Front matter
HEKTOR MALOT.
Y
Powieść
całość
HEKTOR MALOT.
Y
Powieść
NAGRODZONA PRZEZ AKADEMJĘ FRANCUSKĄ.
OPRACOWAŁA DLA MŁODZIEŻY
STEFANJA TUCHOŁKOWA.
WYDANIE DRUGIE POPRAWIONE.
MIKOŁÓW, G. Ś.
NAKŁADEM I DRUKIEM SPÓŁKI WYDAWNICZEJ KAROLA MIARKI.
I.
Na wsi.
Jestem podrzutkiem. Lecz aż do ósmego roku życia myślałem, że mam tak samo, jak inne dzieci, matkę; gdyż, kiedy płakałem, brała mnie kobieta w swe objęcia i tuliła słodko tak długo, dopóki łzy me płynąć nie przestały. Gdy kładłem się do łóżeczka, ściskała mnie zawsze na dobranoc; a gdy wiatr grudniowy ciskał śniegiem o szyby okien, rozgrzewała me zziębnięte nóżki i rączki w swych dłoniach, nucąc mi przytem piosenkę, której melodie i niektóre słowa zachowałem dotychczas w pamięci. Gdy pasając naszą krówkę przy drogach lub na pastwiskach, zaskoczony zostałem burzą ulewną, wybiegała mi naprzeciw i okrywała mi głowę i ramiona swą wełnianą spódnicą. Wreszcie, gdy posprzeczałem się z którym z moich towarzyszy, słuchała cierpliwie opowiadań o moich zmartwieniach i zawsze znalazła dla mnie jakieś słowo pociechy, lub przyznawała mi słuszność. Tkliwy sposób, w jaki się do mnie odzywała i w jaki na mnie spoglądała, jej czułe pieszczoty, a nawet słodycz, jaką przy karceniu mnie zachowywała, — wszystko to sprawiło, że kochałem ją i uważałem za matkę. — Ale ona była tylko moją karmicielką; — dowiedziałem się o tem zupełnie niespodzianie. Wioska, w której się wychowywałem, z powodu swych nieurodzajnych gruntów należała do najbiedniejszych w całej Francji. W zacisznym zakątku nad brzegiem strumyka, który toczy swe fale do dopływu Loary, wznosi się dom, w którym spędziłem pierwsze lata mego życia. Aż do ośmiu lat nie widziałem nigdy mężczyzny w tym domu. Matka moja nie była jednak wdową, lecz jej mąż, który był z zawodu kamieniarzem, pracował tak, jak tylu innych robotników z okolicy, w Paryżu i jak tylko pamięcią zasięgnąć mogłem, nie przyjeżdżał nigdy do domu. Od czasu do czasu tylko przysyłał wiadomości o sobie przez którego z powracających do wsi kolegów. — Matko Barberin, waszemu mężowi powodzi się dobrze. Polecił mi, abym wam powiedział, że robota mu idzie i abym wam wręczył pieniądze, które przeliczcie. To było wszystko. Matka Barberin zadawalniała się temi wiadomościami. Jej mąż był zdrów, miał zajęcie, zarabiał na życie. Nie trzeba jednak przypuszczać, że Barberin tak długo pozostawał w Paryżu dla tego, że nie miał przywiązania do swej żony. Bynajmniej. Praca tylko zatrzymywała go w Paryżu i powróciłby chętnie do swej żony, gdyby zebrał dosyć pieniędzy, które uchroniłyby ich na starość od biedy. Pewnego wieczora listopadowego jakiś nieznany człowiek zatrzymał się przed naszym ogródkiem. Otworzył wrota, które zaskrzypiały w zawiasach i zbliżał się ku domowi. Na skrzyp zawias wybiegła matka Barberin w chwili, gdy przybysz przekraczał próg naszego mieszkania. — Przynoszę wam wiadomości z Paryża, — rzekł. Były to zwykłe słowa, które już tylokrotnie odbijały się o nasze uszy, ale niezwykły był ton, jakim teraz były wymówione. — O! mój Boże! — zawołała matka Barberin, załamując ręce, — niezawodnie nieszczęście spotkało Hieronima. — A więc tak, — brzmiała odpowiedź, — ale nie miejcie obawy o życie waszego męża. Jest on tylko ranny, lecz może zostanie kaleką. Tymczasem znajduje się on w szpitalu. Leżałem w tej samej sali, co i on, a gdym opuszczał szpital, by wrócić w te strony, prosił mnie, bym wstąpił po drodze do was i wam to wszystko opowiedział. — Mąż wasz odniósł rany swe przy załamaniu się rusztowania, które go przytłoczyło, ale w tym czasie nie powinien się był tam znajdować, więc też przedsiębiorca budowlany odmówił mu wszelkiego odszkodowania. Namówiłem go jednak, by wytoczył proces przedsiębiorcy. — Proces kosztuje wiele pieniędzy. — Tak, ale te się zwrócą, gdy wygra się proces. Matka Barberin chciała jechać do Paryża, lecz podróż była daleka i kosztowna. Nazajutrz rano poszliśmy na wieś poradzić się proboszcza. — Napisał on list do ks. kapelana szpitala, w którym znajdował się Barberin. W kilka dni później przyszła odpowiedź, aby matka Barberin nie udawała się do Paryża, lecz aby przysłała mężowi pewną sumę pieniędzy na proces przeciw przedsiębiorcy budowlanemu. Upływały dnie, tygodnie. — Od czasu do czasu nadchodziły listy, a w każdym Barberin domagał się pieniędzy. W ostatnim liście, bardziej naglącym niż poprzednie, domagał się, aby sprzedać krówkę, jeżeli braknie gotówki. Ci tylko, którzy znają zbliska życie wieśniaków, wiedzą, ile okropności zawierają w sobie te słowa „sprzedać krówkę“. Najbiedniejszy i choćby liczną rodziną obdarzony wieśniak, nie zazna głodu, dopóki ma w swej obórce krówkę. — Na