Read here

Boczna antena

Bruno Winawer · 1927 · Free in the US

43,954 words · about 3 h 5 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1927 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Boczna_antena&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Bruno Winawer
Language
Polish
Published
1927
Length
43,954 words · about 3 h 5 min
Sections
26 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (26)

Continue:

ostatnie biuletyny z frontów wieczystych

BRUNO WINAWER

BOCZNA ANTENA

OSTATNIE BIULETYNY

Z FRONTÓW WIECZYSTYCH

NAKŁADEM „BIBLJOTEKI GROSZOWEJ“

Warszawa, Moniuszki 11. Tel. 190-93.

Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“

Warszawa, Moniuszki 11, telefon 190-93.

ostatnie biuletyny z frontów wieczystych

BRUNO WINAWER

BOCZNA ANTENA

OSTATNIE BIULETYNY

Z FRONTÓW WIECZYSTYCH

NAKŁADEM „BIBLJOTEKI GROSZOWEJ“

Warszawa, Moniuszki 11. Tel. 190-93.

Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“

Warszawa, Moniuszki 11, telefon 190-93.

Słówko wstępne

Przepraszam bardzo, ale znów muszę zacząć od osobistych. W roku 1910-ym pracowałem jako asystent w Amsterdamie. Głowiliśmy się z profesorem Zeemanem nad pewną dość zawiłą sprawą matematyczną, nad pewnym szczegółem w zjawisku, które nosić będzie po wsze czasy nazwisko swego odkrywcy i słynie w świecie naukowym jako „zjawisko Zeemana“. Razu pewnego odwiedził nas w cichej pracowni przy Muidegracht — H. A. Lorentz. Głośny matematyk (pamiętam i dziś jeszcze jego rasową, piękną głowę, szpakowatą brodę i mądre, błyszczące oczy) wysłuchał nas uważnie, zastanowił się... Potem odsunął nasze kartki, zapisane wzorami matematycznemi, uformował na stole z kilku zapałek i ołówków figurę geometryczną, powołał się na jakiś prosty przykład z życia codziennego... W mgnieniu oka trudności prysły, sprawa była jasna, jak dzień. Podziwiałem szczerze ten dar słowa, dar jasnego wykładu, który się zresztą we wszystkich dziełach genjalnego fizyka zaznacza. Prof. Zeeman uśmiechnął się i rzekł: — Zamierzamy właśnie z Lorentzem napisać dziełko popularne. Drogi ludzkie rozeszły się tak daleko... Nic o sobie nawzajem nie wiemy. Zauważył pan, że nawet ludzie bardzo wykształceni nie umieją sobie jakoś wyobrazić, co taki fizyk właściwie robi po całych dniach w laboratorjum? Zauważył pan, jakie głupstwa na ten temat krążą po świecie? Zauważyłem. A jeżeli takie zjawisko dostrzec można w Holandji, najbardziej bodaj kulturalnym kraju na kontynencie, to cóż dopiero mówić o Warszawie i jej okolicach bliższych i dalszych? Dzieciom w szkołach obrzydzamy fizykę i technikę suchemi formułami, z naszych książek i pism codziennych usunęliśmy wszystko, co nauką trąci, nasze sale odczytowe oddaliśmy w pacht wieczysty mąciwodom, którzy się tylko zastanawiaja nad jedną kwestją: czemu w domach straszy? albo: czy żyjemy raz czy kilka razy? albo jeszcze: kto był największym uwodzicielem? i co mówił Budda o Atlantydzie? I czem wogóle medjum gra na zamkniętym fortepianie? nogą z ektoplazmy czy trzecią ręką? Z tym zapasem wiadomości udajemy się na arenę wszechświatową, zasiadamy w Lidze i rozwiązujemy tragiczne węzły gordyjskie życia . Dzisiaj — kiedy tylko technika i nauka wyleczyć nas może, zabliźnić nasze rany i dźwignąć steraną Europę z upadku. Kiedy jedno z pism warszawskich powierzyło mi skromną tygodniową kronikę naukową — chwyciłem za pióro skwapliwie. Czerpałem wiadomości oburącz ze świetnego „Scentific American“, z francuskiej „Science et la Vie“, z niemieckiej „Umschau“, z angielskiej „Nature“ — a głównie z własnych wspomnień. Tak powstał ten szereg artykułów luźnych, tych biuletynów z wieczystego frontu. Oddaję je dziś — na surowo — w wydaniu groszowem pod sąd czytającego ogółu. Wiem, że w dorywczej pracy dziennikarskiej to i owo pominąłem, to i owo opisałem źle i niewłaściwie. Ale zawsze lepsze to, niż głucha, przerażająca cisza! Czekam na godniejszych następców, ściskam ich dłonie serdecznie.

(Donkiszoterja współczesna. — Dziesiąta muza czyli enfant gaté — Telewizja).

