Obrazek
FAŁSZYWA KUROPATWA.
Obrazek
FAŁSZYWA KUROPATWA.
I.
Ciotka Klotylda miała ciężkie życie. Wprawdzie cieszyła się stale doskonałem zdrowiem, i nigdy jeszcze progów jej mieszkania nie przestąpił lekarz, chyba tylko w charakterze gościa; wprawdzie zajmowała bardzo ładny lokal przy Marszałkowskiej ulicy i pięć pokojów od frontu w eleganckim domu; wprawdzie posiadała złożony w banku kapitał, od którego procent wystarczał nietylko na wydatki, lecz nawet na dogodzenie kaprysom, na podarunki dla licznych kuzynek, na wsparcia i jałmużny dla ubogich, bo trzeba przyznać, że pani Klotylda miała serce złote. Ale co to wszystko znaczy!? Życie jej było ciężkie, a jak kto ma ciężkie życie, to mu ani zdrowie, ani majątek nie miły... Ostatecznie zdrowie jest bardzo dla każdego pożądane, ale nie takie ordynaryjne, żelazne zdrowie. Żeby się czasem, chociaż trochę, chociaż cokolwieczek popsuło... Byłaby przynajmniej sposobność do zrobienia sobie pewnej przyjemności, wyjazdu za granicę do wód... Zapewne, że i ludziom zupełnie zdrowym nie jest wzbroniony wyjazd do Ostendy, do Ems, a choćby tylko w góry do Zakopanego, ale ciotka Klotylda rozsądnie zapatruje się na rzeczy i nie robi nic takiego, coby nie miało sensu, a niechże kto powie, czy jest sens włóczyć się po zakładach kuracyjnych, nie potrzebując kuracyi. Oczywiście niema, więc też ciocia Klocia tego nie czyni. Mogłaby wprawdzie udać się do wód i z innego powodu, ale nie ma jeszcze stanowczego zamiaru szukania szczęścia w małżeństwie. Niby w zasadzie, gdyby się coś odpowiedniego trafiło, to dlaczego nie, ale nic się nie trafia, a samej szukać nie wypada. Przytem jest tyle... tyle kłopotów. Mieszkanko, złożone z pięciu dużych i ładnych pokojów, dla jednej osoby byłoby wystarczające, ale jak przyjadą goście ze wsi, jest stanowczo za ciasne. Zamienia się ono wówczas, jak sama ciotka powiada, na pewien rodzaj koszar damskich i psuje się w niem ład, a po odjeździe gości trzeba stracić ze trzy dni przynajmniej na przestawianie, froterowanie, trzepanie mebli — co ciotka w gruncie rzeczy bardzo lubi, ale się przytem ogromnie irytuje. Pod tym względem podobna jest ona do tych zagorzałych winciarzy, którzy pasyami lubią grę i tęsknią do swoich partnerów, a gdy zasiądą do stolika, to kłócą się, jak zacietrzewione indyki. Nie sposób utrzymywać, że posiadanie kapitału, przynoszącego regularnie procenty, należy do przykrości nadzwyczajnych, których przy największym wysiłku woli znieść nie można; owszem, dla zwykłych ludzi jest to nawet niejaka przyjemność, ale każdy medal ma dwie strony!... Jeszcze póki człowiek żyje, to tam jako tako: bierze procent, żyje z niego, ponosi wydatki, dysponuje nim według upodobania, ale gdy człowiek umrze? Kto będzie pobierał procenty, lub też kto weźmie na swoje barki ciężar roztrwonienia kapitału? Na jaki cel użyje tych pieniędzy, co z niemi zrobi? Kto powie, że tego rodzaju pytania nie są męczące, ten nie ma o zmęczeniu najmniejszego pojęcia... Ciotce Klotyldzie myśli tego rodzaju spędzają sen z powiek. Nieraz w nocy przewraca się ona nieboraczka na pysznem, bogato rzeźbionem łożu, na miękkich edredonowych poduszkach, przewraca się biedaczka, a wzdycha i jęczy, jak Madej na swem piekielnem posłaniu. Komu się jej majątek dostanie? jaki będzie testament? Wprawdzie kwestya zrobienia testamentu nie zdaje się być naglącą, gdyż pani Klotylda ma dopiero, nic nie dodając ani nic nie ujmując, trzydzieści siedm lat życia, a przy wybornem zdrowiu, jakie posiada, prawdopodobnie żyć będzie bardzo długo, ale zawsze radaby wiedzieć, w czyje ręce się jej majątek dostanie. Jest ciekawa. Utrzymują, że ciekawość wrodzona jest kobietom — dlaczegożby ciotka Klotylda wyjątkiem być miała?... Osoba z temperamentem żywym, ruchliwa, pełna energji, więcej ma w sobie ciekawości, niż pięć flegmatyczek razem wziętych. Może się komuś dziwnem wydać ciekawość odgadnięcia zagadki, której rozwiązanie jest wyłącznie od samego zgadującego zależne. Toż nikt nie może lepiej wiedzieć, co się stanie z majątkiem ciotki Klotyldy, jak sama ciotka Klotylda... Pozornie jest w tem najzupełniejsza racya, ale tylko pozornie, gdyż ciotka na decyzję stanowczą zdobyć się nie może i wątpi, czy się kiedy zdobędzie, bo nie łatwa to rzecz zaiste. Są takie komplikacye i takie kombinacye i takie pogmatwania rozmaite, że doprawdy trudno z tego labiryntu wybrnąć, tem bardziej, że ważną bardzo rolę w kombinacyach testamentowych gra serce, a ciotka ma bardzo dobre serce, co także jest jednym z ciężarów jej życia. Nieraz myśli sobie: mój Boże, cóżbym ja dała za to, żeby wiedzieć, komu mój kapitalik zapiszę?... ale nie wiem... nic nie wiem i to mnie do najwyższego stopnia irytuje. Rzecz prosta, że o zapisie wszystkiego na cele dobroczynne niema mowy, bo rodzina czułaby się pokrzywdzoną. Cząsteczka jakaś, dajmy na to dwunasta, przeznaczona zostanie na stypendyum, aleć to dopiero cząsteczka i trzebaby się naradzić z prawnikiem, jak i na jakie mianowicie stypendyum ją zapisać — a pozostaje do rozporządzenia jeszcze jedenaście dwunastych części. Co z niemi