za dnia badyli, kwiatów i traw. Umilkł pogwar fal. Nie szemrały liście, nie szumiały niwy... Na wszystkim leżała pieczęć majestatycznego spokoju i... obojętności. Jakby cały ten kraj chciał dobitnie raz jeszcze powtórzyć odjeżdżającym, że nikt tutaj po nich nie zatęskni, nawet nie westchnie, chyba ten ich towarzysz, bolejący nad tym głównie, że musi tu zostać... A nad wszystkim płynęła górą spokojnie biała, z bladym rumieńcem na zachodzie, bezgwiezdna, letnia noc podbiegunowa, rozpuściwszy szeroko przejrzysty swój welon. — Poco ja jadę? przecie... nie dojadę! — odezwał się wreszcie Karol. — Stań, Betiuget! Żegnajcie!... Uściskali się krótko, mocno, mężnie, poczym wóz zaturkotał dalej, a myśliwy zawrócił na boczną drożynę i utonął w zaroślach. Gdy chwilę potym Anna obejrzała się za siebie, już nikogo nie było na drodze. — Ach, jestem niegodziwa egoistka, ale... nie mogę, nie mogę teraz się smucić! — rzekła kobieta, opierając głowę na ramieniu męża. — W duszy gra, śpiewa... jakiś hymn potężny, jakiś tryumf!... Gdyby nie wstyd i nie obawa, że obudzę Olesia, krzyczałabym w głos, piałabym, śpiewała... Do życia, do ludzi!... Nareszcie, nareszcie!... Jakieś zorze wstają po długiej nocy... I smutno mi, i wesoło, i jakoś straszno... ale słodko, ale upajająco... Serce mi drży w takt warkotu kół i konie wydają mi się naszemi skrzydłami... — Betiuget, puść konie, za mocno je zdzierasz. Niech cokolwiek pobiegną! — rzekł Karski. — Obżarte są, zapalą się odrazu... — Puść, puść, nic im nie będzie, dalej znowu wstrzymasz! Droga staczała się po łagodnej pochyłości. Można było nie obawiać się ani wybojów, ani korzeni, gdyż las odstąpił daleko od przydroża, otwierając rozległy widok na spuszczające się coraz bledszemi smugami ku rzece zielone łąki, na sinawe góry, zamykające widnokrąg. Jakut popuścił lejce, pochylił się nad końmi i krzyknął dziko. Zwierzęta drgnęły, skuliły się, potym zachrapały, rozpuściły ogony i grzywy, szarpnęły jak obłąkane i poniosły jak wicher. Koła zafurkotały, jak loty jastrzębie, wóz zadrżał rozpaczliwie, a na podróżnych ten pęd, odpowiadający ich uczuciom, podziałał, jak wino. Oczy ich zabłysły, rysy zaostrzyły się, na licach zapaliła się łuna; przyciśnięci do siebie, pochyleni, lecieli naprzód, jak dwu- głowy gryf, tuląc do piersi śpiące spokojnie dziecię. Lecieliby tak nieustannie, aż do samego kraju! Lecz pod górą woźnica konie zatrzymał, stanął, zszedł z kozła, wytarł rozhukanym zwierzętom nozdrza i boki sianem, dał im chwilkę wytchnąć, przegryźć po garści suchej trawy i ruszył ku szczytowi piechotą. Karski też z siedzenia zeskoczył i poszedł po drugiej stronie wozu. Po stromym wjeździe dostali się na dziką, lesistą płaskowyżynę. Stąd droga wszywała się w samo serce ciemnej, niezamieszkanej tajgi. Tu i owdzie rozświetlały las obszerne błota, porosłe kępami i szuwarem. Czarne jeziora błyskały w cieniu zarośli. Ale ryba nie pluskała się w nich; nigdzie nie było widać ptaszka, ani zwierzęcia i żaden dźwięk nie naruszał ciszy. Tylko koła wozu stukotały po siatce żylastych korzeni, obnażonych na gliniastej drodze, lub grały przykrego marsza na dylach grobel, ułożonych niedbale, wpoprzek moczarów. Podróżni tańczyli wówczas na siedzeniach bolesny, przymusowy taniec, a znudzone konie wlokły się leniwo, wyszukując starannie wśród wybojów miejsc dogodnych do postawienia kopyta. W południe dotarli do sadyby jakuckiej, jedynego przystanku w tej części drogi. Karski niepokoił się i rwał naprzód, ale trzeba się było posilić i koniom dać wypocząć. — Stąd droga dobra, pojedziemy! — pocieszał go Betiuget. Karski znał doskonale drogę i wiedział, że ta dobroć polegała na dodaniu lotnych piasków do po- przedniej kombinacji stwardniałej gliny i cuchnących bagien. Gdy stanęli wreszcie na urwistym zjeździe, wiodącym znowu do doliny rzeki, słońce już zniżało się ku zachodowi. Ponad czubami drzew, gwałtownie opadających na dół, otwierał się widok rozległy na pola, łąki, wsie i oddzielne sadyby z bladą wstęgą drogi, wijącej się wśród nich. Karski chciwie zapuścił oczy daleko, daleko w stronę, gdzie nad srebrzystą smugą wody skrzyły się w promieniach zachodu nikłe iskierki miejskich wieżyc złoconych. Szukał dymu na przystani, ale zostało jeszcze prawie cztery mile do przebycia i dymy nikły we mgle odległości. Zjechali ze spadzistości z szaloną szybkością przyzwyczajonych do takiej jazdy Syberyjczyków. Konie znów rozgrzały się i rozszalały. — Puść je, puść! Droga dobra! — Daleko!... — odrzekł niechętnie