Wiatrak ma opinję ustaloną i niezbyt pochlebną. Jest to trochę śmieszna, prymitywna machina, która stoi gdzieś na wzgórku, coś tam miele i niebardzo się zmieniła od czasów sławetnego Don Kichota z Manczy. Obraca wielkie śmigi, trzeszczy, postękuje, wygląda malowniczo, jest świetnym tematem do zdjęć amatorskich i na tem się jej rola dziejowa kończy. Tak przynajmniej myśli sobie mieszczuch pospolity na wywczasach letnich. Ale innego zdania są laboratorja doświadczalne w Oxfordzie i instytuty aerodynamiczne w Niemczech. Technika dzisiejsza, która oddawna ujarzmiła wodospady, szuka wciąż nowych źródeł energji i zwróciła wreszcie uwagę na poczciwe straszydło z powieści Cervantesa. Po licznych próbach i doświadczeniach przekonano się, że energję wirujących skrzydeł wiatraka można bez trudu przerobić na prąd elektryczny. Powstały przeróżne typy niektóre z nich funkcjonują świetnie i chwila a wichry i huragany będą oświetlały nasze mieszkania, ładowały akumulatory i ogrzewały piecyki elektryczne. Maluczko — a w każdym kącie zapadłym, gdzie wiatr hula, na każdym „wydmuchu” będziemy mogli małym kosztem zapalić lampę łukową i zbudować... kino. Doprawdy jeszcze kilka prób nad właściwą formą propellerów i nawet Eskimosi na swych polach lodowych będą mieli światło , ekran, Douglasa Fairbanksa i Charlie Chaplina. Będą się kochali w Liljanie Gish i pili jej zdrowie tranem. O ile, oczywiście, nie zarażą się teorjami magistratu warszawskiego, nie wprowadzą podatków prohibicyjnych i nie rozpoczną głupkowatej walki z wiatrakami.

Ponieważ zgadało się o kinematografie, zaznaczmy, że tak zwana dziesiąta Muza jest wogóle najukochańszem dzieckiem Techniki, która ją lat temu trzydzieści na świat wydała i odtąd obsypuje stale podarunkami. Nad artystycznem ulepszeniem kina pracuje dzielna falanga świetnych aktorów, genjalnych reżyserów — ale nie mniej liczna gromada pomysłowych wynalazców trudzi się na innym froncie, rozwijając tę dziedzinę sztuki technicznie. Gazety wiedeńskie sygnalizują jakiś nowy, fenomenalny wynalazek, zwany już „metodą Schuefftana“. Trudno ze sprawozdań dziennikarskich wywnioskować, na czem właściwie owa metoda polega. Schuefftan — jak się zdaje — umieszcza przed objektywem filmowego aparatu fotograficznego płytkę szklaną, nawpół posrebrzoną, która miejscami jest przezroczysta, miejscami zaś odbija światło, jak zwierciadło. Efekt jest ten, że aktor podczas zdjęć gra przed aparatem na zwykłem podwórku, a szyba rzuca jednocześnie na taśmę widoki górskie, wzburzone morza, kolumny greckie. Te cuda mogą być sfotografowane i kiedyindziej — na zdjęciu zobaczymy je razem z bohaterami dramatu. Przytem — w dowolnem powiększeniu, albo zmniejszeniu. Metoda, która należy oczywiście do t. zw. „ technicznych“ otwiera podobno zupełnie nowe możliwości przed sztuką filmową. Pomysł nabyła już Ameryka, wynalazca, pan Schüfftan, bawi w Hollywood, gdzie jego genjalnie prosty sposób ma być zastosowany w wielkim filmie „Podróże Gullivera“. Nad innym znowu — również optycznym — ósmym cudem świata pracują teraz gorączkowo laboratorja fizyki stosowanej. Chodzi o t. zw. Z radiotelefonem otrzaskaliśmy się nieco, każdy sztubak majstruje przy niewielkim aparaciku odbiorczym i nie dziwi to nas już wcale, że kilku drucików i lampek możemy podsłuchiwać świetnie, co mówią i grają w Londynie, Rzymie, Berlinie. Rzecz, którą jeszcze wczoraj uważaliśmy za bajkę i humbug, dziś stała się poprostu faktem banalnym. Nie mogę tu daty określić ściśle, ale prawdopodobnie już jutro albo pojutrze — telewizja stanie się faktem banalnym: zapomocą kilku drucików i lampek będziemy nietylko podsłuchiwali, ale co się dzieje w Londynie, Rzymie, Berlinie. Zajrzyjmy do tajemniczej garkuchni i spróbujmy zdać sobie sprawę z tego, nad czem biedzą się wynalazcy i jakie trudności pokonać muszą, nim stworzą owo monstrualne oko, widzące z Warszawy kogoś, kto stoi przed aparatem w Londynie. Otóż — nasze radjowe stacje nadawcze posiadają doskonałe przyrządy, wysyłające w przestrzeń fale elektryczne. Jeżeli na radjostacji mówimy albo gramy przed mikrofonem, drgania głosowe poruszają pewną blaszkę, której wibracje — jak w zwykłym telefonie — przetwarzają się natychmiast na prądy elektryczne, te prądy w odpowiedni sposób deformują fale i arja śpiewaka operowego mknie w przestworza, jako dość wiązanka wibracyj elektrycznych. Śpiewak albo orator jest — krótko mówiąc — ordynarną która ruch mechaniczny przerabia na elektryczność. Jeżeli na odległość mamy przesłać obraz, nie głos, to musimy przedewszystkiem światła i cienie tego obrazu w jakiś sposób przetłumaczyć na prądy elektryczne. I z tem zagadnieniem właśnie borykano się przez czas długi napróżno. Wynalazcy stosowali przeważnie selen, pewien minerał, który jest trochę na światło wrażliwy i zmienia opór pod jego wpływem. Ale ów selen jest kapryśny, gnuśny, opieszały i do subtelnych czynności, jakie mu narzucono, wcale się właściwie nie nadaje. W ostatnich dopiero czasach Fizyka, dobrotliwa i wyrozumiała matka wszech nauk technicznych, dała inżynierom, wynalazcom i technikom w prezencie nowy przyrząd cudowny: celę albo komórkę fotoelektryczną, tak na wszelkie zmiany w natężeniu światła czułą, że najmniejsze wahania w oświetleniu w lot chwyta i na prąd elektryczny przerabia. Odtąd droga jest utorowana. Nowy duch wstąpił w panów wynalazców. Monstrualne oko, podglądające w Nowym Jorku Londyn, otwiera powiekę... W dodatku pewnego pisma południowo-amerykańskiego widziałem bardzo piękne fotografje, przesłane na odległość setek kilometrów. Pierwsze radjo-tele-widokówki. Przypuszczam, że nawet najbardziej prozaiczni ludzie tym razem przypną fantazji skrzydła... Staje się znowu rzeczywistością coś, wobec czego bajki z tysiąca i jednej nocy wyglądają, jak dziecinne brednie.

