Read here

Człowiek o dwu twarzach

Robert Louis Stevenson · 1924 · Free in the US

44,640 words · about 3 h 8 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1924 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Człowiek_o_dwu_twarzach&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1924
Length
44,640 words · about 3 h 8 min
Sections
12 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (12)
  1. Powieść under 1 min
  2. Powieść about 1 h 34 min
  3. Powieść about 7 min
  4. Powieść about 11 min
  5. Powieść about 3 min
  6. Powieść about 6 min
  7. Powieść about 6 min
  8. Powieść about 6 min
  9. Powieść about 2 min
  10. Powieść about 17 min
  11. Powieść about 11 min
  12. Powieść about 25 min

Continue:

Powieść

ROBERT LOUIS STEVENSON

Człowiek

o dwu twarzach

POWIEŚĆ

przełożył Dr. B. Szarlitt

ilustrował

Jan Wołyński

Księgarnia Bibljoteki Dzieł Wyborowych

Warszawa, Sienkiewicza 13

SPIS RZECZY.

Powieść

ROBERT LOUIS STEVENSON

Człowiek

o dwu twarzach

POWIEŚĆ

przełożył Dr. B. Szarlitt

ilustrował

Jan Wołyński

Księgarnia Bibljoteki Dzieł Wyborowych

Warszawa, Sienkiewicza 13

HISTORJA O BRAMIE.

Adwokat Utterson był człowiekiem o niesympatycznej twarzy, której nigdy nie rozjaśniał uśmiech. Był zimny, małomówny, w rozmowie niezgrabny, a wszelką uczuciowość najstaranniej ukrywał. Mimoto posiadał w swej istocie coś nieokreślonego, co przyciągało. Zwłaszcza w gronie przyjaciół i przy kieliszku dobrego wina w oczach jego błyszczała jakby miłość bliźniego, która zresztą i w czynach jego najwyraźniej się objawiała. Wobec siebie samego był niesłychanie surowy, a aczkolwiek miał szczególne do teatru zamiłowanie, jednak od szeregu lat do żadnego nie chodził. Przy tem wszystkiem znany był z tolerancji wobec bliźnich i z gotowości spieszenia im z pomocą, nawet w wypadkach, gdy inni skłonni byli jedynie do potępiania. Oświadczał w takich razach dość dziwacznie, iż zdaniem jego „każdy brat ma prawo iść do djabła w sposób, uznany przez siebie za najlepszy”. W myśl tej zasady nie zmieniał też swego za- chowania się wobec ludzi, którzy znaleźli się na linji pochyłej, lecz przeciwnie, starał się być im podporą. Do przyjaciół przywiązywał się serdecznie. Im dłużej przyjaźń trwała, tem bujniej u niego rozkwitała. Jedna z takich przyjaźni łączyła go także ze znacznie od niego młodszym, Ryszardem Enfieldem, człowiekiem znanym w całym Londynie. Łamano sobie głowy nad tem, co tych dwuch ludzi właściwie tak do siebie zbliżyło, jakie wspólne ich łączyć mogły interesa. Kto ich spotykał na ich wspólnych przechadzkach niedzielnych, stwierdził jedynie, że nie mówili do siebie ani słowa i, że zjawienie się drugiego przyjaciela widoczną sprawiało im ulgę. Tem dziwniejsze było, że oni sami te przechadzki uważali za najmilszą rozrywkę całego tygodnia i za nic w świecie nie daliby się jej pozbawić. Na jednej z tych przechadzek skręcili w boczną ulicę jednego z bardzo ożywionych okręgów Londynu. Nie różniła się ona w niczem od innych podobnych ulic metropolji, ale właśnie dlatego rzucać się musiała w oczy kamienica o wprost dziwacznym wyglądzie. Była dwupiętrowa, lecz zupełnie bez okien, tak, że gdyby nie brama, przypominałaby zupełnie basztę, a to tembardziej, że znajdowała się w niesłychanie zaniedbanym stanie. — Znam ja tę dziwną budę aż nadto dobrze, — rzekł , — gdyż w pamięci mej ta oto brama skojarzona jest z niezwykle ciekawą historją. — Cóż to za historja? — zapytał Utterson, a głos jego zdradzał pewne zaciekawienie. — Wracałem razu jednego późną nocą do domu i dla skrócenia drogi zboczyłem w tę ulicę. Mimo doskonałego oświetlenia czułem się jakoś nieswojo, idąc tak sam jeden zupełnie pustą ulicą. To też sprawiło mi prawdziwą ulgę, gdym usłyszał obce kroki. Obejrzawszy się, spostrzegłem dwie postacie naraz: mężczyznę małego wzrostu, który szybkim krokiem zdążał ku tej budzie, z przeciwnej zaś strony dziewczynkę ośmio czy dziesięcioletnią, biegnącą w kierunku do niego. Nagle zderzyli się, i wtedy to stałem się świadkiem wprost wstrętnej sceny. Oto ten mężczyzna, przewróciwszy dziewczynkę, ruszył po jej ciele dalej i pozostawił ją krzyczącą na chodniku. Nie można sobie wyobrazić, jakie ten widok wywarł na mnie wrażenie. I sposób zachowania się tego człowieka miał w sobie coś niesamowitego. Cynizm, z którym tratował dziecko, tak mnie rozwścieczył, że narobiłem krzyku, pobiegłem za tym potworem, złapałem go za kołnierz i przywlokłem do miejsca, na którem leżała dziewczynka. Tu tymczasem zgromadziła się już garstka ludzi, zwabiona krzykiem moim i dziecka. Ów człowiek nie stawiał mi żadnego oporu, zachowywał się zu- pełnie chłodno, ale rzucił mi tak straszliwe spojrzenie, że mnie dreszcz przeszedł od stóp do głowy. Okazało się, że wśród garstki ludzi znajdowali się także członkowie rodziny dziewczynki, która wysłana została po lekarza. Gdy ten się po chwili zjawił i dziecko zbadał, oświadczył, że mu się nic nie stało. Na tem cała afera mogłaby się była skończyć, gdyby nie dziwny, dotąd dla mnie tajemniczy moment. Od pierwszej chwili owe indywiduum napełniło mnie niezwykłym wstrętem, połączonym z niewytłumaczonem uczuciem strachu. Zauważyłem, że i członkowie rodziny dziewczynki tegosamego doznawali uczucia. Co mnie jednak najbardziej zastanowiło, to to, że i lekarz ilekroć spojrzał na tego człowieka, bladł jak chusta. Wiedziałem dokładnie, co się w nim działo, a i on wyczytał w mojej twarzy wszystko. Nie ulega dziś dla mnie kwestji, że zarówno on jak ja, bylibyśmy wtedy najchętniej to indywiduum unieszkodliwili. Nie mogąc tego jednak uczynić, zagroziliśmy mu skandalem, który nazwisko jego rozgłosi po całym Londynie. Przez cały czas naszego wygrażania musieliśmy wszelkiemi siłami powstrzymywać kobiety, które jak furje chciały się na mego rzucić. Nigdy w życiu nie widziałem jeszcze grona ludzi o twarzach tak pełnych nienawiści. Wpośród nich zaś stał ten człowiek z ponurym, urągliwym spokojem, ale zarazem i widocznym lękiem.

