Read here

Chłopi

Anton Czechow · 1905 · Free in the US

19,378 words · about 1 h 21 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1905 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Chłopi_(Czechow)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Anton Czechow
Language
Polish
Published
1905
Length
19,378 words · about 1 h 21 min
Sections
11 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (11)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 41 min
  3. I about 6 min
  4. II about 2 min
  5. III about 4 min
  6. IV about 5 min
  7. V about 5 min
  8. VI about 5 min
  9. VII about 5 min
  10. VIII about 5 min
  11. IX about 4 min

Continue:

Front matter

CHŁOPI

en:Peasants (Chekhov/Garnett) en:The Kiss and Other Stories/The Muzhiks no:Mit Liv/Bønder ru:Мужики (Чехов)

całość

CHŁOPI

I.

Lokaj w moskiewskim hotelu »Słowiański Bazar«, Mikołaj Czykildiejew, zachorował. Zdrętwiały mu nogi, zmienił się jego chód, tak że pewnego razu, idąc przez korytarz, potknął się i upadł razem z tacą, na której była szynka z groszkiem. Musiał opuścić miejsce. Jakkolwiek posiadał pieniądze, czy swoje, czy żony, wydał wszystkie na kuracyę, nie było już zaco się żywić, przykrzyło mu się bez roboty i zdecydował się wyjechać do swoich na wieś. W domu u siebie lżej chorować i życie tańsze; przytem nie napróżno mówią: w domu i ściany pomagają. Przyjechał do Żukowa przed wieczorem. We wspomnieniach lat dziecinnych rodzinne gniazdo przedstawiało mu się jasnem, wygodnem; teraz, kiedy wszedł do chaty, przestraszył się, tak było ciemno, ciasno i brudno. Z nim razem przybyły żona jego Olga i córka, Sasza. Obie spoglądały ze ździwieniem na wielki, brudny piec, zajmujący prawie pół chałupy, czarny od sadzy i od much. Ile much! Piec skrzywił się cokolwiek, belki w ścianach też leżały krzywo i zdawało się, że za chwilę cała chata się rozpadnie. W jednym z kątów, obok wizerunków świętych ponaklejane były etykietki z flaszek i skrawki gazet, to zamiast obrazów. Bieda, bieda! Z dorosłych nie było nikogo w domu, wszyscy żęli. Na piecu siedziała ośmioletnia dziewczynka, z białymi jak len , niemyta, obojętna, nie spojrzała nawet na wchodzących. Na dole ocierał się o piec biały kot. — Kci, kci! — wabiła go Sasza. — Kci! — On nie słyszy — odezwała się dziewczynka. — Ogłuchł. — Z czego? — Tak. Zbili go. Mikołaj i Olga zrozumieli odrazu, jakie tu jest życie, ale nic nie powiedzieli; milcząc złożyli węzełki i wyszli na dwór. Chałupa ich była trzecią z brzegu i wydawała się najbiedniejszą, najstarszą ze wszystkich; druga, nie lepiej wyglądała, zato w ostatniej dach był kryty blachą i w oknach wisiały firanki. Chata ta, nieogrodzona stała oddzielnie, była w niej oberża. Wszystkie chaty stawiane były pod rząd i cała ta wioska, cicha i smutna, z wyglądającemi z podwórza wierzbami, bzem i jarzębiną, przyjemne robiła wrażenie. Za włościańskimi folwarkami, zaczynał się spadek do rzeki krętej i rwącej, tak że w glinie, tu i owdzie poodkrywały się olbrzymie kamienie. Na pochyłości, obok tych kamieni i jam wykopanych przez garncarzy, wiły się ścieżyny, nawalone były całe stosy skorup z potłuczonych naczyń, to burych to czerwonych a tam, na dole rozciągała się szeroka, gładka, jasno-zielona, już skoszona łąka, na której obecnie pasło się włościańskie stado. Rzeka na jaką wiorstę od wsi, była bardzo krętą, brzegi jej były cudowne, nierówne; dalej znów widać było łąkę, stado, długie szeregi białych gęsi, potem, tak jak i na tym brzegu grunt wznosił się, a na górze leżała wieś z cerkwią o pięciu kopułach, nieco dalej dwór. — Ładnie tu u was! — rzekła Olga, żegnając się przed cerkwią. — Co za rozkosz, o Boże! W tej samej chwili zadzwonili na nabożeństwo (była to Wielka Sobota). Dwie małe dziewczynki, niosące wiadro z wodą, spojrzały na cerkiew, słuchając dzwonu. — O tej porze w »Słowiańskim Bazarze« obiady... — rzekł zamyślony Mikołaj. Siedząc na brzegu urwiska, Mikołaj i Olga widzieli, jak zachodziło słońce, jak niebo złote i czerwone odbijało się w rzece, w oknach cerkwi i w całem powietrzu, miłem, spokojnem, niewypowiedzianie czystem, jakiego nigdy nie bywa w Moskwie. A kiedy słońce zaszło, przeszło stado z bekiem i z rykiem, przeleciały na tę stronę gęsi, i wszystko ucichło, łagodne światło zgasło w powietrzu i zwolna zapadał zmierzch wieczoru. Tymczasem wrócili starzy rodzice Mikołaja, wychudzeni, zgarbieni, bezzębni, oboje tego samego wzrostu. Przyszły i kobiety — synowe, Marya i Tekla, pracowały u obywatela za rzeką. Marya, żona brata Kirjaka, miała sześcioro dzieci. Tekla, żona brata Dienisa, który służył w wojsku — dwoje; i kiedy Mikołaj, wchodząc do chaty, zobaczył całą tę rodzinę, wszystkie te duże i małe