postronku, a nawet na zwyczajnym sznurku zaczepionym o rogi, oprowadza dziecko krówkę wzdłuż dróg, ponad któremi rośnie trawka, nienależąca do nikogo, a wieczorem cała rodzina ma masełko do zupy i mleko do kartofli. Całą rodzinę, — ojca, matkę i dzieci, wielkich i małych — żywi krówka. I nas, mnie i matkę Barberin żywiła nasza krówka, lecz była nietylko naszą żywicielką, ale i towarzyszką i przyjaciółką. Nie należy sobie bowiem wyobrażać, że krówka jest stworzeniem głupiem, przeciwnie, to zwierzątko pełne rozumu i zalet. Pieściliśmy często naszą krówkę, przemawialiśmy do niej, a ona nas rozumiała. Gdy zaś spojrzała na nas swemi wielkiemi, okrągłemi, pełnemi łagodności oczyma, wiedzieliśmy zaraz, czego jej potrzeba. Kochaliśmy ją i ona była do nas przywiązaną. A jednak trzeba się było z nią rozstać, gdyż tylko przez sprzedaż krówki można było zadowolnić Barberina. Przyszedł handlarz i obejrzawszy dokładnie „graniastą“, oświadczył, że ona niewiele co warta, ale gotów ją wreszcie kupić z dobrego serca i przez przyjaźń, jaką czuje dla matki Barberin. Biedna „graniasta“, jakby rozumiejąc, co się święci, nie chciała w żaden sposób wyjść z obórki i zaczęła ryczeć żałośnie. Matka Barberin wzięła więc ją sama na postronek i wyprowadziła na drogę, a handlarz przywiązał ją do tyłu swego wózka. Podciął konia, a „graniasta“, chcąc nie chcąc, musiała za wózkiem podążać. Weszliśmy do domu, dokąd jeszcze długo dochodziły jej żałosne porykiwania. Nie mieliśmy już teraz ani mleka, ani masła. Musieliśmy jeść suchy chleb i kartofle nieokraszone. Nadszedł tłusty wtorek, w którym to dniu za lat poprzednich matka Barberin napiekła mi zawsze chruścików i pączków i cieszyła się, patrząc, jak zajadałem jeden po drugim. Ale wtedy „graniasta“ dostarczała nam mleka do podlania i masła do okraszenia i usmażenia ciasta. — Niema teraz „graniastej“, — mówiłem smutno sam do siebie, — niema mleka, ni masła, nie będzie więc chruścików, ani pączków. Tymczasem, matka Barberin sprawiła mi wielką niespodziankę. Poprosiła jedną ze swych sąsiadek o trochę mleka, drugą o kawałek masła i gdy koło południa wszedłem do izby, zastałem matkę Barberin zajętą wsypywaniem mąki do koponki. — Ach! mąka, — rzekłem, zbliżając się. — Tak, to mąka, mój mały Remi, — odparła, uśmiechając się. Nie śmiałem zapytać się, do czego ma być zużytą ta mąka, nie chcąc sprawić przykrości matce Barberin. — Do czego używa się mąki? — zapytała, spoglądając na mnie. — Na chleb. — I na co jeszcze? — Na zupę. — I na co jeszcze? — Nie wiem. — O tak, ty wiesz, dobry, mały chłopcze, że to dziś tłusty wtorek, dzień pączków i chruścików, lecz wiesz także, że nie mamy masła ani mleka, więc nie chciałeś o tem mówić. Nieprawdaż? — O! matko Barberin! — Widzisz, odgadłam to wszystko i postarałam się o to, aby tłusty wtorek nie wypadł zbyt chudo. Zajrzyj tylko do garnka. Uniosłem żywo pokrywkę i spostrzegłem mleko, masło, jaja i trzy jabłka. — Podaj mi jaja, — rzekła matka — i w czasie, gdy je rozbiję, ostruż jabłka. Gdy ciasto było już zaprawione, matka Barberin postawiła naczynie z ciastem na gorącym popiele, gdzie miało stać aż do wieczora. Przy kolacji mieliśmy piec pączki i chruściki. Przyznać się muszę otwarcie, że dzień dłużył mi się niesłychanie. Niejednokrotnie zaglądałem do rosnącego ciasta, którego miły zapach mnie nęcił. — Narąb drewek, — rzekła mi wreszcie matka Barberin, — trzeba naniecić silny ogień. W mig rozpalony był ogień. — Przystaw masło na ogień, — rzekła. Nie potrzeba było powtarzać tego rozkazu, na który z niecierpliwością oczekiwałem. Po chwili rozszedł się miły zapach smażącego się masła. — Nasza chałupka wydała mi się pałacem. Przysłuchiwałem się z przyjemnością, jak ogień wesoło trzaskał i jak się masło w garnku smażyło. Naraz zdało mi się, że słyszę szelest kroków na podwórku. Któż mógłby przyjść przeszkodzić nam w tej godzinie? Jaka sąsiadka chce zapewne poprosić o światło. — Lecz nie zastanawiałem się nad tem dłużej, bo matka miała właśnie gotowe ciasto wrzucać do garnka; nie była to więc chwila odpowiednia na rozmyślania. Wtem rozległ się stuk kija na progu. Drzwi rozwarły się gwałtownie. — Kto tam? — zapytała matka Barberin, nie odwracając się. Do izby wszedł jakiś człowiek i w blasku płomienia, jaki padł na niego, dojrzałem, że miał na sobie białą bluzę, a w ręku trzymał wielki kij. — Ach! to wy tutaj taką fetę sobie wyprawiacie, — zawołał groźnie. — O mój Boże, — zawołała matka Barberin, odstawiając prędko garnek, — to ty jesteś, mężu mój, Hieronimie! Poczem chwyciwszy mnie za ramię, posunęła mnie ku przybyszowi, który zatrzymał się na progu. — To twój ojciec, — rzekła do mnie.
II.
Przybrany ojciec.