— Skoro panowie zamierzają z tego wypadku ciągnąć korzyści, — odezwał się po pewnym czasie — to służę panom. Noblesse oblige — unikajmy wszelkich scen. Proszę mi podać sumę! Wyśrubowaliśmy ją do 100 funtów, które miały być wypłacone rodzinie dziewczynki. Po minie jego poznać było wyraźnie, że najchętniej by się nie poddał, ale musiał snać w twarzach naszych wyczytać nieugiętość, gdyż w końcu zgodził się. Chodziło więc o wydostanie pieniędzy. I oto prowadzi nas to indywiduum właśnie do tej tu bramy, wyciąga z kieszeni szybko klucz, wchodzi i wraca po chwili z 10 funtami w złocie i z czekiem na dom bankowy Coutts, płatnym okazicielowi. Podpisany zaś był czek nazwiskiem, którego wymienić nie chcę, bo ono właśnie nadaje całej sprawie niezrozumiałą tajemniczość. Powiem tylko tyle, że jest to nazwisko w Anglji do tego stopnia dobrze znane i cenione, że na podpis ten, o ile był prawdziwy, możnaby o wiele znaczniejsze otrzymać sumy, niż ta, na którą czek brzmiał. Pozwoliłem sobie też przeto zwrócić temu człowiekowi uwagę, że cała historja wydaje mi się mocno podejrzana, albowiem nie należy do rzeczy codziennych, by ktoś o godzinie drugiej w nocy wlazł do jakiejś obskurnej budy i wracał z niej z czekiem, noszącym taki podpis. On zaś z całym spokojem odrzekł mi w tonie drwiącym: — Bądź pan spokojny, pozostanę tu z panami, aż do godziny, w której bank będzie otwarty i pójdziemy razem czek zrealizować. Udaliśmy się tedy wszyscy, a więc ojciec dziewczynki, lekarz, ja i to indywiduum do mego mieszkania, by tam przeczekać do rana. Nazajutrz zaś po śniadaniu wyruszyliśmy in corpore do banku. Przedstawiłem tam czek, zaznaczając, iż mam wszelkie powody uważać go za sfałszowany. Po chwili oświadczono mi jednak, że czek jest w porządku. — A to ciekawe — zauważył Ulterson. — Tosamo i ja sobie powiedziałem — odparł Enfield. — I dlatego cała ta historja jest dla mnie tajemnicza. Bo widzisz, chodziło o indywiduum, z któremby żaden porządny człowiek nie przestawał, — o prawdziwego wyrzutka społeczeństwa. Nazwisko zaś na czeku należy do osobistości, jak już powiedziałem, pierwszorzędnej. Pomyślałem sobie też zaraz, że musi tu wchodzić w grę najpospolitsze wymuszenie. Ta osobistość za jakieś młodociane grzechy znajduje się w szponach tego indywiduum. Odtąd budę tę obskurną nazywam „domem wymuszenia“. Ale i to jeszcze wszystkiego nie tłumaczy — dodał w końcu i zamyślił się. Wyciągnął go jednak z tego zamyślenia Utterson nagłem zapytaniem: — I nie wiesz, czy wystawca czeku w tym domu mieszka? — Jakżeżby on tu mógł mieszkać? — odrzekł Enfield. — Przypadkowo znam dobrze jego adres. — I nigdy nie dowiadywałeś się o tym domu, do kogo należy, kto w nim mieszka? — zagadnął go Utterson znowu. — Nie, gdyż nie lubię wtrącać się w cudze sprawy — brzmiała odpowiedź Enfielda. — Może to bowiem pociągnąć za sobą jaknajfatalniejsze skutki dla kogoś, kto nie przeczuwając co na niego czyha, nagle widzi się wtrącony w przepaść. Unikam z zasady wszystkiego, co trąci zawikłaniem! — Dobra zasada — odparł adwokat. — Nie omieszkałem jednak — ciągnął Enfield dalej — od tego czasu obserwować tej budy. I stwierdziłem, że oprócz owego indywiduum, nikt tam nie wchodzi. Razu jednego zauważyłem dym, unoszący się z komina. Najlepszy to dowód, że ktoś tam mieszkać musi. Mimo wszystko, ta buda robi na mnie wrażenie czegoś niesamowitego. — Ja na twoim miejscu — rzekł Utterson — starałbym się przynajmniej wydobyć nazwisko tego indywiduum, które tratowało dziewczynkę. — Nie mam powodu — odrzekł Enfield taić przed tobą, że je znam. Człowiek ten nazywa się Hyde. — Hm — odparł Utterson — jakże on mniej więcej wygląda? — Trudno go opisać. W całej istocie jego coś nie jest w porządku; ma on w sobie coś nieprzyjemnego, ba — wprost wstrętnego. Nigdy jeszcze nie spotkałem człowieka tak mi niesympatycznego, a sam nie wiem naprawdę z jakiego to powodu. Prawdopodobnie ciało jego musi mieć jakieś wady, wyczuwa się wyraźnie jakąś anomalję, jakiego zaś ona rodzaju, tego wydostać nie mogłem. Wygląda on pod pewnym względem „inaczej“, a jednak nie potrafiłbym nic nadzwyczajnego bliżej Absolutnie nie jestem w stanie go opisać. Ale to bynajmniej nie wina mojej pamięci, bo wierzaj mi, że widzę go w tej chwili najwyraźniej przed sobą. Utterson uszedł kawał drogi w milczeniu i widocznem zamyśleniu. — Ale to wiesz napewno — odezwał się w końcu — że miał klucz przy sobie? — Ależ, mój drogi... — zawołał Enfield mocno zdziwiony. — Już dobrze — rzekł Utterson. — Pojmuję, że ci się pytanie moje dziwnem wydaje. A teraz powiem ci, dlaczego nie pytałem o nazwisko osoby, która dała swój podpis na czeku: otóż znam ją. Jak więc widzisz, historją twoja dostała się pod odpowiedni adres. O ile tedy twoje relacje nie były dość ścisłe, sprostuj je natychmiast. — Mógłbyś mi to był naprawdę zaraz powiedzieć — odrzekł Enfield z lekkim odcieniem niezadowolenia. — Zapewniam cię wszelako, że byłem naprawdę pedantycznie ścisły, by twego użyć terminu. Drab ten miał klucz przy sobie, a ma go zresztą jeszcze wciąż. Przed tygodniem widziałem, jak bramę otwierał. Utterson westchnął głęboko, ale nie odpowiedział już ani słowa. Enfield natomiast dodał po chwili: — To była znowu dobra nauczka: tylko nie paplać! Wstydzę się poprostu, że ze mnie taka bajczara. Proponuję ci przeto: już nigdy więcej o tej sprawie nie będziemy rozmawiali. — Ależ z całego serca się zgadzam — rzekł adwokat. — Masz na to moją rękę.