ciała, poruszające się pod pułapem, i w kołyskach i we wszystkich kątach i kiedy zobaczył jak łapczywie starzy i dzieci jedli chleb razowy, maczając go w wodzie, zrozumiał, że napróżno przyjechał tu chory, bez pieniędzy i z rodziną — napróżno! — A gdzie brat Kirjak? — zapytał po przywitaniu. — Służy jako stróż u kupca — odpowiedział ojciec — w lesie. Niczego chłop, ale upija się łatwo. — Niczego nie wniesie, najwyżej wyniesie — rzekła stara płaczliwym głosem. — Chłopi nasi są smutni, ale przynoszą do domu, z domu nie wynoszą. I Kirjak pije i stary pije, niema co grzechu ukrywać, znają oni drogę do karczmy. Rozgniewała się na nas Królowa Niebieska. Chcąc uczcić gości, nastawili samowar. Herbatę czuć było rybą, cukier był poobgryzany i szary, po chlebie i po statkach chodziły karaluchy; przykro było pić i rozmowa była przykra — ciągle o nędzy i o . Nie zdążyli wypić jednej szklanki, kiedy na dworze rozległ się donośny, przeciągły, pijany krzyk: — Ma-aryo! — Widać Kirjak idzie — rzekł stary. Wszyscy ucichli. Po chwili dał się słyszeć ponownie ten sam krzyk głośny, przeciągły, jak gdyby pochodził z pod ziemi: — Ma-aryo! Marya, starsza synowa, zbladła, przytuliła się do pieca i dziwne wrażenie robił na twarzy tej barczystej, silnej i nieładnej kobiety wyraz przestrachu i grozy. Córka jej, owa dziewczynka, która siedząc na piecu, wydawała się obojętną, głośno nagle zapłakała. — A ty czego, cholero? — krzyknęła na nią Tekla, czerwona baba, równie silna i barczysta. — Nie bój się, nie zabije cię. Mikołaj dowiedział się od starego, że Marya bała się mieszkać z Kirjakiem w lesie i że on, za każdym razem kiedy się upił, przychodził po nią, hałasował i bił ją bez litości. — Ma-aryo! — rozległ się krzyk pod drzwiami. — Wejdźcie, rodzoniuteńki — zaszczebiotała Marya, oddychając tak, jakby ją zanurzali w bardzo zimnej wodzie — wejdźcie, rodzoniuteńki... Rozpłakały się wszystkie dzieci ile ich było w chacie, a patrząc na nie Sasza również płakać zaczęła. Dał się słyszeć pijany kaszel i wszedł do chaty wysoki chłop z czarną brodą, w zimowej czapce, a ponieważ przy bladem świetle lampki nie było widać jego twarzy — wydał się strasznym. Był to Kirjak. Podchodząc do żony, zamierzył się i trzasnął ją pięścią w twarz, a ona nie wydała ani jednego dźwięku, oszołomiona ciosem, przysiadła tylko i z nosa jej polała się krew. — Co za wstyd, co za wstyd — mruczał stary, włażąc na piec: — i przy gościach. Przecież to grzech. Stara siedziała milcząca, zgarbiona i zamyślona; Tekla poruszała kołyskę... Kirjak, uznając się widocznie za dosyć strasznego i zadowolony z tego, schwycił Maryę za rękę, przyciągnął ją do drzwi i zaryczał jak zwierzę, żeby ją jeszcze więcej przerazić, ale w tej samej chwili zobaczył nagle gości i zatrzymał się. — A przyjechaliście... — rzekł puszczając żonę. — Brat z rodziną... Pomodlił się przed obrazem, chwiejąc się, otwierając szeroko swoje pijackie, czerwone oczy i mówił dalej: — Brat przyjechał z rodziną do domu rodzicielskiego... zatem z Moskwy. Najdawniejszy, stołeczny gród Moskwa, matka miast wszystkich... Przepraszam... Usiadł na ławie obok samowara i zaczął pić herbatę, połykając ją głośno ze spodka podczas ogólnego milczenia. Wypił dziesięć filiżanek, potem powalił się na ławę i głośno zachrapał. Zaczęli się układać do snu. Mikołaja, jako chorego ułożyli na piecu obok starego, Sasza położyła się na ziemi, a Olga poszła z babami do szopy. — I-i — mówiła, kładąc się na sianie przy Maryi — łzy nie pomogą na nieszczęście! Cierp. W Piśmie świętem stoi: jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, to nadstaw mu lewy... I-i! Później, półgłosem opowiadała o Moskwie, o swojem życiu, o tem jak służyła za pokojówkę w umeblowanych pokojach. — O, w Moskwie domy są duże, murowane — mówiła — cerkwi dużo, dużo, czterdzieści razy po czterdzieści, a w domach mieszkają sami panowie, tacy piękni, tacy grzeczni! Marya powiedziała, że nie była nigdy nietylko w Moskwie, ale nawet w swojem powiatowym mieście; nie umiała czytać, ani pisać, nie umiała żadnych modlitw, nawet »Ojcze nasz«. Obie one, Marya i Tekla, która teraz usiadła opodal i słuchała, były bardzo nierozwinięte, niczego nie mogły zrozumieć. Obie nie lubiły swych mężów; Marya bała się Kirjaka i kiedy zostawała z nim sama, trzęsła się ze strachu. A Tekla, na pytanie, czy jej nie smutno bez męża, odpowiedziała ze złością: — A niech go tam! Porozmawiały jeszcze i ucichły. Było bardzo chłodno i przy samej szopie piał bezustannie kogut, nie dając spać. Kiedy niebieskawe światło zaczęło się wdzierać przez wszystkie szczeliny, Tekla pocichutku wstała i wyszła, a potem słychać było, jak gdzieś pobiegła, uderzając o ziemię bosemi nogami.