Przybliżyłem się ku niemu, chcąc go uściskać, lecz odepchnął mnie końcem swego kija. — Jakto! — rzekł do matki, — to on tu jeszcze jest? Przecież powiedziałaś mi... — Tak, lecz to była nieprawda. — Ach! nieprawda, nieprawda! Postąpił kilka kroków ku mnie i podniósł swój kij, jakby do uderzenia. Bezwiednie cofałem się. Cóż uczyniłem? Jakąż była moja wina? Dla czego tak mnie witał w chwili, gdy chciałem go uściskać? Nie miałem czasu rozważać tych różnorodnych myśli, jakie kłębiły się w moim strwożonym umyśle. — Widzę, że chcieliście obchodzić tłusty wtorek, — rzekł. — To dobrze, gdyż mam rzetelny głód. Co masz na wieczerzę? — Zarabiałam pączki. — Pączkami się nie najem, bo zrobiłem dziś dziesięć mil drogi na piechotkę. — Nie mam nic innego. Nie oczekiwaliśmy ciebie. Rozejrzał się naokół. Spojrzał w stronę, gdzie nad kotliną wisiała dawniej zawsze słonina na haku, lecz nie było tam już jej oddawna. Z haka zwieszał się tylko pęczek czosnku i cebuli. — Otóż cebula, — rzekł, strącając kilka cebulek końcem swego kija. Odstaw ciasto, a ugotuj nam zupę z cebulą zasmażoną w maśle. Matka Barberin nic nie odrzekła, lecz uczyniła to, czego żądał jej mąż, który tymczasem rozsiadł się na ławce, w rogu przy kotlinie. Nie śmiałem ruszyć się z miejsca. — Wsparty o stół, przypatrywałem się. Matka Barberin postawiła garnek na ogień. — Z tem ździebełkiem masła chcesz zupę ugotować, — rzekł ojciec i chwytając miseczkę, na której było rozpuszczone masło, wlał wszystko w garnek. Nie było już zatem masła; nie będzie więc można upiec chruścików i pączków. Kiedyindziej byłoby mnie to wielce zmartwiło, ale w tej chwili nie myślałem ani o chruścikach, ani o pącz- kach. Zaprzątała mnie całkowicie myśl, że ten człowiek tak groźny jest moim ojcem. Mój ojciec, to mój ojciec, — powtarzałem w myślach bezwiednie. Nigdy dotychczas nie zdawałem sobie z tego sprawy, co to znaczy mieć ojca. W moim dziecięcym umyśle wyobrażałem sobie, że ojciec to jest matka, obdarzona grubym, męskim głosem. Patrząc teraz na tego ojca, który mi spadał z nieba, zdjęty byłem bolesną, niewypowiedzianą trwogą. — Nie stój tak nieruchomo, jakbyś przymarzł do swego miejsca, — rzekł naraz ojciec do mnie, — lecz postaw miski na stół. Spełniłem spiesznie to, co mi rozkazał. Zupa była ugotowaną. — Matka nalała ją na miski. Wtedy ojciec wstał ze swego miejsca przy kotlinie i usiadł przy stole. Jadł, spoglądając raz po raz z pod oka na mnie. Byłem tak zmieszany, tak niespokojny, że nic prawie jeść nie mogłem. Ukradkiem spoglądałem także raz po raz na ojca, spuszczając oczy, gdy spotkałem się z jego wejrzeniem. — Czy on zawsze tak mało jada? — zapytał żony, wskazując na mnie łyżką. — Owszem, on ma zazwyczaj dobry apetyt, — odparła. — Więc chyba nie jesteś głodnym? — zapytał mnie. — Nie, — wyjąkałem. — Połóż się zatem do łóżka i staraj się usnąć natychmiast, bo jak nie, to się rozgniewam. Matka Barberin rzuciła mi wymowne spojrzenie, abym był posłuszny rozkazowi, lecz i tak nie byłbym pomyślał o oporze. Tak, jak to jest zazwyczaj w chatach wieśniaczych, nasza kuchnia była zarazem naszą sypialnią. — Łóżeczko moje znajdowało się w rodzaju rozkładanej na noc szafy, zasłoniętej parawanem z czerwonego płótna. Rozebrałem się pospiesznie i położyłem, ale usnąć nie mogłem w żaden sposób. Jeżeli ten człowiek jest moim ojcem, — rozmyślałem, — to dla czego obchodzi się ze mną tak surowo? Z noskiem przytulonym do ściany, usiłowałem odpędzić precz te myśli i zasnąć; lecz było to niemożliwem. Sen nie przychodził na zawołanie. Po pewnej chwili poczułem, że ktoś zbliża się do mego łóżeczka. — Czy śpisz? — usłyszałem pytanie, wymówione przytłumionym głosem. Bałem się odpowiedzieć i leżałem cicho. — On już śpi, — odparła za mnie matka Barberin; ledwie się położy, zaraz zasypia zawsze. Możesz mówić teraz wszystko bez obawy, że on to posłyszy. Jak jest z twoim procesem? — Przegrałem go. Sędziowie nie przyznali mi słuszności, ponieważ nie powinienem był stać pod rusztowaniem. Przedsiębiorca nie potrzebuje mi nic zapłacić. To mówiąc, uderzył pięścią w stół i począł kląć głośno. — Tyle pieniędzy poszło na marne na koszta tego nieszczęsnego procesu, — rzekł znów po chwili, — a do tego zostałem kaleką na całe życie. Na dobitkę znajduję tu jeszcze to dziecko. Wytłómacz mi, dlaczego nie postąpiłaś tak, jak ci to nakazałem? — Nie mogłam tak postąpić. — Nie mogłaś go zanieść do domu podrzutków? — Nie opuszcza się tak dziecka, które karmiło się swą piersią i które się kocha? — To nie jest twoje dziecko. — Zresztą chciałam uczynić tak, jakżeś tego żądał, ale właśnie, gdym go do domu podrzutków odnieść miała, zachorował. — Ale przecież wyzdrowiał! — Tak, ale nie zaraz. Po tej chorobie przyszła inna. Kaszlał tak bardzo, biedny malec, że aż serce mi się ściskało, gdym słyszała go kaszlącego. Tak samo chorował nasz biedny, mały Mikołajek, który nam umarł. Zdawało mi się, że jak go odniosę do miasta, to umrze tak samo, jak tamten. — W jakim on teraz jest wieku? — Liczy ośm lat. — Więc teraz oddam go jeszcze tam, gdzie się oddawna znajdować powinien, choć mu to może nie będzie zbyt przyjemnem. — Ach! Hieronimie, ty nie uczynisz tego! — A któż mi zabroni to uczynić? Czy myślisz, że możemy go na zawsze przy sobie zatrzymać? Na chwilę milczenie zaległo. Wzruszenie tamowało mi oddech w piersiach. — Ach! jak cię ten Paryż zmienił, — rzekła wreszcie matka, — dawniej nie byłbyś się w ten sposób odzywał. — Być może. Ale zastanów się, że jestem teraz kaleką. Jak mam zarobić na moje i na twoje utrzymanie? Nie mamy nic