Obrazek z życia warszawskiego
KLEMENS JUNOSZA.
I.
OBRAZEK Z ŻYCIA WARSZAWSKIEGO.
WARSZAWA.
Nakład Gebethnera i Wolffa
—
1894.
ДОЗВОЛЕНО ЦЕНЗУРОЮ.
Варшава, 8 Мая 1893 г.
Warszawa. W drukarni Rubieszewskiego i Wrotnowskiego, Nowy Świat 34.
Rozdział I • Rozdział II • Rozdział III • Rozdział IV • Rozdział V Rozdział VI • Rozdział VII • Rozdział VIII • Rozdział IX • Rozdział X Rozdział XI • Rozdział XII • Rozdział XIII • Rozdział XIV • Rozdział XV
Obrazek z życia warszawskiego
KLEMENS JUNOSZA.
I.
OBRAZEK Z ŻYCIA WARSZAWSKIEGO.
WARSZAWA.
Nakład Gebethnera i Wolffa
—
1894.
ДОЗВОЛЕНО ЦЕНЗУРОЮ.
Варшава, 8 Мая 1893 г.
Warszawa. W drukarni Rubieszewskiego i Wrotnowskiego, Nowy Świat 34.
ROZDZIAŁ I.
w którym namalowane jest tło obrazu, tudzież sylwetka bardzo zbiedzonego człowieka.
Dużo, dużo, sługa wasz, czytelnicy, napsuł w swojem życiu farb przeróżnych na malowanie łąk zielonych, złocistych kłosów pszenicznych, czerwonych maków, bławatków modrych, wody srebrzystej, co się strumieniami po kamykach toczy, lub wielką zwierciadlaną taflą lśni w jeziorach i stawach, w tym atoli obrazku, który wam dziś pokazać zamierza, tło będzie szare, ciemne, prawie czarne. Nie ma ono nic wspólnego z pięknościami przyrody, z urokiem ciszy wioskowej, z tym przedziwnym wdziękiem, jaki ma najdrobniejszy kwiatuszek polny sam w sobie i cała sielska przyroda w całości. Nie na trawy aksamitne i nie pod konary leśnych olbrzymów, ale na twardy bruk miejski pójdziemy; nie będziemy się wpatrywali w te barwy świetne, jasności i cienie, jakiemi Stwórca ziemię ozdobił, ale zajrzymy w głąb pewnej sfery stosunków, przez ludzi stworzonych, zajrzymy niby w głąb studni. Nie trzeba się obawiać zawrotu głowy, lecz patrzeć śmiało, bez drżenia, patrzeć i w tę otchłań ciemną, i w... samych siebie także, a może też nie jednemu przyjdzie do głowy, żeby studnię zdradziecką, gotową niebacznego przechodnia pochłonąć — ocembrować przynajmniej, jeżeli nie zasypać zupełnie; może niejeden powie młodemu: „Omiń zasadzkę, bo zginiesz!“ — a nieszczęśliwego, który nad skrajem przepaści się znajdzie, pochwyci w porę za rękę, powstrzyma i na właściwą naprowadzi drogę. Ciemne tło niech nie odstrasza widza, bo prawdę poznać i znać trzeba, a nie wszystko, co życie daje, jest jasne i piękne. Drogi, po których kroczymy, nie są usłane kwieciem, nie są nawet wyłożone wszędzie, twardemi, lecz równemi kamieniami; nieraz ścieżka, po której nam od kolebki do grobu iść kazano, urywa się w manowcach i ginie, albo też na zdradzieckie bagno prowadzi. Kto zna niebezpieczeństwo, ten go unika, kto nie zna, na zgubę się naraża. Oto racya bytu tego obrazka, który wam naszkicować zamierzam. Pewien mizantrop napisał w swoich pamiętnikach, że „dla niektórych ludzi największym ciężarem życia jest... samo życie.“ Nie jest to czcza igraszka słów, ale prawda, nie zgryźliwy aforyzm pesymisty, lecz trafna uwaga obserwatora. Najstraszniejszem ze wszystkich cierpień ludzkich jest bezsilność; najokropniejszą śmiercią — śmierć w bagnie. W sferze stosunków ludzkich bagien nie brak, czyhają one na nieopatrznych. Bagno! Skoro stanąłeś na jego powierzchni zdradzieckiej, już jesteś zgubiony. Zdaje ci się, że masz przed sobą zieloną, porosłą trawą równinę, że przebiegniesz przez nią szybko, bezpiecznie i staniesz u zamierzonego celu. Łudzisz się, nieszczęśliwy, bo już nigdzie nie dojdziesz. Pod ową trawą zieloną, pod mchami, kryje się zasadzka. Zapadłeś po kostki, ale nie uważasz na to, cóż wielkiego! Silny jesteś, młody, wyrwiesz się i pobiegniesz naprzód. Nieprawda! Nie wyrwiesz się i nie pobiegniesz — zginiesz. To nie głębina jeziora, to nie wir wartkiej rzeki, z którym możesz