zrobić? Uszczęśliwić jednego z krewnych całością, to znaczy zasmucić innych, podzielić zaś majątek równo między wszystkich, to znaczy... To nic nie znaczy, bo krewnych jest dużo, dostałoby im się po odrobince i także mieliby pretensye do testatorki. Ciężkie, bardzo ciężkie zadanie. Trzeba wiedzieć, jak się rzeczy mają z tymi krewnymi. Nie mówi się o wszystkich, bo jest ich dużo, jak na jedną zamożną ciotkę stanowczo za wiele, ale o tych tylko, którzy są bliżsi i których ciotka lubi i stosunki z nimi utrzymuje. Są krewni jej i krewni jej nieboszczyka męża, w rozmaitych stopniach kuzynostwa. Wszyscy mieszkają na wsi i poczciwi są doprawdy — bardzo ciotkę kochają, bardzo szanują, a nie mogąc przesiadywać ciągle w Warszawie i osobiście nadskakiwać, składają przez okazye i przez poczty materjalne dowody pamięci. Można powiedzieć, że prześcigają w tem jedni drugich, bo tak: jeżeli pani Stefanja z Wądołków przyśle dwie perliczki, to pani Michalina z Górek deleguje natychmiast do Warszawy pachciarza z takim wspaniałym, tak znakomicie utuczonym indykiem, że go żydzisko ledwie może przydźwigać. Jeżeli pan Kalasanty z Bajorków nadeszle zająca i trzy pary kuropatw, to pan Marcin z Krzywej Woli ma sobie za najpierwszy i najświętszy obowiązek dostarczyć ciotce sarnę, lub koziołka. Choćby z pod ziemi wykopać, albo, co dużo łatwiej, choćby za Żelazną Bramą w Warszawie kupić... A co też z tych Wądołków, Bajorków, Górek i Krzywej Woli nadchodzi doskonałego masła, pysznych serów, wędlin, konfitur, owoców, co przeróżnych robótek od siostrzenic i dywanów, pantofelków, poduszek, serwet, firanek — tego na wołowej skórze nie spisać. I biedna ciotka ma także i z tego powodu ciężkie życie, bo wszystkich prowiantów skonsumować, nawet przy pomocy gości, nie może, a chować już nie ma gdzie, bo wszystkie szafy i komody są pełne. Ciotka jest wzruszona, radaby z całego serca jakoś się krewnym za tyle dowodów pamięci odwdzięczyć; nie sypia więc po nocach, myśli, kombinuje... Przychodzi jej nieraz do głowy, żeby siostrzenicę swoją, pannę Ernestynę z Krzywej Woli, wydać za Maciusia z Bajorków, albo Fredzia z Wądołków ożenić z Ludwisią z Górek... ale się to jakoś nie klei, bo ta młodzież dziwnie jest grymaśna i ma wielkie o sobie rozumienie. Ernestynka wysoko patrzy, gdyż skończyła pensyę w Warszawie, i jak mówi matka jej, poczciwa pani Marcinowa, jest panienka oczytana na wszystkie cztery boki i posiada, oprócz fortepianu, cztery języki, nie licząc własnego; to też Ernestynka wprost powiada, że Maciuś dla niej za głupi (jak gdyby na męża filozof koniecznie był potrzebny). Przewrócone w głowie ma dziewczyna i tyle... Fredzio znów, dla tego, że nosi ubranie imponującej szerokości i marynarkę krojem workowatym, Bóg wie co sobie wyobraża i na Ludwisię patrzeć nie chce, bo mówi, że w Górkach bieda aż piszczy, a żydzi siedzą tam na hypotece, jak koty na piecu. To wszakże nieprawda, bieda jest; ale jak się ciotka w to wda, to nie będzie. Ludwisia jest dziewczyna, jak przylepka, a gospodyni niezrównana; kto ją weźmie za żonę, ten się fortuny dorobi, nie mówiąc już o tem, że jadać będzie jak Lukullus, a spasie się jak nieboszczyk stary Dumas. Fredziowi się zdaje, że czeka na niego udzielna księżniczka, albo królewna z bajki, a tego nie widzi, że i w Wądołkach także się nie przelewa i że oprócz Fredzia jest jeszcze pięcioro młodszego rodzeństwa: Miecio, Mania, Kazia, Micia i maleńki Lolo. Jest to tam niby cztery konie i powóz, jest nawet i lokajczyk od wielkiego święta, ale wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi. Cuganty muszą bronę włóczyć, a lokajczyk w powszedni dzień zdejmuje liberyę i pasie kwiczący inwentarz aż miło, a gdy goście przyjadą niespodziewanie, to dziewka biegnie na zastępstwo do trzody, a lokajczyk powraca do kredensu do liberyi. Fredzia ojciec już od wielu lat ubiega się o to, żeby go do Towarzystwa wybrali, bo pensya bardzo by mu się przydała, ale ubiega się napróżno, zawsze kogo innego wybiorą, a on osiada na koszu jak niepyszny... Czego tu nosa zadzierać... I Fredzio nie ma sensu i Ernestynka nie ma sensu i oboje razem nie mają sensu... Możnaby jeszcze wykombinować w inny sposób, tak, żeby była jedna para głupia, a jedna poczciwa, to jest niechby Fredzio wziął sobie Ernestynkę, a Ludwisia Maciusia, bo Maciuś złoty chłopak... Ci dwoje dorobiliby się czegoś, bo ona jedynaczka, a on ma tylko jednego braciszka Bolcia. Doskonaleby było, ale cóż? Fredzio z Ernestynką, a Maciuś z Ludwisia są sobie cioteczni, pokrewieństwo zablizkie. Trzebaby aż do Rzymu po dyspensę posyłać. Głowa pęka, doprawdy, jak się naraz tyle osobliwych kombinacyj złoży. I te grymasy, to zadzieranie nosów, pięcie się w górę też jest przyczyną zmartwienia... I kto? kto? Taka sobie Ernestynka i taki sobie Fredzio! Jest też komu świat gubić! Tak ciotka po nocach, nie mogąc sypiać, kombinuje i na żaden sposób nie może zaspokoić swojej ciekawości i znaleźć odpowiedzi na pytanie: kto weźmie jej majątek. Ta myśl ją męczy i spokoju nie daje, tak, że biedna kobieta dopiero nad ranem zasypia. Ciężkie życie!