Betiuget, który miał obiecanego jednego z koni. Ale ponieważ obietnica była warunkową, więc chłopak też z trwogą spoglądał na słońce i nawet popędzał chwilami zwierzęta. Pod koniec mknęli pełnym, wyciągniętym kłusem. Karski lubił konie i znał się na nich. W czasie długiego w tym kraju pobytu dobrał był sobie słynną na całą okolicę parę. Teraz zwierzęta, jakby chcąc mu się odpłacić za pieczołowitość, grzmiały po ubitej drodze, jak lecąca burza, aż echo odbijało się w górach. Mijali szumiące kłosami niwy w opłotkach, mijali otwarte pastwiska, skąd stada już wracały do domów, odrapane jurty jakuckie, gdzie zwykle z ujadaniem witały ich psy kudłate; przelatywali błyskawicą przez bogate, dobrze zabudowane wsie „skopców“, wywołując zdziwienie na obrzękłych, kobiecych twarzach spotykanych kastratów. Niektórzy poznawali Karskiego, kłaniali się mu i wołali nań, ale nie miał czasu na rozmowy. Raz tylko zatrzymał konie i zapytał jadącego z miasta przekupnia, czy jest tam jeszcze parowiec. — A no jest, ale miał iść!... — Pędź, pędź, Betiuget!... choćby konie paść miały! — krzyknął Stefan. — Padną, to zupełnie staniemy!.... — odrzekł flegmatycznie Jakut. Karski skoczył na kozieł i odebrał Betiugetowi lejce. Konie poczuły pana i czas jakiś biegły po dawnemu, ale siły ich widocznie topniały. Starszy, siwy — wierny towarzysz pierwszych, najcięższych czasów pobytu tutaj Karskiego — bardzo osłabł. Stefan z bólem serca musiał go smagać. Szlachetne, nie bite nigdy zwierzę za każdym razem szarpało rozpaczliwie postronki, lecz nie mogło już zdążyć za młodszym towarzyszem; uprząż na nim wkrótce znowu wolniała. Drugi, wrony, z „rybiemi oczyma“, brzydki i zły, ale niezmiernie wytrwały, biegł z tymsamym rozmachem i energją, co i pierwszą wiorstę, kąsał jedynie przy lada sposobności swego towarzysza i chudł w oczach. — Ten, siragiaś, padnie, a biegu nie zwolni!... — wołał z zachwytem Betiuget. Co pięć wiorst stawali, aby konie wytchnęły, i karmili je suchym jęczmieniem. Pomimo takich wysiłków dostali się do miasta dopiero o północy. — Jest parostatek? — spytali pierwszego przechodnia. — Jest! — odparł ten. Karski odetchnął z głębi piersi, otarł znój z zakurzonej, poczerniałej twarzy i oddał lejce niemniej odeń uradowanemu Betiugetowi. — Zawracaj na przystań! Minęli biały, murowany klasztor i wyjechali nad rzekę. Potężna, szaro-srebrna wstęga wody, różowa od blasków różowej nocy, spokojnie płynęła w pociemniałych brzegach. Blado odbijały się w niej wiejskie budowle, stosy belek, białe obłoki i niebo pobladłe. U przystani, skleconej z desek, stały rzędy statków, umocowanych na grubych, napiętych i wciąż drżących cymach, ale parostatku nigdzie nie było widać... Karski nie chciał wierzyć swym oczom. Zeskoczył z wozu i pobiegł wzdłuż wybrzeża, aż tam gdzie ono skręcało za biały klasztor. Rozwarło się przed nim wodne roztocze jeszcze gładsze, jaśniejsze, szersze i bardziej puste. Jedynie gdzieś daleko, na skraju horyzontu majaczył nizko nad wodą mały, zwiewny obłoczek, czy dymek... — Stefanie, właśnie cię szukam! Czemuś się spóźnił?!... Odszedł przed godziną! — wołał nań zbliżający się od strony miasta mężczyzna. Stefan obrócił się ku niemu, ale nie zaraz mu odpowiedział. Stał, jak skamieniały. W oddali Betiuget oprowadzał wolno po łące wycieńczone konie wraz z wozem, na którym siedziała Anna.
II
II.
Pani Matrona, otyła gospodyni tak zwanej „wspólnej kwatery wygnańców“, oblała przybyłych potokami słów, pełnemi współczucia. Zwykle wszystkich swych gości topiła w powodzi „współczucia“, poczym zwolna przechodziła na własne „ciężkie położenie“, i kończyła tym, że zmuszała słuchaczów litować się nad sobą, a więc — traktować z wyrozumiałością brud, liche pożywienie, nieścisłe rachunki i inne usterki powierzonego sobie gospodarstwa. Na panią Annę napadła odrazu, wyrzucając jej złe traktowanie Olesia. — Co to jest, proszę pani? Czy to się godzi?... Bóg pani dał takiego ślicznego chłopaczka, a pani co z nim robi?!... Pani go marnuje!... Trzeba go hartować, puścić na ulicę na słońce, na powietrze... Niech się przyzwyczaja!... Niech sobie lata!... A to wciąż w pokoju i w pokoju... w śmieciach, które sam tutaj robi!... To na nic! Tosamo z pokarmem: najzdrowsze, co najprostsze! Niech mi pani wierzy!... Nasze chłopskie dzieci, z przeproszeniem, wszystko jedzą, a czy to źle wyrastają? Mój mąż nieboszczyk, Bazyli, był, z przeproszeniem pani, jak dąb, a pamiętam, jak opowiadał, że najlepiej mu smakowała rzodkiew z olejem... W Stefana