walczyć ramionami silnemi. Nie; to błoto oślizgłe, lepkie, błoto pod warstwą zieleni. Ono cię nie pochłonie, jak rzeka, ale cię zje powoli, wciśnie cię w siebie, wchłonie. Ono swych ofiar nie zabija odrazu, ale połyka je powoli, jak wąż, wysysa, jak pająk. To jest bagno... Zapadłeś tylko po kostki, a jesteś uwięziony na zawsze; chcesz się wydobyć — toniesz głębiej — szarpiesz się, chcesz wyskoczyć, gęsta topiel nie puszcza, chłonie cię po odrobinie, po troszku; zapadasz głębiej o linię, o cal, ale zapadasz stale i bez przerwy. Bagno nie zna spoczynku w pochłanianiu. Bo i z jakiej racyi ma znać spoczynek, skoro bez żadnego trudu pochłania. Ofiara zapada się własnym ciężarem, a każdy wysiłek, w celu wydobycia się podjęty, bardziej ją tylko w głąb popycha. Ono jest grzązkie, rozstępuje się pod twoim ciężarem; zabiera cię po pas, po szyję, po brodę; lepkie błoto tamuje ci oddech — dusisz się, giniesz śmiercią powolną, okropną śmiercią. Przepadłeś, błoto się nad twoją głową, zniknąłeś z powierzchni ziemi — nie ma cię, a bagno zieleni się dalej i czeka na nowe ofiary. W całej przyrodzie, w świecie znanym nam i widomym, na ziemi i w wodzie, w świecie roślinnym i zwierzęcym, są stworzenia, które opierają swą istność na życiu innych stworzeń. Złośliwy grzyb pożera najtęższą sosnę, drobny robaczek dęby obala i w próchno je zamienia, pijawka cudzą krwią się pasie, pająk misterne siatki na muchy zarzuca, a nasz ludzki świat bardzo jest do świata przyrody podobny. Porównania pełnemi garściami czerpać można; gdzie tylko okiem rzucisz, analogię spostrzegasz. Świat starożytny, zamierzchły świat minionych pokoleń, tworzył już różne bajki o zwierzętach, a i dziś te bajki, po dziesiątkach wieków, na prawdzie nie straciły i tak dobrze do współczesnych naszych stosunków, jak i do owych z przed lat tysięcy, zastosować się dadzą. Lis z Talmudu, lis Ezopa, Reineke Goethego, czy lis Lafontaina — to jeden i ten sam — chytry, podstępny, zdradziecki. Uprawia on łotrostwa i praktyki swoje według jak świat starej metody i czy w zamierzchłych czasach, czy dziś, ma w świecie ludzkim naśladowców. Im baczniej i uważniej przypatrywać się będziemy stosunkom ludzkim, tem wyraźniej przedstawi się podobieństwo ich do stosunków w przyrodzie istniejących. I brutalna walka o byt, w całej ohydzie swojej, i próżniaczy świat istot pasożytnych, i ponury światek podstępnych pająków i rojowiska pijawek i bagna niezgruntowane, bezdenne. Duch ludzki wyrywa się ku ideałom, ale nieubłagane prawo życia ściąga go na dół i paragrafom swego kodeksu poddaje. I na walkach z temi paragrafami schodzi nieraz życie całe, rozbija się o nie, marnuje i niweczy. Dużo, dużoby na ten temat powiedzieć można, ale lepiej będzie, gdy czytelnik z opowieści naszej sam wnioski zechce wyciągnąć; my mu damy tylko materyał. Na ciemnem tle niniejszego obrazu, wśród grupy różnych postaci, rysuje się sylwetka zbiedzonego człowieka. Nie stary on, ale siwy, jak gołąb; nie chory, a przecież skulony, jak gdyby go wielki ciężar bólu przygniatał; nie próżniak, a przecież zawsze biedny; nie pijak, a zatacza się nieraz — tak go własna niedola odurza. Obok niego kroczy kobieta, tak samo złamana i zgnębiona, jak on i oboje idą przez życie, niosąc ciężar obowiązków, bez nadziei lepszego jutra, z rezygnacyą, która prawie apatyi się równa. To jest mąż i żona. On się zowie Karol Prawdzic, ona ma imię Janiny — żyją z sobą dopiero lat piętnaście, a już mają wszelkie prawa do złotego wesela, bo te piętnaście — pięćdziesięciu są równe. Dlaczego?
ROZDZIAŁ II.
dający nam poznać bardzo szanowną rodzinę państwa Hapergeld, tudzież miłego staruszka, jakim jest dziadzio Gancpomader.
