Front matter
A.
J
(Le voeu d' une morte).
całość
A.
J
(Le voeu d' une morte).
o.
W.
Z drukarni „Dziennika Polskiego“ pod zarz. Fr. Kattnera.
1893.
Pewnego dnia, pod koniec r. 1831., można było w wychodzącym w Marsylji „Telegrafie“ pod rubryką „różne wiadomości“ wyczytać następującą notatkę: „Pożar obrócił wczoraj wieczorem w perzynę całą grupę domów w miasteczku Saint — Henri. Ogromna łuna była też widzialną i w naszem mieście, a ci, którzy znajdowali się na skałach Endoume, mieli sposobność przyjrzeć się zarówno okropnemu, jak wspaniałemu widokowi. „Brak nam jeszcze bliższych szczegółów, dochodzą nas jednak wieści o licznych objawach nadzwyczajnej odwagi i poświęcenia, jakich dowody złożono przy pożarze. Na dziś ograniczymy się tylko do opisania jednego takiego wypadku, który uważać można za najbardziej wzruszający epizod wspomnianej katastrofy. „Jeden z domów tak nagle objęły płomienie, że niepodobna było pospieszyć mieszkańcom tegoż z jakąkolwiek pomocą. Z wnętrza domu dochodziły wyraźnie krzyki przerażenia i rozpaczy nieszczęśliwych ludzi, skazanych, zda się, na śmierć niechybną. Wtem w jednem z okien ujrzano jakąś kobietę, trzymająca dziecko w ramionach. Z dołu można było widzieć, że suknie jej zaczynały już Z wyrazem rozpaczy na twarzy, z rozpuszczonemi włosami rozglądała się dokoła siebie, jakby szalona — i nagle przycisnąwszy dziecko silnie do piersi, rzuciła się z okna na dół... Gdy pospieszono ku nieszczęśliwej, celem udzielenia jej pomocy, ujrzano, że matka leży na ziemi już nieżywa, z rozbitą czaszką; dziecię natomiast żyło jeszcze i z płaczem wyciągało swe rączęta, chcąc się uwolnić ze strasznych objęć zmarłej. „Donoszą nam, że dziecię to, nie mające zresztą, prócz nieszczęśliwej swej matki, żadnych krewnych, zostało adoptowane przez pewną młodą panienkę, której nazwisko nie jest nam znane, a która ma należeć do jednego z szlacheckich domów tego miasta. Tego rodzaju postępek nie potrzebuje żadnych pochwał“.
I.
Ostatnie promienie zachodzącego słońca rzucały do pokoju blade i niedostateczne światło. Na pół odsunięte firanki okna dozwalały widzieć za niem gałęzie drzew, ozłocone blaskiem zorzy Na dole, na Boulevard des Invalides, bawiły się ochoczo dzieci, a srebrny ich śmiech napełniał sobą całe powietrze. Wiosna następująca po okropnych dniach lutego, była bardzo zimną, a tak ciepłe zazwyczaj majowe wieczory przypominały raczej mrozy, panujące w ciągu zimy. Chłodny wiatr podnosił ustawicznie firanki i wpędzał do pokoju oddalony odgłos turkotu wozów. W samym pokoju zalegała ponura cisza. Niewyraźnie tylko zarysowujące się w zmroku meble odbijały czarno od jasnych ścian; niebieskie kwiaty, stanowiące tło dywanu, stawały się coraz niewyraźniejsze. Noc rozpostarła tu już swoje panowanie. Jeszcze tylko słaby odłam światła wpadał do pokoju przez jedno z okien i oświetlał łoże, na którem pani de Rion pasowała się ze śmiercią. Podniesiona nieco, leżała Blanca de Rion na poduszkach, wielkie swe oczy utkwiwszy w przybierającą z każdą chwilą ciemność. Resztki światła dziennego, wpadające przez okno, oświetlały jej twarz wychudłą — obnażone ramiona spoczy- wały na kołdrze, a palce posuwały się bezmyślnie, gniotąc prześcieradło. Pogrążona w milczeniu, z otwartemi ustami, wstrząsana od czasu do czasu silnym dreszczem, oddała się w zupełności smutnym swym myślom, i oczekując śmierci, odwracała co chwila głowę z jednej strony na drugą, jak to zazwyczaj czynią umierający. Mogła mieć lat najwyżej trzydzieści. Delikatna z natury, stała się skutkiem słabości jeszcze delikatniejszą i wątlejszą. Ta kobieta musiała posiadać rzadką inteligencję, nadziemską dobroć i łagodność. Śmierć jest doskonałym kamieniem probierczym i dopiero agonia pozwala wydać sąd o osobistej odwadze danej jednostki. A mimo to można było zauważyć, że jej poddanie się nie było bezwzględnem. Czasami zaczynały jej usta drżeć, a jej ręce chwytały silnie części pościeli. Twarz jej przybierała wyraz pełen trwogi, a do ócz napływały wielkie łzy, które następnie gorączka febryczna osuszała na jej policzkach. Zdawała się nagłym wysiłkiem woli chcieć od siebie śmierć odstraszyć. Pochyliła się naprzód i przeciągłe spojrzenie utkwiła w małem, około sześcioletniem dziewczęciu, które siedziało na dywanie i bawiło się frendzlami kapy, zwisającej z łóżka. Od czasu do czasu mała podnosiła główkę, i jak gdyby nagłą trwogą zdjęta, gotowa była płakać, sama nie wiedząc, dla czego; ale potem, zamiast płakać, poczynała się śmiać, widząc, że i matka się uśmiecha, i bawiła się dalej, prowadząc cichą rozmowę z rogiem kapy, służącym jej za lalkę. Nie można było wyobrazić sobie coś smutniejszego, jak ten uśmiech umierającej. Chciała Jeannę zatrzymać przy sobie do ostatniej chwili i zmuszała się