usiłowała pani Matrona wmówić, że nietylko nie stracił, spóźniwszy się na parostatek, ale nawet zyskał. — Bo to, proszę pana, ja wiem dobrze, jak to na parostatku: ciągły turkot, hałas, ani to się wyspać, ani zjeść... A głównie drożyzna. I nareszcie... może się zdarzyć rozbicie okrętu. Niech mi pan wierzy: niema to, jak z holownikami, po staremu, wolno, poważnie, bezpiecznie, tuż u lądu... Zechce pan, to pana zaraz na brzeg wysadzą; idzie pan sobie spacerem, jagody zbiera, szyszki cedrowe... A chce pan, to pan siedzi w łodzi i spokojnie, powolutku sobie jedzie. Utonąć niepodobna, bo płyną tuż przy brzegu, nieledwie po ziemi. Jeżeli pan się namyśli, to mój Andrzej poszuka panu holowników, niech go pan tylko ładnie poprosi. Choć on czasu ma mało, ale to człowiek uczynny... Czego dla swych panów nie zrobi?! Prawda, Andrzeju?... Z poza drzwi wychylała się zwykle naówczas konopiasta, rozczochrana głowa Andrzeja z twarzą uśmiechniętą szeroko, aż po sine dziąsła. — Mało zostało holowników. Już odjechali, ale... może się znajdzie. Trzeba poszukać. Pewnie, że się znajdą! Za pieniądze i djabli tańczą! Stefan po całych dniach błąkał się posępny po mieście, zbierając wiadomości o parowcu, o holownikach, o poczcie... Nie wiedział, co robić. Każdy mu radził co innego, a wszystkie projekty rozbijały się o brak pieniędzy. Leon radził jechać pocztą. — Najkosztowniejsza droga, ale najprędsza! W re- zultacie zrobisz oszczędności na jedzeniu, gdyż spędzisz w drodze nie miesiąc, lecz dwa tygodnie... — Ależ zrozum, człowieku, że ja wprost nie mam na opłacenie nawet przejazdu... Nie mówię o strawnym. Zresztą nie śpieszy mi się znów tak bardzo. Leon gwizdał i chodził po pokoju z miną obrażonego. — Pieniądze furda! Zawsze można... pożyczyć! — wyrzekł stanowczo, biorąc za czapkę. Uciekał, gdyż sam właśnie nie miał ani grosza, a kredyt swój dawno wyczerpał. Ale że był chłopakiem dobrym, „znanym ekonomistą teoretykiem“, nawet po trochu „pisarzem“, więc robił usilne poszukiwania „marnej mamony“ lub nowych „kombinacji“ kredytu. Tymczasem pani Anna co wieczór błagała męża: — Jedźmy, jedźmy gdziekolwiek... Brud, zaduch, kurz tego miasta przerażają mnie... Oleś blednie... W dodatku grasuje epidemja... Chwilami wierzyć przestaję, że ujrzę swoich. Wydaje mi się to dalekim... dalekim... niedościgłym marzeniem. Czas uchodzi, a co niesie najbliższa przyszłość... niewiadomo. W nocy, gdy coś stuknie lub brzęknie na ulicy, już spać nie mogę, myślę, że idą odebrać nam pozwolenie na wyjazd Czy zaręczysz, że tak nie będzie? Czy nie było podobnych wypadków? Jedźmy, jedźmy byle jak, byle dalej, byle nie siedzieć na miejscu... Stefan podzielał jej obawy, choć nie dawał tego po sobie poznać; nieraz jednak bladł, spotrzegszy zdaleka osobnika w mundurze, idącego w kierunku „wygnańczej kwatery“, i chwytał się nieznacznie za pierś, gdzie miał schowany paszport. Zgodził się więc po paru dniach na projekt Matrony porozumienia się z holownikami barek towarowych, wracających w górę rzeki na południe; obiecał rubla uczynnemu Andrzejowi i tegoż dnia pod wieczór udał się wraz z nim na miejską przystań berlinek i łodzi. Przystań mieściła się tuż pod miastem, u wybrzeża zabudowanego ogromnemi hurtownemi składami o szerokich drzwiach i małych okienkach. Była to mała, płytka, spokojna zatoka, służąca zwykle za śmietnik nadrzecznym mieszkańcom. Obecnie statki gęsto ją wypełniały. Ogromne „pauzki“, przybyłe z wiosennym rozlewem, zbite według prastarych kozackich wzorów z prostych desek sosnowych — ciężkie, niezgrabne, żółto-białe — wyglądały w zmielałej zatoce, jak trupy mamutów, wyrzucone przez powódź i ugrzęzłe beznadziejnie w mułach. Woda już nie rządziła niemi, a szeroko otwarte niestrzeżone drzwi, okna i luki świadczyły o opróżnionym od towarów wnętrzu. Obok stały lżejsze i zgrabniejsze kajuki, kryte i niekryte galary, szkuty, baty, to próżne, to pełne pak, beczek, worów, pęków żelastwa, stosów skór, zwojów sznurów... Tu i owdzie szary łańcuch statków roboczych przerywała elegancka, spacerowa barka kupiecka, biało malowana, z czerwonemi lub niebieskiemi szlakami na burtach, z kotwicą u dzioba, z mostkiem u rudla i malowanym masztem pośrodku, zdradzająca względną czystością zupełną swą bezużyteczność. Wszędzie roił się tłum ludzi, barwnie ubranych w kolorowe, perkalowe koszule, w szerokie manszestrowe rajtuzy, w kurtki kortowe, aksamitne lub „szwedzkie“ skórzane, z malinową podszewką; w czapkach, w kapeluszach, w bermycach, zwykle zawadjacko naciśniętych