Read here

Moje życie

Anton Czechow · 1905 · Free in the US

58,014 words · about 4 h 4 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1905 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Moje_życie_(Czechow)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Anton Czechow
Language
Polish
Published
1905
Length
58,014 words · about 4 h 4 min
Sections
22 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (22)

Continue:

Opowiadanie prowincyonalisty

MOJE ŻYCIE

(OPOWIADANIE PROWINCYONALISTY)

en:My Life en:My Life (Koteliansky/Cannan) no:Mit Liv/Mit Liv ru:Моя жизнь (Чехов)

Opowiadanie prowincyonalisty

MOJE ŻYCIE

(OPOWIADANIE PROWINCYONALISTY)

I.

Zarządzający rzekł: »Trzymam pana tylko przez szacunek dla pańskiego ojca, inaczej dawno już byłby pan odemnie wyleciał«. — Odpowiedziałem mu — Jaśnie wielmożny pan zbyt mi pochlebia, przypuszczając, że umiem latać. — Słyszałem później, jak mówił: — »Wyprowadźcie tego pana, działa mi na nerwy«. W przeciągu dwóch dni uwolnili mnie. A więc, odkąd uważam się za człowieka dorosłego, zmieniłem, ku wielkiemu zmartwieniu mego ojca, budowniczego miejskiego, dziewięć razy zajęcia. Służyłem w przeróżnych wydziałach, ale wszystkie te dziewięć zajęć podobne były jedne do drugich, jak dwie krople wody; musiałem siedzieć, pisać, słuchać głupich, albo ordynarnych uwag i czekać chwili zwolnienia. Ojciec, kiedy do niego poszedłem, siedział z zamkniętemi oczami, w wielkim fotelu. Twarz jego chuda, wyschnięta, z niebieskim odcieniem na miejscach wygolonych (podobny był z twarzy do starego, katolickiego organisty), wyrażała spokój i pokorę. Nie odpowiedział na moje powitanie i nie otwierając oczów, rzekł: — Gdyby moja kochana żona a twoja matka żyła, życie twoje byłoby dla niej źródłem bezustannej zgryzoty. Bóg wiedział co robi, zabierając ją przedwcześnie z tego świata. Proszę cię, nieszczęśliwy chłopcze — mówił dalej, otwierając oczy — naucz mnie, co mam z tobą robić. Dawniej, kiedy byłem młodszy, krewni moi i znajomi wiedzieli co ze mną robić, jedni radzili, abym wstąpił do wojska, jako ochotnik, drudzy mówili o aptece, inni o telegrafie; teraz zaś, kiedy skończyłem dwadzieścia pięć lat, zacząłem łysieć od skroni i kiedy już służyłem i jako ochotnik, i jako farmaceuta, i jako telegrafista, wszystkie zdaje się zajęcia ziemskie były dla mnie wyczerpane, nic mi więc nie radzili, a tylko wzdychali, albo kiwali głowami. — Cóż ty sam o sobie myślisz? — mówił dalej ojciec. — Młodzi ludzie w twoim wieku miewają już utrwalone stanowisko społeczne, a ty co: nędzny proletaryusz, siedzisz ojcu na karku! I, według zwyczaju, zaczął mówić o tem, że współcześni młodzi ludzie giną, giną z braku wiary, z materyalizmu i z zarozumiałości, że powinno się zabronić teatrów amatorskich, gdyż odciągają młodzież od religii i spełniania obowiązków. — Pójdziemy jutro razem, przeprosisz zarządzającego i przyrzekniesz mu, że sumiennie służyć będziesz — zakończył. — Nie powinieneś zostać ani jednego dnia bez stanowiska społecznego. — Proszę ojca mnie wysłuchać — rzekłem ponuro, nie spodziewając się szczęśliwego obrotu tej rozmowy. — To, co ojciec nazywa stanowiskiem społecznem, stanowi przywilej kapitału i wykształcenia. Niezamożni zaś i niewykształceni ludzie zarabiają na kawałek chleba pracą fizyczną i nie widzę dlaczego miałbym tutaj stanowić wyjątek. — Jak tylko zaczynasz mówić o pracy fizycznej, gadasz głupstwa! — rzekł rozdrażniony ojciec. — Zrozum raz, tępy człowieku, zrozum nierozumna głowo, że oprócz siły fizycznej masz w sobie ducha Bożego, masz ogień święty, który stanowi różnicę między tobą, a osłem, albo gadem i zbliża cię do bóstwa. Tysiące lat zdobywali ten ogień najlepsi z ludzi. Twój pradziad Połozniew, generał, walczył pod Borodino, dziad twój był poetą, mówcą i marszałkiem szlachty, wuj... pedagogiem, nakoniec ja, ojciec twój... architektem; wszyscy Połozniewowie strzegli ognia świętego po to, abyś ty go zgasił! — Trzeba być sprawiedliwym — rzekłem — miliony ludzi pracuje fizycznie. — Niech pracują! Nie umieją nic innego robić. Pracą fizyczną może się zajmować każdy, nawet skończony głupiec i zbrodniarz, praca ta jest przedewszystkiem właściwością niewolnika i barbarzyńcy, podczas gdy ogień dan jest niewielu w udziale. Nie było celu prowadzić dalej tej rozmowy. Ojciec ubóstwiał sam siebie i przekonywającem było dla niego tylko to, co sam mówił. Przytem wiedziałem doskonale, że ta duma, z jaką się odzywał o pracy fizycznej, miała w swem założeniu nie tyle święty ogień na względzie, ile skrytą obawę, że zostanę robotnikiem i mówić o mnie będą w całem mieście. Co więcej, wszyscy moi rówieśnicy dawno już skończyli uniwersytet i byli na dobrej drodze, a syn naczelnika biura banku państwa był już assesorem kollegialnym, ja zaś, jedynak, niczem nie byłem! Nie było celu prowadzić dalej tej rozmowy, ale siedziałem dalej i słabo przeczyłem, w nadziei, że mnie nakoniec zrozumieją. Przecież cała ta kwestya przedstawiała się naturalnie i jasno, chodziło tylko o sposób, w jaki zdobyć mogę kawałek chleba, ale na to nie zwracali uwagi, mówili mi, szumnie zaokrąglając zdania, o Borodinie, o świętym ogniu, o wujaszku, zapomnianym