Read here

Chusta Świętej Weroniki

Selma Lagerlöf · 1905 · Free in the US

25,391 words · about 1 h 47 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1905 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Chusta_Świętej_Weroniki_(Lagerlöf,_tłum._Markowska,_1905)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Selma Lagerlöf
Language
Polish
Published
1905
Length
25,391 words · about 1 h 47 min
Sections
11 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (11)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 53 min
  3. I about 3 min
  4. II about 7 min
  5. III about 3 min
  6. IV about 4 min
  7. V about 6 min
  8. VI about 13 min
  9. VII about 7 min
  10. VIII about 5 min
  11. IX about 5 min

Continue:

Front matter

Chusta Świętej Weroniki.

I • II • III • IV • V • VI • VII • VIII • IX

całość

Chusta Świętej Weroniki.

W jednem z ostatnich lat panowania cesarza Tyberjusza, stało się, iż pewien biedny winiarz wraz z żoną swoją zamieszkał w samotnej chacie wysoko w górach Sabińskich. Obcymi tam byli i w samotności wielkiej życie wiedli, nigdy żadnych nie przyjmując odwiedzin. Jednego ranka, gdy robotnik ów drzwi chaty otwierał, ujrzał ze zdumieniem wielkiem, że stara jakaś niewiasta zgarbiona siedzi na progu. Owinięta była w prosty szary płaszcz i zdawała się być bardzo biedną. A przecież, gdy powstała i podeszła ku niemu, wydało mu się, iż w postaci tej wszystko do dziwnego szacunku zmusza. Przyszło mu na myśl, co podania prawią o boginiach, które pod postacią starej niewiasty ludzi nawiedzały. — Przyjacielu — rzekła niewiasta do winiarza — niech cię nie dziwi, że noc dzisiejszą na progu chaty twojej przespałam. Rodzice moi ongiś tu mieszkali, tu na świat przyszłam przed dziewięćdziesięciu prawie laty. Mniemałam, że chatę ową samotną i opuszczoną znajdę. Nie wiedziałam wcale, że ludzie znów ją w posiadanie wzięli. — Nie dziwi mnie to, żeś za samotną i opuszczoną uważać chciała chatę, która tak wysoko śród skał odludnych stoi — rzekł winiarz. — Aleć i ja, i niewiasta moja z dalekich stron pochodzimy, biedni i obcy nie mogliśmy znaleźć lepszego schroniska. Tobie zaś, która po onej długiej wędrówce, w tak podeszłych leciech przedsięwiętej, głodna być musisz i znużona, milej chyba, że w chacie tej ludzie osiedli, nie zaś wilki gór Sabińskich. Znajdziesz w niej przecież teraz i łoże, na którem spocząć możesz, i czarę koziego mleka, i kęs chleba, jeśli niemi nie pogardzisz. Uśmiech ukazał się na ustach starej niewiasty, ale uśmiech tak przelotny, że nie zdołał rozpędzić chmury ciężkiej troski, która zasępiła jej oblicze. — Młodość moją całą spędziłam tu wysoko w górach — rzekła. — I dziś mi jeszcze nie obcy sposób, jak wilka wypędzić z jaskini. A tak silną i krzepką zdała się, że robotnik nie wątpił ani na chwilę, iż mimo lat podeszłych nie zbraknie jej mocy, by dzikim zwierzętom leśnym wojnę wypowiedzieć. Powtórzył jednak zaprosiny swoje i stara weszła do chaty. Zasiadła z biedakami do posiłku i jadła z nimi