Read here

Historja i stan obecny języka międzynarodowego esperanto

Adam Zakrzewski · 1906 · Free in the US

19,349 words · about 1 h 21 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1906 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Historja_i_stan_obecny_języka_międzynarodowego_esperanto&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Adam Zakrzewski
Language
Polish
Published
1906
Length
19,349 words · about 1 h 21 min
Sections
6 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (6)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 41 min
  3. Wstęp about 4 min
  4. I about 13 min
  5. II about 11 min
  6. III about 13 min

Continue:

Front matter

KSIĄŻKI DLA WSZYSTKICH

JĘZYKA MIĘDZYNARODOWEGO

ESPERANTO

całość

KSIĄŻKI DLA WSZYSTKICH

JĘZYKA MIĘDZYNARODOWEGO

ESPERANTO

napisał

A. Zakrzewski

WARSZAWA.

NAKŁADEM I DRUKIEM M. ARCTA

1906

Дозволено Цензурою. Варшава, 14 Марта 1906 года.

Myśl o potrzebie i możliwości utworzenia sztucznego języka międzynarodowego, umożliwiającego stosunki pomiędzy ludźmi różnych narodowości, od trzech już prawie wieków zajmowała najwybitniejsze umysły ludzkości. Historycy tej sprawy wymieniają już pod datą 1617 roku Hermana Hugo, jako autora pierwszych prób w tym kierunku. Pierwszym jednak, który nakreślił naukowe zasady logicznej gramatyki języka oraz jego słownika, był słynny Kartezjusz w r. 1629. Nieco później wielki Leibnitz, jakkolwiek przedmiotowi temu nie poświęcił żadnej pracy specjalnej, często jednak w swych pismach wskazywał konieczność utworzenia języka sztucznego dla stosunków . Odtąd też rośnie coraz bardziej zastęp uczonych, poszukujących lub wskazujących potrzebę i konieczność rozwiązania tego zadania, że tu wymienimy tylko najgłośniejszych, jak Bacon, Pascal, Locke, d‘Alembert, Wolter, — który rozmaitość języków poczytywał za jedną z największych plag rodzaju ludzkiego, — dalej: Montesquieu, Diderot, Condorcet, Kant, Volney, Ampère, biskup Wilkins, najsławniejszy lingwista Mezzofanti, sławny egiptolog Laut, August Comte, Proudhon, Girardin, Littrè, Renan, Max Müller — największy językoznawca XIX wieku, Reclus, Tołstoj i t. d. Znamy też dotąd około 200 projektów, wśród których jest 30 wykończonych i całkowicie opracowanych języków sztucznych. Rozpatrywać ich tu jednak nawet pobieżnie nie możemy, zaznaczając tylko, że nie największem uznaniem i rozpowszechnieniem cieszy się język zwany Esperanto, autorem którego jest warszawianin dr. Ludwik Zamenhof i którego i zasady tu pokrótce skreślimy.

Jakkolwiek książeczka ta znajdzie się zapewne przeważnie w rękach osób, którzy potrzebę języka międzynarodowego odczuwają i o możliwości utworzenia jego nie wątpią, chcemy jednak rozpatrzeć w tem miejscu zarzut, z którym sprawa ta spotyka się u nas najczęściej. Przedewszystkiem stwierdzić i ustalić należy fakt, że utworzenie języka międzynarodowego w niczem ujmy językom narodowym uczynić nie może, gdyż nie było to zamiarem ani żadnego z autorów przeróżnych projektów, ani ich licznych zwolenników. Język ten służyć ma jedynie i wyłącznie dla stosunków pomiędzy ludźmi różnej narodowości; dla każdego więc pozostanie zawsze językiem «obcym» w tym samym stopniu, w jakim obcemi są wszelkie wogóle języki cudzoziemskie. Jeżeli więc nauka łaciny lub języka francuskiego nie sprzeciwia się naszym uczuciom narodowym, to zrozumieć trudno, dlaczego niechęć do języka międzynarodowego z tego właśnie najczęściej źródła pochodzi. Zdaniem wielu język międzynarodowy wyrzecby się nawet powinien wszelkich pretensji literackich. L. Bollack w pięknej pracy, poświęconej temu przedmiotowi, powiada, że „wystarczy najzupełniej jeśli w języku pomocniczym potrafimy przetłómaczyć z całą dokładnością gieometrję Euklidesa i numer Times’a, — które to pismo, jak wiadomo, nie zamieszcza feljetonów ani powieści…” Słowem, tłómaczenia dzieł naukowych, korespondencja handlowa, prywatna i wszelkie wogóle porozumiewanie się ustne w tych wszystkich wypadkach, w których dziś uciekać się trzeba do tłómaczeń lub tłómaczów — oto właściwa dziedzina takiego języka. Zarówno więc uczony, pragnący utrzymać się na poziomie wiedzy współczesnej, który dzisiaj kilka co najmniej języków posiadać musi, — jak naprzykład, rzemieślnik nasz, udający się do Niemiec, Francji lub Anglji, dla udoskonalenia się w swym fachu, jak wreszcie służba kolejowa, hotelarze, restauratorzy i t. d., mający nawet u siebie ciągle do czynienia z cudzoziemcami — ze znajomości takiego języka korzyść odniosą. Jeżeli zaś czemu ujma ztąd stać się może, — to chyba tylko językom cudzoziemskim, gdyż język międzynarodowy usunie w znacznej mierze potrzebę uczenia się ich, otwierając natomiast możność porozumiewania się ustnego i piśmiennego z całym światem tym wszystkim, którzy obecnie ani czasu ani środków na naukę języków obcych nie posiadają. Tak rozumiany zakres i zadania języka międzynarodowego usuwają wszelkie wspomniane wyżej obawy.

