Read here

Kim był Karol Marcinkowski?

Helena Rzepecka · 1913 · Free in the US

43,311 words · about 3 h 2 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1913 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Kim_był_Karol_Marcinkowski%3F&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Helena Rzepecka
Language
Polish
Published
1913
Length
43,311 words · about 3 h 2 min
Sections
17 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (17)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 31 min
  3. I about 6 min
  4. II about 5 min
  5. III about 6 min
  6. IV about 3 min
  7. V about 4 min
  8. VI about 5 min
  9. VII about 8 min
  10. VIII about 4 min
  11. IX about 4 min
  12. X about 5 min
  13. XI about 5 min
  14. XII about 13 min
  15. XIII about 6 min
  16. XIV about 8 min
  17. XV about 7 min

Continue:

Front matter

BIBLIOTEKA MACIERZY POLSKIEJ

Nr. 81.

KIM BYŁ

całość

BIBLIOTEKA MACIERZY POLSKIEJ

Nr. 81.

KIM BYŁ

KAROL MARCINKOWSKI?

NAPISAŁA

A.

WE LWOWIE

1913

I.

W DOMU I W SZKOLE.

Pięć lat już stolica Wielkopolski pod pruskimi była rządami, kiedy w Poznaniu urodził się człowiek, który miał zostać wielkim dobroczyńcą swych ziomków. Nie było wtedy w Polsce wesoło, bo w trzech zaborach zastosowywać musieliśmy się z konieczności do nowych panów, a rządy zmieniały się co chwila. Wszyscy już wiemy, że wtedy to na zachodzie Europy, we Francyi, powstał mąż, którego poeta Mickiewicz nazwie potem »bogiem wojny«. Wódz ten, wtenczas jeszcze generał Bonaparte, późniejszy Napoleon Wielki, walczył przeciwko wrogom francuskiej rzeczypospolitej, a my Polacy zaciągnęliśmy się w utworzone wtedy przez Dąbrowskiego osobne legiony i walczyliśmy razem z Francuzami. Ufaliśmy bowiem, że tem pomaganiem Francuzom do zwyciężania, zapomocą tego narodu wywalczymy też i straconą niepodległość naszej Ojczyzny. Któż bowiem i na chwilę byłby wątpił o tem, iż naród nasz bytu politycznego niebawem nie odzyska? Poznań o tyle wtedy mniej był nieszczęśliwym, iż razem z sercem Polski, z Warszawą, złączony był pod jednem panowaniem, bo Prusak zabrał był i Mazowsze po Wisłę. Galicya jęczała już po uciskiem niemczycieli. Ale wszędzie była ufna nadzieja, iż losy nasze się polepszą. Na wojaczkę w świat wyszła przeważnie młodzież szlachecka i wiejska, mieszczanin zrzadka który chwycił za karabin lub dosiadł konia. Niewiele jednak czasu upłynie, a zobaczymy, że i młodzież mieszczańska poczuje w sobie ducha bohaterów. Prastary gród Przemysława, królewskie miasto Poznań, bo i ono miało i po dziś dzień ma jeszcze zamek z dawnych czasów, Poznań nie był już wtedy tak wspaniałym i zamożnym, jak poprzednio za Jagiellonów, bo go wojny szwedzkie i przechody wojsk różnych za Sasów i późniejsze bardzo wyniszczyły. Chował on jednak święcie pierwsze narodu pamiątki, ustrzegł prochy pierwszych królów naszych, wielkich Mieczysława i Bolesława. Był strażnicą od zachodu — nad Wartą stał na warcie. Co do obszaru nie był on tak rozległym, jak dzisiaj, więc życie jego wychodziło także poza mury dawniejszej twierdzy obronnej, na przedmieścia. Na jednem z takich przedmieść, w dzielnicy dokoła kościółka św. Wojciecha, mieszczaninowi poznańskiemu, Józefowi Marcinkowskiemu, w domu pod ówczesną liczbą 91, dnia 23. czeerwca 1800 roku urodził się syn, który otrzymał imię Jana Chrzciciela i Karola. Że jednak w rodzinie już jeden brat był Janem, więc młodszego mianować w domu zaczęto drugiem imieniem, i pod tem to imieniem dzisiaj Polska Marcinkowskiego ze czcią wspomina. Skromnie było w tem gnieździe rodzinnem, ale uczciwie i chędogo. Ojciec był na dorobku, miał jadłodajnię i mały mielcuch, w którym piwo warzył, wynajmował też podwody i wkrótce tak się dorobił, że wziął sobie dzierżawę rolną, na której jednak wkrótce umarł. Dzieci starannie chowała matka, Agnieszka z Kopickich, i ona to zawczasu starszych synów posyłała do szkoły klasztornej, tak zwanej reformackiej. Gdy Karolek skończył lat dziesięć, oddany został do szkoły średniej, polskiej jeszcze wtedy na szczęście. Bo tymczasem w Poznaniu i w Polsce nastały czasy inne, znacznie weselsze. Pobici zostali przez Napoleona i Polaków pod Jeną Prusacy; w same imieniny Karolka, w roku 1806, do Poznania wkroczyli zwycięscy Francuzi. Tuż za nimi pod Dąbrowskim z ziemi włoskiej do polskiej i do grodu wielkopolskiego przemaszerowali i nasi legioniści. Napoleon r. 1807 z części Polski, Prusakom odebranej, utworzył tak zwane W. Księstwo Warszawskie. Weselej u nas, bo odzyskaliśmy kawał ziemi, mamy swój własny rząd i ministrów, własne wojsko, a więc też i własne szkoły. Mały Marcinkowski uczy się w szkole, która poprzednio przez lat dwieście była kollegium jezuickiem, potem »szkołą narodową«, a wreszcie otrzymała z francuska nazwę szkoły »departamentowej«, tyle co okręgowej. Kiedy nasi wodzowie i żołnierze, a wśród nich pisarze i poeci, jak n. p. Andrzej Brodziński, Julian Ursyn Niemcewicz, Franciszek Morawski, nasi bohaterzy, jak Poniatowski, Dąbrowski, Fiszer, roku 1812 poszli na wielką »drugą polską wojnę« — kiedy Adam Mickiewicz, jako czternastoletni chłopiec, radosnem sercem patrzał na te ciągnące przez Nowogródek wspaniałe wojska naszego zastępy, to nasz Karolek, jako dziecko na ławie szkolnej, nie mógł sobie jeszcze jasno zdać sprawy