Read here

Opowiadania ludowe ze Starego Sącza

Seweryn Udziela · 1894 · Free in the US

18,741 words · about 1 h 19 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1894 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Opowiadania_ludowe_ze_Starego_Sącza&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Seweryn Udziela
Language
Polish
Published
1894
Length
18,741 words · about 1 h 19 min
Sections
3 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (3)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 16 min
  3. Wstęp about 3 min

Continue:

Front matter

Seweryn Udziela

OPOWIADANIA LUDOWE

ZE STAREGO SĄCZA.

całość

Seweryn Udziela

OPOWIADANIA LUDOWE

ZE STAREGO SĄCZA.

ud sandecki, przez Wincentego Pola nazwany Sandeczanami, Góralami od Sącza i Równiakami, zamieszkuje doliny średniego Dunajca, których punktem środkowym jest Stary i Nowy Sącz. Siedziby jego wchodzą klinem na wschód aż pod Chełm, górę wznoszącą się nad Ropą, na pograniczu pow. Grybowskiego i Gorlickiego, sąsiadują w pow. Grybowskim i Sandeckim od południa z Łemkami, dalej z Podhalanami, a od północy z Mazurami. Od wszystkich tych sąsiadów wyróżniają się Sandeczanie tak cechami fizycznemi, jak mową, strojem, sposobem budowania się, zwyczajami i obyczajami. Lud sandecki jest wzrostu słusznego, smagły i zgrabny w ruchach, cery białej, ogorzałej od słońca, twarzy pociągłej; więcej bruneci niż blondyni, mają oczy siwe i piwne, czoło wysokie, nos prosty. Mężczyźni noszą włosy długie, równo nad czołem i nad karkiem przystrzyżone, dziewczęta splatają włosy w jeden warkocz, a kobiety warkocze ucinają i noszą włosy mało co dłuższe od mężczyzn. Chłop sandecki nosi z domowego szarego płótna koszulę, tasiemką kolorową lub wstążeczką związywaną pod szyją, a długą powyżej kolan, z takiego samego płótna szerokie spodnie, przepasane skórzanym wązkim paskiem, u którego wisi na rzemyczku kozik (nożyk składany) i przetyczka do fajki. Na wierzch wdziewa w gorące lato rodzaj obszernego surduta, długiego do kolan, sporządzonego z domowego szarego płótna, w czas chłodniejszy z domowego sukna barwy bronzowej, tabaczkowej, rzadziej ciemno-szarej, podobnej krojem do płótnianki, ale z przodu rozcinanej tylko do pasa i ozdobionej naokoło kołnierza, wokoło rękawów i z przodu po obu bokach rozcięcia, w niektórych okolicach mniej, w innych więcej, bogatemi wyszywaniami włóczką czerwoną, zieloną i żółtą a nadto blaszkami małemi, żółtemi, okrągłemi i połyskującemi. W zimie noszą kożuchy baranie, suto fałdowane z okrągłemi miernej wielkości kołnierzami wykładanemi. Czapki okrągłe, baranie na zimę, na lato zaś filcowe kapelusze czarne, okrągłe, niewysokie, z kresami średniej wielkości. Nogi obuwają w kierpce, a teraz już częściej w buty z cholewami. Kobiety noszą koszule z płótna szarego z z grubego płótna, z rękawami zapinanemi przy dłoni, spódnice kolorowe, najczęściej różowe i czerwone, nigdy zaś zielone, a nader rzadko żółte, suto fałdowane, a długie po kostki; gorsety perkalowe i sukienne z Na to zarzucają w zimie ciepłą chustkę wełnianą, w lecie biały; na głowie noszą czepce białe, wiązane z chustki, z wypustkami haftowanemi; na nogach kierpce i buty. Noszą też w zimowej porze tak mężczyźni jak kobiety to jest krótkie do pasa kożuszki bez rękawów, podobnie jak górale tatrzańscy, ale nie tak bogato wyszywane. Budują się w ten sposób, że dom mieszkalny z zabudowaniami gospodarskiemi tworzy czworobok, z jednej strony otwarty. Dom mieszkalny, zwrócony frontem na południe, tworzy jedną ścianę tego czworoboku. Osobny budynek, pod kątem prostym względem domu stojący, w bardzo blizkiej od niego odległości, jest przeznaczony na stajnie dla bydła i koni; obok przybudowany jest chlew i buda dla psa. Trzecią stronę czworoboku tworzy stodoła, a środek podwórze, na którym tuż przed stajnią jest gnojowisko. Na boku znajduje się studnia z żórawiem i z korytem, za stodołą i stajniami sad owocowy, a przed grządka z kwiatkami i Lud jest wesoły i dowcipny, wielkich zdolności jak do nauki, tak do przemysłu i rzemiosł, skory do bitki i do zabawy, muzykalny, gościnny i uczynny, pobożny a przesądny. Trudni się rolnictwem i hodowlą bydła, a nadto, jako ubocznym zajęciem, zajmuje się rybołówstwem nad rzekami, sadownictwem i pszczelnictwem. Handel ogranicza się sprzedawaniem wypasionych wołów i owiec, oraz produktów rolnych. Po wsiach trudnią się też tkactwem, kowalstwem; są także czasami stolarze i kołodzieje, a każdy chłop prawie jest dobrym cieślą. Lud jest bardzo poetyczny i posiada wielką liczbę pieśni, legiend, podań i baśni. Poniżej podaję kilka takich opowiadań, spisanych w Starym Sączu. Opowiadania te mają jedną wadę, że nie są spisane w gwarze miejscowej. Nie mogłem tego jednakże uczynić, gdyż zbyt krótko bawiłem w Starym Sączu, więc trudno było mi uchwycić dokładnie gwarę ludową, a obawiałem się z powodu niedokładności popełniać co krok takie omyłki, któreby odbierały bajkom całą wartość dla badaczów języka. Jednakże starałem się zachować wszędzie tok myśli i w wielu miejscach sposób wyrażania się.

