Read here

Doktor Przybram

Bruno Winawer · 1924 · Free in the US

47,882 words · about 3 h 21 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1924 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Doktor_Przybram&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Bruno Winawer
Language
Polish
Published
1924
Length
47,882 words · about 3 h 21 min
Sections
18 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (18)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 41 min
  3. I about 2 min
  4. II about 8 min
  5. III about 4 min
  6. IV about 8 min
  7. V about 7 min
  8. VI about 9 min
  9. VII about 7 min
  10. VIII about 7 min
  11. IX about 5 min
  12. X about 5 min
  13. XI about 8 min
  14. XII about 6 min
  15. XIII about 9 min
  16. XIV about 6 min
  17. XV about 4 min
  18. XVI about 6 min

Continue:

Front matter

BRUNO WINAWER

Doktor

Przybram

całość

BRUNO WINAWER

Doktor

Przybram

Powieść

Księgarnia Bibljoteki Dzieł Wyborowych

Warszawa, Sienkiewicza 12

I.

SŁOWO ZACHĘTY DLA CZYTELNIKA.

Ludzie uskarżają się na to, że Nauka jest nudna. Stawiamy — utartym zwyczajem — na naszych placach publicznych pomniki wybitnym uczonym, ale w skrytości ducha uważamy ich za plagę naszych lat szkolnych, za widziadła straszne i bezcielesne, które zjawiają się w pewnej epoce naszego życia, podniósłszy palec do góry mówią tonem grobowym: kategoryczny imperatyw! albo zachowanie energji! albo e pur si muove! albo kwadrat przeciwprostokątnej! — i to rzekłszy, znikają. Rzecz dziwna! Nawet trzeciorzędny literat jest nam bliski, znamy go doskonale z podręczników i wykładów, wiemy, w kim się kochał, gdzie spędzał wakacje, policzyliśmy jego westchnienia i kichnięcia. Wywlekamy ze starych szuflad pożółkłe skrawki papieru i dorzucamy wciąż jeszcze do skarbnicy naszych wiadomości nowe dokumenty; list liryka, Igrekały do praczki, autentyczny przepis powieściopisarza, Iksicza, na sztukę mięsa przy kości... O odkrywcach i wynalazcach wiemy natomiast tylko tyle, że jeden chciał jechać do Indyj, a trafił do Ameryki, inny obmyślił czcionki, ów mówił sanskrytem, a tamten pisał logarytmami. Ludzie nauki nie mają poprostu szczęścia. Znamy tylko jeden utwór, którego bohaterem jest nawigator, Vasco de Gama (1469—1524), człowiek dużych zasług w dziedzinie geografji. Niestety — utwór ten to opera, Vasco de Gama śpiewa tu barytonem po włosku i znowu nikt nie rozumie, o co mu chodzi. A jednak... Przeczytaliśmy w ubiegłym tygodniu wszystkie popularniejsze powieści sensacyjne, ogołociwszy do szczętu pewien stragan przy ulicy Marszałkowskiej. Nie pojmujemy! Nie rozumiemy, dlaczego np. żywot znakomitego Przybrama miałby być mniej zajmujący od biografji dorożkarza Nr. 13, włamywacza Manolescu, Ludwiki Saskiej, Adolfa, Teresy, Nany, ex-cesarzowej Zyty, hrabiego Monte Christo, Pinkertona. Nie rozumiemy też, dlaczego o pewnym mopsie i o pannie służącej rozprawiają nam długo i szeroko na 160 stronicach bitego druku, kiedy o twórcy największego przewrotu w dziejach tego globu pisze Larousse: Przybram H. I. odkrył zimne płomienie. Urodził się. Umarł. Zresztą zob. płomienie (zimne). W artykule płomienie (zimne) znajdziemy kilka suchych faktów z fizyki, kilka nazwisk, kilka dalszych odsyłaczów — ale napróżno szukalibyśmy tam tego polotu, tego natchnienia, tego ognia , który bije z każdej karty powieści o dorożkarzu. Ktoś najwidoczniej skrzywdził Przybrama. Źle dlań usposobił publiczność, wmówił w czytelnika, że mała Fifi jest ciekawszym tematem, niż wielki odkrywca. Nieprawda! Veto! Przekonamy się niebawem, jak dalece romantyczny był żywot tego człowieka, jak bardzo obfitował w momenty dramatyczne. Co prawda — pewne szczegóły musieliśmy ubarwić i dostosować do smaku łaskawych czytelników i zwolenników kina; niektóre luki — wypełnić fantazją własną, na inne narzucić wzorzysty, że tak powiemy, kobierzec wyobraźni naszych kolegów po piórze. Sądzimy, że naogół nie popełniliśmy nic zdrożnego i ożywieni najlepszemi zamiarami przystępujemy do dzieła.

II.

NĘDZA I LIST.