z tego, co się dokoła niego i w ojczyźnie działo. Nie rozumiał — ale odczuwał, głęboko czuł a gorąco. Bo był chłopcem usposobienia bardzo żywego, pobudliwego, gdyż w świadectwie szkolnem napisano mu, iż był »krwisto-cholerycznym«. Już to dla rodziców zwykle lepszą jest wróżbą, gdy mają dzieci usposobienia żywego, bo przy rozsądnem a starannem wychowaniu łatwiej popędliwego chłopca okiełznać i ustatkować, aniżeli z dziecka opieszałego, ociężałego wychować człowieka Bogu na chwałę, a ojczyźnie na pożytek. Sprawdziło się to na małym Karolku, który, jak to mówią »ciekawy był do nauki«, a miał »głowę otwartą«, bo w klasach celował, nagrody innym rówieśnikom zabierał. A jak później tego swego pobudliwego usposobienia zużyje na dobro drugich, to cały jego żywot wykaże. Kiedy młody Karol w naukach podstawowych już był dojrzałym, inaczej: zdawał »maturę«, a jak u nas w Poznańskiem mówią, składał egzamin abituryencki, znowu się u nas stosunki polityczne zmieniły, ale niestety nie na lepsze. Przez czas nauki Marcinkowskiego wielka armia Napoleona została rozbita, z dopustu Boga wymrożona i wygłodzona. Nasi szermierze szlachetnie i wytrwale osłaniali odwrót Francuzów i wojsk innych sprzymierzonych narodów. Zgnębiony mocarz Napoleon odjechał niedobitki swojej armii potajemnie, przemknął się na saniach przez Warszawę, przejechał też i przez Poznań. Potem też, w obronie czci oręża polskiego i honoru wojskowego zginął we falach Elstery książę Józef Poniatowski. Napoleon przestał być cesarzem, a państwa, które on był potworzył, znowu inaczej ukształtowano. Wtedy zaborcy już po raz piąty ojczyzny naszej granice i kordony pozmieniali. Prusak odebrał to, co nam przedtem był zabrał, chociaż nie wszystko, bo mu car Aleksander nie chciał oddać Warszawy. I tak Poznań, odcięty od Mazowsza, został stolicą nowo utworzonego W. Księstwa Poznańskiego, gdyż król pruski do swych tytułów władcy dodać chciał jeszcze jakieś osobne mianowanie, któreby oznaczało, iż on także jest panem części ziemi dawnej Rzeczypospolitej naszej. Jednakże ówczesny król pruski nie zamierzał niemczyć Polaków — przeciwnie — poręczył nam był wiarę katolicką i język ojczysty, a na znak, iż z Polakami postępować chce uczciwie, na miejsce swoje ustanowił osobnego urzędnika, czyli namiestnika, i to księcia Antoniego Radziwiłła, z którym był spokrewniony przez stryjeczną swą siostrę, księżniczkę Ludwikę, bratankę tego samego Fryderyka II, który Polskę rozbierał. Te wypadki dziejowe młodzieniec Marcinkowski rozumiał już zupełnie, bo nie nadaremnie był bystrym i czynnym. Chociaż dzienników politycznych niewiele wtedy u nas jeszcze było, ale młodzież wykształcona słyszała o wszystkiem, co się dzieje w Europie, widziała to, na co patrzała dookoła, na żałobę osieroconych wojnami rodzin, na niedostatek mieszkańców Poznania, na kraj nasz, wojnami wyniszczony. Marcinkowski znał już wtedy obowiązki prawa Polaka, który dźwignąć ma naród z nieszczęścia. Wiedział, iż do tego potrzeba oświaty, bo sam mądrym winien być ten, kto drugim chce pomódz. A rozsądek młodzieńca musiał już być widocznym i wiedza zasobna, skoro na pożegnaniu się ze szkołą Marcinkowskiemu kazano po łacinie przemawiać o własnościach ciał fizycznych, nauce z dziedziny przyrodniczej. Ponieważ pierwsza to — po rozruchach wojen napoleońskich — gromadka młodzieży gimnazyum poznańskie opuszczała, więc losem sześciu uczni Polaków zajęli się starsi, zaopiekował się nią także i namiestnik, książę Radziwiłł, który mieszkał tuż obok szkoły, bo w gmachu pojezuickim, a z nauczycielami młodzieży ścisłe utrzymywał stosunki. Dla najlepszych uczni były też przez rząd wyznaczone zapomogi, dość znaczne fundusze, za które młodzieńcy kształcić się mogli dalej na wyższych uczelniach, inaczej wszechnicach. I Marcinkowskiemu taki zasiłek pieniężny na dalszą naukę przypadł w udziale, ale młodzieniec nasz jakby »w czepku się rodził«, bo wyjątkowe spotkało go szczęście u progu życia studenckiego. Zamożny obywatel, Eustachy Grabski, zaopiekował się Marcinkowskim i w testamencie zapisał mu 1800 pruskich talarów, czyli blizko pięć tysięcy koron, aby Marcinkowski uniwersytet bez troski pieniężnej mógł przebyć. Z początku Karol zamierzał zostać nauczycielem, potem jednakże zamiar zmienił i postanowił zostać lekarzem. Ale choć nie uczył potem młodzieży, na ławach szkolnych siedzącej, to jednak zobaczymy, iż Marcinkowski będzie nauczycielem, i to doskonałym, bo współobywateli swoich uczyć będzie e, będzie nauczał gospodarstwa społecznego. Wpoi też w nas cnoty, do szczęścia niezbędne, bez których żaden naród istnieć i rozwijać się nie może, przekona nas o wartości y, nauczy nas ustawicznej y. Jesienią 1817 r. Marcinkowski zaczyna naukę medycyny na uniwersytecie berlińskim. Żeby się utrzymać, musi jednak zarabiać dawaniem lekcyi prywatnych, bo legat Grabskiego go nie doszedł. Lata następnego musi leczyć się w uzdrowisku Salzbrunn, na Śląsku, gdyż w młodych płucach zjawia się gość niepożądany: zastarzały nieżyt, który stanie się później powodem przewlekłego cierpienia. Dolegliwość ta nie obniża jednak polotu myśli młodzieńca, ani też studzi żar jego zapału. Żyje on pełnią ducha i kształci nietylko umysł, ale gromadzi skarby uczucia, które już wtedy na przyjaciół i braci-kolegów przelewa.