poecie, który pisał kiedyś nieudane i podrabiane wiersze, nazywali mnie ordynarnie nierozumną głową, tępym człowiekiem. A jak ja pragnął, żeby mnie zrozumieli! Kocham bardzo ojca i siostrę i od dzieciństwa przyzwyczaiłem się radzić ich we wszystkiem, to tak głęboko wrosło w moją duszę, że rzadko się od tego uchylam; miewam nieraz racyę, bywam winnym, ale przedewszystkiem boję się ich zmartwić, boję się, żeby ojcu w rozdrażnieniu nie zaczerwieniła się chuda jego szyja i żeby nie dostał ataku apopleksyi. — Siedzieć w dusznym pokoju — mówiłem — przepisywać, spółzawodniczyć z maszyną do pisania, to dla człowieka w moim wieku wstyd, obraża mnie to. Czy może tu być mowa o świętym ogniu? — Ale zawsze to umysłowa praca — rzekł ojciec. — Ale dosyć tego, przerwiemy tę rozmowę, a w każdym razie uprzedzam cię, jeśli nie wrócisz do służby i poddasz się swym obrzydliwym skłonnościom, wtedy i ja i córka moja pozbawimy cię naszej miłości. Wydziedziczę cię, przysięgam na Boga! Najzupełniej szczerze i chcąc okazać czystość pobudek, któremi chciałem się kierować przez całe moje życie, powiedziałem: — Kwestya spadku jest dla mnie podrzędną. Wyrzekam się zawczasu wszystkiego. Nie wiem dlaczego, zupełnie niespodzianie słowa te obraziły mego ojca. Zaczerwienił się cały. — Nie waż się tak odzywać do mnie, głupcze! — krzyknął cienkim, piskliwym głosem: — Nicpoń! — I prędko i zręcznie, zwykłym ruchem w twarz mnie uderzył raz i drugi. — Zapominasz się. W dzieciństwie, kiedy mnie ojciec bił, musiałem stać wyprostowany i patrzeć mu w oczy. I teraz, kiedy mnie uderzył, straciłem zupełnie głowę i jakbym był dzieckiem jeszcze, starałem się patrzeć mu prosto w oczy i wyprężałem się jak mogłem. Ojciec mój był stary i bardzo chudy, ale widocznie cienkie jego muskuły bardzo były mocne, gdyż bił bardzo boleśnie. Cofałem się do przedpokoju, ale tutaj schwycił swój parasol i uderzył mnie kilka razy w głowę i w ramiona; w tej samej chwili siostra otworzyła drzwi od salonu, chcąc zobaczyć co to za hałas, ale natychmiast się odwróciła z wyrazem strachu i żalu, nie powiedziawszy ani słowa na moją obronę. Postanowienie moje nie wracania do kancelaryi i rozpoczęcia nowego, pracowitego życia, było we mnie niezachwianem; pozostawało tylko wybrać rodzaj zajęcia, a to nie wydało mi się trudnem, ponieważ miałem się za bardzo silnego, wytrzymałego i zdolnego do najcięższej pracy. Grozi mi życie jednostajne, głód, będę narażonym na obcowanie z ludźmi ordynarnymi, na bezustanną troskę o kawałek chleba. I pozazdroszczę inżynierowi Dołżykowowi jego umysłowej pracy, ale teraz było mi jakoś wesoło na myśl o tych moich przyszłych niewygodach. Niegdyś marzyłem o działalności umysłowej, widziałem się to w roli lekarza, to nauczyciela, to pisarza, ale marzenia te nie ziściły się. Zamiłowanie do umysłowych rozkoszy, naprzykład do teatru i czytania, graniczyło z namiętnością, ale czy byłem dostatecznie uzdolnionym do pracy umysłowej, nie wiem. W gimnazyum miałem nieprzezwyciężony do greckiego języka, do tego stopnia, że musieli mnie z czwartej klasy odebrać. Przez dłuższy czas przychodzili korepetytorzy i przygotowywali mnie do piątej klasy, potem służyłem w przeróżnych wydziałach, próżnując większą część dnia, i mówili mi, że to... umysłowa praca; działalność moja w sferze naukowej i służbowej nie wymagała ani naprężenia umysłu, ani talentu, ani osobistych zdolności, ani twórczego wzlotu ducha: stawałem się maszyną; tego rodzaju umysłową pracę stawiam niżej od fizycznej, pogardzam nią i nie zdaje mi się, żeby mogła choć na chwilę usprawiedliwić życie bezczynne i bez trosk, jest to zamydleniem oczów, jest odmienną formą tejże bezczynności. Coprawda, rzeczywistej pracy umysłowej nie widziałem w życiu. Nadszedł wieczór. Mieszkaliśmy na Wielkiej Dworjańskiej, była to główna ulica w mieście i po niej wieczorami spacerował nasz beau monde. Porządnego ogrodu nie mieliśmy wcale. Wspaniała ta ulica po części zastępowała ogród, gdyż po obu jej stronach rosły topole, wydające bardzo miły zapach, zwłaszcza po deszczu; z poza płotów zwieszały się gałązki akacyi, wysokie krzaki bzu, czeremchy, jabłoni. Majowy zmierzch, delikatna młoda zieloność w przeróżnych odcieniach, zapach bzu, brzęczenie chrabąszczy, cisza, ciepło, jakżeż to wszystko nowe i jak niezwykłe, chociaż wiosna powtarza się co rok! Stałem przed furtką i przypatrywałem się spacerującym. Z wielu z pomiędzy nich wzrosłem i swawoliłem, teraz moje towarzystwo mogłoby ich obrazić, bo ubrany byłem biednie i niemodnie, patrząc na moje wązkie spodnie i na duże, niezgrabne trzewiki mówili, że noszę makarony na okrętach. Poza tem używałem niedobrej reputacyi w mieście, gdyż nie miałem ustalonego stanowiska społecznego, grywałem często w tanich cukierniach w bilard, a być może i dlatego, że prowadzili mnie dwa razy do oficera żandarmeryi, coprawda bez mojej winy. W wielkim domu naprzeciw nas, u inżyniera Dołżykowa, grali wesoło na fortepianie. Zaczynało się już ściemniać, na niebie zamigotały pierwsze gwiazdy. Oto, wolno, kłaniając się co chwila, przeszedł ojciec w starym cylindrze z wysoko zagiętemi brzegami, wsparty na ramieniu mej siostry. — Patrz! — mówił do siostry, wskazując