Miejscowość kuracyjna wyglądała — wieczorem zwłaszcza — jak spore, ruchliwe miasto, które ktoś sobie dla celów naukowych spreparował: odciął wszystkie zaułki, dzielnice fabryczne, podejrzane stare rynki, osiedla nędzarzy i zostawił jedną jedyną arterję — ulicę Główną. Odrazu, bez dłuższych wstępów, bez zbytecznych prologów toczyła się wprost z lesistego, ciemnego pagórka wdół, ku stacji kolejowej, kaskada jaskrawych witryn sklepowych, tarasów kawiarnianych, lakierowanych powozów, biegły dwa zalane światłem trotuary, wstęga szyldów i girlanda lamp elektrycznych. O kilka staj na lewo szumiały drzewa, jak na wsi, w górze wisiał strop niebieski z półksiężycem i Marsem, a tu — cieniutkiem korytem, w którem, logicznie rzecz biorąc, powinien był szumieć strumień albo potok, płynął raptem w świetle reflektorów pstrokaty tłum panów, odzianych w tenisowe spodnie i włóczkowe kamizele, pań, owiniętych w pomarańczowe swetry. Jeszcze bardziej zdumiewające od optycznych były wrażenia akustyczne. W kawiarniach rzępoliły jazz-bandy, panowie zaś i panie przerzucali się, jak grono zwarjowanych profesorów szkoły Berlitza, słowami wszystkich narzeczy kontynentu. Mówiono po węgiersku, po czesku, po niemiecku, po polsku — a olbrzymi, szpakowaty jegomość (getry, monokl, faworyty à la Franciszek Józef), wydobywał z gardła jakieś tony basowe, które czasem brzmiały jak esperanto, a czasem, jak język Carmen Sylvy. Doktór Przybram (Hubert) chodził tego wieczoru krok w krok za sobowtórem Franza Josefa. Czuł się w tem pstrokatem zbiorowisku ludzkiem wogóle, jak ubogi krewny na wykwintnem przyjęciu, nie wiedział, co ma właściwie począć ze sobą i dlatego obierał zwykle na wzór pierwszego lepszego przechodnia, stawał przed temi samemi, co i jego trener, sklepami, wstępował do tej samej owocarni, kupował najmniej niezbędne rzeczy u tych samych kupców. Dzisiaj, idąc za duplikatem cesarza austrjackiego, nabył ostatni numer „listy przyjezdnych“ za koronę dwadzieścia. — Zostaje zatem — myślał — koron 350 i halerzy 50. Prócz tego mam pięć dolarów w portfelu i dwieście lirów włoskich w książeczce pasportowej. Rachunek w hotelu wynosi co najmniej koron. Jeżeli będę żył oszczędnie i rozsądnie — mogę istnieć trzy dni. Jegomość w getrach źle najwidoczniej zrozumiał zamiary podejrzanego osobnika w wyrudziałem palcie, który go prześladował od godziny. Obrzucił Przybrama spojrzeniem piorunującem, kiwnął na fiakra, podsadził pulchną damę o wybitnie karminowych ustach, umieścił ją na siedzeniu i pojechał kędyś w stronę kasyna czy hotelu „Excelsior“. Hubert pięknym gestem antycznym podniósł rękę i, nie zważając zupełnie na mankiet, który siła odśrodkowa wyrzuciła przy tej sposobności aż na jezdnię, pożegnał się krótkiem „Vale!“ z nieznajomym Rumunem. — Kto wie, czy pana jeszcze w tem życiu zobaczę. Kto wie, czy rozstrzygnę przed śmiercią pytanie, w jakiem właściwie narzeczu flirtował pan z pulchną i czarnowłosą damą, tudzież dlaczego jej usta są aż tak bardzo karminowe. Trudno... Nie mogę ja sam rozwiązywać wszystkich problematów świata. Nie będzie mnie, będzie kto inny. Wedle najnowszych obliczeń geologicznych dwa miljardy lat egzystował ten glob bez Przybrama — jakoś tam sobie będzie radził i dalej. Z „Café Utschig“ grzmiała już — jak co wieczór o tej porze — uwertura wagnerowska, z baru płynęły łagodne tony bostona, subjekt ze sklepu „Carnaval de Venise“ fałszował uporczywie piosenkę: „M-tak, dać drapaka do Argentyny...“ Hubert wyplątał się z tłumu, porzucił główne łożysko, stanął pod murem na bocznej ulicy, utkwił wzrok nieruchomy w napisie: „Okazja! wielka wyprzedaż koszul męskich! krawaty! kalesony!