z przedmową Henryka Gallego
Walerya Marrené-Morzkowska.
„Cyganerya
Warszawska”
Z PRZEDMOWĄ
Henryka Gallego.
WARSZAWA.
DRUK JÓZEFA SIKORSKIEGO, WARECKA 14.
1905.
SPIS RZECZY:
Дозволено Цензурою.
Варшава, 18 Марта 1905 года
z przedmową Henryka Gallego
Walerya Marrené-Morzkowska.
„Cyganerya
Warszawska”
Z PRZEDMOWĄ
Henryka Gallego.
WARSZAWA.
DRUK JÓZEFA SIKORSKIEGO, WARECKA 14.
1905.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 18 Марта 1905 года
PRZEDMOWA.
Walerya Marrené-Morzkowska, znana w ostatnich czasach powieściopisarka, urodziła się w roku 1832-im we wsi Zbożenna powiatu opoczyńskiego. Ojcem jej Napoleończyk, generał inżynieryi, Jan Mallet de Granville, Francuz z pochodzenia, który osiedliwszy się na stale na ziemi polskiej, przybrał nazwisko Malletzkiego; matką jej była synowicą Izydora Krasińskiego. Po wyjściu za mąż, pierwszy raz za Michała Morzkowskiego, potem zaś za Władysława Marrené’go, osiadła na czas dłuższy w Warszawie, gdzie znaczną część życia spędziła. Dożyła do późnego wieku, powszechnie znana i otaczana szacunkiem, do ostatniej też chwili życia była postacią typową i popularną, a w salonach jej gromadzili się najwybitniejsi przedstawiciele literatury, sztuki i prasy. Zmarła dnia 10 października 1903-go roku. Na arenę pisarską wystąpiła Marrénowa z powieściami. Pierwszy jej utwór beletrystyczny wyszedł w roku 1857-ym p. t.: Nowy Gladyator, poczem nastąpiły inne, jak: Jerzy (1864), Augusta (1866), Życie za życie (1867), Między Scyllą a Charybdą (1868), Mąż Leonory, O proszonym chlebie (1871), Postąpiłam prawnie (1871), Bożek Milion (1871), Róża (1872), Nemezys (1873), Walka, (1873), Historya dwóch serc (1874), Cel życia (1875), Mężowie i żony, Zasady i czyny (1875), Błękitna (1875), Przeciw wodzie (1876), Smutna swadźba (1876), Świat rzeźbiarz (1879), Dziki Tomko (1881), January (1881), Zaklęte siły (1882), Panna Felicya (1882), Ostatnia fala (1885), Emancypowana (1889), Historya zwyczajnego człowieka (1893), Symfonia światła. Powieści Marrenowej, aczkolwiek dzisiaj już zupełnie niemal zapomniane, w swoim jednak czasie odgrywały pewną rolę w dziejach naszej umysłowości. Zwłaszcza od roku 1870-go zyskały one podkład społeczno-ideowy, który był bezpośrednim rezultatem panującego wówczas w naszem społeczeństwie, a zwłaszcza w Warszawie nastroju i środowiska, w którem się autorka obracała. Nie pozostawała bowiem Marrénowa w tyle za postępem, dając w swoich powieściach wyraz ideałom pozytywistycznym. Występując więc w obronie idei liberalnych, zwalczała przesądy, nakładające pęta na swobodę myśli i swobodę uczuć. Ta strona społeczna wysuwa się u niej na pierwszy plan, z pewną nawet szkodą strony artystycznej utworów, którą nieraz poświęca tendencyjności. Między innemi była Marrénowa w swoich powieściach gorącą bojowniczką emancypacyi kobiet i pod tym względem może być postawiona obok wielkich naszych propagatorek swobody niewieściej, jak Orzeszkowa i Konopnicka. Jest też Marrénowa autorką wieku studyów literackich, które drukowała w różnych czasopismach, zwłaszcza w Przeglądzie Tygodniowym, w tej epoce, kiedy organ ten był gorącym rzecznikiem postępu. Między innemi z pod jej pióra wyszły następujące studya i przyczynki: Kazimierz Brodziński, studyum w czasopiśmie Muzeum (Kraków 1861), Zrozpaczeni w literaturze w Tygodniku ilustrowanym (1878), Nieboska Komedya Z. Krasińskiego, Kłosy (1885), Kilka słów o działalności literackiej Kraszewskiego w Tygodniku Ilustrowanym (1874), Juljan Ursyn Niemcewicz w Dodatku do Przeglądu Tygodniowego (1880), Eliza Orzeszkowa, w Przewodniku Naukowym i Literackim (1892). Oprócz tego drobniejsze szkice o Cypryanie Norwidzie, o Ryszardzie Berwińskim, o pani Krüdener, o Korzeniowskim i inne; wreszcie kilka sylwetek z cyklu zapomnianych poetów i pisarzy, które podajemy w niniejszym tomiku, jak: Józef