Z pamiętników wygnańca
SZYMON TOKARZEWSKI
BEZ PASZPORTU
Z pamiętników wygnańca
NAKŁAD DRUKARNI
L. BILIŃSKIEGO i W. MAŚLANKIEWICZA
SKŁAD GŁÓWNY: WARSZAWA GEBETHNER i WOLFF
KRAKÓW G. GEBETHNER i S-ka
1910
I • II • III • IV • V • VI • VII • VIII
IX • X • XI • XII • XIII • XIV
DRUK L. BILIŃSKIEGO I W. MAŚLANKIEWICZA. WARSZAWA, NOWOGRODZKA 17.
Z pamiętników wygnańca
SZYMON TOKARZEWSKI
BEZ PASZPORTU
Z pamiętników wygnańca
NAKŁAD DRUKARNI
L. BILIŃSKIEGO i W. MAŚLANKIEWICZA
SKŁAD GŁÓWNY: WARSZAWA GEBETHNER i WOLFF
KRAKÓW G. GEBETHNER i S-ka
1910
DRUK L. BILIŃSKIEGO I W. MAŚLANKIEWICZA. WARSZAWA, NOWOGRODZKA 17.
— ...Miłość nasza dla Niej, jest czystą jak lilia... Jest bezinteresowną... Wykwitła na mogile i żądając dla Niej wszystkiego, dla siebie nie pragnie nic, a nic... Ta miłość w nasze serca wkorzeniła się tak silnie, że zgasnąć może dopiero z ostatniem ich tętnem... — Bracie Szymonie, przerywa mi kanonik Rogoziński, przemawiacie, niby trubadur do umiłowanej królewny. — Alboż nie królowę mam na myśli? — Tak, to tak, bez kwestyi... Tylko widzicie: zawsze, osobliwie zaś, w naszem położeniu trzeba na wodzy trzymać uczucia... A sposób w jaki chcecie je zamanifestować, wybaczcie, uważam za niewłaściwy. — To nie manifestacya uczuć, kanoniku.. Zresztą co tu gadać, widzę, że poraz pierwszy w ciągu naszego, kilkoletniego współżycia nie zdołamy porozumieć się. Milknę. Po chwili zaczynam nucić:
— No! no! — przymuszonym śmiechem wybucha kanonik Rogoziński, — skoro was szafirowe anioły z szablami u boku w swoje objęcia pochwycą, z sentymentalnego szału wytrzeźwicie się dopiero kędyś, blisko Oceanu Lodowatego, pośród Jakutów. — Jakuci?! znam ich mnóstwo. Przemiłe plemię! — Co zaś do okolic arktycznych, zawsze one budzą zaciekawienie najżywsze. Teren to do badań niezwykły... — Waryat! jak mi Bóg miły waryat! woła kanonik, porywa pudło ze skrzypcami i do pokoju wybiega, zatrzaskując drzwi za sobą. Ksiądz Rogoziński wcale nie tuzinkowym jest muzykiem. Swoją przepiękną grą smutne chwile wygnańcom osładzał: w Tunce, gdzie był z wielu kapłanami internowany, następnie w Haliczu, gdzie przez lat ośm, ze mną przemieszkiwał. W tej chwili kanonik Rogoziński wykonywa jakiś, bajecznemi trudnościami najeżony utwór Sarasatego. — To znać, oddziaływa kojąco na jego nerwy, bo skończywszy grać, wraca do mojej izby i spokojnie mówi: — Proszę was, bracie Szymonie, odłóżmy na bok retorykę, odłóżmy deklamacye, wstrzymajcie się od niewczesnych żartów, pogadajmy seryo. Odpowiedzcie mi po męzku, odpowiedźcie szczerze: czy chcecie jechać do Warszawy? — Odpowiadam wam seryo, drogi kanoniku, odpowiadam szczerze: projekt wyjazdu do Warszawy powziąłem, skoro tylko zdjęto ze mnie nadzór policyjny i zamiar ten postanowiłem uskutecznić bezzwłocznie, gdyśmy się z obmierzłej dziury: z Halicza, do Kostromy przenieśli. — Toć przecież manifest korononacyjny, którego się można za kilka miesięcy spodziewać, da wam swobodę zupełną. — Da?... zkąd wiecie?... Czy moglibyście kanoniku zaręczyć, że łaski z koronacyjnego manifestu i na mnie spłyną? Wszak ja „recydywista“ „mener rzemieślników“, jak mnie w wyroku nazwano, już z paru manifestów bywałem wyłączany. Ksiądz Rogoziński zamilkł. Nakłada fajkę. Ja ciągnę: — Kanoniku, wszak od r. 64 jednym gościńcem idziemy. Zdarzało się rozmaicie, bywaliśmy naprzemian przyjmowani przekleństwy i kamieniami, chlebem i solą, serdecznością, lub złorzeczeniem... Za współczucie wdzięczni, obojętni na zniewagi, — katorgę, wygnanie, tę szarą dolę z bólem nieodstępnym, a stale towarzyszącą troską materyalną, naogół znosiliśmy dość pogodnie. Bo nasze serca wciąż były zwrócone ku Polsce, bo krzepiła nas niegasnąca nadzieja powrotu... — Tak! było tak, rzeczywiście, — przytakuje ksiądz Rogoziński. — W ten sposób przeżyliśmy lat z górą ośmnaście. Spory szmat czasu, co?... Po odrzucanych moich prośbach do różnych władz, po tylu zawodach, szanse mego powrotu wydają się mnie coraz mniejsze... prawie żadne... A zarazem cierpliwość moja i zdolność cierpienia już się wyczerpują. A tęsknota za Ojczyzną stała się chorobą ciężką... która lada chwila mogłaby się stać szałem... Nie dostrzegliście tego?... to dowód, że jeszcze umiem panować nad sobą... Ale to już wysiłki woli ostatnie... Słuchajcie! Ten mój projekt odwiedzenia Warszawy, to nie przemijająca fantazya, to nie jakiś poryw szalony, — to rzecz obmyślona rozważnie. Zapewne okoliczności nigdy nie ułożą się przyjaźniej dla moich projektów; Kostroma spore miasto. Nikt nas tu jeszcze nie zna, wymknę się niepostrzeżenie, ani jedna żywa dusza nie zauważy mej nieobecności... A w Warszawie, moi drodzy! wszak tam ze starszych naczelników władz, już niema nikogo. Nowi stróże bezpieczeństwa, ci właśnie najgroźniejsi, ani mnie znają, ani też mego nazwiska nie słyszeli nigdy... Wśród półmilionowej ludności łatwo się ukryć, zwłaszcza, gdy kto, jak ja, tylu ma przyjaciół. Wrócę do was zdrów i cały. — Daj to Boże! wzdycha ksiądz Rogoziński. O jedno tylko upraszam: zanotujcie to sobie dobrze w pamięci, żem wam tę karkołomną eskapadę odradzał. — Najchętniej stwierdzam, że poważnych i wszelkich argumentów użyliście, kanoniku, aby mię do wyjazdu zniechęcić, żeście mi ten wyjazd odradzali najusilniej.