II.

CZASY MŁODZIEŃCZE.

Tak pięknie o miłości ojczyzny, inaczej patryotyzmie, wyraził się ksiądz biskup Krasicki w »Hymnie«, ułożonym r. 1772, a więc krótko po pierwszym kraju rozbiorze. Deklamowano go z płaczem, a kadeci warszawscy, uczniowie szkoły wojskowej, codziennie go śpiewali. We wielkiej sali pałacowej na ścianie hymn był wypisany. I późniejsza młodzież nasza, nawet młodzież szkół ludowych, znała go z książek podręcznych tam, gdzie szkoły te narodowe, w wolnej Polsce założone, jeszcze się ostały. Drukowano go nawet w elementarzach, aby wszyscy to przykazanie poznali i ojczyznę nietylko ukochali, ale też dla niej cierpieć umieli. U młodzieży wykształceńszej zwrotka ta stała się hasłem! Tę »świętą miłość« chowa też »poczciwy«, to tutaj znaczy wzniosły, szlachetny umysł młodego Karola, wtedy, gdy w berlinie styka się z kolegami z innych zaborów, którzy na naukę równocześnie przybyli. Uczucia młodzieży zasilały też jeszcze najnowsze nasze czyny bohaterskie za wojen napoleońskich, podsycała je poezya legionistów, utwory poety Alojzego Felińskiego, jego hymn: »Boże, coś Polskę«, w tym czasie ułożony. Krzepiły ją pisma Naruszewicza, Niemcewicza i natchnione słowa kaznodziejskie Woronicza. Wtedy to przez Polskę przeszedł znów jęk dzwonów żałobnych. Na wolnej ziemi Helwetów, w Solurze, złożono do grobu śmiertelne szczątki »naczelnika w siermiędze«, nieśmiertelnego Tadeusza Kościuszki. Wydarzenie to odnowiło w sercach naszych żal i tęsknotę, podsyciło zwłaszcza uczucia młodzieży, która pragnęła pójść śladami tego Polaka bez skazy. Młodzież wspominała czasy warszawskiej szkoły rycerskiej, odświeżała jej »Katechizm kadetów«, czego dowodem pozdrowienia, jakiemi się studenci nasi poufnie witali. Spotkawszy się, takie wymieniali hasła związkowe: — Co się zajmuje? — Myśl Ignacego Potockiego. — W jakim duchu? — Hugona Kołłątaja. — W jakim zamiarze? — W zamiarze nieśmiertelnego Kościuszki. Duch patryotyczny ożywiał wtedy jednak młodzież całej Europy. Niemiecka młodzież pamiętała, jak to młody poeta Körner poległ w obronie swojej ojczyzny, jak na jego hasło cała młodzież poczuła w sobie ducha i wroga wypędzić pomogła. Ale potem też studenci niemieccy nie zaniechali myśli wolnościowej. Dążyli do swobody obywatelskiej, chcieli, by wolność stała się udziałem każdego Niemca. Czując swą siłę, młodzież niemiecka nie zaniechała dążenia do prawdziwego wyzwolenia narodu. Nie mogąc dążeń swych bezkarnie wyjawić, pozawiązywała się w stowarzyszenia polityczne, aby później łatwiej już opanować umysły ludu, a od rządów domagać się uobywatelenia wszystkich stanów. Bo Niemcy w swoich państwach i państewkach nie byli jeszcze doszli do tej, co Polacy, dojrzałości politycznej, kiedy to na ćwierć wieku przedtem nasze stany sejmujące, z królem na czele, dobrowolnie ustanowiły, że w Polsce wszyscy obywatele wobec prawa są równi. Żaden naród nas w tem nie uprzedził — nie zniósł przywilejów stanowych, tak jak nasza ustawa rządowa z dnia trzeciego maja 1791 roku, inaczej nasza »Konstytucya«. W Niemczech ucisk trwał dalej — więc nic dziwnego, że ludzie szlachetniej myślący chcieli rodaków swoich z jarzma poddaństwa uwolnić jak najwcześniej. Rząd znowu chciał wiedzieć, co jego poddani myślą, czy prawo, i co zamierzają, dlatego łączenia się młodzieży w związki zakazał surowo. Studentów śledził, podpatrywał, podejrzany wytaczał procesy o zdradę państwowego rządu, inaczej stanu, karał długiem więzieniem i wydaleniem ze szkół wyższych. Taki strach padł wtedy na poszczególne rządy niemieckie, że sejm tych państw związkowych, inaczej bundestag niemiecki, ustanowił osobną do tych spraw młodzieży komisyę śledczą, która tropić miała, czy młodzież spisków politycznych nie knuje. Co więcej, każdy z uniwersytetów niemieckich dostał osobnego opiekuna, komisarza, który, jakoby »anioł-stróż«, śledzić, co robią i myślą nietylko studenci, ale nawet i — profesorzy. Dlaczego tu o tem mówimy? Bo w tych samych warunkach żyć i uczyć się musi młodzież polska zaboru pruskiego, której w Berlinie znalazła się spora gromadka, chociaż nie brakło tam i studentów z poza kordonu rosyjskiego, z Warszawy i z Galicyi. Ma się rozumieć, że nasi »akademicy«, jak wtenczas studentów uniwersytetu nazywano, że młodzież nasza, nasłuchawszy się niemieckich wykładów, do obranego zawodu potrzebnych, przynajmniej raz w tydzień zbierała się regularnie. Oczywiście złączyła się też w koło ściśle poufne, w którem nie mówiła o sprawach niemieckich, tylko dzieliła się nowinami z