I. Droga do bogactwa.

Był sobie taki chłop biedny we wsi, co nie miał nic i niczego nie mógł się dorobić, chociaż ciężko pracował zawsze i grosza nie marnował. Zawsze była bieda u niego w domu, żeby jej nawet kijem nie wygnał. Raz przejeżdżał przez wieś konno św. Piotr do nieba za różnemi interesami, i aby konia popaść, zatrzymał się przed karczmą. Na tę wiadomość zbiegli się ludzie, a każdy z jakąś prośbą, którą chciał przez Świętego posłać do Pana Boga. Przyszedł też i ten biedny chłop i prosił św. Piotra, aby się zapytał w niebie, dlaczego on taki biedny, pomimo pilnej pracy i przykładnego życia. Św. Piotr nie chciał się podjąć tego pośrednictwa, tłumacząc się tym, że tyle ma na głowie interesów, iż łatwo o prośbie chłopa zapomni. Skoro jednak zaczął biedak błagać i bardzo nalegać, Święty ulitował się jego doli, dał mu złote siodło, na którym siedział, ze złotemi strzemieniami, i rzekł: — Weź to i schowaj tymczasem, póki nie wrócę. Gdy w niebie spostrzegę, że nie mam siodła, przypomnę sobie twoją prośbę. Z powrotem będę znów tędy przejeżdżał, to mi siodło oddasz. To powiedziawszy, odjechał, a chłop schował złote siodło i złote strzemiona w komorze, i niecierpliwie wyczekiwał z dnia na dzień św. Piotra i wiadomości z nieba. Skoro św. Piotr pozałatwiał już wszystkie interesy w niebie i chciał wsiąść na konia, aby wrócić, spostrzegł, że nie ma siodła, i przypomniał sobie prośbę biednego chłopa. Wrócił się tedy do Pana Boga i zapytał, dlaczego ten chłop nic nie ma, chociaż jest pracowity i poczciwy. — Bo nie — odrzekł Pan Bóg, — tj. że nie oszukuje ludzi, niczyjej własności nie zapiera i nie przywłaszcza sobie. Jeszcze św. Piotr był daleko za wsią, kiedy chłop go zobaczył i wybiegł, aby się dowiedzieć, co stoi na przeszkodzie, że nie może przyjść do majątku. Święty poznał go zaraz i zawołał: — Przynieś moje siodło, bo pojadę dalej! — A cóż Pan Bóg powiedział? dlaczego nie mogę się wygrzebać z biedy? — zapytał zaciekawiony chłop, wprzód nim pobiegł po siodło. — Bo nie przykręcasz — powiedział Święty, — ale śpiesz-no się i idź po siodło. Chłop zrozumiał wszystko odrazu, bo był nie w ciemię bity, a że chciał z rady zaraz skorzystać, zaparł świętemu Piotrowi siodło i niby zdziwiony spytał. — Jakie siodło? ja żadnego siodła nie mam! — Jak to, nie pamiętasz? przecież u ciebie zostawiłem siodło, gdy jechałem do nieba: idź prędko i przynieś. — To może nie u mnie, może u kogo innego zostało! A że Święty nie miał czasu i bardzo pilno było mu w drogę, więc pojechał dalej, a chłop przyszedł łatwym sposobem do złotego siodła ze złotemi strzemionami. „Trzeba próbować szczęścia dalej!” — pomyślał sobie i poszedł do Żyda, aby nabytek sprzedać. Targ w targ, zgodzili się, że Żyd miał mu dać za to siodło ze strzemionami sto papierków i krowę. Pieniądze dał mu zaraz na rękę, a krowę miał mu przyprowadzić, gdy wróci z pastwiska, i wtedy też weźmie sobie siodło. Nad wieczorem przyprowadził Żyd krowę i chce siodła, ale chłop na to: — Za samą krowę siodła ci nie dam! — Jak to za samą krowę? A nie wziąłeś już ode mnie za to stu papierków? — Jakie sto papierków? kiedy? kto widział? Wynoś mi się z twoją krową i daj mi święty spokój! — i przykręcił chłop pieniądze Żydowi. Ale z Żydem nie tak prędko i łatwo skończyła się bo Żyd zaskarżył chłopa do sądu, a sąd wyznaczył termin do rozprawy. Kiedy trzeba było iść do sądu, chłop poszedł do karczmy i w karczmie siedział. Pytają się go tam: dlaczego nie idzie na termin? — Jakże pójdę — odpowie — kiedy nie mam kożucha? — To ja wam pożyczę kożucha — rzeknie jeden i zdjął z siebie kożuch i podał go tamtemu. Chłop kożuch wdział, ale jeszcze nie idzie, więc się go znowu pytają: czemu nie idzie, kiedy już czas? — Nie widzicie, że butów nie mam? jakże pójdę? — No, macie buty, pożyczani wam, a idźcie już! — to mówiąc zdjął drugi buty z nóg i dał mądremu. Chłop wdział buty, a jeszcze nie wybiera się z karczmy, bo jakże pójdzie bez czapki? Więc trzeci pożyczył mu swojej czapki. Skoro chłop poszedł, ci trzej mówią: — Chodźmy także popatrzeć, jak go będą sądzili! — i poszli. Przed sędzią Żyd wszystko opowiedział, jak było, i żądał, aby mu chłop zwrócił sto reńskich. Ale ten nie chciał się przyznać do niczego. — Proszę pana sędziego — mówił — już ja taki nieszczęśliwy jestem, że wszyscy ze mnie żyją i każdy chciałby ze mnie żywcem skórę zedrzeć. Wszystko mi ludzie zabierają tak, że ja nic nie mam. Żebym sobie dał, odzienieby na mnie rozszarpali. Ot, ten gotów by powiedzieć, że to jego kożuch na moim grzbiecie! — i wskazał palcem właściciela, od którego kożuch pożyczył. — Abo to mój kożuch! — zawołał tamten. — O! — mówił chłop dalej — a tenby mi gotów buty z nóg ściągnąć — i pokazał tego, czyje były buty. — Bo to moje buty, proszę pana sędziego! — woła rzeczywisty właściciel. — Słyszy pan sędzia? — powiada oskarżony. — Ten zaś pewnie zdarłby mi czapkę z głowy — i znowu wskazał tego, od którego wziął czapkę. — Cóż ty znowu gadasz? to moja czapka! Sędzia zgłupiał; przekonał się, że tego człowieka chcą w biały dzień obedrzeć. Wypędził Żyda i wszystkich i przyznał temu chłopu wszystko. Miał więc już siodło złote ze złotemi strzemionami, sto papierków, kożuch, buty i czapkę. Odtąd zaczęło mu się dobrze powodzić, bo przykręcał.