na niebo tym samym parasolem, którym mnie niedawno bił. — Spojrz na niebo! Gwiazdy, nawet najmniejsze, wszystko to światy! Jakże nic nie znaczącym jest człowiek w porównaniu z wszechświatem! Mówił to takim tonem, jak gdyby mu było niezwykle rozkosznie i przyjemnie, że jest tak mało . Cóż to za niezdolny człowiek! Niestety, był u nas jedynym architektem i podczas ostatnich piętnastu, czy dwudziestu lat nie zbudowano ani jednego porządnego domu. Kiedy zamawiali u niego plan, to przedewszystkiem rysował salony; tak jak swego czasu pensyonarki umiały tańczyć tylko od pieca, tak i jego artystyczne pomysły mogły się rozwijać tylko od salonów. Przy nich dorysowywał jadalny, dziecinny, gabinet, łącząc pokoje drzwiami, wskutek czego wszystkie stawały się przechodnimi, a w każdym z nich było dwoje, lub troje niepotrzebnych drzwi. Widocznie pomysł nie przedstawił mu się jasno, był raczej niezwykle zawikłanym, a wtedy za każdym razem, czując widocznie, że czegoś brak, uciekał się do różnorodnych przybudówek, ustawiając je jedne obok drugich, i widzę, jak gdybym je miał przed oczami, wązkie sionki, wązkie korytarzyki, kręte schodki, prowadzące do antresoli, gdzie stać można tylko zgiętym i gdzie zamiast podłogi, trzy olbrzymie stopnie w rodzaju łaziennych półek: kuchnia z konieczności pod domem, ze sklepionym sufitem i z ceglaną podłogą. U frontu linie suche, nieśmiałe, dach niski, spłaszczony, a na grubych jakby wyrośniętych na drożdżach kominach wznoszą się druciane kaptury z czarnemi chorągwiami. I nie wiem dlaczego, wszystkie te stawiane przez mego ojca domy, tak podobne jeden do drugiego, niewyraźnie przypominają mi jego cylinder i jego kark suchy i uparty. Z biegiem czasu w mieście przyzwyczaili się do niezdarności mego ojca, zakorzeniła się u nas i stała się naszym stylem. Styl ów wprowadził ojciec i do życia mojej siostry. Zaczynając od tego, że nazwał ją Kleopatrą, tak jak mnie nazwał Misaelem; kiedy była jeszcze dzieckiem, straszył ją opowieściami o gwiazdach, o starożytnych mędrcach, o naszych przodkach, mówił jej o tem, co to jest życie i co to jest obowiązek; teraz kiedy już miała dwadzieścia sześć lat, postępował dalej tak samo, pozwalając jej z jednym tylko ojcem chodzić pod rękę i wyobrażał sobie, że wcześniej czy później zjawić się musi przyzwoity młodzieniec, który zechce ją poślubić przez cześć dla jego osobistych zalet. A ona ubóstwiała ojca, bała go się i wierzyła w jego niezwykły rozum. Zrobiło się zupełnie ciemno i ulica pomału opustoszała. W domu, naprzeciwko, muzyka ucichła; otworzono naoścież bramę i po naszej ulicy, miękko poruszając dzwonkami, przejechała trójka. To wyjeżdżał inżynier z córką na spacer. Czas iść spać. W domu miałem własny pokój, ale mieszkałem w szopie pod jednym dachem z murowanym składem, który wybudowali kiedyś prawdopodobnie dla przechowania uprzęży, do ściany były wbite wielkie gwoździe, teraz zaś był niepotrzebnym i ojciec składał w nim od trzydziestu lat gazety, które oprawiał co pół roku i nie pozwalał nikomu ruszać. Mieszkając tutaj, rzadziej spotykałem ojca i jego gości i zdawało mi się, że jeśli nie mieszkam w moim pokoju i nie jadam codziennie w domu, to słowa ojca, że mu siedzę na karku, jakby nie tak obraźliwie brzmiały. Czekała na mnie siostra. W tajemnicy przed ojcem przyniosła mi kolacyę: nieduży kawałek zimnej cielęciny i kromkę chleba. W naszym domu mówili często: »pieniądze lubią rachunkowość«, »ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka« i t. p., i siostra, przejęta temi zasadami, starała się ograniczać wydatki, dlatego też żywieni byliśmy bardzo nędznie. Postawiwszy talerz na stole, usiadła na mojem łóżku i rozpłakała się. — Misaelu — rzekła — co ty z nami robisz? Nie zakrywała twarzy, łzy spłynęły jej na piersi i na ręce i wyraz jej oczów był stroskany. Upadła na poduszkę i rozpłynęła się we łzach, trzęsąc się całem ciałem i szlochając. — Znów rzuciłeś służbę... — rzekła. — O jakże to straszne? — Ale zrozumże, siostro, zrozumże... — odparłem i na widok jej łez ogarnęła mnie rozpacz. Jakby umyślnie w lampie mojej wypaliła się nafta, lampa kopciła, gasła, stare gwoździe na ścianach wyglądały surowo i migotały ich cienie. — Oszczędź nas! — rzekła siostra, wstając. — Ojciec strasznie zmartwiony, a ja rozchorowałam się, jak bez zmysłów chodzę. Co z ciebie będzie? — zapytywała, łkając i wyciągając do mnie ręce. — Proszę cię, błagam cię, w imieniu matki cię proszę: wróć do służby! — Nie mogę, Kleopatro! — rzekłem, czując, że niewiele brak, abym się na to zgodził. — Nie mogę! — Dlaczego? — mówiła dalej siostra. — Dlaczego? Jeśli nie zgodziłeś się z naczelnikiem, poszukaj innego miejsca. Dlaczego nie pójdziesz służyć naprzykład na kolei? Mówiłam z Aniutą Błagowo, upewnia mnie, że cię przyjmą na kolei, obiecała mi nawet, że się tem zajmie. Na miłość Boską, Misaelu, zastanów się? Zastanów się, błagam cię! Rozmawialiśmy jeszcze chwilę i poddałem się. Powiedziałem, że nigdy mi na myśl nie przyszło, abym mógł służyć na kolei żelaznej i że chętnie spróbuję. Uśmiechnęła się radośnie przez łzy i ścisnęła mi rękę, potem długo jeszcze płakała, nie mogąc się uspokoić, a ja poszedłem do kuchni po naftę.

