Front matter
WŁADYSŁAW ORKAN
WSKAZANIA
NAKŁAD ZWIĄZKU P.N.S.P. I ZWIĄZKU PODHALAN
całość
WŁADYSŁAW ORKAN
WSKAZANIA
NAKŁAD ZWIĄZKU P.N.S.P. I ZWIĄZKU PODHALAN
SKŁAD GŁÓWNY:
ŚWIĘTOKRZYSKA 18
PODHALE
Chcesz z wysoka spoglądnąć Na wszystkie Podhala strony, To hybaj, bracie, w Pieniny I wyjdź na Trzy Korony...
Uwidzisz obszar tej ziemi, O jakim oko nie śniło — I wzdychniesz: Co by być mogło!.. Ba cóż, kieby to było.
W prost od stóp ku połedniowi Spiskie ci legną pagórki — Możesz w nich czytać jak w mapie, Kiebyś uherskie znał durki.
Obrócisz sie na północ, To co sie w oczach zamroczy Naprociw tego ogromu, Co sie górami kajś toczy...
Łańcuch zachodzi za łańcuch, Grzbiet za grzbiet, coraz to iny Aże, jak wody z za lądu Wynikną lackie niziny.
Teraz na zachód sie przechyl: Cóż widzisz? — rówień szeroką — Aże na Tatrach orawskich Ścigłe zatrzymie sie oko.
Możesz ślebodnie wędrować Po podhalańskich dziedzinach — Znikąd ich telo nie przejrzysz, Co z tych Trzoch Koron w Pieninach.
Dyć my hań wetrój raz stali, Jaśni na niebie jak świéce, Z hańtąd my wytyczowali Podhalskiej ziemi granice.
Hań — po uherskie peszty, Hań — po słowiackie pohorza, A hań — po lackie niże, Co lśnią jak rąbki morza.
Czorsztyna mury wyniesłe, Co już odziały sie w trawę, Rzeczy głosiły nam przeszłe, Dawno minioną Sławę.
Na nowotarskiej równi, Ka sie Dunajec wyświéca, Jakby ze śniska zjawione Wyrosło Miasto, stolica.
Hej Boze, co sie dumało, Co sie nam wte hań nie śniło! Jeze ono by mogło być — — Ba coz, kieby wej było.
1911.
O CELACH ZJAZDÓW
RZECZ WYGŁOSZONA NA I ZJEŹDZIE PODHALAN
W RATUSZU W MIEŚCIE W ROKU 1912.
Pytają się dziś w Polsce: co się dzieje z synami chłopskimi, którzy, wykształciwszy się, oderwali się od wsi rodzinnej i poszli w świat pracować na różnych polach? Tyle ich zewsząd idzie do szkół — czemu ich potem nie widać? Czemu się niczem w kulturze narodu nie wyróżniają? Czemu do tej kultury ogólnej nic swego rasowego, nic wsi polskiej nie wnoszą? Jest ich moc — czemu nie wytworzą w Polsce człowieka nowego typu? Te pytania troską idą po sercach, które się trapią przyszłością, widząc tę t. zw. inteligencję, zszablonizowaną, banalną, zeszarzałą. Wierząc w lud, nie mogą uwierzyć, że chłop, przechodząc w wyższe t. zw. rejony, ginie dla ludu, a często i dla siebie. „Jednostki, które otrzymały wyższe wykształcenie — stwierdza z ubolewaniem Witkiewicz — opuszczają sferę ludową, dezerterują z niej, przyłączają się do „panów” i nietylko nie wpływają na podniesienie umysłowego i moralnego poziomu sfery, z której wyszły, lecz przeciwnie, często są drogowskazami krętych dróg, na jakich się „robi karjery”. Żeniąc się z mieszczankami, przejmują też mieszczański konwenans, a ze wsią rodną, z jej kulturą zatracają kontakt i przecinają łączące ich z ziemią — macierzą korzenie. — Najczęściej niestety taki inteligent, wychodzący bezpośrednio z ludu, „zmienia tylko zewnętrzną skorupę, lecz nie wznosi swojej duszy na wyższy stopień uspołecznienia”, jeszcze ją paczy i psowa; „zajmując miejsce w szeregach „klas wyższych”, zmienia tylko cel pocisków swej pożądliwości, środki zaspakajania pożądań swego egoizmu, ubranie i gwarę — na tem koniec. Dążąc do wydobycia się z szeregów ludowych, walczy z „klasami wyższemi”, a stawszy się ich członkiem, zwraca się z konieczności razem z niemi przeciw ludowi. Zmienia on środki działania; — z prostaczych sposobów zarobkowania wznosi się do „operacyj finansowych”, przedsiębiorstw przemysłowych, wielkich pensyj lub wielkich szachrajstw. Zamiast cuhy lub sukmany wkłada anglez lub smoking”; ubraniem skrywa nędzę i nijakość duszy. Wieleby o tem mówić. Jedną z głównych przyczyn niwelacji dusz chłopskich, przechodzących w t. zw. wyższe sfery, jest brak tradycyj historycznych wśród masy ludu. Niewola — bezduch — i niewola. Oto, co się w dziejach jego widzi. Powstanie Kościuszkowskie? Kosyniery? To tylko w Krakowskiem. Tam też się lepiej nieco dzieje — lud ma niejaką dumę. Pozatem nic nigdzie — pamięć bata ekonomskiego. Prawda — jest jeszcze rok 46, ale to tradycja najgorzej pedagogiczna i bogdajby najrychlej była zapomniana. My górale jesteśmy w lepszem położeniu. Mamy tradycję piękną, zdolną utrzymać dusze na powierzchni w niewiem jak rozkładowym, niszczycielskim świecie. Co nas tu zegnało razem? Tradycja. Poczucie — nie wyrozumienie — historyczności swoistej. Jest coś — że tak określę najogólniej to, co uczuciem jeno miarkowane, wielom się nawet z nas dobrze nie uświadomiło — jest owo coś, co stąd za każdym z nas w świat idzie i nie