II. „Nie bój się Jan.”

Jeden król miał trzech synów, a najmłodszego głupiego. Tamci bracia musieli się nieraz wstydzić takiego głuptasa, i ojciec też. Więc jednego dnia dał mu ojciec trzy grosze na drogę i wypędził go z domu. A na imię było temu synowi Jan. Szedł w świat i narzekał, że go jak psa wypędzili za to, że nie jest taki mądry, jak starsi. Na drodze był wielki las, co przez niego trzeba było iść. On poszedł, ale zabłądził. Chodzi i chodzi, chodzi i chodzi, a z lasu nie może wyjść, i nigdzie końca nie widać. Był zmęczony i głodny, myśli, że w tym lesie trzeba marnie zginąć, postanowił powiesić się, aby już raz skończyć swoje strapienia. Wyszukał dobre drzewo, stanął pod nim i już chciał się powiesić, gdy wtym z poza drzewa wyszedł siwy dziadek z długą siwą brodą i spytał się go, co chce zrobić. Królewicz opowiedział mu wszystko od początku, czym był, skąd przyszedł i że w lesie zabłądził. — Daj mi grosz, to cię wyprowadzę z lasu — rzekł staruszek. Jan dał mu grosz jeden, i szli przez las, przez krzaki i zarośla, przez potoki, bagna, i pagórki, szli i szli, aż tu nagle dziadek gdzieś zginął, a królewicz został znowu sam jeden w gęstym lesie, którego końca nie można było nawet gdzie dopatrzyć. Wołał na dziadka i szukał go, ale nie mógł go odnaleźć. Myślał, że może las się wnet skończy, więc szedł naprzód, ale błąkał się ciągle i z lasu nie mógł wyjść. Zmartwiony, głodny, zmęczony, myśli sobie: — Mam ja tu w tym lesie zginąć z głodu, albo mnie wilki zjedzą, to się wolę powiesić. I wyszukał sobie dobre drzewo z grubemi konarami, odpiął pasek i miał się na drzewo wspinać, aby się powiesić, gdy wtym z poza drzewa wyszedł dziadek siwiuteńki z długą brodą i pyta się go, co chce zrobić. Królewicz opowiedział mu wszystko i prosił, żeby go wyprowadził z lasu. — Daj mi grosz, to cię wyprowadzę. — Dobrze — odrzekł królewicz, dał mu grosz jeden, a sobie zostawił jeszcze jeden. I szli obydwa przez las gęsty, przez krzaki i zarośla, przez parowy i pagórki, potoki i bagna. Jan cieszył się, że już z lasu wyjdzie, ale wtym zginął mu znowu dziadek z oczu i jego samego zostawił w lesie. Daremnie szukał go i wołał, błądził tylko, dziadka nie znalazł i z lasu nie mógł się wydobyć. Taki był zmęczony, że go już siły opadały, i głodny był bardzo. Śmierć czekała go niezawodna, więc aby już raz skończyć to smutne życie, chciał się koniecznie powiesić. Wynalazł dobre drzewo, wylazł na nie, pasek umocował na gałęzi i już się miał wieszać, gdy znowu z poza drzewa wysunął się stary siwy dziadek, z długą białą brodą. — Cóż ty robisz? zleź z drzewa zaraz! Królewicz zeszedł i opowiedział dziadkowi wszystkie swoje zmartwienia i to także, że się już spotkał z dwoma dziadkami, dwa grosze wydał, a z lasu jeszcze go nie wyprowadzili. — Masz jeszcze grosz jeden — rzekł dziadek — daj mi go, a ja cię z pewnością wyprowadzę z tego lasu. Ostatni grosz dał mu królewicz, i poszli. Szli długo jeszcze przez ten las zaroślami, potokami, parowami różnemi, wreszcie zaczął się las przerzedzać, i wyszli na otwarte pole. Przed oczyma rozciągały się dalekie i szerokie łąki i pola, tam dalej widać było wioskę, staw, a nad stawem jakiś zamek. Wtenczas staruszek odezwał się w te słowa: — Ja to byłem tym dziadkiem, który cię prowadził trzy razy i któremu dałeś wszystkie twoje trzy grosze. Tobie się zdaje, że idziemy niedługo, a szliśmy trzy lata. A teraz powiedz, czego chcesz. Za te trzy grosze dam ci trzy rzeczy, jakich tylko zapragniesz, żebyś był szczęśliwy. — A był to sam Pan Jezus. Na to królewicz: — Dajcie mi taki kapelusz z kartką, coby było na niej napisane: „Nie bój się Jan,” żebym się nikogo nie bał, skoro go włożę na głowę. Dajcie mi też taką strzelbę, coby była zaraz nabita, skoro tylko popatrzę do lufy, i z którejbym zawsze wszystko trafił i ubił, co będę chciał. I nakoniec dajcie mi taką torbę, któraby się ani nie spaliła, ani nie utonęła, ani nie zepsuła, a skorobym ją otworzył i powiedział: „Szust do torby!” żeby wszystko samo do niej wskoczyło, czegobym tylko zapragnął. Dziadek dał mu taki kapelusz, jakiego chciał, i strzelbę i torbę, a sam zniknął. Królewicz wdział kapelusz na głowę, strzelbę przewiesił przez jedno ramię, a torbę przez drugie i poszedł prosto do tamtego zamku, co go widać było zdaleka. Przed zamkiem był staw wielki, a na stawie pływało dzikich kaczek. Królewicz chciał się przekonać, czy dobrą ma strzelbę, zdjął ją z ramienia, popatrzał do lufy, wymierzył do kaczek i strzelił. Wszystkie kaczki odrazu padły. Strzelba była dobra. Chciał też wiedzieć, czy torba jest taką, jaką pragnął mieć, więc otworzył ją i zawołał: — Wszystkie kaczki szust do torby! — i wszystkie zabite kaczki jedna po drugiej wpadły do torby, którą królewicz zamknął, przewiesił przez ramię i szedł dalej do zamku. Wtenczas, kiedy królewicz strzelał do kaczek, stał król w oknie i patrzał na staw. Skoro zobaczył, że kaczki zabite, zdziwił się bardzo i zaniepokoił, bo to nie były zwykłe kaczki, ale dusze tych ludzi, którzy w jednej sali zamkowej nocowali, i którym djabli pourywali głowy. Posłał zaraz dwóch panów ze dworu, żeby się dowiedzieli, co