II.

W gronie miłośników teatrów amatorskich, koncertów i żywych obrazów na cel dobroczynny, pierwsze miejsce w naszem miejcie należało się Ażoginym, mieszkającym we własnym domu, na Wielkiej Dworjańskiej; za każdym razem dawali mieszkanie i brali na wszystkie kłopoty i wydatki. Owa bogata mieszczańska rodzina miała w powiecie około trzech tysięcy dziesięcin ze wspaniałym dworem, ale nie lubiła wsi i mieszkała, tak w zimie jak w lecie, w mieście. Rodzina ta składała się z matki, wysokiej, chuderlawej, delikatnej kobiety, noszącej krótkie włosy, krótki kaftanik i gładką spódnicę w angielskim rodzaju — i trzech córek, których, kiedy o nich mówili, nie nazywali po imieniu, ale poprostu: starsza, średnia i najmłodsza. Wszystkie miały nieładne, ostre podbródki, krótki wzrok, garbiły się, ubrane były jak matka, a jednak pomimo to uważały za swój obowiązek brać udział w każdem przedstawieniu i ciągle coś robiły na cel dobroczynny — grały, czytały, śpiewały. Były bardzo poważne, nigdy się nie uśmiechały i nawet w wodewilach ze śpiewami, grały bez najmniejszej wesołości, z urzędowym wyrazem twarzy, jak gdyby się zajmowały buchalteryą. Lubiłem nasze widowiska, a zwłaszcza próby, częste, trochę niedorzeczne, hałaśliwe, po których podawali zawsze kolacyę. W wyborze sztuk i w rozdawaniu ról nie brałem udziału. Do mnie należały zakulisowe sprawy. Rysowałem dekoracye, przepisywałem role, służyłem za suflera; do mnie należało też urządzenie różnych efektów, jak grzmotu, śpiewu słowika i t. p. Ponieważ nie miałem społecznego stanowiska i porządnej pensyi, na próbach trzymałem się na uboczu, w cieniu kulis i w głębokiem milczeniu. Rysowałem dekoracye u Ażoginych w składzie, albo na podwórzu. Pomagał mi malarz, albo, jak on sam siebie nazywał dostawca robót malarskich, Andrzej Iwanow, człowiek lat pięćdziesięciu, wysoki, bardzo chudy i blady, z zapadniętą piersią, ze wklęsłemi skroniami, z podbitemi oczami, trochę nawet straszny na pierwszy rzut oka. Chorował na jakąś wycieńczającą słabość, co jesień i co wiosna mówili o nim, że kona, ale on, , wstawał, a potem mówił ze ździwieniem: »A ja znów nie umarłem!« W mieście nazywali go Riedką i mówili, że to jest jego prawdziwe nazwisko. Lubił teatr, tak jak i ja, i skoro tylko usłyszał, że u nas urządzają widowisko, natychmiast rzucał wszystkie swoje roboty i szedł do Ażoginych rysować dekoracye. Nazajutrz po rozmowie z siostrą, od rana do wieczora pracowałem u Ażoginych. Próba była naznaczona na siódmą wieczór, na godzinę przed jej rozpoczęciem byli już w sali wszyscy aktorzy, a po scenie chodziły starsza, średnia i najmłodsza i czytały coś w kajecikach. Riedka w długim, wyrudziałym palcie i w chustce na szyi, przyłożywszy skroń do ściany, patrzał na scenę. Ażogina matka podchodziła to do jednego, to do drugiego gościa i mówiła każdemu z nich coś miłego. Miała zwyczaj, rozmawiając z kimś, patrzeć mu w oczy i mówić cicho, jak gdyby w tajemnicy. — Musi być bardzo trudno rysować dekoracye — rzekła cicho, podchodząc do mnie. — A właśnie przed chwilą mówiłam z panią Mufke o przesądach i widziałam, jakeś pan wszedł. Boże mój, Boże, ja przez całe życie walczyłam z przesądami! Chcąc przekonać służbę, że głupimi są wszystkie ich strachy, zapalam u siebie zawsze trzy świece i wszystkie ważne sprawy rozpoczynam trzynastego. Przyszła córka inżyniera Dołżykowa, piękna, okazała blondynka, ubrana, jak twierdzono u nas, zupełnie po parysku. Ona nie grała, ale na próbach stawiali dla niej krzesło na scenie i nie zaczynali przedstawienia dopóki się nie zjawiła w pierwszym rzędzie, jaśniejąca i zdumiewająca wszystkich swym strojem. Jej, jako mieszkance stolicy wolno było podczas próby robić uwagi i robiła je z miłym, pobłażliwym uśmiechem; widać było, że uważała nasze przedstawienia za dziecięcą zabawkę. Mówiono, że uczyła się śpiewu w petersburskiem konserwatoryum i nawet, że przez całą zimę śpiewała w prywatnej operze. Bardzo mi się podobała i zwykle przez cały czas próby nie spuszczałem z niej oczów. Wziąłem zeszyt, żeby zacząć suflować, gdy niespodzianie zjawiła się moja siostra. Nie zdejmując płaszcza i kapelusza, podeszła do mnie i rzekła: — Proszę cię, chodźmy! Poszedłem. Za sceną, w drzwiach stała Aniuta Błagowo, również