z nadludzką siłą woli ażeby tylko dziecka nie przestraszyć. Przypatrywała się jego zabawie, słuchała jego szczebiotu, pełnem miłości spojrzeniem obejmowała jasną główkę i zapominała zupełnie o tem, że musi umrzeć i opuścić tę ukochaną istotkę. Ale nagle przypomniała sobie znowu i dreszcz przerażenia przebiegł ją na myśl, że drogie to dziecię jej pozostanie osamotnione. Choroba postąpiła z nią bezlitośnie. Pewnego wieczora, gdy udawała się na spoczynek, poczuła, że jest słabą, a już w czternaście dni potem stała nad grobem. Nie była już w stanie podnieść się i musiała umrzeć, nie mogąc zająć się przyszłością Jeanny. Mówiła sobie, że zostawia ją bez opieki i podpory, gdyż nie posiada żadnego innego doradcy, oprócz ojca, a na tę myśl jeszcze bardziej zadrżała, wiedząc dobrze, jakimby on był doradcą dla swej córki. Naraz uczuła Blanka, że słabnie. Zdawało się jej, że to już śmierć wyciąga ku niej suche swe ramiona. Przerażona opuściła głowę na poduszki. — Joanno — odezwała się — powiedz ojcu, że chcę z nim pomówić. Gdy dziecko wyszło z pokoju, poczęła znowu obracać głowę na obie strony. Oczy jej były szeroko rozwarte, usta silnie zaciśnięte, i budziła się w niej dzika jakaś energja, by żyć dalej, by nie prędzej ustąpić z miejsca, aż uspokoi swe serce. Nie było już słychać gwaru dzieci na bulwarze, a drzewa odbijały się już tylko jak jedna ciemna masa na błękitnem tle nieba. Odgłos świata zewnętrznego dochodził coraz to niewyraźniej. Ciszę głęboką przerywały już tylko westchnienia umierającej i przytłumione łkanie, dające się słyszeć pod jednem z okien. Tutaj, prawie całkiem zakryty firankami, mały, około ośmnastoletni chłopak, nazwiskiem Daniel Raimbault, wylewał łzy gorące. Wszedł on przed chwilą do pokoju i nie miał odwagi przystąpić do łóżka. Dozorczyni chorej nie było w pokoju, mógł przeto bez przeszkody ukryć się w jednym z kątów i tam puścić wodze swej żałości. Daniel był usposobienia trwożliwego; patrząc na niego, można go było wziąć za chłopca naj- wyżej piętnastoletniego. Nie był ułomnym, ale wychudłe jego i krótkie członki nie w zupełnej zostawały harmonji z korpusem. Włosy blond, prawie żółte, spadając w lokach, otaczały jego podłużną twarz na której usta były za wielkie, a kości policzkowe zanadto wysterczały. A jednak, po bliższem przypatrzeniu się, musiało się dlań uczuć sympatję, czoło jego bowiem było wysokie i szerokie, oczy zaś patrzyły łagodnie i poczciwie. Młode dziewczęta uśmiechały się, gdy obok nich przechodził. Wyglądał niezgrabnie i byłby chętnie schował się ze wstydu pod ziemię. Pani de Rion była dobrym geniuszem jego życia. Wyrządziła mu wiele dobrego, a właśnie w dniu, w którym widział, że może jej już podziękować za wszystkie dobrodziejstwa, ona leżała na łożu śmiertelnem. Skrył się tedy za firankami, a z głębi piersi wydobywały mu się ciche łkania, których nie był w stanie stłumić. Wśród głębokiej ciszy, zaległej do koła, nie mogły one nie zwrócić na siebie uwagi Blanki. Podniosła się nieco i starając się przebić wzrokiem ciemności, zapytała: — Kto tu jest? Kto tu płacze? Daniel padł przed łóżkiem na kolana, a Blanka poznała go natychmiast. — To pan jesteś, Danielu — rzekła — powstań, przyjacielu mój i nie płacz. Daniel zapomniał w tej chwili o całej swej trwożliwości i nieporadności i złożył ręce błagalnie. — Oh, madame — zawołał drżącym głosem — pozwól mi pani tutaj zostać. Oprócz nas, nie ma nikogo w pokoju, a ja przyszedłem tu umyślnie, ażeby pani wypowiedzieć całą moją wdzięczność, całą moją miłość. Od lat dziesięciu przeszło czuję to, a nie mogłem nigdy tego wypowiedzieć. Ileż razy marzyłem o tej chwili... Nareszcie nadeszła, a ja zastaję panią w takim stanie... Nie wiedziałem, że dwa razy można zostać zupełnym sierotą! Blanka spojrzała na niego rozjaśnionym wzrokiem. W ostatniej godzinie życia czuła się sowicie wynagrodzoną za spełnienie dobrego uczynku i zdawało się jej, że pod wpływem tego poczucia sił jej przybywa. Daniel ciągnął dalej: — Mam pani do zawdzięczenia wszystko, a na okazanie mej wdzięczności nie mam nic, prócz łez. Marzyłem o tem, że życiem całem będę pani okazywał mą wdzięczność, że będziesz mogła z dumą patrzeć na swe dzieło, jakiem ja jestem. Cóż się teraz ze mną stanie, jeżeli Bóg nie zlituje się nad panią, a zarazem nademną? Pani de Rione ujęła dłoń Daniela. — Wiem, mój przyjacielu, że nie jesteś niewdzięczny — odezwała się. — Słowa pańskie mię uspakajają, a twoje łzy łagodzą moje cierpienia. Miałam nadzieję, że będę mogła dopomagać panu w dalszych studjach i w ten sposób zapewnię ci przyszłość. Niestety, słabość nie pozwoliła mi doprowadzić do skutku moich planów. To jedno mię trochę pociesza, że udało mi się doprowadzić do tego, że dziś już jesteś pan w stanie starać się