na bok albo zepchniętych na tył głów kosmatych i nieczesanych. Były to przeważnie postacie rosłe, zamaszyste, podpasane powrozami lub pasami, czasem bose, ale zawsze z nożami u bioder, z szorstkiemi, opiłemi rysami, ze spojrzeniem mętnym, tajemniczym, jak zamknięte drzwi więzienia. Czasem przewinęła się wśród nich oliwkowa twarz Jakuta ze świecącemi, wązkiemi oczkami lub rumiane i białe, jak „pszenna bułka“, oblicze miejskiego kupca w meloniku na głowie i „cywilizowanym“ paltocie na szerokim grzbiecie. Wszyscy ruszali się, gadali i przedewszystkim... klęli... klęli zajadle, z upodobaniem i fantazją. Jednocześnie brzeg jęczał pod kołami wozów, rozwożących towary, dudniał pod stukotem przetaczanych skrzyń i okseftów. We wnętrzu statków huczało, jakby tam tłukły się roje zamkniętych trzmieli i bąków olbrzymich. Obdzierane z desek „pauzki“ huczały pod uderzeniami młotów i siekier, jak kotły bojowe olbrzymów... Warczały zgrzytliwie sztaby i blachy przerzucanego żelastwa... I co chwila ponad ten wielogłosy koncert buchały to tu, to tam, zbiorowe, głuche jęki gromad ludzkich, dźwigających lub zrzucających z siebie nadmierne ciężary. W powietrzu rozchodziła się woń rzecznego mułu, smoły, schnącego drzewa i potu ludzkiego. A dalej już poza tym rozpościerał się błękit nieba i modra płachta potężnej rzeki, oddzielona od zatoczki niziutką i wązką strzałką żółtego piasku. Rzeka mknęła szybko, obojętna na kłopoty ludzkiego roju, zajęta wyłącznie własnym celem, majaczącym niewyraźnie w odległych błękitach. Po jej zwierciadle, wysrebrzonym bruzdami nurtów, pocętkowanym łuskami świerzy, dążyły na ukos, ku miastu, od mglistych brzegów przeciwnych nieliczne, wiotkie, podobne do szklarek łódeczki krajowców, lub sunęły ciężkie „karbasy“, chlupiąc niezgrabnie szerokiemi jak płetwy wiosłami. Niekiedy „kajuk“ z wydętym, białym żaglem przepływał lekko w podmuchach niedostrzegalnych na lądzie wiatrów. Krok w krok za Andrzejem przepchnął się Stefan przez tłum i wszedł na pomost statków, połączonych z sobą wąziuchnemi kładkami. Musieli przebyć cały szereg pokładów i schodni, zanim dostali się na półobdartą z obszycia „pauzkę“, świecącą żebrami szkieletu, niby oprawiony wieloryb. We wnętrzu pauzki uwijali się ludzie z siekierami, dłutami, obcęgami. Gromadka ich siedziała u ognia, płonącego pośrodku na ceglanej platformie. Były to te same postacie w kolorowych koszulach, w futrzanych czapach, w szerokich szarawarach, z nożami u pasów. Nie obejrzeli się nawet na przychodniów, grzejąc dalej z niezmąconą powagą u ogniska spracowane ręce i wyglądające z dziur niezmiernie brudne kolana. Kiedy Andrzej spytał, gdzie jest „szypeł“ Damjan, któryś z nich odburknął półgębkiem, że Damjana niema... ale jest Koźma. Wyglądało to na żart wobec nierozłącznych imion dwuch „świętych“, więc Karski się zawahał, ale Andrzej spokojnie udał się we wskazanym kierunku i spytał mężczyznę, czerpiącego kociołkiem wodę z rzeki: — Gdzie tu jest Czernych, przezywany Damjanem? Mężczyzna zwrócił ku nim smutną, podłużną, zawiędłą twarz pustelnika, zakończoną długą, rozdwojoną brodą. — Nie wiem! — wyrzekł głucho. — Bo to jest właśnie ten pan, który chce z nim jechać... — ciągnął niezrażony Andrzej. Nieznajomy zajął się przedewszystkim wyławianiem palcami z kociołka zaczerpniętych z wodą wiórów i kolorowych papierków. — A wiem!... Słyszałem... Niewiadomo, czy co z tego będzie... — bąknął niespodzianie po długim milczeniu. — Jak to? Dla czego? — Oni podobno jadą... z panią... Więc kupcy, co przedtym wynajęli już miejsca, nie zgadzają się... Mówią, że to się nie nadaje, że będzie im... tęskno! — A wy kim jesteście? — spytał Stefan. — Jestem wspólnikiem Damjana, Koźmą niby jestem... Ale ja co? — ja nic... Ja się zgodzę, byle bez to nie było gorzej!... — Co to za kupcy? Może trzeba, żebym się z niemi zobaczył, pogadał?... Koźma znowu zwrócił ku nim swą twarz pustelniczą. — To już... jak powie Damjan! — Byle bez to nie było gorzej... Oj, grzechy, przewinienia nasze... Westchnął, wstał i poniósł kociołek do ogniska. Stefan z Andrzejem pozostali na miejscu. — Cóżeś mówił, że zgadzają się — wyrzucał chłopu Karski. — Niech pan poczeka! Co on wie?... Nie wiedziałem nawet, że istnieje taki jakiś Koźma... Może on łże!... Ale Koźma nie kłamał. Gruby, tęgi, czerwony Damjan, który wkrótce nadszedł, potwierdził wieść o oporze kupców i zawołał Koźmę do wspólnej narady. Ten smętnie stanął w milczeniu obok wspólnika. — Jeżeli kupcy się zgodzą, to lepszego nie mogło nawet