II.

Olga poszła do cerkwi, i zabrała ze sobą Maryę. Idąc po ścieżce na łąkę obie były wesołe. Oldze podobała się cisza wiejska, a Marya czuła w bratowej kogoś blizkiego. Wschodziło słońce. Nad łąką ospale latał jastrząb, rzeka była ciemna, tu i ówdzie wznosiła się mgła, ale na górze widniał pas światła, cerkiew błyszczała i w dworskim ogrodzie wściekle krzyczały gawrony. — Stary niczego sobie — opowiadała Marya — ale baba sroga, drze się bezustannie. — Swego chleba starczyło do zapust, kupujemy mąkę w karczmie, a ona gniewa się: dużo, mówi, jecie. — I-i, co tam! Cierp i kwita. Powiedziane jest przyjdźcie wszyscy, którzy strudzeni i obciążeni jesteście. Olga mówiła wolno, a chód miała pątniczki, prędki i niespokojny. Czytała codziennie ewangielię, czytała głośno jak śpiewak kościelny, niewiele rozumiała, ale święte słowa wzruszały ją do łez, wymawiała je ze słodkiem omdlewaniem serca. Wierzyła w Boga, w Matkę Boską, w Świętych Pańskich; wierzyła, że nikogo na świecie obrażać nie można, ani ludzi prostych, ani niemców, ani cyganów, ani żydów, ani nawet tych, którzy są niedobrymi dla zwierząt; wierzyła, że tak jest napisane w Piśmie świętym i dlatego też, kiedy przytaczała słowa Ewangielii, chociaż dla niej niezrozumiałe, twarz jej robiła się żałosną, miłą i jasną. — A ty skąd rodem? — zapytała Marya. — Z Włodzimierza. Do Moskwy przyjechałem niedawno, osiem lat temu. Zbliżyły się do rzeki. Na brzegu stała jakaś kobieta i rozbierała się. — To nasza Tekla — rzekła Marya — chodziła za rzekę do dworu. Do urzędników. Zuchwała i obelżywa, aż strach! Tekla, czarnobrewa, z rozpuszczonymi włosami, młoda jeszcze i silna, jak dziewczynka, skoczyła z brzegu i uderzyła po wodzie nogami, tak, że na wszystkie strony rozpłynęły się fale. — Zuchwała, aż strach! — powtórzyła Marya. Przez rzekę były rzucone chwiejne mosty z belek, a pod nimi w czystej, przeźroczystej wodzie brodziły stada szerokołbych głowaczy. Na zielonych krzakach, pochylonych nad wodą, lśniły się krople rosy. Wionęło ciepło, zrobiło się radośnie. Co za przecudny poranek! I, doprawdy, jakże wspaniałem byłoby życie na ziemi, gdyby nie nędza, straszna, bez wyjścia, przed którą schronić się nie można! Ale wystarczyło jedno spojrzenie rzucone w stronę wsi, a w tej chwili żywo stanął w pamięci dzień wczorajszy, i uczucie szczęścia, jakie oczarowało obie kobiety, znikło w jednej chwili. Przyszły do kościoła, Marya zatrzymała się u wejścia i nieśmiała iść dalej. I usiąść nie śmiała, chociaż na mszę świętą dzwonić dopiero mieli o dziewiątej. Kiedy czytali Ewangielię, naród poruszył się nagle, dając wolne przejście obywatelskiej rodzinie; weszły dwie dziewczynki w białych sukniach, w ogromnych kapeluszach, a z niemi tłuściutki różowy chłopaczek w marynarskiem ubrańku. Ich widok wzruszył Olgę; doszła do przekonania od pierwszego wejrzenia, że to ludzie porządni, wykształceni i piękni. Marya zaś patrzała na nich zpodełba, ponuro, smutnie, jakby to nie wchodzili ludzie, tylko potwory, które mogłyby ją rozgnieść, gdyby się na bok nie usunęła. A kiedy dyakon czytał coś donośnym basem, zdawało jej się za każdym razem, że słyszy krzyk ochrypły: »Ma-aryo!« i wtedy trzęsła się jak w febrze.

III.

