Front matter
K
Ć
Alfonsa Daudeta
całość
K
Ć
Alfonsa Daudeta
uwieńczona przez Akademię francuską
Y
przez J. D.
WARSZAWA.
W DRUKARNI NOSKOWSKIEGO,
ulica Warecka Nr. 15.
1902.
Дозволено Цензурою. Варшава, 4 Іюля 1902 года.
I.
FABRYKA.
Urodziłem się dnia 13 maja 1840 roku w starożytnem mieście Langwedocyi, Nimes, założonym jeszcze za czasów Cezara. W mieście tem, jak we wszystkich miastach południowych, jest dużo słońca, niemało kurzawy, klasztor karmelitów i parę pomników z epoki rzymskiej. Ojciec mój, pan Eyssette, który w owym czasie prowadził handel fularami, posiadał na przedmieściu ogromną fabrykę przy której urządził był sobie wygodne mieszkanie, ocienione ze wszech stron jaworami i oddzielone od warsztatów obszernym ogrodem. Tam to spędziłem pierwsze i jedynie szczęśliwe lata mojego życia. Dlatego też ogród, fabryka i jawory pozostały mi na zawsze we wdzięcznej pamięci i kiedy, z powodu bankructwa moich rodziców, przyszło się z niemi rozstać, żegnałem je z takim żalem jak gdyby były istotami żyjącemi. Wypada mi powiedzieć na wstępie iż urodzenie moje nie przyniosło szczęścia domowi Eyssette. Stara Anna, nasza kucharka, często mi później opowiadała, że ojciec mój, będący naówczas w podróży, jednocześnie z wieścią o mojem zjawieniu się na tym świecie, otrzymał zawiadomienie o zniknięciu jednego ze swych klientów z Marsylii, który mu uwiózł bezpowrotnie 40,000 franków, tak iż pan Eyssette uradowany i strapiony o jednej dobie, sam nie wiedział, jak to mówią, czy miał płakać po utraconym kliencie z Marsylii, czyli cieszyć się ze szczęśliwego przybycia do rodziny małego Daniela... Oj! płakać ci się należało, mój dobry panie Eyssette, płakać podwójnie! Bez zaprzeczenia bowiem byłem złą gwiazdą moich rodziców. Od samego dnia mego urodzenia niesłychane nieszczęścia obiegły dom nasz z dwudziestu czterech stron. Najpierw tedy ów klient z Marsylii, potem dwa pożary w jednym i tymże roku, dalej zmowa robotnic nawijaczek, poróżnienie się z wujem Baptystą, kosztowny proces z naszymi farbiarzami, wreszcie cios ostateczny zadała mu rewolucyą 1848 roku. Od tej daty fabryka chyliła się wciąż ku upadkowi. Warsztaty ogałacały się stopniowo. Każdego tygodnia ubywało jedno krosno, każdego miesiąca było o jedną prasę do drukowania deseni mniej. Smutno było patrzeć jak z domu naszego, niby z chorego ciała, uchodziło życie, powoli, codzień po trochu. Pewnego razu zaprzestano zajmować sale pierwszego piętra. Innym razem zamknięto do użytku drugi dziedziniec. Tak trwało dwa lata; były to dwa lata konania naszej fabryki. Wkońcu jednego poranku robotnicy nie przyszli, umilkł dzwonek warsztatowy, wielkie koło studni zaprzestało zgrzytać, woda w wielkich kamiennych miednicach, gdzie się płukały tkaniny, pozostała nienaruszona i wkrótce w całym zakładzie pozostaliśmy tylko: pani i pan Eyssette, stara Anna, mój brat Jakób i ja. Prócz nas, gdzieś w głębi podwórza, był jeszcze, do pilnowania warsztatów, nasz odźwierny, Colombe, i syn jego Rouget. Miałem naówczas sześć czy siedm lat, byłem dosyć wątły i słabowity, przeto rodzice nie chcieli posyłać mię do szkoły. Moja matka sama nauczyła mię katechizmu, czytania i pisania, nadto kilku słów po hiszpańsku i parę ąryi na gitarze, za pomocą których uczyniono mi w rodzinie reputacyę cudownego dziecka. Dzięki takiemu systemowi wychowania nie ruszałem się z domu i mogłem być świadkiem, we wszystkich jej szczegółach, agonii domu handlowego Eyssetta. Wyznaję że widok takowej nic a nic mię nie wzruszał. Nietylko pozostałem zimnym wobec faktu dokonywania się naszej ruiny, lecz