dozwala nam między ludźmi zszarzeć. Jakaś nuta rzeczy i spraw tu zdziałanych, pozostawionych za sobą, coś, co nazwaćby można w przybliżeniu sumieniem serca. Tak to „historyczność woła...” Przed laty wielu, bawiąc w mieście, zaszedłem o zmierzchu do mieszkania przyjaciela, artysty-rzeźbiarza, rodem stąd z Podhala, który czuł się w mieście, jak w więzieniu. Zastałem u niego żołnierza, z jego wsi, który przychodził pozować mu do głowy górala — piękną, wyrazistą miał twarz — i który czuł się też w wojsku, jak w hereszcie. Siedzieli se we dwóch i nucili razem góralskie pieśni. Tu się przenieśli duszami, i było im dobrze, zapomnieli więzienia. Jak dwaj Grecy-koloniści na obcym brzegu. — Także nieraz zbaczuje mi się ta przezacna dusza, dosłownie z pod hal, bo z Kościelisk, dziś poważany profesor, jak często w czasie „bryndzy” akademickiej, głodowania, zacisnąwszy zęby, nucił nosowo jakąś wściekłą zbójnicką piosenkę, przycinając kunsztownie stopami. I przetrwał, i jest tu z nami. W nutę, w uczucia strunę przeszło to, co się tu wiekami działo. A działy się rzeczy wielkie. Tu, na tym rynku Miasta poczęło się powstanie chłopskie, związane z imieniem Kostki, które przetrwało dwóch królów, jak nam dowodzą źródła. — Albo owa rebelja z powodu zdzierstw starosty Komorowskiego, którą wzniecili sołtysi. — Albo wieki trwająca wojna myśliwska dwóch plemion pokrewnych, z tej i z tamtej strony Tater, o momentach iście homeryckich. — Zbójnictwo o charakterze heroicznym, bo często z kup rozbitych powstań się rodzące. — Wreszcie niedawna naszych czasów rebelja chochołowska. — A we wszystkich tych ruchach, pomniejszych i większych, jest motyw, który ludzkość do haseł najszczytniejszych wynosić zwykła: t. j. bunt o swobodę. Powinniśmy poznać przeszłość swego ludu — przejąć ją w siebie. Jeżeli od tych spraw, pieśnią zaledwie krótką wspominanych, zawiewające ku nam tchnienie utrzymuje nas na powierzchni niwelujących sił, to wzięta w siebie tradycja ojców ugruntuje nas w sobie i zespoli. Staniemy na gruncie pewnym. I nie będą pytać w Polsce: co się dzieje z synami góralskimi? Będą nas widzieć idących, choćby jak dziś roztraconych na różnych zagonach pracy, bo od ducha ludu swego przejmiemy niemylące zwierzenie: jak iść... I to jest jednym z celów naszych Zjazdów. To jest sprawa nas samych. A teraz sprawa ludu naszego, górali... Lecz posłuchajmy naprzód, co mówią o góralach nie górale, a dalsi wiarogodni, — co mówi o nich świętej pamięci Witkiewicz, który przez dwadzieścia lat przypatrywał im się oczyma bystremi malarza i psychologa. „Jest to rasa — zaświadcza — obdarzona wyjątkowymi przymiotami, stanowiącymi najdoskonalsze pierwiastki cywilizacyjnego rozwoju. Uczeni: Kopernicki, Le Bon, Dr Olechnowicz, przy pomocy antropologicznych badań stwierdzili szczególne tej rasy przymioty, a życie codzienne ukazuje właściwości te w czynie, w zastosowaniu do zagadnień bytu. Jest to rasa obdarzona takiemi przymiotami intellektualnemi, które jej nadają cechy genialności; rasa dziś zdolna do przyjęcia o wiele wyższego typu stosunków społecznych i warunków życia, niż te, które przy dzisiejszym ustroju społeczeństwa i dzisiejszych pojęciach o zadaniach życia dostępne są dla mas ludowych”. A dalej: „ścisłość obserwacji, łatwość zestawienia i porównywania zjawisk, trzeźwość, jasność i logika wnioskowania, subtelność i ścisłość formułowania pojęć, dokładność w użyciu wyrazów, ciągle przytem czujna rozwaga, są znamiennemi cechami umysłowości górala. Współczynnikami psycho-fizycznemi tej umysłowości są: nadzwyczajnej energji, dzielności i pobudliwości system nerwowy, wielka wrażliwość, silna lecz lotna, krótkotrwała uczuciowość, która tylko w chwili ostatecznego napięcia afektu, do szaleństwa, niszczy kontrolująca czynność rozwagi”. „Ludzie — mówi którzy tu przychodzą z innych stron Polski, są przekonania, że góral jest leniwy. Jest to zdanie całkiem fałszywe. Góral pracuje chętnie, pracuje z zapałem, ale musi lubić dany rodzaj pracy, musi rozumieć jej cel i pożytek. Nie lęka się on i nie leni podjąć olbrzymiego trudu, który dla kogo innego może się wydać bezsensownym wobec nikłości jego skutków, jeżeli on, góral, ten skutek rozumie i ceni. Trzeba przyjrzeć się góralowi, korczującemu kawał pola, gdzieś na nowinie. Całemi dniami, od świtu do ciemnej nocy, widać miotającego się z zażartą gwałtownością człowieka. — I tak jest zawsze i wszędzie tam, gdzie góral pracuje ze świadomością celu swojej pracy. Praca w lesie i wogóle około drzewa idzie gładko i wartko, wydając