sam o swoje utrzymanie. Myśl czasem o mnie, kochaj mię i staraj się twem postępowaniem zadowolić mię po śmierci, tak, jak zadowalałeś mię za życia. Wypowiedziała te słowa tonem tak ujmującym i serdecznym, że Daniel ponownym wybuchnął płaczem. — Nie — zawołał — pani nie możesz tak rozstać się ze mną. Przez całe lat dziesięć nie miałem innej myśli, innego dążenia, jak tylko to, by się pani podobać, by spełniać najmniejsze twoje życzenia. Pani byłaś moim celem we wszystkiem. Jeśli teraz nie będę pracował dla pani, muszę się stać leniwym — czuję to. Pocóż żyć i walczyć? Daj mi pani jakiś cel, ażebym dążąc do jego spełnienia w mojem życiu, mógł zarazem tobie okazać przez to wdzięczność! Podczas gdy Daniel mówił, twarz pani de Rionne rozjaśniła się, jakby pod wpływem nowej jakiejś myśli. — Masz pan słuszność — odezwała się po chwili — mam dla pana misję. Sam Bóg zesłał mi tu pana. Powstań, mój przyjacielu i wysłuchaj mej prośby. A gdy Daniel wstał z kolan i usiadł obok łóżka na krześle, ciągnęła dalej: — Pozostaje mi już bardzo mało czasu, a muszę panu wszystko powiedzieć... Prowadziłam życie samotne i nieszczęśliwe... Muszę ci to wszystko opowiedzieć otwarcie mój przyjacielu, ażebyś mógł zrozumieć moje obawy. Znałeś mię tylko jako kobietę szczęśliwą, która — jak ci się zdawało, żyła w niebie, opływała w szczęściu. Niestety, było inaczej. Ze łzami przypominam sobie teraz szczęśliwe dni mojej młodości, które spędziłam w mej ojczyźnie, w Prowansji! Później byłam dumną, chciałam walczyć przeciwko życiu, a z walki tej wychodziłam z rozdartem, rozkrwawionem sercem... Daniel słuchał jej, nie rozumiejąc; zdawało mu się, że to już agonja opanowuje umierającą. — Wyszłam za człowieka — mówiła chora dalej — którego przez długi czas nie mogłam kochać, a któremu miałam do zawdzięczenia córkę. Od tej pory musiałam memu sercu nakazać milczenie. Pan de Rionne wrócił do dawnych zwyczajów życia kawalerskiego. Cofnęłam się z moją córeczką w jeden kąt domu i zamknęłam się tam, jak w klasztorze. Od czasu do czasu całe moje jestestwo wzdrygało się przeciwko takiemu trybowi życia i wiele mię to kosztowało, ażeby wobec świata okazywać się spokojną i wesołą. ..Opowiadam panu rzeczy smutne — ciągnęła po chwili, w której starała się skupić myśli, a zarazem nabrać sił do dalszego mówienia — i nie wiem, czy mię pan dobrze zrozumiesz. Usta otwarły mi się wbrew mojej woli, spodziewam się jednak, że mię to będzie przebaczone. Spowiadam się przed panem, jak przed kapłanem. Dzisiaj jesteś jeszcze dzieckiem i przerażają cię moje słowa; ale przypomnisz sobie je, gdy się staniesz mężczyzną. Znowu przerwała na chwilę, a następnie głosem przyciszonym, jak gdyby się obawiała, by jej kto nie podsłuchał, poczęła mówić dalej: — Widziałeś pan moją małą córeczkę, biedną moją Joannę, która tu przed chwilą się bawiła. Ma dopiero sześć lat, a ja muszę ją opuścić, nie wiedząc, czy ona nosi w sobie zaród szczęścia, czy nieszczęścia. Niepewność ta podwaja moje cierpienia i dlatego jedynie obawiam się śmierci. Chwilami przychodzi mi na myśl, że ona, tak samo jak ja, przejdzie przez życie złamaną i upokorzoną, nie posiadając jednak tej siły ducha, jaka moim była udziałem... Zdawało mi się, że zawsze będę mogła być przy jej boku, kształcić jej serce i umysł i że potrafię w ten sposób zabezpieczyć jej szczęście. Gdym spostrzegła, że śmierć się zbliża, z trwogą oglądałam się za kimś, któryby zastąpił moje miejsce, to znaczy, stał się dla niej wierną, oddaną matką — i nie znalazłam nikogo. Rodzice moi nie żyją, ja sama prowadziłam życie klasztorne i nie mam żadnych przyjaciółek. Pan de Rionne posiada jedyną siostrę, ale ta nie mogłaby być dla mojej Joanny dobrym przykładem. Co się zaś tyczy mojego męża to napełnia mię on wstrętem. Niechaj to, co powiedziałam, służy panu za wyjaśnienie, dlaczego trwoga zdejmuje mię na myśl, że dziecię moje znowu dostać się może w jego ręce. I przed nim to chcę ochronić moją córkę... Zakryła twarz rękami i na krótką chwilę pogrążyła się w zadumie. — Rozumiesz teraz, mój przyjacielu — poczęła znowu — jakiej natury będzie twoja misja. Pańskiem zadaniem będzie czuwać nad moją córką. Jest to mojem życzeniem, abyś stał przy jej boku, jak anioł-stróż. Daniel znowu padł na kolana. Drżał z wzruszenia. Nie mógł mówić i zamiast jakiejkolwiek odpowiedzi, całował tylko ręce pani de Rionne. — Ciężkie to zadanie, które na pana wkładam — mówiła dalej umierająca. — Śmierć zbliża się ku mnie i muszę się pospieszyć z udzieleniem ci wskazówek, w jaki sposób masz je przeprowadzić. Nieba dobrotliwe sprowadziły pana tutaj i dały mi przez to ostatnią pociechę... Duma moja nie pozwoliła mi na obronę mego majątku przed chuciami mego męża, oddawałam mu wszystko czego tylko zażądał. Dziś