We wsi dowiedzieli się o przybyciu gości i zaraz po mszy w chacie nagromadziło się pełno ludzi. Przyszli Leoniczowie, Matwiejczowie i Pliczowie dowiedzieć się czego o krewniakach, mieszkających w Moskwie. Wszystkie dzieci żukowskie, umiejące czytać i pisać, odwozili do Moskwy i oddawali ich do służby za posługaczy (z drugiej części wsi oddawali tylko do piekarzy) i tak było od dawna jeszcze za czasów poddaństwa, kiedy to niejaki Łukasz Iwanycz, chłop żukowski, który teraz zrobił się już legendową postacią, służył jako bufetowy w pewnym moskiewskim klubie i przyjmował do siebie na służbę tylko samych swojaków, a ci dochodząc do znaczenia wybierali krewnych i przeznaczali ich do znajomych restauracyi; od tego więc czasu sąsiedzi nie nazywali inaczej wsi Żukowo, jak Chamska, lub Chołujewka. Mikołaja odwieźli do Moskwy, kiedy miał lat jedenaście, stręczył mu miejsce Jan Makarycz, z rodziny Matwiejczewych, który w tym czasie służył jako posługacz teatralny w »Ermitażu«. Dlatego to , zwracając się z wdzięcznością do Matwiejczewych, Mikołaj rzekł: — Jan Dymitrycz to mój dobrodziej i powinienem dzień i noc modlić się za nim do Boga, bo za jego pomocą stałem się porządnym człowiekiem. — Batiuszka ty mój — odezwała się płaczliwym głosem wysoka kobieta, siostra Jana Makarycza — czy nic o nim, gołąbku moim, nie słyszałeś? — Przez zimę służył u Omona, a teraz, gadali, że jest gdzieś pod miastem, w ogrodach... Zestarzał się! Dawniej zdarzało się, że podczas letnich robót przynosił do domu i po dziesięć rubli dziennie, teraz niema nigdzie roboty i stary zmęczony. Wszyscy patrzali na nogi Mikołaja, w wojłokowych butach i na jego bladą twarz i mówili ze smutkiem: — Nie wniesiesz i ty do domu, Mikołaju Osipowiczu, nie wniesiesz! Gdzie tam! I wszyscy pieścili Saszę. Miała już dziesięć lat, ale była mała, bardzo chuda, i patrząc na nią nie można jej było dać więcej lat, niż osiem. Pośród innych dziewczynek, opalonych, źle ostrzyżonych, ubranych w długie, spłowiałe koszule, ona bielutka, z wielkiemi, ciemnemi oczami, z czerwoną wstążeczką we włosach, zabawnie wyglądała, robiła wrażenie zwierzątka złapanego w polu i przyniesionego do chaty. — Ona i czytać umie! — pochwaliła się Olga, czule patrząc na córkę. — Poczytaj, dziecko! — rzekła, biorąc z kąta ewangielię. — Poczytaj, a prawosławni posłuchają. Ewangielia była stara, ciężka, w skórzanej oprawie, z podartemi brzegami i rozszedł się od niej tak silny zapach, jak gdyby do chaty weszli popi, Sasza podniosła brwi i zaczęła głośno czytać. ... We śnie zjawił się Anioł Józefowi, mówiąc: Wstań, weź Dziecko i Matkę Jego... ...I Matkę Jego... — powtórzyła Olga i zaczerwieniła się ze wzruszenia. Po chwili nie wytrzymała i rozpłakała się. Patrząc na nią, rozszlochała się i Marya, a potem i siostra Jana Makarycza. Stary zakaszlał i zaczął się kręcić, szukając podarunku dla Saszy, ale nic nie znalazł i tylko machnął ręką. Po skończonem czytaniu, sąsiedzi rozeszli się do domów, wzruszeni i bardzo zadowoleni z Olgi i z Saszy. Ponieważ był to dzień świąteczny, rodzina cały dzień została w domu. Stara, którą i mąż i synowie i wnuki, wszyscy nazywali babką, starała się sama wszystkiem zajmować, paliła w piecu i nastawiała samowar, chodziła nawet do roboty, a potem narzekała, że ją zamęczają pracą. Niepokoiła się bezustannie tem, czy stary i synowie nie siedzą bez roboty. To jej się zdawało, że gęsi karczmarza wchodzą do jej ogrodu, wybiegała z chaty z długim kijem i potem przez pół godziny przeraźliwie krzyczała przy kapuście, równie zwiędniętej i chudej jak i ona sama; to jej się przewidziało, że wrona zakrada się do piskląt i wymyślając, na czem świat stoi, rzucała się na wronę. Złościła się i zrzędziła od rana do wieczora, nieraz nawet krzyczała tak przenikliwie, że na drodze zatrzymywali się przechodnie. Ze swoim starym nie obchodziła się zbyt grzecznie, przezywała go próżniakiem, cholerą. Był to człowiek, któremu nie można było zaufać i być może, że gdyby go ona bezustannie nie przynaglała, nie pracowałby wcale, przesiedziałby na piecu cały dzień, rozmawiając. Opowiadał synowi drobiazgowo o jakichś swoich wrogach, skarżył się na krzywdy, które jakoby codzień znosił od sąsiadów, nudno było go słuchać. — Tak — opowiadał, trzymając się za boki. — Tak... Po święcie Podniesienia Krzyża św. sprzedałem w ciągu tygodnia siano po trzydzieści kopiejek za pud, dobrowolnie sprzedałem... Tak... Dobrze... Zatem, znaczy się, wiozę rano dobrowolnie siano, nikogo nie poruszam; patrzę, w nieszczęśliwą godzinę, a tu wychodzi z karczmy starosta Antip Siedielnikow. »Gdzie wieziesz, ty taki, owaki?« i targa mnie za uszy. Kirjaka strasznie bolała od picia głowa i wstydził się brata. — Co to wódka zrobi. Ach, Boże mój! — mruczał, trzęsąc głową. — Już wy bracie i siostro, przebaczcie mi na miłość Boską, ja sam nie jestem z tego rad. Kupili w oberży śledzia i gotowali polewkę ze śledziowego łebka. W południe zasiedli wszyscy do herbaty i pili ją długo, bardzo długo, zdawało się, że nabrzmieli od herbaty, a potem wzięli się do polewki, jedząc wszyscy z jednego garnka. Śledzia babka schowała. Wieczorem garncarz lepił garnki na urwisku. Niżej na łące dziewczęta tańczyły i śpiewały. Grali na harmonii. Za rzeką paliło się ognisko i również śpiewały dziewczyny, a zdaleka śpiew ich wydawał się harmonijnym i miłym. W karczmie i dokoła niej hałasowali chłopi; śpiewali pijanymi głosami, każdy sobie, i wymyślali tak, że Olga drżała i mówiła: — Ach, batiuszki!... Dziwiło ją to, że bez przerwy słychać było sprzeczki i że najgłośniej i najwięcej kłócili się starzy, którym już czas umierać. Dzieci i dziewczęta słuchały tych zwad i widać było, że przywykły do nich od kołyski. Minęła północ, pogasili ognie po obu stronach rzeki, a na dole na łące i w karczmie nie przestawali się bawić. Stary i Kirjak, pijani, trzymając się pod ręce i podpierając ramionami jeden drugiego, podeszli do szopy, gdzie Marya i Olga leżały. — Daj spokój — starał się go przekonać stary — daj spokój... To spokojna baba... Grzech... — Ma-aryo! — krzyknął Kirjak. — Daj spokój... Grzech... Niczego sobie baba. Postali chwilę pod szopą i poszli. — Lu-bię kwiaty polne-e! — zaśpiewał nagle stary, wysokim przenikliwym tenorem. — Lu-bię zbierać je na łące! Potem splunął, brzydko zaklął i poszedł do domu.