w krótkim czasie ogromny rezultat. Z wiosną oranie, sianie, skrudlenie, siekanie skib odbywa się z namiętną gwałtownością. Goni górala jego własny temperament, i ta wiosna tak krótka i to lato, które ledwo błyśnie, już gaśnie. — Temperament górala, ten system nerwowy, naładowujący się energją w sposób gwałtowny i wyładowujący ją z równą gwałtownością, kierowaną stale przez niezmąconą rozwagę, temperament ten jest w sposób cudowny przystosowany do zewnętrznych warunków istnienia w tym kraju”. „Góral — wywodzi dalej — ze swemi rasowemi przymiotami temperamentu, władającego sprawną i zręczną organizacją ciała, pracował w warunkach własnej obyczajowej kultury, zgodnie z jej społecznemi pierwiastkami. Jego własna natura i życie zewnętrzne stanowiły jedność, trzymały się odwiecznem przystosowaniem się. Ale przyszła „wyższa cywilizacja”, a z nią praca pospolita niewolnicza, pośpiech, potrzeba tandety, nadmierne rozbudzenie chęci zarobku, praca, która nie cieszy już sama przez się, lecz przez pieniądze, które daje — i oto góral, jako pracownik się psuje. Dalej przychodzi życie nowe, to życie ze świata, ze swojemi brutalnemi normami, ze swoją niecierpliwością w zaspakajaniu potrzeb, ze swojemi formami stosunków i rzeczy, które są inne, niezrośnięte z ręką ni myślą górala — i tu następuje zachwianie ludowej kultury, zachwianie jedności między rasowemi i społecznemi przymiotami górali. Temperament pozostał, zręczność pozostała, ale społeczne przymioty, również konieczne, żeby rezultat ludzkiego trudu był doskonały — giną. Życie „normalne” ze wszystkiemi swemi nędzami wkroczyło tu i, w poprzek łożyska, którem płynęła ludowa kultura, rozkopało przepaścisty rów, w który ona wpada i wypływa zmącona już, zbrudzona, niosąc w sobie wszystkie te ujemne pierwiastki, które są znamiennemi cechami obecnego stanu społecznych stosunków”. Życie niwelacyjne, współczesne, zagraża taksamo braciom naszym tu, jak i nam w mieście. Cóż my możemy przeciw temu? Właśnie możemy my, synowie chłopscy, nie kto inszy. I co możemy? To zmocnienie dać, co sobie samym: pokazać ludowi historję jego przeszłości. A odegnie się, sprostuje, poczuje się historycznym ludem. Dziś iść nam bezpośrednio w lud — oświecać — jakoż? gdyśmy sami w tej materji nieoświeceni. Możemy jednak, rozeznając się w przeszłości, szeregiem wydawnictw przypomnieć mu jego tradycję — niech z czasem w każdej chałupie, podobnie jak w szlacheckim dworku heraldyczne dokumenty, znajdzie się historja cała jego ojców. Niech wie np. dzisiejszy Jarząbek, że Jędrzej Jarząbek z Bańskiej w XVII wieku chodził osobiście do króla Zygmunta III do Warszawy, że tam w kancelarji królewskiej wydano mu, pod jego dyktandem po góralsku wypisany, t. zw. cyrkiel na polanę Żywczańskie (w Zakopanem), że ten sam Jarząbek później wywołany był jako buntownik, biorący gorący udział w rebelji przeciw ździerstwu starościńskiemu, że wreszcie spotyka się jego imię jedno z pierwszych w powstaniu Kostki. Czy nie dość tytułów do chluby? Czemże lepszem dziś poniektóry hrabia może się wywieść? Przypomnieć więc ludowi najchlubniejszą tradycję jego w szeregu wydawnictw odpowiednich — to drugi cel Zjazdów. A dalej w sprawie naszej kultury rodzimej, jako składowej ogólnej kultury polskiej... Dam tu również głos Witkiewiczowi, jako w tej dziedzinie. „Myśmy — mówi — znaleźli górala w pysznej, ozdobnej chacie, otoczonego artyzmem, który przezierał z każdego sprzętu, z każdego szczegółu pospolitego użytku. Jego chałupa była skarbnicą kultury dawnej, przechowanej przez ten lud, kultury, która wprawdzie żyła, ale nie rozwijała się, wskutek nieruchomości warunków ludowego życia. Była też ona skazana na konanie, na zanik i zdawała się czekać ocalenia. Uratowaliśmy ją. Chata góralska wydała z siebie typ wyższego budownictwa; wytworny sprzęt i ornamentyka stały się źródłem rozwoju wielkiego ruchu artystycznego, a poszukiwania wskazały, że to budownictwo i zdobnictwo niegdyś kwitły na całym obszarze Polski”. Tymczasem „cóż się stało? Dzisiejszy góral, który tak świetnie umie budować, który ma taki zmysł piękna, proporcji i konstrukcji, ten góral w swojem życiu cofnął się wstecz”... Jest obawa, że „góral, tracąc dla siebie potrzebę ozdoby życia, zatraci z czasem tak żywe dziś jeszcze poczucie artystyczne, które mu pozwoliło zachować pierwiastki ogólno-polskiej kultury, w formach najbardziej wyrobionych i najbogatszych. — To samo prawie dzieje się z mową ludową. Kiedy my wprowadzamy ją do literatury, jako świetny, żywy i silny wyraz narodowego