przeciwnie, znajdowałem w niej pewną bardzo przyjemną stronę: tę mianowicie, że mogłem teraz swobodnie w niepowstrzymanych skokach przebiegać całą fabrykę, co, z wyjątkiem niedzieli, za czasów robotników było mi najsurowiej wzbronione. Mawiałem też z całą powagą do małego Rougeta: Widzisz, teraz cała fabryka jest moją, podarowano mi ją do zabawy. I mały Rouget wierzył mi ślepo. Ten głuptas wierzył zresztą zawsze wszystkiemu, co ja mu powiedziałem. Wszelako nie wszyscy w domu zapatrywali się na nasz upadek z podobną wesołością. Pan Eyssette stał się nagle przerażającym. Była to natura zwykłe bardzo zapalna, gwałtowna, nieumiarkowana, lubiąca hałas, krzyk, piorunowanie. W gruncie człowiek najzacniejszy, miał tylko rękę zbyt skorą do razów, zawsze gniewne słowo na języku, a przytem niepohamowaną potrzebę wprawiania w drżenie wszystkich którzy go otaczali. Nieszczęście nietyle go przygnębiło ile rozjątrzyło. Trawiła go od rana do nocy złość straszna. Nie mając na kogo ją wylać przyczepia się do wszystkiego: do słońca, do gwiazd, do wiatru morskiego, do starej Anny, do Jakóba, do rewołucyi; do rewolucyi nadewszystko. Słuchając mojego ojca, przysiągłbyś że rewolucya w 1848 roku, która nam wiele zaszkodziła, wyłącznie przeciwko nam wymierzoną była. Cóż proszę wierzyć że rewolucyoniści nie mieli stronników w domu Eyssetta. Bóg wie czegośmy tam podówczas nie wygadywali na tych panów. Dziś jeszcze stary ojciec Eyssette — niech mi go Bóg zachowa jak najdłuższe lata — skoro poczuje nadchodzący atak podagry, wyciągając się z trudem na szezlongu słyszymy jak stękając mruczy: — Ach, ci przeklęci rewolucyoniści!... W epoce o której mówię, pan Eyssette nie miał jeszcze podagry, lecz boleść jakiej doznawał z powodu utraty mienia, uczyniły go człowiekiem tak groźnym że nikt nie śmiał się do niego zbliżyć. Trzeba mu było puszczać krew co tydzień. Za jego zjawieniem się zapanowywało wielkie ogólne milczenie; wszyscy się bali. U stołu szeptem prosiliśmy o chleb. Nawet płakać w jego obecności nie śmieliśmy. Zato, z chwilą gdy się drzwi za nim zamknęły, powstawał płacz głośny, rozlegający się z jednego końca domu do drugiego. Moja matka, stara Anna, mój brat Jakób, i mój drugi brat — kleryk, gdy przychodził nas odwiedzać, wszyscy płakali. Moja matka, rozumie się, płakała nad nieszczęściem pana Eyssetta; ksiądz i stara nasza Anna płakali na widok łez pani Eyssette; co do Jakóba, ten zbyt młody, aby mógł zrozumieć całą doniosłość spadłej na nas klęski miał zaledwie parę lat więcej ode mnie — płakał tak sobie dla tego że wszyscy płakali. A szczególne to było dziecko, mój brat Jakob; ten dopiero posiadał źródło łez nie- przebrane! Jak daleko w przeszłość sięga pamięć moja, widzę go z czerwonemi oczami i policzkami oblanymi strumieniem łez. Wieczorem, rankiem, dniem i nocą, w klasie, w domu, na przechadzce, zapłakiwał się nieustannie i na każdem miejscu. Ja jeden czułem się nader szczęśliwy. Nikt się mną nie zajmował. Korzystałem z tego i całemi dniami bawiłem się z Rouget’em w opustoszałych warsztatach, gdzie kroki nasze odbijały się głuchem echem jak w kościele, lub w wielkich dziedzińcach na których porastała już trawa. Młody Rouget, syn naszego odźwiernego Colomb’a, tęgi dwunastoletni chłopak silny był jak tur, wierny jak pies i głupi jak gęś. Odznaczał się zaś przedewszystkiem ogromną kudłatą, czerwoną czupryną której też zawdzięczał swój przydomek Rougeta. Wszakże winienem was uprzedzić, że dla mnie za owych czasów, Rouget nie był Rougetem. Był on z kolei moim wiernym Piątaszkiem, plemieniem dzikich albo zbuntowaną