Wyjazd mój do Warszawy zdecydowany... Jestem wesoły i rzeźki, jak gdyby mi ze dwa dziesiątki lat ubyło. Ksiądz Rogoziński nalega, abym jechał drugą klasą, bo na pasażerów trzeciej klasy policyjni funkcyonaryusze baczniejszą zwracają uwagę. Faktycznie tak jest. Konspiratorzy zazwyczaj nie bywają w grosze zasobni... Obliczamy wspólne fundusze. Na drugą klasę do Warszawy starczy. Radzi kanonik zabierać z sobą tylko maleńką walizkę, z którą przemykać się łatwiej i z przed śledczych oczu też łatwiej się usunąć. Racja! — wielkie bagaże ogromnie podróżnego krępują. — Musicie też elegancko się ubrać, — konkluduje ksiądz Rogoziński. Ja wybucham śmiechem. — Tego waszego rozkazu, dalibóg! niepodobna mi spełnić. Moja garderoba oddawna gwałtownie domaga się remontu. Musimy pocieszać się, że śnieżysta białość gorsu i jego „glanc“, arcydzieło kostromskiej praczki, zamaskuje grubość płótna. Staroświecki krój ubrania, na podróżnym w moim wieku, także nie będzie rażący. Pakowanie rzeczy prędko skończyłem. Kanonik tymczasem żwawo się krząta; przerozmaite wiktuały zawija, abym się „po stacyjnych bufetach nie truł i przed żandarmami nie słaniał“. Ułożył już stos różnego kształtu i różnej wielkości paczuszek, a ciągle jeszcze coś z szafy wyjmuje i do owego stosu dokłada, pomrukując przytem: „cara patria, — carior libertas“. Udaję, że nie słyszę, gdy się to przecie powtarza zbyt często, wołam: — Co to, dobrodziej, szambelańskiemi sentencyami przeznaczone dla mnie wiktuały przyprawia? Uniżony sługa! Otruję się niemi. Mógł dobrowolny wygnaniec, imć pan Kajetan Węgierski, taką sentencyę wykoncypować i swój herb nią przyozdobić, ale nam tej herezyi powtarzać niewolno, kanoniku! Toćby nas tutaj nie było, gdybyśmy się byli rządzili zasadą, że: „wolność droższą jest, nad Ojczyznę“. — No! no! eksplikuje się skonfundowany i ksiądz Rogoziński — macie słuszność. Głupstwo się rzekło, wyznaję i „mea culpa!“
Kiedym na przystani, w Jarosławiu zapytał dorożkarza, czy wie, gdzie mieszka arcybiskup Feliński, spojrzał na mnie wielce tem pytaniem zdziwiony. — Zaśbym nie wiedział, gdzie mieszka „polski episkop“ odpowiedział uchylając czapkę — toć najmniejszem dzieciom u nas ten adres jest wiadomy. Rzeczywiście, arcypasterz Feliński podczas swego wygnania w Jarosławiu zdobył sobie cześć i miłość ogólną. Wśród sfer zamożnych bywał doradzcą, albo rozjemcą w poróżnieniach rodzinnych, dla ubogich był opiekunem — stałym i niezmordowanym pocieszycielem. Miejscowi notable świeccy i duchowni zazdrościli mu tej moralnej nad umysłami przewagi. Więc do władz „donosy“ szły jeden za drugim... Lecz gdy się okazało, że w działalności arcypasterza niema ani krzty polityki, lecz ta działalność jest czysto filantropijną, — pozostawiono go w spokoju. Kiedy służący kartkę, na której skreśliłem swoje nazwisko, zaniósł w głąb mieszkania, zaraz arcypasterz, z otwartemi ramiony, wybiegł na moje spotkanie.....
Podczas gawędy poufnej, pierwszej po tylu latach rozstania, z zakamarków serc naszych wspomnienia wypadków, w których obaj braliśmy udział, — snuły się i nizały w różaniec z pereł jasnych, świetnych, błyszczących i paciorków czarnych, matowych, żałobnych a potem arcypasterz mówił — Skoroś taki rezolut, że się bez paszportu do kraju wybrałeś, — przygotuj się na to, mój bracie, że znajdziesz tam nowych mogił mnóstwo. A z tych ścieżek, po których myśmy chadzali, wiele, jak mi donoszą, już dawno trawą zarosło, a co gorzej... wiele jest zachwaszczonych zupełnie. — Wróciwszy, da Pan Bóg, będziemy chwasty wypleniać, drogi arcypasterzu! — zawołałem z zapałem. — Rozumie się, mój bracie, gorliwie chwycimy się pracy — uśmiechnął się smutno arcybiskup Feliński i westchnął. Odgaduję! On, równie jak ja przeczuwa, że będzie wyłączony z amnestyi.