IV.

Babka umieściła Saszę przy swoim ogrodzie i kazała jej pilnować, żeby nie wpadały gęsi. Był gorący sierpniowy dzień. Gęsi karczmarza mogły się z tyłu przedostać do ogrodu, ale w danej chwili były zajęte wykradaniem owsa i tylko gęsior podniósł wysoko swoją głowę, jakby chciał zbadać, czy nie idzie stara z kijem; inne gęsi pasły się daleko za rzeką, rozłożywszy się na łące w długim, białym łańcuchu. Sasza postała chwilkę; znudziła się i widząc, że gęsi nie idą zeszła na urwisko. Spostrzegła tam starszą córkę Maryi, Motkę, która stojąc nieruchomie na ogromnym kamieniu, wpatrywała się w cerkiew. Marya miała trzynaścioro dzieci, ale zostało jej tylko sześcioro i to, same dziewczynki, ani jednego chłopca; najstarsza miała osiem lat. Motka stała bosa, w długiej koszuli, słońce paliło jej głowę, ale nie zauważyła tego i jakby skamieniała. Sasza stanęła obok niej i rzekła, patrząc na cerkiew: — W cerkwi mieszka Pan Bóg. U ludzi palą się lampy i świece, a u Boga lampeczki czerwoniutkie, zieloniutkie, niebieskie, jak oczki. W nocy Bóg chodzi po cerkwi, a z nim Przenajświętsza Bogarodzica i Mikołaj święty... tup, tup, tup. A stróżowi straszno, straszno! I-i — dodała, naśladując swoją matkę. — A gdy nadejdzie koniec świata, to wszystkie cerkwie wzniosą się do nieba. — Czy z dzwo-na-mi? — zapytała Motka basem, przeciągając każdą zgłoskę. — Z dzwonami. A gdy będzie koniec świata, dobrzy pójdą do raju, a źli palić się będą w ogniu wiecznym i nieugaszonym. Mojej mamie i Maryi Bóg powie: nikogo nie obraziłyście, idźcie więc na prawo do raju; a Kirjakowi i babce powie: a wy idźcie na lewo, w ogień wieczysty. Ten, który postu nie zachowywał, również pójdzie w ogień wieczny. Spojrzała w górę na niebo, otworzyła szeroko oczy i powiedziała: — Patrz na niebo, nie mrugaj oczami — aniołów widać. Motka zwróciła oczy do nieba i nastała chwila milczenia. — Czy widzisz? — zapytała Sasza. — Nie widać — odpowiedziała Motka. — A ja widzę. Maleńkie aniołki latają po niebie i skrzydełkami... mielk, mielk, jak komary. Motka zamyśliła się głęboko, spuściła oczy ku ziemi i zapytała: — I babka palić się będzie? — Będzie. Od kamienia na dół ciągnęła się równa pochyła spadzistość, pokryta miękką, zieloną trawą, którą się chciało lekko poruszać ręką, lub poleżeć na niej. Sasza położyła się i stoczyła się na dół. Motka z poważną surową twarzą, silnie oddychając, położyła się również na pochyłości i stoczyła się, a przytem koszula zadarła jej się do ramion. — Jak mnie to bawi! — rzekła Susza z zachwytem. Poszły obie na wzgórze, żeby się stoczyć po raz drugi, ale w tej samej chwili rozległ się dobrze im znany, piskliwy głos. O, jakie to straszne! Babka bezzębna, koścista, garbata, z krótkimi, siwymi włosami, które się na powietrzu rozwiały, z długim kijem w ręku odpędzała gęsi od ogrodu i krzyczała: — Całą kapustę zniszczyły, przeklęte, żeby was dyabli wzięli, żeby was morowe powietrze dotknęło, niema na was zaguby! Spostrzegła dziewczynki, rzuciła kij, podniosła suchą gałązkę i schwyciwszy Saszę za kark suchymi i twardymi jak orzechy palcami, zaczęła ją smagać rózgą. Sasza płakała ze strachu i z bólu, a jednocześnie, gęsior, przechylający się to na jedną, to na drugą stronę, wyciągnął szyję, podszedł do starej i zasyczał jej coś nad uchem, a gdy wrócił do stada, wszystkie gęsi pochwaliły go: gę-gę-gę! Potem babka zaczęła bić Motkę. Zrozpaczona, głośno