W POSZUKIWANIU PANA HYDE.

Tego wieczora Utterson wrócił w ponurym nastroju do swego mieszkania kawalerskiego i zasiadł bez apetytu do wieczerzy. W niedziele zwykł był po kolacji siadać przy kominie i czytać, aż na wieży pobliskiego kościoła wybije północ; o tej porze kładł się do snu. Tej nocy zaś czekał tylko, aż służący sprzątnął statki, poczem udał się do swej pracowni. Tam otworzył kasę żelazną, wyjął z tajnego schowka konwolut z napisem „testament D-ra Jekyll‘a“ i usiadł ze zmarszczonem czołem, by wczytać się w treść aktu. Testament był pisany własnoręcznie, gdyż Utterson miał go wprawdzie u siebie przechować, odmówił jednak wszelkiej pomocy przy jego układaniu. Stwierdził więc po pierwsze, że: w razie zgonu Henryego Jekylla Dr. med., Dr. obojga praw, członka Królewskiego Towarzystwa Naukowego i t. d. cały jego majątek przejść ma w ręce jego „przyjaciela i dobroczyńcy, Edwarda Hyde“; — po drugie, że: w razie zniknięcia lub niewytłumaczonej nieobecności przez przeciąg trzech miesięcy Dr. Jekylla, wymieniony Edward Hyde ma być prawnym następcą wymienionego Henryego Jekylla, bez dalszego odroczenia i z uwolnieniem od wszelkich ciężarów i zobowiązań, z wyjątkiem wypłaty kilku nieznacznych kwot służbie domowej Jekylla“. Ten dokument był adwokatowi od pierwszej chwili cierniem w oku. Nie podobał mu się jako prawnikowi, ale taksamo i jako człowiekowi, lubiącemu w życiu codziennem logikę i zwyczaj, a dla którego też przeto „fantastyczne“ i „niestosowne“ były synonimami. Dotąd nieznajomość osoby tego pana Hyde budziła w nim niechęć, teraz zaś, gdy już wiedział kto to jest, tem bardziej jeszcze potępiał testament. Było już dość źle, jak długo nazwisko było tylko nazwiskiem, nie dozwalającem się niczego domyśleć. O wiele gorzej zaś stało się z chwilą, gdy się z niem łączyły nieprzyjemne rzeczy, a z mgieł, które je dotąd otaczały i oko łudziły, wyłoniła się nagle figura nieprzyjemna. — Sądziłem, że to tylko jakieś warjactwo — rzekł do siebie, chowając znienawidzony dokument napowrót do kasy — a teraz zaczynam się już obawiać, że to — skandal. Po pewnym namyśle wdział zarzutkę i wyszedł z domu, by udać się na Cavendish-Square, przybytku wiedzy medycznej, gdzie mieszkał przyjaciel jego: wielki Dr. Lanyon. — Jeżeli kto, to z pewnością Lanyon coś będzie wiedział — pomyślał. Ceremonjalny portjer znał go i ukłonił mu się nisko. Nie potrzebował wcale czekać, gdyż w tej chwili zaprowadzono go wprost do jadalni, gdzie Dr. Lanyon siedział sam przy flaszce wina. Był to serdeczny, zdrowy, elegancki pan o czerwonych policzkach i przedwcześnie posiwiałych włosach, pełny temperamentu i zdecydowany w całej swej istocie. Ujrzawszy Uttersona, zerwał się z krzesła i powitał go, ściskając mu dłoń obiema rękami. Ta serdeczność, jak wogóle całe zachowanie się D-ra Lanyona, miały na pozór coś teatralnego, wynikały wszelako z szczerych uczuć. Obaj byli bowiem starymi przyjaciółmi, kamratami jeszcze z ławy szkolnej i z uniwersytetu, obaj byli pełni wzajemnego szacunku, a, co nie zawsze z tego wynika, znosili się doskonale, kiedy się z sobą schodzili. Po krótkiej rozmowie o tysiącu rzeczy, adwokat począł mówić na temat, który w tak nieprzyjemny sposób myśli jego zaprzątał. — Sądzę — rzekł — że my dwaj musimy chyba być najstarszymi wśród przyjaciół Henryego Jekylla! — Wolałbym, żebyśmy byli najmłodszymi — dowcipkował Dr. Lanyon. — Ale sądzę, że masz słuszność. Lecz czemu o tem wspominasz? Bo ja, prawdę mówiąc, dawno go już nie widziałem. — Tak? — wyjąkał Utterson. — A ja sądziłem, że was łączą wspólne interesy? — Tak było niegdyś — brzmiała odpowiedź. Ale już od dziesięciu lat, wiesz, Henry Jekyll stał się dla mnie zbyt ekscentryczny. Zszedł z czasem na manowce, w ideach swych naturalnie. A chociaż się mimoto, by tak powiedzieć, gwoli mej starej miłości, nadal nim interesuję, to jednak od bardzo długiego czasu wściekle mało go widuję. — Tego rodzaju nienaukowa paplanina — ciągnął dalej poczerwieniwszy jak rak — rozłączyłaby nawet Damona i Phintiasa. Ta mała, pełna temperamentu uwaga, była dla Uttersona pod pewnym względem jakby ulgą. — Nie mogli zgodzić się jedynie w kwestjach naukowych — pomyślał sobie. — A ponieważ dla rzeczy naukowych z wyjątkiem dziedziny, dotyczącej parcelacji gruntów, żadnej nie posiadał pasji, dodał w duchu: — Więc nic gorszego między nimi nie zaszło? Zostawiwszy przyjacielowi parą sekund do uspokojenia się, zabrał się do kwestji, z którą przyszedł. — Czy znasz przypadkowo pupila jego, niejakiego Hydego? — zapytał. — Hyde? — powtórzył Lanyon. — Nie, nigdym o nim nie słyszał. Musi to być coś z nowszej daty. Tyle tylko wyjaśnienia zabrał ze sobą adwokat do swego olbrzymiego łoża, na którem rzucał się niespokojnie aż do