to za jeden ten myśliwy. Panowie przyszli do królewicza i pytają się go: — Coś ty za jeden? — Ja jestem Nie bój się Jan — odpowiedział. — Więc się ty nikogo nie boisz? — Nikogo. Poszli i powiedzieli to królowi. Król się rozgniewał bardzo, że się mógł znaleźć taki, co się nikogo nie bał, i kazał tego człowieka przyprowadzić. Panowie dworscy znów poszli do królewicza i powiedzieli mu: — Chodź do zamku, bo król kazał, żebyś przyszedł; chce cię zobaczyć. — O, jednaka droga jemu do mnie, jak mnie do niego! — odpowiedział; — kiedy mnie chce zobaczyć, to niech tu sam przyjdzie. — To nie pójdziesz? — Nie pójdę, niech tu król przyjdzie. Gdy to król usłyszał, rozgniewał się strasznie, ale się trochę bał tego nieznajomego, więc się czymprędzej wybiera i w pośpiechu i złości wdziewa spodnie na ręce, a kaftan na nogi, i tak biegnie rozzłoszczony. — Coś ty za jeden? — krzyknął, gdy przybiegł do królewicza. — Nie bój się Jan. — To się nie boisz nikogo na świecie? — Nikogo. — Uwierzę dopiero wtedy, gdy potrafisz jedną noc u mnie przespać. — Dobrze — powiedział królewicz i poszli do zamku. Król dał mu zjeść dobrą wieczerzę, a potym kazał go do tego pokoju, do którego co noc przychodzili djabli i każdemu urywali głowę, kto tam spał. Królewicz zawiesił kapelusz, strzelbę i torbę na ścianie nad łóżkiem, a sam położył się spać. O północy zbudził go jakiś łoskot, a to djabli przylecieli i krzyczeli: — Wychodź, bo ci głowę urwiemy! Królewicz się ich nie przestraszył, ale się zapytał. — Czy już wszyscy jesteście? — Jeszcze brakuje jednego kulawego, który nie może prędko przyjść. — To poczekamy na niego; jak on przyjdzie, to wtedy wyjdę do was. Za chwilę przyszedł ostatni kulawy djabeł, a wtedy Nie bój się Jan zdjął torbę ze ściany, otworzył i krzyknął: — Wszyscy djabli szust do torby! I djabli jeden po drugim wpadli do torby. Wtedy zamknął torbę dobrze, powiesił na ścianie, a sam spać się położył. Na drugi dzień król myślał, że ten nieznajomy człowiek już nie żyje; posłał dwóch ludzi, aby ciało jego wynieśli i wrzucili do piwnicy pod zamkiem, jak poprzednich. Skoro drzwi do pokoju otworzyli, królewicz się zbudził i spytał się, czy król już wstał. Ci obydwaj ludzie tak się przelękli tym niespodziewanym przemówieniem człowieka, o którym myśleli, że nie żyje, iż nic nie odpowiedzieli, ale uciekli i przybiegli do króla opowiedzieć mu, co się stało. Król także niemało się bał człowieka, którego nawet djabli nie tykali, więc czymprędzej się zebrał i poszedł mu powiedzieć „dzień dobry,” zapytać się, czy nie potrzebuje czego. Nie bój się Jan kazał, żeby król zawołał wszystkich kowali z miechami, młotami i z kowadłami przed zamek na godzinę jedenastą. Król wydał zaraz taki rozkaz, i kowale poczęli się schodzić. Po śniadaniu, gdy się już zeszli kowale, kazał królewicz rozpalić na podwórzu wielkie ognisko, wrzucił do niego torbę z djabłami i kazał ją rozpalić aż do czerwoności. Potym rozpaloną torbę wzięli na kowadła i zaczęli bić wszyscy młotami z całej siły. Djabli jęczeli, piszczeli, krzyczeli w torbie, ale królewicz kazał bić dobrze, żeby się odechciało djabłom wracać kiedy do zamku. Gdy się już kowale pomęczyli, otworzył królewicz torbę i wypuścił z niej djabłów. Wylatywali stamtąd po kawałku: to noga, to ręka, to kadłub, a strasznie potłuczone wszystko. Król ucieszony, że zamek z djabłów oczyszczony, dał królewiczowi swoją córkę za żonę. Dobrze mu się wiodło, a po śmierci starego króla sam panował długie lata szczęśliwie. Żaden król go nie zaczepiał i wojny z nim nie prowadził, bo się go wszyscy bali. Gdy się już zestarzał i musiał umierać, kazał sobie włożyć do trumny kapelusz, strzelbę i torbę, i tak się pochować. Skoro umarł, poszedł prosto do bramy niebieskiej i puka. Św. Piotr pyta się: — Kto tam? — To ja, Nie bój się Jan. — Niema tu dla ciebie miejsca — rzekł Święty i bramy nie otworzył. Poszedł więc do czyśćca i puka. Tutaj także pytają się: — A kto tam? — To ja, Nie bój się Jan, proszę otworzyć. — Niema tu dla ciebie miejsca, idź dalej. Ha, cóż robić? Kiedy go nie chcieli puścić do nieba i do czyśćca, poszedł zatym do piekła i znowu puka. — Kto tam? — zapytał djabeł, strzegący bramy piekielnej. — To ja, Nie bój się Jan, otwórzcie! — krzyknął zgniewany już królewicz. Skoro to nazwisko djabeł usłyszał, przypomniał sobie ową nieszczęśliwą przygodę z tym człowiekiem, więc przestraszony zaczął wołać: — Wszyscy djabli chodźcie prędko podpierać bramę, żeby tu nie wszedł Nie bój się Jan. Więc djabli podparli bramę wszystkiemi siłami i nie wpuścili go do piekła. Co tu teraz robić? Niema się gdzie podziać. Trzeba jeszcze raz spróbować szczęścia. Poszedł więc znowu królewicz do nieba i pukał, ale św. Piotr znowu go nie puścił. Poszedł do czyśćca, tu go też nie przyjęli; poszedł wreszcie do piekła, ale na samo wspomnienie jego nazwiska, djabli o niczym nie chcieli słyszeć i bramę mocno podparli. Więc po trzeci raz wrócił się Jan do bramy niebieskiej i pukał. Wtedy zapytał się Pan Jezus: — Kto to dobija się ciągle do bramy? — To Nie bój się Jan — odpowiedział św. Piotr. — A, puśćże go już, puść! — kazał Pan Jezus...