ducha, góral przez podręczniki szkolne, przez wojsko, przez stykanie się z potworną gwarą urzędów zaczyna psuć i zatracać ten prześliczny język”. Podobnie rzecz się ma ze strojem i t. d. Dziedziną tą zajmowali się poza nielicznemi z nas górali wyjątkami prawie ludzie dalsi. Oni to głównie wyprowadzili Podhale na widownię świata. Naszą sprawą jest podjąć tę ich świetną pracę i prowadzić po linji, jaką najlepsi wskazali. Jest wiele rzeczy do zrobienia. N. p. znaleść sposób architektoniczny w murze, któryby był piękny i do charakteru tutejszych budowli jak i charakteru miejsc dostosowany. Dalej chodzi o zebranie resztek motywów sztuki rodzimej w sprzętach, ubiorach, w budownictwie; o wydanie pełnego słownika gwary, o zebranie wszystkich pieśni z melodjami — o rozwój gospodarczo-ekonomiczny Podhala i t. d. Cele same wdzięcznym trudem kładą się przed nami. W miarę rozrostu naszego będą róść, nie maleć. Nie potrzebuję tego uzasadniać, że ze wskazań obowiązku dla siebie i ludu, możemy wynieść ze Zjazdów ożywcze wytchnienie serc i wzmocnienie niemałe na całoroczną walkę z przeciwnościami żywota. — Rozprószeni po świecie, często w środowiskach wrogich, możemy krzepić się myślą, że nas jest legjon liczny, jedną ideę mających przed sobą i jedną ojczyznę ducha. — Idea nasza będzie się rozrastać — będzie obejmować nadchodzące młodsze pokolenie — pójdzie po sercach płomieniem — przepalającym, co jest marne, a kształtującym, co jest twórcze w duszach. — Z czasem może będziemy mogli spoistszą stworzyć organizację, która obejmie i lud swoim kręgiem. Będzie to wtedy, gdy w nas dokonane, zacznie się odrodzenie Podhala, całej, pół miljona narodu obejmującej góralszczyzny, tak odrębnej kulturą i ziemią od reszty Polski.
O ZADANIACH GAZETY
WSTĘPNE SŁOWO W NUMERZE I „GAZETY
PODHALAŃSKIEJ”, W GRUDNIU 1912.
Nareszcie, Bracia, doczekaliśmy się swojej gazety góralskiej. Wychodziło wprawdzie na Podhalu różnemi czasy nieco druków, jak zawadzą się i dziś między naskim ludem różne gazetki z dalsza sprowadzane — ale swojej gazety, dla spraw wszystkiego góralskiego narodu powstałej, przez górali pisanej i redagowanej, takiej jeszcze dotychczas, jak sami przyznać musicie, nie było. — Kiedy na Zjeździe synów chłopskich, Podhalan, który to Zjazd miał miejsce tego lata w Mieście na ratuszu, postanowiono taką właśnie gazetę założyć, widziało się wobec trudności niemałych, iże to nie tak wnet się ziści. Aliści cztery miesiące zaledwie od tej postanowy uszło — i oto drukowana Nowina idzie między naród, idzie między swoich ludzi z oznajmą o sobie, i ma wolę dolecieć do najdalszych dziedzin, pokąd ino ostatni duch góralski dycha. Jest nas górali wszystkich, co się do Polskiej rachujemy, przeszło pół miljona narodu. Tak ino na licząc. Bo kieby się tak powiatami wieś za wsią pospisywało, to możeby się łacwo i miljon znalazło. Od Karpat ruskich po Śląskie, Beskidy — od Lubogoszcza mszańskiego po Tatry — mrowi się naród góralski, podobnej gwary, obyczaju, stroju i kultury. Śpiż cały, jako i dziedzin większość na Orawie — tożsamo nascy górale. A centro tego wszystkiego: Podhale. Tu duch góralski najżywiej się świeci. Stąd idzie hasło. Dlatego i Gazeta nasza przyjęła nazwę Podhalańska. Jest nas narodu mnogo, aleśmy są nieświadomi swych sił, roztraceni, jako te owce po uboczach — i nie wiedzący, gdzie, jak, ku jakiej stronie się miarkować. Nie wiemy nawet nic o sobie, o swej niedawnej przeszłości. — Nie wiemy, że tu na Podhalu były za pradziadów naszych zacięte walki o swobodę, że naród nasz góralski nie dawał się wziąć w niewolę, niósł się zawsze dumnie, a kiedy potrzeba zaszła, nierzadko Polsce stawał ku pomocy. — Dziś to pozabaczowano. Naród góralski rozsypany. Jedni za Madziarów się uznają, jako na Spiżu gdzieniegdzie, drudzy, jako na Orawie, za Słowiaków wnetby się poprzyznajali, przez to, że pośród nich siedzą, a insi wreszcie po Gorcach, Pieninach, biedą dobici, roztraceni, nie wiedzą nawet, jak się nazwać mają. Ten wszystek naród skupić, pod jednem hasłem Podhala zjednoczyć, iżby się ocknął ze spania, iżby się odgiął w swej dumie, wyprościł, iżby wyszedł na jaw Polsce, odrębny a współ-tworzący: to jest pierwszem zadaniem Gazety. Są też zadania inne, nie mniej ważne. Czem się naród góralski odróżniał od inszego po stronach ludu? Tem wszystkiem, co się na kulturę składa. Gwarą, obyczajem, strojem, sprzętem i budownictwem. Wszystko to odrębne, wysoce rozwinięte, swoje. Składały się na to wieki, praca dziesiątków pokoleń. — A to się dziś odmienia