płacząc, Sasza poszła do chałupy, poskarżyć się; za nią szła Motka, również płacząca ale basem, nie obcierając łez, to też twarz jej była tak mokrą, jak gdyby ją umaczała w wodzie. — Boże! — zdumiała się Olga, gdy dziewczynki weszły do chaty. — Królowo Niebieska! Sasza zaczęła opowiadać, a w tej samej chwili z przeraźliwym krzykiem i z wymyślaniem weszła babka, rozzłościła się Tekla i w chacie powstał hałas. — Nic, nic! — uspokajała Olga, blada, rozstrojona, gładząc Saszę po głowie. — Ona, babunia, to grzech gniewać się na nią. Nic, dziecino, nic. Mikołaj, który był zmęczony bezustannym krzykiem, głodem, swędem, zaduchem, pogardzał biedą i nienawidził jej, który wstydził się przed żoną i przed córką za swoją matkę i za ojca... teraz spuścił nogi z pieca i odezwał się głosem rozdrażnionym, płaczliwym, zwracając się do matki: — Wy jej nie bijcie! Nie macie prawa jej bić! — No, zdychasz tam na piecu, ty ladaco! — krzyknęła na niego Tekla ze złością. — Dyabli was tu przynieśli, darmozjadów! Sasza, Motka i wszystkie dziewczynki, ile ich było, wtłoczyły się na piec w kąt za plecy Mikołaja, stąd słuchały wszystkiego w milczeniu, ze strachem, i słychać było, jak biły ich maleńkie serca. Gdy w rodzinie jest ktoś, kto choruje długo i bez nadziei wyzdrowienia, to zdarzają się tak ciężkie chwile, że wszyscy blizcy nieśmiało, skrycie, w głębi duszy pragną jego śmierci; i tylko dzieci boją się śmierci krewniaka i na samą myśl o niej odczuwają bojaźń wielką. I teraz dziewczynki, wstrzymując oddech, z wyrazem smutku na twarzy, patrzały na Mikołaja i myślały o tem, że on niedługo umrze, na płacz im się zbierało, chciały mu powiedzieć coś miłego, chciały ulitować się nad nim. On zaś przytulił się do Olgi, jakby szukając u niej ratunku i mówił cicho, drżącym głosem: — Ola, moja najmilsza, ja już tu dłużej być nie mogę. Nie mam sił. Na miłość Boską, na Rany Chrystusowe proszę cię, napisz do twojej siostry, Klaudyny Abramowny, niech ona sprzeda i zastawi wszystko, co ma i niech nam przyśle pieniądze, wyjedziemy stąd. O, Boże — mówił dalej ze smutkiem — żeby módz choćby jednem okiem na Moskwę spojrzeć! Żebym choć we śnie mógł ją zobaczyć, matuszkę! Kiedy nadszedł wieczór i w chacie zrobiło się ciemno, tak było smutno, że jednego słowa nie można było wymówić. Babka namoczyła w misce kilka skórek żytniego chleba i ssała je długo, przez całą godzinę. Marya, wydoiwszy krowę, przyniosła wiadro z mlekiem i postawiła je na ławce; potem babka przelewała z wiadra do dzbanków, również wolno, nie spiesząc się, widocznie zadowolona, że teraz w wilię święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny nikt nie będzie pił mleka i że zostanie nienaruszonem. I tylko troszeczkę, aby-aby odlała na spodek dla dziecka Tekli. Podczas gdy obie z Maryą odnosiły dzbanki, Motka otrząsnęła się, ześlizgnęła się z pieca i podszedłszy do ławki, na której stała drewniana miseczka ze skórkami, nalała do niej mleko ze spodka. Babka, powróciwszy do chaty, wzięła się znów do swych skórek, a Sasza i Motka, siedząc na piecu, patrzały na nią i cieszyły się, że złamała post i że pójdzie do piekła. Uspokoiły się i ułożyły do snu, a Sasza zasypiając myślała o strasznym sądzie: paliło się w wielkim piecu, w rodzaju garncarskich pieców i zły duch z rogami, jak u krowy, cały czarny, wpędzał babkę w ogień długim kijem, tak jak ona przedtem wypędzała gęsi.