ojczyzny, boć ona chwilowo tylko przebywała na obczyźnie, dla nauki, a potem wracać miała na życie i pracę dla kraju. Młodzieńcy nasi wiedzieli też, co się dzieje wśród młodzieży warszawskiej, a zwłaszcza tej szlachetnej wileńskiej, gdzie to cnotliwy Tomasz Zan jej przywodził, gdzie duch Mickiewicza i pierwociny talentu krzepiły ją do dobrego. Tkwi już to w naturze młodych, że wolą przestawać z młodymi; starszym rzadko się zwierzą ze swoich poglądów czy zamiarów, ale w swojem kółku są szczerzy, wzajemnie wylani, mówią o urządzeniu sobie życia, marzą o spełnieniu swych pragnień i dążeń, o tak zwanem dobru najwyższem, o myśli życia doczesnego przewodniej, o tak zwanych ideałach. Ideałem każdego »umysłu poczciwego« była praca nad odrodzeniem Ojczyzny: »byle się tylko wspomódz, byle wspierać — nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać.« Młodzieży naszej tymczasem jeszcze ani nędza, ani śmierć nie zagrażały. Studentów berlińskich węszył tylko nos komisarza Schulza, tajnego radcy do odkrywania tajemnych związków. I wywęszył! a to zapomocą ówczesnego sędziego uniwersytetu, Krausego. Pierwszego pod klucz zabrano Królewiaka Ludwika Koehlera, który władzy przyznał się do tego, że utworzył mieszany z Polaków i Niemców »Związek przyjacielski« z hasłem: »Panta koina«, co znaczy: »wszystko wspólne«. Brany na spytki, Koehler przyznawał się do wszystkiego; między innymi zeznał, iż wśród młodzieży naszej istniało stowarzyszenie tajne, koło, do którego i on przyjętym został. Biedaczysko wymienił 34 członków tegoż związku młodzieży, który albo poprzednio, albo wtedy jeszcze uczyli się w Berlinie. Co prawda, Koehler z więzienia śledczego ostrzegł był kolegów swoich i na ręce Marcinkowskiego wysłał był karteczkę, tak, że nasi studenci poniszczyć mogli istniejące dowody stowarzyszenia, popalić papiery, poniszczyć odznaki, t. j. amarantowo-białe kokardy. Ale to na nic się już dało. Skoro Koehler nazwiska kolegów władzy wydał, to starczyło. Koehler prawego był umysłu, kłamać nie chciał — ale jako chłopak młody nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo »zjadłemi truciznami« i jak wielu młodzieńców napawać się będzie przez długie miesiące kaźni więziennej. Biedak sam skazany został na sześć lat twierdzy w procesie, jaki wytoczono jego mieszanemu z niemieckimi burszami związkowi. Naszemu związkowi nie lepiej się powiodło. Znamy zapewne wszyscy obraz wielki a piękny, który znajduje się we lwowskiej sali ratuszowej. Malarz przedstawił tam postać niewiasty umęczonej, do krzyża przybitej, a z nim do skały przykutej, dźwigającej ciężkie okowy. Wywyższona postać z głową w otoku spogląda w górę, skąd wyzwolenia wyczekuje, a u stóp jej, dokoła, otaczają niewiastę synowie, którzy dla wyzwolenia jej żyli i zginęli, dla dobra ludu pracowali. Cały ten naród pracowników męczennicę otacza. Kto nie widział obrazu, przez Jana Stykę wymalowanego, ten zna go z odbitki, czy innej ryciny, i wnet zawoła: — To Polonia — Polska! Tak ją wieszczowie nasi słowem opiewali, tę Polskę, umęczoną za wolność własną i innych narodów. »Polonią« też poprostu i słusznie nazwało się stowarzyszenie młodzieńców naszych, choć do tej nazwy nie mogli jeszcze przywiązywać zupełnie tego samego, co Styka, znaczenia. Ideę tę, że Polska jak Chrystus cierpiała i cierpieć na krzyżu ma na to, aby swą męką dać zadatek wolności narodów, tę ideę zbawczą, inaczej mesyaniczną, w poezyi naszej dopiero za lat kilkanaście rozwinie Mickiewicz, a za nim inni wieszczowie. Co nasza młodzież z drugiego dziesiątku wieku XIX miała na myśli wtedy, gdy sobie tę prostą nazwę nadała, o tem niebawem przekonamy się z ust samego Karola Marcinkowskiego. Koehler uwięziony już był w nocy z 10. na 11. lutego r. 1822. Zabrano mu wszystkie papiery i zaczęto na niemieckie tłumaczyć. »Porwanie« w nocy studenta oburzyło bardzo kolegów, którzy, nie mając nigdy zamiaru wywracania państwa pruskiego, słusznie obruszali się na »anioła-stróża«, Krausego. Dwóch naszych w teatrze berlińskim urządziło mu nawet jakąś awanturę, za co ich ze stolicy wydalono. Nazwiska ich: Gustaw Potworowski i Erazm Stablewski. To przyjaciele i przyszli współpracownicy Marcinkowskiego, młodzieńcy, którzy dumni byli z tego, iż Pan Bóg stworzył ich Polakami. W umysłach ich »święta miłość kochanej Ojczyzny gnieździła już prawdziwe rozkosze«. Zbliżała się jednak chwila, w której i na nich włożą »więzy i pęta«, ale te »niezelżywemi« będą dla tych przyszłych wojowników za wolność i wzorowych kraju obywateli.