bez żadnego wahania. A chociaż wielce zdawała się zadowoloną, że jeść może gruby czarny chleb, rozmiękczony w mleku, robotnik ani żona jego nie przestawali myśleć nad tem: skąd też stara ona wędrownica przychodzić może? Zaprawdę, musiała ona częściej bażanty ze srebrnych mis pożywać, niżeli pić mleko kozie z glinianej czary. Ona zaś chwilami podnosiła oczy od stołu i rozglądała się, jakby chcąc znowu uczuć się po domowemu w chacie. Ubogie otoczenie, nagie gliniane ściany i udeptana ziemia miast podłogi, niewiele się zmieniły. Mogła nawet gospodarzom swoim pokazać na ścianach ślady psów i jeleni, które ojciec jej ongi narysował, by sprawić uciechę dzieciom. A tam wysoko na policy, zdało jej się, stoją jeszcze skorupy glinianego naczynia, w które sama zwykła była doić mleko. Robotnik zaś i żona jego myśleli: — Jużcić prawdą być może, że się w tej chacie zrodziła, aleć w życiu inną pono miała pracę, niż dojenie kóz, robienie masła i sera. I to wnet zauważyli, że myśli jej często daleko gdzieś błądziły, a gdy się znów opamiętała, ciężkie i troski pełne westchnienia ulatywały z jej piersi. Powstała wreszcie od stołu. Uprzejmie za gościnę podziękowała i ku drzwiom podeszła. Wtedy zdała się winiarzowi tak pożałowania godną, tak biedną i samotną, że zawołał głośno: — Prawdąć chyba będzie, gdy powiem, że gdyś się tu nocą wczoraj wdzierała na górę, nie postało ci w myśli, byś chatę oną zaraz opuścić miała. Jeśli naprawdę tak biedną jesteś, jak nam, się wydaje, tedy pewnie zamiarem twoim było, by lata, które ci jeszcze przeżyć pozostało, tu właśnie spędzić. Teraz przecież odejść chcesz stąd, my bowiem, ja i niewiasta moja, wzięliśmy już w posiadanie chatę. Nie zaprzeczyła stara prawdzie słów winiarza. — Aleć chata owa, co już lat tyle pustkami przestała, tak samo do ciebie jak i do mnie należeć może. Żadnego nie mam prawa, by ci ją odbierać. — Zawszeć to chata rodzicieli twoich — rzekł winiarz — więcej masz do niej praw, niźli ja. My młodzi, a ciebie starość gniecie. Ostań tedy, a my pójdziemy. Usłyszawszy słowa takie, niewiasta zdumiała się wielce. Zwróciła się już od proga i oczy utkwiła w robotniku, jakby nie rozumiejąc tego, co powiadał. Ale teraz i młoda niewiasta przemówiła. — Jeśli mię posłuchać zechcecie — rzekła do męża — tedy prosiłabym ciebie, byś starej onej niewiasty zapytał, zali nie przyjęłaby nas jako dzieci swoje, zali nie pozwoliłaby nam ostać u siebie i być jej opieką w starości? Cóżby jej przyszło z tego, gdybyśmy oddali jej nędzną tę chatę i w pustce samą ją zostawili? Boć strasznem byłoby dla niej samotnie przebywać w tej głuszy. I jakżeby żyć miała? Uczynilibyśmy nie inak, jedno, jakbyśmy ją śmierci głodowej oddać chcieli. Stara zaś niewiasta postąpiła krokiem ku robotnikowi i żonie jego, długo i badawczo na nich poglądała, aż rzekła: — Czemu tak do mnie przemawiacie? I czemu miłosierdzie okazać mi chcecie? Przecież obcemi jesteście. A młoda odrzekła jej: — Dlatego, że nam samym raz wielkie okazano miłosierdzie.