Ktoby chciał przewertować księgi ludności pewnego dużego domu przy ulicy Muranowskiej w Warszawie i zbadać: kto mieszkał w tej posesyi przed kilkunastu laty, natrafiłby niezawodnie na nazwisko Hapergeldów. Zajmowało ono sporo miejsca, i tak: 1) Jonas Bencyan Hapergeld, utrzymujący się z własnych funduszów; 2) Jenta Ruchla Hapergeld, z domu Gancpomader, żona poprzedniego, przy mężu; 3) Lejbuś Berek; 4) Izaak Nachman; 5) Micheł Chuna; 6) Mendel Uszer Hapergeld, synowie Jonasa i Jenty, przy rodzicach; 7) Chana Łaja; 8) Rojza Betsaba; 9) Fajga Brandla Hapergeldówny, córki Jonasa i Jenty, również przy rodzicach; 10) Ryfka Guzik, służąca u państwa Hapergeld. Widzimy z powyższego, że dom tych państwa składał się z dziewięciu osób, należących do rodziny, oraz ze służącej — razem z dziesięciorga ludzi. Państwo ci zajmowali lokal, złożony z trzech pokojów i kuchni; lokal, jako położony w ruchliwym i dogodnym punkcie, dość kosztowny; jadali wcale nie źle, ubierali się dość przyzwoicie, nawet elegancko, gdyż pani Jenta lubiła przy sobocie cokolwiek szeleścić jedwabiem w ogrodzie Krasińskich i błysnąć trochę złotem i kolczykami i broszką przed oczami przechodniów, a mieć córeczki wystrojone podług ostatniej mody. Pociechy ukazywały się zdumionemu ludowi w wielkich rembrandtowskich kapeluszach i płaszczykach białych, jak śnieg. Że pod temi płaszczykami miały brudne barchanki — to swoja rzecz. W ogrodzie dzieci nikt nie rozbiera, a gdy widzi elegancki wierzch, co mu do tego, jaka pod nim podszewka? Niech każdy pilnuje swoich dzieci, co mu do cudzych? Synowie odznaczali się mniejszą elegancyą i w ogóle inaczej byli traktowani, niż córki. różnica w ubraniu, w wychowaniu, we wszystkiem. Pan Hapergeld twierdził, że powinni być wychowani w duchu konserwatywnym, jak ich ojcowie i dziadkowie i że wszelkie nowatorstwa do niczego dobrego ich nie doprowadzą. Synów kształcono w chederze, dla córek otwarty był lufcik, przez który mógł się dostawać prąd liberalnych przekonań. Pierwsi chodzili w zabłoconych butach, w chałatach, w czapkach czarnych sukiennych z daszkiem; drugie stroiły główki à la Rembrandt, używały nicianych rękawiczek, kaloszy i parasolek. Pani Jenta mówiła często do ojca: — Synowie twoi są, córki do mnie należą. — No, no — odpowiadał pan Jonas — czy ja ci zaprzeczam? Dawaj im jeść swoim kosztem, ja będę bardzo kontent. — Każ ty sobie ząb wyrwać swoim kosztem! Dzieci powinny mieć pożywienie od ojca i edukacyę powinny także mieć, a ja chcę dla nich edukacyi. — Jakiej ty edukacyi chcesz? — Jak dla panienek. One powinny umieć czytać i pisać po francusku. — Kto ci broni, ucz je po francusku, kiedyś taka mądra. — Będę je posyłała na pensyę. — Co? gdzie? Może na Krakowskie, albo na Senatorską, żeby jadły trefne mięso i przestały być żydówkami? — Nie, nie, broń Boże; jest elegancka pensya na Pokornej ulicy, tam uczy żydóweczka, bardzo edukowana. Nauka kosztuje dwa złote tygodniowo. No, Bogu dzięki, ciebie jeszcze stać na dwa złote tygodniowo dla dziecka. — Mnie stać, ale co naszym dziewczynom po takiej edukacyi? Ty je lepiej naucz, żeby były wygadane, zdatne do sklepu, żeby umiały chwalić towar, ukryć przed kupującym złą stronę, pokazać dobrą, żeby wiedziały, jak zrobić łokieć trochę krótszym, a funt lżejszym — ty ich tego naucz. Jaki je czeka los? Pójdą za mąż, a za kogo one pójdą za mąż — za żydków. Przecież nie spodziewasz się chyba, żeby która z nich została księżną albo hrabiną. Być może, że wypadnie im samym handlować, może jaki geszeft prowadzić. Wszystko jest możliwe. No, powiedz, czy ja nie mądre słowo powiadam? — Całkiem głupie jest twoje słowo. — Co? — Głupie, dubeltowo głupie. Ty mi każesz, żebym uczyła córki, jak żydówki; na co? One już są z urodzenia żydówki, uczyć ich więc nie potrzeba, ale ja chcę, żeby one były panienki edukowane. Czy ty wiesz, co je czeka? Czy zgadniesz, ile jeszcze pieniędzy zarobisz? Jaki majątek będziesz kiedyś miał? Czy zaręczysz, że która twoja córka nie zostanie hrabiną? Dlaczego nie miałaby zostać, czem jest gorsza od tylu innych? Słyszysz? Dziś każda żydówka może być hrabiną, to zależy od posagu. Nie, mój mężu, naszych dziewczynek nie można zostawić tak zwyczajnie; one muszą być przygotowane do wielkiego losu; one mogą mieć swoje domy, konie, powozy, wszystko