w kapeluszu z ciemną woalką. Była to córka wice-prezesa sądu, służącego oddawna w naszem mieście, prawie od chwili założenia sądu okręgowego. Była wysokiego wzrostu i ładnie zbudowana, to też musiała brać udział w żywych obrazach, i kiedy przedstawiała wróżkę, albo Sławę, twarz jej gorzała ze wstydu; w widowiskach nie występowała, zachodziła na próbę na chwilkę tylko, z jakimkolwiek interesem, nie wchodząc do sali. I teraz widać było, że zaszła na minutkę. — Ojciec mój mówił o panu — rzekła sucho, nie patrząc na mnie i rumieniąc się. — Dołżykow obiecał dać panu posadę na kolei żelaznej. Niech pan pójdzie do niego, jutro go pan zastanie. Skłoniłem się i podziękowałem za starania. — A to pan może zostawić — dodała, wskazując na zeszycik. Podeszła z siostrą do Ażoginy i szeptały z nią przez parę minut, spoglądając na mnie. Naradzały się nad czemś. — Rzeczywiście — rzekła cicho Ażogina, podchodząc do mnie i nie spuszczając ze mnie oczów — rzeczywiście, jeśli to pana odciąga od poważnych zajęć — wysunęła z rąk moich zeszycik — to może go pan oddać komu innemu. Nie kłopocz się pan, idź pan z Bogiem. Pożegnałem się z nią i wyszedłem zawstydzony. Idąc po schodach, widziałem jak odchodziła moja siostra z Aniutą Błagowo; rozmawiały o czemś bardzo żywo, prawdopodobnie o mojem wstąpieniu na kolej, i spieszyły się. Siostra nigdy przedtem nie bywała na próbach i teraz miała pewno wyrzuty sumienia i bała się, żeby się ojciec nie dowiedział o tem, że ona bez jego pozwolenia była u Ażoginych. Udałem się nazajutrz o pierwszej do Dołżykowa. Lokaj wprowadził mnie do wspaniałego pokoju, który był jednocześnie salonem i gabinetem inżyniera. Było tu wszystko miękkie, wytworne i dla człowieka, tak nieprzyzwyczajonego do tego, jak ja, nawet dziwne. Kosztowne dywany, ogromne fotele, bronzy, obrazy, złote i pluszowe ramy; na fotografiach, rozwieszonych na ścianie bardzo piękne kobiety, rozumne, cudowne twarze, swobodne pozy; z salonu drzwi prowadzą wprost do ogrodu, na ganek; widać bez turecki, widać stół nakryty do śniadania, dużo butelek, bukiet róż, czuć wiosnę, drogie cygaro, czuć tu szczęście — i wszystko zdaje się mówić, że człowiek ten żył, pracował i nakoniec doczekał się szczęścia, jakie tylko jest możliwe na świecie. Przy biurku siedziała córka inżyniera i czytała gazetę. — Pan do ojca? — zapytała — Przyjmuje, zaraz przyjdzie. Niech pan usiądzie, proszę pana. Usiadłem. — Pan zdaje się naprzeciw nas mieszka? — zapytała, po chwili milczenia. — Tak. — Ja z nudów codzień wyglądam przez okno, niech pan wybaczy — mówiła dalej, patrząc w gazetę; — i często widzę pana i siostrę pańską. Ona ma zawsze taki dobry, skupiony wyraz twarzy. Wszedł Dołżykow. Wycierał ręcznikiem szyję. — Papo, monsieur Połozniew — rzekła córka. — Tak, tak, mówił mi Błagowo — zwrócił się żywo do mnie, nie podając mi ręki. — No posłuchaj pan, cóż ja mogę panu dać? Cóż ja mam za posady? Dziwni z was ludzie, panowie! — mówił dalej głośno takim tonem, jak gdyby mówił kazanie. — Przychodzi was na dzień dwudziestu, czy sobie wyobrażacie, że ja mam departament? Ja mam linię, panowie, mam ciężkie roboty, potrzeba mi mechaników, ślusarzy, kopaczy, stolarzy, kołodziejów, a przecież pan może tylko siedzieć i pisać, nic więcej. Z was tylko pisarze! I rozszedł się od niego zapach tego szczęścia, które rozchodziło się od jego dywanów i foteli. Barczysty, zdrów, z czerwonymi policzkami, z szeroką piersią, wymyty, w perkalowej koszuli i w szarawarach, wyglądał jak porcelanowy pocztylion do zabawy. W okrągłej, kędzierzawej bródce nie było ani jednego siwego włoska, nos był z garbkiem, oczy ciemne, spojrzenie pogodne, niewinne. — Co pan umie robić? — mówił dalej. — Nic pan nie umie. Ja jestem inżynierem, mam byt niezależny, ale zanim zdobyłem stanowisko, długo ciężko pracowałem, byłem maszynistą, dwa lata pracowałem w Belgii jako prosty posługacz kolejowy. Niechże pan sam osądzi, mój panie drogi, jaką robotę mogę panu ofiarować? — Zapewne, to tak — bąknąłem, silnie zmieszany, nie mogąc znieść jego pogodnych, niewinnych oczów. — Ostatecznie, czy pan umiesz się obchodzić z aparatem? — zapytał po chwili milczenia. — Tak, służyłem w telegrafie. — Hm... No, zobaczymy. Idź pan tymczasem do Dubieczni... Tam już