(Kto właściwie jest matką wynalazku? — Radjo nie ma nic wspólnego z radium! — Alchemicy współcześni. — Fabrykacja złota).

Skarżymy się na stagnację w literaturze i sztukach plastycznych, nie wiemy, czy nasz śmieszny teatr będzie jutro istniał. W jednej tylko dziedzinie twórczość nie zamiera: samoloty, rotory, telewizje, radjofony... Podziwiać należy niezmordowaną inwencję i pomysłowość ludzką, ale — nie zapominajmy przytem, że wszystkie najbardziej olśniewające cuda techniki są właściwie „produktem ubocznym”. Nie potrzeba — jak to naiwni twierdzą — jest matką wynalazku, tylko Fizyka, nauka, i gdybyśmy dziś ciche pracownie uczonych zamknęli, pojutrze moglibyśmy zamknąć również na kołek nasze biura patentowe. Dzieje każdego wynalazku prowadzą do skromnej pracowni naukowej i może najlepszą ilustracją tej tezy jest historja radiotelefonu, który podbił dawno cały świat cywilizowany, a w ostatnich czasach zdobył nawet ostatnie okopy — Warszawę. Lat temu kilkadziesiąt teoretyk i matematyk, J. C. Maxwell, doszedł w bardzo mądrem dziele do wniosku, że elektryczność — w pewnych warunkach — musi tworzyć fale w przestrzeni, że wybiega wdal, jak światło. Maxwell powiada w swej książce, że sam, niestety, nigdy w życiu udatnego eksperymentu fizycznego wykonać nie umiał. Wyręczył go w tem genjalny eksperymentator, H. Hertz. Postawił w dużem audytorjum na stole pewien dziecinnie śmieszny induktorek, puścił go w ruch i badał zapomocą drucika, który sobie sprytnie wygiął nakształt obręczy, co się też dzieje w przestrzeni, kiedy iskry strzelają w iskierniku. Po długich dniach mozolnej pracy znalazł dowód niezbity — fale elektryczne istnieją. Wielki fizyk poddał te fale badaniu, opisał, jak się załamują, odbijają, z jaką biegną prędkością, dorzucił do ksiąg wieczystych już nie nowy rozdział, ale nowy tom poprostu... Jeden tylko fakt z uśmiechem i nonszalancją genjalnego uczonego przemilczał. Mianowicie ten, że jego śmieszny induktorek był właściwie pierwszą na ziemi radjostacją nadawczą, a ów dziecinny, drżącemi rękami wygięty drucik — pierwszym na świecie detektorem albo odbiornikiem. Zastosowanie praktyczne wiekopomnego odkrycia pozostawił następcom — Marconiemu, Braunowi. Jego te rzeczy nie obchodziły. Nauka ma własne, wyższe cele. Kiedy dziś patrzę, jak anteny strzelają ze wszystkich dachów, balkonów i kominów, kiedy pomyślę, ile miljonów zgarniają towarzystwa — przypomina mi się poczciwa twarz brodata wielkiego mistrza. Odkrywca fal elektrycznych (ondes hertziennes — nazywają je do dziś dnia Francuzi) największe miał trudności z pewnym nikczemnym piecykiem żelaznym, który mu ustawicznie w doświadczeniach przeszkadzał. Nie mógł go usunąć, bo skromny budżet laboratorjum karlsruheńskiego na takie zbytki nie pozwalał.