III. W piekle na służbie.

aleko za miastem stała prochownia, której wartowali żołnierze dniem i nocą. Ale wielkie było nieszczęście, bo każdy żołnierz, który szedł na nocną wartę, nie wracał już z niej nigdy; coś go zawsze porywało. To też żołnierze żegnali się ze swojemi krewnemi i znajomemi, gdy przychodziła kolej na nich stać w nocy na warcie przy prochowni, polecali się Bogu i szli jak na śmierć pewną. Jednego dnia przyszła kolej na żołnierza Kubę, co go wszyscy lubili, bo był dobry chłopak. Tak on pożegnał się ze wszystkiemi i kazał na drugi dzień napisać do swojej rodziny, skoro z warty nie wróci, a gdy nadszedł wieczór, poszedł wartować. Myślał sobie: — Może ja się tu nie dam, mam przecie karabin, to będę strzelał, będę się bronił. Do północy było cicho i spokojnie, ale gdy przyszła północ, spostrzegł, że coś czarnego zbliża się do niego. Więc pyta głośno: — Kto tam? Nikt się nie odzywa, ale coś czarnego ciągle się zbliża. Pyta się drugi raz i trzeci, wreszcie strzelił, ale przy blasku tym zobaczył przed sobą djabła. Żołnierz przestraszył się bardzo, rzucił karabin na ziemię i chciał uciekać. Djabeł przytrzymał go i powiedział, że mu nic nie zrobi, jeżeli pójdzie do piekła na służbę na rok i sześć niedziel. Kuba nie widział żadnej innej rady, więc się zgodził i poszli. Na drugi dzień znaleźli żołnierze przy prochowni karabin i czapkę, ale Kuby nie było nigdzie, więc myśleli, że go coś porwało, jak innych, i napisali o tym do jego domu i żałowali go bardzo. Tymczasem Kuba musiał w piekle ciężko pracować, bo musiał palić pod kotłami, w których się dusze w smole smażyły, albo też mieszać w tych kotłach. Że jednak był pracowity, spokojny i starszego słuchał, jakoś przecierpiał tę służbę w piekle, a nawet zyskał sobie przychylność tego djabła, któremu był do pomocy. Gdy się już kończył rok i sześć niedziel, tak ten djabeł powiedział Kubie: — Pamiętaj, jak cię będzie pytał Lucyper, czego chcesz za tę służbę, żebyś nic nie brał, tylko stary, ladacy płaszcz i starą torbę, co będzie tam wisieć w kącie. Jak to weźmiesz, to już będziesz miał wszystko. Skoro się już Kubie skończyła służba w piekle, kazał go zawołać Lucyper do siebie i spytał, jakiej nagrody żąda za cały czas pracy. Wiedział on już, co ma powiedzieć, to też się odezwał: — Iii! cóżbym ja tam miał chcieć? mnie nic nie potrzebne; jak wyjdę na świat, będę chodził jako dziad po żebrach, to mi dajcie ten stary płaszcz, co tam wisi w kącie, i tę torbę wytartą. — Co ci po tym? — mówi Lucyper: — to stare i ladace, ja ci dam dziesięć nowych płaszczów, jak zechcesz, albo ci dam tyle pieniędzy, że sobie kupisz na świecie cokolwiek tylko zapragniesz. — Nie pragnę ja niczego i nie mam co z pieniędzmi na świecie robić, bo mnie tam mają za umarłego, to prawie dla mnie taki płaszcz dziurawy i torba bylejaka. I tak się przytym uparł, że dostał, czego chciał. Wtedy djabeł, jego pomocnik, powiedział mu przy pożegnaniu: — Wiesz ty, co masz? Ten płaszcz jest taki, że jak się nim owiniesz, to cię ludzkie oko nie zobaczy, a jak go rozłożysz nad ramionami, niby skrzydła, to będziesz leciał powietrzem szybcej, niż ptak. A torba jest taka, że włożysz do niej cokolwiek zechcesz, a nie powiększy się, ani nie zacięży. Wypuszczony Kuba z piekła poszedł w świat, dokąd go oczy poniosły. Idzie tak, idzie, aż zaszedł do jednego wielkiego miasta i wstąpił do karczmy. Było tam ludzi sporo i gadali to o tym, to o owym, a najwięcej o strapieniu swojego króla. Miał ten król trzy córki bardzo ładne, ale cóż z tego, kiedy codziennie musiał im ojciec sprawiać po sześćdziesiąt par bucików, a co noc znikały gdzieś, pomimo silnej warty, i wracały dopiero nad ranem. Król ogłaszał wielką nagrodę dla tego, któryby przez noc jedną tylko córek upilnował, albo doniósł mu, gdzie się podziewają, ale nikt tego nie potrafił. Nareszcie obiecał król dać takiemu jedną córkę za żonę i pół królestwa, ale też zagroził, że ktoby się o to chciał pokusić, a nie da rady, przypłaci głową. Zgłosiło się kilku odważnych rycerzy, ale żaden nie upilnował córek królewskich i stracił głowę. Jak tego wszystkiego Kuba wysłuchał, zebrał się zaraz, poszedł do królewskiego zamku i chciał, żeby go puścili do króla, bo on się dowie, gdzie panny wychodzą co noc. Ledwie że go do króla dopuścili, taki był niepokaźny, a nawet jeszcze nie umyty, jak z piekła wyszedł. Skoro powiedział, że się podejmuje dopilnować królewien, tak król kazał zawołać córki, żeby mu je pokazać, żeby wiedział kogo ma doglądać. Przyszły panny, a jedna była