Na dworcu kolei jarosławsko-wołogodzkiej w Moskwie, przyczepiła się do mnie oryginalna małżeńska para. Z twarzy i z figur, typy kałmucko-mongolskie, — z obejścia i stroju — typowi kupcy milionerzy z guberni środkowej Rosyi. Ona rumiana, młoda, tęga niewiasta w kraciastej, jedwabnej sukni, w aksamitnem paltociku i białym, jedwabnym szalu na głowie. On, brodacz i grubas, w sukiennej, fałdzistej kapocie i w czapie wielkości półmiska. Rozumie się, że nie odemnie wyszła inicyatywa poznajomienia się z tą parą. Z walizką w ręku stojąc na peronie upatruję jakiegokolwiek wehikułu... Wtem owa niewiasta, która przez jaskrawość swej tualety wpadła mi już w oczy, zbliża się do mnie i zaczepia mię pytaniem. — Pan na smoleński dworzec też? Otrzymawszy skinieniem głowy odpowiedź twierdzącą, miłym, śpiewnym głosem przemawia: — Pan nie dostanie już żadnej „telegi“, wszystkie już „rozszarpały pasażery“. Tedy cóż?... pan z nami naszym własnym tarantasem zabierze się na smoleński banhof. Bardzo proszę i Apołon Frołowicz, mój mąż, pana zaprasza też. Apołon Frołowicz zbliża się do nas, czapki palcami po wojskowemu dotyka, hałaśliwie śmieje się, rozdziawiając usta od ucha do ucha, i mówi: — Nus! wiadomo! zapraszam! zapraszam, ja! a Pełagieja Ignatjewna każe. Tak! i pojedziem razem, panie podróżny. Zdziwiony tą uprzejmością nieznajomych, waham się... Wreszcie widząc, że peron z pojazdów i z ludzi opustoszał już zupełnie, z konieczności grzeczną propozycyę przyjmuję i moją osobę, wraz z bagażem wtłaczam do tarantasu państwa Frołowiczostwa, a następnie rad nierad muszę ulokować się z nimi w jednym wagonie. Zaledwie pociąg ruszył, Pełagieja Ignatjewna zaczęła rozwięzywać różnokształtne koszyczki, pudełeczka. Wyciąga z nich rozmaite smakołyki. Apołon Frołowicz tymczasem odkorkowywa butelki. Oboje małżonkowie jedzeniem i trunkami częstują mnie bardzo natarczywie. Grzecznie i stanowczo od traktamentu wymawiam się, żem syt, a trunków nie używam wcale. Niezrażeni moją odmową małżonkowie, nalegają abym „przekąszał“ i „przetrącał“, a jednocześnie sami raczą się bardzo obficie. Zwłaszcza Apołon Frołowicz, niby krokodyl szczękami kłapie, miażdżąc olbrzymie kawały mięsiwa z kawiorem, popijając arakiem. W miarę oddalania się pociągu od Moskwy, przedział, w którym początkowo było tylko nas troje, zaczyna się gęściej zaludniać. Raz poraz, jeden za drugim pojedynczo wsuwają się jakieś płci męzkiej indywidua, widocznie „z pod ciemnej gwiazdy“. Jakoby obcy byli sobie zupełnie ci ludzie, przecież bardzo prędko zaznajamiają się pomiędzy sobą. Pełagieja Ignatjewna i Apołon Frołowicz grają rolę gościnnych, serdecznych gospodarzy, — jadłem i napojem szafują przy okrzykach: „lij! prolij! ty miłyj!“... Oświetlono wagon.... Ktoś proponuje zabawę w „kartoczki“... Propozycya wywołuje aplauz ogólny. Aha! teraz rozumiem, jestem pośród szulerów... jestem ofiarą, jeszcze na dworcu jarosławsko-wołogodzkim w Moskwie do ogrania upatrzoną przez członków szulerskiej wędrownej bandy: Pełagieję Ignatjewnę i Apołona Frołowicza. Jeśli, notabene, rzeczywiście tak nazywają się ci ludzie? Co prawda, z takimi szulerami z profesyi wówczas stykałem się poraz pierwszy. Wiadomo mi przecież było, że ci, którzy po Rosyi Europejskiej w wagonach i na parowcach grasują i upatrzone osoby ogrywają, są w swoim fachu minorum gentium. Od braci wygnańców, od rosyan wiarogodnych, o szulerach z upodobania nieraz słyszałem fakta wprost nieprawdopodobne, a przecież najzupełniej prawdziwe, zdarzające się w Zabajkalskim, Usuryjskim i Nadamurskim kraju. W tych pięknych i bogatych krainach kupcy przy hazardownych grach swoje suto złotem wypełnione kalety wyładowywają z szerokim humorem, równie łatwo i szybko, jak łatwo i szybko bywały naładowane, dzięki naiwnej, dobrodusznej nieświadomości autochtonów. Inaczej z urzędnikami. Ci panowie, mając ograniczone fundusze, ryzykowali i przygrywali pieniądze z rządowych kas wyasygnowane na budowle, na cele rolnicze i sądownicze. W Petersburgu leżały plany cerkwi, projekta wzorowych osad rolnych i sadów... Lecz za Bajkałem, nad Usuryą i nad Amurem, tych fortec i cerkwi, tych osad i sadów oko ludzkie nie ujrzało nigdy... Ani budowane, ani zakładane nie bywały nigdy, bo z rąk funkconaryuszów rządowych „kazionne“ ruble wyślizgiwały się do szulerów. Krążyły też po Syberyi wieści o takim fakcie. Pewien inżenier, rosyanin, nad Amurem przebywał ze swoją przyjaciołką francuzką. Namiętny szuler, grał z rozmaitem powodzeniem. Raz osobliwie nie szła mu karta. Partner jego pułkownik F. na ostatni kusz rzucił pięćdziesiąt tysięcy rubli. Jako ekwiwalent tej sumie, inżenier przeciwstawił swą przyjaciołkę i — przegrał. Francuzka chętnie zgodziła się zamienić inżeniera na pułkownika. Wkrótce potem wygrana i wygrywający pobrali się i... jak fama niosła byli bardzo szczęśliwem stadłem... Korzystam z pierwszej możności opuszczenia tak