Bogdan Dziekoński, Roman Zmorski, Włodzirpierz Wolski, Aleksander Niewiarowski (Półkozic). Epoka, w której żyli i działali ci ludzie, należała do najsmutniejszych kart naszej historyi ubiegłego stulecia: Czasy reakcyi — tak charakteryzuje te lata p. Ignacy Chrzanowski w swym szkicu p. t.: Smutek Gabryeli — która opanowała całą Europę kontynentalną po stłumieniu ruchów rewolucyjnych, a która u nas objawiła się pod postacią zaniku badań krytycznych, ślepej dogmatycznej wiary, nawrotu do konserwatyzmu, t. zw. demokracyi szlacheckiej i apoteozy przeszłości, to jedna z najsmutniejszych kart w historyi naszego życia umysłowego. W ten sam mniej więcej sposób wyraża się o tej epoce P. Chmielowski na początku VI tomu swej Historyi literatury polskiej. Po stłumieniu ruchów rewolucyjnych roku 1848-go i 1849-go zapanowała w całej kontynentalnej Europie ciężka reakcya religijno-polityczna, nawołująca do powrotu ku ideałom dawno już pogrzebanym. Wpływ jej odbił się oczywiście na naszych stosunkach w sposób nader wyraźny. Filozofię niezależną, myśl swobodną, badania krytyczne zagadnień wszelkich obwołano za wrogów porządku społecznego, groźnych ołtarzom i tronom. Wiara korna, bez rozbioru, stała się hasłem umysłowem i politycznem. Na tle tej tak smutnej reakcyi szczególnie sympatycznie odbijają postacie uczestników t. z. Cyganeryi warszawskiej, należących do tych nielicznych wówczas ludzi, co występowali do walki z filisterstwem i wstecznictwem. Pomimo dziwactw, drobnych śmieszności, braku kultury towarzyskiej, ci ludzie naprawdę nosili w sobie iskrę ducha i godni są, by ich nie zaliczono do zapomnianych. A że pisano o nich bardzo niewiele dzisiejszy czytelnik wie o nich bardzo mało, o Wł. Wolskim nie więcej może nad to, że napisał libretto do Halki Moniuszki, redakcya Biblioteki Dzieł Wyborowych sądziła, że nie od rzeczy będzie przypomnieć dzisiejszemu po- koleniu o tych bojownikach postępu i światła; zebrała więc tomik szkiców Marrénowej, które nie stoją może na wysokości zadań krytyki literackiej, ale zawierają wiele niezmiernie ciekawego materyału anegdotycznego. Studya literackie Marrénowej cechują się wykładem, żywym i zajmującym, nieraz zawierają sporo materyału naukowego, może w stanie trochę surowym, jak np. prace o Brodzińskim, Niemcewiczu, o „zapomnianych“. Chmielowski w swych Dziejach krytyki literackiej w Polsce temi słowy charakteryzuje tę stronę twórczości naszej autorki: „Wychowana i wykształcona w dobie najświetniejszego rozkwitu i romantyzmu, przebywszy okres reakcyjny, w którym powieść pisać zaczęła pod wypływem George Sand’a, gdy się przyjrzała nowemu ruchowi naukowemu, z zabarwieniem przyrodniczem, gdy poznała pisma Taine’a, a zwłaszcza Brandesa, wchłonęła bez trudu świeże pierwiastki realistyczne, jak znowu później symboliczne i mistyczne“... Odkąd ponownie zaczęto kłaść wielki nacisk na fantazyę i uczuciowość, autorka nasza, obok skwapliwego notowania nowych zjawisk w literaturze... wydobywała z toni niepamięci takich pisarzy, którzy się do pewnego stopnia mogli uważać za zwiastunów zwrotu najświeższego. Tak ulegając rozlicznym wpływom w ciągu długoletniej swej działalności literackiej, Marrénowa w swoich krytykach pozostała zawsze uczciwą i bezstronną, wykazując niejednokrotnie doskonałe odczucie piękna, zawartego w utworach piśmienniczych. Jest wreszcie Marrénowa autorką kilku rozpraw i rozprawek, między innemi o Przesądach w wychowaniu, obszernego dzieła p. t. Historya sztuki (Warszawa 1900), którą opracowała na podstawie znakomitego dzieła Peyera, a także licznych szkiców i artykułów w sprawach bieżących i sprawozdań literackich, które ukazywały się na łamach pism postępowych, pisywała też sprawozdania z polskiego ruchu piśmienniczego w Revue des deux mondes. Tak obfita i różnorodna była działalność jej pracowitego żywota.
Środowisko.