gotówki. Krowa sprzedana. Nie mamy sami z czego żyć, a mamy jeszcze żywić jakiegoś podrzutka? — To mój chłopiec. — Nie, to nie jest ani twój, ani mój. To nie jest chłopskie dziecko. Przyglądałem mu się dobrze w czasie kolacji. Jest on delikatny, chudy, nie ma silnych ramion, ani łydek. — To najładniejsze dziecko z całej wsi. — Czy jego uroda go wyżywi? Czyż można być robotnikiem, mając ramiona takie, jakie on ma? To jest pańskie dziecko z miasta, a takie na nic się nam tu nie zda. — A jeżeli zjawią się kiedy jego rodzice i pytać się o to dziecko będą, cóż im powiesz? — Jego rodzice? Czyż on ma jeszcze rodziców? Gdyby ich miał, byliby go już szukali i odszukali w przeciągu tych ośmiu lat. Głupi byłem, przypuszczając, że ma rodziców, którzy się kiedyś o niego dopomną i za- płacą nam dobrze za jego wychowanie. Idjota ze mnie, żem tak sądził, ponieważ chłopiec owinięty był w bieliznę z koronkami. Zresztą może już jego rodzice nie żyją. — Może jednak żyją i dopomną się jeszcze o niego. Jestem przekonana, że tak będzie. — Jak też te kobiety są uparte! — Ale jeżeli przybędą? — No, to poślemy ich do przytułku. Lecz dość już o tem. Nudzi mnie ta sprawa. Jutro pójdę z nim do mera, a teraz pójdę do mego znajomego Franciszka. W godzinę powrócę. Drzwi się otworzyły i zamknęły. Mąż matki Barberin odszedł. Wtedy podniosłem się żwawo na łóżeczku i zawołałem: Mamo! Przybiegła do mego łóżeczka. — Czy pozwolisz, mamo, oddać mnie do domu podrzutków? — Nie, mój mały Remi, nie. Uściskała mnie czule, tuląc w swych ramionach. Ta pieszczota dodała mi odwagi i łzy moje przestały płynąć. — Więc ty nie spałeś? — zapytała mnie łagodnie. — Nie mogłem, mamo. — Nie gniewam się o to, więc słyszałeś wszystko, co mówił Hieronim? — Tak, ty nie jesteś moją mamą, ale on też nie jest moim ojcem. — Może powinnam ci była to wpierw powiedzieć, lecz kochałam cię, jakbyś naprawdę był mojem dzieckiem. Twej właściwej mamy nikt nie zna; nikt nie wie kto i gdzie ona jest. Czy żyje jeszcze, czy też niema jej już na świecie? — Pewnego poranku Hieronim przechodząc w Paryżu szeroką ulicą, wiodącą do ogrodu, posłyszał płacz nie- mowlęcia. Zbliżył się do furty i spostrzegł małe dziecię złożone na ziemi. — Było to o świcie, w miesiącu lutym. — Gdy się Hieronim naokół rozejrzał, by kogoś przywołać, ujrzał jakiegoś człowieka, kryjącego się poza pniem grubego drzewa. Człowiek ten począł teraz prędko uciekać. Bezwątpienia ukrył się on tam dlatego, by zobaczyć, czy kto znajdzie dziecko, które on tam położył. Hieronim nie wiedział co począć z dzieckiem, które na cały głos płakało. Tymczasem nadeszło jeszcze kilku innych robotników i Hieronim idąc za ich radą, odniósł płaczące rzewnie niemowlę do komisarza policyjnego. — Dziecię nie przestawało płakać. Niezawodnie zimno mu było. Ale gdy i w biurze policyjnem, gdzie bardzo ciepło było, dziecko wciąż płakało, domyślono się, że jest głodne i poszukano kobiety, która je nakarmiła. Wtedy rozebrano niemowlę przed ogniem. — Był to śliczny, pięcio- lub sześciomiesięczny chłopyszek, różowy, tłusty, prześliczny. Pieluszki i cienka, ozdobiona koronkami bielizna, jaką miał na sobie, świadczyły o tem, że musiało to być dziecię bogatych rodziców. Było to zatem dziecko, które ktoś musiał ukraść, a następnie porzucił. Tak przynajmniej komisarz tę sprawę wytłomaczył. — Cóż miano z dzieckiem zrobić? — Po spisaniu wszystkiego, co zeznał Hieronim, powiedział komisarz, że odeśle niemowlę do domu podrzutków, jeżeli między obecnymi nie znajdzie się nikt, ktoby podjął się wychowywać to dziecię dopóty, dopóki się jego rodzice nie zgłoszą i za wysokiem wynagrodzeniem dziecka swego od wychowawcy nie odbiorą. — Na to odezwał się Hieronim, że weźmie dziecię do siebie. Dano mu je. Miałam właśnie własne dziecię w tym samym wieku. W ten sposób stałam się twoją matką. — O mamo! — Po upływie trzech miesięcy straciłam moje dziecię i wtedy przywiązałam się jeszcze bardziej do ciebie. Zapomniałam całkiem, że nie jesteś naszym synem. Na nieszczęście Hieronim nie zapomniał o tem i gdy po trzech latach nie zgłosili się po ciebie twoi rodzice, chciał oddać cię do przytułku. Słyszałeś, dlaczego nie usłuchałam go. — Ale teraz nie pójdę do przytułku dla podrzutków, — wołałem, tuląc się do niej. — O mamo, nie oddawaj mnie do przytułku, błagam cię. — Nie, moje dziecię, nie pójdziesz tam. Załatwię to jakoś. Hieronim nie jest złym człowiekiem, zobaczysz; tylko zmartwienie i obawa przed nędzą do tego go nakłaniają. Ale będziemy wspólnie pracowali i ty także. — Tak, zrobię wszystko, co zechcesz, mamo, tylko nie dawaj mnie do przytułku. — Dobrze, nie pójdziesz tam, ale pod warunkiem, że będziesz się starał usnąć zaraz. Trzeba, żebyś spał, gdy ojciec wróci. Uściskała mnie serdecznie i obróciła do ściany. Chciałem zasnąć, ale zanadto byłem wstrząśnięty, zanadto wzruszony, by przywołać na zawołanie spokój i sen. Przychodziło mi ciągle na myśl dwoje dzieci, które we wsi „podrzutkami“ nazywano. Nosiły na szyjach blaszki z numerami. Były zawsze nędznie odziane i brudne; wyśmiewano się z nich. Inne dzieci wiejskie goniły za niemi i biły tak, jak się ściga i bije psa bezdomnego, za którym nikt się nie ujmie. Ach! nie chciałbym być na miejscu tych dzieci, nie chciałbym nosić numeru na szyi; nie chciałbym, aby za mną goniono z okrzykiem: „Do przytułku, do przytułku“. Zimno robiło mi się na samą myśl o tem i zęby szczękały mi. Nie mogłem zasnąć, a Barberin miał lada chwilę powrócić. Szczęściem powrócił później, niż zapowiedział, a tymczasem sen skleił wreszcie me powieki.