załogą okrętu, wszystkiem co chcecie. Ja sam także nie nazywałem się Danielem Eyssette, lecz byłem tym człowiekiem nadzwyczajnym, odzianym w skóry zwierzę- ce, którego dziwne przygody dano mi właśnie wtedy do czytania, byłem samym panem Kruzoe. Roskoszne to były złudzenia! Wieczorami, po kolacyi odczytywałem mego Robinsona, uczyłem go się na pamięć; w dzień zaś grałem jego rolę, grałem z zapamiętałością i wszystko co mię otaczało musiało brać udział w komedyi. Fabryka nie była fabryką; była to moja wyspa bezludna, ale to najzupełniej bezludna. Baseny z wodą przedstawiały ocean, ogród był lasem dziewiczym. Nawet świerszcze których gromady ukrywały się w naszych jaworach wchodziły w grę, nie domyślając się tego bynajmniej. Rouget również nie miał żadnego pojęcia o całej ważności swojej roli. Wprawiłby go w niemały kłopot ten ktoby go zapytał, kim był Robinson; pomimo to, przyznać muszę, iż wywiązywał się ze swego zadania z wielkiem pojęciem i kiedy szło o odtworzenie wrzasku dzikich nie było mistrza nad Rouget’a. Gdzie się tego nauczył, nie wiem. Dość że barbarzyńskie wycia, jakie, przy wstrząsaniu rudej głowy, wydobywał ze swej gardzieli były w stanie przerazić najodważniejszych. Ja sam, Robinson, doznawałem niekiedy uczucia trwogi i byłem zmuszony zniżonym głosem upominać go: „Ciszej, ciszej Rouget, bo się boję!” Na nieszczęście, Rouget, lepiej jeszcze niż naśladować wrzask dzikich, umiał wypowiadać różne grubijańskie słowa uliczne i kląć bezczelnie. Bawiąc się z nim nabyłem od niego tego niechwalebnego zwyczaju i pewnego dnia gdyśmy wszyscy siedzieli przy stole, w czasie obiadu ni stąd ni zowąd wymknęło mi się jakieś zaklęcie. Ogólne oburzenie i przestrach wstrząsnęły całem mojem otoczeniem. „Kto cię tego nauczył? gdzieś to słyszał?” Istny wypadek dziejowy. Pan Eyssette począł wnet mówić o umieszczeniu mię w domu poprawy; mój duży brat ksiądz radził abym przedewszystkiem odbył rekolekcye. Odtąd skończyła się moja swoboda. Nie wolno mi już było bawić się z Rouget’em. Lecz uniesienia moje względem Robinsona nie ostudziły się przez to ani na chwilę. Zdarzyło się właśnie w tym czasie że mój wuj Babtysta, powziąwszy wstręt do swej papugi, przyniósł mi ją pewnego pięknego poranku w podarunku. Papuga zastąpiła mi Piątaszka. Umieściłem ją w pięknej klatce w głębi mojej siedziby zimowej i, więcej Kruzoe niż kiedykolwiek przepędzałem dnie całe sam na sam z tym zajmującym ptakiem, starając się wszelkiemi sposobami skłonić go do wymawiania tych pamiętnych wyrazów: „Robinsonie, mój biedny Robinsonie!” Trudno zrozumieć, dla czego papuga, której mój wuj Babtysta pozbył się jedynie aby nie słyszeć jej wiecznego paplania, powzięła — postanowienie nie wymówić ani jednego słowa odkąd się dostała w moje posiadanie. Ani „mój biedny Robinsonie” ani żadnej innej rzeczy nie mogłem z niej nigdy wydobyć. Pomimo to kochałem ją niezmiernie i najczulszem otaczałem staraniem. Żyliśmy tak, to jest papuga i ja, w całkowitej samotności, gdy pewnego dnia stało się coś nadzwyczajnego. Kiedy, opuściwszy o dość wczesnej godzinie moją chatkę, odbywałem jednę z wielu zajmujących podróży po wyspie, ujrzałem naraz zbliżającą się ku mnie grupę mężczyzn rozprawiających bardzo głośno i żywo gestykulujących. Wielki Boże! ludzie na mojej wyspie! Zaledwie miałem dosyć czasu aby rzucić się twarzą do ziemi, między krzaki laurowe i wyciągnąć się płasko na brzuchu. Ludzie przeszli blisko, tuż koło mnie, nie dostrzegłszy mię wcale... Zdawało mi się że rozróżniam głos Colomba, co mi dodało nieco otuchy. Gdy się oddalili wyszedłem z mego ukrycia