nie wiem nawet, jak daleko zaszliśmy. Moja córka będzie prawdopodobnie biedną i ta myśl prawie mię raduje. Jednego tylko mi żal, że nie mogę panu zostawić żadnych pieniędzy... — Nie żałuj pani tego — przerwał jej Daniel — ja będę pracował, a Bóg nie odmówi mi swego błogosławieństwa. Umierająca coraz bardziej spadała ze sił. Głowa jej osunęła się na poduszki, ale ciężkim głosem, z widocznym wysiłkiem mówiła dalej: — Tak tedy wszystko jest w porządku. Ulżyłam memu sercu, czuję się spokojną i mogę już umierać. Pan będziesz czuwał nad Joanną, będziesz jej oddanym przyjacielem i będziesz ją chronił przed zakusami świata. Chodź za nią krok w krok, tak blisko, jak to tylko możliwe, odwracaj od niej wszelkie niebezpieczeństwa, wzbudzaj w jej sercu wszelkie cnoty. Ale przedewszystkiem wydaj ją pan za mąż za człowieka, który jej będzie godnym, a zadanie twoje będzie spełnione. Cokolwiek bądź jednak się stanie, nie opuszczaj jej! Przysięgnij mi na to! — Przysięgam pani — wyszeptał Daniel głosem, dławionym przez łzy. Blanka przymknęła oczy, jak małe dziecię, które zasypia. Ale prawie w tejże chwili znowu je otworzyła. — Wszystko to jest straszne, mój przyjacielu — zaszeptała — co panu przyszłość przyniesie; przeczuwam jednak ciężkie walki... Ale niebo będzie czuwało nad wami.. uściśnij mię... Złamany boleścią, pochylił się Daniel nad panią de Rionne i drżące swe usta przycisnął do jej czoła. Noc już zupełnie zapadła; na niebieskiem tle nieba iskrzyły się miliardy gwiazd. Wtem dał się słyszeć odgłos kroków i do pokoju weszła służąca, niosąc Podeszła ku łożu umierającej. — Mąż pani zaraz , madame — rzekła. Daniel ukrył się znowu w niszy okna, a w chwilę potem zjawił się w pokoju przerażony otrzymaną wiadomością p. de Rionne.
II.
Blanka urodziła się na południu, w pobliżu Marsylji. Mając lat dwadzieścia trzy, wyszła za mąż za pana de Rionne. Zgodziła się na to małżeństwo na życzenie swego ojca, nie starając się nawet poznać bliżej pana de Rionne i mówiła z pewnym rodzajem naiwnej dumy, że jeżeli będzie potrzeba, potrafi cierpieć, a przytem chronić swoją godność. Cierpiała i chroniła swą godność. Mąż jej, człowiek bardzo miły, o manierach i wyglądzie światowca, w gruncie rzeczy był słabego charakteru; mógł być uczciwym, ale wolał być złym. Przy tem wszystkiem jednak miał najszlachetniejsze porywy, a serce bardzo przystępne dla litości. Z początku miała dla niego żona wartość nowej zabawki. Potem znudziła mu się, a w końcu zaczął się jej obawiać, nienawidzieć ją i coraz bardziej od niej się oddalał, wracając do swych nawyczek kawalerskich. W trzy lata po ich ślubie zmarli rodzice Blanki i wówczas cofnęła się ona zupełnie w zacisze domowe, oddając się cała wychowaniu córeczki. Tak przeżyła lat pięć i w ciągu tego czasu ani razu nie pomyślała o tem, że nagle może przyjść śmierć nieubłagana i rozłączyć ją z ukochanem dziecięciem. Tymczasem śmierć pojawiła się nagle i w jednej chwili okrutną ręką zburzyła cały gmach rojeń o przyszłości Joanny, o tem, jak ona nią pokieruje, jak dzięki swemu gorzkiemu doświadczeniu ochroni to ukochane dziecię od wszelkich cierpień i rozczarowań. A jutro już moje miała Joanna zostać samą, miała przejść w ręce człowieka lekkomyślnego, dla którego z pewnością nawet ostatnie życzenia zmarłej nie będą świętemi. Dopiero gdy Danielowi powierzyła wykonanie swej ostatniej woli, uspokoiła się nieco. Podczas gdy pani de Rionne walczyła ze śmiercią, mąż jej pędził wesołe chwile przy boku niejakiej panny Julji, uroczego stworzenia, które go już do tej pory niemało kosztowało. Właśnie układali plany spędzenia dzisiejszego wieczoru w zamkniętej loży na przedstawieniu jakiejś nowej sztuki w teatrze, gdy do pokoju weszła służąca z oznajmieniem, że pana de Rionne wzywają usilnie, ażeby natychmiast pospieszył do domu, zanim jego żona wyda ostatnie tchnienie. Dreszcz przerażenia przebiegł całe ciało lekkomyślnego człowieka — opanowała go jakaś nieokreślona trwoga, a równocześnie w duszy jego odezwał się dawno niesłyszany głos su- mienia. Czuł, że obowiązkiem jego jest przynajmniej teraz dotrzymać towarzystwa tej, której przed siedmiu laty przysiągł był miłość i wiarę. Nie pożegnawszy się nawet z kochanką, opuścił miluchny salonik, w którym przed chwilą jeszcze było mu tak wesoło i roskosznie — i pospieszył do domu. Gdy stanął nareszcie przy łóżku żony i ujrzał bladą twarz umierającej — wybuchnął łkaniem. — Blanko! czy ty mię słyszysz? — zawołał. — Błagam cię, przemów do mnie choć jednem słowem... Umierająca otworzyła w tej chwili oczy i spojrzała nań wzrokiem pogodnym. — Dobrześ zrobił, mój przyjacielu, żeś przyszedł — wyszeptała — będę mogła umrzeć spokojniej... Wzruszony tym łagodnym wyrzutem, pan de Rionne począł łkać na nowo. Blanka