zacnej kompanii. Rad, żem zdołał bez szwanku ulotnić się z pośród bandy szulerów, sadowię się w innym wagonie. Prócz mnie, w przedziale niema nikogo. Staję przy oknie. Ziemię objęła pogodna noc... Lokomotywa ze stalowego gardzielą miliardy iskier wyrzuca... Te obok pociągu mkną, tworząc fantastyczne widziadła: jakieś nieuchwytne, rozwichrzone, w zwałach czarnych obłoków płynące postacie, które naokół płomieniste węże rozrzucają, pożary niecą, krwawo malują niwy i gaje, lasy i rzeki po drodze spotykane w przelocie... Purpurowe refleksy odbijają się na ciemno szafirowym firmamencie... Wschodząca pełnia księżyca wynurza się, niby z ognistego morza... Tymczasem kuryer nie zatrzymując się na podrzędnych stacyach pędzi... pędzi... Rozmarzam się... Rozkoszuję myślą, że każdy obrót, każdy ruch tego olbrzyma do upragnionego celu mnie zbliża... że mnie zbliża do Ojczyzny, do swoich... Jasny, słoneczny, sierpniowy dzień wstaje... Ustępując promiennej różowej zorzy wędrowne mgły znikają z firmamentu... Nie odchodzę od okna pogrążony w kontemplacyi krajobrazu. Daleko majaczą słomiane strzechy wioskowych chat i świeżo zorane rżyska i bory sosnowe. Tu i owdzie przebłyskują stawy i strumyki. Wszystko wesołe, rozsłonecznione, różowe. Pociąg skroś ściernisk leci. Mija od plantu odsunięte mendle snopów i niby żółte, baszty okrągłe — sterty świeżo z wiezionych zbóż. Chłonę w siebie każdy wiew powietrza. Każdy najdrobniejszy szczegół stęsknionem, rozkochanem spojrzeniem ogarniam i, schylając głowę, z pobożną adoracyą szepcę: — Witaj, ty moja ziemio, rodząca chleby, które pracowite rzesze żywią. Witaj! A gdy tak myśl moja w ekstazie powtarza: „Ave Patria!“, do przedziału wchodzi ktoś... Jako natręta w moje domeny, obrzucam nowego pasażera niechętnem spojrzeniem. Ach!... jestto oficer żandarmów. Młody, przystojny, blondyn jasny, wysmukły, tak rosły, że głową sięga sufitu wagonu, mimo porannego chłodu, jest tylko w mundurze; ma płaszcz niedbale zarzucony na lewem ramieniu, szabla z brzękiem wlecze się za nim... ruchem bardzo zmęczonego człowieka rzuca się na ławkę i papierosa zapala. Lecz zobaczywszy napis: „dla niepalących“ wciska papieros w popielniczkę i, dwoma palcami czapki, mówi z bardzo miłym uśmiechem: — Winowat! — Pal pan proszę — odpowiadam po rosyjsku, pomiędzy mężczyznami wszak nie powinno być ceremonii. — Mercis! uśmiecha się oficer i, wydobywając cygaretkę ze srebrnej papierośnicy, siłą nałogu badawczy wzrok utkwił we mnie. Lustrował mnie od stóp do głowy... Spotkały się nasze oczy. On, w moje źrenice wpił jedno z tych spojrzeń, które jak sęp spadają na udręczoną i zatrwożoną duszę ludzką, aby kawałami wyszarpywać z niej myśli, czy fakty, w najgłębszych jej tajniach ukryte. Znałem takie spojrzenia. Tuchołko i kosooki Zdanowicz na Pawiaku turturowali niemi politycznych więźniów, aby wydobyć z nas zeznania i do protokółów je wciągnąć. Te spojrzenia były stokroć sroższą katuszą, niżli wybijanie pięściami zębów i wyszarpywanie garściami włosów, których to praktyk, wyżej wzmiakowani inkwirenci dopuszczali się stale przy badaniu politycznych więźniów. Czułem żar w głowie, a lód w piersiach, bo pomimo żem bez spuszczenia powiek wytrzymał wzrok śledczy byłem przecież pewien, że lada chwila oficer zapyta mnie zkąd i dokąd jadę?... i poco?... i paszport mój zechce obejrzeć, a potem aresztować każe. Ale nic z tego nie nastąpiło. Obawy moje były płonne. Dla kontenansu wydobyłem swoje zapasy i udawałem, że z apetytem zajadam, podczas gdy oficer rozciągnął się na ławie i przez resztę drogi spał snem sprawiedliwego. Na terespolskim banhofie zbudzony, bardzo grzecznie pożegnał się ze mną. — Wszelki!... wykrzykuje pułkownik Walenty Lewandowski skoro mnie ujrzał z walizką i pakietami w ręku, w swojem mieszkaniu, róg ulicy Chmielnej i Brackiej. Oczywiście miał zamiar zawołać „wszelki duch pana Boga chwali“, wszelako widząc, że bez powitania mijam pierwszy pokoik i chyłkiem przemykam się do drugiego — jako stary spiskowiec, bardzo szybko oryentuje się w sytuacyi i odgadując, że nagłe i niezapowiedziane pojawienie się moje w Warszawie jest nielegalne, ze swego wykrzyknika na poczekaniu przerabia frazes nie tyle gramatyczny, jak zręczny: — Wszelki gatunek herbaty, do wyboru znajdą panie u mnie, rzecz w tem, jaki paniom przypadnie do smaku... — A toś zuch, a toś chwat! — śmieje się pułkownik zacierając ręce, kiedym mu po odejściu klientek wyznał, że przyjechałem bez paszportu... — Doradzać, nikomubym nie doradzał takiej ekskursyi, ale skoroś się sam zdobył na odwagę — dajże gęby, pozwól się uściskać... Rozgospodarujże się u mnie proszę, mój bracie, po syberyjsku bez obłudy i ceremonii. Odpocznij trochę, a później — do licha! ex-re twego przybycia, zamknę dziś budę. Puścimy się na Warszawkę, będę ci do wspólnych naszych przyjaciół ciceronował. — Zgoda! Zgoda! na wszystko co obmyślisz i co projektujesz.