Pogląd powyższy podzielają również ci nawet zpośród esperantystów, którzy pragnęliby, ażeby z dziedziny języka międzynarodowego nie wykluczano literatury pięknej ani poezji i by mu otworzono podwoje sztuki scenicznej. „Język międzynarodowy — pisze L. de Beaufront — jest przeznaczony dla ludzi cywilizowanych: musi więc rozporządzać całem bogactwem zasobów języków naszych: będzie on do niczego, jeśli nie będzie do wszystkiego”. I liczne już fakty dowodzą, że język Esperanto do tej roli okazuje się najzupełniej podatnym. „Ci, którzy czytali Bajrona w oryginale angielskim i w przekładach rosyjskim i esperanckim, — pisze prof. Szczawiński, — mogli się przekonać, iż przekład esperancki różni się tak mało od oryginału, że zastąpić go może w zupełności dla czytelnika rosyjskiego, podczas gdy przekład rosyjski jest bardzo od oryginału dalekim. Warto nauczyć się języka Esperanto nawet jedynie po to, by módz poznać ten świetny utwór wszechświatowego genjusza poezji w tak udatnem tłómaczeniu, jakiem jest przekład esperancki.” Charakterystycznym w tym względzie przykładem jest nawrócenie się wielkiego przeciwnika Esperanta i wszelkich wogóle języków międzynarodowych, profesora londyńskiego A. Smitha, który przekonany wbrew woli o możliwości mówienia po esperancku, — gdyż w jego obecności rozmawiano w tym języku całemi godzinami, — dowodził jednak niemożliwości zastosowania go w dziedzinie literackiej. Brak idjotyzmów, któremi przepełnione są nasze języki, uważał on jako przeszkodę do przekładów arcydzieł literatury europejskiej na język Esperanto. Dostarczono mu wtedy przekład „Hamleta” d-ra Zamenhofa i sumienny profesor rozpoczął drobiazgowe porównywanie z oryginałem zdania po zdaniu, frazesu po frazesie. Był on przekonany, iż wykryje kopalnię błędów i niedokładności. Lecz po przeczytaniu z równą sumiennością wyznał otwarcie, że przekład esperancki był nietylko ściśle dokładnym, lecz odtwarzał z niesłychaną subtelnością wielkie odcienia tekstu . Nie zadawalniając się tem pierwszem doświadczeniem, prof. Smith porównał przekłady arcydzieła Szekspira na różne inne języki europejskie i po dokładnem zbadaniu pierwszeństwo ponad wszystkiem przyznał przekładowi esperanckiemu. Nadejść więc może chwila, kiedy utwory autorów obcych poznawać będziemy przy pomocy języka międzynarodowego, a każdy piszący starać się będzie, by dzieło jego drogą przekładu na język międzynarodowy stało się dostępnem dla całej różnojęzycznej wszechludzkiej rzeszy czytelników. Zanim to jednak nastąpi, język międzynarodowy oddać już może usługi nieocenione w tym skromniejszym zakresie praktycznym, o którym wspominaliśmy wyżej.