“ i postanowił pójść za pierwszą samotną osobą, która przetnie jego pole widzenia. Pierwszą samotną osobą, był chłopaczyna w malowniczem „jersey“, białych pantoflach i koszuli z wyłożonym kołnierzem. Wypadł z za węgła, podskoczył, uderzył kijkiem od golfa w blaszany szyld i dał nurka w ulicę Główną. — Cofam! — myślał samotnik w wyrudziałem palcie. — Nie będę uderzał kijkiem po szyldach. Nie dbam już o opinję ludzką, ale nie mogę się ośmieszać na trzy dni przed śmiercią. Czekajmy na numer następny. Numer następny wyglądał bardziej solidnie. Była to kobieta o dziwnie wydatnym biuście i dziwnie skrępowanej talji. Można też było dostrzec na pierwszy rzut oka, że jej rozlewne kształty przekraczają znacznie pojemność gorsetu. Hubert przeczekał kilka chwil i podążył za nią. Dama stawała przed każdą witryną, oglądała uważnie torebki skórzane i brzytwy, ananasy i wyroby z kości słoniowej, serwisy porcelanowe, miotełki i wieczne pióra. Głównie zaś dbała o to, żeby każdy jej krok był elastyczny, każde przegięcie głowy i kibici rozkoszne. Za restauracją Hammerschmidta skręciła na lewo i uśmiechnięta, jak poranek majowy, weszła do kawiarni Teatralnej. — Ma rację, — pochwalił ją w duchu Przybram, — ma zupełną rację. Kawiarnia! To jest teraz ów dom i przytułek dla nas — wydziedziczonych i wieczyście samotnych. Tuby Juljusz Cezar snuł swe plany, gdyby dziś chodził po świecie, i tuby Marek Aureljusz układał aforyzmy. Tu kreśliłby na mapach Kolumb tajemnicze znaki i tu, żonglując solanką, odkryłby Newton prawa ciążenia... Szkoda, że tych panów nie zastanę tam — wewnątrz — ale w każdym razie nie będę sobie odmawiał kawy w przeddzień wypadków tak doniosłych... Pchnął drzwi oszklone, siadł co prędzej na pluszowej kanapie przy wejściu. Zdarzało mu się bowiem w ostatnich czasach, dość często, że, kiedy zbyt długo rozglądał się po lokalu, pani bufetowa ni stąd ni zowąd, odzywała się doń łagodnie: Jałmużnę dajemy tylko w poniedziałki i piątki. Dziś mamy dopiero czwartek. Przybrał tedy podstawę, pełną godności, puknął kościstym palcem w marmurowy blat stołu: — Przyniesie mi pan — rzekł ostro do kelnera — filiżankę kawy, atrament i papier listowy. Atrament i kawa mogą być czarne. Kolor papieru nie gra roli decydującej. W kawiarni było pusto. Nudziły się gazety na długich kijach, ziewał pan „płatniczy“, przebierając dla wprawy palcami w skórzanej torbie, w chował bilon. Tylko mała dziewczynka, roznosząca zazwyczaj ciastka, położyła jakiś „witzblatt“ na tacy z makaronikami i zaśmiewała się, zasłaniając dla przyzwoitości usta dłonią. Pod oknem siedziała elastyczna dama o wydatnym biuście. Należała widocznie do składu miejscowego teatru operetkowego. Rzucała powłóczyste spojrzenia na Przybrama, na płatniczego — szczebiotała przytem bez przerwy z pewnym grubszym panem, do którego mówiła stale „dyrektoruniu“. Bił od niej wdzięk połączony „Hrabiny Maricy“ i „Słowika Hiszpańskiego“. Mimo to dyrektorunio wlepił oczy w przestrzeń, ssał cygaro a mięsiste wargi zacisnął tak, że tworzyły bardzo wypukły nawias, zwrócony końcami ku dołowi. Rozmowę podsycał jednym tylko krótkim wyrazem „no?“ — Przychodzę do domu — terkotała diva, — kwiaty. Róże! Olbrzymie! Ponsowe! Takie! — No? — Ręczę panu, że pan takich róż w życiu swojem nie widział. I zawsze ta sama kartka: „Nie chcę Pani poznać osobiście, bo kto wie, czy się nie rozczaruję. — Wielbiciel“. — No? — Pan musi przyznać, dyrektoruniu, że ja tu mam szalone powodzenie. Wczoraj do domu piechotą, ale dowiedziałam się z pewnego źródła, że chciano mi wyprząc konie. — No? — Nie rozumiem, dlaczego Poldi ma większą gażę ode mnie. Pan czytał, co o moich występach pisze „Urzędowy dziennik ogłoszeń“?... — Tak — myślał Przybram. — Trzeba było zostać dyrektorem teatru. Ale cóż — mnie od lat dziecinnych pociągały dalekie kraje, białe miejsca na mapach. Chciałem być — mówiąc obrazowo — przemytnikiem, który się ciemną nocą przez granicę rzeczy znanych ku Nieznanemu przedziera. No i tak się jakoś dziwnie stało, że mnie na tej granicy los zaaresztował. Za trzy dni ostatniego halerza wydam — poczem zwracam dobrowolnie Naturze wszystkie atomy, wypożyczone chwilowo dla ukształtowania doktora Przybrama. Niech sobie idą do odwiecznej garkuchni — z czasem powstanie z nich nowa kombinacja, jakiś łopian, ptaszek albo bławatek. Nie mam pretensji, głupstwo, nie rozczulajmy się. Przełknął łyk kawy, zanurzył pióro w kałamarzu i na blankiecie firmowym (Theatercafé-Marienban-Marianske Lazne) pisał równo, czytelnie, spokojnie.