II.
Regularnie o godzinie 10-ej zrana ciotka Klotylda kończy pić kawę i zaczyna robić, stosownie do okoliczności, albo małe piekiełko porządkowe, albo takie sobie średnie piekło, w samę miarę, albo wielkie, straszliwe piekło. Pierwszy gatunek bywa wyjątkowo przy gościach, drugi za grzechy powszednie na dzień powszedni służy, trzeci zaś praktykuje się zazwyczaj przy robieniu nadzwyczajnych porządków, przed świętami, z okazyi wyjmowania lub zakładania firanek i okien dubeltowych, przed wyjazdem na wieś, podczas pakowania kufrów, i po przyjeździe ze wsi, przy rozpakowaniu. Okazyi do robienia piekła nigdy nie brak; a tak samo jak w naturze, czasem bywa przelotna burza z jednym lekkim piorunem, czasem nawałnica, a niekiedy straszliwy orkan, trąba powietrzna lub oberwanie się chmury — tak też i ciotki Klotyldy repertuar meteorologii domowej bywał pełen urozmaicenia i ciągle świeżych nowości. Ostatecznie cóż ta biedna ciotka temu winna, że się nie mogła obywać bez sług i że te sługi są strasznym, okropnym ciężarem życia tych niewiast, którym tytuł pań służy. Zmieniała je prawie co tydzień, a woźni z kantorów stręczeń przychodzili niemal codziennie i nie mogli ciotce nigdy dogodzić. Sprowadzała sobie tak zwane «niedźwiadki» ze wsi, dziewice nie dotknięte jeszcze brudem i cywilizacyi wielkomiejskiej, różne Magdy i Kasie z Wądołków, z Krzywej Woli, z Górek i cieszyła się wówczas, że ma służącą wprawdzie niemożliwie głupią, lecz przynajmniej niewinną; ale po trzech dniach uciechy odsyłała niewinność do Krzywej Woli i pisała do kantoru kartkę z żądaniem, «żeby była, jaka chce», aby tylko umiała doskonale sprzątać i prasować. Przychodziła więc taka, «jaka chce». I znów przez kilka dni było ciotce dobrze... zupełnie dobrze. — Bo cóż mi tam do jej spraw sercowych — mówiła — nie jestem jej matką, ani siostrą, a skoro robi porządnie co do niej należy... Cóż, kiedy nigdy nie trafiła się taka, ktoraby przez tydzień robiła to, co do niej należy porządnie i zawsze na końcu szczotki, na trzepaczce od mebli, na ścierce wisiała kwestya gabinetowa, a z niej, niby kula ze strzelby, z łoskotem okropnym wypadała dymisya, obrachunek i świadectwo... W pisaniu świadectw miała ciotka wprawę osobliwszą, a taką barwność, taką rozmaitość stylu, że szkoda istotnie, że perełki owe miały tak brzydką oprawę, jak szary, bibulasty papier książeczki służbowej... Naprzykład tak: «Katarzyna Lufcik służyła u niżej podpisanej za pokojówkę od d. 4-go do d. 9-go kwietnia włącznie. «Od powietrza, głodu, ognia i od Katarzyny Lufcik zachowaj Panie niżej podpisaną.
Albo znowuż w ten sposób: «Zaświadczam z czystem sumieniem i zgodnie z prawdą, że Scholastyka Przypalińska (z męża Michałowa) była u mnie kucharką od d. 17-go sierpnia do d. 19-go sierpnia, to jest przez całe dwa dni, nie licząc nocy, podczas której używała przechadzki, że zaś odznaczała się trzeźwością, pracowitością, rzetelnością i umiejętnością gotowania, tego wcale nie zaświadczam.
«Aniela Pędzisz, rekomendowana mi do wszystkiego, jest do niczego. Że na takim stopniu moralności, oświaty i uzdolnienia fachowego pozostanie aż do śmierci, o tem jestem najmocniej przekonana, gdyż żadna pani na świecie z takiego tłomoka nic zrobić nie zdoła. Była przez dni trzy, czwartego już nie mogłam wstrzymać.