pomału, abo i zgoła zatraca. Gwarę się psuje, strój się zarzuca, sprzęt się staroświecki lekceważy, budynki nowe stawia się na modę pruską. Wnet może przyjść, jakby tak szło z roku na rok — i dalej — że się góralszczyzna gdzieś podzieje. Przeciw temu zalewowi obcych form i obcych rzeczy musimy się sielnie obwarować! Na swoim trwać, modę swoją staroświecką utrzymywać — a oświatę nabywać nie po to, coby swoje lekceważyć abo i całkiem zatracać, ale coby to właśnie jeszcze wyżej wyprowadzić! Tę sprawę — zachowania kultury swojej, rodzimej, i owszem rozwijania jej w coraz wyższe formy, iżby się stała, właśnie przez odrębność, prawdziwie bogacącą ogólną kulturę Polski — ma też w zadaniach swoich nasze pismo. Trzecie przed nami zadanie, może najpilniejsze, jest na opuszczonem polu ekonomicznem. Rzadko piękną jest ta ziemia, na której Bóg nam dał mieszkać. Z Polski, z całego kraju zjeżdżają ludzie do naszych gór, aby się cudom tym napatrzyć. Tatry, Pieniny, Gorce, wyniesienia Babiej Góry — tyle bogactwa piękności! I ta ziemia piękna, tylu cudami bogata, nie może nijak narodu swego wyżywić. Setki, tysiące najlepszej naszej młodzieży, gazdów sporo wędruje co rok do światu, za morza, tam w kopalniach amerykańskich tracą zdrowie, a tych, co w domu ostają, bieda jeszcze mocniej gniecie. — Widzi się, że niema wyjścia, że tak już musi być. A przecie znalazłaby się rada, jeno ją wszyscy wspólnie musimy szukać. Spójrzmy na inne kraje, Tyrol, Szwajcarję. Tam też góry, jeszcze większe, ziemi uprawnej brak, a przecie lud tam zamożny. Bowiem zrozumiał jedno: że, samojednie postępując, nic nie uzyska, jeno do biedy się wtrzepie. Zrozumiał dobro spólectwa. Mamy i my zaczątki tego w Kółkach rolniczych, Kasach Rejffeisena, ale to słabo się nieci. Spółki, zrzeszenia, kooperatywy rolne niech siecią gęstą obejmą wszystkie dziedziny, a wtedy naród przetrze oczy, potem mozołu zamglone, i ujrzy, że można jakoś inaczej gazdować. O tych sprawach życiowych będzie nasza gazeta stale podawać artykuły ludzi fachowych, duszą całą tej pracy oddanych. Toby było w krótkości najważniejsze. Znajdzie się jeszcze po drodze zadań więcej, które Gazeta nasza z ochotą podejmie. I za ocean trafi, do naszych braci tam pracą gnębionych, by ich skrzepić otuchą, że ich ojczyzna góralska tu nie śpi, ba się otrząśniona dźwiga i ku lepszej przyszłości sposobi. Tak więc rozpoczynamy pracę w Imię Boże, z ufnością, iże każdy, co się do góralskości poczuwa, przyjdzie nam z pomocą swoją: już to przez zaprenumerowanie Gazety i rozszerzanie jej pośród znajomych, już to przez pisanie do niej o wyżej podanych sprawach. Jak nas jest pół miljona, wszyscy powołani są do współpomocy. Bo tu idzie o naszą Rzecz.
O PRZYSZŁOŚĆ PODHALA
RZECZ WYGŁOSZONA NA II ZJEŹDZIE PODHALAN
W ROKU 1913 W CZARNYM DUNAJCU.
Już w zeszłorocznym referacie (O celach Zjazdów) podkreśliłem, że jedynym ludem historycznym w granicach Polski, który ma swoją własną, niezależnie od szlacheckiej Rzeczypospolitej, tradycję, jest lud Podhala. — Tu w tej ukrainie góralskiej, w dziedzinach jej nieludnych, w lasach i turniach Tatr znalazła przytułek, wygnana ze wszystkich ziem Polski, chłopska swoboda. Znalazła tu rasę ludzką jakby stworzoną dla siebie, znalazła obrońców swych aż do śmierci, rycerzy swoich. — Wszystkie też walki w przeszłości Podhala, jakich pamięć nam podana, prowadzone były za swobodę. Po wierchach zapalały się zwołujące wici, płomień buntu wybuchał, gdy tylko zagrożenie wolności i swobód stawało u chłopskich dziedzin. Że nie sama pochopność do buntu, ale istotnie swawola starościńska była najczęściej przyczyną tych chłopskich poruszeń, dowodem n. p. fakt, poprzedzający rebelję przeciwko Komorowskiemu, że 53 wsi nowotarskiego wnoszą przeciw temuż staroście jednobrzmiącą skargę o zdzierstwa i bezprawia do kancelarji królewskiej w Warszawie. Te krzywdy, dotkliwie przez lud odczuwane, zamachy na swobodę względną i bezprawia, jakoteż lecące powietrzem wieści o wyswobodzeniu z niewoli możnowładczej ludu ukraińskiego roznieciły w roku 1651 groźną watrę buntu na Podhalu. Potęgowały ją manifesty Kostki, rzucone z zamku Czorsztyna. Rozszedł się pożar, ogarnął całe Podhale, ba, całe niemal województwo. Od Bieszczad, Reglec, z poza Sącza, od granicy śląskiej, od Zatora wyszły wsie całe z wójtami na czele, i tu się zgromadziło wszystko, w Czarnym Dunajcu. Sołtys czarnodunajecki, Łętowski Marszałek, sprawiał te liczne zastępy. — A kiedy Kostkę Napierskiego wraz z Łętowskim zdradą w Czorsztynie ujęto i w Krakowie