Wyciągnijmy z tych rozważań dwa 1-o kogo doprawdy postęp i technika interesują, ten powinien często zaglądać do pracowni i audytorjów naukowych, albo przynajmniej do czasopism, w których uczeni językiem prostym i znakami matematycznemi zdają sprawę ze swoich doświadczeń, 2-o nie należy pochopnie naśladować pewnego nazbyt praktycznego reportera amerykańskiego, który Einsteinowi zaraz przy brzegu, w porcie nowojorskim, zadał jedno krótkie i niedorzeczne pytanie: czy, kiedy i w jaki sposób teorja względności zmieni nasze życie codzienne? Nie szukajmy wszędzie korzyści natychmiastowych i bądźmy wyrozumiali dla dziwactw — zwłaszcza, że od nich byt ludzkości na tym globie zależy. Cóż tedy dzieje się w owych tajemniczych kuźniach, w dzisiejszych laboratorjach wiedzy ścisłej? Na czoło fizyków współczesnych — obok teoretyków H. A. Lorentza, Einsteina, Plancka — wysunął się oddawna mistrz nieporównany nauki , sir Ernest Rutherford. Kiedy przed laty małżonkowie Curie odkryli ów metal cudowny — rad albo radium — który w ciemności świecił, wyrzucał z siebie jakieś cząstki materjalne i strzelał promieniami rentgenowskiemi — wydawało się, żeśmy trafili na jakieś niezwykłe, jedyne zjawisko, na jakiś unikat w naturze. Dziś takich unikatów znamy przeszło trzydzieści, powstała nowa olbrzymia dziedzina wiedzy, zwana radjochemją i w jej właśnie dziejach złotemi głoskami wypisane będzie to nazwisko: sir Ernest Rutherford. Jednem z podstawowych zagadnień radjochemji było pytanie dość proste i usprawiedliwione: skąd skromny atom metalu-radu — czerpie energję? Czyim kosztem odbywają się te różne świecenia, promieniowania i inne nadzwyczajne ekscesy? Odpowiedź znaleziono bardzo prędko: radjum się rujnuje. Życie ma pełne blasku, ale dlatego tylko, że to są ostatnie chwile licznych jego atomów, które się rozpadają. I tu właśnie dotarliśmy do rdzenia kwestji, do sprawy w tem wszystkiem bodaj najciekawszej: atomy metalicznego radu, rozlatując się, tworzą dwa gazy: gaz szlachetny, zwany emanacją i inny jeszcze, dawniej już znany, hel! Wiadomość ta była ongi taką sensacją, że pierwszym odkrywcom wierzyć poprostu nie chciano. Z solidnej substancji, która jest metalem, pierwiastkiem chemicznym, powstają samorzutnie dwa inne pierwiastki — gazowe. Natura, nic nikomu nie mówiąc, uprawia od lat alchemję: znalazła sławetny kamień filozoficzny i przerabia jeden pierwiastek na drugi. — Skoro tak jest — rzekł sir Rutherford — skoro, jak to liczne badania wykazują, wszystkie najrozmaitsze atomy zbudowane są podług jednego wzoru: gromada elektronów, krążących około pozytywnego jądra — spróbujmy, czy nie uda się w doświadczeniu laboratoryjnem rozbić atomu chemicznego tak, jak to czyni przyroda. Uczony angielski jął bombardować drobinami alfa (wyrzuca je z niezwykłą siłą radjum) pewną płytkę z blachy aluminjowej. I ów solidny, chociaż lekki metal, z którego wyrabiamy teraz nasze patelnie i rondle, pod strzałami dziwnej artylerji Rutherdorfa, skapitulował, rozpadł się, wyrzucając ze swoich atomów — wodór. Poddały się za nim i inne lekkie metale i metaloidy — sód, bor, fosfor... Produkcja, oczywiście, jest minimalna i obliczono, że metodą Rutherforda trzebaby pracować przez dziesięć stuleci, żeby otrzymać jeden drobniutki pęcherzyk gazu drogą nowocześnie alchemiczną, to znaczy z innych pierwiastków. Ale w tych rzeczach nie chodzi o eksploatację praktyczną. Teorja Kopernika też zastosowań bezpośrednich nie znalazła. A przecież wielki astronom znał się na sprawach ekonomicznych i napisał bardzo mądre dzieło o walucie. Oszołomieni sukcesami głośnego radjochemika, panowie Miethe w Berlinie i Nagaoka w , oznajmili światu, że udało im się zapomocą wyładowań rozbić atomy rtęci i wydostać z nich złoto. Doświadczenia wywołały pewną sensację (prof. Nagaoka jest doskonałym fizykiem), ale wzbudziły też pewne wątpliwości. Dziś nie ulega już kwestji, że wiadomość była co najmniej przedwczesna i że fabrykacja złota, nawet w tych znikomych dawkach, o jakich mówiliśmy, jest niemożliwa. Jedynym „alchemikiem“ pozostał nadal genjalny Rutherford.

(Naturalne upały i sztuczne chłody. — Tam, gdzie natura zamarza. — Laboratorjum w Lejdzie. — Kamerlingh-Onnes).