mogą. Cały świat dla nich jest. Czy ty pamiętasz Mośkowę, tę wdowę biedną, która sprzedawała śledzie na targu? Ktoby się spodziewał, że ona będzie pani? No, tymczasem wygrała na loteryi i jest pani, jaka pani! Ona bardzo chciałaby teraz umieć po francusku i grać na fortepianie, ubierać się z wielką elegancyą, przyjmować w swoich salonach wielkich gości. Oj, oj, jakby chciała, ale całe życie była śledziarką bez żadnej edukacyi, więc teraz i przy majątku musi nie jak pani, ale jak stara śledziarka wyglądać. Dzięki takim argumentom, wielce szanowny pan Jonas ustąpił żądaniom małżonki i cały kłopot wykształcenia córek zdał na nią. Drzwi dla idei liberalnych stanęły otworem, w celu zaś przechowania tradycyi, a przynajmniej jej pozorów, przychodził zatabaczony staruszek, Gdali Jungfermilch, i uczył dziewczynki czytać cokolwiek po hebrajsku i korespondować w żargonie. Sama pani Jenta, osoba wielce nabożna i bogobojna, uznała, że ta część wykształcenia zaniedbana być nie powinna i że córeczki jej muszą znać także interesa, choćby tylko dla interesów. Wykształcenie synów szło zupełnie innemi drogami. Od czterech lat życia począwszy, każdy młody Hapergeld brany był do nauki. Był brany bez żadnej przenośni, w literalnem znaczeniu tego wyrazu. Przychodził belfer, to jest pomocnik nauczyciela chederowego, brał wrzeszczącego bachora na ręce i jak baranka na ofiarę, dźwigał do świątyni mądrości. Tam sadzał go na ławce obok innych wrzeszczących dzieciaków i uczył go abecadła. W razie lub lenistwa, tak belfer, jak i mistrz jego, umieli sobie radzić, używając argumentów przekonywających, które trafiały do głowy różnemi drogami, to jest przez lewe ucho, przez plecy, przez prawe ucho, jak wypadło. Zresztą, na co pytać o drogę, skoro się jest u celu, skoro dzieciak poznawał tajemnice alfabetu i z każdym dniem stawał się bardziej poważnym i uczonym. Nauczyciel był kontent i ojciec był kontent, a że syn często płakał, to rzecz podrzędna, od tego są dzieci, żeby płakały; gorzej jest, jeżeli płacze stary człowiek z powodu dzieci. Pan Jonas Hapergeld zdecydował się zrobić pewne ustępstwo na rzecz córek, bo ostatecznie córka jest to tylko — kobieta, ale syn — to zupełnie co innego. Przedewszystkiem musi on być żydem; musi być wykształconym o tyle, żeby umiał napisać podanie do sądu, deklaracyę do komornika, znać prawo cywilne w celu walki o byt, a kryminalne o tyle przynajmniej, o ile wymaga instynkt zachowawczy. Nauki religijne i filozoficzne dawał młodym Hapergeldom cheder, dysputy z towarzyszami w szkole, wreszcie dysputy naukowe, jakie pan J. ojciec prowadził ze swymi przyjaciółmi, którzy przychodzili do niego na herbatę w sobotę wieczorem. Każdy z nich przynosił z sobą kawałek cukru dla osłodzenia chińskiego napoju i zapas inteligencyi dla nadania smaku pouczającej dyspucie. Cytowano z pamięci zdania wielkich mężów i poważnych pisarzy talmudycznych, powoływano się na słowa uczonych rabinów, w razie potrzeby wydobywano z szafy wielką księgę i w niej szukano rozwiązania, a młodzi i wielce obiecujący J. Hapergelda synowie przysłuchiwali się rozmowie starszych i nabierali konchami uszu swych masę przeczystych pereł mądrości. Umysł ich gimnastykował się, nabierał giętkości, stawał się elastycznym, lekkim, chwytał w lot słabe strony przeciwników, zadawał im razy wprawnie, podstępnie, a niespodziewanie. Chłopcy kochali się w tego rodzaju dysputach i patrzyli na starszych z podziwem, z uwielbieniem, a zdarzało się, że i sami wtrącali swoje uwagi, które szanowny ojciec ich, Jonas, przyjmował z pobłażliwą a zachęcającą do dalszego myślenia i dalszej pracy krytyką. Nie zawsze jednak dysputy dotyczyły przedmiotów oderwanych, owszem, schodziły one często z dziedziny abstrakcyi na grunt praktyczny i na tym gruncie były jeszcze ciekawsze i bardziej zajmujące. Młodzi Hapergeldowie zrozumieli doskonale, że filozofia jest to nauka niezmiernie zajmująca, ale przyznawali zarazem, że nauka finansowości i prawa również ma prawo bytu i jest człowiekowi potrzebna w życiu. Najstarszy z owych młodzieńców, Lejbuś, wyraził się pewnego razu, że człowiek nieznający filozofii jest godzien litości, ale może żyć; człowiek zaś nieznający rachunków, ani prawa, jeszcze bardziej zasługuje na litość, bo wcale żyć nie może. Pan