mówiła dalej: — Nie rozpaczaj. Ja już nie cierpię i czuję się szczęśliwą. Mam tylko jedno, jedyne życzenie, ażeby przynajmniej teraz zapanowała między nami zupełna Nie chcę unosić ze sobą żadnej złej myśli, a tobie zaoszczędzić wszelkich wyrzutów sumienia... Jeżelim cię kiedy czem obraziła, to przebacz mi, tak, jak ja tobie przebaczam... — Nie mam ci nic do przebaczenia — załkał pan de Rionne. Byłaś dla mnie zawsze tak dobrą. Różność naszych charakterów rozdzieliła nas... Widzisz, ja płaczę... pogrążony jestem w rozpaczy... Blanka uśmiechnęła się do niego. — Pożegnaj się ze mną — rzekła. — Przysięgam ci, że nie gniewam się na ciebie... Może później kiedyś to zapewnienie stanie się dla ciebie pociechą... ja przynajmniej gorąco tego pragnę... Umilkła a pan de Rionne zapytał: — Jakie są twoje ostatnie życzenia? — Mie mam żadnych — odparła — nie żądam od ciebie niczego, ani nie udzielam ci żadnej rady... Czyń tak, jak ci serce będzie dyktowało... Bądź zdrów — dodała po chwili szeptem ledwie dosłyszalnym — nie płacz... Uczyniła ręką ruch, jakby go chciała oddalić i przymknęła Pan de Rionne odszedł w kąt pokoju, nie mógł jednak odwrócić na chwilę oka od straszliwego widoku. Posłano po lekarza, który też niebawem przyszedł, silnie o tem przekonany, że jego obecność na nic się już tu nie przyda. Zjawił się także sędziwy kapłan, który już rano po- krzepił chorą na drogę wieczności; ukląkł przy łożu i począł odmawiać modlitwy za umierających. Siły chorej coraz bardziej znikały. Zbliżał się koniec. Nagle podniosła się raz jeszcze i zażądała, ażeby przyprowadzono do niej córkę. Pan de Rionne się nie poruszył. Wówczas Daniel, który do tej chwili połykając cisnące mu się do oczu łzy, siedział w ukryciu, zerwał się z miejsca i pobiegł po Joannę, która zabawiała się w przyległym pokoju. Szeroko otwartemi oczami, jakby pozbawiona zmysłów, wpatrywała się umierająca w dziecko i chciała ku niemu widocznie wyciągnąć ramiona, ale już jej sił nie starczyło. Daniel podniósł Joannę ku matce. Ostatni uśmiech okrasił bladą twarz umierającej, spojrzała raz jeszcze błagalnie na Daniela i skonała. Przy zwłokach swej małżonki upadł na kolana pan de Rionne i ukrył twarz w pościeli. Lekarz wyszedł, a jedna z dozorczyń zapaliła dwie świece woskowe. Ksiądz wstał na chwilę, przycisnął krucyfiks do zimnych już ust Bianki i począł na nowo odprawiać modlitwy. Daniel zatrzymał Joannę w swoich ramionach, a ponieważ powietrze tutaj było ciężkie i duszne, przeniósł ją do sąsiedniego pokoju i stanął z nią przy oknie. Gorące łzy spływały po jego twarzy, dziecię zaś, nieświadome zupełnie nieszczęścia, jakie na nie spadło tak nagle, przypatrywało się światełkom przejeżdżających po ulicy powozów, co widocznie bardzo ją zajmowało. Na dworze panowała cisza. Z daleka tylko dochodził odgłos trąb, ogłaszających czapstrzyk.
III.
Było już prawie rano, gdy Daniel powrócił do swego pokoiku. Ten ośmnastoletni młodzieniec miał serce dziecka. Szczególne stosunki, w jakich się znajdował, zrobiły z niego dziwaka. Czytelnicy zapewne się już domyślili, że on to był owym osieroconym chłopcem, o którym pisał „Telegraf“, podając opis katastrofy pożarnej w Saint-Henri. Blanka de Rionne — ona to bowiem zajęła się jego losem — oddała go na wychowanie do pewnej niezamożnej, ale uczciwej rodziny, a następnie, gdy podrósł, posłała go do liceum w Marsylji. Pokazywała mu się tylko bardzo rzadko, chciała bowiem pozostać dlań nieznaną i wyrobić w nim przekonanie, że jedynie wdzięcznym być powinien Opatrzności. Wyszedłszy za mąż, nie rozmawiała nigdy z panem de Rionne o swoim . Był to jeden z tych jej dobrych uczynków, które spełniała w zupełnem ukryciu. Daniel wyrósł tedy, nie znając prawie owego opiekuńczego anioła, który mu zapewnił byt i dawał wykształcenie. Tajemnica, okrywająca tego dobrego geniusza, czyniła go dla młodego chłopaka jeszcze świętszym, jeszcze godniejszym uwielbienia. Znał ledwie rysy twarzy swej dobrodziejki, widział ją bowiem dwa czy trzy razy, a myślał i mówił o niej zawsze jak o najwyższej świętości. Gdy ukończył liceum, pewnego dnia powiedziano mu, że pani de Rionne powołuje go do Paryża. Na wiadomość o tem stracił prawie zmysły. A więc zobaczy ją, będzie jej mógł podziękować, wyrazić całą swą miłość i cześć dla niej! Miały się spełnić jego marzenia: ów dobry geniusz, ta jego świętość, jego opatrzność dozwala mu wstępu do nieba, w którem sama żyje. Wybrał się w drogę tak szybko, jak tylko mógł. Gdy przybył na miejsce, znalazł panią de Rionne na łożu boleści, już umierającą. Przez cały tydzień każdego wieczoru wkradał się pocichu do pokoju zmarłej, ażeby na nią tylko patrzeć i płakać. Nareszcie zdobył się na odwagę uklęknąć przed nią, przemówić do niej i przysiądz, że spełni jej