rana. Całą noc umysł jego pracował nad rozwiązaniem zagadki, która mu się wydawała coraz więcej zawikłaną. Biła już szósta godzina na wieży pobliskiego kościoła, a on wciąż jeszcze łamał sobie głowę nad tym problemem. Dotąd tylko rozum jego nim się zajmował, teraz zaś obudziła się także jego wyobraźnia, i wśród ciszy nocnej opowiadanie Enfielda przesuwało się przed duchowem okiem jego, jak szereg jasno oświetlonych obrazów. I tak widział wyraźnie ulicę, potem postać człowieka szybko kroczącego, potem dziecko, biegnące od lekarza do domu, a wreszcie zderzenie się obu postaci, powalenie dziewczynki na ziemię i dalsze kroki potwora, nie troszczącego się wcale o krzyk dziecka. Albo widział także pokój sypialny swego przyjaciela, w którym ten leżał w łóżku i śnił, a potem drzwi się otwierały, zasłona łóżka została gwałtownie odchylona, przyjaciel ze snu obu- dzony, a przed nim stała postać, posiadająca nad nim władzę do tego stopnia, że mogła go nawet o tej cichej godzinie zmusić, by wstał i słuchał jego rozkazów. Przez całą noc postać ta prześladowała adwokata, a kiedy zdrzemnął się na chwilkę, widział ją coraz szybciej po ulicach kroczącą, aż wreszcie zawrotnie pędziła przez istne labirynty jasno oświetlonego miasta, a na każdym skręcie ulicy powalała dziecko i pozostawiała je krzyczące. I nigdy ta postać nie miała twarzy, którąby mógł poznać lub też jakąś, która mu urągała, rozpływając się przed jego oczyma. Kiedy się zaś obudził, wzmagała się w nim jakaś nieokiełznana żądza zobaczenia prawdziwych rysów pana Hydego. Gdybym tylko raz jeden, myślał sobie, mógł spojrzeć w to oblicze, cała tajemnica by się wyjaśniła, a możeby nawet całkowicie znikła, jak zazwyczaj rzeczy tajemne znikają z chwilą, gdy się je bierze pod lupę. Wtedy znalazłby może i przyczynę dziwnej sympatji, czy też dziwnego niewolnictwa przyjaciela swego, a nawet i nadzwyczajnych klauzul testamentu. A conajmniej zobaczyłby ciekawą twarz, godną widzenia. Oblicze człowieka, nie mającego w sobie litości, twarz, której sam widok nawet w duszy człowieka tak pozbawionego wszelkich namiętności jak Enfield, mogła wywołać trwałe uczucie nienawiści. Od tego czasu Utterson zaczął regularnie czatować przy bramie owego tajemniczego domu. Rano, zanim udawał się do swego biura, w południe, pomimo, że miał o tej porze właśnie najwięcej do czynienia, a temsamem i najmniej czasu, nocą, przy świetle mglistego księżyca londyńskiego, o każdej porze dnia, więc i przy każdem oświetleniu, wśród największej samotności i wśród największego zgiełku, można było spotkać adwokata na posterunku, który sobie obrał. Aż w końcu cierpliwość jego została wynagrodzona. Było to pewnej pięknej, suchej nocy zimowej; mróz wisiał w powietrzu, a ulice były gładkie jak posadzka sali do tańca, zaś latarnie, niewstrząsane przez wiatr, rysowały regularny wzór światła i cienia. Około godziny dziesiątej, gdy sklepy już były zamknięte, ulica była prawie pusta i mimo cichego pomruku, wydawanego przez Londyn ze wszystkich stron, jakby wymarła. Nawet najnieznaczniejsze szmery dochodziły zdala, a kiedy przechodzień się zbliżał, na długo przedtem słychać było jego kroki. Utterson stał już kilka minut na swoim posterunku, gdy nagle usłyszał zbliżający się dziwny i lekki krok. W toku swych nocnych wędrówek oddawna już stwierdził, jak dziwnie wyraźnemi stają się nagle kroki człowieka, będącego jeszcze dość daleko. Ale uwaga jego nigdy przedtem do tego stopnia nie została wzbudzona, jak w tej chwili właśnie. Z silnem przeto, wprost zabobonnem przeczuciem pewności sukcesu cofnął się w głąb bramy. Kroki zbliżały się coraz więcej, a kiedy skręciły w ulicę, stały się nagle o wiele głośniejsze niż dotąd. Adwokat wychyliwszy się nieco z bramy, mógł wkrótce stwierdzić, z jakim ma do czynienia człowiekiem. Było to indywiduum wzrostu małego i bardzo skromnie ubrane, zaś widok jego już na tę odległość budził z niewytłumaczonego powodu niesłychany wstręt. Zbliżyło się szybko do bramy i wyciągnęło z kieszeni klucz, jak ktoś powracający do domu. Utterson przystąpił doń w tej chwili i dotknął jego ramienia. — Pan Hyde, jeśli się nie mylę? Hyde cofnął się z syczącem westchnieniem. Ale bojaźń jego trwała tylko krótki moment. Nie patrzył adwokatowi wprawdzie w twarz, odpowiedział jednak z zimną krwią: — Tak się nazywam. Czego pan sobie życzy? — Jak widzę, pan tu wchodzi — odrzekł adwokat. — Jestem starym przyjacielem D-ra Jekylla. Nazywam się Utterson, Gamet-Street. Nazwisko moje zapewne pan już słyszał, a ponieważ się tak złożyło, żem pana spotkał, proszę, byś mnie tu wpuścił. — Nie zastanie pan doktora Jekylla, gdyż niema go teraz w domu — odparł Hyde, wsunął klucz do zamka i zapytał nagle, nie patrząc wcale na Uttersona:

— Skąd pan mnie zna? — Czy nie chciałby pan ze swej strony — zagadnął go Utterson — wyświadczyć mi pewej grzeczności? — Z przyjemnością — odrzekł Hyde. — Czem mogę panu służyć? — Czy nie byłby pan łaskaw pokazać mi swoje oblicze? Z początku Hyde zdawał się być niezdecydowany, ale po nagłem postanowieniu, odwrócił się z czupurną miną do adwokata i obaj wpatrywali się przez kilka sekund w swoje twarze. — Teraz pana już poznam — rzekł Utterson. — Może się to kiedyś przydać. — Tak — odrzekł Hyde. — Dobrze się złożyło, żeśmy się spotkali. A propos: podam panu także mój adres. I wymienił numer domu przy ulicy w przedmieściu Soho. — Czyżby i on miał na myśli testament? — pomyślał Utterson. Ale zachował tę myśl dla siebie i wykrztusił tylko jakby z wdzięczności swój adres. — A teraz — rzekł Hyde — proszę mi powiedzieć, skąd pan mnie zna? — Z opisu — brzmiała odpowiedź. — Z czyjego opisu? — Mamy wspólnych przyjaciół — odparł Utterson. — Wspólnych przyjaciół? — powtórzył Hyde, nieco ochryple. — Kogóż to? — Naprzykład Jekylla — odpowiedział Utterson. — Ten panu tego nigdy nie mówił! — zawołał Hyde nagle pełen gniewu. — Nie sądziłem, byś pan mógł kłamać! — Słuchaj no pan — rzekł Utterson — trzymaj pan swój język na wodzy! Hyde mruknął tylko, a potem zaśmiał się szyderczo. W następnej chwili otworzył z nadzwyczajną szybkością bramę i znikł z oczu Uttersona. Adwokat stał jeszcze chwilę jakby przykuty i czuł dziwny niepokój. Potem powolnym krokiem począł się oddalać, przystawał jednak co parę chwil, pocierając kilkakrotnie czoło, jak ktoś, co sam nie wie, co się z nim właściwie dzieje. Problem, nad którym tak po drodze łamał sobie głowę, był jednym z tych, jakie rzadko tylko dają się Hyde był blady i karłowaty, wyglądał dziwnie zdeformowany, a jednak żadne ściśle określone upośledzenie stwierdzić się nie dało; miał nieprzyjemny uśmiech, wobec adwokata zachowywał się w sposób, będący dziwną mieszaniną trwożliwości i rubaszności, a głos jego był chrypliwy, szeptający i brzmiał jakby złamany. To wszystko usposobiało przeciw niemu, ale razem wzięte nie było jednak w stanie wytłumaczyć wstrętu, odrazy i strachu, jakim Utterson czuł się coraz bardziej przejęty. — Musi w tem być jeszcze coś innego — rzekł nagle głośno do siebie samego pełen przerażenia. — Jest stanowczo coś innego, ale chciałbym właśnie wiedzieć — co? Do stu djabłów, on przecież nic ludzkiego nie ma w sobie! Robi wrażenie — troglodyty, takbym to określił. Albo miałażby sama emanacja zepsutej duszy w taki sposób działać, że deformuje powłokę? Mam wrażenie, że rzecz się tak ma. Biedny, stary Henry Jekyll! Jeślim kiedy w życiu widział na obliczu ludzkiem piętno szatana, to na twarzy jego nowego przyjaciela. Zbaczając na rogu ulicy, Utterson dostał się na plac o starych pięknych domach, które atoli przeważnie były zaniedbane. Zamieszkiwali je teraz bowiem najróżnorodniejsi ludzie, zajmując w nich po jednej lub parę ubikacyj, a więc litografowie, pokątni adwokaci, agenci obskurnych przedsiębiorstw. Jeden tylko dom, drugi od rogu ulicy, zachował jeszcze cechy wielkopańskie. Już na zewnątrz prezentował się wykwintnie, pomimo, iż z wyjątkiem oświetlonej bramy, cały pogrążony był w ciemnościach. Utterson stanął przed tą bramą i zastukał. Porządnie ubrany, stary już wiekiem służący, otworzył. Czy pan doktór Jekyll jest w domu, Poole? — zapytał adwokat. — Zobaczę, panie Utterson — odrzekł Poole i zaprowadził gościa do wielkiego, wygodnego hall‘u o ni- skiej powale, kamiennej posadzce i na sposób will letnich ogrzewanego jasnym otwartym ogniem kominka. Kosztowne szafy dębowe