Hapergeld senior przyznał swemu pierworodnemu słuszność. Finansowości uczono młodzieńców praktycznie na przykładach i to nie na wymyślonych przykładach, ale „in anima viti“, na interesach rzeczywistych. Wieczorem, po kolacyi, pan Hapergeld senior opowiadał historyę dnia; komu pożyczył pieniędzy, na jakich warunkach, ile z tego osiągnął korzyści, ile spodziewa się osiągnąć w przyszłości, z kim miał sprawę w sądzie, jakie sprawy cudze na swoje oczy widział, o jakich sprawach na swoje uszy słyszał i co w której było ciekawego. Opowiadał niezmiernie ciekawe szczegóły o licytacyach; jak żona i córki człowieka, którego rzeczy komornik na rzecz pana Hapergelda sprzedawał, płakały, jak handlarze się śmieli z tego, jak zrobili zmowę i kupili wszystko za bezcen. W żadnym teatrze tak się nie można ubawić! Synowie słuchali tego wykładu z wielką uwagą, prawie z namaszczeniem i połykali mądre słowa ojca z takim smakiem, jak gdyby to były nie słowa, ale makagigi, lub kawałki śledzia marynowanego z cebulą. Zdarzało się niekiedy, że przychodził na herbatę dziadzio Gancpomader, mąż sędziwy, z białą jak śnieg brodą, człowiek doświadczony, który zęby zjadł na interesach. Dziadzio Gancpomader wyobrażał w tem towarzystwie tradycyę; pamiętał dawne czasy, takie czasy, w których można było na walutę składać deferowaną przysięgę — i takie czasy, kiedy niewypłacalnych dłużników osadzano w specyalnem na Lesznie i takie czasy, w których się robiło dobre interesa z małoletnimi na fałszywe podpisy. Pachniało to trochę kryminałem, ale trudno, każda rzecz musi mieć swój zapach. Ryba nadziewana pachnie cebulą, bukiet różami a niektóre interesa kryminałem. Dziadzio Gancpomader bardzo lubił opowiadać; on się cieszył swymi wnuczkami, on ich kochał, on lubił, jak który do rozmowy dowcipną uwagę wtrącił. On widział w nich pociechę swojej starości i czasem tak się rozczulał, że dawał im w prezencie po kilka groszy, z zastrzeżeniem, aby starali się jak najkorzystniej tym kapitałem obracać.
ROZDZIAŁ III.
Pan Izrael Zwanzig robi rodzinie Hapergeldów propozycyę, nad którą dziadzio Gancpomader radzi się zastanowić.
Pewnego razu, w sobotę wieczorem, cała rodzina państwa Hapergeldów zgromadziła się przy stole. Było już po szabasie i po kolacyi, paliła się lampa wisząca nad stołem, a w wysokim lichtarzu mosiężnym, migając czerwonawym płomykiem, dogorywała łojówka. Małżonkowie Hapergeld pili herbatę, synowie przy piecu odbywali ważną naradę w przedmiocie: jakim sposobem w czasie możliwie najkrótszym zrobić z trzech groszy rubla; córeczki przypominały sobie, co działo się w piątek na pensyi i rozmyślały, jak się może nazywać po francusku cymes z marchwi. Chwilowo zapanowała cisza, którą zaraz atoli przerwało wejście gości. Naprzód przyszedł dziadzio Gancpomader, a w kilka minut później niejaki pan Izrael Meir Zwanzig, rudy, pękaty, uśmiechnięty zawsze i dowcipny. Mąż ten miał specyalne swoje zatrudnienie, przy którem trzeba być i uśmiechniętym i dowcipnym. Stręczył małżeństwa. Jest to czynność, przy której smutnym być na żaden sposób nie wypada. Ujrzawszy Izraela, pan Hapergeld senior zrobił duże oczy, to samo uczyniła pani i dziadzio Gancpomader. Spojrzenie ich, zwrócone do gościa, zdawało się mówić: — Co ty tu u nas robisz? Izrael wcale się tem nie zniechęcił, powiedział dobre słowo i usiadł przy stole, zupełnie, jak zaproszony gość. Nareszcie dziadzio Gancpomader zapytał: — Co wy robicie tu, Izraelu; o ile wiem, mieszkacie w innej stronie miasta. — Moje kwiatki — odrzekł — wszędzie rosną i dlatego ja wszędzie bywam. — A moje kwiatki — wtrąciła gospodyni domu — są jeszcze za zielone dla was. Co wy możecie chcieć od nas, kiedy moja najstarsza dziewczynka ma dopiero dziewiąty rok życia! Zwanzig uśmiechnął się. — Gdy wasza najmłodsza dziewczynka będzie miała dziewięćdziesiąt dziewięć lat życia, czego oby w dobrem zdrowiu doczekała, to ja naprawdę nie będę miał tu co robić. Czy wy, pani Jento, macie wyobrażenie, że ja tylko dziewczynki za mąż wydaję? — Przecież to wasz fach... — No, a gdzie jest taki kodeks, któryby mi zabraniał chłopców żenić? To także jest mój fach. Izrael uśmiechnął się bardzo przyjemnie, mrugnął znacząco w stronę pieca i dodał: — Żeby wasz najstarszy synek, który teraz ma lat ośmnaście, dostał ładną panienkę z