być skutku dla pana. To lepiej, że się pan na parostatek spóźnił, niech pan będzie pewien, nic nie przyjdzie panu żałować. Oni muszą już gdzieś do tej pory na mieliźnie siedzieć, a my zwolna, ale ciągle posuwać się będziemy naprzód... A bo to raz zdarzało się parostatki wyprzedzać, czy nieprawda, Koźma?... Pamiętasz w przeszłym roku u „Pijanego Byka“. Rozpuściliśmy żagle i jazda, panie gwiazda... A oni siedzą na rafie, jak na tronie! Co, nie prawda? Ha?!... Koźma głową kiwał, lecz niewiadomo było, czy przeczył, czy przyświadczał. — Aby się jeno kupcy zgodzili! — westchnął wreszcie. — A ileż będzie mnie ta awantura kosztowała? — spytał Karski. — Niech się pan wpierw z kupcami ułoży! Co zawczasu gadać? Prawda, Koźma? Hę! Kupcy sza- nowni, powszechnie znani ludzie, panowie Bryłkin, Gubkin i Tereszkin! Karski musiał udać się do miasta, do gospody, gdzie mieszkali kupcy. Zastał ich w grubym negliżu, pijących herbatę przy otwartym oknie. Było ich trzech: dwuch tłustych, jeden chudy. Bryłkin był najstarszy, średni Gubkin miał i tuszę średnią, a najmłodszy Tereszkin wyglądał, jak nabity sadłem pęcherz. Po wielu namowach, ceregielach, prośbach, zgodzili się na podróż z Karskim i jego żoną, wymówiwszy sobie, że im będzie wolno śpiewać, o jakiej im się porze podoba. — To błahostka! O to niech się pan nie spiera! Spać na łodzi można choć dzień cały. To nie parowiec — nie ryczy, nie gwiżdże. Posuwa się leciuchno, jak łabędź, kołysze się słodziuchno, jak paw! — dowodził Damjan. — Ileż weźmiecie za miejsce? — Trzydzieści rubli. — Co?! Trzy razy tyle, co na parostatku?! — Niech mi pan parostatkiem oczów nie wykłuwa! Co on jest, ten parostatek?... Co za taka osobliwość?! Jeżeli go pan tak ubóstwia, to niech pan czeka nań do przyszłego roku... a my popłyniemy!... My po staremu, jak ojcowie nasi: wolniutko, statecznie, na pewniaka! Czy to parostatek, na ten przykład, wysadzi pana, gdzie pan sobie upodoba, albo zatrzyma się na żądanie, albo zwolni, albo przyśpieszy... Gdzie zaś — leci jak szalony, kołysze się, burzy wodę i robi wiatr. Parostatek dogodny tylko dla kapitana, co siedzi sobie spokojnie w budce i komenderuje... Pasażery — w zaduchu, w błocie, w ciasnocie!... My co innego: my na wolnym, otwartym powietrzu podróżujemy, na słoneczku, wszyscy we przyjaźni wielkiej i zgodzie, w kompanji wesołej i znajomości, niby goście na majówce... Parostatek sobie, a my sobie!... Co on jest, kto on jest, ten parostatek!... Pluję ja na parostatek... — perzył się oryl. Po długich korowodach zgodził się kilka rubli opuścić. — Darmobym pana powiózł, jak Boga kocham, lecz ten Koźma... mój wspólnik... twardy jest człowiek. Milczy, ale nigdy się nie zgadza!... — zwierzał się poufnie Karskiemu. Ten zgodził się, gdyż nie miał wyboru. Inne łodzie odpływały znacznie później. Coby więc mógł zyskać na tańszym przejeździe, to straciłby przez dłuższy pobyt w mieście. — Bardzo dobrze!... Zupełnie dostatecznie dobrze! — mówił Damjan, chowając do kieszeni zadatek. — Szkoda jednak, że pan nie pogadał z kupcami o ich odziewku. Ludzie są otyli, lubujący się w chłodzie... Trzeba było wymówić sobie odzienie! — Jakie odzienie?... Cóż znowu takiego?... — Jakie odzienie... pyta pan? Niechby choć portki zawsze mieli... na kuprach! To starczy, myślę, co? — Dla czegóżeście przedtym nie powiedzieli mi tego?... Nie wiedziałem, że wolno im chodzić nago?! Damjan nadął policzki. — Nago całkiem może i nie będą chodzić, ale... w blizkości wody zdarzają się natchnienia rozmaitemi myślami... Odjazd wyznaczono nazajutrz rano. Dzień zszedł na pakowaniu rzeczy, zakupywaniu prowizji, sucharów, konserw, cukru, herbaty... Wieczorem wpadł rozpromieniony Leon. — Wiesz co, znalazłem kupca, który zgadza się zdyskontować wszystkie moje weksle, pod warunkiem, że mu wydam nowy... ogólny. Obiecał nawet dopożyczyć jeszcze trochę herbaty i perkalów. Chodzi jedynie o pewnego żyranta... — Dziękuję ci. Już zawarłem umowę z holownikami. Jutro jadę. Zresztą twoja herbata i perkale niewiele przyniosą ci gotówki, nawet gdybyś... znalazł żyrantów!... Leon posmutniał pod wiewem „tego pesymizmu“, ale że nie mógł długo pozostać bezczynnym i zrozpaczonym, więc wziął wkrótce żywy udział w nieskończonym jeszcze pakowaniu rzeczy.
III
III.