Trafiały się jednak i pochlebne zaświadczenia w tym rodzaju: «Magdalena Sroka, pokojówka, właściwie Dymitr Samozwaniec, służyła u mnie przez tydzień jeden i dni dwa. Bardzo porządna dziewczyna. , moralna, cicha, tylko nie umie zamiatać, sprzątać, nie potrafi posłać łóżka, nastawić samowaru, nie ma pojęcia o praniu i nie wie, do jakiego użytku służy żelazko, przytem jest flejtuch, po za tem próżniak, a zresztą idealna dziewczyna.
«Kunegunda Mysikrólik, młodsza, służyła u mnie przez dni pięć. Tysiące sług już widziałam, ale takiego wałkonia jeszcze nie.
Takie świadectwa wypadały z pod pióra ciotki z szybkością maszynową, a proceder wypędzenia służebnicy nie zabierał wiele czasu i odbywał się zawsze jednakowo, według ceremonjału, ustanowionego przez zwyczaj. Delikatna wymówka, ostre napomnienie, szalony wybuch gniewu, chwila ciszy, obrachunek, wypłata, świadectwo i po wszystkiem. Niekiedy po takim wybuchu i scenie rozstania się, pani Klotylda zasiadała przy biurku i na eleganckim, monogramem i koroną ozdobionym papierze pisała do Ludwisi, lub do Ernestynki, taki mniej więcej liścik: «Najdroższa moja kuzyneczko!» «Śliczne twoje oczęta nie widziały zapewne jeszcze (i oby nie zobaczyły nigdy) bestyi, potworu, smoka, salamandry, jaszczurki, bazyliszka, ropuchy, którą tu u nas kantory stręczeń służących mają tupet i bezczelność nazywać pokojówką lub kucharką! «Wyobrażenia mieć nie możesz, co to za ananasy. Wystaw sobie, najpiękniejsza Ernestynko, wystaw sobie w imaginacyi wielki, brudny siennik, albo wańtuch od wełny napełniony: niegodziwością, nieposłuszeństwem, niezdarnością, niechlujstwem, próżniactwem i okropną gębą od ucha do ucha, a będziesz miała dopiero przybliżone pojęcie o tem, co jest warszawska sługa! «Zepsute to do szpiku, zdemoralizowane, złe, nieprzychylne, niezgrabne, jednem słowem coś strasznego, z dodatkiem tiurniury, kapelusza, dwóch stałych narzeczonych i przynajmniej trzech braci. «Ja już wytrzymać nie mogę. Właśnie w tej chwili wyrzuciłam z domu jeden taki egzemplarz i doprawdy nie mam odwagi posłać do kantoru po drugi. «Do ciebie więc uciekam się, aniołeczku, ratuj mnie w tej ciężkiej potrzebie. Nie sposób, żebyście tam w Krzywej Woli nie znalazły jakiej dobrej, uczciwej dziewczyny dla mnie. «Niech nic nie umie, mniejsza o to. Pomagać będę, będę pracowała sama i nauczę ją wszystkiego co potrzeba. Wiem, że taka dziewczyna prosta, niezepsuta, pod wpływem łagodnego obejścia przywiąże się do mnie i pobędzie długo, a ja właśnie tego tylko pragnę, bo już mi obrzydły te kochane kantory i ciągłe zmiany sług. «Całuję twoje śliczne oczy, Ernestyno, twoją mamę, Wacia, Bronisia i Adasia. Pokłoń się odemnie ojczulkowi i powiedz, żem się stęskniła za wami i że godziłoby się kiedy odwiedzić biedną pustelnicę warszawską, a zarazem szczerze was wszystkich kochającą ciotkę
Ernestynka spełniała polecenie drogiej cioteczki natychmiast i w kilka dni później z dworca kolejowego przybywała do mieszkania pani Klotyldy Nastka, Agatka lub Marysia, tęga i przysadzista jak pieniek, czerwona jak burak, niewinna jak dwumiesięczna gąska, naiwna jak dziecię i bez ustanku zdziwiona. To jest przynajmniej materyał, surowy wprawdzie, ale w wybornym gatunku... Jest to glina garncarska, z której umiejętna ręka potrafi ulepić arcydzieło! Poczciwa Ernestynka, jak ona umie dogodzić swej cioci. Ciocia cieszy się nowym nabytkiem; bawi ją ta naiwność, ta natura prosta, szczera, nieskażona fałszem pozornego poloru, nie wtłoczona jeszcze w karykaturalne formy tak zwanej ogłady. Istny to kartofel wyrosły na piaskach Krzywej Woli i właśnie tak jak ciotka chciała: surowy i . Panią Klotyldę zachwyca ta pełna sielankowego wdzięku niezgrabność, to poślizgiwanie się na woskowanej posadzce. Kiedy piękna Marysia, niosąc tacę, próżną na szczęście, przewróciła się i upadła jak długa na dywan, ubawiło to ciotkę niesłychanie; gdy zaś drugi raz zdarzył się taki wypadek i kilka filiżanek stłukło się przytem — wydało się to pani Klotyldzie mniej zabawnem, a nawet nudnem i nieznośnem. W tydzień później piękna Ernestynka otrzymała od ciotki list tej treści: «Zachwycająca Ernestynko, ty najmilszy kwiatku Krzywej Woli, która słynie z kwiatów. «Nie mogłaś lepiej dogodzić twojej ciotce i bardziej w myśl jej utrafić, jak przysyłając Marysię. «W istocie, jest to perła nie dziewczyna! Pod względem skromności przeszła moje oczekiwania, gdyż przez cały dzień, bez ustanku, albo się rumieni, albo się