III.

PIERWSZE WIĘZIENIE.

Tak wkrótce podług Mickiewicza powie Tomasz Zan do uwięzionych w klasztorze podominikańskim druhów wileńskich — będzie chciał wyłącznie siebie całego poświęcić, byle drugich filaretów uratować. Podobnie i Karol Marcinkowski gotów był potem wziąć na się całą odpowiedzialność za związek »Polonia«, którego był właściwym twórcą i duszą. Ale i filaretów wydał współstowarzyszony, a tutaj to Koehler jeszcze tak szczerze a niepotrzebnie ze wszystkiego wyspowiadał się przed urzędnikiem Frankenbergiem, który poprzednio we Wielkopolsce był zwykłym komisarzem policyjnym od »włóczęgów i złodziei«, a naraz posunięty został do godności radcy dworu (hofrata). Następnej zaraz nocy, z 15. na 16. marca, zaaresztowano i Karola Marcinkowskiego, z pięciu innymi polonistami. Przesłuchy też od niego rozpoczęto, bo Marcinkowski nietylko, że najstarszy był wiekiem, ale ukończył już był nauki lekarskie, z liczby słuchaczów uniwersytetu już się był wykreślił, a zaczął składać egzamina państwowe. Zresztą mocą charakteru i zdolnościami Marcinkowski tak się już był wybił ponad innych ziomków, że śledcy odrazu wzięli go za głowę »Polonii«, jak się później dopiero o tem przekonali z papierów, zabranych Koehlerowi. Przy pierwszych wypytkach Marcinkowski odrazu oświadczył, iż do winy jakiejkolwiekbądź się nie poczuwa i nie wie, dlaczego aresztowanym został — że do związków, prawem zakazanych, nie należał… I mógł to oświadczyć sumiennie, bo, jak powtarzamy, »Polonia« nie mieszała się do spraw państwa pruskiego ani też na rządy jego wpływu wywierać nie chciała. »Polonia« Polską się tylko zajmowała. Ale dobrze wiemy, na kim to zawsze czapka gore! Że związek polskich studentów istniał, do tego Marcinkowski zrazu przyznać się nie chciał, ze względu nie na siebie, tylko na kolegów. Nie przeczuwał bowiem, iż nierozważny Koehler wszystko już był wyjawił. Skoro jednakże sędzia śledczy o tem go przekonał, Marcinkowski nie miał już powodu owijania prawdy w bawełnę. Przez cały dzień 30. marca na ponownych przesłuchach trzymano naszego kandydata medycyny. Skąd o tem wiemy? Z aktów ministerstwa berlińskiego, bo tam przechowały się papiery tego procesu, naszych studentów dotyczące. Karol Marcinkowski osobne ma tam całe akta wyłączne, czyli że od roku 1822 rząd pruski zapisywał sobie wszystko to, co się do niego odnosiło, i to do samej Karola śmierci. Ministerstwo spraw wewnętrznych odtąd zawsze od urzędników swych w Wielkopolsce żądało zdania sprawy z Marcinkowskiego działania, tak jak po dziś dzień zawsze zasięga wiadomości o osobach sobie podejrzanych. Urzędnicy zaś piszą swoje osławione »berychty«. Śledczych sędziów nie zadowoliły zeznania ustne; chodziło im jeszcze o ustawy związku »Polonii«, które nosiły miano »Konstytucyi«. Że zaś komisya nie wydostała też tychże ustaw od akademików wrocławskich, więc na Marcinkowskiego wywierano nacisk, aby ustawy te z pamięci spisał — i dano mu sześć tygodni do namysłu. Nie żartowali z nim urzędnicy, ani też mu dozorcy więzienni dogadzali. Po trzymiesięcznem rozpamiętywaniu pod kluczem, Marcinkowski spisał im tychże ustaw »Polonii« luźnych paragrafów 37, poczem dopiero śledztwo ukończone zostało, a urzędowy protokół przeczytanym, przyjętym i podpisanym został nareszcie. Dlaczego o tem mówimy tak szczegółowo? Bo Marcinkowski był jednym z pierwszych takich podsądnych »przestępców«, jakich liczba z biegiem czasu w Polsce podległej wzrastać nie przestanie. Więzy, jakie potem nakładano na umysły młodzieży, coraz to zacieśniano. Ducha gnębili i na swoją modłę przerabiać poczęli ci, którzy chcieli zawładnąć polskiej młodzieży duszą. Ten nacisk i ucisk trwają — od lat dwudziestu ciągle słyszymy, jak podobne procesa wytaczają studentom, ale nietylko tej młodzieży dorosłej, lecz i chłopcom gimnazyalnym za to, iż w koła tajne się łączą — w celach najszlachetniejszych oczywiście. Głośno niedawno też było o procesie poznańskim przeciw Władysławowi Bolewskiemu i trzynastu towarzyszom, z których ośmiu więzieniem pokarano. Szeroko i daleko słychać też było o procesach gimnazyastów gnieźnieńskich, toruńskich, słychać też ciągle jeszcze, iż z tego a tego gimnazyum czy konwiktu wydalają uczniów za to, że się w domu polskiego języka w kilku razem uczyli. A o tem, co już nie młodzież, ale dzieci małe za czasów naszych znoszą, ten chyba tylko nie wie, kto żyje ciemny, jak nieprzymierzając tabaka w rogu, kto w domu nie ma szczerze polskiego dziennika. »Kształcisz kalectwo przez szlachetne blizny!