Mr. W. P. Morris, Instytut Fizyczny w Pasadenie, Kalifornja.

Panie, nazywam się Hubert I. Przybram. Piszę do Pana z drugiego końca świata, nie znam Pana osobiście, nie mam pojęcia, jak Pan wygląda i w jakim Pan jest wieku. Mam jednak odrobinę nadziei, że nazwisko moje nie jest Panu zupełnie obce. Pracujemy obaj w tej samej dziedzinie, zajmuje nas obu problemat zimnego światła, przypuszczam więc, że wpadły Panu w ręce moje pobieżne, tymczasowe notatki, które w czasopismach specjalnych (Phil. Mag., Zts. f. ang. Chemie, C. R., Am. Journal of Science, Proceedings-Amsterdam) ogłaszałem. Nie chciałbym zabierać Panu, Profesorze, drogiego czasu, nie stać mnie na ozdoby stylistyczne, w kawiarni, w której ten list piszę, patrzą już oddawna podejrzliwem okiem na obdartego i kompromitującego gościa. Pozwoli Pan więc, że krótko, źle, byle jak powiem, o co mi chodzi i dlaczego się zwracam do Pana. Zimnym płomieniom i sztucznym fosforom poświęciłem kilkanaście lat życia. Dwa czy trzy miesiące temu — dla łatwo zrozumiałych powodów — zmuszony byłem przerwać moje badania naukowe: w zrujnowanej Europie dzisiejszej brak środków na kosztowne doświadczenia. Eksperymenty tego rodzaju popierają zwykle państwa, instytucje, finansują je ludzie zamożni dla jakichś ambicyj lokalnych czy narodowych. Co do mnie — pracowałem w Wiedniu, a urodziłem się we Lwowie. Jestem trochę bezdomny i, jako cudzoziemiec, nie miałem nawet moralnego prawa do korzystania z wsparć i funduszów, przeznaczonych dla głodujących pracowników umysłowych w dawnej stolicy naddunajskiej. Krótko mówiąc — zrzekłem się posady w Wiedniu, spieniężyłem książki swoje i mikroskopy w nadziei, że jakieś zajęcie płatne sobie wynajdę. Nie poszczęściło mi się. Byłem zawsze źle przystosowany do życia, nie mam krewnych, pogubiłem gdzieś po drodze kolegów i znajomych. Jestem sam i — wedle obliczeń przybliżonych — za trzy dni wydam ostatniego centa. Postanowiłem przed upływem tego terminu do soli marjenbadzkiej, którą (licho wie dlaczego — jestem najchudszym kuracjuszem w uzdrowisku) pijam w rozczynie co rano, domieszać zawartość pewnej ampułki... Ale nie o tem chcę mówić. Etyka zawodowa — jeżeli ją dobrze rozumiem — i pewien niepisany kodeks honorowy nakazują uczonemu, aby, usuwając się na zawsze, przekazał wiedzę swoją i zdobyte w pracy doświadczenia godnemu następcy. Nie widzę na ziemi człowieka godniejszego od Pana, Profesorze. Aczkolwiek nawet tych kilkanaście koron, wydanych na znaczki pocztowe, skraca życie moje o kilka godzin — wysłałem wczoraj pod adresem Pańskim w paczce rekomendowanej moje dzienniki, bruljony i spostrzeżenia. Być może, że się mylę i, że te rzeczy nie mają żadnej wartości. Proszę mi wybaczyć — nie powodowała mną doprawdy fałszywa ambicja. Nie! Według mojego najgłębszego przekonania brak mi tylko jednego jedynego celnego uderzenia, aby wymusić na ciemnych siłach przyrody nowe . Dajcie mi zaczerpnąć powietrza na jeden głębszy oddech... — dosyć. Za późno. Z papierów i diarjusza domyśli się Pan, o co chodzi. Jeżeli znajdziemy pewne coś — w moich manuskryptach: „radiator X“ — stworzymy odrazu nowe rezonatory drobinowe, potrafimy zamienić byle furę bezużytecznego gipsu na substancję cudowną, która w dzień pochłaniać będzie i gromadzić energję słoneczną, aby następnie nocą rozpalić się samorzutnie i rozbłysnąć jasnym zimnym płomieniem. Wykradniemy — nieodwołalnie i ostatecznie — światło zazdrosnym bogom. Będzie tańsze od kupy przydrożnego żwiru, wiatr je będzie roznosił, jak roznosi piaski na pustyni. Każdą chałupę wiejską, każdą lepiankę obdarzamy workiem białego proszku, który — wystawiony w dzień na działanie słońca — nocą świecić będzie mocniej, niż lampa łukowa i reflektor teatralny. I uwolnimy znów tysiące rąk, skierujemy wysiłek ludzki i energję dynamomaszyn ku nowym celom... Mówię „my“ — chociaż ja tej chwili nie doczekam. Wierzę natomiast, że Pan będzie szczęśliwszy ode mnie. Przesyłam Panu, Profesorze, do słonecznej Kalifornji, przez oceany, których nie widziałem i nigdy nie zobaczę, przez lądy i morza — pozdrowienie ostatnie.

Post scriptum. Gdyby Pan — dla zorjentowania się w dotychczasowych wynikach — chciał przejrzeć mój materjał laboratoryjny (surowce, półpreparaty, odczynniki, fabrykaty próbne) — mam rzeczy ważniejsze w walizce. Powierzyłem ją pucobutowi w hotelu „Goldene Krone“. Człowiek ten nazywa się Balduf (Hans, bo jest i Feliks) — powiedział mi, że będzie jej strzegł, jak oka w głowie i wyśle ją Panu na każde żądanie. Mnie już na tę przesyłkę brak pieniędzy.

III.

PROBÓWKA NUMER TRZYNASTY.