Znana to rzecz, że chcąc zrozumieć autora, trzeba przedewszystkiem zdać sobie dokładnie sprawę z warunków, w których ten autor wzrastał, rozwijał się i pisał. Najbardziej nawet oryginalny talent, jak roślina, czerpie soki z gleby, w której korzenie zapuszcza. Warunki, w których żyło grono młodych talentów w piątym i szóstym dziesiątku naszego stulecia, kiedy zaczął się u nas ruch umysłowy, były niezmiernie różne od dzisiejszych. Piśmiennictwo peryodyczne jeszcze wówczas prawie nie istniało. Jedna Gazeta, jeden Kuryer starczyły potrzebom kraju. Młode talenty nie miały wprost ujścia dla sił swoich, przez nich więc głównie i dla nich powstały czasopisma, bo potrzeby ich nie odczuwał ogół, zasypiający w błogim letargu zadowoleń materyalnych. Założenie czasopisma nie było też wcale zyskownem przedsiębiorstwem, ale wynikiem ofiarności. Prenumeratorów rachowano nie na tysiące, ale na dziesiątki zaledwie, a w lepszych razach na setki. Książki nie przynosiły korzyści autorom, wychodziły najczęściej ich nakładem, przy pomocy prenumeraty. Życie umysłowe ogniskowało się na wsi, a całe bogactwo i znaczenie skupiało się w rękach obywateli ziemskich. Przemysł był w kolebce, zawody zaś, które obecnie reprezentują głównie inteligencyę, składały się z tak szczupłego zastępu, że ten nie mógł mieć głosu. Dwory wiejskie były zczudzoziemczałe, używały prawie wyłącznie języka francuskiego. Bony i nauczycielki z paryzkim akcentem rugowały w sercach zamiłowanie rzeczy swojskich. Wszyscy wydychali do Paryża, jest wierni muzułmanie do Mekki. Właściciele ziemscy, mając władzę, dostatek, szerokie pole działalności, będąc na świeczniku, nie umieli z tego korzystać. Panowie gospodarowali po większej części przez rządców. Wykształcenie ich ogólne było nizkie, zabijali czas za pomocą polowania, kart, zabaw sąsiedzkich. Wyższego zakładu naukowego w kraju nie było, wyjazdy zagranicę utrudniały paszporty, na które nieraz trzeba było miesiące całe oczekiwać, a same podróże były bardzo kosztowne, bo rozpoczynała się zaledwie era kolejowa i trzeba było posługiwać się pocztą. Panie uważały się za nieszczęśliwie wygnanki bo właściwą ich ojczyzną był Paryż. Nie zajmowały się tem, co leżało przed ich oczyma i nudziły się zwykle bardzo. Naturalnie, że były w tym względzie wyjątki, ale tak rzadkie, że nie wpływały na poziom ogólny. Z nudów panie zakładały niekiedy ogrody, które może jeszcze księżna Czartoryska wprowadziła w modę, a jeśli czytały, to tylko po francusku. Co prawda, polskich powieści było wówczas bardzo niewiele, a na powieściach zwykle ograniczało się czytelnictwo. Kraszewski rozpoczynał dopiero swój zawód, nie był jeszcze rzucił wśród społeczeństwa owego mnóstwa powieści, odtwarzających tak wiernie nasze obyczaje. Korzeniowski pisał do tego czasu głównie sztuki dramatyczne, bardzo rzadko grywane. Sztyrmer, którego największa działalność przypada na okres między 40-tym a 44-tym rokiem, był zbyt filozoficzny, by zyskać popularność w społeczeństwie odwykłem od myślenia. Nie czytano więc prawie po polsku. Autorowie nasi musieli dopiero wyrobić sobie czytelników, a czasopisma odbiorców. Było to zadanie olbrzymie, a jednak za sprawą ludzi dobrej woli dokonane zostało w przeciągu lat kilkunastu. Ale w ciągu tego okresu ileż mieliśmy zmarnowanych usiłowań! Czasopisma powstawały i upadały dla braku poparcia po kilku miesiącach suchotniczego istnienia. Odbiorcy uważali ( zwykle prenumeratę za rodzaj jałmużny, rzucanej z łaski, gdy byli o to nagabywani. Dopiero Biblioteka Warszawska, założona w ro- ku 1840 i utrzymywana ofiarnością kilkunastu akcyonaryuszów, zogniskowała młode siły i stała się kamieniem węgielnym piśmiennictwa peryodycznego. W pomoc przychodziły jej z początku różne wydawnictwa zbiorowe: „Noworoczniki“ „Jaskółki“ i t. p. Charakterystycznym objawem chwili była ich zawartość, bo obok prawdziwych pereł, znajdowały się tam utwory nieskończenie słabe. W nich to, Bibliotece Warszawskiej i w istniejącym później przez lat parę Przeglądzie naukowym młodzi drukowali swoje utwory. Na czele całej grupy stał Jan Józef Bogdan Dziekoński, późniejszy autora „Sędziwoja,“ lekarz gardzący praktyką, przyrodnik, magnetyzer, mistyk, może alchemik. Towarzyszami jego byli: Teofil Lenartowicz, twórca wspaniałego „Do poezyi“ i ślicznych piosnek ludowych, Roman Zmorski, wsławiony dramatem fantastycznym „Lesław,“ Włodzimierz Wolski, który mając niespełna lat ośmnaście, napisał „Ojca Hilarego,“ Antoni Czajkowski, zapomniany dziś autor ślicznej „Baśni o żelaznym wilku,“ Cypryan Norwid, i wielu mniej uzdolnionych, którym jednak nieraz udało się zabłysnąć jakiem szczęśliwem natchnieniem. Skupiali się oni po części w domu Wilkońskich. Słynny naówczas autor „Ramotek“, „kawaler krzyża naturalnego“, chirurg filozofii, jak się sam tytułował, założył