Jest skwarny lipcowy dzień, z ulic i zaułków bucha, jak z rozpalonego pieca, termometr na murze pewnej instytucji rządowej, obok której przechodzę, wskazuje 25 stopni Celsjusza. Kawiarenka warszawska z jej sztucznemi kolumnami i drzewkami w doniczkach, wygląda dzisiaj w potokach tropikalnego słońca jakoś dziwnie. Zupełnie jakby jakaś zwarjowana karawana na gorących piaskach Sahary zamiast zwykłych namiotów rozstawiła stoliczki i plecione foteliki. Nie jestem jedynym gościem tego zakładu. Opodal praży się w słońcu pewien otyły tubylec i mówi do kelnera: — Przyniesie mi pan syfon wody sodowej. I lód. Dużo lodu. Lód chyba macie, nie? Z miny kelnera że już samo pytanie uważa za obelgę i krwawą zniewagę. Jakto? Lodu by nie było? Trochę narwany pisarz angielski, Chesterton, ma chwilami rację. Powiada, że tylko te cuda są doprawdy cudami, które się stają piętnaście razy dziennie i obok których przechodzimy obojętnie... Ani ów otyły pan, ani do głębi oburzony kelner, nie zastanawiają się nad tem, że to jednak trochę dziwne. Skąd na rozpalonej Saharze, w samo południe, w skwarny dzień letni biorą się całe kilogramy zamarzniętej wody? Wcale ich to nie obchodzi. Lód jest w bufecie i koniec. Nie wiem, czy obaj tubylcy, pani bufetowa i reszta warszawiaków zdziwiliby się bardziej, gdyby im kto nagle powiedział, że nie tak znów daleko stąd, w Holandji, istnieje specjalny instytut niskich temperatur, który pracą całego życia zbudował i wyposażył osobliwy zaiste cudotwórca, prof. Kamerlingh-Onnes. Wielki fizyk siadywał tam sobie prawdopodobnie w taki sam dzień upalny, zdejmował marynarkę, bo było gorąco, puszczał sprytnie pomyślane pompy i aparaty w ruch i wytwarzał w naczyńkach i retortach takie zimna, wobec których groźne zawieje śnieżne z nowel Jacka Londona, są poprostu śmieszne i dziecinne. W jego doświadczeniach już nie ordynarna woda zamieniała się w lód, ale zamarzało powietrze, ścinały się w ciecz albo okruszynę lodu najlotniejsze gazy — neon, wodór. Żeby zrozumieć, do jakich temperatur dotarł Kamerlingh-Onnes, trzeba sobie wyobrazić najtęższy mróz na naszym globie, najstraszliwszy ziąb na Alasce i jeszcze go pomnożyć przez cztery. Uczeni wiedzą oddawna, że temperatury dowolnie obniżać nie można, że istnieje pewien punkt, kiedy „natura zamarza“, kiedy innemi słowy wszelki ruch cząsteczkowy ustaje. Ten kres, zwany zerem absolutnem, leży, jak wskazują wyliczenia, o 273 stopnie poniżej zera naszego zwykłego termometru. W swojem cichem laboratorjum lejdejskiem profesor Kamerlingh-Onnes dobrnął prawie do bieguna cieplnego, zatrzymał się na temperaturze —272, był o jeden jedyny stopień oddalony od absolutnego zera. Jakim to sposobem dzieją się te dziwy, jakim cudem fizyk — jeżeli mu na tem zależy — zamraża powietrze w lipcu? Wstyd powiedzieć, ale cała operacja polega na prostem doświadczeniu, które my sami wykonywaliśmy niejednokrotnie, nie zdając sobie sprawy z jego dziejowej doniosłości. Kiedy w natłoczonym wagonie kolejowym zwilżamy czoło wodą kolońską, wiemy tylko tyle, że to orzeźwia, ale że alkohol paruje, co wymaga dopływu energji, że chwyta, gdzie może, ciepło i dlatego obniża temperaturę skóry — cała teorja zjawiska mniej nas obchodzi. Odegrała zato wielką rolę przy konstrukcji chłodnic i stworzyła przemysł specjalny, który Niemcy zowią „Kaelteindustrie“. Każda ciecz, parując gwałtownie, każdy prawie gaz ścieśniony, który się rozszerza raptownie, wywołuje znaczne nieraz oziębienie. Na tych zasadach, stosowanych umiejętnie, zbudował mistrz z Lejdy przyrządy w swojem laboratorjum. I dnia pewnego, jeszcze przed wojną, w roku 1912-ym, uruchomił swoje pompy i aparaty, trzydzieści sześć godzin bez przerwy i — otrzymał w niewielkiej tubce skroplone helium. Ostatni z t. zw. gazów stałych, najupartszy, poddał się wreszcie przy temperaturze —268 stopni C. To był pierwszy bodaj, wielki czyn laboratorjum lejdejskiego. Pracownia zasłynęła szeroko w świecie. Uczeni wszystkich krajów zjeżdżali się tu na studja. Pani Curie-Skłodowska badała pierwiastki promieniotwórcze w pobliżu „bieguna temperatur“, Jean Becquerel zamrażał kryształy i studjował zjawiska optyczne, Filip Lenard z Heidelberga obserwował fosfory. Podwoje głośnej pracowni stały dla wszystkich otworem i na wielu znakomitych pracach z lat ostatnich znajdujemy ten podpis skromny a wymowny: Instytut niskich temperatur w Lejdzie. Tu odkryto, że metale tracą nagle opór elektryczny w pobliżu absolutnego zera i że wątły drucik ołowiany, który się przepala już przy słabych prądach, przepuszcza — zamrożony odpowiednio przez Kammerlingh-Onnesa — setki amperów. Tu zbudowano wreszcie słynne „sztuczne magnesy“... Dwa miesiące temu świat naukowy obiegła smutna wiadomość: profesor Kamerlingh-Onnes nie żyje. Nie będziemy wielkiej małej Holandji posyłali spóźnionych kondolencyj. Prawdopodobnie inne, młodsze ręce objęły już ster głośnego instytutu i pokierują go ku nowej chwale. Praca przy warsztacie, stworzonym przez mistrza nie zamrze. Pamiętam — lat temu kilkanaście, byłem na posiedzeniu akademji w Amsterdamie. Przy długim stole siedzieli ramię przy ramieniu van der Waals, H. A. Lorentz, Zeeman, Kamerlingh-Onnes, de Vries... Zrozumiałem, że w tym kraju uczonych nie zbraknie. Holendrzy wydzierali piędź po piędzi nawet grunt, na którym istnieją, Naturze i odtąd umiłowała ich widocznie, nabrała dla nich szacunku... Ilekroć chce jakiś ważniejszy sekret ludzkości wyjawić, wybiera sobie uczonego holenderskiego na powiernika.

(Dlaczego się opalamy? — Światło niewidzialne. — Fizyk w roli detektywa. — Pozdrowienia dla Barbary).