wstydzi, a prawdopodobnie czyni to i przez pozostałą część doby. «Jest naiwna do zachwycenia; jeszcze nigdy w życiu swojem nie widziała szczotki i nie wyobraża sobie, żeby do zamiatania mogło służyć co innego, jak miotła. Cudowne dziecko! Salon mój nazywa «izbą», pokój sypialny «jalkierzem», stołowy «kumorą», a buduar «kaplicką». Boi się wodociągu, gdyż nigdy jeszcze nie widziała takiego «cudoka», coby ze ściany wodę popuszczał i że pewnikiem tam «złe» siedzi. Nie chce pijać herbaty, bo ją «chwalić Boga, nic nie boli na wnątrzu» i prosi o «kapeckę żuru i krztę bałabonu», to już sobie sama w «garnusecku» uwarzy. «Jednak, droga moja Ernestynko, ja ci tę Marysię odsyłam. «Nie dla tego, żeby mi się miała nie podobać; przeciwnie, jestem nią zachwycona w najwyższym stopniu — ale, duszyczko moja, ja się źle obliczyłam z mojemi własnemi siłami i przeceniłam, jak sądzę, me pedagogiczne zdolności. Zawiodłam się sama na sobie. «Marysia, o ile jest skromna i niewinna, o tyle nierozgarnięta. «Nie mówię już o sprycie zręcznej subretki, o tem nawet nie marzyć, ale nie posiada ona żadnych w ogóle umysłowych zdolności i nie rozminę się z prawdą, twierdząc, że przyszłość tego miłego dziewczątka i jego karyera jest w Krzywej Woli, w oborze. «Próbowałam ja z niej coś zrobić, droga Ernestynko, ale niestety przyszłam do wniosku, że łatwiej by mi przyszło nauczyć niedźwiedzia haftować, lub słonia robić pończochę, aniżeli Marysię zamiatać. «Jest to niepodobieństwo. «Jak w naszej sferze jedna panienka miewa talent do muzyki, a inna do malarstwa, tak widocznie w sferach niższych bywają specjalne talenty do szczotki a specjalne do wideł. Właśnie Marysia posiada ten drugi rodzaj talentu, który, jak zapewne przyznasz sama, droga Ernestynko, w małem mieszkanku samotnej kobiety nie daje pola do rozwoju. «Mnie, aniołeczku mój drogi, potrzebna jest żwawa, fertyczna, sprytna pokojóweczka, którąbym mogła wpuścić do pokoju bez obawy o całość lamp i zegarów. Ostatecznie, że taka fertyczna panienka nie otrzyma nagrody Montyona za cnotę, to mnie znowuż tak bardzo nie . Życia sobie przecież z tego powodu nie odbiorę. «Przytem jest jeszcze rzecz szczególna z Marysią. Nie mogę zgadnąć, z jakiego materyału ta dziewczyna ma nogi, przypuszczam, że chyba z ołowiu. Gdy się przesuwa przez pokój, mogłabyś mniemać, że to wóz piwowarski przejeżdża. Stoły się chwieją, meble drżą, a lampy dzwonią w sposób zatrważający. Obawiam się, żeby ta dziewczynka nie spowodowała kiedy trzęsienia ziemi w Krzywej Woli. Zwróć na to uwagę ojczulka, żeby zapobiegł takiej katastrofie. «Ściskam cię, moja śliczna, całuję, pieszczę, kocham i proszę, oddaj moje uściśnienia, pozdrowienia i ukłony całemu waszemu domowi i pamiętaj, że jestem spragniona waszego towarzystwa, jak kania dżdżu... Serdecznie cię kochająca ciotka
Co rok dwa listy, różne pod względem formy, ale jednakowe co do treści otrzymywała Ernestynka i dwa Ludwisia, a niezależnie od tego, dwa pani Piotrowa w Wądołkach (matka pysznego Fredzia) i dwa pani Kalasantowa w Bajorkach (matka skromnego Maciusia). Ta korespondencja miała taki skutek, że corocznie cztery dorodne i skromne dziewice z wyżej wymienionych wiosek: Wądołków, Górek, Bajorków i Krzywej Woli przyjeżdżały na krótki pobyt do Warszawy, a po powrocie miały niewyczerpany temat do opowiadania o nadzwyczajnych dziwach i cudokach, jakie w onej Warsiawie widziały. Raz pani Klotylda, zmęczona do najwyższego stopnia nieustannym ambarasem, zarówno z fertycznemi pannami do wszystkiego, jako też z temi dziewicami o wadze ołowiu, a gęsiej skromności, postanowiła zerwać zupełnie ze służbą płci nadobnej i przyjęła lokaja. Biedaczka! trafiła z deszczu pod rynnę. Wprawdzie lokaj był zręczny i sprytny; froterował i sprzątał doskonale, ale cóż ztąd, kiedy napchał kucharce w głowę taką masę sentymentów, oświadczyn i zapowiedzi, że zbrakło już miejsca na szumowiny i skutkiem tego rosół był tak mętny, jak amatorski traktat o spirytyzmie. Skończyło się na tem, że musiała pani Klotylda oddalić i lokaja i kucharkę i poradzić im, aby się pobrali w innej parafji. Były tego dnia nie dwie zwykłe burze, ale dwa huragany, dwie trąby powietrzne, dwa cyklony, a potem cisza, dwa obrachunki, dwie wypłaty, dwa świadectwa i listy do dwóch kantorów... Doprawdy! nawet przy najdogodniejszych warunkach bytu, przy niezależności zupełnej, przy majątku życie kobiety jest straszliwie ciężkie, a nadewszystko przez te niegodziwe sługi!
III.