siedzi jeden, ale straszny łajdak. — A na czem będą polegały moje zajęcia? — pytałem. — Zobaczymy. Idź pan tymczasem, już ja się rozmówię z kim należy. Tylko proszę nie upijać się u mnie i nie niepokoić mnie prośbami. Wypędzę. Odszedł i nawet głową nie kiwnął. Ukłoniłem mu się, również jak jego córce, czytającej gazetę, i wyszedłem. Było mi do tego stopnia ciężko na duszy, że kiedy siostra zapytała, jak byłem przyjęty, nie powiedziałem ani słowa. Mając iść do Dubieczni, wstałem bardzo wcześnie, o wschodzie słońca. Na ulicy nie było żywej duszy, wszyscy jeszcze spali, a kroki moje rozlegały się samotnie i głucho. Topole, okryte rosą, napełniały powietrze delikatną wonią. Było mi smutno i nie chciało mi się wyjść z miasta. Lubiłem moje rodzinne miasto. Wydawało mi się pięknem i ciepłem. Lubiłem tę zieloność, ciche, słoneczne poranki, dźwięk naszych dzwonów; ale ludzie, z którymi żyłem w tem mieście, nudzili mnie, byli dla mnie obcy, a czasem nawet wstrętni. Nie lubiłem i nie rozumiałem ich. Nie rozumiałem poco i jak żyje te sześćdziesiąt pięć tysięcy ludzi. Wiedziałem, że w Kimrach zarabiają na życie wyrobem bucików, że w Tule robią samowary i broń, że Odessa jest portem, ale czem jest nasze miasto i co w niem wyrabiają, nie wiedziałem. Na Wielkiej Dworjańskiej i jeszcze na dwóch większych ulicach żyli z dochodów od kapitału i z pensyi, którą pobierali urzędnicy rządowi; ale z czego żyli ludzie mieszkający na ośmiu innych ulicach, rozciągających się równolegle na przestrzeni trzech wiorst i znikających poza pagórkiem, to było zawsze dla mnie niepojętą zagadką. I jak oni żyli ci ludzie, to aż wstyd powiedzieć! Ani ogrodu, ani teatru, ani porządnej orkiestry; miejską i klubową czytelnię odwiedzały tylko żydowskie wyrostki, a dzienniki i nowe książki miesiącami całymi leżały z nierozciętemi kartkami; bogaci sypiali w dusznych, ciasnych sypialniach, na drewnianych łóżkach, pełnych pluskiew, dzieci trzymali we wstrętnych i brudnych pokojach, zwanych dziecinnymi, a słudzy, nawet starzy i godni , spali w kuchni, na podłodze i przykrywali się łachmanami. W mięsne dni czuć było w domu barszcz, a w postne, jesiotrzynę smażoną na solonem maśle. Jedli niesmaczne potrawy, pili niezdrową wodę. U gubernatora, u archireja, wszędzie oddawna mówiono o tem, że niema w naszem mieście dobrej i taniej wody i że trzeba koniecznie pożyczyć od skarbu dwieście tysięcy na wodociągi; bardzo bogaci ludzie, których w naszym miejcie naliczyć można było ze trzydziestu, a którzy, jak się nieraz zdarzało, przegrywali w karty cały majątek, również pili złą wodę i przez całe życie mówili ze wściekłością o pożyczce, czego zrozumieć nie mogłem; mnie się zdawało, że byłoby o wiele prościej wziąć i wyłożyć te dwieście tysięcy z własnej kieszeni. Nie znałem w całem mieście ani jednego uczciwego człowieka. Ojciec mój brał łapówki i wyobrażał sobie, że mu je dają w dowód uznania przymiotów jego ducha; gimnazyaści, chcąc przejść z klasy do klasy, szli na stancyę do swoich nauczycieli, zaco ci ostatni grube pobierali pieniądze; żona wojennego naczelnika podczas poboru obdzierała rekrutów, pozwalała im się ugaszczać i raz nawet w cerkwi wstać nie mogła, tak była pijaną; podczas poboru brali i lekarze, a lekarz miejski i weterynarz opodatkowali jatki mięsne i traktyernie; w szkole powiatowej handlowali świadectwami, dającemi ulgę trzeciego rzędu; dziekan brał od niższego kleru i od skarbnika parafi; w miejskim, w mieszczańskim, w lekarskim i we wszystkich innych zarządach wołali na każdego podającego prośbę: »Trzeba się odwdzięczyć!« i proszący powracał, żeby dać trzydzieści do czterdziestu kopiejek. A ci, którzy łapówek nie brali, jak naprzykład członkowie okręgu sądowego, byli dumni, zarozumiali, podawali końce palców, odznaczali się chłodem i ciasnymi sądami, dużo grali w karty, dużo pili, żenili się bogato i niezawodnie mieli w swem kółku zły, przewrotny wpływ. U jednych tylko dziewcząt czuć było czystość moralną; większość z nich miała wzniosłe dążności i uczciwe, czyste dusze; ale one nie rozumiały życia i wierzyły, że łapówki dają jako uznanie przymiotów duszy; wychodząc zamąż, prędko się starzały, zaniedbywały i tonęły beznadziejnie w ciszy nędznego, mieszczańskiego życia.