stały przy ścianach. — Czy chce pan czekać tutaj przy kominku, czy też mam oświetlić jadalnię? — Dziękuję, będę tutaj czekał — rzekł adwokat. Zbliżył się do krat kominka i oparł się o nie. Hall, w którym teraz sam został, był ulubionem miejscem jego przyjaciela, doktora Jekylla, a sam Utterson nazywał go zawsze najmilszem miejscem w całym Londynie. Ale tej nocy, czuł w krwi swej dziwny dreszcz. Oblicze Hydego wryło się silnie w jego pamięć, i odczuwał teraz, co mu się rzadko zdarzało, wstręt do życia. Miał wrażenie, jakby wszystko na tym świecie było pełne grozy, nawet trzaskanie ognia w kominku, te szafy wysokie i niespokojne miganie cienia na powale. Wstydził się przeto uczucia ulgi, jakie go ogarnęło, gdy Poole wrócił z oznajmieniem, że doktora Jekylla w domu niema. — Widziałem pana Hyde, wchodzącego bramą starej sali sekcyjnej, Poole — rzekł adwokat. — Czy wolno mu to nawet i wtedy, kiedy doktora Jekylla w domu niema? — Tak, panie Utterson — odrzekł służący. — Pan Hyde posiada klucz. — Wasz pan zdaje się mieć wielkie zaufanie do tego młodego człowieka — ciągnął Utterson dalej. — Tak, panie mecenasie, mój pan rzeczywiście darzy pana Hyde swem zaufaniem. My wszyscy mamy rozkaz go słuchać. — Zdaje mi się jednak, żem pana Hyde nigdy jeszcze tutaj nie spotkał? — , że nie. On nigdy u nas nie jada — odparł służący. — Zresztą po tej stronie domu nigdy go nie widujemy, przychodzi i wychodzi zawsze od strony prosektorjum. — Pięknie! Dobranoc, Poole. — Dobranoc, panie Utterson. I adwokat udał się z bardzo ciężkiem sercem do domu. — Biedny Henry Jekyll — myślał wciąż. — Przeczucie powiada mi, że dostał się na manowce. Coprawda, ma on dość burzliwą młodość za sobą, ale to już tak dawno. Widzę jednak, że u Pana Boga niema ustawy o przedawnieniu. Chodzi tu zapewne o coś w tym rodzaju: duch starego grzechu, jad ukrytej hańby. A teraz nadchodzi, niby kulejąc, kara w długie lata po zapomnieniu i przebaczonego sobie w samolubstwie błędu. Przerażony tą myślą adwokat przez czas pewien zanurzał się w własną przeszłość, obmacywał wszystkie zakamarki swej pamięci, czy nie wyskoczy stamtąd jakiś stary grzech, podobnie jak owe djabełki ze szkatułek, któremi bawią się dzieci. Przeszłość jego była jednak bez nagany. Mało ludzi mogło zapewne z takim spokojem wertować rejestr swego życia, jak on. Mimoto czuł się do tego stopnia upokorzony, że pragnął tarzać się w prochu, gdy przyszło mu na myśl wszystko zło, jakie kiedykolwiek popełnił. Ale jednocześnie sprawiała mu ukojenie świadomość, ile rzeczy mógł był popełnić, których jednak na szczęście zaniechał. W toku swych rozmyślań Utterson powrócił znowu do pierwotnego tematu i nagle zajaśniał mu promyk nadzieji. — Gdyby tak można kiedy tego pana Hyde wybadać — pomyślał sobie. — Ten z pewnością niemało własnych musi posiadać tajemnic, w porównaniu z któremi, sądząc po jego wyglądzie, najgorsze grzechy poczciwego Jekylla byłyby poprostu promieniami słonecznemi. Ta sprawa musi koniecznie być wyświetlona! Robi mi się naprzemian zimno i gorąco na myśl, że to stworzenie, jak złodziej, zakradać się może do sypialni Henryego. Biedny Henry! Cóż to musiało być dla niego za przebudzenie wtedy w nocy, gdy podpisał czek! A jakie to dla niego ciągłe niebezpie- czeństwo! Skoro ten Hyde wie o testamencie, mógłby w końcu uczuć chętkę jaknajwcześniejszego objęcia schedy. Muszę naprawdę z całej siły się temu przeciwstawić, o ile, mi tylko sam Jekyll nie będzie robił trudności. — W tej chwili bowiem przed duchowem jego okiem stanęły jasno, jakby przeźroczysty obraz, dziwne klauzule testamentu Jekylla.