bardzo wielkiej familii, żeby wziął za nią porządny posag, to ja myślę, że ani pan Jonas, ani pani Jenta, ani nasz kochany dziadzio Gancpomader, nie zrobiliby z tego powodu awantury. Co myślicie o tem, panie Gancpomader? — Ja myślę, że wyście powiedzieli mądre słowo. — A wy co myślicie, panie Jonas? — Ja myślę to samo, co dziadek. — A co powiada pani mama? — Bardzo dobrze. — Kiedy wy, moi państwo, tak myślicie, to dajcie mi naprzód szklankę herbaty z cukrem, a potem zaczniemy gadać. Pani Jenta nalała szklankę herbaty. — Gadajcie, tylko prędzej — rzekła — bo jestem bardzo ciekawa. — Wasza matka była także ciekawa i wasze siostry są ciekawe — taka natura ich! — Bardzo mi dziwno, Izraelu, że wy źle mówicie o kobietach; gdyby nie kobiety, coby był wart wasz cały proceder? Wy jesteście brzydki niewdzięcznik. — Sza, dość! — przerwał dziadzio Gancpomader. — Zwanzig nie na zabawę tu przyszedł. Proszę, niech mówi, my posłuchamy. Izrael zsunął czapkę na sam tył głowy i podrapał się w rzadką brodę, co zawsze zwykł czynić, gdy chodziło mu o skupienie myśli; potem zabębnił palcami po stole — zapewne dla zaalarmowania i uwagi obecnych. Po chwili wzniósł oczy w górę i rzekł sentencyonalnie: — Nie zaszkodzi, jeżeli dzieci pójdą precz. Dziadzio kiwnął głową i rzekł: — Kinder, weg! Na tę komendę pierzchnęli chłopcy z pod pieca, a dziewczynki z pod okna i zniknęli za drzwiami. — No, teraz niech mówi Izrael. — Dlaczego ja nie mam mówić? Owszem, zaraz będę mówił. Znacie zapewne pana Netla Luftermana z Twardej ulicy? — Znamy. — To jest bardzo porządny kapitalista. — Czem on się trudni? — spytał dziadzio. — Handluje trochę pieniędzmi, tak samo, jak Jonas Hapergeld; do współki z Ickiem Blinderem ma biuro, z Mośkiem Piernikiem fabrykę; wszyscy ludzie z tego biura i wszyscy z tej fabryki siedzą u niego w kieszeni i płacą mu bardzo ładny procent. Prócz tego, sam na siebie też ma kilka bardzo porządnych miejsc, które są intratne i pewne. On ma jednego takiego pana, który płaci jak bank i daje pięć, sześć, miesięcznie od jednego słowa. Netel mieszka bardzo porządnie: ma cztery pokoje na drugiem piętrze, ładne meble, wielkie szafy z odzieniem; ma srebrne rzeczy, ma złote rzeczy, rozmaite rzeczy ma, jeszcze z dawniejszych czasów, kiedy można było trochę bawić się na zastawy. — Ja wiem — rzekł dziadzio — ale idźmy do interesu. Domyślam się, że Lufterman ma córeczkę. — Ma się rozumieć. Lufterman wydał już za mąż dwie córki, obie bardzo dobrze; teraz miałby ochotę wydać trzecią i właśnie ja mu mówiłem, żeby nie patrzył tyle na pieniądze, ile na godną familię, a zdaje mi się, że państwo Hapergeld to właśnie jest bardzo godna familia. — I mnie się tak zdaje — wtrąciła pani Jenta. — Dziewczynka jest śliczna, bardzo edukowana, elegantka, nie wygląda wcale jak żydówka, ale jak wielka dama. Żebyście zobaczyli, jak ona się wystroi, to naprawdę jest co widzieć! Na ulicy, to się ludzie oglądają. — Idźcie wy do rzeczy. Z tego, że się kto na nią ogląda, my nie będziemy mieli nic... — Już idę, już jestem. Słuchajcie-no, prócz edukacyi, ona będzie miała trochę garderoby i trochę srebrnych rzeczy, będzie miała trochę pieniędzy. Mało wam jeszcze? — Mówcie po ludzku. Ile to jest na ruble? — Dużo, wcale dużo! Sama garderoba, bielizna, pościel, może być warta na moje oko trzysta rubli; srebrne i złote rzeczy dwieście rubli, a posag... no, co do posagu, można się targować. Lufterman deklaruje pięćset rubli, ale jak go mocno przyciśniecie, da więcej. On jest szczery człowiek, chciałby prędko wypchnąć córkę z domu. Wszyscy umilkli. Pan Hapergeld, dziadzio Gancpomader, Srul Zwanzig, oparli ręce na stole i zaczęli bębnić palcami, co miało oznaczać wielki pochód myśli. Pani Jenta też pukała w stół tłustym, krótkim palcem, ale nie odzywała się wcale, nie chcąc przeszkadzać mężowi i ojcu. Niech oni wpierw skombinują i obliczą, jak się należy. Po kilku minutach dziadzio Gancpomader rzekł lakonicznie: — Mało. — Bardzo mało — powtórzył, jak echo, pan Hapergeld. — Wcale nic! — krzyknęła pani Jenta i natychmiast poczerwieniała mocno na twarzy. — Ja mam oddać Luftermanowi moje pierworodne dziecko za głupie pięćset rubli? Niech lepiej Lufterman nogi połamie! — Daj pani pokój; za co on ma nogi połamać? Interes — jest interes; jeszcze nie powiedziane