Minęły dawno te czasy, kiedy to my, warszawiacy, należeliśmy do „bladych twarzy“ z powieści Coopera i Mayne Reida. Dziś mamy bronzowych Sjuksów od Lourse’a, czerwonoskórych Mohikanów „kresowych“ i Czypewajów z Ziemiańskiej. Jeżeli Sępie Oko z Mazowieckiej chce sprawić prawdziwą przyjemność Krukowi z Wareckiej, zaczepia go na ulicy i woła: — Panie! Jak pan się opalił! Pan chyba wraca z Lido? Tylko włoskie słońce daje taki ton złotawy... Nie chciałbym potrącać o sprawy medyczne, ale zdaje mi się, że w tem zdaniu tkwi pewien nonsens. Włoskie słońce czy austrjackie — z naukowego punktu widzenia mamy tu do czynienia z fotochemją. Panna Ziuta i pan Dusiek czernieją mniej więcej dla tych samych powodów, co klisza i papier fotograficzny. Dzieje się to pod wpływem promieni najbardziej chemicznie aktywnych, promieni o krótkiej fali. Tych właśnie krótkich fal szukamy w górach, w czystem powietrzu nad morzem i wreszcie — jeżeli już nie można inaczej — na plaży warszawskiej. Istnieją też elektryczne lampy rtęciowe, ze względu na oprawę zwane lampami kwarcowemi, które świecą dość nieprzyjemnem dla oka, sinem światłem, ale wysyłają taką ilość fal krótkich, że pacjent po kilku seansach wygląda, jakby wracał z Zakopanego, z Zawratu. Oczywiście nauka nie robi odkryć dla celów kosmetycznych i poważnemu fizykowi wcale nie zależy na tem, żeby warszawiaka ufarbować na Indjanina. Przekonano się natomiast w ostatnich czasach, że promienie o krótkiej fali (nazwijmy wreszcie rzecz po imieniu — promienie ultrafioletowe) zabijają bakterje, znajdują zastosowanie w terapji i w niektórych działach techniki. Odtąd zwrócono baczniejszą uwagę na lampy rtęciowe, powstał nowy przemysł i w cichej mieścinie niemieckiej osiedliło się specjalne towarzystwo akcyjne o bardzo długiej nazwie „Hanauer Quarzlampengesellschaft.“ Żeby zrozumieć, naczem trudności fabrykacji polegają i dlaczego to aż całe towarzystwo akcyjne musi się z niemi borykać, przypomnijmy sobie, że promienie ultrafioletowe mają własności trochę dziwaczne. Przedewszystkiem są — niewidzialne. Niewidzialne światło — to brzmi, jak paradoks, a jednak — już muzycy wiedzą, że nie wszystkie wibracje dźwiękowe chwytamy uchem i że bywają drgania tak szybkie, tony tak wysokie, że ich dosłyszeć niepodobna. W optyce rzecz wygląda jeszcze zabawniej, niż w akustyce: widzimy właściwie tylko jedną oktawę kolorów albo tonów — od niebieskiego do czerwonego, ale w naturze jest jeszcze cały olbrzymi rozegrany fortepian, o którym doniedawna nie mieliśmy pojęcia: promienie ultrafioletowe, promienie rentgenowskie. Wiadomo naprzykład, że Roentgen dokonał swego wiekopomnego odkrycia przypadkowo. Eksperymentował ze znaną rurką Crookes’a i zauważył, że jakiś niesforny kryształek połyskuje mocno za każdym razem, ilekroć prądy elektryczne przez rurkę próżniową przechodzą. Dziś wiemy, że to właśnie głośne „promienie X“ zmuszały ów kryształ do świecenia, pod ich wpływem — jak mówią fizycy — fosforyzował. Ale nie o promieniach X chcemy tu mówić, chociaż i o nich możnaby rozprawiać dość długo i szeroko, tylko o znacznie bardziej basowych tonach na fortepianie optycznym, o promieniach ultrafioletowych. Posiadają, jak to już zaznaczyliśmy, wielką energję chemiczną, zaczerniają klisze, zabarwiają skórę, wywołują fosforescencję, ale dziwnym trafem nie przechodzą przez zwykłe szkło, które w życiu codziennem przywykliśmy uważać za przezroczyste, przenikają zato niektóre inne substancje stałe, np. kwarc, o którym słownik słusznie powiada: „minerał pospolity, będący czystą krzemionką“. Żeby je tedy w większych ilościach z lampy rtęciowej wydobyć, trzeba było czekać na ten moment, kiedy się nauczymy wreszcie ową krzemionkę w piecach elektrycznych topić, formować i urabiać z niej naczynia i rurki próżniowe. Dzisiejsza technika lepi twardy kwarc, jak wosk, wyrabia zeń, co jej się żywnie podoba: retorty, kule, rurki, przyrządy osobliwego kształtu. Nic dziwnego, że i lampa rtęciowa nabrała nowego wigoru. Donoszą z Hanau, że zbudowano tam w ostatnich czasach przyrząd, wysyłający promienie ultrafioletowe takiej energji i takiej specjalnej długości fali, że pobudzają do świecenia materjały najbardziej prozaiczne: papier, atrament. Wszystko fosforyzuje. Pisma niemieckie piszą o tej lampie, jako o „detektywie fizykalnym“. Rzeczywiście bowiem, dość skierować jej ciemne promienie na papier, a atrament natychmiast pocznie lśnić, świecić, litery i cyfry, najgenjalniej nawet dopisane na dokumencie, zabłysną innem jakiemś światłem — żółtem — i fałszerstwo wyjdzie najaw odrazu. Miejmy nadzieję, że nie na tem się skończy i że nauka, technika i medycyna wynajdą wspólnemi siłami jakieś pożyteczniejsze zastosowanie dla dobroczynnych promieni niewidzialnych.