na wzór Szubrawców wileńskich towarzystwo, czy też cech głupców, do którego należała większa część młodych’ literatów warszawskich, jak: Teofil Lenartowicz, Włodzimierz Wolski, Józef Kenig, Aleksander Niewiarowski, oraz wielu innych. Sam Wilkoński, jako prezes i założyciel cechu, nazywał siebie „najgłupszym“ dodawał też niektórym towarzyszom charakterystyczne określniki. I tak: Bogdan Dziekoński był „tkliwie głupi“, Kazimierz Wójcicki „poważnie głupi“ Karol Witte „kwaśno głupi“ wreszcie Antoni Czajkowski „prawnie głupi“ gdyż został profesorem prawa w Petersburgu. Młodzi autorowie nie byli związani żadną tradycyą, zaczynali niejako nową piśmienniczą erę i pełni zapału stawiali społeczeństwu nowe ideały. Naturalnie ideały te były bardzo skrajne, a że wypowiadali je bez ogródek, tem samem już razili ogół i stanęli z nim w kolizyi. Byli romantykami w calem tego słowa znaczeniu, przyjmowali wierzenia ludu, oraz cały świat fantastyczny, przez wyobraźnię jego wytworzony: fakty nadprzyrodzone, duchy, czary, zaklęcia, przepowiednie miały prawo obywatelstwa w ich utworach. Zgodnie z zasadniczą wiarą romantyzmu, całe młode stawiało uczucie ponad rozumem, a intuicyę ponad wiedzę. Co prawda, posiadało ono, z wyjątkiem niektórych, zapas wiedzy bardzo szczupły: to, co umieli, zawdzięczali jedynie prawie własnej pracy, wiadomości ich więc były luźne, fantazyjne, nie tworzyły organicznej całości i z tego powodu lekceważenie wiedzy w ich ustach, jakkolwiek szczere, wyglądało zawsze trochę na owe niedojrzałe winogrona z bajki. Romantyzm, opierając się na pieśniach i podaniach ludu, już tem samem stawiał ten lud wysoko, czuł się z nim zbratany wierzeniami, ale po- śród ówczesnych poetów uczucie to podniesione było do potęgi wielu okolicznościami postronnemi. Lud więc był wielbiony, a nawet bóstwiony bezkrytycznie i obdarzany na kredyt wszystkiemi wymarzonemi cnotami, jakich brakowało innym warstwom społecznym. Te, które były na świeczniku, sfilistrzałe, w najgorszem tego słowa znaczeniu, zcudzoziemczale, bezmyślne, mało wykształcone, nie troszczyły się nawet o podniesienie ekonomiczne i przemysłowe kraju, bo były nienawykłe do jakiejkolwiek pracy, a co gorsza, miały dla niej arystokratyczną pogardę. Trafiały się naturalnie wyjątki, ale te potwierdzały tylko i nie mogły wywierać żadnego wpływu. Nie dziw więc, że inteligencya miała dla tych warstw lekceważenie, widziała w nich pasorzytów, nie rozumiejących nic nad materyalne użycie i nadawała im powszechnie nazwę żywych trupów. Żywe trupy patrzyły krzywo na jednostki, dopuszczające pod jakimkolwiek względem inowacyj, uważano je poniekąd za wrogów społeczeństwa, które zasypiało spokojnie w dobrobycie i lękało się wszelkich reform. Śmiano się i wróżono ruinę tym, co zakładali fabryki, ulepszali gospodarstwo, czynszowali włościan, albo też zakładali szkółki ludowe. Bo wreszcie na co było się uczyć, kłopotać, narażać kapitały, kiedy i tak pańszczyzna obrabiała pola, gorzelnie dawały znakomite dochody, a życie mogło płynąć bez troski starem korytem? Królestwo w epoce, do której się cofam, opływało w dobrobyt, ale też w tym dobrobycie tonęło i zamykało się wszystko. Im większą jednak była obojętność ogółu dla wszystkich wyższych celów i aspiracyi, tem silniej przemawiali ci, co przerwać chcieli ten duchowy letarg. Była to więc epoka gorących marzeń, rwań niespokojnych, szalonych utworów i dziecinnych wybryków, wzniosłych ideałów i grubych obyczajów; epoka ciekawa, w której dopatrzeć można kiełkujące zarodki wielu idei, dzisiaj przyjętych powszechnie, a niekiedy nawet spotkać utwory zapomniane, a tak silnie spokrewnione z najświeższemi objawami obecnej doby, iż zdają się do niej należeć. O chleb było wówczas w kraju bardzo łatwo, kto tylko chciał pracować, miał go do syta. Pomimo to młode grono literackie po większej części żyło w nędzy, bo nie mogło się poddać warunkom życiowym. Byli pomiędzy nimi synowie niezamożnych rodzin. Ci zaś, którzy mieli majątek, trwonili go szybko, z ostentacyjnem lekceważeniem grosza, by potem żyć z dnia na dzień kosztem rodziny lub przyjaciół, pysznić się swym niedostatkiem i przybrać nazwę cyganów. Filisterstwu przeciwstawiano cyganeryę. I ta francuska nazwa była powszechnie utarta. Cyganie mieli bardzo małe wymagania, mieszkali na tradycyjnych poddaszach, nigdy nie opłacanych, sprzęty ich ograniczały się do minimum możliwości, nosili z umysłu wytarty ubiór, pogniecione kapelusze, albo też stroje dziwaczne, niebywałych kolorów. Trupie główki były ich ulubioną ozdobą. Starali się wyróżniać wszelkiemi sposobami od nienawistnych filistrów, lekceważyli formy towarzyskie właśnie dlatego, że ci filistrzy przywiązywali do nich wagę. Obowiązkiem człowieka było tylko rozwijać ducha, a nie dbać o żadne zewnętrzne rzeczy — taką była