III.
Wędrowna trupa synjora Witalisa.
Całą noc spałem pod wrażeniem zmartwienia i lęku. Ledwie nazajutrz zrana się zbudziłem, obmacałem wpierw moje łóżeczko i rozejrzałem się naokół, aby przekonać się, czy mnie czasem do przytułku nie wyniesiono. Przez cały ranek Barberin nie odzywał się do mnie wcale i sądziłem już, że odstąpił od swego zamiaru oddania mnie do przytułku. Zapewne matka Barberin z nim się rozmówiła i nakłoniła go do zatrzymania mnie. Lecz gdy nadeszło południe, Barberin kazał mi wziąć czapkę i iść za nim. Przestraszony spojrzałem na matkę, ale ta dała mi ukradkiem znak, bym był posłusznym i nie obawiał się niczego. Nic więc nie odrzekłszy, postępowałem za Barberinem drogą, wiodącą do wsi. Szliśmy blisko godzinę, a w tym czasie Barberin nie przemówił do mnie ani słowa. — Wreszcie weszliśmy do wiejskiej kawiarni. Odetchnąłem swobodniej, bo kawiarnia nie wydawała mi się miejscem niebezpiecznem. Barberin zasiadł przy stole wraz z właścicielem kawiarni, ja zaś wsunąłem się w kącik przy kominku i rozejrzałem się naokół. Naprzeciw mnie, także w kącie, siedział wysoki starzec z białą brodą, ubrany dziwacznie. — Nigdy w życiu nie widziałem osoby żyjącej w pozie tak nieruchomej; starzec podobnym był do figur świętych, wyciosanych z drzewa w naszym kościele. Pod jego krzesłem usadowiły się trzy psy, — biały pudel, czarna suczka i jedna maleńka, bura psina o i łagodnym wyglądzie. Pudel miał na łbie kaszkiet policyjny, zapięty sprzączką mosiężną na podgardlu. W czasie, gdym się im ciekawie przyglądał, Barberin rozmawiał półgłosem z właścicielem kawiarni i dosłyszałem, że to właśnie o mnie mówili. Barberin opowiadał, że chce mnie zaprowadzić do mera i zażądać, by gmina płaciła mu na moje utrzymanie. A więc to było tem ustępstwem, jakie matka Barberin otrzymała od swego męża. Pojąłem w jednej chwili, że, jeżeli Barberin będzie miał korzyść z tego, że zatrzyma mnie w domu, to mi już nic nie grozi. Starzec musiał słyszeć także to, o czem mówiono, bo naraz wskazując prawą ręką na mnie, rzekł do Barberina: — A więc to dziecko panu zawadza? — Tak. — I pan sądzisz, że zarząd gminnego przytułku zwróci panu koszta utrzymania tego chłopca? — Tak, chłopiec nie ma rodziców i jest mi ciężarem. Ktoś musi mi zapłacić za niego. To mi się słusznie należy. — Nie wszystko otrzymuje się, co się słusznie należy. — Sądzę, że nic panu nie dadzą. — W takim razie oddam go do domu podrzutków. — Wziąłeś go pan do siebie; tem samem przyjąłeś obowiązek wyżywienia go. — Nie będę go żywił. Wyrzucę go poprostu z domu. Pozbyć muszę się go w każdym razie. — Podam panu sposób pozbycia się go natychmiast, — odparł starzec po chwili namysłu, — możesz pan nawet na tem coś zyskać. Domawiając tych słów, wstał starzec ze swego miejsca i usiadł przy stole naprzeciw Barberina. — Rzecz dziwna, w chwili, gdy wstawał, torba skórzana, jaką miał przewieszoną przez ramię, poruszyła się, jakby w niej coś ożyło. Wyglądało to tak jakby miał psa schowanego w lewem ramieniu. Śledziłem go wzrokiem w okrutnem przerażeniu. — Pan nie chcesz w żaden sposób żywić dłużej tego chłopca, oddaj mi go pan zatem, ja go wezmę. — Mam dać panu tego chłopca? — Przecież chcesz się pan go pozbyć. — Miałbym dać panu tak pięknego chłopca? — Przyjrzyj mu się pan tylko. — Już mu się przyjrzałem. — Remi, pójdź tylko. Przybliżyłem się do stołu, drżąc cały. — Nie bój się, — rzekł mi starzec. — Niech pan patrzy, jaki to ładny chłopiec. — Gdyby był brzydkim, nie chciałbym go. Potwory to nie moja sprawa. — Ach! gdyby był potworem o dwóch głowach, lub choć karłem! — Tak, wtedy pokazywałbyś go pan za pieniądze; ale on nie jest ani potworem, ani karłem, a za słaby do pracy. — On słaby? Ależ on zdrów i mocny. Patrz pan, jakie on ma nogi, — mówił Barberin, podnosząc w górę moje spodzienki. — Bardzo cienkie ma nóżki, — odparł starzec. — Ale jędrne, przekonaj się pan tylko. Starzec wychudzoną swoją dłonią obmacał me nogi, potrząsając głową. Byłem już raz obecnym przy podobnem zajściu, gdy handlarz przyszedł kupić naszą krówkę. Tak samo ją obmacywał i potrząsał głową. Mówił, że nie warto tej krówki kupić, a jednak ją kupił i zabrał. — Ten starzec też mnie zapewne kupi i uprowadzi z sobą. O matko Barberin, o matko! Niestety nie było jej tu, aby mnie mogła obronić. — To jest dziecko, jak wiele innych, — rzekł starzec. — Chcesz pan, to wynajmę go od pana? Zapłacę panu 20 franków rocznie za niego. — Gdy go zatrzymam, przytułek zapłaci mi za niego dziesięć franków miesięcznie. — Ale przytułek może oddać go komu innemu, i nic pan nie dostaniesz; a do mnie potrzebujesz pan tylko wyciągnąć rękę po pieniądze. Dobył z kieszeni portmonetkę, z której dobył cztery monety i pobrzękując niemi, położył je na stole. — Pomyśl pan, — zawołał Barberin, — że któregokolwiek dnia mogą się zgłosić rodzice chłopca. — Jeżeli się zgłoszą, to podzielimy się zyskiem. — A teraz daję 30 franków. — Daj pan czterdzieści. — Nie, to dosyć za usługi, jakie on mi odda. — A jakież usługi on może panu oddać? — Będzie mym towarzyszem. Starzeję się już i smutno mi tak samemu przepędzać dnie i wieczory; a zresztą wliczę go