II.

I stało się, że stara niewiasta owa zamieszkała w chacie winiarza i wielką darzyła młodych. Nigdy im przecież nie powiadała, skąd przychodziła i kim była, oni zaś rozumieli, że źleby uczynili, pytając. Lecz jednego wieczoru, gdy robotę swą skończyli i wszyscy troje na płaskim głazie przed chatą siedząc, wieczerzę pożywali, ujrzeli nagle starego człowieka, który stromą ścieżyną piął się ku nim w górę. A był to człek rosły, silnie zbudowany, o barkach szerokich, niby gladjator. Groźny i ponury wyraz miało jego lice. Oczy kryły się głęboko pod wypukłem czołem, w zarysie ust gorycz była i pogarda. Trzymał się prosto i poruszał śpiesznie. Człowiek ów w proste był odziany szaty, a winiarz ujrzawszy go, pomyślał: — Widać, że to stary żołnierz; uwolniono go ze służby, teraz zaś jest w drodze do stron rodzinnych. Gdy ów obcy do wieczerzających podszedł, zatrzymał się, jakby niepewnością zdjęty. Robotnik zaś, który dobrze wiedział, że ścieżyna kończy się tuż za chatą, łyżkę swoją odłożył i zawołał: — Zali zbłądziłeś obcy człowieku, żeś aż do chaty tej doszedł? Boć nikt nie zadaje sobie trudu, by tu się wdzierać, chyba żeby szedł z wieścią do kogoś z nas, którzy tu mieszkamy. A gdy tak pytał, obcy podszedł bliżej. — Jest, jakoś rzekł — powiedział. — Zgubiłem drogę i nie wiem teraz, dokąd kroki moje kierować. Jeśli mi tu chwilę spocząć pozwolisz, a potem drogę do jakiego folwarku ukażesz, wdzięcznym ci będę bardzo. I z temi słowy usiadł na jednym z głazów, które przed chatą leżały. Młoda niewiasta zapytała go, czy wieczerzy podzielić z nimi nie zechce, ale odmówił z uśmiechem. Natomiast nie brakło mu ochoty pogwarzyć z nimi, gdy jedli. Pytał młodych ludzi o to, jak żyją, jakiej się oddają pracy, a ci mu wesoło i swobodnie odpowiadali. Aż robotnik zwrócił się ku gościowi i wzajem pytać go zaczął. — Widzisz, w jakiej głuszy, jak od ludzi żyjemy — mówił. — Rok już upłynął od chwili, gdym raz ostatni mówił z innymi winiarzami i pasterzami. Nie mógłbyś nam ty, co pewnie z obozowiska jakiego powracasz, nieco o Rzymie i cesarzu opowiedzieć? Ledwie te słowa wypowiedzieć zdołał, gdy żona jego ujrzała, jak stara niewiasta rzuca mu ostrzegające wejrzenie i ręką znak czyni, by pilnie baczyć na to, co się mówi. Obcy ów odpowiedział uprzejmie: — Widzę, że mię za żołnierza bierzesz; nie bardzo się mylisz, chociaż już od lat wielu służbę opuściłem. Pod panowaniem Tyberjusza brakło pracy dla nas, wojennych mężów. A był on przecież ongi wielkim, wodzem. I były to szczęśliwe czasy jego życia. Teraz to jedno mu tylko w głowie, jak się przed spiskami uchronić. I w całym Rzymie mówią dziś o tem, że w przeszłym tygodniu dla błahego zupełnie podejrzenia senatora Tytusa pojmać i stracić rozkazał. — Biedny cesarz, sam już pono nie wie, co czyni — zawołała młoda . Załamała dłonie i głowę pochyliła w zdumieniu i żalu. — Słusznie mówisz — odpowiedział obcy, a wielka ponurość rozlała się po jego obliczu. — Tyberjusz wie o tem, że go wszyscy ludzie nienawidzą i to go właśnie do szaleństwa doprowadza. — Coś wyrzekł? — zawołała niewiasta. — I czemuż mielibyśmy go nienawidzieć? Żałujemy tylko, że nie jest już tak wielkim cesarzem, jak ongi, na początku swego panowania. — W błędzie jesteś — rzekł obcy. — Wszyscy ludzie nienawidzą Tyberjusza i pogardzają nim. I jakżeby mogli inaczej? Toć jest on tylko, okrutnym tyranem, który nie oszczędza nikogo. — A w Rzymie wierzą, że gorszym jeszcze będzie w przyszłości, niż teraz. — Zali stało się coś, coby zeń gorszego jeszcze uczynić mogło potwora, niż jest? — pytał winiarz. A gdy to powiedział, znów ujrzała żona jego, że stara niewiasta znak ostrzegający czyni, ale tak nieznacznie, iż on widzieć tego nie mógł. Obcy zaś mówił dalej uprzejmie, ale zarazem dziwny uśmiech błądził po jego ustach. — Wiadomem ci może, że do tej pory posiadał Tyberjusz w otoczeniu swojem przyjaciela, któremu ufać mógł zupełnie i który prawdę mu zawsze mówił. Bo wszyscy inni, co na dworze jego przebywają — to obłudnicy, jeno uśmiechu fortuny łaknący; sławią oni jednako jego złe i podstępne czyny — i czyny dobre i sprawiedliwe. Aliści była istota, jakom już rzekł, której nigdy nie brakło odwagi, by mu prawdziwą wartość czynów jego ukazać. — A człowiekiem owym, mężniejszym niż wszyscy wodze i senatorowie, była stara mamka cesarza — Faustyna. — Nieraz mi o niej opowiadano — rzekł robotnik. — Pono cesarz wielką jej okazywał życzliwość. — Słusznie mówisz. Tyberjusz umiał cenić wierność jej i przywiązanie. Niby matką drugą była mu owa biedna wieśniaczka, co ongi z nędznej chaty z gór Sabińskich przyszła. Póki sam on w Rzymie przebywał, mieszkała ona w z domów na Palatynie, by zawsze być blizko cesarza. I żadnej ze znakomitych matron Rzymu nie działo się tak dobrze jak jej. W lektyce niesiono ją przez ulicę, a szaty miała takie jak cesarzowa. A gdy cesarz na Capreaę się przeniósł, rozkazał kupić tam dla niej wspaniałą willę, pełną niewolników i kosztowności. — Zaprawdę, dobrze