zasada całego grona młodych. Odwracali się więc z pogardą od żywych trupów, a szli do chat wieśniaczych, z głęboką wiarą, iż tam znajdą serca czyste i gorące, nieskalane samolubstwem. W rzeczywistości nie mieli wyobrażenia o istocie ludu, znali go tylko z marzeń, a w tych marzeniach były jeszcze odbłyski szkoły Roussa o doskonałości pierwotnego człowieka, nie zepsutego cywilizacyą. Wiara ta była wygodną dla młodych marzycieli, na niej budowali przyszłość. Dziekoński, przodownik całej grupy, wołał: „Jeden tylko duch gminu, odwieczny, a zawsze młody, nieugięty zimnemi badaniami, buja w przestrzeni, dopóki o niezmierzonych skrzydłach jego nie zaczną rozprawiać, jak o zaginionych olbrzymach“. Ci więc, którzy chcieli reformować społeczeństwo, winni byli zbliżyć się do tych olbrzymów. Dlatego to młodzież podróżowała pieszo po kraju, zachodziła do chat, starała się przejąć obyczaje ludu, a nawet strój jego. W jednej ze swych powieści Dziekoński opisał uczucie wstydu, jakie ogarnęło bohatera, gdy w obec prostych ludzi ujrzał się we fraku — w tym znienawidzonym ubiorze filistrów. Oczywiście frak przybrał dla młodych znaczenie symbolu. Chcąc dowieść swego lekceważenia dla form przyjętych, cala grupa dopuszczała się różnych wybryków, ażeby je ośmieszyć. Paulina Wilkońska opisuje w swych pamiętnikach jednę z ich zabawnych manifestacyi. W piękne słoneczne popołudnie wiośniane, gdy całe miasto używało spaceru, Warszawa ujrzała dziwne widowisko. Oto cyganie przenosili na nowe mieszkanie ubogie sprzęty jednego z kolegów i defilowali z wielką powagą przez najwięcej uczęszczane ulice. Improwizowani tragarze ubrani byli we fraki, cylindry i białe krawaty, które chcieli tym sposobem ośmieszyć i nieśli: ten kulawe krzesło, ów odrapany kuferek, nie bacząc na gromadzące się tłumy ciekawych. Płatano też znienawidzonym filistrom różne figle, nie zawsze równie niewinne. Dzwoniono w nocy do spokojnych mieszkańców, budzono ich pod rozmaitemi śmiesznemi pozorami, straszono, słowem, dopuszczano się dziecinnych czynów, trudnych do zrozumienia, gdybyśmy nie znali powodów, które je wywołały. Te wszystkie pojęcia i uczucia znalazły swój wyraz w literaturze. Literatura, chaotyczna, gwałtowna, bóstwiła lud, ale nade wszystko tonęła w mistycyzmie. Owe tajemnicze strony życia, wiążące człowieka z naturą i całym przeczuwanym, nadprzyrodzonym światem, odzywają się w Dziekońskim, Zmorskim, a szczególniej w Norwidzie. Przed półwiekiem z górą nie znane były jesz- cze nazwy hypnotyzmu, medyumizmu i t. d., jakiemi posługuje się dziś nauka, ale rolę odpowiednią odgrywał magnetyzm. Nasze społeczeństwo zajmowało się nim bardzo, skoro jeszcze w drugiem dziesięcioleciu XIX wieku Emanuel Lachnicki wydał „Pamiętnik magnetyczny.“ A chociaż wówczas nie było mowy o materyalizacyach, jasnowidzące otoczone były widziadłami, przenikały rzeczy odległe, czytały bez pomocy oczu, uzdrawiały chorych, przez lekarzy opuszczonych. Wierzono więc w istnienie naprzyrodzonego świata, wierzono, że otaczają nas zewsząd istoty niewidzialne, a tem samem rzeczy, objęte zmysłami, musiały tracić swoje znaczenie, wydawały się symbolem przedwiecznych pierwowzorów, człowiek odczuwał, że jest igraszką potęg tajemniczych, że czyny własne wymykają się jego woli, są następstwem przyczyn, dla nas niepojętych. Tajemniczość rodzi tajemniczość. Czy możemy wypowiadać się jasno, skoro wszystko w koło nas i w nas samych jest nam tylko dostępne z pozoru. Bezświadomi, błąkamy się zgubieni w chaosie. Wobec tego niepodobna żądać, by sztukami literatura wypowiadały się jasno. Żaden twórca nie może uzewnętrznić Więcej, niż mu jest wi ad omem, nie w jego mocy dać to, czego sam nie posiada. Jeśli świat cały ukazuje mu się jako szereg zagadek, musi go zagadkowo przedstawiać. Głębsze umysły jednak odczuwają i wierzą, że w tych pozornych zagadkach ukrywają się rzeczy niedostępne słabym umysłom, że one temu chaosowi nadają ład, że ma- ją symboliczne znaczenie. Symbolizm jest jedną ze stron romantyzmu, spotykamy go we wszystkich niemal jego wyznawcach. Symbolistą był Krasiński, Słowacki i Mickiewicz, a nawet im umysł głębszy i więcej badawczy, tem symbol silniej do niego przemawia. Im umysł jest logiczniejszy, tem prędzej mistyczne przesłanki muszą doprowadzić go do symbolizmu. Trzeba to zawsze mieć na myśli, rozbierając utwory ówczesnego literackiego bractwa, które przybrało nazwę cyganeryi, gdyż nawet ci z pomiędzy nich, którzy nie mieli nic mistycznego w usposobieniu, starali się przejąć ideami poważniejszych kolegów i nastrajali się do ich tonu. Była więc pomiędzy nimi wielka jednolitość, przynajmniej przez lat kilka pobytu w Warszawie. Wszyscy zajmowali się gorąco utworami kolegów, jak gdyby były ich własne, pysznili się niemi. Każde więc większe dzieło z owej epoki uważać można