ładniejsza od drugiej, tylko bardzo z drwinkami patrzały na Kubę, gdy im ojciec powiedział, że tej nocy on ich będzie pilnował. Na noc miał spać Kuba w przedpokoju sypialni królewien, a przede drzwiami i przed oknem stał żołnierz na warcie. Położył się Kuba i udawał, że śpi, a czekał, co to będzie. Około północy otwarły się drzwi sypialni, i wszystkie trzy królewny wyszły ładnie ubrane, zbliżyły się do Kuby i chciały się przekonać, czy śpi: to go szczypały, to kłuły szpilkami, ale on nie drgnął nawet, tak niby spał twardo. Wtedy każda królewna pokazała palcem po gardle, jak on to jutro będzie ścięty, i cichutko jedna po drugiej wyleciały dziurką od klucza przez drzwi. Wtedy zerwał się Kuba, zarzucił na siebie torbę i płaszcz i skoczył za królewnami. Na polu zobaczył, że wzniosły się w powietrze i leciały górą jak ptaki. On też rozwinął płaszcz nad sobą i leciał powietrzem za niemi. Lecą i lecą, aż tu słyszy Kuba jakiś dziwny szum pod sobą. Patrzy, a to las miedziany tak szumi. Ułamał gałązkę z drzewa i włożył do torby. Lecieli dalej znowu ponad lasem srebrnym, z którego ułamał Kuba także gałązkę i schował do torby. Nareszcie lecieli ponad złotym lasem, a Kuba wziął też złotą gałązkę. W środku tego lasu spuściły się królewny przed wielki dwór jasno oświecony, a Kuba za niemi. Przed tym dworem czekało na panny trzech młodych panów. Przywitali się ładnie i weszli do środka. Kuba zawinął się w płaszcz i wszedł także. Były tam bardzo piękne pokoje, a że muzyka grała, poszli we trzy pary tańczyć. Kuba zdziwił się bardzo, bo ten pokój, gdzie mieli tańczyć, był wyłożony brzytwami i nożami, to też skoro która panna raz w kółko zatańczyła, podeszwy u trzewików były posiekane, trzeba je było rzucić w kąt, a brać inne na nogi. W ten sposób zdarła każda w jeden wieczór po sześćdziesiąt par, i ojciec musiał sprawiać nowe. Ale co która rzuciła trzewiki w kąt, brał je Kuba i pchał do torby. Po tańcach poszli jeść, a Kuba ukrył się niewidziany pod stołem. W czasie uczty wypadła jednej królewnie łyżka na ziemię, drugiej znowu nóż, a trzeciej widelec. Kuba pochował je do torby. Wreszcie umówili się, że przylecą tu znowu na drugi nów, że wtedy będzie wesele, i że nie powrócą już do do domu. Królewny przytym opowiadały, że ich jakiś głupi człowiek pilnuje, a tymczasem śpi dobrze, i jutro każe mu król ściąć głowę. Wszyscy śmieli się z tego, a nie wiedzieli, że Kuba znowu śmiał się z nich wszystkich, bo nie był taki głupi, jak się im zdawało. Gdy się już zabierali do powrotu, wyszedł Kuba naprzód, znowu tą samą drogą przyleciał do domu, położył się do łóżka i udawał, że śpi. Za chwilkę wleciały dziurką od klucza wszystkie trzy królewny, przeszły koło niego cicho na palcach, pokazując na migi, że jutro zetnie mu kat głowę. Na drugi dzień rano zawołał król do siebie Kubę i córki i spytał się go, czy wie, gdzie były i co robiły. Królewny z drwinkami patrzały na niego i były ciekawe, co powie. Więc Kuba zaczął opowiadać, jak o północy wyszły królewny ze pokoju wystrojone, jak chciały się przekonać, czy śpi, i szczypały i kłuły go szpilkami, jak potym wyleciały na pole dziurką od klucza i leciały powietrzem, a on za niemi. Opowiadał, jak leciały ponad miedziany las, srebrny i złoty, i na dowód wyjął z torby i podał królowi gałązkę miedzianą, srebrną i złotą, jak spuściły się przed dwór w lesie, gdzie ich wyczekiwali kawalery, jak tańczyli, i jak trzewiki darły, i wysypał przed królem wszystkie trzewiki jego córek z posiekanemi podeszwami. Mówił, że potym była uczta, i wyjął z torby srebrną łyżkę, nóż i widelec, a na każdym było wypisane imię królewny. Nakoniec powiedział i to, że na najbliższym nowiu ma być wesele, i panny nie miały już do domu powrócić. Opowiadanie swoje zakończył tym, że ci trzej kawalerowie to są którzy na nowiu chcą porwać królewny do piekła, dlatego ostrzega je przed tym, aby znajomości swoje pozrywały. Z początku śmiały się królewny z Kuby, potym zaczęły się gniewać na niego i zaprzeczać wszystkiemu, wreszcie skoro całą historję opowiedział, rozpłakały się i przyrzekły ojcu, że skoro już wie o wszystkim, one nie mogą więcej odbywać tych nocnych wycieczek. Król zdumiony słuchał tego opowiadania, a gdy Kuba skończył, zawołał: — Dziękuję ci za to, żeś mi uratował córki, odtąd będziesz wspólnie ze mną rządził krajem i córkę jedną dam ci za żonę, powiedz tylko której chcesz. Kuba wybrał najmłodszą, bo ta była jeszcze najlepszą. Wkrótce odbyło się wesele, na którym jedli i pili, aż po brodzie kapało, a w gębie nic nie pozostało.