jej było — rzekł robotnik. I dalej on już tylko sam prowadził rozmowę z wędrowcem. Żona jego zamilkła i patrzyła w zdumieniu wielkiem na dziwną zmianę w starej niewieście. Od chwili przyjścia nieznajomego słowa jednego nie wyrzekła. Łagodność i uprzejmość znikły z jej oblicza. Odsunęła misę od siebie, prosta siedziała i sztywna, plecami o odrzwia oparta, nieruchome surowe spojrzenie w dal skierowawszy. — Wolą cesarską było — ciągnął nieznajomy — by szczęśliwe wiodła życie. Aliści mimo wszelkich jego dobrodziejstw i ona go opuściła. Na te słowa dreszcz wstrząsnął starą niewiastą, młoda zaś, uspokajając, położyła jej dłoń na ramieniu. A potem serdecznie i łagodnie mówić zaczęła: — Niepodobna mi uwierzyć, by stara Faustyna tak szczęsną się czuła na dworze, jako powiadasz — rzekła, zwracając się do nieznajomego. — Pewną jestem, że Tyberjusza jak syna rodzonego kochała. I czuję to, jaką dumą musiała ją napełniać jego szlachetna młodość! aleć i to pojmuję, jaką była jej troska, gdy cesarz na starość okrutnym się stał i nieufnym. I codzień pewnie upominała go i przestrzegała. A strasznem było dla niej prosić wciąż nadaremnie. Aż nie mogła dłużej poglądać na to, jak się on coraz głębiej i głębiej stacza w przepaść zbrodni. Cudzoziemiec aż naprzód się nieco pochylił, tak go słowa jej zdumiały. Ona zaś nie patrzyła ku niemu. Oczy miała spuszczone, a mówiła cicho bardzo i pokornie. — Słusznem może jest to, co o starej niewieście powiadasz — rzekł. — Faustyna nie była szczęśliwą na dworze cesarskim. Aleć dziwne to przecież, że opuściła cesarza na starość, choć całe życie przy nim przetrwała. — Co powiadasz? — zawołał robotnik. — Zali stara Faustyna opuściła cesarza? — Zbiegła ona z Capraei tak, że nikt o tem nie wiedział — rzekł nieznajomy. — A odeszła w takiem ubóstwie, jak przyszła ongi. Ze wszystkich skarbów swoich nic nie wzięła. — Czy naprawdę cesarz nie wie, dokąd się udała? — pytała młoda niewiasta swym łagodnym głosem. — Nie, tego nikt napewno nie wie, jaką drogę obrała Faustyna. To przecież prawdopodobnem się wydaje, że poszła szukać schronienia w swych górach rodzinnych. — Zali i tego cesarz nie wie, czemu go opuściła? — pytała młoda niewiasta. — Nie, o tem nic nie wie cesarz. Boć mu uwierzyć trudno, by opuściła go dlatego, iż rzekł jej raz, że ona także służy mu dla nagród i darów, jako i drudzy. Wie ona przecież, że nie wątpił nigdy o jej bezinteresowności. I wciąż żywił nadzieję, że dobrowolnie doń , boć nikt lepiej od niej nie wie, że oto bez przyjaciela ostał się. — Nie znam ci jej — rzekła młoda niewiasta — ale tak mniemam, że powiedzieć ci mogę, czemu opuściła cesarza. Owa stara niewiasta w cnocie i skromności w górach swoich wychowaną była i zawsze o nich z tęsknotą myślała. Aleć to pewne, że nie opuściłaby cesarza nigdy, gdyby jej nie był obraził. I rozumiem także, iż teraz, gdy już niedługie pasmo jej życia, poczuła, że może mieć prawo, by i o sobie pomyśleć. Gdybym ja na miejscu owej starej niewiasty z gór była, pewniebym uczyniła jako ona. Bo i jabym myślała, że uczyniłam dość, jeśli panu memu życie całe przesłużyłam. I opuściłabym wreszcie życie w dostatku i łaskę cesarską, by duszy mojej dać zakosztować czci i sprawiedliwości, zanim z ciała wynijdzie i w drogę się uda. Chmurnie i żałośnie spojrzał nieznajomy na młodą niewiastę. — A o tem przecież nie pomyślisz, że cesarz teraz okrutniejszym niż kiedykolwiek się stanie. Bo niemasz już nikogo, coby go uspokoić umiał, gdy go nieufność i pogarda ludzi opanują. I to sobie rozważ — ciągnął dalej, a chmurne jego spojrzenie wpijało się głęboko w oczy młodej niewiasty — że na świecie całym niemasz dziś jednego człowieka, którymby nie gardził, któregoby nie nienawidził. A gdy te słowa, pełne goryczy i rozpaczy wyrzekł, stara niewiasta poruszyła się gwałtownie i zwróciła ku niemu, młoda zaś śmiało spojrzała mu w oczy i mówiła: — Tyberjusz wie, że Faustyna powróci doń, skoro on tego zapragnie. Ale i ona wiedzieć musi, że stare jej oczy na dworze cesarskim nie będą poglądać na występki i zbrodnie. Powstali wszyscy przy tych słowach, winiarz zaś i żona jego stanęli przed starą niewiastą, jakby jej bronić chcieli. Nieznajomy nic już nie mówił, jeno pytające oczy zwrócił na starą. — Zali to i twoje ostatnie słowo? — zdawał się mówić. Usta starej drżały, ale żadne słowo z nich nie wybiegło. — Jeżeli cesarz miłował starą swą służebnicę — mówiła młoda niewiasta, — tedy powinien ostawić ją w pokoju u schyłku jej życia. Nieznajomy wahał się jeszcze, aż nagle rozjaśniło się jego ponure oblicze. — Przyjaciele moi — rzekł — cokolwiekby mówiono o Tyberjuszu, istnieje przecież coś, czego się lepiej niż inni nauczył, a mianowicie: rezygnacja. Jedno jeszcze tylko rzec wam pragnę: gdyby stara owa niewiasta, o której mówiliśmy, kiedykolwiek do chaty tej zapukała, przyjmijcie ją dobrze! Łaska cesarska nad każdym, kto jej pomocnym będzie! I owinął się w płaszcz swój i oddalił tą samą drogą, którą był przyszedł.