W kawiarni Teatralnej zapalono tymczasem wszystkie lampy. Zaczynał się zwykły „przypływ“ wieczorny. Oszklone drzwi wejściowe odskakiwały z impetem raz po raz i jak pod naporem pompy tłoczącej, przelatywały przez nie do pustego przed chwilą lokalu luźne gromadki i zbite rodziny. Kiedy Przybram podniósł zmęczone oczy z nad karty papieru — miał w pierwszej chwili wrażenie, że patrzy na powierzchnię rzeki w okresie powodzi: prąd porwał rajery, koki, białe gorsy, kołnierzyki i niesie to od wejścia do bufetu i od bufetu do czytelni. Tylko jego stolik był przez dłuższy czas mielizną, którą spienione fale omijały starannie. Wreszcie — prawa przyrodnicze mocniejsze są snać od woli ludzkiej — i na ten brzeg samotny wartki nurt wyrzucił jakiegoś niedużego pana o bardzo dużej głowie i jakieś dwie otyłe, połyskujące brylantami, damy. Nieduży pan uśmiechał się łagodnie, mówił łamaną niemczyzną z kelnerem i uplastyczniał wszystkie cyfry, wysuwając, jak przy grze w morę, odpowiednią ilość palców: — Give me... Sie holen mir... one, two, three tea... one, two, sechs Zwieback... eggs und Butter. Verstanden Sie? Przybram wsłuchał się w rozmowę swoich przygodnych sąsiadów. Najlepiej zrozumiał słowa: sleeping, Monachjum, Norymberga, dwa dni, Hamburg, Lloyd, kabina, Southampton, Nowy Jork. — Dziwna historja — myślał. — Dajcie mi jeden kolczyk tej starszej damy, kilka pereł z jej naszyjnika, a zimne płomienie zapalę nad światem. Najgorsze, że babina, mimo pereł i brylantów, brzydka jest biedactwo, jak grzech śmiertelny. Cóż — nie mogę nieznanym ludziom proponować, żeby na moje ręce składali swoje kosztowności... A gdyby tak ten wesoły Amerykanin z dużą głową był właśnie profesorem Morrisem? Los jest taka wyrafinowana kanalja, że wszystkiego się po nim można spodziewać! I siedzimy tu, przy tym samym stoliku, rozstaniemy się za pięć minut, rozejdziemy w różne strony świata — on do Southamptonu, ja — w nicość, i nie dowiemy się nigdy, żeśmy oddychali tem samem powietrzem. Bo przecież nie mogę pytać pierwszego lepszego przechodnia, który mówi po angielsku, czy nie wykłada przypadkiem fizyki w Pasadenie. Stany Zjednoczone mają przeszło sto miljonów mieszkańców... Halt! jest sposób! Nabyłem przecie listę przyjezdnych za koronę dwadzieścia. Szukajmy! Amerykanie z grzecznem „thanks“ przenieśli się właśnie do większego, okrągłego stołu. Przybram wydobył z kieszeni zmięty druczek, rozprostował go starannie i czytał literę po literze, wiersz po wierszu. Serce mu biło, jak podczas egzaminu maturalnego: Margit Salomonowicz, Privat., Boston, Hotel Weimar. Ali Haidar Bej, Dipl., Kair, Hotel „Stadt Rom“. Nepalleck, Hofrat, Wien „Excelsior“. Kornel Kuzsik, Kauf., Jaffa, „Zwon“. Manuel Rodriguez Papel Higienico, Bilbao, „Hannover“. Lucyna Messal, Warszawa... Dalej figurowały w rubryce stały pobyt: Addis Abeba, Hajdunanas, Ateny, Marmarosz Sziget, Kutna Hora, Radom, Keczkemet, Bukareszt, Łódź, Middlsbourough, Kaliakra, Zgierz, Morro Nuevo, Nowy Sącz, Civita vecchia... Kalifornji, a tembardziej profesora Williama Morrisa nie było na liście... Fonetycznie wyglądał, bodaj najlepiej w tym spisie wiersz, który brzmiał jak fanfara. James Castiglioni, markiz di Bassano, Brno, Hotel „Impérial“. Rytm tego frazesu ogromnie się podobał Przybramowi. Wychudły docent poruszył blademi wargami, wyszeptał: James Castiglioni, markiz di Bassano, Brno, Hotel Impèrial, napisał to zdanie kilka razy na marmurowym blacie. Próbował wyobrazić sobie, jak człowiek o tak dźwięcznem nazwisku wygląda, co robi, i gdzie będzie za dwa lata. Zastanowił się też przez chwilę, czy nie wartoby mu posłać — za ostatnie grosze bukietu ponsowych róż z napisem „moriturus te salutat“. Kiedy wyszedł z kawiarni — pusto już było nawet na ulicy Głównej. Jaskrawe ślepia witryn sklepowych przygasły i tylko czerwony Mars palił się jasno na niebie, jak latarnia w podejrzanym zaułku. Przed barem stał wózek dwukołowy z transparentem, na którym wymalowana czarna ręka wskazywała łaskawie przechodniom najbliższą drogę do „Maxhofu“ — Bal paré! Dancing! Tabarin! Chat noir! Kwartet smyczkowy! Ceny przystępne! Jakaś postać, owinięta w czerwony błyskotliwy płaszcz, minęła Przybrama, rajery musnęły go po twarzy, zapach mocnych perfum uderzył w jego nozdrza i spojrzenie podczernionych oczu przeszyło go nawskroś. „M-tak, dać drapaka do Argentyny“ grzmiał zakatarzony baryton przez drzwi uchylone. — Nie. Nie jestem im potrzebny. Ani ja, ani moje zimne płomienie — rozmyślał Przybram. — Trzeba było zostać baletmistrzem i skomponować drapaka do Argentyny... Wrzucił list do skrzynki pocztowej pod Kolumnadą i ciemną dróżką, która biegła od kramów do placu kościelnego, wrócił do hotelu. „Pod złotą koroną“ spali już wszyscy. Okna były ciemne, tylko w oficynie poprzecznej, w , położonym akurat nawprost numeru jedenastego — ciemnej klitki, w której od trzech tygodni rezydował Hubert — paliło się światło. Jakaś figlarna, tęga osoba w krótkiej koszulinie krygowała się przed lustrem, przymierzając czerwoną bluzkę batystową, najwidoczniej niedawno nabytą w sklepie. Z trzech póz zasadniczych: a) prawa ręka na biodrze, lewa podniesiona do góry, b) prawa lekko puszczona, lewa na biodrze i c) obie ręce wolno, kibić zlekka przegięta, prawe ramię naprzód — Przybramowi najbardziej podobała się ta trzecia. Nie mógł jednak zawiadomić o tem damy z przeciwka. Siedział po ciemku — w obawie, że ją spłoszy. Nałożył binokle, oparł czoło na zimnej szybie i myślał, że widok tej czerwonej bluzki na wydatnym torsie będzie może ostatniem jego mocniejszem wrażeniem. Wkrótce już uśpionych nerwów żaden kształt ani kolor nie poruszy, wkrótce już zimne gałki oczne będą patrzyły, nie widząc... Wkrótce? Dlaczego właściwie odsuwać tę chwilę tak daleko? Co kto zyska na tem, że obdarty doktór Przybram będzie się błąkał po żwirowych ścieżkach i asfaltowych chodnikach tej nudnej mieściny? Że zje trzy razy po dwie bułki z masłem, przeczyta dwanaście gazet, nakręci dwukrotnie zegarek kieszonkowy i zdejmie cztery razy buty po to, aby je nazajutrz zasznurować nanowo? List wysłał, kilka słów pod adresem władz miejscowych napisać może po ciemku, ołówkiem, na kolanie... O cóż więc chodzi? Przybram wstał, pokręcił się po pokoju, sięgnął do starej torby podróżnej. Wyczulone w długoletniej pracy laboratoryjnej palce trafiły odrazu na probówki szklane i jęły je przesuwać delikatnie, pieszczotliwie, łagodnie. — Numer pierwszy, drugi, trzeci — baryty. Numer czwarty, piąty, szósty — stront, numer siódmy, ósmy — wapień... Teraz — roztwory metalowe w zalakowanych tubkach... Jest! Numer trzynasty... Korek szklany, zatopiony parafiną. To. Nalał wody do szklanki, wprawnem uderzeniem rozbił probówkę, położył się na krótkiej kanapce. — Dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy — liczył wolno. — Teraz już chyba roztwór jest nasycony. Dwadzieścia cztery... Ciecz miała smak dziwny. Rozpuszczona kreda? Proszek do zębów? Węgiel drzewny?