V.

W święto Wniebowzięcia, o jedenastej wieczorem, dziewczęta i chłopcy spacerujący po łąkach, podnieśli nagle krzyk i wrzask i pobiegli w stronę wsi; ci, którzy siedzieli na górze na brzegu urwiska w pierwszej chwili nie mogli zrozumieć co się stało. — Pożar! Gore! — rozległ się na dole rozpaczliwy krzyk. — Palimy się! Siedzący na górze obejrzeli się i oczom ich przedstawił się straszny, niezwykły obraz. Z jednej z chat podniósł się ze słomianej strzechy ognisty słup wysokości sążnia, kłębił się i sypał na wszystkie strony iskry, jak gdyby fontanny. W jednej chwili cały dach zajął się żywym płomieniem i rozległo się przeraźliwe trzeszczenie ognia. Przyćmiło się światło księżyca i już cała wieś była zalana czerwonem, drżącem światłem; po ziemi pełzały czarne cienie, czuć było spaleniznę. Ci, którzy biegli z góry, zadyszali się, nie mogli mówić, pchali się, przewracali i nieprzyzwyczajeni do jasności, nie poznawali się nawzajem. Strasznie było. Strasznem było zwłaszcza to, że nad ogniem, w dymie, latały gołębie, a w karczmie, gdzie jeszcze nie wiedzieli o pożarze, dalej śpiewali i grali na harmonii, jak gdyby nic nie było zaszło. — Wuj Siemion pali się! — krzyknął ktoś na cały głos. Marya rzucała się około swej chaty, płacząc, załamując ręce, zgrzytając zębami, chociaż pożar był jeszcze daleko, na drugiej stronie wsi; wyszedł Mikołaj w pilśniowych butach, wybiegły dzieci w koszulkach. Przy chacie dziesiętnika uderzyli w żelazną deskę. Bem, bem, bem... rozległo się w powietrzu, a od tego niezmordowanego, niespokojnego dzwonu ciężko się robiło na sercu. Stare baby trzymały obrazy. Wypędzali z podwórza na drogę owce, cielęta i krowy, wynosili kufry, kożuchy, kadzie. Kary źrebak, którego nie dopuszczali do stada, gdyż wierzgał i ranił konie, wypuszczony na wolność, ze rżeniem, przebiegł całą wieś raz i drugi, potem nagle zatrzymał się obok wozu chłopskiego i zaczął go kopać tylnemi nogami. Zadzwonili i z tej strony, w cerkwi. Dokoła palącej się chaty było gorąco i tak jasno, że na ziemi dokładnie widać było każde źdźbło trawy. Na jednym z kufrów, który zdążyli wyciągnąć, siedział Siemion, rudy chłop z długim nosem, w czapce nasuniętej aż do uszów, w surducie; żona jego leżała zemdlona, twarzą ku ziemi i jęczała. Jakiś osiemdziesięcioletni staruszek, niziutki, z długą brodą, podobny do Gnoma, nie tutejszy, ale widocznie zajęty pożarem, chodził dokoła bez czapki, z białym węzełkiem w ręku; na łysinie jego odbijał się ogień. Starosta Antip Siedielnikow, smagły i czarnowłosy, jak cygan, podszedł do chaty z siekierą i wybił wszystkie szyby jedne po drugiej, niewiadomo poco, potem zaczął rąbać ganek. — Baby, wody! — krzyczał. — Maszynę podawa-aj! Ruszaj się! Chłopi, którzy dopiero co bawili się w oberży, ciągnęli teraz ze sobą sikawkę. Wszyscy byli pijani, potykali się i upadali, wszyscy mieli bezradny wyraz twarzy i łzy w oczach. — Dziewki, wody! — krzyczał starosta, również pijany. — Ruszajcie się, dziewki! Baby i dziewczęta biegały na dół, gdzie była studnia i wciągały na górę pełne wiadra i cebry, a po wylaniu wody do sikawki, znów biegły. Nosiły wodę i Olga, i Marya, i Sasza i Motka. Pompowały kobiety i chłopcy, kiszka syczała, a starosta, skierowując ją to w drzwi, to w okna, przytrzymywał palcem strumień od czego jeszcze bardziej syczała. — Zuch, Antip! — dawały się pochwalne głosy. — Starajcie się! A Antip właził do sieni w sam ogień i stamtąd krzyczał: — Pompuj! Pofatygujcie się prawosławni, wobec tak smutnego zajścia! Chłopi stali tłumnie opodal, nic nie robiąc i patrzali na ogień. Nikt nie wiedział zaco się wziąć, nikt nic nie umiał, a dokoła stały sterty zboża, siano, śpichlerze, kupy suchego chrustu. Stał tutaj i Kirjak, i stary Osip, jego ojciec, obaj podchmieleni. I, jakby się chcąc usprawiedliwić z bezczynności, stary mówił, zwracając się do kobiety, leżącej na ziemi: — Czego się kumo frasujecie! Chata zaasekurowana, czegoż