ostatnie życzenie. Noc spędził przy zwłokach zmarłej w towarzystwie kapłana i dozorczyni. W ciągu tej długiej, smutnej nocy, dojrzał więcej, niż przez lata całe, przeobraził się z chłopca w mężczyznę. Straszna scena, jakiej był świadkiem, rozpacz, która nim tak silnie wstrząsnęła, to wszystko jednem słowem, co przeżył w ciągu tych niewielu godzin, zabiło w nim zupełnie trwożliwego dzieciaka, jakim był dotychczas. Powróciwszy nad ranem do swego pokoju, był jak pijany, który swego domu poznać nie może. Pokój ten, długi i wązki, położony tuż pod samym dachem, posiadał jedno jedyne okno, przez które można było dojrzeć wierzchołki drzew, a nieco dalej na lewo wzgórza Passy. Okno przez cały czas jego nieobecności pozostawało otwarte, a teraz jasne światło wypełniało niewielką przestrzeń pokoiku, w którym było prawie zimno. Daniel usiadł na brzegu swego łóżka. Upadał prawie ze znużenia, a jednak ani mu na myśl nie przyszło, położyć się. Przesiedział tak czas dłuższy, wpatrując się bezmyślnie w meble i zadając sobie niekiedy pytanie, poco właściwie tutaj przybył? Wówczas przypominał sobie wszystko i dziwił się, dlaczego nie płacze Wreszcie wstał i podszedł ku oknu. Powiew świeżego powietrza orzeźwił go. Łzy puściły mu się z oczu i to mu ulżyło. Dopiero nad wieczorem opuścił swój pokój. Chciał raz jeszcze zobaczyć panią de Rionne ale nie miał odwagi wejść do żałobnego przybytku zmarłej. Powrócił do siebie na poddasze i rzucił się na łóżko, a wkrótce zasnął tak twardo, że obudził się dopiero późnym rankiem dnia następnego. Z ulicy doszedł go przytłumiony zgiełk zmięszanych głosów ludzkich. To kondukt pogrzebowy wyruszał w drogę. Daniel ubrał się z pospiechem i zbiegł na dół. Był jeszcze czas. Przy wynoszeniu trumny powstało na bulwarze małe zamieszanie. Uczestnicy żałobnego obrzędu przybyli bardzo licznie i pochód mógł tylko powoli i z trudnością się ugrupować. Pan dc Rionne w towarzystwie szwagra szedł tuż za trumną. Jego siostra, młoda kobieta, której jasne spojrzenie przebiegało z żywością po tłumie, wsiadła do powozu. Tuż za panem de Rionne szli najbliżsi znajomi, a dalej służba. Pomiędzy tych ostatnich wmięszał się Daniel. Zamykały pochód liczne tłumy, posuwające się już bez żadnego porządku. Rodzina de Rionne posiadała na cmentarzu swój murowany grobowiec w formie gotyckiej kapliczki. Gdy kondukt stanął na tem miejscu, był już o połowę mniejszy. Duchowieństwo ostatnie pieśni, poczem trumnę zaniesiono do krypty. Na widok małej kapliczki p. de Rionne wybuchnął łkaniem. Jako małe dziecko odprowadził on tutaj zwłoki swego ojca i matki i od owego czasu miejsce to, o którem myślał tylko w bardzo czarnych godzinach życia, było dlań przedmiotem strachu. Wiedział, że i jego ciało kiedyś tutaj w proch się rozsypie i na tę myśl przejmowało go drżenie. Westchnienie ulgi wydobyło się z jego piersi, gdy znowu znalazł się w powozie. Smutna ceremonja skończyła się a niedługo będzie można całkiem o niej zapomnieć... Wszyscy uczestnicy pogrzebu oddalili się powoli, a nad grobem został tylko jeszcze Daniel. Chciał być ostatnim, ażeby bodaj przez kilka chwil pozostać jeszcze sam na sam ze zmarłą i pożegnać się z nią. Nareszcie i on opuścił cmentarz i powrócił do hotelu. Przed bramą hotelu zobaczył grupę służących państwa de Rionne, którzy żywo ze sobą rozmawiali. Gdy Daniel do nich się zbliżył, urwali naraz rozmowę, a wzrok wszystkich zwrócił się na niego. Poczęli się uśmiechać i wyraźnie wskazywać na młodego chłopaka, który zarumienił się nagle, sam nie wiedząc, dla czego. Im bardziej zbliżał się do nich, tem silniej- szego nabierał przekonania, że ci ludzie wrogo dlań są usposobieni. Nie zatrzymał się jednak, lecz szedł dalej śmiało. Gdy znalazł się na równi z gromadką służących, usłyszał ironiczne śmiechy i grubiańskie uwagi — każdy z lokai i parobków uważał za stosowne, coś ze swej strony dorzucić. — Popatrzcie no, oto jeden z paziów, których nieboszczka posiadała. — I łożyła na jego wychowanie — dorzucił drugi. — Podczas gdy my musimy pracować jak niewolnicy, taki hołysz pędzi wygodne życie, nie potrzebując nawet kiwnąć palcem. — A my musieliśmy obsługiwać delikatnego panicza. Ale teraz skończy się to wszystko! — Precz z żebrakiem! — Hejże, chłopcy — zawołał jeden z parobków, zajęty myciem powozu — pomóżcie mi go wyrzucić. Cała gromada wybuchła głośnym śmiechem. Drżąc na całem ciele przeszedł Daniel obok tych ludzi. Przypominali mu oni dawnych jego kolegów z ławy szkolnej, którzy tak samo obrażali go i drwili z niego. Czuł się samotnym i opuszczonym, jak dawniej i tęsknił do swej cichej izdebki. Delikatne jego uczucie głęboko zostało dotknięte prostaczemi słowami tych nic- poniów, którzy rachując na bezkarność, puścili wodze swej mściwości. Młody