« To znaczy, że chociażbyś z miłości ojczyzny i okaleczał, to jednak jakbyś nie był właściwie kaleką, nie uważasz się za pokrzywdzonego, bo każda ułomność czy blizna z rany, każde okaleczenie jest dla ciebie chlubą, jakby herbem nowoczesnym, bo drogocennym dowodem szlachectwa duszy! Takie czy podobne myśli krzepić musiały i więźnia Marcinkowskiego. Kaleką on wprawdzie nie został, ale tracił za to zdrowie ogólne, bo robak zgubnej choroby coraz to gościnniej roztaczał się w wątłych płucach młodzieńca, któremu w grubych murach brakło słonka dobroczynnego, brakło powietrza dla piersi, a ruchu dla ciała. Dojrzewał jednak szybciej w tym złym losie umysł Karola; serce jego uczyło się coraz to więcej kochać swoją »Polonię« i swoich braci, Polaków. Tem więcej, że wobec rządu pruskiego, na który nigdy nie nastawał, więzień zupełnie czyste mógł mieć sumienie. Bo czego chciała »Polonia«? Oto i, to znaczy twierdziła, iż »każdy Polak tak się kształcić powinien, aby nie stracił charakteru narodowego, a tym sposobem narodowość a«. To własne słowa Marcinkowskiego z jego protokołu wyjęte. »Polonia« chciała dalej i, bo koleżeństwo było podstawą przyszłej zgody w społeczeństwie, a Marcinkowski sam dobry dawał miłości tej przykład; w listach do kolegów podpisywał się zwykle: »Wasz brat i szczerzy przyjaciel«. »Polonia« dbała »ą« i żądała, aby członkowie jej »i«, co inaczej znaczy: »honorowo i moralnie«. Zwolna, do maja, wyłapali już Prusacy resztę studentów, którzy z Berlina powrócili byli do domów rodzinnych; niejednego zaraz wprost z kościoła do więzienia zabrali. Chwytano też nieraz, kogo nie należało, a potem znów wypuszczano. Ale popłoch powstał w Wielkopolsce wielki. — Co czeka synów naszych, co czeka tę młodzież? — powtarzali zatrwożeni rodzice. Dwudziestu i sześciu zasiąść miało na ławie oskarżonych. W dodatku po domach naszych niepożądane odwiedziny i przetrząsania. Pod nieobecność państwa domu przyjeżdżają urzędnicy do dworu. I po co? Aby z niego wydostać orzełka — tak, srebrnego orzełka, który zdobił oprawę »Konstytucyi« »Polonii«. Zniszczyć niewinnego godła tego nie chciał Tadeusz Pągowski; odznakę tę podarował trzynastoletniej dziewczynce, Teodozyi Krzyżanowskiej, w Rożnowie pod Obornikami. Podstępnie o chytrze rozmowę na orzełka tego sprowadził pan landrat, a dziewczynka, nie przeczuwając, o co chodzi, owego zbrodniczego orzełka sama urzędnikowi do pokazania przyniosła. Pan radca krajowy już jej własności tej nie oddał, tylko i tego martwego orzełka zamknął do więzienia swojej kieszeni. Nosił on polskie nazwisko: Gorczyczewskiego, ale że Polakiem właściwym nie był, to jasne. Trzeba nam bowiem wiedzieć, że po Kongresie wiedeńskim zabór nasz dostał osobnych urzędników pozamiejskich; w każdym powiecie ustanowiono takiego landrata, któremu potem do pomocy dodano osobnych komisarzy obwodowych. Tych urzędników niema w Niemczech, tylko u nas się oni ostali i nami opiekują się osobliwie. Nie napróżno jednak namiestnikiem króla pruskiego w W. Księstwie Poznańskiem był rodak. Książę Antoni Radziwiłł natychmiast stanął w obronie nietylko młodzieży, ale i całego społeczeństwa, tem bardziej iż namiestnik miał pewne dane, że »uczy i oczy królewskie«, t. j. urzędnicy, chcieli z muchy zrobić słonia i zbudować wielką »zbrodnię stanu«. Namiestnik Radziwiłł znajdował się pod ten czas w Berlinie i mógł ustnie z królem pruskim się porozumieć, ale że rzecz musiała iść urzędowo, to jest na piśmie, więc książę kilku listami musi domagać się swego, wyjaśniać pomyłki, prostować mylne doniesienia. Wreszcie używa już całej wymowy, żeby tylko króla jak najłagodniej dla oskarżonych usposobić. Przypomina, iż król żądał od niego, aby książę dla króla »zjednywał serca ludności przez ścisłą sprawiedliwość, porządek i opiekę«. Więc też książę tego przestrzegać pragnie. Dopomina się, aby kilku więźniów podczas trwania śledztwa wypuszczono na wolność za poręczeniem pieniężnem, t. zw. kaucyą. Zapytuje się, czy zdrowiu więźniów nic nie zagrażała. Nalega — bo nadszedł już czerwiec tymczasem — aby śledztwo wreszcie ukończono, sąd wydano, a wyrok ogłoszono. Zupełnie wyraźnie książę królowi przedkłada, iż o młodzieńców oskarżać niepodobna, że ta sprzeciwia się wszelkim uczuciom. Podaje przykład Królestwa, gdzie rząd rosyjski za wykroczenia podobne nie karze kryminałem, tylko karci drogą dyscyplinarną. Ostatecznie książę mówi z przejęciem: »Jeżeli dzieci nasze zawiniły, to niechaj je za tę nierozwagę ukarzą prędko i surowo, tylko niech im e«. A Marcinkowskiego książę miał na myśli w pierwszym rzędzie; on bowiem dzieci jego nauczał języka polskiego; książę dbał o wzmocnienie jego słabego zdrowia i zabierał ze sobą do zdrojowisk górskich, a wszystko w uznaniu niezwykłych zalet młodzieńca. Po kilka razy namiestnik Radziwiłł tak stanowczo ujmuje się za naszymi więźniami, tak że wreszcie król pruski do ministeryum swego wysyła pismo: żąda ukończenia śledztwa i natychmiastowej całej sprawy z tego, co wykryto. Ostatecznie wydał rozkaz, tak zwany gabinetowy, z biura jego własnego wprost dnia 11. lipca 1822 r. pochodzący, i zawyrokował, że do młodzieży naszej nie zostanie zastosowana kara kryminalna, tylko że łagodniejsza kara policyjna skazuje ich na y. Doktorand, t. j. będący w egzaminach i student prawa, Koszutski, jako współzałożyciele tajnego związku, zostaną na u, siedmnastu innych na trzy miesiące. Czterej Armińczycy zaś, t. j. studenci niemieccy, którzy o istnieniu »Polonii« wiedzieli, dostali tylko sześć tygodni zamknięcia. Biedaka Koehlera wydano władzom rosyjskim.