Pogodny, letni poranek wyzłocił i rozbłękitnił rzekę. Nawet ubogie, odrapane miasto wyładniało w jego promieniach. Ciemny pas nadbrzeżnych budowli, świecące ponad nim głowice cerkiewnych dzwonnic, biały klasztor za łączką na zielonym przylądku, dalekie, mgliste góry, wszystko rozświetlone i radosne, przeskoczywszy piachy nizkich mielizn i statków, przeglądały się zalotnie w potężnym zwierciedle mknącej mimo nich wody. Jarmark w zatoce jeszcze się nie ocknął. Większość barek spała cicho, szczelnie zamknięta. Nieliczne postacie ludzi rysowały się ostro w rannym, niezbrukanym kurzawą powietrzu. Przeciągali leniwie zdrętwiałe we śnie członki, prali bieliznę, myli twarze, palili fajki lub pili herbatę, siedząc u ogni, których siwe dymy cieniutkiemi strugami płynęły ku błękitom. Na uboczu, u wylotu zatoki, oddzielnie od niedawnych towarzyszek, pokryta półkolistą budą żaglową, z masztem wzniesionym pionowo, opięta, osmolona, ogładzona, podwiązana stała duża łódź, gotowa do drogi. Nurt trącał o nią i biegł dalej z pomrukiem, jakby wabił ją z sobą, a ona drżała wciąż, kołysała się z lekka od tej pieszczoty i napinała dzierżące ją cumy, starając się nawrócić ku niemu. Podróżni już dawno siedzieli na miejscach. W środkowej części, za płóciennemi zasłonami kupcy gadali głośno i dzwonili butelkami. W tyle umieściła się pani Karska ze śpiącym Olesiem na kolanach i wylękłemi oczami patrzała na męża. Ten, chmurny, stał na wślednim pomoście i nie spuszczał oczu z przodu łodzi, gdzie podniesione do góry żaglowe obszycie pozwalało dojrzeć pustą zupełnie, zawaloną worami komorę. Mieli tam sypiać robotnicy. Ale dotychczas śladu ich tam nie było. Jedynie mały, marny, podobny do gnoma kucharz Spirydjon kręcił się na samym dziobie łodzi, koło wyłożonego cegłami ogniska, i przestawiał niespokojnie naczynia z miejsca na miejsce. Od czasu do czasu prostował się, poprawiał łachmany na piersiach i spoglądał przeciągle na brzeg w stronę starej, przewróconej do góry dnem, na budynek przerobionej barki, z oknami przebitemi w bokach i rurą żelaznego kominka pośrodku. Stamtąd, to wzmagając się, to cichnąc, dolatywał nieustannie gwar głuchy, wielogłosy, swarliwy. Dwaj „wodni strażnicy“, z żółtemi blachami na piersiach i krzywemi szablami w czarnych pochwach u boku, krążyli dyskretnie w pobliżu. — Na co czekamy? Gdzie gospodarz?! Gdzie robotnicy?! — krzyknął Karski do kucharza. — Nie wiem. Chyba... chyba, mniemać można, że są... tam! — odpowiedział, kiwając w stronę budynku. Karski zaczął się przysłuchiwać lecącym z tej strony odgłosom. Nawet jeden z kupców wysunął okazałą twarz z za płachty i spojrzał ciekawie. — A co tam? W tej właśnie chwili drzwi budynku otwarły się, wyskoczył z nich Damjan, kiwnął na strażnika, coś mu szepnął, i obaj znikli napowrót w szopie. Karski zszedł na brzeg i podążył w tym kierunku. Spirydjon biegł za nim o jakie pół kroku. — Bo to, widzi pan, co się komu należy, to się należy!... — mruczał, ciężko dysząc. — Byłbym i ja dawno z niemi, lecz... moja rzecz, kucharska rzecz... ogniowa. Zatym stoję na warudze. Brodzić po wodzie nie będę, więc mi ani brodnie, ani onucze nie są do tego stopnia potrzebne.... Mogę i tak, jak jestem... Więc nie mam nieodwołalnego powodu. Gdybym tam się znalazł, łatwoby mię spytali: a ty tu poco? a gdzie pasport?... Poco narażać się na nieodpowiednie pytania?... Powiedzą zaraz: burzyciel! A i to prawda, że jestem bitny i krewki... Gadać długo nie lubię! Raz, dwa, trzy... potym w zęby i dalej, jak się należy... Muszę się więc wystrzegać wszelkiego wzruszenia!... Na drodze dopadł ich Leon, który biegł pośpiesznie od strony miasta. — Dzięki Bogu; jeszczeście nie odjechali! Spóźniłem się... Wczoraj wieczorem przyjechał Makary i całą noc przedyskutowaliśmy. Makary też chciał przyjść pożegnać się z tobą, ale usnął tak twardo, że go się dobudzić w żaden sposób nie mogłem... Wiesz co, Karski, zazdroszczę ci, że wracasz właśnie teraz do Europy, w taką ciekawą, przełomową chwilę... Ale dokąd tak pędzisz na brzegu? — Awantura! Pytanie jeszcze, czy pojadę... Zdaje się, że zmowa... — odrzekł sucho Karski. — Zmowa?... Tutaj zmo-wa-a, strejk?... — przeciągnął zachwycony Leon. — Co ty mówisz? Gdzie? Niepodobna!... Strejk!... Karski wskazał palcem na szopę. Gdy weszli, gwar przycichł. Strażnik wyprostował się, Damjan opuścił wyciągniętą ku nieprzyjaciołom rękę. Robotników było dużo, znacznie więcej, niż ich najął Damjan. Widocznie zebrali się na widowisko, a po części dla dodania towarzyszom odwagi. Stali w głębi wzdłuż ścian, malowniczo oparci o siebie, i co chwila wybuchali drwinami, śmiechem, robili głośno uwagi. Na przedzie kupili się oryle Damjana. — Zbliżcie się, panowie, zbliżcie; spójrzcie i wydrukujcie w gazetach, jak to