III.

Nigdy już odtąd winiarz ani żona jego ze starą niewiastą o cesarzu nie mówili. Między sobą dziwili się nieraz, że w tak podeszłych leciech nie zbrakło jej mocy, by wyrzec się tych bogactw i władzy, do których była przywykła. Zali nie powróci wnet do Tyberjusza? zapytywali się wzajemnie. Toż pewnie jeszcze go kocha. Opuściła go snać w nadziei, że go to upamięta i skłoni, by zaprzestał źle i zbrodniczo postępować. — Mąż o tak podeszłych leciech jak cesarz, nigdy już nowego życia nie zacznie — mówił robotnik. — Jakżeż mu odjąć tę wielką pogardę, którą dla ludzi żywi? Któżby to mógł stanąć przed nim i nauczyć go, by ich miłować zaczął? A póki to się nie stanie, nic go z podejrzliwości i okrucieństwa uleczyć nie zdoła. — Wiesz, że taki istnieje, który, zaprawdę, mógłby to uczynić — mówiła niewiasta. — I myślę nieraz, jakby to było, gdyby spotkali się ci dwaj. Ale drogi boskie nie są naszemi drogami. Stara niewiasta zupełnie nie zdawała się odczuwać zmiany w życiu. Gdy po pewnym czasie młoda urodziła dziecię, a stara pielęgnować je zaczęła, wydawała się tak zadowoloną, jakby z pamięci jej znikły wszelkie troski. A za każdym razem, gdy rok dobiegał połowy, owijała się w swój długi szary płaszcz i wędrowała do Rzymu. Nie szukała tam przecież żadnego człowieka, jeno szła wprost na Forum. Tu stawała przed małą świątynią, która wznosiła się po jednej stronie wspaniałego placu. Świątynię ową tworzył właściwie jeden niezwykłej wielkości ołtarz, stojący pod gołem niebem, na podwórcu, wyłożonem płytami marmurowemi. U szczytu ołtarza widniała Fortuna, bogini szczęścia, u stóp zaś jego znajdowała się kolumna z popiersiem Tyberjusza. Podwórzec otaczały budynki dla kapłanów komory na drzewo i stajnie dla zwierząt ofiarnych. Wędrówka starej Faustyny nie przedłużyła się nigdy poza tę świątynię, do której podążali wszyscy ci, co się o szczęście Tyberjusza modlić chcieli. — A gdy spojrzenie jej ogarnęło wnętrze świątyni, gdy ujrzała, że kwiaty wieńczyły postać bogini i spiżowe popiersie cezara, że płonęło ofiarne ognisko, a tłum pobożnych w pokorze cisnął się do , gdy usłyszała, że dokoła brzmią półgłośne hymny kapłanów, cofała się wtedy i znów w góry swoje powracała. Tak nie rozpytując nikogo, wiedziała przecież, że Tyberjusz jeszcze między żyjącemi gości i że dobrze mu się dzieje. Aliści gdy po raz trzeci wędrówkę swą odbywała, wielka ją uderzyła zmiana. Do świątyni małej podszedłszy, ujrzała ją spustoszoną i opuszczoną. Nie płonęło ognisko, nikogo z pobożnych widać nie było. Kilka zeschłych wieńców wisiało jeszcze z boku ołtarza i one tylko o dawnej jego świetności świadczyły. Znikli kapłani, a popiersie cezara, stróżów swoich pozbawione, nosiło ślady uszkodzeń i było obrzucone błotem. Wtedy stara niewiasta zwróciła się do pierwszego lepszego z przechodzących. — Cóż to znaczy? — pytała. — Zali Tyberjusz nie żyje? Zali innego mamy cesarza? — Nie! — odpowiedział rzymianin. — Jestci jeszcze Tyberjusz cezarem , ale przestaliśmy modlić się za niego. Modlitwy nasze nic mu już pomódz nie mogą. — Przyjacielu — rzekła niewiasta — mieszkanie moje daleko stąd w górach, a tam ludzie nic nie wiedzą o tem, co się na świecie dzieje. Czy nie mógłbyś mi powiedzieć, jakie nieszczęście dotknęło cesarza? — Najstraszliwsze z nieszczęść — rzymianin na to. — Powaliła go choroba, dotąd w Italji nieznana, ale pono zwyczajna bardzo na Wschodzie. A odkąd niemoc ta przyszła na cesarza, zmieniło się jego oblicze, głos stał się jako wycie zwierzęcia, palce zaś jego rąk i nóg gniją. A na chorobę oną niemasz pono lekarstwa. Mniemają wszyscy, że nie stanie go w ciągu kilku tygodni; jeśliby przecież nie umarł, odejmą mu koronę, boć człek taką niemocą złożony rządów sprawować nie może. Łatwo ci tedy pojąć, że wypełniły się jego losy. Daremno więc bogów o szczęście jego błagać. A i nie warto także — dodał z cichym śmiechem. — Nikt już ani zła ani dobra spodziewać się odeń nie . I czemużbyśmy wszyscy mieli trudzić się dla niego? Pokłonił się jej i odszedł, ona zaś stała niby ogłuszona. I po raz pierwszy w życiu zachwiała się pod ciosem i wyglądała jak ta, którą starość zmogła. Zgarbiła się bardziej, głowa trząść zaczęła, a ręce bezradnie chwytały powietrze. Pragnęła jaknajprędzej odejść z tego miejsca, ale z trudem dźwigały się nogi, krok był wolny i niepewny. Obejrzała się dokoła, czy kija na podporę nie znajdzie. Po kilku chwilach zdołała nadmiernym wysiłkiem woli opanować znużenie. Wyprostowała się zgarbiona postać i ruszyła pewnym krokiem przez gwarne ludne ulice.

IV.