za wyraz myśli ogólnej, gdyż każdy jego ustęp był zwykle czytany i komentowany przez wszystkich. Jakkolwiek cała grupa darzyła mianem filistrów obywateli wiejskich, wszyscy oni pochodzili z dworów szlacheckich i byli z niemi związani. Gniazdem rodzinnem wielu z nich były wybrzeża Bugu i Narwi. Marzyli też o wytworzeniu szkoły mazowieckiej i Mazowsze miało dla nich szczególny urok. Odwiedzali często pokrewne lub przyjazne domy, które otwierały im gościnne podwoje. W owych czasach w dworach wiejskich pano- wał zwykle dostatek i swoboda, potrzeby nie były tak wygórowane jak dzisiaj, poprzestawano chętnie na domowych przysmakach, lubiono nadewszystko towarzystwo i zabawy, a cyganie wnosili wszędzie życie i werwę, jakie w nich kipiały. Zapałem swym pociągali zwykle młodsze pokolenie, byli krzewicielami umysłowego ruchu i nowych idei. Deklamowali utwory własne i cudze, mało wówczas rozpowszechnione i byli pożądanymi gośćmi. Starsi wprawdzie kręcili na to głowami, ale młodzi umieli ich rozbrajać, bo któż nie wybaczy bujnej młodości jej wiośnianych zapałów i marzeń? Szczególniej gościnnym dla cyganów był dom państwa M. w Rybienku, dom typowy, jakich już niema, jakiego nawet wyobrazić sobie dzisiaj trudno i który z tego powodu zasługuje na opisanie, bo charakteryzuje epokę i ludzi. Żyło się tam bez pamięci o wczoraj, bez myśli o jutrze. Rybienko była to piękna miejscowość położona nad samym Bugiem, z ogromnym piętrowym pałacem, zbudowanym przez dawnych właścicieli, Gedroyciów. Mógł on wygodnie pomieścić nietylko licznych gości, ale kilkanaście rodzin, a oprócz mnóstwa pokojów, zawierał cztery wielkie sale, z których jedna służyła za salę balową. Pięćdziesiąt par tańczyło często. Rybienko leżało przy szosie warszawskiej, każdy więc dalszy sąsiad, przejeżdżając, zawadzał o dom państwa M., gdzie było zawsze liczne towarzystwo, a panowała tak serdeczna gościnność, że jeżeli interesy nie były naglące, przejeżdżający, wstąpiwszy na parę godzin, pozostawali dni i tygodnie, a jeśli mieli jakiś termin konieczny, musieli przyobiecać gospodarstwu, że wracając dłużej zabawią. I zawsze dotrzymywali obietnicy. Każdy znajdował tu dla siebie stosowną rozrywkę, wygodny pokój, doskonałą kuchnię i szczere przyjęcie. A co najważniejsze, czuł każdy, iż swoją obecnością sprawia gospodarstwu przyjemność, bez żadnego kłopotu, bo dom był odpowiednio urządzony. Cale pierwsze piętro przeznaczone dla gości, którzy mogli przyjechać w nocy i rozlokować się w niem, nie budząc gospodarzy. Państwo M. mieli czterech synów, z których każdy miał swoich kolegów i przyjaciół, a ci chętnie przesiadywali w Rybienku; bawiły tam zawsze kuzynki i panny z sąsiedztwa. Państwo M. lubili bawić się sami, więc się koło nich bawiono. Sama pani wiecznie kogoś swatała i żeniła. Na każde święta był tam zwykle zjazd wielki, a szczególniej też na Boże Narodzenie, kiedy rolnicy są swobodniejsi. Przyjeżdżali więc znajomi, znajomi znajomych, przyjaciele, krewni, nieraz z dziećmi i nauczycielami, zajmowali tyle pokojów, ile im było potrzeba. A jak kto raz przyjechał, przesiedział nieraz cały karnawał, bo sąsiedzi jedni po drugich wyprawiali zabawy, czasem jechało się kuligiem mil kilkanaście, bez względu na mróz, słoty, złe drogi. Zresztą przy tylu gościach codzień od samego rana bawiono się w Rybienku. W wielkiej jadalni były wieku iście zastawione stoły. Goście wstawali w różnych godzinach, mieli też różne gusty i nawyknienia, od rana więc syczały samowary i maszynki do kawy, ciągle zmieniane przez służbę. Za stołem siedziała podręczna pani M., panna Eufemia, której jedynym obowiązkiem było nalewać filiżanki, częstować i pamiętać o wszystkich. Około południa ci, co raniej wstali, co używali jakiego sportu, przychodzili na zakąskę, a ta już trwała aż do obiadu Po obiedzie często przyjeżdżali nowi goście, niekiedy z dalszych stron. Gotowano dla nich drugi obiad, co zdarzało się parę razy na tydzień. Gospodarstwo zostawiali gościom wszelką swobodę. Towarzystwo zabawiało się wedle woli w całym szeregu salonów większych i mniejszych. W pierwszym starsi panowie grali w karty, w dalszych młodzież rozmawiała, czytała, deklamowała, układała teatry amatorskie, które udawały się zawsze, bo nie brakło ani uczestników, ani miejsca. Na pierwszem piętrze była ogromna sala na ten cel przeznaczona. Domowy cieśla, pod kierunkiem improwizowanego reżysera, urządzał naprędce scenę, przystrajano ją jedliną, a w miasteczku Wyszkowie, o parę wiorst odległem, była na każde zawołanie orkiestra żydowska, która wcale nieźle przygrywała do tańca na wieczorach w okolicy. W Rybienku tańczono codziennie bez jej pomocy. W sali balowej od rana palił się suty ogień na kominku, bo sala, zajmująca cały róg pałacu, była zimna, pomimo dwóch pieców. Grano tam, śpiewano, odbywano próby, a