IV.

CASTIGLIONI.

Nazajutrz był dzień rozkoszny, ciepły, słoneczny i deptak pod Kolumnadą zalała od rana ciżba tak gęsta, że nawet mrówka, wyolbrzymiona do postaci ludzkiej, musiałaby oszaleć w tym tłoku i ścisku. Ci i owi kuracjusze próbowali — zgodnie z przepisem lekarskim — wędrować statecznie po linji prostej, od przeczyszczającego „Kreuzbrunu“ do żelazistego „źródła Ferdynanda“. Ale fala porywała ich natychmiast, miotała nimi, jak spieniony Malstroem miota szczątkiem okrętu, niosła ich od straganów z gazetami pod kiosk dętej, wygrywającej co tchu w płucach starego walca Waldteufla. Człowiek najtęższy stawał się tu poprostu molekułą, drobiną z kinetycznej teorji gazów, cząsteczką, która pod ciśnieniem kilku atmosfer zakreśla zygzakowate meandry, tłucze z impetem o inne drobiny, zbacza z drogi pod kątem prostym, nie tracąc zresztą energji pierwotnej. Nawet cadyk galicyjski nie mógł się tego dnia przedrzeć przez tłum śniadych Węgierek i stał ze świtą, odzianą w atłasowe chałaty, na marmurowych stopniach przy wejściu, gładził brodę i cmokał w zamyśleniu językiem o podniebienie. Około godziny jedenastej zawiesiste morze głów, stłoczonych przy „Kreuzbrunie“, zakotłowało się raptem gwałtownie, jak powierzchnia wody pod działaniem śruby okrętowej. Syrop ludzki skłębił się, zagotował, zabulgotał. — Proszę się usunąć! Proszę mi dać drogę! — usiłował ktoś mocnym, głosem przekrzyczeć walca Waldteufla. — Muszę biec na ratunek! Rozumiecie, panowie?! Chodzi o życie ludzkie! Z drogi! Pałeczka kapelmistrza znieruchomiała. Orkiestra umilkła nagle. Jakaś cisza niesamowita padła na tłum wielojęzyczny. Ścieżyną, z trudem wyoraną w tem zbiegowisku, pędził człowiek. Dawał nurka, jak pływak, tam, gdzie nie mógł rozbić przeszkody, odbijał się, jak piłka tennisowa, od sprężystych brzuchów osób korpulentnych i, nim ktoś komuś zdążył na pytanie „co się stało?“, wypadł na aleję, prowadzącą na placyk kościelny. Pod górą, na zakręcie błysnął między drzewami jego pomarańczowy „cardigan“, słońce zapaliło aureolę nad jasną, wypomadowaną głową i... Walc zadudnił na nowo, fale na deptaku połączyły się i zabulgotały jeszcze głośniej. Nikt sobie nie będzie przecież psuł kuracji dla jakichś tam wybryków. szybkobieg przeleciał obok hotelu Sterna, obok domu Goethego i dopadł wreszcie do niskiej bramy hoteliku „Goldene Krone“. Dzwonek elektryczny, nieprzyzwyczajony do dotknięć tak brutalnych, zabrzęczał głośno i przeraźliwie. — Halo! — Jest tam kto? Balduf! Balduf Hans, nie Feliks! Co u djabła! Przybysz chwycił za nogę stołek w podsieniu i jął nim z całych sił walić w ścianę. Pomocnik portjera, Balduf (Hans), miał czarne, sumiaste wąsy, przypominał zlekka pierwszego skrzypka z orkiestry cygańskiej, ale posiadał jednocześnie flegmę dyplomaty angielskiego. Był świadkiem różnych tragedyj w tem uzdrowisku: widział, jak ludzie gubią kwit bagażowy, jak siadają do fałszywego pociągu, ale nigdy dotąd nie słyszał, żeby ktoś wszczynał rwetes tak szalony i bił poprostu krzesłem o ścianę. Otworzył szeroko usta, patrzył ze zdumieniem na eleganckiego szaleńca i mierzył go wzrokiem od stóp na gumowych podeszwach (Crepe Rubber Soles) aż do czubka głowy, uczesanej z angielska. — Jestem. — Pan doktór Przybram??!... — Mieszka. A jakże, mieszka. Od podwórza. Pierwsze piętro, jedenasty. Trzy tygodnie już mieszka. Klucza w szafce niema — pan doktór jest w domu. Żeby aż taki hałas robić — przepraszam, że to mówię... — Ma pan klucz zapasowy od numeru ? Ma pan wytrych, ma pan łom żelazny pod ręką? — Wytrych? Łom żelazny? Pod „Koroną“? Pan nas ma za szajkę rozbójników. — Jestem James . Odpowiadam za wszystko! Weźmie pan tę maczugę — tę łopatę i popędzi pan ze mną pod numer jedenasty. Już! Hopla! Będziemy musieli prawdopodobnie drzwi wyważyć. Tylko cicho, spokojnie, żadnych krzyków, bo jestem bardzo nerwowy. Nie lubię gwałtu. Naprzód! Wątłe drzwi pokoju jedenastego po kilku mocniejszych szarpnięciach rozwarły się natychmiast. Na czerwonej, pluszowej serwecie stołu leżała kartka papieru, zabazgrana ołówkiem i kilka banknotów. Na podłodze, w kałuży wody, cieknącej z rozbitego dzbanka, pływał sterany, czarny kapelusz filcowy, resztki zwęglonych papierosów