DOKTOR JEKYLL CZUŁ SIĘ ZUPEŁNIE DOBRZE.

W dwa tygodnie później doktorowi Jekyllowi wpadło na myśl urządzić znowu jedno z swoich wesołych przyjąć. Zaprosił więc pięciu starych znajomych, samych ludzi mądrych i poważanych, a przytem znawców i wielbicieli dobrego wina. Utterson z pewną zręcznością zdołał tak się urządzić, że mógł jeszcze pozostać, kiedy reszta gości już się pożegnała. Nie było to zresztą nic nowego, gdyż zdarzało się już kilkakrotnie. Gdzie Utterson był lubiany, tam zatrzymywano go chętnie jeszcze i po oddaleniu się innych gości. W nienarzucającej się istocie swej posiadał mecenas coś uspakajającego i gospodarze domu lubili w milczącem towarzystwie jego wypocząć chwilę po trudach przyjęcia. Taksamo było i teraz u doktora Jekylla. Gdy siedział tak przy kominku naprzeciw Uttersona, piękny, gładko ogolony mężczyzna w pięćdziesiątym roku życia, o rysach napiętnowanych mądrością i serdecznością, można po nim było poznać, że żywił dla mecenasa uczucie szczerego i ciepłego przywiązania. — Już dawno pragnąłem z tobą się rozmówić, rozpoczął mecenas pogawędką. — Domyślasz się chyba, że chodzi mi o twój testament? Uważny obserwator mógłby był poznać, że ten temat gospodarzowi nie był wcale sympatyczny, Jekyll udawał jednak, że bierze go ze strony humorystycznej. — Biedny Uttersonie — rzekł — jesteś pożałowania godny, mając z takim, jak ja, klijentem do czynienia. Wszak poznałem, że byłeś u szczytu rozpaczy, zaznajomiwszy się z treścią mego testamentu. Taki stopień rozpaczy widziałem jeszcze tylko u uosobienia pedantyzmu, zwanego Dr. Lanyon, kiedy wytykał mi moje naukowe herezje. Ależ nie potrzebujesz wcale tak groźnie na mnie patrzeć, bo wiem taksamo jak ty, że Lanyon jest dobrym chłopcem i wierzaj mi, że chętniebym z nim częściej się stykał, gdyby nie był takim bezprzykładnie skrajnym i zawziętym pedantem. Nigdy w życiu takiego jeszcze nie doznałem rozczarowania, jak z tym człowiekiem. — Wiesz dobrze, że od pierwszej chwili zgodzić się z nim nie mogłem — ciągnął Utterson dalej, jak gdyby wcale nie było mowy o Dr. Lanyonie. — Ach, z moim testamentem? Wiem, wiem — odparł Jekyll nieco ostro — boś mi to przecież kilkakrotnie powiedział.