wam! Siemion, rozmawiając to z tym, to z owym, opowiadał z czego powstał ogień: — Ów staruszek z węzełkiem w ręku, to sługa generała Żukowa... Kucharzem był u naszego ś. p. generała. Przychodzi wieczorem: »pozwól, mówi, przenocować u ciebie«... No, wypiliśmy, rozumie się, po szklaneczce... Baba zajęła się samowarem, chciała starego poczęstować herbatą, ale w nieszczęśliwą godzinę nastawiła w sieni samowar, ogień poszedł z kominka wprost na dach, na słomę i kwita. O mało my sami nie zgorzeli. Spaliła się i czapka starego. A w żelazną deskę bili bez przerwy, często też dzwonili w cerkwi za rzeką. Olga zadyszana, patrząc z przestrachem na czerwone owce i na różowe gołębie, latające w dymie, biegała to na dół, to na górę. Zdawało jej się, że dźwięki dzwonu jak ciernie wdarły się do jej duszy, że pożar nigdy się nie skończy, że zaginęła Sasza... A kiedy w chacie z trzaskiem runął sufit, wtedy na myśl, że teraz niezawodnie spali się wieś cała, osłabła nagle i już nie mogła nosić wody, a usiadła na urwisku, postawiwszy wiadra przy sobie; obok niej i niżej siedziały baby i śpiewały głośno jak przy nieboszczyku. Ale oto z drugiej strony, z osady podmiejskiej przyjechali na dwóch bryczkach strażnicy i przywieźli ze sobą sikawkę. Przyjechał też konno młodziutki student w białym, rozpiętym kitlu. Uderzyli toporami, oparli o wręb dachu drabinę i weszło po niej pięciu ludzi, a na ich czele, student. Był on zarumieniony i krzyczał silnym, zachrypniętym głosem i takim tonem, jak gdyby gaszenie pożarów było dla niego zwykłem zajęciem. — Rozwalali chałupę, rozebrali chlew i płot i rozrzucili stóg. — Nie dawajcie rozwalać! — dały się słyszeć surowe głosy. — Nie dawaj! Kirjak skierował się w stronę chaty z miną stanowczą, jakby chcąc przeszkodzić w rozwalaniu, ale jeden ze strażników odepchnął go i uderzył go w kark. Rozległ się śmiech, strażnik uderzył go po raz drugi, Kirjak upadł i na czworakach wlazł nazad w tłum. Przyszły dwie śliczne dziewczynki w kapeluszach, zapewne siostry studenta. Stanęły w pobliżu i patrzały na pożar. Porozciągane w różne strony belki nie paliły się już, lecz tylko silnie dymiły; student, pracujący przy sikawce, kierował strumień to na owe belki, to na chłopów, to na baby, przynoszące wodę. — Żorż!— krzyczały dziewczynki z trwogą. — Żorż! Pożar się skończył. I tylko kiedy się rozchodzić zaczęli, zauważyli, że już dnieje, że wszyscy są bladzi, trochę smagli; zawsze się tak wydaje wczesnym rankiem, kiedy na niebie gasną ostatnie gwiazdy. Rozchodząc się, chłopi śmieli się i żartowali z kucharza generała Żukowa i z czapki, która się spaliła; już mieli ochotę obrócić w żart, przykro im jakoby było, że pożar tak prędko się skończył. — Pan dobrze gasił — rzekła Olga do studenta. — Pan by powinien do nas, do Moskwy: tam, to co dzień pożar. — A czy wy z Moskwy? — zapytała ciekawie jedna z panienek. — Tak jest. Mąż mój służył w »Słowiańskim Bazarze«. A to moja córka — wskazała na Saszę, która zmarzła i przytuliła się do niej. — Też moskiewka. Obie panienki powiedziały coś po francusku do studenta, który podał Saszy dwadzieścia kopiejek. Widział to stary Osip i na twarzy jego zabłysła nagle nadzieja. — Chwalić Pana Boga, jaśnie wielmożny panie, wiatru nie było — rzekł, zwracając się do studenta. — A to by z dymem poszli w przeciągu jednej godziny. Jaśnie wielmożny panie, pan jesteś dobry — dodał zmieszany, nieco ciszej — tak zimno, człowiek radby się rozgrzać... gdyby tak z łaski pańskiej choć na pół buteleczki. Nic mu nie dali, burknął coś i polazł do domu. Olga stanęła na brzegu urwiska i patrzała, jak obie bryczki przejeżdżały rzekę wbród i jak państwo szli przez łąkę; tam czekał na nich powóz. Kiedy przyszła do chaty, z zachwytem opowiadała mężowi: — A tacy piękni! Tacy dobrzy! A panienki... jak cherubinki. — Żeby ich dyabli wzięli! — odezwała się Tekla ze złością.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…