I. Dr. Zamenhof i pierwsze broszury.

W 1887 ukazała się w Warszawie broszurka niewielka, nosząca tytuł: „Dr. Esperanto. Język międzynarodowy, przedmowa i podręcznik kompletny. Por Poloj”. Pod tym skromnym pseudonimem ukrywał się młody lekarz warszawski Ludwik Łazarz Zamenhof. Urodzony w Białymstoku dnia 15 grudnia 1859 r., spędził on dzieciństwo swoje i rozpoczął nauki szkolne w tem różnojęzycznem mieście, które, jak wiemy, posiada ludność niezmiernie różnolitą pod względem narodowościowym: obok polskiej ludności rdzennej znaczną tu jest liczba przybyszów: Niemców, Żydów i t. d., których przyciągnął zdawna rozwinięty w mieście i okolicy przemysł tkacki. Patrząc na częste nieporozumienia i antagonizm tych pierwiastków różnolitych, młody idealista uwierzył, że jednym ze środków usunięcia waśni i złagodzenia stosunków pomiędzy niemi mogłoby być poprostu danie im możności porozumienia się ze sobą w języku neutralnym, nie obrażającym uczuć niczyich. To też dzieckiem niemal jeszcze pracować już zaczął gorliwie nad urzeczywistnieniem tej myśli, nie wiedząc wcale, czy ktokolwiek o czem podobnem kiedy marzył. W pracy nad umiłowanem przez siebie zadaniem młody Zamenhof przeszedł bezwiednie przez te wszystkie fazy, które w dziejach języka kolejno po sobie następowały. Zacząwszy od projektu wskrzeszenia łaciny, próbował następnie utworzyć język aprioryczny filozoficzny, przez nadawanie literom pewnego znaczenia i układanie z nich odpowiednich wyrazów. Wkrótce jednak przeświadczenie o trudności nauki takiego języka doprowadziło go do uznania zasady międzynarodowości pierwiastków słownych, t. j. do posiłkowania się w tworzeniu słownika pierwiastkami, zaczerpniętemi z języków żyjących współczesnych. Pierwszym tego rodzaju projektem Zamenhofa był język oparty na słownictwie germańsko-łacińskiem i opracowany przez niego w roku 1878. Autor był podówczas uczniem II-go gimnazjum w Warszawie, dokąd się przeniósł z IV klasy gimnazjum białostockiego. W Warszawie też dnia 17 grudnia tegoż roku grono młodzieży obchodziło uroczyście narodzenie nowego języka, mającego zjednoczyć ludzkość w braterskiem pojednaniu i nazwanego przez autora „Lingwe uniwersala,” a który był już prototypem późniejszego „Esperanto.” Przez cały czas studjów uniwersyteckich, najprzód w Moskwie, a następnie w Warszawie, gdzie Zamenhof uzyskał stopień lekarza w roku 1885, pracował on ciągle i wytrwale nad kwestją, stanowiącą główną treść jego życia, i po długich i gruntownych przygotowaniach zdawało mu się, że rezultaty swoje już ogłosić może. Dwuletnie poszukiwania wydawcy opóźniły jednak ogłoszenie ich drukiem do roku 1887. W tej pierwszej broszurze, której tytuł podaliśmy wyżej, wyłożone zostały zasady teoretyczne nowego języka, metody, któremi autor posługiwał się przy jego opracowaniu, Podręcznik kompletny języka międzynarodowego, t. j. jego gramatyka i składnia, wreszcie pierwsze esperantystyczne teksty: Ojcze nasz, przekłady z Biblii, wzory listów, wiersze oryginalne d-ra Zamenhofa („Mia penso” i „Ho, mia kor!”), tłómaczenia z Heinego i słownik zawierający 920 wyrazów: pierwiastków i terminów gramatycznych. Książeczka ta zawiera więc całkowity już prawie wykład teorji, która dziś, po kilkunastu zaledwie latach, posiada licznych i gorliwych wyznawców we wszystkich krajach i wśród najpoważniejszych przedstawicieli wiedzy w głównych ogniskach ruchu intelektualnego ludzkości. Dokładnie zatem poznać ją musimy. Po krótkiej przedmowie, w której dr. Zamenhof uzasadnia potrzebę utworzenia języka międzynarodowego, stawia on trzy zagadnienia, we właściwem rozwiązaniu których upatruje rozwiązanie samej kwestji. Potrzeba mianowicie: 1) stworzyć język nadzwyczaj łatwy, tak, by nauka jego była igraszką i 2) aby każdy, kto się go nauczy, mógł natychmiast zeń korzystać dla porozumienia się z ludźmi rozmaitych narodowości, bez względu na to, czy język będzie uznany przez świat cały i czy znajdzie wielu adeptów, — by więc stał się odrazu rzeczywistym środkiem do stosunków międzynarodowych; 3) znaleźć środek przezwyciężenia obojętności świata i go do prędkiego i masowego używania tego języka, jako żywego. Zaznaczywszy następnie, że dotychczasowe projekty języków międzynarodowych, rozwiązywały najwyżej jedno tylko z zadań powyższych, a i to tylko częściowo — dr. Zamenhof przechodzi do wykazania metod i sposobów, któremi posługiwał się w swoich pracach i których ocenę krytyczną przedstawia pod sąd czytelników. Zadanie pierwsze autor wykonał w sposób następujący: a) uprościł do najwyższego stopnia gramatykę w duchu języków żyjących nowożytnych, tak, że zdaniem jego, można się jej nauczyć w ciągu jednej godziny; b) ustalił prawidła urabiania wyrazów pochodnych przez przyrostki, przybranki i końcówki, przez co zmniejszył ogromnie liczbę pierwiastków, których uczyć się trzeba. Jeżeli, naprzykład znajdujemy w słowniku pierwiastek fin — kończyć, to znając