IV. Trzy rady.

Szedł sobie biedny rzeźnik na jarmark, aby coś zarobić, a chociaż nic nie posiadał oprócz noża rzeźniczego za cholewą u buta, śpiewał i gwizdał wesoło. Do miasteczka było dosyć daleko, a na drodze był las wielki i rzeka. Uszedł już ze dwie mile drogi, gdy przed wieczorem ruszył się wiatr i wkrótce wzmógł się w taką zawieruchę, że trudno było utrzymać się na nogach. Nim noc zapadnie, chciał rzeźnik przejść przez las, więc mocował się z wiatrem blizko dwie godziny, a pomimo tego nie mógł dojść nawet do lasu. Gniewał się i przeklinał ten wiatr niepotrzebny, a że to nic nie pomagało, wyciągnął w złości nóż z za cholewy i cisnął go w stronę wiatru. Nagle jakoś zaraz uciszyło się, a rzeźnik ucieszony tą zmianą, wszedł szybko w las, aby go jeszcze przebyć przed nocą. Tymczasem ściemniało się ciągle, rzeźnik zmylił drogę i zabłąkał się w lesie. Przeraziła go sama myśl, że tu będzie musiał nocować: bał się rozbójników, dzikich zwierząt, a najbardziej strachów. Wytężył wszystkie siły i szedł na chybił trafił, spodziewając się, iż przecie wybrnie z lasu i wyjdzie na świat boży. Wtym zobaczył w oddali migocące światełko, więc w tamtą stronę skierował swe kroki, nie zważając, że musiał się przedzierać przez zarośla, że brnął po błocie, wpadał w to znowu utykał na pniakach i korzeniach drzew. Wreszcie strudzony doszedł do domku, w którym światełko migotało, i cieszył się, że tu prześpi, a na drugi dzień pójdzie w dalszą drogę. Gdy wszedł do izby, zobaczył starą kobietę, która zdziwiona jego przybyciem i prośbą o nocleg, powiedziała, że chętnieby go przenocowała, ale boi się syna, bo jak ten wróci do domu, to go zabije. — To wasz syn jest rozbójnikiem? — zapytał strwożony rzeźnik. — Nie jest rozbójnikiem — rzekła stara: — to Wiatr, który przestał już dąć i wnet przyjdzie do domu. — Gdzież ja się podzieję teraz w nocy? na dworze ciemno, choć oko wykól; zabłądzę, bo nie znam drogi. Może mnie tu gdzie w kąciku ukryjecie, a jutro, ino świt, pójdę w dalszą drogę. Baba ulitowała się, popatrzała dokoła po izbie i kazała mu wleźć za piec, położyć się i leżeć tam cicho, a potym przykryła go korytem. Ledwie to skończyła, wszedł Wiatr, chłop wysoki i silny, ze złością rzucił nóż rzeźnika na stół i krzyknął: — Co to za szelmy ci ludzie! Gdym dął najsilniej, anim się spostrzegł, jak rzucił ktoś nożem i skaleczył mię w nogę! Dałbym ja mu, gdybym go złapał! Ale znikł, jak kamfora! Potym usiadł na ławie i obwijał ranę na nodze chustką. Rzeźnik przerażony drżał za piecem ze strachu i modlił się do Pana Boga, prosząc o ratunek. Za chwilę zawołał Wiatr: — Powiedz mi, matko, kto tu jest? czuję: ludzka dusza śmierdzi. — Niema nikogo — mówiła kobieta; — któżby tu był? — Musi tu ktoś być, czuję ludzką duszę. Nie zapieraj, matko, nie zrobię nikomu nic złego. — Przysięgnij, że nie zrobisz nikomu nic złego, chociażby nawet był tu kto. Gdy Wiatr przysiągł, poszła kobieta za piec i szepnęła rzeźnikowi: — Upadnij mu do nóg i proś o nocleg; powiedz, żeś zabłądził. Rzeźnik wyszedł z ukrycia, upadł Wiatrowi do nóg i prosił o nocleg. Ta pokora spodobała się Wiatrowi, udobruchał się i powiedział: — Wstań i nie bój się; skoro przysiągłem, to przysięgi dotrzymam i nic ci nie zrobię; siadaj do wieczerzy i jedz ze mną. Rzeźnik usiadł i jadł, a gdy zjedli, długo jeszcze w noc gawędzili, nim posnęli: rzeźnik opowiadał o swojej biedzie, a Wiatr o swoich przygodach. Nazajutrz po śniadaniu pokazał Wiatr rzeźnikowi drogę i darował mu jeszcze trzy dukaty. Szedł uradowany rzeźnik, że wybrnął cało z biedy, a w dodatku dostał jeszcze pieniądze, i rozmyślał, co sobie za nie kupi na jarmarku. Do miasteczka było już niedaleko, ale droga prowadziła jeszcze przez las. Idzie i idzie, aż tu raptem spostrzegł, że się coś migło za drzewami, przygląda się lepiej i zobaczył biedną, wynędzniałą kobietę, okrytą łachmanami, która szła do niego. Wyciągnęła wyschłą rękę i prosiła: — Daj mi jednego dukata, a powiem ci coś bardzo ważnego. — Coś ty za jedna? — zapytał wylękniony rzeźnik. — Ja jestem Bieda, siostra Wiatra. Ale mój brat taki skąpy, że mi nic nie chce dać, a ja biedna wyschłam już jak szkielet, bo nie mam co jeść. Daj mi dukata, to ci powiem bardzo wielki sekret. Rzeźnik ciekawy był, co mu też Bieda powie, i dał jej jednego dukata. A Bieda za to powiedziała mu: — Skoro idziesz drogą, to nie chodź nigdy brzegiem