do wędrownej trupy synjora Witalisa. — A gdzież jest ta trupa? — Synjor Witalis to ja sam, a trupę moją zaraz panu przedstawię. Mówiąc to, otworzył torbę skórzaną, dobył z niej dziwaczne stworzonko, które poprzednio w torbie się poruszało. Nie wiedziałem, jaką nazwę nadać temu stworzonku, które po raz pierwszy w życiu widziałem, a które ubrane było w czerwoną, złotem haftowaną jupkę, lecz nogi i ramiona miało gołe, pokryte czarną skórą. Główka tego stworzenia tak wielka, jak moja piąstka, była także czarną. Lecz nadewszystko podpadły mi żywe, lśniące jak szkło, zbliżone do siebie oczy stworzonka. — Ach, jaka brzydka małpka, — zawołał Barberin. Te słowa wyrwały mnie ze zdumienia. Nie było to więc czarne dziecko, za jakie wziąłem dziwaczne stworzonko, lecz małpka, o której nieraz już słyszałem. — Otóż pierwszy aktor mej trupy, — rzekł Witalis, — a nazywa się Żoliś. — Żolisiu, mój przyjacielu, pozdrów towarzystwo. Żoliś podniósł łapkę do pyszczka i przesłał nam wszystkim całusa. — A teraz, — mówił dalej Witalis, wskazując ręką na białego pudla, — niech synjor Kapi przedstawi siebie i swych przyjaciół towarzystwu. Wtedy Kapi podniósł się żwawo, stanął na dwóch tylnych łapkach, a przedniemi złożył tak niski ukłon swemu panu, że kaszkietem policyjnym, jaki zdjął z łebka, dotknął się podłogi. Wykonawszy ukłon, zwrócił się do swych towarzyszy i dał im łapką znak, by się przybliżyli. Oba pieski wstały natychmiast i wziąwszy się za łapki, uczyniły sześć kroków naprzód, potem trzy kroki w tył i z wielką powagą ukłoniły się towarzystwu. — Piesek, którego nazywam Kapi, — objaśnił Witalis, — jako najinteligentniejszy ma pod komendą swych dwóch towarzyszy, czarnego Zerbino o lśniącej szerści i tę małą, skromną Psinkę o łagodnym wyglądzie. Z temi to znakomitemi aktorami chodzę po świecie, zarabiając sobie na życie. — Kapi, pójdź tu, mój przyjacielu i zechciej powiedzieć uprzejmie temu chłopcu, który ci się z takiem natężeniem przygląda, która godzina teraz. Kapi zbliżył się do swego pana, odsunął na bok torbę skórzaną i łapką dobył z kieszeni kamizelki srebrny zegarek, przyjrzał mu się dokładnie i zaszczekał głośno dwukrotnie, poczem jeszcze trzy razy z rzędu z cicha zaskomlał. Rzeczywiście były trzy kwadranse na trzecią. — Dobrze spisałeś się Kapi, dziękuję ci, — rzekł Witalis, — a teraz poproś synjorę Psinkę, aby nam zatańczyła cokolwiek na linie. Kapi dobył kawał sznurka z kieszeni kamizelki swego pana i dał znak Zerbinowi, który stanął mu naprzeciw i pochwycił łapkami drugi koniec sznurka, puszczając go w ruch. Wtedy Psinka zaczęła tańczyć, podskakując lekko, wpatrzona w swego mistrza. — Widzicie, państwo, — rzekł tenże, — że moi uczniowie są pojętni, ale, aby widzowie mogli jeszcze więcej ich pojętność przez porównanie ocenić, chcę zaangażować tego chłopca do mej trupy, aby odgrywał rolę zwierzątka. — Jakto, rolę zwierzątka? — przerwał Barberin. — Aby dobrze odgrywać rolę zwierzątka trzeba mieć rozum, — dokończył Witalis, — a tego zdaje się, nie brak temu chłopcu. Zresztą zaraz się przekonamy. Jeżeli chłopiec ma rozum, to pojmie, że to z korzyścią będzie dla niego, gdy zwiedzi Francję i dziesięć innych krajów, wiodąc życie swobodne zamiast pozostać tu na wsi i chodzić w pole za wołami od rana do wieczora. Jeżeli zaś brak mu rozumu, to będzie płakał i krzyczał, a ponieważ synjor Witalis nie lubi niegrzecznych dzieci, nie weźmie go więc ze sobą i wtedy chłopiec niegrzeczny pójdzie do przytułku, gdzie trzeba ciężko pracować, a jeść mało. Istotnie uczniowie synjora Witalisa byli bardzo zabawni i musiałoby to być przyjemnie tak sobie z niemi chodzić po świecie, ale wpierw trzeba było opuścić matkę Barberin. To prawda, że gdybym odmówił, nie pozostałbym i tak przy niej, lecz posłanoby mnie do przytułku. Stałem ze łzami w oczach, gdy Witalis pogładził mnie po policzku. — Nie krzyczysz, chłopcze, a więc masz rozum w tej twojej małej główce, a jutro... — O! panie, — przerwałem mu, — zostaw mnie u mojej mamy, proszę cię o to. Lecz Witalis mówił dalej: Daję za tego chłopca 30 franków. — Nie, czterdzieści. Wywiązał się spór, który przerwał Witalis: — To dziecko nudzi się tu, — rzekł, — niechaj idzie bawić się na podwórze oberży. — Tak, idź sobie na podwórze i zaczekaj, aż cię zawołam, — rzekł Barberin, — bo inaczej rozgniewam się. Musiałem usłuchać. Opuściłem pokój i siadłem na podwórku na kamieniu, rozmyślając smutno. Do zabawy nie miałem żadnej ochoty. Drżałem z trwogi, jak w febrze, bo losy moje rozstrzygnąć się tam miały. Rozmowa między Witalisem a Barberinem trwała dłużej, niż godzinę. Wreszcie Barberin wyszedł sam z kawiarni. Czyż przychodził po to, aby mnie oddać w ręce Witalisa? — Pójdź ze mną do domu, — rzekł. — Do domu! Nie opuszczę zatem matki Barberin? Chciałem zapytać się go o to, ale nie śmiałem, bo był w bardzo złym humorze. Szliśmy całą drogę w milczeniu. Wreszcie niedaleko domu Barberin, który szedł naprzód, przystanął. — Wiedz o tem, — rzekł, ciągnąc mnie mocno za ucho, — że jeśli odważysz się pisnąć przed matką choć słówko o tem, coś dziś usłyszał, to nie poznasz się z własną skórą. A więc pamiętaj!