ostatnie słowo, można się targować. Prawda? — Prawda — rzekł dziadzio — można się targować; nie róbmy po waryacku, zastanówmy się. Pięćset rubli jest, podług mojego rozumienia rzeczy, bardzo mało. — Za pozwoleniem; może być mało, a może być i bardzo dużo; zależy od tego, ile deklaruje dać synowi pan Hapergeld. Uważajcie, że tamta strona daje garderobę, daje trochę srebra i złota, co razem z gotowizną uczyni cały tysiąc rubli; wy ze swojej strony nie powinniście dać mniej, jeżeli zgadzacie się na pięćset rubli posagu. Musi być równość — inaczej na nic. No, czy pan Hapergeld potrafi dać synowi tysiąc rubli? — Obaczymy, obaczymy, może dam więcej, może mniej, może wcale nic nie dam. — To zrobicie głupstwo. Lufterman jest , ma dużo pieniędzy w ruchu, dzieci jego z czasem mogą mieć majątek. Trzy córki, dwóch synów; tymczasem więcej nie ma i chyba nie będzie. On już nie młodzik, ten Lufterman. I trzeba znać jego naturę, on teraz niewiele daje, a gdy się jemu poszczęści, gdy zrobi dobry geszeft — to da dzieciom! Komu ma dać, jeżeli nie dzieciom? Przecież jest porządny żyd, w karty nie gra, na żadne zabawy nie chodzi, hulania wcale nie lubi. Nabożny człowiek i uczony. Dziadzio Gancpomader stuknął się palcem w czoło. — Wiecie co — rzekł — mnie się przypomina, mnie się coś zdaje, że on w kryminale siedział. — Cokolwieczek, ale bardzo mało, tak jak nic; nieszczęście każdemu może się przytrafić. On handlował koronkami, sprowadzał z zagranicy. Rozumiecie, że to jest ślizki interes. To trudno, my jesteśmy prześladowany naród, my cierpimy... — To prawda. — Mówcie swoje słowo: ja nie mam czasu, a nie myślcie, że będę miał z wydaniem córki Luftermana kłopot; dwie wyswatałem w swoim czasie od jednego słowa; trzecia też siwych włosów w nie doczeka. Ja prosto ztąd idę do Jankla Bluma; on ma też syna w waszym wieku, bardzo mądrego chłopaka, w trzech słowach interes się zrobi. Bądźcie zdrowi, życzę wam dobrej nocy i dobrego roku. — Zaczekajcie — rzekł dziadek — ożenić chłopca nie tak łatwo, jak kupić za dwa grosze bułkę; dajcie nam czas do namysłu. — Ile? — Dzień, dwa... — Dobrze, niech będzie dwa. Na trzeci dzień ja przyjdę do was wieczorem. — Przyjdźcie — odezwał się dziadek — dwa dni będziemy myśleli, potem dwa dni będziemy gadali, a jeszcze potem, albo co zrobimy, albo nic nie zrobimy, jak zwyczajnie w handlu. Zgoda? — Bardzo dobrze. Za dwa dni. — Za dwa. Dobranoc. — Dobranoc. Izrael wyszedł. Dziadzio Gancpomader pogładził siwą brodę i rzekł: — Czas leci, bardzo prędko leci; niedawno nasza Jenta była maleńka, niedawno ją wydaliśmy za mąż, teraz myślimy żenić najstarszego jej syna. — To jest prawda, czas leci — rzekła z westchnieniem pani Jenta i spojrzała ukradkiem w lustro — dawniej byłam zdrowa, teraz jestem taka delikatna i osłabiona, że się we drzwi zmieścić nie mogę. — Słuchajcie — rzekł dziadek — Jonas ma swój rozum, ja nie przeczę; on się zna na interesach, on się prędko dorabia pieniędzy, on sprytny jest. On sam doskonale wie, co ma odpowiedzieć na propozycyę Izraela. — Ja wiem — mruknął Hapergeld. — Wierzę; nie zaszkodzi jednak, jeżeli posłuchacie mojej rady; ja mam doświadczenie, jestem, chwała Bogu, nie dzisiejszy. Podług mojego zdania — należy potargować się i przyjąć. Targować się trzeba do siedmiuset pięćdziesięciu rubli w gotówce. Więcej Lufterman nie da. Ty musisz dać tyleż gotówki, co i on, a oprócz tego wartość srebra i wartość garderoby. Więc ty musisz dać w gotowiźnie tysiąc dwieście pięćdziesiąt rubli. Odejdzie koło dwustu rubli na zagospodarowanie państwa młodych. Zostanie kapitału tysiąc ośmset rubli. To na początek ładna jest suma. — Bardzo ładna — rzekł Hapergeld — ja zaczynałem od pięciuset. — Z przeproszeniem twego honoru — rzekł dziadzio Gancpomader — ty jesteś głupi i chwalić się czem nie masz. Ja zaczynałem od pięciu i Bogu dzięki żyłem, handlowałem, wyposażyłem dzieci, a jak mi się spodoba dać wnuczkowi dwieście rubli, to Gancpomadera jeszcze na to stać. I dam całe dwieście, niech oni mają całe dwa tysiące. Dwa tysiące w ruchu, licząc pięć na miesiąc, powinny przynieść w pierwszym roku tysiąc dwieście, to już mamy 3,200 — na drugi rok będzie 4,120, na trzeci 6,592, jak dobrze pójdzie, może i całe siedem tysięcy. Ja nie rachuję wiele, tylko pięć procent. Żeby nie żyli