człowiek zatrzymał się przez małą chwilę i spojrzał lokajom prosto w oczy. Cała zgraja pod wpływem tego ostrego spojrzenia umilkła, a chłopak odwrócił się, wszedł w bramę i powoli zaczął wstępować na schody. Na drugiem piętrze spotkał pana de Rionne, który właśnie schodził na dół i spojrzał na Daniela z pewnem zdziwieniem, jak gdyby zapytywał sam siebie, co ten obcy robi w jego domu. Przeszli jednak obok siebie, nie przemówiwszy ani słowa. Daniel wstąpił do swego pokoiku i zmęczony tylu wrażeniami, prawie ze sił wyczerpany, upadł na krzesło. Zrozumiał, że nie ma już dla niego miejsca w tym domu — nie zastanawiał się jednak nad tem, gdzie noc przepędzi, ani co pocznie dnia. Myślał natomiast o Joannie, zadając sobie pytanie, w jaki sposób będzie mógł stać się dla niej pożytecznym, skoro ten dom opuści? Konieczność zmuszała go tak uczynić, podczas gdy wola zmarłej zdawała się zatrzymywać go tu, wpośród tego całego wrogiego mu otoczenia. Ale nie! Zmarła nie mogła się tego odeń domagać. Przedewszystkiem musi stąd odejść, a potem poszuka środków i dróg do spełnienia swego Wstał z krzesła. Kufer jego był otwarty i można było widzieć w nim suknie i części ubrania, których Daniel nie porozwieszał w szafie. Na stole porozrzucane leżały książki i papiery, a na kominku sakiewka z . Nie tknął niczego i nic ze sobą nie zabrał; w uszach brzmiały mu jeszcze słowa służących i zdawało mu się, że wszystkie te rzeczy nie należą do niego. Zdawało mu się że popełniłby kradzież, gdyby bodaj najmniejszą rzecz sobie przywłaszczył. Wyszedł krokiem spokojnym, nie zabierając nic, prócz sukni, które miał na sobie. Gdy przechodził przez ogród ujrzał małą Joannę, bawiącą się w piasku i nie mógł się powstrzymać przed uściskaniem jej na pożegnanie. Ale dziecię przestraszyło się i cofnęło. Zapytał jej, czy go poznaje. Spojrzała na niego, ale nie odpowiedziała nic. Obca twarz, uśmiechająca się do niej, wprawiała ją w zdumienie, a zarazem napawała ją lękiem, zerwała się tedy i chciała uciekać. Daniel zatrzymał ją łagodnie. — Nie poznajesz mię? — zapytał — Przypatrz że mi się dobrze. Pamiętaj zawsze, że ja cię kocham z całego serca i że cieszyłbym się bardzo, gdybyś i ty chciała mię trochę pokochać. Chcę być twoim przyjacielem. Joanna nie bardzo rozumiała te słowa; natomiast uspokoił ją nieco łagodny ton, z jakim one były wypowiedziane. Uśmiechnęła się. — Od dzisiaj — ciągnął Daniel dalej, również z uśmiechem na ustach — musisz mię zawsze poznawać. Teraz odejdę, ale przyjdę tu znowu i przyniosę ze sobą wiele ładnych rzeczy, jeżeli będziesz grzeczną... No, a teraz pocałujesz mię tak, jak dawniej mamę całowałaś? Pochylił się ku niej. Ale mała, usłyszawszy o matce, zaczęła płakać. Odepchnęła Daniela i uciekła, wołając: Mamusiu! Mamusiu! Biedny chłopak stał na miejscu bezradny. Z domu wyszła właśnie jakaś służąca, oddalił się tedy, zasmucony głęboko, że w ten sposób musiał się pożegnać z dzieckiem, którego szczęściu odtąd miał poświęcić całe życie. Stał osamotniony zupełnie na ulicy, pozbawiony wszelkich środków, a przeświadczony o trudności zadania, jakie na siebie przyjął. Właśnie zegar wieżowy wydzwaniał godzinę czwartą popołudniu.
IV.
Z głuchym stukiem zamknęła się za Danielem żelazna brama hotelu. Jakiś czas spoglądał dokoła siebie, niczego nic widząc, a z pochyloną w dół głową zaczął się tam i sam przechadzać, pogrążony w myślach i nie mając pojęcia o tem, dokąd skieruje swe kroki. Zaczynał już żałować, że opuścił hotel. Ale teraz było już zapóźno wracać. W głowie rodziły mu się najrozmaitsze awanturnicze projekta, snuł niemożliwe do przeprowadzenia plany, z których każdy ledwo powstał, już ustępował miejsca nowemu, jeszcze dziwaczniejszemu. Nagle zatrzymał się w swej bezcelowej przechadzce. Okropna myśl przyszła mu do głowy: Ależ ta cała jego misja jest po prostu śmieszną! Czyż człowiek w jego wieku zdolnym jest wogóle do rozciągania opieki nad taką małą dziewczynką? Ale przez chwilę tylko pozostawał pod tem nowem, przygnębiającem go wrażeniem. Powoli uspokoił się, a nawet rozweselił. Zdawało mu się, że jest obok pani de Rionne, że słyszy jej głos, widzi jej uśmiech. Tak. Pójdzie naprzód śmiało i będzie działał, słuchając jedynie głosu serca, a wszystko, co uczyni, będzie dobrem. Resztę zostawi opatrzności. Zbudził się z czasowego uśpienia i począł zwracać baczniejszą uwagę na wszystko, co go otaczało, przyglądać się przechodniom i roskoszować miłym chłodem letniego wieczoru. Życie odezwało się w nim znowu całą pełnią i domagało się praw swoich, ponownie tedy zaczął sobie stawiać pytania, dokąd pójdzie i co teraz pocznie. Przypadek zaprowadził go przed bramę luksemburskiego ogrodu, leżącego naprzeciw rue Bonaparte. Wszedł do ogrodu i rozejrzał się za jaką ławką, upadał