wreszcie ktoś zagrał polkę lub walca, a wesołe grono młodzieży puszczało się w tany, bez względu na porę. Ma się rozumieć, że w tak licznem kwitł znakomicie flirt, chociaż ta nazwa była jeszcze nieznana, i kojarzyły się małżeństwa. W lecie Rybienko było jeszcze milsze, niż w zimie. Ogród pełen szpalerów spuszczał się do samego Bugu, za rzeką widać było zieleń rozległych łąk, a lasy zewsząd zamykały widnokrąg. Ogromne pokoje i szpalery ogrodu udzielały chłodu wśród największych upałów. Można było puścić się łódką z biegiem fal i zagłębić w okalające je zewsząd puszcze leśne, dziś znacznie już wytrzebione. Gościnne Rybienko ze swem rozrzuconem, a w gruncie swobodnem życiem, przypadło do smaku większej części młodych poetów. Najstarszy syn państwa M., rówieśnik i kolega niektórych, przyjaźnił się z nimi i wprowadził do domu rodziców, którzy polubili ich dla życia i ruchu, jakie z sobą wnosili. Z okolic Rybienka pochodził o parę lat młodszy od Wolskiego, Zmorskiego i Norwida, Aleksander Niewiarowski, piszący później pod pseudonimem „Półkozica“, ściśle z całą cyganeryą złączony. W domu jego rodziców koledzy przebywali także często. W Nadbużu znajdowały się także Dębinki, należące do rodziny Dybowskich, z którymi przyjaźnili się Norwidowie. W domu tym były dwie piękne i wykształcone panny, Krystyna i Brygida, zajmujące się żywo ruchem Im to w wiele lat później Lenartowicz przypisał swoją „Lirenkę“. Wreszcie w lasach rządowych, ciągnących się nad Bugiem i Narwią, urzędował p. Brzozowski, ojciec znanego poety, Karola i utalentowanej fortepianistki Julii, późniejszej pani Aleksandrowej Niewiarowskiej. Były to domy o wiele skromniej prowadzone, ale równie bezpretensyonalne, jak gwarne Rybienko, to też cyganie bywali w nich chętnie, a nawet najmniej towarzyski Zmorski dawał się niekiedy pociągnąć towarzyszom. Przyjmowano ich z otwartemi rękoma, bez względu na lekceważenie form towarzyskich, zaniedbany ubiór, czy przyjechali żydowską furą, czy też przyszli pieszo. W lecie ten ostatni sposób lokomocyi był przez nich często używany. Piesze wędrówki po całym kraju były objęte ich programem, byli więc do nich przyzwyczajeni. To też, gdy zapachniała im wiosna, albo przycisnęła ostateczna bieda, we dwóch lub trzech brali kij w rękę i puszczali się przez lasy i pola do Nadbuża, gdzie mieli tylu przyjaciół. Jeśli noc ich zaszła w podróży, nocowali pod jakim dębem na mchach leśnych, aż znużeni, głodni, czasem przeziębił rannym chłodem, zjawiali się niespodzianie pod jakim gościnnym dachem. Najczęściej trafiali do Rybienka, którego pałac, widny zdaleka, zdawał się zapraszać i wyczekiwać przybyszów. Przytem w Rybienku zawsze zastawali którego z młodych M., a przypadało im do smaku z powodu obszernego domu i swobody, jakiej tam używali. Pani M. burczała ich nieraz po macierzyńsku, gdy co zrobili, karmiła, poiła, w potrzebie leczyła, a usłużny krawiec w Wyszkowie był zawsze na ich rozkazy. Faworytem jej był Lenartowicz, spokojniejszy od współtowarzyszów. W gruncie nie miał on wcale cygańskiej natury, tylko będąc miękkiego charakteru, dawał się we wszystkiem powodować kolegom; lecz z powodu słabego zdrowia, odbywał rzadko piesze wędrówki, w których głównie celowali ludzie zahartowani, energiczni, silni, jak Dziekoński i Zmorski.
II.
Józef Bohdan Dziekoński.
Najstarszy wiekiem pomiędzy cyganami byt Dziekoński, urodzony w r. 1815 w Warszawie, gdy Norwid, Lenartowicz, Wolski, Zmorski, Niewiarowski przyszli na świat o siedem, osiem i dziesięć lat później. Przewodniczył on młodszej braci nietylko wiekiem samym, ale i wykształceniem uniwersyteckiem, rzadkiem u nas w owej epoce, a które on jeden pośród nich odebrał. Oprócz tego posiadał wyrobienie charakteru, oraz znajomość życia i stosunków, nabytą w wędrówkach po rozmaitych uczelniach. Przytem wywierał on zawsze i wszędzie wielki wpływ na tych, co się do niego zbliżyli. Można więc śmiało twierdzić, iż on to nadal jednolity kierunek bujnym talentom młodszych towarzyszów, on je skupił i urobił według swoich przekonań. Jemu więc należy się pomiędzy nimi miejsce naczelne. On także wypowiedział się w swoich dziełach najkategoryczniej, a choć dzieła te są dzisiaj prawie zupełnie zapomniane, one najlepiej objaśniają całokształt postulatów ówczesnej młodej literatury. Dziekoński był synem znanego pedagoga, Tomasza i Tekli z Błociszewskich. Rodzice jego, sami wykształceni, rozumieli też potrzebę wykształcenia synów. Bogdan, ukończywszy szkoły w swem rodzinnem mieście, pojechał na uniwersytet do Dorpatu na wydział medyczny; kończył go jednak w Królewcu i Moskwie, gdzie się doktoryzował. Pamiętnik współczesny, pisany przez kolegę Dziekońskiego, daje charakterystyczne szczegóły o jego pobycie na jednym z uniwersytetów. Założył on wraz z kilku Polakami rodzaj spółki, którą