IV.
Dom macierzyński.
— I cóż powiedział mer? — zapytała matka Barberina, gdy weszliśmy do mieszkania. — Nie widzieliśmy go wcale. Spotkałem się w kawiarni ze znajomymi i tam się zatrzymałem. Do mera pójdę jutro. Pewien byłem, że Barberin odstąpił od zamiaru sprzedania mnie Witalisowi. A jednak mimo zakazu i pogróżek Witalisa, byłbym opowiedział wszystko matce, gdybym się był znalazł choć na chwilę sam na sam z nią; ale Barberin przez cały wieczór nie opuścił mieszkania. — Położyłem się spać, nie znalazłszy sposobności, na jaką oczekiwałem. Zasnąłem, mówiąc sobie, że nazajutrz matce wszystko opowiem. Lecz zbudziwszy się nazajutrz rano, spostrzegłem, że matki niema. Szukałem jej napróżno po całym domu. — Matka poszła do wsi po zakupna, — rzekł do mnie Barberin, — wróci dopiero po obiedzie. Dziwna obawa ścisnęła mem sercem. Przeczuwałem, że jakieś niebezpieczeństwo mi grozi. Barberin śledził mnie wzrokiem, który mnie jeszcze większym niepokojem napełniał. Aby nie czuć jego wzroku na sobie, wybiegłem do ogrodu. Był to niewielki ogródek, lecz wielkiej dla nas wartości, bo on nas żywił, dostarczając nam prócz zboża wszystko, co spożywaliśmy: pereczki, szablaczek, kalafjory, marchewkę. Każdy skrawek ziemi był wyzyskany, a jednak matka Barberin dała mi mały kącik, w którym nagromadziłem najróżniejsze rośliny i trawy, które przy pasieniu krówki wykopywałem w lesie lub na pastwisku i przesadzałem potem do mego ogródka, jedno obok drugiego, jak mi się udało. Bezwątpienia, że mój ogródek nie był pięknym, lecz pięknym mi się wydawał, bo należał do mnie i był mojem dziełem. Zwłaszcza część mego ogródka, w której zasadziłem jarzynę nieznaną we wsi, — bulwy, — była przedmiotem mej wielkiej troskliwości. Powiedziano mi, że bulwy lepsze są od kartofli, bo przypominają smakiem karczochy i inne jeszcze jarzyny. Odtąd przemyśliwałem tylko ciągle o wielkiej niespodziance, jaką sprawię matce Barberin. Nic jej nie powiedziałem o tem, że zasadziłem bulwy, a gdy wypuszczały mówiłem jej, że to są kwiaty. Ale gdy wyrosną, to pozrywam pokryjomu moje bulwy, sam je ugotuję. W jaki sposób? Nie wiedziałem, ale wyobraźnia moja nie zaprzątała się takiemi drobnostkami. Wyobrażałem sobie już naprzód, jak matka Barberin ucieszy się, gdy przyszedłszy na wieczerzę, zastanie nową ugotowaną jarzynę. Przynajmniej raz inna potrawa, a nie wciąż tylko kartofle. Nawet braku „graniastej“ nie uczuje wtedy tak bardzo matka Barberin. I to ja będę wynalazcą tej nowej potrawy, ja, mały Remi. Klęcząc na ziemi, wsparty na obu dłoniach, schylony nad memi bulwami, posłyszałem, że Barberin woła na mnie zniecierpliwionym głosem. Spiesznie pobiegłem do domu. Okropnem było moje zdziwienie, gdy wchodząc do izby, zastałem w niej Witalisa z jego psami. Natychmiast zrozumiałem, dlaczego Barberin wysłał żonę z domu. Czując, że ani litości, ani pomocy nie mogę oczekiwać od Barberina, podbiegłem do Witalisa. — O! panie, — zawołałem, — nie zabieraj mnie od mojej mamy. Wybuchnąłem gwałtownem łkaniem. — Mój chłopcze, — rzekł Witalis do mnie łagodnie, — nie będzie ci źle u mnie; ja dzieci nie biję i wesoło będzie ci w towarzystwie moich uczniów, którzy są bardzo zabawni. Czegoż tu żałujesz? — Matki Barberin! — W żadnym razie tu nie pozostaniesz, — rzekł Barberin, chwytając mnie mocno za ucho; — albo pójdziesz z tym panem, lub do domu podrzutków. Wybieraj! — Chcę zostać przy matce Barberin. — Nudzisz mnie, — zawołał Barberin, który wpadł w wielką wściekłość, — wygnam cię stąd kijami. Precz! — To dziecko żałuje matki Barberin, — rzekł Witalis, — nie trzeba go bić za to, to dowodzi, że ma on dobre serce. A teraz załatwmy naszą sprawę. Mówiąc to, Witalis położył na stole osiem sztuk pięciofrankowych, które Barberin zgarnął i włożył do kieszeni. — A gdzie rzeczy chłopca? — zapytał Witalis. — Otóż są, — odparł Barberin, wskazując modrą chustę związaną na czterech rogach. Witalis rozwiązał chustę, w której znajdowały się dwie moje koszulki i para płóciennych spodzienek. — Dalej, Remi, — rzekł Witalis, — weź węzełek z twemi rzeczami i idź naprzód, przed Kapim. Wyciągnąłem ku niemu błagalnie dłonie, a potem do Barberina, ale obaj odwrócili się do mnie plecami. Poczułem, że Witalis chwyta mnie za rękę. Trzeba