bowiem ze znużenia. Przedstawiało to niemałą trudność, gdyż ogród o tej porze był jeszcze przepełniony publicznością, żądną tej odrobiny świeżego powietrza. Dopiero po długiem szukaniu udało się Danielowi znaleść ławkę w jednym z dalszych kątów ogrodu i z westchnieniem istotnej ulgi zajął na niej natychmiast miejsce. Na drugim końcu ławki siedział jakiś młody człowiek, pogrążony w czytaniu. Za zbliżeniem się Daniela podniósł głowę, spojrzał przeciągle na przybysza i obaj zamienili ze sobą uprzejme uśmiechy. Ponieważ ciemność z każdą chwilą coraz bardziej przybierała, przeto młody człowiek zamknął książkę i spokojnie począł się rozglądać dokoła. Ujęty jakiemś nieokreślonem uczuciem sympatji, zapomniał Daniel o swoich własnych kłopotach i utkwił spojrzenie w nieznajomym. Był to człowiek młody, wzrostu słusznego, o twarzy pięknej, choć nieco surowej. Szeroko otwarte jego oczy patrzyły pewnie i prosto przed siebie, wydatne usta miały wyraz jakby rozkazujący, a na wysokiem i szerokiem czole wyryte było piętno myśli. Mógł mieć około dwudziestu lat. Białe ręce, odzież niewykwintna i poważna postawa znamionowały w nim studenta. Po kilku minutach odwrócił głowę i spojrzał na Daniela, który mimowoli opuścił wzrok ku ziemi, obawiając się także na twarzy nieznajomego zobaczyć szyderczy uśmiech spotykany dotychczas prawie u każdego, z kim miał sposobność się zetknąć. Czuł, że budzi ciekawość młodego człowieka i to go jeszcze bardziej w kłopot wprawiało. Ale wkrótce oprzytomniał i podniósłszy oczy do góry, przekonał się że przeciwnie sąsiad spogląda nań z przyjaznym, zachęcającym uśmiechem. Przepełniony wdzięcznością, ośmielił się przybliżyć nieco do nieznajomego przyjaciela i zrobić głośno uwagę, że na dworze jest bardzo pięknie, a ogród luxemburski jest znakomitem miejscem wypoczynku dla znużonych przechodniów. Zawiązała się rozmowa, a po kilku minutach zapanowała między obu młodymi ludźmi — jak to zresztą zazwyczaj bywa w tym wieku — taka swoboda, jak gdyby się znali od dzieciństwa. Sympatja powstaje najczęściej nagle, oparta na podobieństwach i różnicach charakteru. Nowy przyjaciel Daniela czuł się ku niemu pociągniętym właśnie tą niespokojną jego twarzą, widoczną nieśmiałością i łagodnością. On, człowiek piękny i silny, znajdował przyjemność w okazywaniu dobroci ludziom usposobienia lękliwego i słabszym od siebie. Gdy tak ze sobą rozmawiali, zdawało im się, że są już braćmi na całe życie. Obaj byli sierotami, obaj wzięli sobie za zadanie szukać prawdy na drodze umiejętności i obaj mogli tylko na siebie samych rachować. Byli więc pod wielu względami do siebie podobni, a myśli jednego obudzały równocześnie podobne myśli w duszy drugiego. Daniel opowiedział towarzyszowi swoje dzieje, nie wspominając jedynie o zadaniu, dla którego miał odtąd poświęcić swe życie. Dowiedział się natomiast od swojego nowego przyjaciela, że ten wytrwale i śmiało walczy z ubóstwem. Przybywszy do Paryża bez jednego sous w kieszeni, powiedział sobie, że musi się stać jednym z najznakomitszych współczesnych uczonych. Tymczasem starał się o zdobycie sobie środków do życia, zarabiając niewiele przez pracę niewdzięczną i bezmyślną; wieczory poświęcał nauce, która nieraz zabierała mu i całe noce. Obaj młodzi ludzie żywo zajęci wzajemnemi zwierzeniami, nie uważali zgoła, jak ciemność coraz bardziej zalegały ogród, prawie zupełnie już opustoszały. Zwykły odgłos bębna, zwiastujący codziennie porę zamknięcia ogrodu, zmusił nareszcie także obu młodzieńców do opuszczenia miłego ustronia. Gdy znaleźli się na ulicy, zapytał Daniela świeży jego przyjaciel: — W którą stronę pan idziesz? — Nie wiem — odparł Daniel spokojnie. — Jakto? Więc pan nie masz żadnego mieszkania i nie wiesz nawet, gdzie przenocujesz? — Nie! — A czy jadłeś pan przynajmniej? — Nie! Obaj wybuchnęli głośnym śmiechem, poczem odezwał się towarzysz Daniela: — Chodź pan ze mną! Poszli najpierw do pobliskiej mleczarni, gdzie Daniel z iście wilczym apetytem spożył zastawione przed nim jadło, poczem nowy jego przyjaciel zaprowadził go do swego mieszkania, które znajdowało się przy ulicy Saint-Dominique-Denfer pod ur. 7. Dom ten dziś już nie istnieje. Był to gmach rozłożysty, z szerokiemi schodami i wysokiemi oknami, który niegdyś służył za klasztor. W skromnym, poddasznym pokoiku, przez którego okna widać było ogromny ogród, młodzi ludzie, prowadząc ożywioną rozmowę, przesiedzieli prawie do północy. Gdy nareszcie ułożyli się na spoczynek i gdy lampa została zgaszona, nawpół już sennym głosem odezwał się raz jeszcze gościnny gospodarz: — Ale.. ale... — nazywam się Jerzy Raymond. A pan? — Moje nazwisko jest Daniel Raimbault — odpowiedział gość.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Życzenie zmarłej.