końcówki gramatyczne: o — rzeczownikową, a — przymiotnikową, i — , e — przysłówkową, — wyprowadzimy już sami: fino — koniec, fina — końcowy, fini — kończyć, fine — nakoniec; od vid — widzieć, mamy: vido — widok, vida — widoczny, vidi — widzieć, vide — widocznie i t. d. Przystawka mal — oznacza przeciwieństwo: bona — dobry, malbona — zły; mola — miękki, malmola — twardy; varma — ciepły, malvarma — zimny; supre — na górze, malsupre — na dole; ami — kochać, malami — nienawidzieć; estimi — szanować, malestimi — pogardzać i t. d. Końcówka il oznacza narzędzie, a więc kudri — szyć, kudrilo — igła; kombi — czesać, kombilo — grzebień; plugi — orać, plugilo — pług; razi — golić, razilo — brzytwa i t. d. Przystawek (afiksów lub sufiksów) podobnych, z których każda uwalnia nas od potrzeby uczenia się całego szeregu wyrazów, jest 32. c) wprowadził do języka cały szereg wyrazów, t. zw. „cudzoziemskich”, które dziś już istnieją w tej samej formie tematowej we wszystkich językach europejskich i powszechnie są znane, jak: redaktor, amator, dyrektor, forma, norma, historja, dyskusja, telefon, telegraf, balon, muzyka, opera, frak i t. d. 4) pierwiastki inne brał o ile możności z języków europejskich i to oddając pierwszeństwo tym, które brzmią jednakowo w możliwie największej liczbie języków, czem się tłómaczy znaczna ilość w języku Esperanto słów łacińskich, jako najbardziej międzynarodowych. Wskutek tych uproszczeń liczba wyrazów (raczej tematów), które zapamiętać potrzeba, sprowadza się, zdaniem autora, do 900, a i te znane są ludziom cokolwiek wykształconym. Dzięki temu język posiąść można zupełnie w ciągu dni kilku (mowa tu o pierwszym słowniku, późniejsze zawierają już 2600 pierwiastków). Drugie zadanie rozwiązał dr. Zamenhof przez analityczne rozczłonkowanie wyrazów na części nieodmienne, tak że każde słowo posiada jednę tylko nieodmienną formę, która znajduje się zawsze w słowniku. Pisząc, naprzykład słowo frat, in, o, w trzech częściach, odnajdziemy znaczenie każdej z nich w słowniku: frat — brat, in — znak rodzaju żeńskiego, o — znak rzeczownika, a więc frat, in, o, — siostra; mal, feliĉ, a — mal oznacza przeciwieństwo, feliĉ — szczęśliwy, a — przymiotnik, a więc malfeliĉa — nieszczęśliwy; vort, ar, o — vort — słowo, ar — oznacza zbiór danych przedmiotów, o — rzeczownik, a więc: vortaro — słownik i t. d. Dość jest skutkiem tego podać lub przesłać przy liście krótki słownik języka, by każdy nie znając nawet języka, mógł odrazu odczytać i zrozumieć wszelki wyraz napisany. Odwrotnie zaś, by coś napisać w tym języku, należy w słowniku wyszukać same tylko pierwiastki, zaś końcówki gramatyczne wziąć z gramatyki i dołączyć je do pierwiastków, oddzielając przecinkami. W tym celu też wydał autor słownik, mieszczący się na małym arkuszu, łatwy do włożenia do każdej koperty i zawierający zasób słów wystarczający, zdaniem jego, dla stosunków życia codziennego. Dzięki temu więc język ten daje każdemu możność porozumiewania się z osobami innej narodowości, byle tylko umiały pisać i czytać i chciały zadać sobie niewielki trud zajrzenia do załączonego w kopercie krótkiego słownika — jest on więc faktycznie międzynarodowym. Dla rozwiązania trzeciego zadania autor prosił czytelników broszury, by podpisali i nadesłali załączone do każdego egzemplarza oświadczenie treści następującej: „niżej podpisany obiecuje nauczyć się języka, proponowanego przez dra Esperanto, jeżeli dziesięć milionów osób uczyni publicznie tę samą obietnicę. Podpis, adres.“ Po osiągnięciu wspomnianej cyfry podpisów miał być ogłoszony imienny spis wszystkich podpisanych i dr. Zamenhof mniemał, że w kilka dni po ukazaniu się takiego spisu język stanie się odrazu żywym, w praktyce używanym, bo ludzie najbardziej obojętni poświęcą trochę czasu na nauczenie się jego, gdy nabędą pewności, że tak znaczna liczba osób uczyni to samo. Osoby przeciwnego zdania proszone były o nadesłanie tej samej kartki z napisem: „kontraŭ” (przeciw), ci zaś, którzy gotowi byli nauczyć się języka bez względu na liczbę jego przyszłych adeptów i nie czekając na obliczenie głosów — mieli napisać na kartkach: „senkondiĉe” (bezwarunkowo). Oczekiwania te i nadzieje zawiodły jednak w zupełności. Rok cały miał czekać cierpliwie dr. Zamenhof na skutki swej odezwy, rozrzuconej po świecie w czterech językach: polskim, rosyjskim, niemieckim i francuskim. Wszakże wskutek nalegań przyjaciół już na początku 1888 r. wypuścił w świat drugą swą pracę, noszącą tytuł: „D-ro Esperanto. Dua libro de l’lingvo internacia. Kajero Nr 1”. Był to zeszyt pierwszy książki, obliczonej na sześć zeszytów, które ukazywać się miały co dwa miesiące w ciągu 1888 roku. Przyśpieszenie wydania autor objaśnia tem, że wielu z jego korespondentów pragnęło mieć jak najprędzej odpowiedź na różne kwestje i wątpliwości. Odpowiadać zaś każdemu z osobna było dla niego niepodobieństwem. Przytem wiele osób prosiło o