gościńca, tylko środkiem, choćby ci przyszło iść nawet po kolana w błocie! — i znikła. Rzeźnik żałował darowanego dukata, bo rada wydawała mu się bardzo głupią, skoro miał iść wyjeżdżonym środkiem drogi, po największym błocie, niszczyć buty i męczyć się, kiedy brzegami były wydeptane suche ścieżki. Ale przepadło: nie mógł przewidzieć, że grosz zmarnuje. Idzie dalej i dalej rozmyśla sobie o swoich interesach na jarmarku i o spodziewanym zarobku. Wtym znowu coś mignęło przed nim wśród lasu, i znowu zastąpiła mu drogę ta sama wynędzniała Bieda, wyciągnęła rękę i prosiła o jednego dukata. — Nic nie dam! — krzyknął rzeźnik: — oszukałaś mię pierwej, miałaś mi powiedzieć coś ważnego, a kazałaś mi chodzić po największym błocie. — Warta była dukata tamta moja rada i zobaczysz, że ci się przyda. A teraz powiem ci jeszcze lepszą radę, tylko daj dukata. Rzeźnik pomyślał sobie, że może teraz powie mu coś takiego, co się opłaci wiedzieć i starczyć będzie za obydwa dukaty, więc dał drugiego, a Bieda rzekła: — Gdy masz co kupować na jarmarku, to kupuj zaraz zrana i nie czekaj większego targu. Potym znikła. Rzeźnik żałował znowu drugiego dukata, bo rada była niepraktyczna, gdyż zwykle wszystko bywa droższe na jarmarku zrana, gdy jeszcze mało zebrało się sprzedających, niż później. Idzie więc dalej i wyrzuca sobie, że nie umie grosza szanować, i postanawia przynajmniej trzeciego dukata użyć na dobre, a może się czegoś dorobi. Ale znowu zamigotało coś między drzewami, i stanęła przed nim po raz trzeci ta sama sucha, koścista Bieda z prośbą o dukata. Rzeźnik, bardzo rozgniewany, powiedział, że nie da trzeciego dukata, ale Bieda nie odstępowała go na krok, szła za nim i ciągle prosiła, a obiecywała, że powie mu rzecz bardzo ważną, i że z pewnością tych trzech dukatów nie pożałuje. Więc rzeźnik dał jej wkońcu nawet tego ostatniego dukata i za to usłyszał: — Skoro wszystko pokupujesz na jarmarku, coś miał kupować, nie zatrzymuj się nigdzie, ale natychmiast wracaj do domu. Bieda znikła, a rzeźnik wyszedł z lasu na otwarte pole. Dawniejsza wesołość odleciała go, bo mu było żal pieniędzy, które zmarnował. Wreszcie pomyślał sobie: „Trzeba spróbować, może to dobre rady, przecież próba nic nie kosztuje.” Zdjął buty, podwinął spodnie wysoko i wlazł w błoto na środek drogi i środkiem szedł dalej. Do miasteczka już było niedaleko. Zaledwie uszedł kilkaset kroków, utknął na czemś, co zdawało się nie być kamieniem. Schylił się, podniósł i zobaczył, że był to spory woreczek, naładowany i ciężki. Poszedł do rzeki, która przepływała napoprzek drogę, woreczek opłukał z błota, otworzył i spostrzegł uradowany, że był pełen dukatów. Przerachował, a było ich sporo. Wsypał je do jednego buta, a woreczek pozostały rzucił na wodę i poszedł dalej. Przez drogę myślał sobie, że skoro jedna rada Biedy była dobra, trzeba i drugich słuchać. Skoro przyszedł do miasta, odpoczął trochę i pokrzepił się, nie czekając większego jarmarku, zaczął zaraz kupować owce i woły i nakupił ich sporo i wcale nie drogo. Później przybyło na jarmark dużo kupców, a że towaru było mało, więc ceny poszły w górę, i rzeźnik zrobił znowu dobry interes, że posłuchał drugiej rady, i nie żałował dukatów, które dał Biedzie. Nie czekając nawet południa, popędził rzeźnik swój dobytek do domu, bo chciał skorzystać jeszcze z trzeciej rady i nie zabawiać się bez potrzeby w mieście, lecz śpieszyć z powrotem. Szedł wesoło, licząc swoje bydełko, przeprawił się szczęśliwie przez rzekę, przeszedł za dnia przez las i dopiero niedaleko domu złapała go porządna ulewa. Ponieważ jednak była karczma przy drodze, tam przeczekał, aż deszcz przejdzie, i dostał się jeszcze przed nocą do domu. Później dowiedział się, że ulewa zaskoczyła ludzi na jarmarku, że rzeka wezbrała, i dlatego część ludzi musiała zostać na noc w mieście, a tym, którzy koniecznie chcieli przejechać rzekę, porozdzierała woda wozy, potopiła konie, zabrała wszystko, a tylko cudem uszli sami z życiem. To też miał się czego rzeźnik cieszyć, bo wszystkie trzy rady wyszły mu na pożytek. Jednakże ludzie, widząc, że nagle przyszedł do pieniędzy, podejrzewali go, czy kogo nie zabił i nie zrabował, i donieśli o tym do sądu. Ale skoro rzeźnik opowiedział wszystko, jak się stało, wypuścili go na wolność. Żył potym szczęśliwie i długo, i dobrze mu się powodziło.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…