krzywdzą nas, biednych i bezbronnych ludzi! — zwrócił się patetycznie do Karskiego i Leona obdarty włóczęga, stojący na czele gromady. Był to chłop krępy, zwięzły, z twarzą czerwoną, z buremi, wesołemi oczami i dużym, sino-żyłkowanym nosem. Nad nizkim ale wypukłym czołem wichrzyła mu się strzecha rudych, gęstych włosów. — Ta oto pijawka, wyżymaczka bezlitosna, wyzyskiwacz, żyd w kształcie człowieka, obiecał nam dwie pary brodni i cztery pary onuczy na drogę, a jak przyszło co do czego, to daje jeno parę obutek i połowę szmat... Nie, nic z tego, kozia twoja mać, istnieją przecie prawa i w naszym państwie... Rzucił na zakończenie brzydkim, czteropiętrowym tak dziwacznym przekleństwem, że aż szopa zadrżała od śmiechu robotników. — A nieprawda!... A łżesz!... Dam wszystko, nie odmawiam, ale... w połowie drogi, w Olokmie, bo teraz przepijecie... Boso potym nie będziecie chcieli iść... Znam was... Ty pierwszy na piasku się położysz, burzycielu, Indorze przeklęty!... W złą godzinę spotkałem się z tobą. O dolo moja! Żebyś skisł, żebyś spłonął od gorzały, wstrętny opoju!... — złościł się Damjan. — Bez twego wołania przyszedłbym bronić braci moich... — zimno odpowiadał Indor. — Dawaj obutki, niema co!... A co zechcemy z niemi uczynić, to nasza rzecz: może dziewczynie swojej zechcę podarować, żeby sobie z cholewy uszyła... futerał, a może worek każę z nich uszyć na pieniądze... Skąd ty możesz wiedzieć, gębo opasła, czego moja wolna dusza pragnie? A nie chcesz dać, coś obiecał, to pocałuj psa w nos, powiedz otwarcie i zostań z Bogiem!... Matkę własną do łodzi wprząż, Koźmę wprząż... Dołącz do tego przyszłe swoje potomstwo. Gurana wprząż i hajda!... — Ty sobie gęby mną nie wycieraj! — obruszył się nagle ubrany dostatnio na uboczu stojący chłop sybirski. — A bo to nie mam czym? Wielorybowi-by na serwetę starczyło! — rozśmiał się Indor, spoglądając szyderczo na tęgą, mięsistą figurę Gurana. — Co wieloryb!... Sam wąż morski miałby dosyć!... — przywtórzyli mu wesoło słuchacze. — Otrząśnijcie, bracia, proch z nóg waszych i chodźcie za mną!... Już oni nam nic nie dadzą! Już ja to widzę. Rusz się, Obuchu!... — zwrócił się do siedzącego na stole słusznego blondyna o rysach regularnych i niebieskich oczach. Ten potoczył rozśmianym wzrokiem po obecnych, lecz nie kwapił się do wyjścia. — Nie słuchajcie go, chłopcy!... Miejcie rozum. Czy to pierwszy raz pływacie?... Są tu przecie tacy, co już ze mną chadzali... Naprzykład... Spirydjon, albo ty, Wiarusie... poświadczcie!... Dam wszystko, co obiecałem, jak Boga kocham, ale na pierwszej dopiero wyspie!... Tutaj nic dać nie mogę. Już i tak, przepiliście połowę zarobku. Gdy przepijecie wszystko, gdzie was wtedy będę szukał? Stracicie wszelką do roboty ochotę, jak nic już do odebrania za nią wam nie zostanie!... Wniknijcie i w moje położenie! — dowodził pojednawczo Damjan. — A co, bracia! Niechby dał na wyspie! Na to się można zgodzić!... Niech da wszystko na wyspie, a teraz... po dziesiątce na głowę, albo po półkwaterku i w drogę!... Co, hę?! — krzyknął piskliwie wysoki, szary i wyblakły, z długą szyją i wystającą grdyką robotnik. — Niech da po piętnaście kopiejek! — podpowiedział stojący obok niego równie szary i pomięty oryl. — Szpanka! Żygany! Podła kobyłka!... Wybyście i Chrystusa za grosz sprzedali, bo srebrnik to wam już za dużo!... — splunął w ich stronę Indor. — Wierzcie mu, słodko-głosemu słowikowi! — zwrócił się w głąb szopy. — Wywiedzie was na wyspę bezludną, jak Mojżesz na puszczę, i będziecie musieli tańczyć, jak zagwiżdże. Nie znacie żółtobrzuchych czełdonów?.... Przed robotą łydki lizać wam gotowi, a po skończonej potrzebie w odmętach rzecznych was dla zdeptanych onucz utopią... Słyszana rzecz, żeby kto od nich z pieniędzmi odszedł? Nawet ten, co z pieniędzmi przyjdzie, goły odejdzie!... — Oj, ludzie! Nie słuchajcie go, pustomieli — bałałajkina! Toć przecie tam na rzece cała łódź w waszej będzie mocy... Czy mógłbym, nawet gdybym chciał, nie dotrzymać wam słowa... Nie na wiatr daję obietnicę, lecz aby ją spełnić!... Nie pierwszy i nie ostatni rok tutaj się znajduję, nie z wiatru jestem, a z nad rzeki!... Zgódźcie się — przekładał Damjan. — Zresztą dla pewności i ja mogę z wami do pierwszej wyspy pojechać! — wstawił politycznie strażnik. Ale obecni pominęli propozycję rządową milczeniem; nawet Damjanowi widocznie nie przypadła ona do smaku. Natomiast zwrócił się gorąco o poparcie do Karskiego i Leona. Źle jednak trafił, gdyż Leon bardzo poważnie mu