książkę, napisaną w całości w języku Esperanto, aby mieć wzór i podręcznik dla wprawy w czytaniu. Autor oświadczał dalej, że po wyjściu wszystkich sześciu zeszytów „Dua libro“ będzie on już mógł zupełnie zejść ze sceny, bo odda już gotowy i całkiem wykończony język do użytku ludzkości. „Czy będę żył jeszcze, czy umrę, czy zachowam siły ciała i duszy, czy je stracę — pisał on — sprawa już zależeć od tego nie będzie, tak jak nie zależą losy jakiegokolwiek języka żyjącego od losów tej lub innej osoby lub grupy osób”. Zapewniał także, że każdy znajdzie w książce odpowiedź i wyjaśnienie na nadesłane wątpliwości i zarzuty, a dziękując gorąco swym korespondentom, prosił ich o cierpliwość. Rezultaty, które przyniosła pierwsza odezwa nie były pocieszające. Wśród korespondentów znalazło się wiele osób, które osądziły autora, a nie dzieło jego. Jedni więc go wychwalali, inni przekonani byli, że jest zupełnym nieukiem, bo nie znajdowali w jego dziełku żadnego balastu naukowego. To też dr. Zamenhof wręcz oświadczył tym ostatnim, że istotnie nie jest ani uczonym lingwistą, ani znanym i zasłużonym człowiekiem i prosił tylko gorąco, by nie zajmowano się jego osobą, lecz osądzono robotę. Znaleźli się także autorowie rozpraw o fizjologji mowy, o historji języków, o sanskrycie, — ale większość tych najuczeńszych korespondentów nie zadała sobie nawet trudu uważnego przeczytania broszury. Byli i tacy, którzy wysilali się na mniej lub więcej udatne dowcipy: ktoś, naprzykład, dowodził, że doprowadzenie do skutku zamiarów autora jest niemożliwe, gdyż samo spisanie dziesięciu milionów nazwisk z adresami zajmie mu 30 lat czasu, a wydanie takiej książki wymagać będzie bogactwa Krezusowego! Odrzuciwszy to wszystko, pozostało wszakże trochę krytyk poważnych, zawierających mniej lub więcej uzasadnione i słuszne zarzuty. Dla tych ostatnich przeznaczył autor ustęp, w którym uwydatnia się prawdziwie naukowy, poważny a zarazem skromny punkt widzenia d-ra Zamenhofa. Pisał on mianowicie: „Wiem bardzo dobrze, że dzieło jednego człowieka nie może być bez błędów, gdyby nawet człowiek ten był najgenialniejszym i o wiele wykształceńszym odemnie. Dlatego też nie dałem jeszcze językowi mojemu formy ostatecznej. Nie mówię: „oto język stworzony i gotów, i chcę, ażeby był takim i został takim.” Wszystko, co może być ulepszone, będzie ulepszone przez rady innych ludzi. Nie chcą być twórcą języka, lecz tylko inicjatorem. Niech to także będzie odpowiedzią dla tych przyjaciół języka międzynarodowego, którzy się niecierpliwią i chcieliby już widzieć książki i dzienniki w tym języku, całkowite słowniki i t. d. Byłoby mi nietrudno zadowolnić tych przyjaciół, lecz niech nie zapominają, że byłoby to niebezpieczne dla samej sprawy, która tak jest poważną, że byłoby nie do wybaczenia działać w niej według decyzji jednego człowieka. Nie mogę powiedzieć, że język jest gotów, dopóki on nie przejdzie przez sąd publiczności. Jeden rok, to nie wieczność, a jednak ten rok jest niezmiernie ważny dla sprawy. Nie mogę także czynić jakichkolwiek zmian w języku odrazu po otrzymaniu rad, choćby te rady były najbardziej słuszne (bezbłędne) i pochodziły od osób najbardziej kompetentnych. W ciągu całego 1888 r. język więc pozostanie zupełnie bez zmiany. Lecz po roku wszelkie zmiany potrzebne, poprzednio zanalizowane i wypróbowane, będą ogłoszone i język otrzyma ostateczną formę; wtedy rozpocznie on swoje pełne funkcjonowanie. Wnosząc z tych rad, które zostały mi nadesłane do dnia dzisiejszego, sądzę, że język prawdopodobnie zmieniony bardzo niewiele, gdyż w większej części rady te są niepraktyczne i spowodowane niedostatecznem obmyśleniem i wypróbowaniem sprawy; wszakże nie mogę powiedzieć, żeby język nie miał być wcale zmieniany. Zresztą wszystkie propozycje, które otrzymuję, razem z moim o nich sądem, będą przedstawione pod sąd publiczności albo którejkolwiek ze znanych akademji naukowych, jeżeli pomiędzy niemi znajdzie się jedna, która zechce podjąć się tej pracy… Gdyby jakakolwiek akademja kompetentna zawiadomiła mnie, że chce podjąć się tej pracy, poślę jej natychmiast cały materjał, który mam u siebie, oddam jej całą sprawę i zejdę z największą radością na zawsze ze sceny i z autora i inicjatora stanę się prostym przyjacielem języka międzynarodowego, jak każdy inny przyjaciel… Jeżeli jednak żadna z akademji naukowych nie zechce podjąć się tej sprawy, wtedy w dalszym ciągu ogłaszać będę nadsyłane propozycje i według mojego własnego poglądu i poglądów, które publiczność sama o tych propozycjach wygłosi, sam przed końcem roku orzeknę o ostatecznej formie języka i zawiadomię, że język jest gotów“. Książeczka „Dua Libro” zawierała nadto 16 ćwiczeń gramatycznych, przekład noweli Andersena: „la ombro” (cień), zbiór przysłów i przekłady wierszy z Heinego i Henzy. Wkrótce też potem wydał dr. Zamenhof (zawsze pod pseudonimem d-ra Esperanto) broszurę, noszącą tytuł:

al dua libro de l’lingvo internacia (Warszawa, 1888, str. 20), a to głównie z powodu, że w końcu 1887 r. znalazła się instytucja naukowa, która nie znając jeszcze jego pracy, doszła do tych samych niemal wniosków teoretycznych, które dr. Zamenhof w swoim języku zastosował. Była to The American Philosophical Society w Filadelfii. Będąc wówczas przekonany, że instytucja ta doprowadzi rzecz całą do pożądanego

końca, autor uznał naprawdę swoją rolę za ukończoną i pragnął już zająć wobec sprawy nowego języka stanowisko takie samo, jak każdy inny zwolennik „Lingvo ”. Wydawnictwo dalszych zeszytów Dua libro uznał więc za zbyteczne, oznajmiając, że „tiu ĉi libreto estas la lasta vorto, kiun mi elparolas en rolo de autoro” (dosłownie: ta oto książeczka jest ostatniem słowem, które wypowiadam w roli autora). Składa on więc sprawę w ręce ogółu esperantystów, wśród których, jak mniema, znajdzie się wielu takich, którzy z pewnością uczynić potrafią o wiele więcej od niego, gdyż pochłania go całkowicie praca na chleb powszedni; zrzeka się również na rzecz instytucji naukowej prawa rozstrzygania kwestji wątpliwych, przyrzekając autorom różnych krytyk i zarzutów, że poglądy ich przekaże sumiennie owej instytucji, a sobie zarezerwuje jedynie prawo przedstawienia swoich zapatrywań narówni z innymi. On, twórca i autor, stawał dobrowolnie jako prosty szeregowiec wśród tłumu innych. Piękny to i rzadki rys charakteru! Ostatnie życzenia swoje, jako autora, streszcza autor w pięciu punktach następujących: 1) Uważa on przedewszystkiem, że o ileby jednak, pomimo wszystkiego, instytucje naukowe nie zechciały, czy też nie zdołały zająć się sprawą nowego języka, to po pięciu latach sami przyjaciele Esperanta zwołać powinni kongres własny dla ostatecznego rozpatrzenia zarzutów, wyjaśnienia i ustalenia kwestji spornych i wątpliwych; 2) wprowadza jedyną od czasu utworzenia języka zmianę w jego budowie, a mianowicie w szeregu przysłówków: ian, ĉian, kian, nenian, tian, — końcowe n zastępuje przez m (iam, ĉiam, kiam, tiam, neniam…), a to dla odróżnienia tych wyrazów od IV przypadku zaimków: ia, ĉia, kia, nenia, tia; 3) zezwala przez wzgląd na drukarnie, nie posiadające liter akcentowanych, pisać ch, gh, hh, jh, sh zamiast akcentowanych ĉ, ĝ, ĥ, ĵ, ŝ i u zamiast ŭ, oraz znaki - lub ' zamiast przecinków w środku wyrazów dla odróżnienia od przecinków rzeczywistych: sign'et'o lub sign-et-o, zamiast sign,et,o; 4) nietylko dopuszcza, lecz pragnie nawet wywołać inicjatywę prywatną, pozostawiając szerokie pole pomysłom indywidualnym w tworzeniu wyrazów nowych, z tem tylko jednem zastrzeżeniem, aby były zgodne z zasadami języka. Nie przestrasza go możność powstawania synonimów, tworzonych przez różnych niewiedzących o sobie autorów, gdyż jest przekonany, że praktyka w końcu orzeknie najlepiej, który z nich trafniej został utworzony. Sądzi on, że wyrazy podobne w języku międzynarodowym będą tem, czem są prowincjonalizmy w językach żyjących: jedne z nich przejdą powoli do języka literackiego i utrwalą się w nim w miarę rozwoju literatury; inne zaś, nielogicznie lub niewłaściwie utworzone, nie zyskają prawa obywatelstwa, jak go nie mają w językach naszych różne zwroty żargonowe i brukowe. By jednak podobne nowotwory nie utrudniały wzajemnego rozumienia się, autor wskazuje sposób nadzwyczaj prosty, polegający na tem, że obok każdego nowego wyrazu oznacza się w nawiasie jego znaczenie w języku francuskim: ani twórca wyrazu, ani ten, kto go czytać będzie, mogą języka francuskiego nie znać, bo dla zrozumienia się wystarczy im słownik tego języka; 5) w końcu dr. Zamenhof zwraca się do przyjaciół „Lingvo internacia” z prośbą i gorącem wezwaniem, by każdy pracował dla sprawy w miarę sił i możności „senbrue, diligente, konstante” (bez krzyku, usilnie, stale) i, nie oglądając się na innych, rozszerzał wiadomość o nim, zwłaszcza piórem, zawiązując stosunki listowne ze znajomymi i nieznajomymi esperantystami innych krajów, tłómacząc podręczniki na różne języki, uzupełniając podręczniki, czyniąc je przystępnymi dla ludzi mało wykształconych i t. d. Widzimy więc, że dr. Zamenhof niczego tak gorąco nie pragnął, jak żeby sprawę języka jego ujęła w swoje ręce poważna i kompetentna instytucja naukowa. I przez chwilę zdawało się, że sprawa na tej właśnie drodze rozwiązanie znajdzie. Wspomniane już wyżej Amerykańskie Towarzystwo filozoficzne, po wysłuchaniu sprawozdania o języku esperanto profesora Henry Phillips’a, postanowiło też rozpocząć odpowiednie kroki. Sprawozdawca bowiem wydał sąd o języku najpochlebniejszy: „Zasady, na których jest oparty, pisał on, są wogóle słuszne; słownik utworzony jest nie według woli lub sądu osobistego autora, lecz jest zapożyczony z języków: francuskiego, angielskiego i niemieckiego, a w części z łaciny, i zawiera słowa, które brzmią podobnie w tych językach, z niektóremi tylko zmianami ze względu na gramatykę. Wskutek tego i wskutek niezmiernie prostej gramatyki język jest cudownie łatwy do nauki i nie przedstawia karkołomnych i kalejdoskopicznych zlepków Volapüku. Gramatyka jest tak prosta, jak w naszym języku (angielskim), a prawidła, tworzenia wyrazów są tak jasne i łatwe — że słownik pierwiastków może być sprowadzony do bardzo szczupłych rozmiarów.” Prof. Phillips wskazywał tylko kilka punktów, które, zdaniem jego, należałoby zmienić. Wszakże wspomniane Towarzystwo, nie chcąc brać całej odpowiedzialności na siebie, rozesłało zaproszenia do innych instytucji naukowych, wzywając je do wspólnego zajęcia się urządzeniem kongresu w celu ustanowienia ostatecznej formy języka. Oczekiwano dość długo na odpowiedzi i nadeszło ich… pięć! Odezwały się mianowicie i przyrzekły współudział: Duńska Akademja nauk w Kopenhadze, Uniwersytet , Amerykańskie dla postępu nauk (American Association for the advancement of Sciences) i Francuskie Towarzystwo Zoologiczne. Wręcz odmówiło Londyńskie Towarzystwo Filologiczne, którego sekretarzem był zacięty volapükista Al. J. Ellis. Inne instytucje nie raczyły odpowiedzieć i, oczywiście, inicjatywa Towarzystwa Amerykańskiego spełzła na niczem. Już to wogóle ciała naukowe zachowywały się w tym wypadku z tą samą obojętnością, jaką ujawniały wielokrotnie wobec wielu najdonioślejszych zdobyczy wiedzy ludzkiej. Czy to wskutek zbytniej ostrożności ludzi, nawykłych do ścisłych badań naukowych, czy ich przesadnego sceptycyzmu, faktem jest jednak historycznie niezaprzeczonym, że towarzystwa naukowe popierały postęp dopiero wtedy, gdy ten już przełamać potrafił uprzedzenia i przeszkody i sam torował sobie drogę, pomijając je w zwycięskim pochodzie. Przytem język Esperanto ukazał się w chwili zupełnego zdyskredytowania w opinji publicznej volapüku. niepowodzenie nieudanej próby z samą ideą języka międzynarodowego, poczytywano ją wówczas więcej niż kiedykolwiek za nieziszczalną utopję, walka zaś z tem uprzedzeniem okazała się zbyt trudną, a przekonywanie szerokiej publiczności niemożliwe.