stracono, przytychła watra powstania, lecz nie zgasła. Mniejszym lub większym płomieniem pali się jeszcze przez 20 lat! W czternaście lat potem czytamy jeszcze w relacjach podstarościńskich o chłopach, „którzy w kilka tysiąców po lasach się gromadzą, kusze sobie jakieś drewniane niby harmaty poczyniwszy, śmią regularnemu wojsku opór stawiać, chorągwie na stanicach będące w pień wycinają, i niemasz sposobu ich ukrócenia”. Niemałą rolę w przeszłości Podhala odegrało też zbójnictwo. Nazwą tą nie obejmujemy t. zw. opryszków, osobników złodziejskie mających instynkta i nic ponadto, którzy tu jako i gdzieindziej się trafiali, i dziś nie są rzadkością w nowoczesnych państwach. Tych lud sam tępił i krótko się z nimi sprawiał. — Zbójnictwo na Podhalu miało swe właściwości, zależne od położenia ukrainnego tej ziemi jakoteż od natury tego ludu. Rodziło się częstokroć ze zbytku sił, z młodzieńczej nieraz brawury. „Młodzież wybiegała za Tatry, podobnie jak Kozacy ze Siczy, bawiła się tym rodzajem rycerstwa, które w oczach ludu nie miało nic zdrożnego” (Kubala), zyskiwało nawet poklask ogólny, hyr, jeśli się przejawiło w jakim śmiałym czynie. A często też było buntem jednostkowym przeciw narzuconym prawom lub protestom pozostałych z rozbitych powstań band. Tak n. p. owe gromady, wyszłe z wójtami na czele czasu powstania Kostki, nie wróciły już do wsi swoich, obawiając się pomsty wracających z wyprawy beresteckiej panów; wsi te zaludniano później osadnikami niemieckimi i po rozbiciu powstania gromady owe dzieliły się dla łatwiejszego przemykania się przed pościgiem na coraz mniejsze bandy i, żyjąc prawem zbójnickiem, długo tłukły się po górach. — Po rozbiorze ziem polskich zbójnictwo było znów protestem natur swobodnych przeciwko obcemu jarzmu; odnawiało się z dezerterów z wojska, uciekinierów od poboru, którzy w niedostępnych pustaciach Tatr szukali schrony przed nienawistnym przymusem. — Przychodzi tu na pamięć sępie zaiste życie jednego z takich ostatnich, Tatara, zwanego także Myśliwcem, który 50 zim całych sam jeden jako ten palec w jaskiniach tatrzańskich przeżył; ognia nawet nie paląc, by go dym nie zdradził. W połowie ubiegłego wieku gaśnie zbójnictwo na Podhalu. Energię, która je rodziła, kierują nowoczesne formy życia ku innym praktykom, często niestety znacznie mniej „honornym”. Jeszcze jedna watra zbiorowego buntu wybłysła w drugiej połowie zeszłego stulecia na Podhalu: ruch chochołowski — którego rocznicę święciliśmy po raz pierwszy tej zimy. Jak widzimy — cała przeszłość Podhala jest jednym ciągłym buntem o swobodę. Słyszymy też to wyraźnie w najprawdziwszym wyrazie duszy ludu — w pieśni. Ton góralskiej staroświeckiej śpiewki wyraża bunt. Więcej on mówi z przeszłości, niż cała książka spisana. Wystarczy posłuchać gęślików, wczuć się duszą w starodawną nutę — by wyrozumieć przeszłość. A i w innych dziedzinach życia, które wyrażają kulturę umysłową i uczuciową rasy, spotykamy w przeszłości Podhala niezwykle wspaniałe cechy. Pierwsi podróżnicy, którzy tu bawili, stwierdzają szczególną wykwintność towarzyską i bystrość umysłu tych górali, którzy, nietknięci jeszcze niwelacyjną „cywilizacją” żyli podług norm starego obyczaju i dawnej, nieruszonej, swoistej kultury. Zdumiewają się spotkaną u tych pół-lordów, pół-pasterzy „wytwornością obyczajową, lotnością inteligencji, zdolnością wnioskowania, świetnem formułowaniem myśli — całym splotem najcenniejszych przymiotów umysłu i obyczaju.” (Witkiewicz). Genialność tej rasy przejawiła się też w formach pięknych, które dziś możemy oglądać: w sprzęcie i w budownictwie. Dawny sprzęt górala — stół, półka, łyżnik, czerpak, czy też inny, który sam sobie w chwilach wolnych strugał — jest dowodem rzadkiego poczucia piękna, wykwintnego smaku, dużej kultury estetycznej twórcy. A co do budownictwa na Podhalu — dawna chałupa góralska, wzór niejako, ma już ustaloną sławę. Logiczność jej drzewnych spojeń, proporcje, piękno konstrukcji, dozwoliły rozwinąć ją i wydźwignąć (czyn genialny Witkiewicza) do wspaniałej willi. Nie byłby pełnym obraz kultury przeszłości, gdyby się pominęło najbardziej charakterystyczne: strój i gwarę. Strój odpowiedni swym celom, piękny, malowniczy — gwarę o właściwym, swoistym rytmie, pełną porównań, obrazową i — jak widzimy z tworzonych w tej gwarze arcydzieł sztuki — żywą, podatną do rozwinięć. Jednem zdaniem: w przeszłości tej orlej, buntowniczej rasy widzimy bogate umysłowe i uczuciowe cechy, pełną, swoistą, odrębną kulturę, zdolną do samoistnego trwania i rozwoju.