i kilka kołnierzyków. Z otwartej torby skórzanej płynęła białą kaskadą koszula nocna. — Jessas, Maria und Josef! — biadał Balduf, zrozumiawszy wreszcie, o co chodzi. — Musi pan zawiadomić policję. Spóźniłem się. — W liście pisze, że dopiero za trzy dni i... macie państwo. Nie lubię, ogromnie nie lubię, kiedy ludzie nie dotrzymują słowa! Przerażony Balduf wycofał się na korytarz i niskim, basowym głosem, w niezrozumiałym zresztą dialekcie — konferował z piegowatą pokojówką. Castiglioni usiadł na krześle, westchnął , wyjął z kieszeni list i czytał go uważnie po raz czwarty: „Mr. W. P. Morris, Pasadena, Kalifornja. Panie, nazywam się Hubert I. Przybram...“ Castigloni wyciągnął szyję, wspiął się lekko na palcach i badał ciekawem spojrzeniem wyciągnięte na głupkowatej, hotelowej kanapce zwłoki. Zniszczone, wydeptane, jasnożółte buty, chude nogi w czarnych wyplamionych spodniach, wyrudziałe palto, jakiś zielony krawat, zawiązany na supeł, mosiężna spinka, wygnieciony kołnierzyk. W bladej, źle ogolonej twarzy, istniały właściwie tylko mocne, gęste, czarne brwi i ciemne, głębokie, fascynujące oczodoły, które nagle... — Chryste Panie! — zerwał się Castiglioni na równe nogi. — Ten człowiek żyje! Przybram! Panie doktorze Przybram! — Jestem — rzekł denat jakby go wyrwano do lekcji. — Przynajmniej tak mi się zdaje. Usiadł na kanapce i, zmarszczywszy czoło, wpatrywał się w swego wykwintnego gościa. — Chwała Bogu! Brawo! Świetnie! — cieszył się Castiglioni. — Panie, i nic panu nie jest? Ręką, nogą, głową może pan ruszać, co? Może lekarza sprowadzić? — Nie trzeba. — Na kartce pan pisze „proszę nikogo nie winić“, tu znów jakaś szklanka z mętną wodą? Panie, nie ulega żadnej wątpliwości, pan tu jakieś głupstwo palnął! Pan się targnął... Jakiem prawem u stu djabłów? Jak pan śmiał? — Przepraszam, jestem u siebie. Wolno mi czynić, co mi się podoba. Targnąłem się — nie przeczę — zawsze to robię wieczorami. Dlaczego pan się wtrąca do moich spraw? — Ten list... — Jaki list? — List pan do mnie napisał! — Ja? Kto pan jest? — James Castiglioni... — James Castiglioni, markiz di Bassano, Brno, Hotel Impérial? — Właśnie! — Znam pana świetnie — z literatury meldunkowej. Czytałem pańskie nazwisko w spisie przyjezdnych. Zresztą — nic nie rozumiem. — Ja byłem dziś rano w tem samem położeniu! Otrzymuję w hotelu kopertę — do mnie adresowaną — otwieram... Ktoś mi prawi o rezonatorach, o zimnych płomieniach i wogóle nazywa mnie profesorem Morrisem. Mam dość pokaźną korespondencję, ale nikt do mnie dotąd się nie zwracał, jako do „Radiatora X.“! Chciałem to wrzucić do kosza, dopiero Nelli... — Co za Nelli? — Zaraz! Dopiero Nelli powiada mi: nie widzisz, że tu ktoś chce popełnić samobójstwo? Ratujmy go! Dobrze. Ratujmy. Pan będzie łaskaw włożyć kapelusik — idziemy na śniadanie. — Przepraszam pana... — Niema „przepraszam“! Najgorsze jest, że ludzie zawsze gadają tam, gdzie trzeba działać. Castiglioni biegał po pokoju, obijał się o stołki, o komodę, o idjotyczny hotelowy stół z trzeszczącym blatem, umieszczonym fatalnie na jedynej nodze. — W coby tu pana ubrać? Wszystko jedno. Musimy co prędzej stąd uciec. Zaalarmowałem całą ruderę — jeszcze nam policję na kark sprowadzą. Zacznie się dochodzenie, skąd, kiedy, dla jakich powodów. Truć się panu wolno przecież tylko w specjalnych zakładach gastronomicznych. To mówiąc, podniósł docenta doktora Przybrama, porwał go, jak wicher porywa nić babiego lata i ku zdumieniu sumiastowąsego Hansa i piegowatej Lotty, pędził z denatem po schodach, gwiżdżąc „drapaka do Argentyny“. — Es war ein Scherz, Hans! — wołał już z przedsionka na dole. — Kładę tu, na stoliku, klucz i pięćdziesiąt koron. Proszę tam wypisać rachunek! Zgłosimy się po obiedzie, o czwartej! Addio! Bufetowa z małej cukierenki „pod zegarem“ miała tego ranka widok dość zajmujący. W najciemniejszym kącie pustego o tej porze lokalu, między wejściem do kuchni i wieszakiem na ubrania, siedzieli dwaj panowie. Jeden we wzorzystej, najmodniejszej kamizeli, spiętej zamszowym paskiem, w amerykańskich półbutach na podeszwach z india-rubber, w popelinowej koszuli, — drugi... Nawet jako „morfinista“ w kinodramacie byłby zupełnie niemożliwy. Wszelka