było iść. Ach! drogi domku! Zdawało mi się, przestępując próg jego, że pozostawiam w nim kawałek mego własnego serca. Rozglądałem się naokół, lecz moje oczy, zaćmione łzami, nie dostrzegły nikogo, kto mógłby mi przyjść z pomocą. Nikogo nie było przy domu, nikogo na drodze. Począłem wołać: Mamo, mamusiu! Nikt mi nie odpowiedział i wołanie me ucichło, stłumione łkaniem. Witalis wiódł mnie za rękę. — Szczęśliwej podróży, — zawołał Barberin, wchodząc do domu. — Niestety, nie było już ratunku. — Dalej, Remi, chodź, dziecko, — mówił Witalis i ujął mnie za ramię. Począłem iść obok niego. Szczęściem nie szedł on prędko, lecz stosował umyślnie swe kroki do moich. Droga, którą szliśmy, wznosiła się pod górę. Na każdym zakręcie spostrzegałem domek matki Barberin, który coraz więcej malał i malał. Tyle razy przebiegałem tę drogę i wiedziałem, że na ostatnim zakręcie raz jeszcze ujrzę domek, w którym dotąd szczęśliwie żyłem, a potem zniknie on mi już z przed oczu. Przybyliśmy wreszcie na wierzchołek góry. — Pozwól mi pan odpocząć cokolwiek, — rzekłem. — Chętnie, mój chłopcze. Po raz pierwszy puścił mą rękę, lecz w tej samej chwili spojrzał na Kapiego i dał mu znak, który tenże zrozumiał. Jak pies pasterski, strzegący stada, opuścił Kapi czoło pochodu i stanął za mną. Zrozumiałem, że Kapi miał być moim stróżem i, że, gdybym próbował uciekać, rzuciłby się na mnie. Usiadłem na murawie, a Kapi tuż obok mnie. Raz jeszcze spojrzałem na dół, szukając oczyma, zalanemi łzami, domu matki Barberin. Łatwo dojrzałem go wśród zieleni drzew. Wąska smuga dymu dobywała się z komina i wznosiła się w górę, płynąc aż ku nam. Na podwórku ostatnia kura, jaką mieliśmy, biegała tu i tam, lecz zdala wydawała mi się mniejszą, niż gołąbek. — W ogródku dojrzałem gruszę o krzywo wygiętym pniu, który od tak dawna usiłowałem przerobić na konia. Wszystko było na swem miejscu — i moje taczki i pług, zrobiony z pogiętych gałęzi i budka, w której hodowałem króliki i mój ogródek, mój drogi ogródek. Któż będzie przyglądał się moim biednym, kwitnącym kwiatkom? Któż przyrządzi moje bulwy? Może niegodziwy Barberin. Jeszcze parę kroków, a to wszystko zniknie mi na zawsze z przed oczu. Nagle na drodze, prowadzącej ze wsi do domu, spostrzegłem zdala biały czepiec. Na chwilę zakryły go drzewa przed mym wzrokiem, potem znów się ukazał, jak motyl wiosenny, na tle zieleni. Są chwile w życiu, w których sercem widzi się lepiej zdala, niż najbystrzejszemi oczyma. — Poznałem matkę Barberin; to była ona, czułem to. To był jej czepiec, jej niebieska spódnica. Szła wielkiemi krokami; snać spiesząc się bardzo do domu. Przybywszy przed wrotka, otwarła je i przeszła prędko podwórko. Podniosłem się z murawy, nie myśląc o Kapim, który skakał naokół mnie. Matka Barberin nie pozostała długo w domu, z którego wybiegła z wyciągniętemi przed siebie ramionami. Biegała tu i tam po podwórku. Szukała mnie. Pochyliłem się naprzód, wołając z całych sił: Mamo, mamo! Ale głos mój nie mógł dojść do niej, ani przegłuszyć szmeru płynącego strumyka. — Co ci się stało? — zapytał Witalis. — Czyś postradał rozum? Nie odpowiedziałem mu, wpatrzony w matkę Barberin, która nie przeczuwała, że jestem tak niedaleko od niej i ócz swych ku mnie nie wzniosła ni razu. Przeszedłszy podwórko, weszła na drogę, rozglądając się na wszystkie strony. Krzyczałem coraz mocniej, ale napróżno. Wtedy Witalis podejrzewając prawdę, stanął przy mnie i pochylił się w dół. Wnet spostrzegł biały czepiec matki Barberin. — Biedny malcze, — rzekł półgłosem. — O, błagam pana, — zawołałem, zachęcony jego słowami współczucia, — pozwól mi pan wrócić. Lecz on ujął mnie za rękę i wiódł mnie dalej drogą. — Wypocząłeś już, — rzekł, — więc maszeruj naprzód, mój chłopcze. Usiłowałem wyrwać mu się, ale trzymał mnie silnie. — Kapi, — zawołał, — Zerbino! Oba psy stanęły przy mnie; Kapi za mną Zerbino przedemną. Po pewnym czasie odwróciłem głowę. Zeszliśmy już ze szczytu góry. Nie mogłem dojrzeć już ani naszej doliny, ani naszego domu. Zdala tylko widniały wioskowe pagórki, sterczące ku niebu. Dal sina, nieznana, nieskończona rozciągała się przed memi oczyma, z których łzy ciągle spływały.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Bez rodziny.