Ze spiżowych serc, ze spiżowych łon dzwonów archikatedry i innych sąsiednich kościołów płyną i wysoko ponad miastem ciągną harmonijne dźwięki, wzywające wiernych na nabożeństwa. To dziś pietnasty sierpnia, święto Matki Boskiej Zielnej. Wieśniaczki w naręczach naniosły wiązanek kwiecia, ziół wonnych, makówek, jabłuszek i kłosów. — Warszawiacy chętnie rozkupują te sielskie poświęcone bukiety. Więc miasto, a zwłaszcza ulice, kościołów bliskie, pełne są świeżości, pełne aromatów.
...Po sumie idę ulicą św. Jana. Jakaś kobieca rączka lekko wsuwa się pod moje ramię... Spoglądam, widzę: to pani Józefowa Leszczyńska, żona mego współtowarzysza więzienia w i w Modlinie. Uśmiecha się i mówi: — Pułkownik wczoraj sygnalizował mi wasz przyjazd... zaraz telegrafowałam do męża, niezawodnie lada dzień przybiegnie z Litwy powitać was i uściskać. Dowiedziawszy się od pułkownika, żeście poszli do Fary, przed drzwiami kościoła czatowałam, aby was pochwycić i prosić o przyjęcie gościny u mnie. Dom kobiet, widzicie, mniej jest na oku policyi niżli magazyn ex-konspiratora, ex-wojaka Lewandowskiego. Oba z Walentym musimy przyznać, że pani L. ma racyę. Korzystam z tej propozycyi i przenoszę się do gościnnego domu pani Józefowej. Co jak co, ale zamiłowanie do zabaw hucznych i traktamentów sutych, — to w Polsce trwa od wieków i nie zmieniło się bynajmniej. „Wielki Przemysł“ witał mnie w hotelu „Victoria“ ucztą wspaniałą. Przy humorach lekkich, niby pianka szampańskiego wina, które do kielichów szumiącym spływa strumieniem, — „Wielki Przemysł“ toastuje na intencyę rychłego mego powrotu do Warszawy (legalnego ma się rozumieć) i upewnia mię, że „w Polsce Szymonowi Tokarzewskiemu chleba nie zabraknie“. Muszę wierzyć tym zapewnieniom, bo wszak „Wielki Przemysł“, to potencya ogromna, która w swoich dłoniach dzierży losy setek tysięcy biedaków i tymi według swej woli kieruje. W latach sześćdziesiątych z tą potencyą łączyły mnie stosunki bardzo przyjazne i zażyłe. Czy takie same stosunki dałyby się teraz nawiązać?... Wątpię!... Serdeczności wymienione przy kielichach szampańskiego nektaru nie obowiązują nikogo... pomiędzy ową epoką, a chwilą obecną, pomiędzy — wczoraj, a dziś — czas i okoliczności głębokie wykopały przepaście... Mimo to jestem pełen nadziei, że położenie moje chyba w tych czasach zmienić się musi. Wszystko wszak ma swój koniec. Bywałem w dość przykrych tarapatach, a przecież dawałem sobie radę. Otóż i teraz, gdyby mi tylko wrócić pozwolono, przy resztkach zdrowia, sił i energii, jakie zachowałem, potrafię jeśli nie zupełnie wygramolić się na wierzch, to przynajmniej chociaż z samego spodu się wydostać i nie być podścieliskiem... Dziś oczy i nadzieje wszystkich Polaków pod zaborem rosyjskim zwrócone są ku — koronacyi. Nie dziw przeto, że i ja swój wzrok i swoje nadzieje w tę samą stronę obracam. Jestem podobien do mieszkańców krain podbiegunowych... Przez kilka zimowych miesięcy w arktycznej ich ojczyźnie — nie było widać słońca... Więc już w początku kwietnia, chociaż wiedzą, że jeszcze słonka nie zobaczą, wychodzą przecież ze swoich siedzib lodowych i z utęsknieniem, z upragnieniem spoglądają w tę stronę, gdzie się ma słońce pokazać... A skoro się pokaże, z jakąż to oni witają je radością!... Czas już chyba, aby po dziewiętnastu latach oczekiwania i w moje okienko upragnione słońce zajrzało.