II. Pierwsze kółka i organizacje esperantystów (1888 — 1895).

Po nieudanej próbie zainteresowania sprawą Esperanta instytucji naukowych i akademji, zwolennicy nowego języka doszli do przeświadczenia, że muszą polegać na własnych tylko siłach, nie licząc na pomoc niczyją. Przekonali się że gdy słuszność swojej sprawy udowodnią praktycznie, to wtedy dopiero, jak to zwykle bywa, przyjdą do nich akademje, towarzystwa i szeroka publiczność. Pierwsze jednak początki były trudne i sprawa posuwała się wolno. Nieliczna grupa, skupiająca się w Warszawie dokoła mistrza, którą tworzyli dr. Aleksander Waldenberg, Antoni Grabowski i Al. Blumental, z przyczyn od niej niezależnych wiele zdziałać nie mogła. Znaleźli się jednak dzielni pracownicy za granicą i tam ich działalność odpowiedniejsze znalazła warunki. Takim był w Niemczech Leopold Einstein, autor rozprawy naukowej o historji języka powszechnego, który oddawna już pracował nad sprawą języka międzynarodowego teoretycznie. Początkowo zwolennik volapüku, gdy zapoznał się przypadkiem z językiem Esperanto w r. 1888, pomimo posuniętego już wieku (miał lat 54), nauczył się go w ciągu dni kilku i oddał mu się z zapałem młodego entuzjasty. „Sprawa języka międzynarodowego jest więc ostatecznie rozstrzygniętą — pisał on — gdyż nie można marzyć o gramatyce prostszej, niż ta, którą posiada Lingvo Internacia, a słownik żaden nie może mieć zasad logiczniejszych, niż słownik tego języka! Jeżeli znajdują się tam nawet pewne błędy, są to usterki, które z czasem można będzie łatwo naprawić, nie zmieniając samej zasady: z całym spokojem mogę więc zabrać się obecnie do pracy, bez obawy, że rzecz tę kiedykolwiek będę musiał odrzucić” (jak to uczynił z volapükiem). I zabrał się istotnie do dzieła z niesłychaną energją: już w osiem tygodni po zapoznaniu się z Esperantem wydał broszurę, która ściągnęła nań przekleństwo licznego jeszcze podówczas w Niemczech obozu volapükistów. Nie szczędzono ani gniewu, ani nawet oszczerstw. Pobudziło to jednak Einsteina tylko do dalszej walki i przeciwnikom swym odpowiedział nową książką. Ciężka choroba przeszkodziła mu jednak wkrótce w dalszej pracy. Zmarł w r. 1890, a na kilka dni przed śmiercią pisał jeszcze do d-ra Zamenhofa list, w powiada: „Nie zobaczę tryumfu naszej świętej sprawy, lecz wy nie traćcie zapału i pracujcie: przeszkody różne mogą opóźnić jej postęp, lecz nic nie zdoła przeszkodzić jej ostatecznemu zwycięstwu!” Najbardziej głośnym rezultatem działalności Einsteina w Niemczech było nawrócenie się do języka Esperanto jednego z najliczniejszych i najbardziej wpływowych klubów niemieckich volapükistów — Norymberskiego, który uczynił to gremjalnie i manifestacyjnie, na uroczystem posiedzeniu w grudniu 1888 roku. Towarzystwu temu zawdzięczać należy urzeczywistnienie zamiaru, o którym esperantyści marzyli oddawna: w Norymberdze bowiem założone zostało pierwsze pismo perjodyczne poświęcone sprawie esperanta: „La Esperantisto”, którego numer pierwszy ukazał się 1 września 1889 r. Był to miesięcznik, drukowany początkowo w trzech językach: niemieckim, francuskim i esperanckim i w ciągu sześciu lat następnych: 1889 — 1895, dokoła niego skupili się wszyscy pracownicy i cała wogóle działalność w sprawie Esperanta. Dr. Zamenhof powtórzył w artykule wstępnym pierwszego numeru