IV.

PIERWSZA KARA PRUSKA.

Więźniowie nasi niebawem dowiedzieli się o wyroku, jaki wreszcie na nich zapadł. Przed wyjazdem na »pokutę« do poszczególnych fortec pruskich nie omieszkali księciu namiestnikowi jednak posłać piśmiennego podziękowania za to, że książę wyrok królewski złagodził i że nie zostali zamkniętymi do zwykłego z rzeczywistymi złoczyńcami więzienia. Pismo to także znajduje się w aktach berlińskich — oprócz Marcinkowskiego podpisali je studenci: Erazm Stablewski, W. Salkowski i Loga, który później jako kapłan i kapelan obozowy zginie w bitwie pod Szawlami. Kilku zasądzonych zgłosiło się o urlopy, aby mogli w domu odpocząć lub załatwić sprawy pilniejsze. O taki wypoczynek na wolnej stopie wniósł także Karol Marcinkowski. Odmówiono mu tego uwzględnienia. Na koszt państwa każdemu ze zasądzonych »przestępców« wypłacono blizko 60 koron, bo tyle wraz ze strawnem wynosić miała dziesięciodniowa ich podróż z Berlina do — Gdańska. Tak, do Gdańska, słynnego, królewskiego miasta, pod którem rzek naszych królowa, Wisła zbożopławna, wpada do Polskiego Morza, do tego Gdańska, gdzie ze szczytu wspaniałej wieżycy ratuszowej wznosi się postać ostatniego Jagiellona — udać się miał Karol Marcinkowski. Wiemy, iż kilku ramionami fale Wisły do morza wpływają. Nad jednem z nich wznosiła się i po dziś dzień jeszcze wznosi wysoka wieża okrągła, baszta potężna. Ale dzisiaj wody Wisły, wyżłobiwszy sobie koryto nowe, i głównem ramieniem wpadają pod Nowym Portem — dawne koryto zaś dotąd jeszcze Wisłoujściem się zowie. Aż nad morze po utratę swobody osobistej pojedzie tedy studentów dwunastu, z Marcinkowskim na czele. Dnia 21. lipca, o godzinie trzeciej zrana, przed berlińską Stadtvogtei zajeżdżają zwykłe, odkryte powózki pocztowe, żelaznych kolei bowiem dla parowozów umysł ludzki nie był jeszcze wynalazł. Ale zuchowata młodzież mniema, iż podwody podobne nie są dla niej odpowiednie, więc żąda powozów krytych. Na przygotowane powózki siadać nie chce. Wtedy komisarz cofa ją do więzień, a potem przekłada, że zawsze lepiej zastosować się do smutnej konieczności, aniżeli dłużej jeszcze w celach posiedzieć. I młodzież dała się namówić na taką przejażdżkę, stanowi jej nieodpowiednią rzekomo — wyjechała jednak dopiero około godziny dziesiątej. Nie ustąpił jednak Marcinkowski. Oświadczył, iż albo mu na podróż dadzą wóz kryty, albo też on drogę do Gdańska odbędzie — pieszo. I jeszcze noc jednę spędził w więzieniu berlińskiem, a nazajutrz znowu zażądał wozu osobnego, pospiesznego, tak zwanej ekstrapoczty, która powiozłaby tylko jego samego. W razie gdyby mu takiej poczty nie dano, podróż do twierdzy odbędzie piechotą po dwie mile drogi dziennie. Inny rodzaj podróżowania zdrowiu jego mógłby bowiem zaszkodzić. Widzimy, iż ustępliwość nie była jego niewczesną zaletą. Bo Marcinkowski słusznie mógł dla siebie wymagać tych względów, by w krytym powozie chronić się od pyłu, szkodliwego dla płuc słabych, a wtedy już chorych, chciał też mieć ochronę od lipcowego żaru, bo słońca od miesięcy tylu był pozbawiony. Wogóle zdrowie jego musiało być nadwyrężone pięciomiesięcznem prawie zamknięciem, bezczynną stratą czasu, a do tego i niepewnością, jakim to ostatecznie będzie los jego i towarzyszów