Moję pielgrzymkę po syrenim grodzie skończyłem... Śmiało rzec mogę, że chodząc po ulicach Warszawy, zaglądając do kamienic gdzie bywałem niegdyś, — powtórnie przeżyłem cały przeciąg czasu od powrotu z pierwszej katorgi, w Omsku, do trzeciego uwięzienia w cytadeli i do trzeciego mego wygnania, to jest od r. 1857 do r. 1864. Postacie moich przyjaciół i tych, którzy już w grobach spoczęli, i tych, którzy wraz ze mną spożywali gorzki chleb wygnania, i tych, po różnych krańcach świata rozproszonych — przed wyobraźnią moją jak żywe stają. Koloryt moich wspomnień z owej epoki, koloryt na Syberyi cokolwiek przybladły, nabiera żywych, pięknych, jasnych barw... Zaszedłem najpierw zdala popatrzeć na dworek, podówczas nr. 941 oznaczony, a będący w latach 1857 i następnych własnością panny Emilii Gosselin, która lubo miała cudzoziemskie nazwisko, wszelako była gorącą patryotką polską, a przytem kobietą niezwykle podniosłych przymiotów umysłu i charakteru. W tym dworku ocienionym kasztanami z ogródkiem kwiatowym i z paru owocowemi drzewami, pod kierunkiem p. Emilii Gosselin kształciły się panienki z bogatych domów ziemiańskich. W tym dworku zbierały się „Entuzyastki“ z Narcyzą Żmichowską i Eleonorą Ziemięcką na czele; zbierały się najtęższe i najmędrsze głowy jak: Gustaw Ehrenberg, Henryk i Aleksander Krajewscy, Gerwazy Gzowski, Opieńscy, , Żulińscy i cała falanga innych. I najgoręcej patryotyczna młodzież, w której wiódł rej ognistego temperamentu Krajewski student Akademii Medycznej. W tym dworku pojawiała się świetlana postać: księdza Benwenuty, a codzień zgromadzali się liczni goście w celach porozumienia się z sobą w kwestyach ważnych, w celu wspólnego roztrząsania projektów, wreszcie dla wymiany uczuć i myśli. Z panną Emilią Gosselin jeździłem do Warki, do pułkownika Piotra Wysockiego, odwieźć mu 2253 złp., które za staraniem p. Chrzanowskiego, właściciela Szymczyc, dla starego wojaka złożyła szlachta z ziemi piotrkowskiej. Jakże to wzmocniły nas na duchu odwiedziny pełnego zawsze najświetniejszych nadziei rębacza! I ta jego pogoda umysłu i ta jego skromność tak szczera, a tak podniosła!. W r. 1864, w parę tygodni po mojem wywiezieniu, panna Gosselin umarła. Dworek został sprzedany. Kasztany i drzewa owocowe wyschły. Ogródek stał się śmietnikiem. Obecny właściciel zamierza zburzyć domek. I tak z domku, w którym najpiękniejsze dni mego życia przepędziłem, wkrótce nie pozostanie ani śladu. Niema obawy, żeby podobny los, to jest żeby zagłada kiedykolwiek groziła pałacowi Uruskich, gdzie za mego pobytu w Warszawie mieszkali państwo Hipolitowie Skimborowiczowie. W ich wielkim salonie powiewał chłód a królowała sztywność, nie waham się powiedzieć: królowała nuda. A może tylko ja nie umiałem się do tego salonu dostroić? Natomiast serdeczna, miła, bezpretensyonalna atmosfera panowała na zebraniach u Gołębowskiego przy ulicy Długiej, w domu pań Wierzbowskich i u Felicyi Pancer, w Alejach Jerozolimskich. U Oskara Stanisławskiego bywało dużo figur urzędowych. Najbardziej utkwił mi w pamięci częsty gość: hrabia Osoliński i córka jego, wielce uczona niewiasta: Wanda Tomaszowa hr. Potocka. Równie dobrze zapamiętałem ministra Tymowskiego, z dwoma grzebykami wpiętemi we włosy. Te grzebyki pana ministra śmieszyły mię ogromnie. Nie mogłem się z niemi oswoić. Placyk przed Resursą nic się nie zmienił, pozostał miłym i słonecznym. Tutaj w domu jenerała Lewińskiego jakiś czas mieszkała autorka „Poganki“. Ztąd przeniosła się na ulicę Miodową do pałacu Grabowskich. Na „Miodziogórzu“, to jest na trzeciem pięterku, u Narcyzy Żmichowskiej bywało ludno i miło. Nie zatrze się nigdy w mej pamięci mistrzowska gra Julii Bąkowskiej. Majaczy mi przed oczyma jakiś żywy obraz, który na „Miodziogórzu“ zaimprowizował młody, piękny chłopiec artysta malarz: Wojciech Gerson. Skimborowicz występował jako Milton, pochmurny Bartoszewicz, słodki Frąckiewicz, astronom Baranowski, brali też udział w tym obrazie. Dla wielkiej różnicy poglądów na ówczesną sytuacyę polityczną w naszym kraju, na aspiracye zbiorowej duszy naszego narodu, w zgodnem poprzednio kółku gości Narcyzy Żmichowskiej zapanował rozdźwięk... My, Sybiryacy, zaczęliśmy się z tego kółka usuwać... usuwać... „Miodziogórze“, któreśmy też między sobą nazywali „Mont Parnas“ dla pewnych przyczyn przemianowaliśmy na „Mont Sinaï“.... Znajduję nową ulicę „Brühla“ piękną, żelazną kratę i bramę zamiast domu, który zamykał ulicę Niecałą od strony Saskiego ogrodu. W tym nieistniejącym już domu, raz w niedzielę u p. Kryspiny Stelmowskiej, podczas południowego przyjęcia, dwaj panowie o trzeźwych głowach twierdzili, że wszelkie nasze patryotyczne ruchy po roku 1830 były politycznym błędem, może nawet były głupstwem, szaleństwem zapalonych, niedowarzonych młodzieńczych mózgów... Oponując przeciwko temu, Narcyza Żmichowska tak się uniosła, że cisnęła na podłogę trzymaną w ręku filiżankę... Po trzasku stłuczonej porcelany i brzęku rzuconej łyżeczki, w pokoju zapanowała ponura cisza... Unosiły się tylko westchnienia... te i owe z obecnych pań, które w potępionych „ruchach“ straciły najbliższych, ocierały łzy... a ktoś głośno wyrzekł: — Fanaryoci! Preopinanci chwycili