W tydzień później stara Faustyna pięła się w górę po stromych skałach wyspy Capraei. Dzień był gorący, straszne uczucie starości i znużenia ją znów w tej wędrówce po krętych ścieżkach i schodach, w skale wykutych, które do willi Tyberjusza wiodły. A uczucie to wzrosło jeszcze, skoro dostrzegać zaczęła, jak bardzo zmieniło się wszystko przez czas, który zdala stąd spędziła. Boć dawniej tłumy ludzi wchodziły i zstępowały po tych schodach. Roiło się tu od senatorów, którzy olbrzymim libijczykom nieść się rozkazywali; zastępem niewolników otoczeni szli posłowie z różnych prowincji; pełno było szukających miejsc, pełno mężów znamienitych przez cezara na uczty i uroczystości proszonych. Lecz dziś puste były schody i drożyny. Szarozielone jaszczurki były jedynemi żywemi istotami, które stara niewiasta na drodze swojej spotykała. Dziw ją zdejmował, że tak wszystko ruiną groziło. Choroba cesarza najwyżej miesięcy parę trwać mogła, a przecież zielsko bujało już między marmurowemi płytami. Poschły szlachetne rośliny w przepięknych wazonach, a szkodnicy, których nie było komu powstrzymać, zniszczyli w kilku miejscach balustradę. Ale najdziwniejszym przecież wydawał się jej ten zupełny brak ludzi. Jeśli już nawet cudzoziemcom wzbronionem było ukazywać się na wyspie, toć musiały tu być przecież owe niezliczone zastępy żołnierzy i niewolników, tancerek i grajków, kucharzy i stolników, należących do dworu cesarskiego. Dopiero gdy Faustyna weszła na najwyższy taras, ujrzała kilku starych niewolników, którzy na stopniach schodów przed willą siedzieli. A gdy się ku nim zbliżyła, powstali i pokłonili się nizko. — Bądź pozdrowiona, Faustyno — powiedział jeden. — Któryż z bogów przysyła cię tu, by ulżyć naszej niedoli? — Co znaczy to wszystko, Milo? — pytała Faustyna. — Co znaczy ta pustka? Powiedziano mi przecież, że Tyberjusz na Capraei przebywa. — Cesarz wypędził wszystkich niewolników, żywi bowiem podejrzenie, że jeden z nas podał mu wino zatrute, a stąd poszła cała jego choroba. I mnie i Tyta byłby wypędził także, aleśmy go usłuchać nie chcieli. A wiesz przecież, że przez całe nasze życie służyliśmy cesarzowi i matce jego. — Nie o niewolników tylko pytam — rzekła Faustyna. — Gdzież senatorowie i wodze? Gdzież zaufani cesarza i wszyscy ci pochlebcy, co czołem proch z przed stóp jego zmiatali? — Tyberjusz nie chce nikomu ukazać swego oblicza — mówił niewolnik. — Senator Lucjusz i Macro, przywódzca straży przybocznej przychodzą co dnia pytać o rozkazy. Nikomu więcej wejść nie wolno. Faustyna szła po schodach ku willi. Niewolnik kroczył przed nią. Aż zapytała: — Co mówią lekarze o chorobie Tyberjusza? — Żaden z nich nie wie, jak leczyć oną chorobę. I tego nawet nie wiedzą, czy śpiesznie, czy też powoli zabija. Jedno przecież rzec ci mogę Faustyno, że Tyberjusz umrzeć musi, jeśli będzie odpychał dłużej jadło z obawy, że zatrutem być może. I to wiem, że żaden chory człowiek żyć nie może, czuwając we dnie i w nocy, jak to cesarz czyni, bojąc się, by go we śnie nie zamordowano. Jeśli cię znowu, jak za dni minionych ufnością swoją obdarzy, zdołasz go może skłonić, by jadł i spał. A tak o dni wiele życie jego przedłużysz. Niewolnik wiódł Faustynę przez podwórce i krużganki aż do tarasu, na którym zwykł był przebywać Tyberjusz, by cieszyć oczy widokiem na urocze zatoki i dumny Wezuwjusz. Wszedłszy na taras, ujrzała Faustyna budzącą wstręt i grozę istotę ludzką, z obrzękłą twarzą i zwierzęcemi rysami. Białe bandaże spowijały ręce i nogi, aleć z pod bandaży tych widać było nawpół zgniłe palce. Szaty zaś człowieka tego powalane były i kurzem pokryte. Snać nie był w stanie chodzić, ale pełzać musiał po tarasie. Leżał z zamkniętemi oczyma u przeciwległego kraju balustrady i nie poruszył się wcale, gdy niewolnik z Faustyną weszli. A szepnęła cicho do niewolnika, który ją poprzedzał. — Jakże to może być, Milo, by człek taki przebywał na tarasie cesarza? Śpiesz i zabierz go stąd czemprędzej. Ledwie przecież słowa te rzekła, ujrzała, jak Milo przed owym leżącym nędzarzem do ziemi się pochylił. — Cezarze — rzekł — oto mogę ci nareszcie wieść dobrą zwiastować. I tejże chwili obrócił się niewolnik do Faustyny, aliści wraz cofnął się przerażony i słowa już jednego nie zdołał powiedzieć. Bo nie ujrzał już dumnej matrony, co się tak silną wydawała, że jej lata Sybilli przepowiadać można było. W chwili onej zmogła ją starcza zgrzybiałość, a niewolnik widział przed sobą zgarbioną starowinę o zamglonem oku i rękach, które bezsilnie chwytały powietrze. Boć powiadano wprawdzie Faustynie, że strasznie zmienił się cesarz, ale ona nigdy nie przestała pamiętać go, jako tego krzepkiego męża, którego raz ostatni oglądała. I to jej przecież powiadano, że choroba owa działa powoli, że lat całych trzeba, by zmienić człowieka. Tu przecież postęp jej był tak gwałtowny, że miesięcy kilku starczyło, by cesarz stał się niepodobnym do siebie. Chwiejąc się, podeszła ku Tyberjuszowi. Słowa wydobyć z siebie nie mogła, niema stała przy nim i płakała. — Przyszłaś nareszcie, Faustyno? — zapytał, nie otwierając oczu. — Bo zdało mi się, że gdy tak leżę, ty stoisz przy mnie i płaczesz. Boje się oczy otworzyć, bo może to tylko złudzenie. A wtedy stara usiadła przy nim. Głowę jego uniosła i na łonie swojem złożyła. Tyberjusz zaś leżał cicho i oczu ku niej nie podnosił. Spłynęło nań uczucie błogiego pokoju i wnet pogrążył się w spokojny sen.

V.