✽
Cóż powiedzieć o współczesności na Podhalu?.. Znaną ona nam aż nadto, i zapewne niewielu jest czujących synów Podhala, którymby się nie stała przykrą lub bolesną. W zetknięciu z chorą kulturą miast, o pozorach wyższości, psuje się stara kultura Podhalan. Tworzą się w niej szczerby i szczeliny, któremi sączy się w dusze, nieumocnione oporem, niwel rozkładu. — Te cenne przymioty umysłu i obyczaju, które pierwsi zwiedzacze Tatr spotykali u dawnych Podhalan „życie współczesne przerabia na małoduszność, tchórzostwo, dwulicowość, prowadzące do smutnych zawodów przy wszelkich sprawach społecznych, których rozwiązanie zależne jest od charakteru jednostek. To, co było niegdyś ową podziwianą u górali przez Staszyca grzecznością, staje się tchórzliwem staraniem się, by nie wejść w kolizję z tym lub owym autorytetem. Dawna wytworna obyczajowość wyradza się w małoduszną hipokryzję. Obyczaje coraz bardziej grubieją i prostaczeją”. (Witkiewicz). Psuje się stara kultura, psuje się dawny obyczaj, niszczeje szlachetna rasa. Wiele czynników na to się składa; w dużej mierze i szablon oświaty, urabiający dusze młodych góralczyków według schematu, a nie zdający sobie sprawy z odrębności rasy, jej cech szczególnych i zadań, jakie ma na zagonie ludzkości do spełnienia. „Gdyby n. p. hodowca roślin — powiada Witkiewicz — zmuszał palmy, róże, fiołki i ananasy róść i rozwijać się w warunkach kultury, potrzebnej dla sybirskiej rzepy, zapewne wszyscy uznaliby go za warjata — niemniej hodowla ludzi odbywa się w ten właśnie sposób. Podczas kiedy w hodowli zwierząt domowych stosuje się najtroskliwiej obmyślany i ściśle do celów życia przystosowany sposób postępowania, z ciągłem uwzględnianiem właściwości i przeznaczenia danych osobników, w hodowli ludzi niema o takiej staranności mowy. — Nikt nie ściga się na perszeronach ani na koniach piwowarskich, jak nie zaprzęga do wozu pełnej krwi wyścigowca ani używa do kręcenia kieratu arabskich źrebców i wszyscy wiedzą, że byłby to nonsens, że byłoby to niszczeniem ras, niszczeniem ich szczególnych przymiotów, przez które są właśnie pożyteczne — ale z ludźmi takich ceremonij się nie robi”. To też szablon niwelacyjny przenika warstwy dusz góralskich, rozpuszcza jak kwas mydlany ich właściwości rasowe i pozostawia wiotkie dusze, wyprane z cech oryginalnych. — Zrozumiałem jest, że na takim nijakim podłożu krzewi się bezcharakterność, największa nędza duszna współczesnego ludu na Podhalu. Spotyka się ją masowo we wszystkich dziedzinach tutejszego życia, tak w życiu rodzinnem, towarzyskiem, jak w handlowych działaniach, jak w polityce. — Zdarzyło się mi słyszeć, jak jeden z wybitniejszych chłopów, zajmujący się polityką, prawił: „Były — powiada — wybory na posła do parlamentu. My mieli swojego upatrzonego kandydata. Za nim my sie ogłosili i ta my se już postanowili zacięcie, jeze niech co chce padnie, niech nas na kostecki porąbią, posiekają, to go nie opuścimy do końca. Staneni my jak mur! No i dobrze. Przeszło jedno głosowanie, drugie — widzimy, ze nie wytrzymiemy — tak my sie... zwyrtli. Idziemy do przeciwnego kandydata: Zróbmy — mówimy — unią...” Takich Unionistów, Zwyrtaców jest na Podhalu niemało. A tak zwane „wyższe sfery”, z któremi się lud styka? Te nie dają mu nic dobrego, bo poprostu nie mają co dać. Co najwyżej rozwój pewnych pojęć. Ale wiemy, że przyrost pojęć nic nie przynosi dla duszy, jeżeli nie idzie w parze z kulturą wyższych uczuć, na których wzrasta charakter. Przynosi tylko ułatwienie łapczywości, wkłada niejako lepszą broń do ręki przy współzawodnictwie łakomych instynktów. Taka to oto ta nasza kultura. Zbarbaryzowanie współczesne zalewa wszystkie dziedziny życia, nie omijając i sztuki. Szablon wszechwładny krzewi się i w budownictwie, w tem oku złotem kultury podhalskiej. Złe naśladownictwo, bez żadnej logiki w formach, w konstrukcji rozszerza się i znajduje uznanie powszechne: jako niby „styl zakopiański”. Sumując choćby tylko te zauważenia: widzimy z trwogą we współczesnem życiu na Podhalu zatratę cech oryginalnych, właściwości rasowych, tak w życiu jak i w sztuce. Jeżeli tak dalej pójdzie, to czeka rasę podhalańską zupełne zniwelowanie. Po jakimś czasie stać się może, że będzie w dolinie tej masa ludności, ot, szarej — nie będzie już Podhalan.