Teraz nieco historyi. Każdy człowiek ma swoje dzieje, ma je też i ciotka Klotylda. Urodziła się ta niewiasta, jak powiedziano wyżej, przed trzydziestoma siedmioma laty, z czego zresztą nie czyni sekretu. Nie dla tego żeby miała odstępować od ogólnej zasady, ale z powodu, że wygląda jeszcze tak dobrze, że nikt w jej szczerość pod względem lat nie wierzy. Urodziła się na wsi i, jak sama powiada, od chwili przyjścia na świat ciągle ma ciężkie życie. Jeszcze nie ukończyła trzech lat, przyjęto już do niej bonę. Była to tęga i silnie zbudowana dziewica ze Szwajcaryi, bona — dubeltówka, posiadała albowiem dwa języki: francuski, niezupełnie poprawny, i niemiecki, zupełnie niepoprawny, mówiła albowiem niezupełnie, dla obu zaś tych języków miała akcent wspólny. Że przy tem odznaczała się temperamentem nieco popędliwym i że nie wymawiała sześciu liter z alfabetu, przeto nie brak jej było kwalifikacyj na wychowawczynię początkową dla dzieci płci obojga, a zwłaszcza dla dziewczynek. Do ośmiu lat życia Klocia była pod kierunkiem panny Berty, która, niby energiczny młynarz ziarno do kosza, wsypywała w jedno różowe uszko dziecka słówka francuskie, w drugie niemieckie; specjalna zaś mistrzyni, daleka kuzynka ojca Kloci, zaszczepiała jej codzień w drobne paluszki bakterye fortepianowe. Inne przedmioty wykładała mama. I trwało to przez lat kilka bez przerwy, ale później mama umarła, kuzynka odjechała, a pannę Bertę ktoś wykradł, ojciec przeto, nie mogąc podołać ciężarowi wychowania dziewczynki, oddał ją na pensyę do Warszawy. I tu znowuż zaczęło się dla Kloci ciężkie życie. Nie dla tego żeby na pensyi było bardzo źle, owszem, masa koleżanek, gwar ciągły, umiarkowana agitacya na świeżem powietrzu, para za parą i nóżka za nóżką, podobały się dziewczynce... I nie dla tego Kloci było ciężko, że pani przełożona, bardzo hojna, gdy szło o francuzczyznę, miała wręcz przeciwne zasady pod względem bułek: że o ile szczodrze pragnęła napychać główki swych pupilek, o tyle bardzo umiarkowanie zasycała ich apetyt — nie! Serdeczny, kochany ojczulek pieniędzy córeczce nie żałował i miała ona zawsze fundusze na ciasteczka francuskie, babki śmietankowe i figielki z kremem, więc można było uzupełniać szczupłość pensjonarskich porcyjek... Zresztą! ktoby się o takie drobiazgi kłopotał. Starsze panienki zrobiły kolumbowe odkrycie, że w braku mięsa i innych subsancyj białkowatych, można jadać sproszkowany węgiel drzewny, kredę pławioną, piasek biały, tynk ze ściany i ołówki Fabera — i że są to potrawy bardzo smaczne i pożywne, zwłaszcza, gdy się je od czasu do czasu zakrapia octem lub kwaskiem cytrynowym, rozpuszczonym w wodzie; ale Klocia nie mogła się jakoś do tej teoryi przekonać. Była to dziewczyna niepodobna do swoich koleżanek, tęga, rumiana, trochę niezgrabna, ale zawsze zdrowa i silna... Nie dawano jej też na drugie śniadanie tłuszczu z wątroby stokfisza, ani syropu jodowego z chrzanem, ani liści orzechowych, ani innych smakołyków, jakimi niektóre pensjonarki za umiarkowaną oddzielną opłatą częstowano uprzejmie. Głównym ówczesnym ciężarem życia Kloci była arytmetyka, przeklęta nauka, którą, gdyby świat miał rozum, wyrzuciłby już dawno do spiżarni, lub do piwnicy, aby ją szczury zjadły. Co wtorek, czwartek i co sobota stawała przed biedną dziewczynką ta zmora, sucha jak pieprz, najeżona cyframi, zimna jak lód, a trudna... Boże! jaka trudna... A przecież trzeba się było uczyć, trzeba się było męczyć, szarpać z tą szkaradną tabliczką gryźć ułamki!... Myślała sobie Klocia, że jeżeli kiedyś tam, gdy się zestarzeje, będzie musiała sprawić sobie sztuczne zęby, to tylko z powodu ułamków i jakiejś zagmatwanej reguły trzech, tej dziwacznej ciuciubabki, w którą każą grać pensjonarkom i szukać jakiegoś niewiadomego czwartego... I żeby to chociaż był chłopczyk! Nauczyciel tego przedmiotu, najnudniejsza kreatura, jaka kiedykolwiek istniała pod tym stopniem szerokości geograficznej, nieraz przepowiadał, że Klocia nie będzie Newtonem... Sądził zapewne nieznośny dziadzisko, że Klocię tą przepowiednią strasznie zmartwi. Nie będzie Newtonem! Wielkie rzeczy... alboż Klocia nim być może... Jest to i niemożliwe i niepotrzebne... Klocia jest Klocią i wcale nie życzy sobie być jakimś łysym, zatabaczonym nudziarzem, który zresztą już sobie umarł podobno... Także koncept! W tej walce z arytmetyką i innymi łatwiejszymi już przedmiotami biegły lata, podczas których Klocia ulegała pewnym transformacjom. Z chwilą przyjścia na pensję była podobna do pękatej baryłki lub też do nizkiego okrągłego pieńka; następnie zaczęła się wydłużać i