odpowiedział. — Nie, nie mogę was podtrzymać!... Oni mają rację. Bo że w Europie robotnicy kredytują swym trudem pracodawców, to nie widzę w tym nic dobrego i nie wiem, dla czegoby robotnicy mieli i tutaj ten zgubny zwyczaj wprowadzać, skoro istnieje już dla nich dogodniejszy... — A widzicie, chłopcy!... Chodźcie więc użyć kredytu gdzieindziej!... A może i pan z nami pójdzie, dobre paniątko!... — zapraszał Leona Indor. Wśród robotników wszczął się gwar i ruch; niektórzy sunęli do wyjścia, ale tam stał Damjan z rozpostartemi rękami i krzyczał: — Oddajcie zadatek!... Panie strażniku, nie puszczaj ich pan!... — Ho! ho!... A jakże!... Dawaj obutki! Tyś zerwał umowę, a nie my!... — krzyczeli robotnicy, napierając coraz tłumniej. W tyle gwizdano, miauczano, gdakano. Ktoś udawał płaczące niemowlę, inny — piejącego koguta... Scena nabierała burzliwo-żartobliwego charakteru. Ten tłum rozswawolonych włóczęgów gotów był lada chwila pochwycić na ręce i strażnika i grubego Damjana i zacząć podrzucać niemi, jak piłkami. Policjant cofał się przezornie. Karski silił się, aby uprowadzić Leona. Nagle w ten rozgardjasz wpadł Bryłkin z butelką w ręku, powiódł przekrwionemi oczami po zebranych i obwieścił poważnie, że funduje wszystkim z dobrej, nieprzymuszonej woli... wiadro spirytusu. — Oto pieniądze! Ale musicie zaraz wyruszać... Wypijemy je na wyspie... Starosta niech biegnie do szynku, a wy... do wioseł!... Kogoście na starostę wybrali?... Obucha pewnie? — Nie. Ja nim jestem! — odrzekł ciemny i posępny mężczyzna, wysuwając się na czoło. — Aha!... Majdaniarz! Bardzo dobrze... Masz w tym wprawę!... — żartował kupiec. Wręczył mu pieniądze i wyszedł z szopy, a robotnicy za nim. Damjan biegł obok, gotów nieledwie „polizać dobroczyńcę“... w łokieć. — Aby tylko ruszyć... aby krok... Oj, grzechy, grzechy!... — mruczał idący na ostatku Koźma. — Faraony... Wyzyskiwacze... Obedrzyjcie ze skóry i dobrze całą tę nikczemną kobyłkę!... Pokażcie im, gdzie pieprz rośnie!... Nauczcie rozumu obmierzłych żyganów... Nasypcie im węgli w spodnie!... Idźcie, , głupie obdartusy, bogaćcie ich własną pracą... Zbierajcie własną krwawicą „kapitały“!... Gotujcie nożyczki do obcinania zarobionych kuponów u wystrzępionych spodni! Ale ja nie pójdę z wami... Niema głupich... Chodziłem ja dość!... Nie sprzedam wolnej mej woli i ochrzczonej duszy za spleśniałego suchara!... — krzyczał Indor, wymachując rękami za odchodzącemi towarzyszami. — Co innego za kieliszek wódki... Prawda, panowie szlachta?! Mrugnął filuternie na przechodzących mimo Karskiego i Leona, czapę futrzaną głęboko na uszy nasadził i nawrócił w stronę poblizkiego szynku. — Co ci przyszło do głowy wtrącać się?... I wcale nie miałeś racji!... — wyrzucał Karski przyjacielowi. — Jak to nie miałem racji? — oburzył się ten i przytoczył cały szereg niezmiernie logicznie zbudowanych dowodów. — Nie znasz tych ludzi i nie liczysz się z niczym... To zupełnie inne środowisko! — przerwał mu niecierpliwie Karski. — Nie potrzebuję ich znać... Albo mam rację w zasadzie, albo nie mam racji!... Wartość rozumowania leży w sprawiedliwości jego głównej przesłanki, a nią jest wyzysk pracy przez kapitał! — Doktryner! — syknął Karski. — Oportunista... Zawsześ był skłonny do ustępstw!... Szli obok siebie chwil kilka, bladzi od gniewu, nie patrząc na siebie. Wreszcie Karski opamiętał się, stanął przed towarzyszem i ręce mu na ramionach położył. — Kłócimy się... a przecież... przecież za chwil kilka rozstaniemy się... może na wieki!... Łzy zamgliły źrenice obu. — Widzisz, gdybym tak jak ty rozumował, nigdybym stąd... nie wyjechał!... — szepnął Karski. — Czasem masz rację, a czasem jej nie masz... Pewność siebie jest wielką zaletą, ale... niezawsze można walić obuchem... Cierpię, Leonie, nie uwierzysz, jak cierpię! — dodał ciszej — gdyż pojmuję, że początek takich rozumowań, to początek słabości, ale pomyśl, coby się stało, gdyby teraz wybuchła tutaj... awantura. Przypisanoby ją nam. Zatrzymanoby mię, a dla mnie zostać tu, znaczy tosamo, co skazać na śmierć... moją żonę. W dodatku, myślę, że byłaby to zupełnie bezużyteczna ofiara. Niktby w tym wypadku nie wygrał. Nawet ty, pewny jestem, nie tak przecie pojmujesz poprawę tych stosunków! Więc po co?... — Dosyć, już dosyć!... Nigdy nie wybrniemy z tego labiryntu!... — przerwał Leon z resztką niechęci. — Skuci ludzie zawsze się szarpią za swe łańcuchy. Spojrzeli sobie w oczy i uścisnęli się długo i mocno.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Powrót.