I jeszcze jedną wiadomość z pism codziennych wynotować muszę czemprędzej w obawie, że nikt na nią nie zwróci uwagi. Korespondent ajencji Wolfa depeszuje z Helgolandu, że spuszczono tam na wody niejaką Barbarę, statek pojemności 3 tysięcy tonn, zaopatrzony w trzy rotory Flettnera. Powiedzmy to krótko i zwięźle: rotor Flettnera jest najdowcipniejszym chyba wynalazkiem naszego stulecia, więcej — jest dowodem najoczywistszym, że technika jest właściwie wszechmocna: w mgnieniu oka usuwa przeżytki, najbardziej uświęcone tradycją, w genjalny sposób tworzy nowe możliwości. Ów rotor to poprostu przewrót rewolucyjny w starem, poczciwem odwiecznem, romantycznem żeglarstwie. Jeżeli się zastanowimy przez chwilę poważniej nad tem, do służy malowniczy żagiel, rozpięty na wichrze, dojdziemy do wniosku, że ta płachta przedziela powietrze na dwie strefy: taką, w której cząstki gazowe pod naporem wiatru się tłoczą, wywołując lokalne zgęszczenie, i taką — przed płachtą płócienną — gdzie ich jest chwilowo mniej. Wytwarza się z tego powodu różnica ciśnień i płachta a z nią razem łódka sunie przed siebie w błękitną dal. W laboratorjach fizycznych wiadomo oddawna, że zgęszczenia i rozrzedzenia cząstek w gazach wywoływać można w sposób znacznie ciekawszy: walec, puszczony w szybki ruch obrotowy, wytwarza w pewnych warunkach takie różnice ciśnień, że nawet świetne powietrzne pompy ssące udało się na tej zasadzie zbudować. Flettner wpadł na pomysł kapitalny i postanowił wirujący walec zastosować w żeglarstwie. Zamiast odwiecznych „hissuj! topżagiel! ściągaj! zwijaj!“, zamiast gromady ludzi, łażących po masztach, zdyszanych, zziajanych — ktoś naciska spokojnie na guzik niewielkiego motoru, puszcza dwa lekkie cylindry w ruch obrotowy, w mgnieniu oka mamy te same różnice ciśnień, co przy największych płachtach żaglowych i statek — sunie przed siebie w tę samą błękitną dal. Żaden huragan nic tu nie wskóra — poprostu naciskamy na inny guzik, zatrzymujemy wirujące walce, „zwijamy żagle“... Romantyzm djabli biorą, żeglarz współczesny płynie po morzach. Przesyłam nieznanej „Barbarze“ z okazji jej podróży próbnej najserdeczniejsze życzenia.

(Dwie rocznice. — Maison de la Chimie. — Kolory, zapachy, jedwabie. — Niech żyje Edison!)

Nie wiem, czy tysiące rozbawionych turystów, czy różnojęzyczne tłumy z wielkich bulwarów i stali bywalcy „Café de la Rotonde“ zwrócą na to uwagę, ale Paryż — Paryż poważnej pracy i nauki — obchodzić będzie za kilka miesięcy święto bardzo uroczyste. Mija lat sto od daty pamiętnej, kiedy urodził się w tem mieście Marceli Berthelot. Pisma zamieszczają już teraz życiorysy wielkiego męża, a komitety specjalne zastanawiają się nad tem, jak uczcić najlepiej pamięć człowieka, który był chlubą nauki francuskiej i ojcem syntezy chemicznej. Chemik — przed Berthelotem — był czemś w rodzaju recenzenta teatralnego: siedział na wielkiem przedstawieniu, jakie daje natura, przyglądał się, analizował, badał, krytykował, ale tworzyć nie potrafił. Wiedział, że wszystko, co istnieje, co żyje i nie żyje, ten atrament, ta stalówka, to drzewa za oknem, dom, ulica, posterunkowy, jego but, jego mundur, dorożkarz i koński ogon — składa się właściwie z tych samych kilkudziesięciu pierwiastków, wiedział, że na dobrą sprawę moglibyśmy wziąć kawał zwykłego węgla, trochę pospolitego tlenu i wodoru i przetworzyć to w retorcie na alkohol, glicerynę, tysiączne — ale sposobu nie znał. Prace mistrzów wskazały ludziom właściwą drogę i — minęło zaledwie lat 70! — dziś już nikt nie urządza wypraw uciążliwych w kraje egzotyczne po indygo, po purpurę, po olejki wonne. Chemja fabrykuje barwy, o jakich się maharadżom nie śniło, tworzy esencje i aromaty, od których padyszach dostałby zawrotu głowy. I czarownice nie wybierają się już na miotłach w niedostępne góry po zioła o własnościach nieznanych. Merck w Darmstacie albo Kahlbaum w Berlinie mają całe wielotomowe katalogi lekarstw, dystylują odwary i eliksiry, których żadna roślina dostarczyć nie może. Nie zdobyliśmy jeszcze recepty na „chleb syntetyczny“, nie odżywiamy się jeszcze chemicznie, ale umiemy chwytać bezużyteczny azot z powietrza, przetwarzać go na dobroczynną saletrę, wzbogacać nią glebę-żywicielkę. Produkujemy w fabrykach celulozę, dziś już nosimy sztuczne jedwabie, nawet kauczuk, wydobywany w retorcie metodą Bayera — kto wie, czy jutro nie otrzymamy z tajemniczej kuchni całego garnituru, stworzonego metodą syntetyczną, chemicznie, z kilku niemrawych pierwiastków, powiązanych mądrze dłonią uczonego. Z artykułu w piśmie „Quotidien“ dowiaduję się, że, zamiast kosztownych pomników i obchodów, w dzień owego święta nauki rozpoczęta w Paryżu budowa gmachu pod nazwą „Le Maison de la Chimie“. Powstaje znów jeden z tych instytutów, których, niestety, wciąż za mało jest na świecie, pracownia, poświęcona prawdziwej, wolnej, niczem nie skrępowanej twórczości naukowej. Tak się już utarło, że poetom, malarzom, pozwalamy jeszcze niekiedy robić w życiu, co im się żywnie podoba, ale uczonego badacza zaprzęgamy prawie zawsze do kieratu pedagogicznego. Przez laboratorja uniwersyteckie przesuwa się codziennie gromada młodzieży w pogoni za dyplomem. Przeważnie niema w tem nic złego i profesorowi, o ile jest przeciętnym wyrobnikiem, nie dzieje się żadna krzywda. Ale bywa i tak, że człowieka genjalnego zmuszamy do jakichś czynności policyjnych, do sesyj, egzaminów, do stawiania stopni. Degradujemy go, odrywamy od pracy. Laboratorja niezależne, których podwoje stoją dla każdego zdolnego badacza otworem, nie go o patent, metrykę, świadectwo, powstały, oczywiście, najpierw w Ameryce. Przed wojną już stworzono podobne instytuty w Berlinie (zakład chemji fizykalnej Habera). Mamy i w Warszawie skromne cztery pokoiki przy ul. Śniadeckich, zwane dość gołosłownie Instytutem Radiologicznym. Przekonamy się z krótkiego życiorysu Edisona, że właściwie najlepsza, jedyna polityka gospodarcza to — tworzenie tego rodzaju zakładów, gdzie się da i w jak największej ilości.