kapelusze i nie żegnając nikogo, a żegnani niechęcią ogólną, szybko wymknęli się z domu p. Stelmowskiej. Emilia Gosselin, nauczycielka, zadaniem swojego życia uczyniła nieść pociechę i pomoc politycznym więźniom i wygnańcom. Kiedy 18 czerwca 1848 r. z ordynanshauzu, przy Saskim Placu, kibitkami wywożono nas na Sybir, wśród wielu odprowadzających nas osób zauważyłem sympatyczną, młodą, płaczącą, czarno ubraną kobietę, od której konwojujący oficer wręczył mi dar: mały, ceratą owinięty pakiecik. Na pierwszym postoju do walizy wrzuciłem ów pakiecik, a dopiero w styczniu r. 1849 w Ust’kamienogorsku rozwinąłem go. Zawierał pachnące mydło, szczotkę do włosów i piękny, duży gęsty grzebień ze słoniowej kości. Ten grzebień, za kosztowny, za wykwintny dla katorżników, a w dodatku bardzo kruchy i nietrwały, nieosobliwie świadczył o praktyczności ofiarodawczyni. Używałem go przecież, a gdy się cokolwiek przybrudził, na gładkiej powierzchni grzebienia wystąpiły mikroskopijne litereczki... Natarłem je delikatnym popiołem z cygara... nabrały wyraźnych kształtów, tak, że zdołaliśmy odczytać napis: „Odwagi, drodzy bracia! Ojczyzna o was nie zapomni“. Jakoż to przyrzeczenie nie było rzucone na wiatr. W Oczairze u Krzyżanowskich zastaliśmy listy z podpisem: „nieznajoma siostra, Emilia Gosselin“. Rozpoczęta korespondencya trwała przez cały ciąg mojej katorgi w Omsku i podczas wygnania. Przybywszy do Warszawy w r. 1857 najpierw zaszedłem do „nieznajomej siostry“. W dworku pod kasztanami przez gospodynię Emilię Gosselin i stałych jej gości byłem iście po bratersku przyjęty. Emilia Gosselin natchnęła mnie myślą, abym się wziął do rzemiosła. Uśmiechała się do mnie sympatyczna postać Kilińskiego, i — zostałem szewcem. Z pierwszym swoim warsztatem po „wyzwolinach“ ulokowałem się w sąsiedztwie dworku pod kasztanami, przy ulicy dziś Mirowską zwanej. Osoby przyjazne wyrabiały mi klientelę. Wnet moje wyroby weszły w modę. Zamówień miałem mnóstwo, panie przysyłały obstalunki w wyperfumowanych liścikach zaadresowanych: „Monsieur Simon de Tokarzewski“ Karety zajeżdżały przed moje skromne mieszkanko, aż się trzęsła ciasna i wązka uliczka. Moi przyjaciele ręce zacierali z uciechy; ja sam bardzo byłem zadowolony z plonów mojej pracy. Po roku przeniosłem się na Tłomackie i nad moją pracownią szewcką zawiesiłem szyld:
Tu dostanie obuwia dla kobiet.
Szyld wydał się niezwykłym, w mieście wprost wywołał sensacyę i jeszcze więcej kupujących sprowadził. Zapytany, czemu utartym obyczajem na szyldzie nie umieściłem napisu: „magazyn obuwia damskiego“ — odrzekłem: — Czczę i uwielbiam kobiety, lecz w naszem społeczeństwie nie uznają dam. W moim skromnym lokaliku za sklepem w każdą sobotę zbierało się toż samo grono kobiet i mężczyzn, co we dworku pod kasztanami. Często nasze grono, ściśle uczuciami i pragnieniami zespolone z sobą, powiększali ziemianie z bliższych lub dalszych okolic, dla wspólnych narad ze „starą Syberyą” do Warszawy przybyli. Szymon Darowski z Krakowskiego, przyjeżdżał obładowany zakazanemi poezyami, które przepisywał własnoręcznie i nam deklamował bardzo często przy wtórze skrzypiec, a przeplatane przepięknym śpiewem Karoliny Frybenówny. Niekiedy, zjawiskowo pojawiał się jaki emisaryusz z zagranicy.... Bardzo często policya wizytowała mnie w nocy. Ale że byłem bardzo ostrożny, najskrupulatniejsze rewizye nie dawały żadnych rezultatów. Tylko raz komisarz cyrkułu wykrzyknął zadowolony w moim pokoju, wyciągając z za pieca plikę jakichś sznurkiem owiązanych papierów. Zrobiło się mnie gorąco... A nuż ktoś u mnie, bez mojej wiedzy, pozbył się niebezpiecznego ciężaru?... Wszak tylu i rozmaitych nieznanych bywało u mnie interesantów.... Wprędce jednak przy oględzinach wyjaśnia się, że to jest tylko zwój „Komunałów“ obrzydliwego piśmidła, które wywoływało oburzenie w całym kraju. Z czasem stałe tygodniowe zebrania w naszych kółkach z konieczności ustać musiały. Schodziliśmy się tu i owdzie w małych grupach dla narad w razie potrzeby. Z każdym dniem ubywał ktoś z naszego grona... Ten i ów byli wzięci do cytadeli, albo na Pawiak.... ten i ów zostali internowani do Rosyi. Ja sam, jako rzekomy redaktor „Strażnicy“, na wygnaniu przez pewien czas przebywałem w Riazaniu. A gdym powrócił — Warszawa stała na wulkanie... Żar tlał we wnętrzu — jeszcze, ale już czuć było, że lada chwila otworzy się krater i pożoga na ziemie polskie buchnie, a krew potokami je zbroczy. Starsi, chłodniejsi, ostrożniejsi, z niepokojem i trwogą oczekiwali wybuchu, pocieszając się i kojąc nadzieją, że jeszcze uda się wybuch zażegnać, albo przynajmniej odroczyć!... Tymczasem młodzi o krwi kipiątkiem krążącej zapytywali wciąż: — Kiedy?... czy jeszcze nie czas?... Aż wreszcie naczelnik rządu cywilnego, pan margrabia Wielopolski, zarządził brankę, na którą dwadzieścia jeden tysięcy, skazanej do wojska polskiej młodzieży, odpowiedziało jednomyślnym okrzykiem: — Już czas! I poszli do lasów... I wybuchnęło powstanie... Każdy kto bacznie i uważnie na te wypadki patrzył i kto sam brał w nich udział czynny — ma wszelkie dane mniemać, że gdyby nie owa „branka“ pewno w naszych porozbiorowych dziejach nie byłoby krwawych kart 1863 i 1864 roku.