więzienia, z którymi się nawzajem nie widywał, ani też mógł porozumiewać. Ale pan prezes policyi berlińskiej nie żartował; do więźnia przywołał rządowego lekarza, żeby stan zdrowia jego zbadał, a lekarz orzekł, iż zdrowiu Marcinkowskiego nie zagraża. Więc z osobnym »aniołem-stróżem«, żandarmem, wsadzono młodzieńca do zwykłego wozu pocztowego w sam święty Jakób, dnia 25. lipca 1822 r. Wilgotna wieża w Wisłoujściu i nadwodne, ostre powietrze nie goją płuc, gruźlicą, inaczej suchotami toczonych. Chociaż rodzina zawsze pamiętała o synu i bracie, nadsyłała mu zasiłki pieniężne, chociaż nie zapominali o nim przyjaciele i znajomi, zawszeć to przykro tak długo czekać na swobodę, pilno, by szybko minęła kara, oddzielająca go od ukończenia egzaminów lekarskich. Stan zdrowia więźnia stale się pogarszał. Widział to komendant twierdzy i udzielił Marcinkowskiemu pozwolenia, aby przez pewien czas mógł zamieszkać w mieście Gdańsku i poszukać ulgi w cierpieniu płucnem. Skończyły się wreszcie dni »pokuty«: 29. stycznia 1823 roku Marcinkowski wydostaje się na wolność. Przed opuszczeniem twierdzy musi jednakże złożyć przysięgę, że nigdy nie będzie się starał wywrzeć zemsty (!) ani na głowie państwa, ani na rządzie jego, ani na kimkolwiekbądź z gdańskiej komendantury, ani na władzy, która śledztwo prowadziła, ani też na tych, którzy się do jego karania przyczynili! Karzących sumienie tak paliło. Musiał też uwolniony przysięgać, że ani przez krewnych, ani przez osoby obce zemsty szukać nie będzie, ani też nie wyjawi nikomu niczegokolwiek, czegoby się podczas więzienia go w twierdzy gdańskiej był dowiedział.

V.

NA POSTERUNKU.

Rok cały upłynął Marcinkowskiemu w zamknięciu. Czas ten z konieczności spędzać musiał prawie bezczynnie. Za to teraz ze zdwojoną pilnością kandydat medycyny zabrał się do zdania reszty egzaminów i już na jesień roku 1823 osiedlił się jako lekarz w rodzinnym Poznaniu. Wrócił nareszcie do swoich — i swoi się na nim poznali — odrazu młodego lekarza obdarzyli niezwykłem zaufaniem. Bo wtedy obywatele starsi nie potępiali w czam buł tego, co później stanie się chlebem powszednim ujarzmionego narodu. Pierwsze to też było stowarzyszenie tajne, które po rozbiorze stały się złem, ale złem koniecznem, tam gdzie nie ma swobody ani słowa, ani działania. Że zaś »Polonia« nie byłą spiskiem politycznym, chcącym rząd pruski obalić, więc i najbardziej spokój i wygodę lubiący mieszkaniec zaboru młodzieży stworzenia »Polonii« nie miał za złe, tem bardziej, iż skutki ich gorącego serca tylko oskarżonej młodzieży dały się we znaki. Marcinkowski zamieszkał przy Głównym Rynku, Starym nazwanym, naprzeciwko słynnego z piękności budowy ratusza, w domu, gdzie się mieściła apteka Kolskiego. Odrazu garnie się do pracy najtrudniejszej. Zamożnych chorych w Poznaniu i okolicy leczą już lekarze doświadczeni, dawniej osiadli, ale nie Polacy, którzy biednymi mieszkańcami niechętnie się zajmowali. Ale Marcinkowski nie z chciwości, ani dla wielkich zysków obrał sobie zawód lekarski; on miłuje ludzkość, w każdym bliźnim szanuje brata swego, jak przypominała bardzo wówczas głośna piosenka Wojciecha Bogusławskiego z »Krakowiaków i Górali«:

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…