III.

W naszej miejscowości budowano kolej żelazną. W przededniu świąt tłumnie chodzili po mieście oberwańcy, których nazywano »czugunką« i bano ich się bardzo. Nieraz widziałem, jak prowadzono do cyrkułu oberwańca z zakrwawioną twarzą, bez czapki, a za nim, jako dowód rzeczowy niesiono samowar, albo świeżo upraną bieliznę. »Czugunka« gromadziła się zwykle do koła karczem i na rynkach; jedli, pili, wymyślali sobie od ostatnich słów, a każdą przechodzącą obok dziewczynę lekkiego prowadzenia przeprowadzali przenikliwem gwizdaniem. Nasi handlarze chcąc zająć tę zgłodniałą hołotę, poili koty i psy wódką, albo też przywiązywali psu do ogona bańkę od nafty, gwizdali przeciągle i pies pędził ulicami, brzęcząc bańką i wyjąc z przerażenia; zdawało mu się, że jakiś potwór bije go w nogi, wybiegał daleko poza miasto, w pole i tam padał bez tchu. W mieście było kilka psów, bezustannie drżących, z podwiniętymi ogonami, o których mówiono, że nie zniosły tej zabawy i dostały pomieszania zmysłów. Budowano dworzec w odległości pięciu wiorst od miasta. Mówiono, że inżynierzy chcieli zato, żeby droga podchodziła do samego miasta pięćdziesięciu tysięcy rubli łapówki, a zarząd miejski zgadzał się tylko na czterdzieści, rozeszło się o dziesięć tysięcy, a teraz żałowali mieszczanie tego, gdyż musieli do stacyi budować szosę, co kosztowało znacznie więcej. Były ułożone już na całej linii relsy, chodziły już służbowe pociągi, przewożące materyał budowlany i robotników, brak tylko było mostów, które budował Dołżykow; gdzieniegdzie też nie były gotowe stacye. Dubiecznia — tak się bowiem nazywała pierwsza nasza stacya — leżała w odległości siedemnastu wiorst od miasta. Szedłem pieszo. Ozimina i jare zboże jaśniało ogrzane rannem słońcem. Miejscowość była równa, wesoła, a w oddali zarysowywały się wyraźnie dworzec, kurhany i różne osady... Jakże dobrze było na wolności! I jak gorąco pragnąłem przejąć się tem odczuciem swobody, chociażby na ten jeden poranek, żeby nie myśleć o tem, co się działo w mieście, nie myśleć o swoich potrzebach, nie chcieć jeść. Nic mi tak w życiu nie dokuczało, jak dotkliwe uczucie głodu, wtedy, gdy moje najwznioślejsze myśli mieszały się w dziwny sposób z myślami o kaszy gryczanej, o kotletach, o gotowanej rybie. Oto stoję sam jeden na polu i patrzę w górę na skowronka, który zawisł w powietrzu i zaczął wywodzić swe trele, jakby w napadzie histeryi, a sam myślę: »Chętnie zjadłbym teraz kawałek chleba z masłem!« Lub też siadam przy drodze i zamykam oczy, chcąc odpocząć i posłuchać tego cudownego majowego szumu, a jednocześnie przypominam sobie, jaki jest zapach gorącego kartofla. Przy moim dużym wzroście i silnej budowie jeść mogłem bardzo niewiele, to też głównem mojem uczuciem w ciągu dnia był głód i dlatego doskonale rozumiałem dlaczego tak dużo ludzi pracuje tylko dla kawałka chleba i rozmawiać może tylko o zapasach żywności. W Dubieczni tynkowali stacyę na wewnątrz i budowali górne drewniane piętro i wodociągi. Było gorąco, czuć było wapno i robotnicy kręcili się ospale po kupach drewna i gruzu: zwrotniczy spał przy swojej budce i słońce świeciło mu prosto w oczy. Nie było ani jednego drzewa. Brzęczał lekko drut telegraficzny, na którym tu i ówdzie spoczywały jastrzębie. Włócząc się po tych stosach, nie wiedząc co robić, przypomniałem sobie, że na moje pytanie na czem polegać będą moje obowiązki, inżynier odpowiedział: »Zobaczymy«. Ale co można było zobaczyć na tej pustyni? Murarze mówili o dziesiętniku i o jakimś Teodorze Wasiljewie, nic z tego nie rozumiałem i pomału opanowała mnie tęsknota i jakiś ból fizyczny, jak kiedy czujesz twe ręce, nogi i całe twoje wielkie ciało, a nie wiesz co z niemi robić, gdzie się z niemi obrócić. Kręcąc się tu i ówdzie blizko przez dwie godziny, zauważyłem, że po prawej stronie stacyi, wzdłuż linii kolejowej ciągnęły się słupy telegraficzne, kończąc się w odległości półtorej do dwóch wiorst pod białym murem: robotnicy ozmajmili mi, że tam właśnie jest kantor i nakoniec domyśliłem się, gdzie się mogę zwrócić. Był to bardzo stary folwark. Płot z białych podziurawionych belek przewracał się, a na oficynie, której jedna ściana wychodziła na pole, dach pokryty był rdzą i gdzieniegdzie świeciły się łatki z blachy. Z bramy widać było obszerne podwórze, zarośnięte zielskiem, i stary dwór, z żaluzjami w oknach i z wysokim dachem, czerwonym prawie od rdzy. Po obu stronach domu, na prawo i na lewo, wznosiły się dwa boczne skrzydła; w jednem okna zabite były deskami, dokoła drugiego, którego okna były poroztwierane, wisiała na sznurach bielizna i pasły się cielęta. Ostatni słup telegraficzny stał na podwórzu, a drut od niego szedł do okien oficyny, której głucha ściana wychodziła na pole. Drzwi były otwarte, wszedłem. Przy stole siedział jakiś młodzieniec, z ciemną kędzierzawą czupryną, w płóciennej marynarce; spojrzał na mnie surowo, zpodełba, ale natychmiast się uśmiechnął i rzekł: — Jak się masz, mały zysku! Był to Jan Czeprakow, mój kolega szkolny, którego wyrzucili z drugiej klasy za palenie papierosów. Razem niegdyś łapaliśmy szczygły, czyżyki i wywielgi i sprzedawaliśmy je na targu, raniutko, gdy nasi rodzice jeszcze spali. Zaczajaliśmy się na stada przelatujących szpaków i strzelaliśmy do nich śrótem, potem ranione podnosiliśmy i jedne umierały w strasznych męczarniach (do dziś dnia pamiętam, jak kwiliły w nocy w mojej klatce), drugie, które wracały do zdrowia, sprzedawaliśmy czemprędzej i zuchwale przysięgaliśmy, że to same samce. Pewnego razu został mi jeden tylko szpak, którego długo ofiarowywałem przechodniom i wkońcu oddałem za jedną kopiejkę. »I tak mały zysk!