— Właśnie. A dziś powtarzam tosamo, że słyszałem niejedno o tym młodym Hyde. Piękna twarz doktora Jekylla zbladła w tej chwili aż po wargi, a w oku jego zabłysło coś złowrogiego. — Nie chcę o tem nic więcej słyszeć! — zawo- łał. — A zdaje mi się, że umówiliśmy się, iż ten temat nie będzie poruszany. — Dowiedziałem się o rzeczach nader przykrych — rzekł Utterson. — To sprawy zmienić nie może. Ty sytuacji mojej wcale zrozumieć nie jesteś w stanie. Jest ona fatalna, Uttersonie, i dziwna, bardzo dziwna. Chodzi tu o jedną z takich historji, która przez rozmowy bynajmniej się poprawić nie da. — Jekyllu — odparł mecenas — wszak mnie dobrze znasz: do mnie możesz chyba mieć zaufanie. Wynurz się raz szczerze przedemną, a nie wątpię na chwilę, że będę ci mógł pomóc. — Kochany Uttersonie — rzekł doktór poważnie — rozczulasz mnie naprawdę i nie ma słów, by ci podziękować. Wierzę w ciebie i mam do ciebie więcej zaufania, niż do kogokolwiek innego, więcej niż do siebie samego. Ale bądź przekonany, że chodzi tu naprawdę o coś innego, niż to, co ty może masz na myśli. I nie jest to wcale coś złego, a na dowód i na twoje uspokojenie powiem ci: jeżeli zechcę, mogę się Hydego w każdej chwili pozbyć. Masz na to moją rękę i dziękuję ci jeszcze raz najserdeczniej. A teraz powiem ci tylko dwa słowa, których mi z pewnością za złe me weźmiesz: Tu chodzi o moją sprawę prywatną i dlatego proszę cię, byś ją pozostawił w Utterson przez chwilę patrzył zamyślony w ogień kominka. — Bez wątpienia masz zupełną słuszność — rzekł wreszcie, podnosząc się z fotela. — Ślicznie! — ciągnął doktór dalej. — Ale ponieważ dotknęliśmy już tej sprawy i jak mam nadzieję, po raz ostatni, pragnąłbym cię jeszcze w jednym objaśnić kierunku. Interesujesz się naprawdę bardzo żywo tym biednym Hydem. Wiem, żeś go poznał, bo mi o tem opowiadał; obawiam się, że był wobec ciebie niegrzeczny. Ale interesuje mnie ten człowiek w bardzo wysokiej mierze i dlatego proszę cię, Uttersonie, przyrzeknij mi, że po mojej śmierci będziesz wobec niego cierpliwy i dopomożesz mu dojść swego prawa. Wiem, że gdyby ci wszystko było wiadome, uczyniłbyś to z największą chęcią i wierzaj mi, że spadnie mi wielki kamień z serca, jeżeli mi to przyrzekniesz, o co cię proszę. — Nie mogę przyrzec, że z nim sympatyzować kiedykolwiek będę — rzekł mecenas. — Tego też od ciebie nie wymagam — protestował Jekyll, kładąc rękę na jego ramieniu — proszę cię jedynie o sprawiedliwość i o pomaganie mu z myślą o mnie wtedy, gdy mnie już nie będzie. Utterson nie mógł stłumić westchnienia. — Dobrze — rzekł w końcu. — Przyrzekam ci.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…