W kilka tygodni później wędrował jeden z niewolników cesarza do samotnej chaty w górach Sabińskich. Wieczór nadchodził. Winiarz z żoną swoją stali na progu chaty i poglądali ku słońcu, które daleko na zachodzie gasło. Niewolnik zszedł z drogi i z pozdrowieniem zbliżył się ku nim. Potem wyjął ciężki mieszek z za pasa i podał go robotnikowi. — Przysyła ci to Faustyna, stara niewiasta, której miłosierdzie okazałeś — rzekł niewolnik. — I to ci powiedzieć każe, byś sobie za te pieniądze własną winnicę kupił i dom wybudował, już nie tam, gdzie orły się gnieżdżą. — Żyje więc jeszcze stara Faustyna? — pytał robotnik. — Szukaliśmy jej w bagnach i rozpadlinach. Gdy do nas nie wracała, mniemałem, że śmierć ją zaskoczyła w górach. — Czy nie pamiętasz — przerwała niewiasta, — żem w śmierć jej uwierzyć nie chciała? Czy ci nie mówiłam, że do cesarza powrócić musiała? — Tak było — rzekł robotnik. — Tak mówiłaś, ja zaś cieszę się bardzo, że spełniły się słowa twoje, nie dlatego przecież, że Faustyna tak dziś jest bogatą, by nas z biedy wybawić, ale żal mi było cesarza. Niewolnik zaś chciał ich zaraz pożegnać, by przed zapadnięciem mroku do miejsc zamieszkanych powrócić; na to jednak małżonkowie zgodzić się nie chcieli. — Pozostań do jutra z nami — mówili. — Jakże możemy dać ci odejść, nim nam wszystko o Faustynie Dlaczego powróciła do cesarza? Jakie było ich spotkanie? Czy szczęśliwi są teraz, że znów się połączyli? Niewolnik uległ ich prośbom. Wszedł do chaty, a zasiadłszy do wieczerzy, zaczął prawić o chorobie cesarza i powrocie Faustyny. A gdy powieść swoją skończył, ujrzał, że mąż i niewiasta siedzą bez ruchu, zdumieniem wielkiem zdjęci. Wzrok ich zwrócony był ku ziemi, jakby zdradzić nie chcieli wzruszenia, które opanowało oboje. Aż podniósł oczy mąż i rzekł do niewiasty: — Zali nie sądzisz, że to zrządzenie boże? — Zaprawdę — odparła ona — dlatego bóg nas z za morza do chaty onej . I wola jego była w tem, gdy starej niewieście drogę do drzwi naszych ukazał. A po tych słowach niewiasty, winiarz znów zwrócił się do niewolnika. — Przyjacielu — rzekł — ponieś-że poselstwo odemnie Faustynie! Powtórzysz jej to słowo w słowo! Oto co ci śle przyjaciel twój, winiarz z gór Sabińskich. Znasz młodą niewiastę, która żoną jest moją. Czy nie zdała ci się piękną i zdrowiem kwitnącą? A przecież niewiasta owa złożona była tą samą niemocą, która teraz Tyberjusza opanowała. Zdumiał się niewolnik, winiarz atoli prawił z coraz większym naciskiem. — Jeśli Faustyna nie zechce dać wiary słowom twoim, tedy powiedz jej, że żona moja i ja pochodzimy z Azji, z Palestyny, z kraju, w którym choroba owa często opanowuje ludzi. I prawo tam istnieje, że trędowatym we wsiach i miastach przebywać nie wolno, muszą oni na pustkowiach, w jaskiniach i wąwozach schronienia szukać. Powiedz tedy Faustynie, że żona moja od chorych pochodzi i w grocie skalnej zrodzoną została. Jako dziecię zdrową była , skoro przecież w dziewicę urosła, wnet ją opanowała choroba. A gdy winiarz skończył, niewolnik pochylił głowę i rzekł doń z przyjaznym uśmiechem. — Jakże chcesz, by Faustyna temu uwierzyła? Toż żonę twoją w kwitnącem zdrowiu i urodzie oglądała? A wie przecież, że leku nie masz na chorobę oną. Lecz winiarz odpowiedział: — Najlepiej by dla niej było, gdyby mi uwierzyła. Mogę przecież na świadków się powołać. Niech pośle ludzi do Nazareth w Galilei. Tam człowiek każdy da świadectwo prawdzie słów moich! — Zali niewiastę twoją bóg jakiś przez cud uzdrowił? — pytał niewolnik. — Rzekłeś — odparł robotnik — było, jako powiadasz. Dnia jednego śród chorych, którzy na pustyni mieszkali, rozeszła się wieść: — Słuchajcie, oto prorok wielki pojawił się w Nazareth, mieście . A mocen jest mocą ducha bożego i uleczyć może chorobę waszą, skoro wam czoła dotknie swą dłonią. Lecz chorzy w nędzy i niemocy swojej wieści onej wiary dać nie chcieli. — Nic nas uleczyć nie zdoła — mówili. Od dni wielkich proroków nie znalazł się taki, coby choć jednego z nas z niedoli mógł wybawić. Była przecież między niemi jedna dzieweczka młoda, która uwierzyła. I odeszła od nich, by szukać drogi do miasta Nazareth w Galilei, gdzie przebywał prorok. A dnia jednego, gdy przez równiny dalekie kroczyła, spotkała męża wysokiego wzrostu, o bladej twarzy i kruczych kędziorach. Ciemne jego oczy jaśniały niby gwiazdy i pociągały ją ku niemu. Nie zbliżała się przecież, ale zawołała nań zdaleka: — Nie podchodź do mnie, bowiem nieczystą jestem, powiedz mi jeno, gdzie znaleźć mogę proroka z Nazareth? Lecz mąż ów