sztuka musi łagodzić okropności życia i nawet wykolejeniec, nawet osobnik upadły powinien mieć porządnie zapięty kołnierzyk. Bufetowa przez wąską lukę między stosem opłatków marjenbadzkich i nasypem z „murzynków czekoladowych“ patrzyła okiem przerażonem na obu panów i próbowała odgadnąć, o czem oberwus rozmawia tak poufale z bon-vivantem, dlaczego przeskakuje z języka francuskiego na niemiecki i z niemieckiego na angielski, dlaczego pokazują sobie jakiś list i jaka tu właściwie część sensacyjnego filmu rozgrywa się za ladą? — Dwóch rzeczy nie pojmuję — mówił tymczasem Przybram. — Po pierwsze: jakim sposobem wypisałem pańskie nazwisko na kopercie, po drugie: jakim cudem ja jeszcze żyję? Przecież ta dawka mogłaby zabić nawet słonia w ogrodzie zoologicznym? — Niech pan je, drogi panie, niech się pan o nic nie troszczy. Jakoś to sobie tam powoli wytłumaczymy. A gdyby nawet nie — wszystko jedno! Powiem panu szczerze, że rzeczy, których nie rozumiem, bardziej mi się podobają od tych, które rozumiem. Tu jest naprzykład pewien Rumun. Fascynująca osobistość. Nie wiem, czy on fałszuje w grze i chce wygrać, czy też lansuje fałszywe pieniądze i chce dobrowolnie przegrać... Ale gadam bez sensu — polecam panu te rogaliki, to ich specjalność. Przybram zjadł rogalik, trzy jajka w szklance, po wiedeńsku, wypił dwa melanże, zapalił papierosa „Abdulla“. Po raz pierwszy od lat wielu ktoś się nim opiekował, zwracał na niego uwagę. Zato, ilekroć próbował pchnąć rozmowę na tory filozoficzne, ilekroć usiłował zastanowić się głębiej nad przyszłością, Castiglioni przerywał mu natychmiast: — Pan ma wysokości metr siedemdziesiąt siedem. Numer kołnierzyka prawdopodobnie trzydziesty ósmy. Wie pan — to ubranie, które mi Nastupil skrócił, będzie dla pana w sam raz... Niech mi pan powie, dlaczego pan chciał takie głupstwo palnąć?! Pan jest przecie rozsądny człowiek. — Co to rozsądny! Nelli mi czytała list pański. Pan jest — jak to on się nazywał? — Prometeusz! Tak jest, niech pan nie zaprzecza — Prometeusz! Nelli mi na to zwróciła uwagę. Ogień z nieba — ja coś o tem czytałem. Mój kochany panie, dlaczego pan sobie życie odbierał? — Wyczerpałem poprostu wszystkie zasoby. Bankrut — kompletny bankrut... — Aha! To pan ma długi? — Nie. Nikt mi nigdy nic nie chciał pożyczyć. Uważam się za bankruta, bo postawiłem wszystko na niewłaściwego konia. Nauka? odkrycia? wynalazki? Dzisiaj? Poco to komu? Dziś chodzi o zarobek szybki i pewny. Ja jestem maszyną z innych czasów, nie opłacam się, nie wytrzymuję kalkulacji, spalam węgiel, a nie wykonywam pracy — postanowiłem więc samego siebie wyrzucić na szmelc... Myślę, że Prometeusz, o którym pan markiz raczył łaskawie wspomnieć, na mojem miejscu uczyniłby to samo. A może pan przypuszcza, że chodziłby na giełdę i usiłowałby przewidzieć, kiedy Cux‘y podskoczą i czy Standard-Oil spadnie na ultimo? Do czego ja się mam wziąć właściwie? — Bardzo rozsądne pytanie — rzekł Castiglioni. — Bardzo. Niech pan tedy uważa, panie doktorze. Weźmie pan ten klucz, pójdzie pan do hotelu „Impérial“, pierwsze piętro, numer szósty — ja tam zresztą do nich zatelefonuję. Tym kluczem otworzy pan szafę, a tym walizkę. Polecam panu gorąco garnitur marengo. Musi się pan przedewszystkiem zabrać do odświeżenia własnej powierzchowności. Reszta — to drobiazg. Kiedy mnie w życiu spotyka jakie nieszczęście, zamawiam nowe ubranie, albo idę poprostu do kąpieli. W wannie na 29 stopni znikają mniejsze kłopoty, prysznic usuwa zmartwienia. O drugiej czekam na pana w restauracji, u Sterna. Zajmę się tymczasem sprawami pańskiemi — nie będzie pan przecie wracał do tego nieszczęsnego numeru jedenastego. Ale! — tu jest trochę drobnych na wydatki nieprzewidziane. I — proszę — ten banknot. Pięć funtów angielskich. — Dziękuję panu... Nie wiem doprawdy, czy mam prawo... — Ma pan prawo. Prosta usługa koleżeńska. Ja też jestem wynalazcą: w barze „Monico“ w Wiedniu przyrządzą panu coctail à la Castiglioni — mój pomysł, oryginalny! Do widzenia! Niech pan pamięta: numer szósty, szuflada na lewo, garnitur marengo, o drugiej u Sterna, — pieniądze może pan zmienić w Escompto-Bank.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…