nazwał „bratniem stowarzyszeniem“ i na której czele sam stanął. Uczestnicy składali na jego ręce swoje fundusze, któremi zawiadywał w sposób oryginalny. Wynajął wspólny lokal z wielką salą, która służyła za jadalnię i miejsce zebrań, literackich wieczorów, odczytów, dysput dla wszystkich kolegów rodaków. Zakupił do niej najprostsze sprzęty: ogromny stół, półki na książki, ławki, dla siebie zaś nieociosany pień, zamiast prezydyalnego fotelu. Na cały miesiąc zgóry płacił dla stowarzyszonych obiady, zakupował przedmioty spożywcze i wszystko wogóle, co im przez ten czas mogło być potrzebne, a resztę pieniędzy obracał na ugaszczanie wszystkich polskich kolegów, którzy do nich przychodzili. Jeżeli po miesiącu nie nadeszły nowe pieniądze, stowarzyszeni sprzedawali wszystko, co posiadali, a długi zaciągali dopiero w ostateczności. Gdy otrzymywali fundusze, spłacali naprzód długi, zakupywali, co im było potrzebne i znowu rozpoczynała się ta sama gospodarka z zapewnieniem sobie miesięcznego istnienia.. Jakkolwiek Dziekoński skończył medycynę, nie praktykował nigdy, nauki szukał dla niej samej, a nie dla materyalnej korzyści. Jest to rys charakterystyczny, a tem charakterystyczniejszy, iż Dziekońscy nie byli bogaci; ale Bogdan należał do ludzi poprzestających na małem a idee swoje stawiał ponad wszystko. Oddawał się on ze szczególnem zamiłowaniem chemii, posądzano go nawet o badania, których istnienia wcale nie odrzucał. Działalność jego literacka była bardzo krótka, przypadła na czas pomiędzy 1839 a 1847 rokiem. Później umilkł zupełnie. W tym czasie wyjechał zagranicę. W Paryżu był w ścisłych stosunkach z Mickiewiczem i gorącym wyznawcą Towiańskiego, ale z tej epoki nie mamy żadnego utworu. Jedynym piśmiennym śladem jego działalności pozostał list, zamieszczony w korespondencyi wielkiego poety, list pisany ręką Dziekońskiego — jak objaśnia przypisek, a zwrócony do Mickiewicza w imieniu kola Towiańczyków. List ten zaczyna się od słów: „Bracie Adamie, urzędniku nasz“. Dziekoński miał zawsze głęboki religijny nastrój, z odcieniem ascetyzmu. W kraju jeszcze będąc, tłómaczył dzieło „O naśladowaniu Jezusa Chrystusa“; kierunek ten widocznym jest niemal zawsze w jego utworach, a mistycyzm we wszystkich swych formach miał dla niego niezmierny urok. Był to jeden z tych umysłów, które tajemniczość pociąga. f Umarł w Paryżu, dnia 3 lipca 1855 roku, w szpitalu Beajon, gdzie na dwa dni przed zgonem przeniesiony został. Datę szczegółową podaje przyjaciółka jego, Paulina Wilkońska. która nawet otrzymała od niego na parę dni przed śmiercią list następujący, obcą ręką pisany. „List dobrej pani zastał mnie już w tak złym stanie zdrowia, że sam pisać nie mogę. A że zamiast polepszenia ciągle mi się pogorszą, uproszoną, pożyczoną ręką choć najgłówniejsze rzeczy doniosę. Najprzód z całego serca dziękuję za wiadomość o familii mojej — z o której od dwóch lat nic nie wiedziałem. Słabość moja teraz jest to gatunek konsumcyi, z niewygód i zwykłych nieprzyjemności życia pochodząca. Szpital, do którego się udam, nie jest wcale jak inne szpitale. Sufity na siedem metrów wysokie, łóżko od łóżka o trzy metry oddalone. Położony na górze. Lekarze najlepsi w Paryżu. Słabość moja może potrzebować będzie długiego i skrupulatnego traktowania, jakiegobym w domu w żaden sposób mieć nie mógł. Mam więc nadzieję, że tu rozstrzygnie się ze mną pytanie o byt lub zma- wanie się. Wybacz pani, że tyle piszę o sobie, lecz jeżeli sam Bóg mnie powoła do siebie, będziesz pani mogła zaręczyć, że oddawna byłem zdecydowany i spokojny. Naturalnie, że w takiem usposobieniu nie wiele się myśli o literaturze. W tych dniach dał mi Lenartowicz „Dęboroga“ i leciutką rekomendacyę doskonałości tego dzieła — a jak się pani przekonasz, jest to blade naśladowanie „Mohorta“ Wincentego Poła. Szkoda, że Syrokomla zaczyna naśladować innych i już podobno całkiem przestał być sobą. A jakież to były wyborne jego utwory, kiedy pisał sam z siebie. Dziś po większej części wszyscy w pierwszej rzeczy mają talent, dalej talencik, który przy dwóch, trzech utworach zupełnie się zaciera. Miałem bardzo wiele i długich listów pisać do pani, ale najlżejsza praca umysłowa stała mi się tak ciężką, że na ten raz poprzestaję na zawiadomieniu pani, że jestem na rozdrożu. Będzie bardzo szczęśliwa chwila, jeżeli sam własnoręcznie pisać do niej będę mógł. Dobra pani rodzicom moim nie udzielisz tej smutnej wiadomości — chyba wtedy, jak już i pogrzeb dokonany będzie; za, dni czternaście napiszę pani kilka wyrazów — czy dalsza moja droga idzie na prawo, czy na lewo. Za samą wiadomość o zdrowiu i rzeźwości drogich rodziców, brata i chłopców jego, nie potrafię dość wyrazić mej wdzięczności. Bóg z panią i z nami.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of „Cyganerya Warszawska”.