Thomas Alva Edison kończy w lutym roku przyszłego lat 80, ale nie trzeba było doprawdy okazji aż tak wyjątkowej, żeby przypomnieć Amerykanom, kim jest cudotwórca z Menlo-Park i co mu kraj i świat cały zawdzięcza. Kiedy kilka lat temu jedno z najpoczytniejszych pism nowojorskich ogłosiło plebiscyt na najznakomitszych wśród ludzi żyjących — vox populi wysunął na czoło listy Thomasa A. Edisona. Wielki wynalazca jest postacią najbardziej popularną w Stanach Zjednoczonych, jest żywem wcieleniem ideału amerykańskiego, personifikacją tej siły żywotnej, której żadne przeszkody nie złamią, tej energji, której żadne przeciwności wyczerpać nie zdołają. Miał lat 17, kiedy sprzedawał jeszcze gazety na małej stacyjce w Detroit. Los dobrotliwy zetknął go z niedołężnym podówczas telegrafem elektrycznym i młody chłopak odrazu wynajduje sposób przesyłania dwóch i trzech depesz po jednym drucie, obmyśla przyrząd samopiszący i już w roku 1869 — w dwudziestym drugim roku życia — otrzymuje za swój pomysł 40 tysięcy dolarów. Nie roztrwonił z tej sumy ani centa. Za pieniądze, które mu wypłaciła firma Gold and Stock Cy, buduje laboratorjum w New Jersey, a następnie w Menlo-Park. I tu właśnie okazuje się, że — nawet w kraju nieograniczonych możliwości — taka właśnie i nie inna lokata kapitału jest najzyskowniejsza. Z pracowni naukowej płyną pomysły, powstają w niej aparaty, z których każdy jest jakimś ósmym świata, budzi w olśnionych widzach zdumienie, niewiarę, wygląda poprostu na humbug — tak dalece jest nieprawdopodobny. Kiedy na posiedzeniu Akademji Francuskiej pierwszy raz demonstrowano gramofon Edisona, poważni uczeni twierdzili stanowczo, że mamy tu oczywiście do czynienia ze sprytnym brzuchomówcą. Dziś metody utrwalania dźwięków nie dziwią nikogo, fabrykacja fonografów i parlografów zatrudnia tysiące ludzi... A nie był to największy wynalazek Edisona. W głowie się nie mieści, że ten jeszcze rześki, dzielny człowiek zapalił w swej pracowni pierwszą na świecie żarową lampkę elektryczną i że to światło, bez którego życia współczesnego wyobrazić sobie już nie można, jemu właśnie zawdzięczamy... Kiedy go teraz pytają reporterzy i gazeciarze, jaki to eleksir sprawił, że, w tak późnym wieku, tyle energji życiowej posiada, odpowiada podobno stale: jedzcie o połowę mniej, śpijcie o połowę mniej, pracujcie o połowę więcej. Ale inny jeszcze morał wyciągnąć można z jego biografji. Tam, gdzie spoczął jasny wzrok Edisona, powstawały, jak za różdżki czarodziejskiej, już nietylko wynalazki i ulepszenia — wyrastały nowe olbrzymie gałęzie przemysłu. Mózg genialnego człowieka jest doprawdy większem bogactwem naturalnem kraju, niż pokłady węgla i kopalnie nafty.

(O krótkowidzu Neronie, o zawodnych wrażeniach optycznych, o upiorach i kosmosie).

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…