robić jeszcze niezgrabniejszą niż przedtem; dalej stała się podobną do oskubanej indyczki, a wreszcie... coraz częściej zaglądała do lustra. Zdawało jej się, że przystojnieje, i koleżanki potwierdzały to przypuszczenie... Trafiło się jej być w tym czasie na wieczorku u swojej kuzynki, która ją co kilka tygodni zapraszała do siebie — i... wydziwić się Klocia nie mogła, jak ją ciągle zapraszano do tańca, ją! a przecież jeszcze rok temu, na takim samym wieczorku, żaden pan na nią nie spojrzał i tańczyła tylko z uczniami — i to z małymi bąkami z drugiej, trzeciej klasy najwyżej. W tym czasie ojciec Kloci bardzo energicznie się krzątał około uporządkowania swoich interesów majątkowych. Był to człowiek przewidujący i rozsądny, a ponieważ zapadł na jakąś nieuleczalną chorobę i wiedział, że mu zaledwie rok, lub co najwyżej dwa do końca życia zostaje, nie chciał więc zostawiać córce kłopotliwego dziedzictwa na wsi, z któremby sobie rady nie dała, dobra sprzedał i kapitał w banku ulokował. W tych czynnościach doradzał mu i dopomagał przyjaciel od dawnych lat, pan Seweryn, stary kawaler, właściwie mówiąc, dziad, ale jeszcze trzymający się dobrze... Wygolony, wyczerniony, ubrany elegancko, wyglądał jak lew... na emeryturze, ale zawsze jak lew... W jego to ręce pan Jan, na wypadek śmierci swojej, składał opiekę nad Klocią; już było wszystko ułożone i obmyślane naprzód, że Klocia po wyjściu z pensyi zamieszka u ciotki, która ją potrosze wprowadzi w świat, a pan Seweryn dołoży starań, żeby wynaleźć młodego człowieka z pozycyą, z majątkiem i charakterem, jednem słowem, takiego młodego obywatela, któryby dawał gwarancye, że nie zawiedzie serca Kloci, i nie roztrwoni jej posagu. Zobaczywszy Klocię u ojca, a zobaczył ją wtedy po raz pierwszy, pan Seweryn pomyślał, że należałoby zmienić w pewnym punkcie program opieki. Przy sposobności, przy kieliszku starego węgrzyna, który siły chorego podtrzymywał, a humor zdrowego przyjaciela poprawiał, pan Seweryn przystąpił do rzeczy. — Wiesz co, kochany panie Janie — rzekł — że z tą opieką jest ciężka sprawa... — No, tylko proszę cię, nie cofaj przyrzeczenia: dałeś słowo... — Bo to, uważasz, sam osądź... Klocia u ciotki, a ja tu. Trudno, żebym u tej ciotki po całych dniach przesiadywał i każdego kroku Kloci pilnował. Tam bywają różni kuzynkowie, z pozycyami nieustalonemi, albo i bez pozycyj... Dziewczyna młoda, niedoświadczona, przetańczy z takim fidrygansem dwa albo trzy walce, zakocha się i rób co chcesz! No, sam powiedz, panie Janie, czy taka ewentualność nie jest prawdopodobna? Ojciec przyznał słuszność i zamyślił się głęboko, a pan Seweryn dalej prawił. — Przypuśćmy na chwilę, że tak nie będzie, że Klocia nie tańczy walca, nie kocha się w żadnym kuzynku bez pozycyi. Przypuśćmy, ale przypuśćmy tylko, że pod tym względem jesteśmy spokojni, lecz czeka nas drugi kłopot, bo ostatecznie panna nie jest to coś, żebyśmy ją mieli marynować, trzeba wydać za mąż... — A trzeba koniecznie... — Szukamy tedy kandydata, znajdujemy go — jest! Zdaje się, że odpowiada wszelkim warunkom, ale powiedz-no, panie Janie, tak szczerze, z ręką na sercu, czy możesz za niego ręczyć? czy w ogóle możesz mieć w dzisiejszej młodzieży zaufanie? Widzisz, bo my, ludzie starszej generacyi, znamy się i wiemy cośmy warci, a te smyki dzisiejsze... — Cóż więc robić, radź, Sewerynie kochany, przecież to jedyne moje dziecko i chciałbym mu szczęście zapewnić. — Przychodzi mi na myśl pewna kombinacya. Gdybyś ją zaakceptował, to moglibyśmy się obejść bez ciotki i nie mieć wcale kłopotu z wyszukaniem męża dla drogiej naszej pupilki. — Cóż to za kombinacya? — Ożeniłbym się z Klocią... — Ty!? — Tak jest, ja; ma się rozumieć, za twojem zezwoleniem i zgodą. — Ależ Sewerynie, ty masz lat... — Nie licz ty moich lat, tylko spojrzyj na mnie. Widzisz, że wyglądam doskonale; jestem jeszcze pełen energji i siły, a pięciu dzisiejszych wymoczków mógłbym przeskoczyć. Istotnie pan Seweryn po kilku kieliszkach węgrzyna zarumienił się i wyglądał bardzo dobrze. — Ja jej — mówił — zapiszę cały mój majątek, a będę dla niej opiekunem i mężem jak najlepszym. Podali sobie ręce dwaj przyjaciele i ucałowali się na zgodę. Właśnie kiedy to się działo, Klocia miała ogromne powodzenie na wieczorku u ciotki i ani domyślała się nawet, że los jej został postanowiony i że będzie miała męża, który wszystkie swoje tańce, wirowe zwłaszcza, dawno już najsumienniej odtańczył, a teraz może już tylko używać umiarkowanej przechadzki w... polonezie, po wincie. Klocia kończyła rok siedemnasty życia w styczniu, a kurs nauk na pensyi miał