✽
Jakież wskazania na przyszłość nasuwają się myśli strwożonej, by nie dopuścić upadku Podhala, lecz owszem z mielizny je współczesnej wydźwignąć i ku sławie, należnej dzięki zaletom rasy, doprowadzić? Przedewszystkiem winien powstać odpór przeciw temu, co atakuje mateczniki kultury rodzimej. Więc odpór przeciw szablonowi we wszystkich dziedzinach życia, walka z niwelacyjną cywilizacją miejską, narzutową — w nas i nazewnątrz. Dalej, winien być wywarty nacisk sielny na przywrót obyczaju dawnego — w wyższej formie, zastosowanej do wyższych współczesnych wymagań — tak, by ta kultura obyczaju, nie odgradzając chłopa od inteligenta, stała się wspólną wszystkim Podhalanom. Powinna być podjętą niejednakowa praca nad przywróceniem i rozwojem zaniedbanych lub usuniętych przez szablon współczesny starych form sztuki rodzimej. — Tu na Podhalu, zwłaszcza w Zakopanem, gdzie jest „Szkoła przemysłu drzewnego”, gdzie jest sporo wyjątkowo uzdolnionych stolarzy, niema ni jednej dla wyrobu stylowych mebli na większą skalę zamierzonej Spółki stolarskiej. Czyż to nie wstyd dla Podhala, że ukończeni uczniowie wymienionej szkoły, nie mając pola do pracy w swym zawodzie, imają się fiakierstwa lub, jak się w kilku wypadkach zdarzyło, poddzierżawiania karczem? Dalej powinny być podjęte nieprzerwane, uparte starania, by Podhale zabudowywało się z jakąś myślą przecie, podług niefałszowanych wzorów rodzimego stylu, by i w tem licu miało swój charakter, swój rdzennie własny a nie szablonowy albo, jak się przytrafia, zgoła już ohydny wyraz. Zwłaszcza instytucye samorządowe na Podhalu, zamierzające budowle, winny tu dawać przykład. Powinno też być przedsięwzięte, pilniej niż dotąd, kultywowanie języka i przekazanych nam w pamięci ludu pieśni, melodyj. Tylko na stopniu bardzo niskiej kultury muzykę świecką uważa się jako coś niepoważnego, służącego do zabicia czasu, do okrasy festynów lub tańca. By ją uprawiać i rozwijać jako sztukę piękną — przez myśl nie przejdzie, nie to chłopom, ale i mało-miejskiej inteligencji, a przecież muzyka najwierniej może wyraża charakter rasy, w której się zrodziła, jest niejako wyspowiedzią duszy plemiennej — i dla rozwoju uczuć ma wielkie znaczenie. Wreszcie powinno się skupić wszelkie odpowiednie siły dla wydobycia tej krainy z nędz materjalnych i podniesienia jej do warunków współczesnego życia. Tu współczesność nie byłaby psuciem, ba pomocą orjentacyjną. A na tem polu Podhale daleko jest w tyle za innym. Uprawia swój jałowy zagon wśród ludzkości siłą zwyczaju, jak straceniec, bez uwagi na to, co się dookoła dzieje. Nowoczesne warunki wymagają niezbędnie zmiany sposobów, tak uprawy roli, jak i wytwarzania przedmiotów handlu. Już się kopaczką skarbu nie dokopie. Spółki, zrzeszenia gospodarcze, wytwórcze i konsumowe, związane z czasem w jedną wielką kooperatywę, obejmującą całokształt życia rolnego i przemysłowego na Podhalu — oto zadania na najbliższą przyszłość. W tym celu walka z tak pieniącemi się, jak te chwasty w owsie na Podhalu, , łakomstwem, łapczywością, zazdrością, z wszelkimi instynktami niespołecznego egoizmu, jest jedną ze spraw piekących, choć najmniej zachęcającą. Te powyżej wymienione wskazania na przyszłość są to konieczności pilne, jak opatrunki choremu, by gangrena zatraty nie rozeszła się po organizmie. Lecz aby te zadania móc ze skutkiem przedsięwziąć, nasuwa się jako najkonieczniejsze: walka o charakter. Bez charakterów, na których można fundować, nic się nie zrobi. Praca to Herkulesowa, trudniejsza niż zaśmiecona stajnia Augiasza. Nie tak to łatwo ludzi zmienić. Prawie niepodobieństwem się wydaje. A jednak trzeba. Aby lud podhalański wyrwać z młyna szablonów współczesnych, mielącego dusze i wszelkie zamysły dobre na otręby — aby mu dać charakter, trzeba coś niezwyczajnego duszom tym ukazać, coś, co je wstrząsnąć musi — i jakby na nowe życie — ze spania obudzić. Cóż to być może? Zapewne — ani artystyczne usiłowania, ani moralne zabiegi, ani społeczne prace, ani inne podobnie wysokie zaczyny. Wszystko to są, jak my wyżej uzasadnili, konieczne zadania, i — jeśli Podhale niema zniweczeć doznaku — spełnić się je musi, ale — nie łudźmy się: — w duszach one przemiany nie sprawią. Ani oświata, jak ją pojmują ludzie dobrzy, ani gadanie o Polsce, której szlachecka tradycja jest daleką tutejszemu życiu. Musi się stawić coś mocniejszego na oczy, co ten cud odrodzenia sprawić może. Dlaczego wobec staroświeckiej nuty krew w Podhalaninie poczyna się burzyć?... Oto uderzył w strunę jego uczucia ton przeszłości. Ten ton odrębny przeszłości wydobyć — rzucić go na ekran przyszłości jako hasło — oto, co sprawić może odrodzenie. Czy rozumiecie mię, panowie?... Dumę przeszłości Podhala wydźwignąć z poniżenia i uczynić ja własną dumą. Tradycja jest tą podwaliną, na której wstaje gmach przyszłości. Plemię bez tradycji żyć nie może, zamiera. Podhale jest w tem szczęśliwem położeniu, że o przyszłość swą może się pokusić. Jeśli Podhale ma się wyrazić w historji przyszłej, to musi stać się odrębnem — jak było — podniesionem o cały ton czasu...
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Wskazania.