, zgodne z całą dotychczasową jego działalnością, oznajmiając, że nie chce być prawodawcą w sprawach nowego języka. Przeciwnie, uważa on rolę swoją za skończoną i losy języka międzynarodowego składa w ręce wszystkich jego przyjaciół. „Prawodawcami w sprawie języka stać się więc powinny odtąd — pisze on — tylko logika, talent i zdanie większości, a wszystko będzie takiem, jak zdecyduje większość, zupełnie niezależnie, czy ja osobiście się na to zgodzę, czy nie…”. A jednak, jak to zaraz zobaczymy, interwencja d-ra Zamenhofa, jakkolwiek najzupełniej bezstronna i objektywna, okazała się jeszcze wielokrotnie potrzebną dla uratowania sprawy. Nieudane próby przekazania sprawy jakiemukolwiek Towarzystwu naukowemu lub Akademji, posiadającej odpowiednią powagę, wywołały potrzebę wytworzenia jakiejś organizacji z pośród samych esperantystów, któraby formalnie upoważnioną została do rozpatrzenia i rozstrzygnięcia różnych kwestji wątpliwych. Pierwsza jednak próba w tym kierunku również spełzła znowu na niczem. Już w N-rze З-im „Esperantisto” (20 grudnia 1889) dr. Zamenhof, obawiając się posądzenia o przewlekanie sprawy, postanowił nie czekać już dłużej, jak było pierwotnym jego zamiarem. Zwrócił się więc do czytelników z projektem utworzenia Ligi esperantystów, prosząc o wyrażenie opinji co do jej organizacji, funduszów, składu członków, sposobu rozstrzygania kwestji językowych i t. d. W 6-ym (25 marca 1890) redakcja „Esperantist’a” zamieściła regulamin projektowanej Ligi, ogłaszając, że „z dniem dzisiejszym Liga zostaje zawiązaną.” Wybrano również prowizoryczny komitet administracyjny Barbeck, Chr. Schmidt, Joseph Gagel), oraz wezwano kluby, które do Ligi przystąpić miały, do wyboru 10 członków Akademji, któraby sprawą języka zająć się mogła. Regulamin ten podpisany był nazwiskiem d-ra Zamenhofa, a więc uważano go powszechnie za jego dzieło. Tymczasem wszakże w N-rze 11-ym pisma (listopad 1890) oznajmił on, że ogłoszony regulamin był dla niego samego wielką niespodzianką, gdyż redakcja poczyniła w jego projekcie zmiany zasadnicze, z któremi on zgodzić się nie może. Gdy nadto najznakomitsi esperantyści ówcześni: Einstein, Grabowski, de Wahl, Majnov, Geoghegan — oświadczyli się przeciw lidze, sam dr. Zamenhof odstąpił całkowicie od myśli utworzenia tej organizacji, nazywając projektowaną Ligę „infano malvive naskita” (Nr. 12, grudzień 1890). To było także zapewne powodem, iż pismo od N-ru 10-go (październik 1890) przeszło pod redakcję d-ra Zamenhofa. Niełatwo mu było jednak prowadzić tę pracę zdaleka, a także z powodu, iż lekarz wojskowy zmieniać musiał ciągle miejsce swojego pobytu: od listopada 1889 do kwietnia 1890 mieszka on w Chersoniu, następnie wraca do Warszawy, skąd w roku 1893 przenosi się znowu na lat kilka do Grodna i dopiero w 1897 osiada już na stałe w naszem mieście. Na domiar złego, brak środków materjalnych uniemożliwił dalsze wydawnictwo samego pisma, podręczników i broszur propagandystycznych. Pieniądze, nadesłane dla kasy Ligi, Redakcja zwróciła ofiarodawcom, gdy projekt utworzenia Ligi zaniechany został. Nie pozyskały też zwolenników ani wezwanie Grabowskiego do założenia Towarzystwa akcyjnego dla wydawnictw (marzec 1891), ani projekt J. Łojki z Wilna urządzenia konkursów literackich z nagrodami z ofiar dobrowolnych, ani wreszcie odezwa d-ra Zamenhofa do prenumeratorów i czytelników pisma. Dość, iż w ostatnim numerze 1891 r. dr. Zamenhof oznajmił, iż dalej prowadzić go nie może i z numerem tym ostatnim pismo zamyka. Znalazł się jednak człowiek, dzięki ofiarności którego sytuacja nie tylko ocaloną została na razie, lecz pozyskała trwałą podstawę na kilka lat dalszych. Człowiekiem tym był inżynier W. H. Trompetter z Schalke w Westfalji, o którym w kronikach esperanckich pisano później, iż „imię jego jak gwiazda

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…