— Nie zgadlibyście, moi drodzy, co wam oznajmię — mówi do mnie p. Józefowa Leszczyńska. — Ni mniej, ni więcej, tylko do jutra wypowiadam wam gościnę. — Spodziewacie się rewizyi?... policya wpadła na moje tropy? — A broń Boże! nie wywołujcież wilka z lasu, aby zaś nie wymówić w złą godzinę. Jest rzecz taka: dziś wieczorem u nas pierwsze po wakacyach zebranie młodzieży. To już wiecie, że tu co miesiąc zbiera się młodzież: studenci , starsi uczniowie i uczennice gimnazyów i pensyi. Deklamują, improwizują, muzykują, śpiewają. Lecz głównym tych zebrań celem jest wzajemne poznanie i porozumienie się młodzieży. — Więc są mowy, repliki, dyskusye... — Ależ to bardzo ciekawe, ogromnie ciekawe... Radbym ich posłuchać. Młodzież, wszak to przyszłość każdego narodu. — Bezwątpienia. Tylko... jakby to zrobić?... Nie możecie, wszak, być bezimiennym uczestnikiem zebrania. Dać wam inne nazwisko. Też ryzyko. Młodzież w naszym domu słyszała dużo o was i wasze portreciki zna doskonale — wiszą na ścianach i są w albumach... — Więc jeśliby was kto poznał i niechcący się wygadał... — A gdybym był niewidzialnym słuchaczem przemów i dyskusyi? — Doskonała myśl, trzeba to jakoś urządzić. ...Wielki pokój, o trzech oknach, kilkoramiennym żyrandolem oświetlony à giorno, krzesła poustawiane pod ścianami, pianino otwarte, całe urządzenie rzeczywiście ma wygląd sali tanecznej, „bo w razie czego“ powiedziałoby się, że młodzież zebrała się na tańce. Chłopcy wszyscy są w mundurach, panienki w jasnych sukienkach z bukiecikami u pasków i kokardami u rozpuszczonych warkoczy. Tylko kilka panienek starszych ma na sobie ciemne, bronzowe suknie, czarne fartuszki, włosy zaczesane gładko. Pomiędzy temi, bezpretensyonalnością swoją wyróżnia się wysoka, poważna, przystojna blondynka, która pośród pewnej grupy młodzieży zajmuje wyjątkowe stanowisko. Nazywa się Stanisława M. W przyległym gabinecie, za parawanem, wprost lustrzanej szafy, usadowiono mnie w ten sposób, że w wielkim źwierciedle najdoskonalej widzę odbicie wszystkiego co się dzieje w salonie. Gabinet jest nieoświetlony, przeto niema obawy, aby tam kto z gości wszedł. Zresztą we drzwiach na straży zasiadła przyjaciółka domu Leszczyńskich, przezacna p. Walerya Matyńska. Z dolatujących moich uszu rozmów dowiaduję się, że będzie przemawiał student warszawskiego uniwersytetu. Panna Stanisława M. przygotowuje audytoryum. Zaleca skupienie uwagi, bo (mówi) „towarzysz“ przepędził wakacye w Szwajcaryi, gdzie miał możność poznać wszystkich przywódzców „naszej partyi“ i wielu wybitnych „jej“ członków. I wielokrotnie konferował z nimi. Ta „nasza partya“ zaostrza moją ciekawość, słucham z natężeniem ogromnem. Pan ⁂ student uniwersytetu staje w ten sposób, że kandelabr oświeca jego piękną głowę. Zaczyna. Zaczyna od ciśnięcia gromów na „szlachecczyznę“, pod której „okrutnym uciskiem tyle milionów ludu przez tyle wieków jęczało“... piorunuje na „klasy uprzywilejowane“, które w straszliwy sposób wyzyskują klasy pracujące... A dalej mówi: ci uciśnieni, ci wyzyskiwani, do nas wyciągają ręce, od nas spodziewają się ratunku i wybawienia i szczęścia. I słusznie. „My nie spiskowcy z trzeciego dziesiątka lat, my nie bojownicy z 63 roku, my jesteśmy członkami jednej, wielkiej narodowości, nieszczęśliwszej niż Polska, my jesteśmy członkami narodu proletaryuszów... Ani Polsce: „niech żyje!“ ani „pereat“ żadnemu narodowi nie wołamy... My znamy jeden tylko wspólny okrzyk: „proletaryusze całego świata niech żyją!“ Mówca jest prześlicznym brunetem o purpurowych ustach, a przytem wytwornym elegancikiem. Modulacyę głosu ma bardzo miłą i dźwięczną, lecz chłodną. Przybiera pozy malownicze, gestykuluje umiarkowanie i właściwie. Widocznie oczarował pewną część audytoryum, a że nietylko jest szlachcicem, lecz w dodatku hrabią, gdy skończył odezwały się głosy: — Mirabeau! Mirabeau! brawo! brawo! Nowoczesny Mirabeau kręci wąsiki, uśmiecha się wdzięcznie i widocznie jest bardzo z siebie zadowolony — chociaż prawił, a ściśle rzeczy trzebaby rzec, powtarzał frazesy oklepane już na trybunach i w dziennikach wygłaszane wielokrotnie, znane ogólnie, — chociaż z jego harangi było widać, że tylko jest głosicielem cudzych idei, lecz nie gorliwym tych idei wyznawcą i zręcznym ich propagatorem. — Julek! powiem Stasi, że teraz ty chcesz mówić, — proponuje swojemu bratu jedna panienka. — Daj pokój! cóż u licha! przecież nie potrzebuję jej protekcyi, ani pozwolenia. Mam tutaj takie same prawa, jak tamten — burzliwie odpowiada siostrze student, mający w swej postaci dużo młodzieńczej dzielności. Staje, w tem samem miejscu, które opuścił „Mirabeau“ i mówi: — Przed chwilą z ust kolegi, — wymienia nazwisko — usłyszeliśmy, że klasy uciśnione, wyzyskiwane, do organizacyi „Proletaryat“ wyciągają ręce po opiekę, po wyzwolenie z ucisku, po szczęście... Czy to wyzwolenie, czy to szczęście od was kiedykolwiek dostaną?... czy wasza organizacya może je rozdawać wedle upodobań i woli?... Wszak:
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Bez paszportu.