z tych pieniędzy przez lat pięć, to ich kapitalik podniósłby się blisko do dwudziestu tysięcy rubli, ale młodzi potrzebują żyć, a my starzy, rachując, musimy odliczyć coś na straty. Może się zdarzyć, że dłużnik umrze, że stanie się niewypłacalny, rachunek może omylić. Nie omyli on grubo, ale tak sobie, cokolwiek. Czy ty uważasz, Jonas, co ja tobie powiadam? — Bardzo dobrze uważam, mówcie dalej. — Niech ojciec mówi dalej — wtrąciła pani Jenta. — No, słuchajcie. Za moich czasów, jak ja byłem młody, na prowincyi praktykował się u żydków bardzo dobry obyczaj. Państwo młodzi przez trzy lata siedzieli u jednych rodziców, a przez drugie trzy u drugich. Razem to jest sześć lat. Oni mieli darmo jedzenie, mieszkanie, wszystko, co potrzeba, nie kłopotali się o nic. On praktykował u starszych, trochę handlował, trochę książki nabożne czytał — ona praktykowała w gospodarstwie domowem przy jednej, to przy drugiej matce i wprawiała się do interesów, do drobnego handlu. Było dobrze, a kapitałem państwa młodych, tym właśnie, co był im dany na posag, tym czasem obracali ojcowie. Wszystek zysk szedł na powiększenie. Rozumiesz, co znaczy w dobrem ręku żydowskiem kapitał przez sześć lat! On się powiększy przynajmniej pięć razy, a przy szczęściu, sześć i siedem i osiem. Skończyło się sześć lat, młodzi odbierają swój kapitał i już zaczynają handlować sami. Czy to jest źle, powiedz Jonas? — Ja wiem, to jest bardzo doskonale. — Więc ja ci radzę życzliwie, ty mnie posłuchaj i utrzymaj starą modę. Ona dobra jest, wymyślili ją starzy ludzie, a my nic lepszego dla dzieci nie znajdziemy. Ja wiem, że w Warszawie musi być inaczej; mieszkanie młodym trzeba dać osobno, ale można ich utrzymać pieniędzmi. Ty będziesz dawał przez trzy lata po siedem i pół rubli tygodniowo. Lufterman da drugie tyle. Na dwoje młodych piętnaście rubli na tydzień wystarczy, choćby nawet mieli trochę fanaberyi. Pieniądze posagowe wy puśćcie tymczasem w ruch. — Jakto wy? — No, ty i Lufterman. — Do współki? — Dla dzieci. Lejbuś będzie przy was uczył się interesów, będzie praktykował; nawet podług mego zdania lepiej, żeby praktykował nie przy tobie, ale przy Luftermanie. — Dlaczego ja mam być gorszy od Luftermana? Czy on wszystkie rozumy zjadł? — Ja nie powiadam, żeś ty, broń Boże, gorszy, mnie zdaje się nawet, że ty lepszy jesteś, ale zawsze co dwie głowy, to nie jedna. Ty masz swoje sposoby i wybiegi, Lufterman ma swoje. Lejbuś twoje zna, albo prawie zna, dlaczego nie ma poznać sposobów Luftermana? Co ci to szkodzi, że on będzie miał rozum za dwóch? Zrób tak, jak ja ci radzę. Słuchaj mnie. Lejbuś powinien się ożenić z córką Luftermana, Zwanzig przyszedł tu w dobrą godzinę; podług mego rozumienia, w bardzo dobrą. — Bardzo was przepraszam, ale tego nie rozumiem, dlaczego mój syn ma brać koniecznie Luftermana córkę, alboż ona jedna na świecie? Tyle jest w Warszawie żydówek, mają posagi w pieniądzach, w towarach, mają sklepy, małe fabryczki, różne sposoby do życia. Dlaczego on nie ma jednej z takich dostać? — Jonas, Jonas, ty powiedziałeś wielkie głupstwo, poprostu niedorzeczność, aż niemiło słuchać takiej mowy. — Głupstwo? — No, tak. — W czem? — W twoim rodzie nie było fabrykantów, nie było właścicieli sklepów, nikt się nie trudnił żadnem brzydkiem rzemiosłem, dlatego możemy powiedzieć, że nasza familia, to jest wielka familia, sami kapitaliści; nie mieli wielkich pieniędzy, nie obracali milionami, lecz kręcili dziesiątkami i setkami bardzo szybko i to im wychodziło na . Oni się trudnili tylko wyłącznie lichwiarstwem, a to jest bardzo dobry proceder, to jest szlachetny interes. Goje brzydzą się nami, co to szkodzi? Niech oni się brzydzą, aby płacili procent. My chcemy żyć, a z czego żyć? Drzewo rąbać, czy wodę nosić, nie pasuje dla naszego honoru. Dla nas pieniądze muszą robić, od tego są pieniądze i od tego jesteśmy my. Twój Lejbuś nie jest bardzo zdatny do sklepu, a wcale niezdatny do fabryki, albo do rzemiosła; do obracania pieniędzmi on jest bardzo zdatny i dlatego ja myślę, że się powinien z córką Luftermana ożenić. Ja powiedziałem ci już wszystko, co miałem powiedzieć, a ty, Jonas, pomyśl dobrze o tym interesie, żebyś wiedział, co mówić, gdy za dwa dni przyjdzie Zwanzig...
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Pająki.