szedł wciąż ku niej, gdy zaś przed dzieweczką stanął, rzekł: — Poco szukasz proroka z Nazareth? — Szukam go, by dłoń swoją na czole mojem położył i z niemocy mię uleczył. A wtedy mąż ów przysunął się i położył jej dłoń swoją na czole. Ona zaś rzekła: — Czemuż to czynisz i dłoń swoją na czole mojem kładziesz? Nie jesteś przecież prorokiem? A mąż ów odrzekł z uśmiechem: — Idź do miasta i pokaż się kapłanom. Chora zaś dzieweczka myślała: — Szydzi oto ze mnie dlatego, iż wierzę, że uleczoną być mogę. Nie dowiem się od niego tego, co wiedzieć pragnę. Szła tedy dalej. Aż dostrzegła jeźdźca, który przez szerokie pola na łowy podążał. Gdy tak się już zbliżył, że głos jej usłyszeć mógł, zawołała: — Zdaleka odemnie, bowiem nieczystą jestem! Powiedz mi jeno, gdzie szukać mam proroka z Nazareth? — Czego żądasz od proroka? — pytał ów mąż i wolno podjeżdżał ku niej. — Chcę, by mi dłoń swoją na czole mojem położył i z niemocy uleczył. A mąż ów był wciąż bliżej. — Z jakiejże to choroby chcesz zostać uleczoną? — zapytał. — Nie trzeba ci przecież żadnego lekarza. — Czy nie widzisz, że nieczystą jestem? — dzieweczka na to. — Z chorych rodziców pochodzę i w jaskini skalnej zrodzoną zostałam. Jednako mąż ów nie przestawał zbliżać się ku niej, piękną bowiem i wdzięczną była, niby świeżo rozwinięty kwiat. — Najpiękniejszą jesteś z dziewic Judei! — zawołał. — Nie szydź i ty ze mnie — odrzekła. — Wiem, że gnije twarz moja, a głos mój jest jako wycie dzikiego zwierza. On zaś głęboko spojrzał jej w oczy i mówił: — Głos twój dźwięczny jest jak głos strumienia, co z wiosną po głazach szemrze, a lice twoje gładkie jest niby chusta jedwabna. I tak blizko do niej podjechał, że odbicie twarzy swej w lśniących ozdobach siodła niby we zwierciadle zobaczyć mogła. — Przejrzyj się — powiedział do niej. Uczyniła tak i ujrzała lice tak miękkie i gładkie, jak świeżo rozwinięte skrzydła motyla. — Cóżto widzą oczy moje? — zawołała. — Zaiste, nie moje to lice! — A jednak twojem jest — odparł jeździec. — Czyż głos mój nie jest jako rzężenie? Zali nie brzmi tak, jakoby wozy po kamienistej drodze jechały? — Głos twój brzmi niby najsłodsze melodje harfiane — odpowiedział jeździec. Ona zaś odwróciła się i ukazała ku drodze. — Zali wiesz, kim jest ów mąż, co właśnie tam między dwoma dębami znika? — zapytała jeźdźca. — On ci jest, o którego pytałaś przed chwilą — to prorok z Nazareth — odpowiedział. Wtedy w zdumieniu wielkiem uderzyła w dłonie, a oczy jej łzami się napełniły. — O święty! o mocą boską obdarzony! — wołała. — Tyś to mię uleczył! Jeździec zaś wziął ją na siodło i pośpieszył ku miastu, na zboczu góry leżącemu. Przed starszych i kapłanów ją wiódł i o spotkaniu opowiadał. A ci wypytywali o wszystko, aż dowiedziawszy się, że dzieweczka w skalnej jaskini z chorych rodziców zrodzona była, uwierzyć nie chcieli, by uleczoną być mogła. — Powracaj, skąd przybyłaś — powiedzieli. — Bo jeśli chorą byłaś, musisz nią przez życie całe pozostać, i nie waż się do miasta przychodzić, by zaś innych chorobą swoją nie zarazić! A ona odrzekła im: — Wiemci, że uleczoną jestem, bowiem prorok z Nazareth dłoń swoją na czole mojem położył. Ci zaś usłyszawszy to, wołali: — Któż jest, który nieczystych czystemi mógłby uczynić? Wszystko jest jeno sprawą złych duchów. Powracaj do twoich, byś nam wszystkim zaguby nie przyniosła! I nie chcieli jej za uleczoną ogłosić i w mieście jej przebywać zabronili. I rozkazali, by każdy, kto jej życzliwość okaże, za nieczystego obwołany został. A gdy kapłani wyrok ów ogłosić dali, dzieweczka zapytała męża, który ją za miastem na polu spotkał: — Dokądże mi pójść teraz? Zali powrócić muszę do chorych na pustynię? Mąż ów zaś znowu na siodle ją posadził i rzekł: — Nie powrócisz do chorych w jaskiniach skalistych, ale ujdziemy oboje daleko stąd, za morze, do ziemi, gdzie nie masz praw dla czystych i nieczystych. A ona... Tu przerwał niewolnik opowieść winiarza, powstał i rzekł: — Możesz mi już nic więcej nie powiadać. Powstań raczej, a przeprowadź mię kęs drogi, ty, co znasz góry, bym podróż mą tej nocy jeszcze mógł zacząć i jutra nie potrzebował czekać. Boć ani cesarz ani Faustyna nie otrzymają tych wieści zawcześnie. Gdy winiarz niewolnikowi drogę ukazał i do chaty powrócił, czuwała jeszcze żona jego. — Nie mogę usnąć — rzekła. — Myślę wciąż o tem, że zejdą się ci dwaj. Ten, który wszystkich ludzi miłuje, i ten, który ich nienawidzi. I jest mi, jakoby spotkanie owo świat z posad ruszyć miało.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…