się skończyć w czerwcu, kurs był zatem o kilka miesięcy młodszy. Rzecz prosta, że młodsi ustępują starszym, przeto Klocia opuściła pensyę w grudniu, zrzekłszy się patentu i nagrody za matematykę, a w styczniu została panią Sewerynową. I znów miała ciężkie życie. Nie dlatego, żeby jej było bardzo źle w małżeństwie, przeciwnie, pan Seweryn bardzo ją szanował i traktował nie jak świeżo wypuszczoną z klatki pensjonarkę, ale jakby szanowną i sędziwą przełożoną zakładu naukowego. Regularnie na dzień dobry, po obiedzie i na dobranoc całował ją w rękę, uczył ją grać w winta i , że z czasem prawdopodobnie w maju, albo co pewniejsza w sierpniu, po powrocie z Karlsbadu, sprawi jej jakąś niespodziankę nadzwyczajną... Domyślna Klocia nie wątpiła, że mąż jej ma na myśli prześliczny brylantowy garnitur, który jej niegdyś pokazywał w oknie u jubilera... Zmartwienie Kloci miało inny powód... Uczy nas historya naturalna, że lew, choćby stary póty tylko jest lwem, póki chodzi we fraku... gdy wejdzie w szlafrok, staje się zgrzybiałym hipopotamem... Niestety, na tej drodze, po której wszyscy spieszymy w jednym kierunku, a nikt z nas nie jedzie w odwrotnym, stacja Szlafrok leży tuż za stacją Małżeństwo i według owego prawa przyrodzonego, które przytoczyliśmy przed chwilą, stary lew, dojechawszy do szlafroka, stał się hipopotamem zgrzybiałym. Ociężał zupełnie, zobojętniał na wszystko, życie mu obrzydło, przestał się entuzjazmować nietylko do Kloci, ale nawet do winta, co już jest dowodem ostatecznego upadku. Nie wspominał już swojej żoneczce — dziecku o żadnych nadzwyczajnych niespodziankach, a natomiast odbywał obszerne konferencje z medykami, a tematem tych konferencyj było, ma się rozumieć, odbudowanie ruin Palmyry, do czego wszakże razem wzięte fakultety medyczne całego świata nie posiadają dostatecznej kompetencyi. Biedna Klocia; ona kochała swego męża tak, jak się kocha dobrego dziadunia lub wujaszka, i przykro jej było widzieć, że wujaszek ten cierpi, że go siły z każdym dniem opuszczają, że mu nagle włosy, które farbować przestał, zbielały i siwa broda urosła... Biedna Klocia! Pielęgnowała go jak siostra miłosierdzia, czuwała nad nim, jak nad dzieckiem, wzywała najpierwsze znakomitości, ale te kiwały tylko głowami, jakby chcąc wypowiedzieć tym gestem złowrogie «non possumus.» I po roku wspólnego pożycia Klocia przywdziała żałobę. Ślicznie jej było w czarnej sukni, w długim czarnym welonie, i śmiało rzec można, że wyglądała niby wyrzeźbiony prześlicznie posąg smutku, na którego ustach błądzi powstrzymywany silnie, a przecież buntujący się ciągle uśmieszek. Pewien doświadczony mąż, wielki znawca serc i wdzięków niewieścich, istny ekspert, którego możnaby w pewnych wypadkach zapraszać na posiedzenia sądowe, orzekł, ujrzawszy strapioną Klocię, że nie wyobraża sobie, aby mógł istnieć na świecie piękniejszy karmelek, owinięty w czarny papier. Ten człowiek się nie mylił. Po śmierci męża, młoda wdowa pojechała do krewnych na wieś, aby swoją stratę przeboleć. Jakoż można powiedzieć, że rozparcelowała ten żal i ten smutek, a uczyniła to głównie w Wądołkach, Górkach, Bajorkach i Krzywej Woli, w otoczeniu krewnych własnych i mężowskich, postanowiwszy i bardzo słusznie, aby jej łzy wdowie wsiąknęły w grunta należące do familji, aby znajdujące się w owych łzach sole i inne związki chemiczne, na wieczną rzeczy pamiątkę, przeszły w zboża i kwiaty Górek i Wądołków i ażeby żyły tam wiecznie, w tej nieśmiertelności materyalnej, która wszelkie szczątki zamienia w kwiaty, wszelkie kwiaty w szczątki, która w nieustannych przemianach końca nie ma. Młodą wdowę, zaledwie żałobę zdjąć zdążyła, otoczył rój wielbicieli i okadzał ją dymem pochlebstw, ale nadaremnie. Serce jej spało snem kamiennym i nie znalazł się taki, coby je zdołał przebudzić. To trudno, każdy musi trafić na swoje, a jeżeli nie trafi... to musi się z losem pogodzić... Ciotka Klotylda pogodziła się z losem i przyjechała na stały pobyt do Warszawy. Z początku trzymała przy sobie ubogie kuzynki, starsze wiekiem, aby jej nibyto matkowały, ale gdy od śmierci męża upłynęło lat siedm, uznała, że już jest wdową dość poważną i że może się obchodzić bez towarzystwa osoby starszej. Najęła apartament przy ulicy Marszałkowskiej i, jak już czytelnikom wiadomo, miała znów ciężkie życie z powodu niezaspokojonej ciekawości, kto weźmie po jej śmierci kapitał, tudzież z powodu ciągłych ze sługami utrapień. Taka jest w skróconym zarysie historya ciotki Klotyldy, dla użytku młodzieży płci obojga.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Fałszywa Kuropatwa.