« — powiedziałem sobie na pociechę i od tej pory ulicznicy i koledzy gimnazyalni przezwali mnie; »mały zysk«, teraz jeszcze chłopcy i sklepikarze drażnili mnie czasem tem przezwiskiem, chociaż prócz mnie nikt już nie pamiętał skąd ono pochodziło. Czeprakow był słabej budowy, miał wązkie piersi, długie nogi i chodził zgarbiony. Kamizelki nie nosił wcale, buty miał gorsze od moich, z wykrzywionymi obcasami. Często mrugał oczami, wyglądał jakby chciał ciągle coś gonić, wyraz twarzy miał zakłopotany. — Poczekaj no — mówił, mieszając się — Posłuchaj!... O czem to ja mówiłem? Zaczęliśmy rozmawiać. Dowiedziałem się, że majątek, w którym się obecnie znajdowałem, należał do niedawna do Czeprakowych, a w jesieni przeszedł do Dołżykowa, który uważał, że lepiej jest umieszczać pieniądze w ziemi, niż w papierach, i kupił już u nas trzy piękne majątki z prawem przelania długu. Matka Czeprakowa przy sprzedaży wymówiła sobie prawo do zamieszkania przez dwa lata w jednej z oficyn i wyprosiła dla syna miejsce w kantorze. — I jeszcze by nie kupił! — odezwał się Czeprakow o inżynierze. — Ileż on samych dostawców zdziera! Ze wszystkich zresztą... Później zaprosił mnie na obiad, zdecydowawszy z zakłopotaną miną, że mieszkać będziemy we dwóch w oficynie, a stołować się będę u jego matki. — Skąpa ona — rzekł Czeprakow — ale tobie drogo nie policzy. W maleńkich pokoikach, w których mieszkała jego matka, było nadzwyczaj ciasno, wszystkie, nie wyłączając sieni i przedpokoju, zawalone były meblami, które po sprzedaży majątku przenieśli tutaj z dużego domu; wszystko to było staroświeckie, meble mahoniowe. Pani Czeprakow była tęga, nadzwyczaj otyła kobieta, ze skośnemi, chińskiemi oczami, siedziała pod oknem w ogromnym fotelu i robiła pończochę. Przyjęła mnie bardzo ceremonialnie. — Mamo, Połozniew — rzekł, przedstawiając mnie Czeprakow. — Obejmie tutaj posadę. — Czy pan szlachcic? — zapytała dziwnie nieprzyjemnym chropowatym głosem, jak gdyby w jej gardle smażyło się sadło. — Tak — odpowiedziałem. — Proszę, niech pan siądzie. Obiad był marny. Podali mi pierog z kwaśnym twarogiem i mleczną zupę. Helena Nikiforowna, pani domu, bezustannie mrugała to jednem, to drugiem okiem. Jadła, piła, ale w całej jej postaci było już coś martwego, bodaj, że czuć było nawet trupa. Życie w niej ledwo się tliło, ledwo się też tliło wspomnienie, że to jest pani, obywatelka, która miała swoich poddanych, że to jest generałowa, którą służba tytułowała jaśnie wielmożną, a kiedy te nędzne resztki życia zapalały się w niej na chwilę, wtedy mówiła do syna: — Jean, jak trzymasz nóż? Lub też mówiła do mnie, z trudnością oddychając, z nienaturalnością gospodyni, chcącej zabawić gościa: — Pan wie, sprzedaliśmy nasz majątek. Szkoda, rozumie się, przyzwyczailiśmy się do niego, ale Dołżykow obiecał, że Jean będzie zawiadowcą stacyi Dubieczni, tak że nie wyjedziemy stąd, będziemy mieszkali na stacyi, a to już wszystko jedno, czy tu, czy w majątku. Inżynier taki dobry! Czy pan uważał, jaki on piękny!? Do niedawna Czeprakowie żyli bardzo zamożnie, ale po śmierci generała wszystko się zmieniło. Helena Nikiforowna zaczęła się kłócić z sąsiadami, procesować się z nimi, nie wypłacała należności urzędnikom i robotnikom; bała się, żeby ją nie ograbili i w przeciągu dziesięciu lat Dubiecznia stała się nie do poznania. Z tyłu, za wielkim domem, był stary ogród, dziś już ździczały, zagłuszony burzanem i różnymi krzakami. Przeszedłem się po terasie, pięknym jeszcze i twardo ubitym; przez szklane drzwi widać było pokój wyłożony posadzką, widocznie gościnny; stał w nim staroświecki fortepian, na ścianach wisiały obrazy w szerokich mahoniowych ramach i nic więcej. Z dawniejszych klombów ocalały tylko piwonie i maki, które wzniosły wysoko swe białe i ponsowe głowy, na ścieżkach rosły młode klony i wiązy oskubane przez krowy. Gąszcz był straszny i ogród zdawał się być nie do przebycia, ale to tylko dokoła domu, w miejscach gdzie stały jeszcze topole, sosny i stare lipy, ich rówieśnice, tworzące dawniej wspaniałe aleje: dalej, poza niemi karczowano ogród dla sianożęcia i tutaj nie było już tak duszno, pajęczyna nie właziła do ust i do oczów, powiewał przyjemny wietrzyk: im dalej, tem robiło się przestronniej, rosły tu wiśnie, śliwy, rozłożyste jabłonie, zeszpecone podporami i gangreną, i grusze, tak wysokie, że trudno było uwierzyć, że to istotnie są grusze. Tę część ogrodu dzierżawili nasi miejscy handlarze, a strzegł go od i od szpaków miejscowy głupi chłopek, mieszkający w szałasie. Ogród był coraz rzadszy, zamieniał się stopniowo w łąkę, zniżał się ku rzece, porośniętej zieloną trzciną i wierzbiną. Przy grobli młyńskiej była przestrzeń wodna głęboka i zarybiona, huczał gniewnie niewielki młyn ze słomianym dachem, skrzeczały wściekle żaby. Na wodzie gładkiej, jak lustro, tworzyły się od czasu do czasu wielkie kręgi, drżały lilie rzeczne, wstrząsane wesołemi rybkami. Wioska Dubiecznia leżała po tej stronie rzeki. Ciche, niebieskie wody wabiły ku sobie, obiecując chłód i spokój. A teraz wszystko i woda i młyn i spokojne brzegi wszystko to było własnością inżyniera! I oto zaczęła się moja nowa służba. Odbierałem depesze i posyłałem je dalej, pisałem różne wykazy, przepisywałem na czysto reklamacye i raporty, które odbieraliśmy od niepiśmiennych dziesiętników i majstrów. Ale większą część dnia nic zupełnie nie robiłem, chodziłem po pokoju, czekając na depesze albo zostawiałem w oficynie chłopaka, a sam szedłem do ogrodu i spacerowałem dopóki mały nie przybiegał z oznajmieniem, że odezwał się aparat. Obiad jadłem u Czeprakowej. Mięso dawali bardzo rzadko, wszystkie potrawy były mleczne, a w środy i w piątki postne; tego też dnia jedliśmy na różowych talerzach, tak zwanych postnych. Czeprakowa mrugała ciągle oczami, przeszło to już u niej w zwyczaj a obecność jej krępowała mnie. Ponieważ w oficynie było i dla jednego człowieka za mało roboty, Czeprakow przeważnie nic nie robił, spał, lub też chodził na kaczki. Wieczorami pił we wsi lub na stacyi, a zanim szedł spać, przeglądał się w lustrze i krzyczał: — Dzień dobry, Janie Czeprakow! Kiedy był pijanym, robił się strasznie bladym, zacierał ręce i śmiał się jak gdyby rżał: hi-hi-hi! Nieraz rozbierał się do naga i goły biegał po polu. Zjadał muchy i twierdził, że są kwaskawe.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…