i postępowałem za nimi w pewnej odległości aby się przekonać co z tego wyniknie. Ci cudzoziemcy długo pozostali na mojej wyspie. Zwiedzili ją od brzegu do brzegu. Widziałem jak wstępowali do moich grot, jak laskami sądowali głębokość moich oceanów. Od czasu do czasu stawali na miejscu i kiwali głowami. Obawiałem się aby przypadkiem nie odkryli moich rezydencyj... Boże! coby się wówczas ze mną stało! Szczęściem usunęli się, nie przypuszczając nawet że wyspa była zamieszkałą. Skoro tylko znikli mi z oczu pośpieszyłem zatarasować się w jednej z moich chatek i spędziłem resztę dnia na rozważaniu coby to za ludzie byli i poco tu przypłynęli. Aż nadto prędko wyjaśniła się zagadka. Tegoż samego dnia bowiem, przy wieczerzy, pan Eyssette zawiadomił nas uroczyście że fabryka została sprzedana i że za miesiąc pojedziemy wszyscy do Lugdunu (Lyon) gdzie odtąd zamieszkamy. Było to dla mnie uderzenie gromu. Myślałem że sklepienie nieba zapadło się nad moją głową. Fabryka sprze- dana!... Jak to?... A cóż będzie z moją wyspą, mojemi grotami, mojemi chatkami?... Niestety! wyspę, groty, chatki, lasy dziewicze i oceany, pan Eyssette o nic nie pytając, sprzedał wszystko; wszystko trzeba było porzucić na zawsze! Ileż ja gorzkich łez wylałem wtedy!... Przez ostatni miesiąc, podczas gdy z domu wynoszono rzeczy, pakowano zwierciadła i naczynia stołowe, przechadzałem się samotny i smutny, po mojej ukochanej fabryce. Nie miałem już ochoty do zabawy. O nie... zaglądałem do wszystkich zakątków a usiadłszy wpatrywałem się w otaczające naszą siedzibę przedmioty i przemawiałem do nich jak do osób; mówiłem do jaworów: Żegnajcie drodzy przyjaciele!... a do sadzawek: Już się wszystko skończyło między nami, nie zobaczymy się więcej!... Było w głębi ogrodu śliczne drzewo granatowe którego wspaniałe czerwone kwiaty otwierały się do słońca. Mówiłem doń: Daj mi jeden z tych kwiatów na pamiątkę!... I drzewo dało mi kwiat i ja kwiat; ten złożyłem na mojem zbolałem sercu. Czułem się nieszczęśliwy bez miary! Opuściłem moję wyspę dnia 30 września 1849 roku.
II.
N.
O, wrażenia dziecinne, jakże głęboko utkwiłyście w mej pamięci! Mam jeszcze przed oczami naszą podróż po Rodanie jak gdyby się to wczoraj działo. Widzę nasz statek wraz z jego załogą i pasażerami; słyszę hałas kół i świst maszyny. Kapitan nazywał się Genies a kuchmistrz Montelimart. Takich rzeczy się nie zapomina. Przeprawa trwała trzy dni. Spędziłem je na pomoście. Schodziłem na dół jedynie dla jedzenia i spania. Na resztę czasu umieszczałem się w samym końcu statku, tuż przy kotwicy. Znajdował się tam także duży dzwonek w który uderzano ilekroć przybywaliśmy do jakiego miasta. Zasiadałem przy tym dzwonku, wśród stosu lin; stawiałem klatkę z papugą przy nogach i patrzałem w dal. Rodan był tak szeroki że zaledwie dostrzegałem jego brzegi. Ja wolał bym był jednak żeby jeszcze był szerszy i żeby się nazywał morzem! Niebo zdawało się śmiać, tak było jasne, a tonie wód były zielone. Ogro- mne barki sunęły się z biegiem rzeki jedna za drugą, a flisacy wymijając nas śpiewali wesoło. Niekiedy statek okrążał wyspę porosłą trzciną i wierzbą. „To bezludna wyspa mówiłem do siebie i pożerałem ją oczami. Pod koniec dnia trzeciego zdawało mi się że będziemy mieli burzę. Niebo się nagle zasępiło, gęsta mgła pokryła rzekę, na przodzie okrętu zapalono wielką latarnię, wobec tych wszystkich objawów serce poczęło we mnie dygotać. W tem ktoś obok rzekł: „Otóż i Lugdun!” Jednocześnie ozwał się duży dzwonek. Byliśmy w Lugdunie. Niewyraźnie, przez mgłę, ujrzałem błyszczące światełka po obu wybrzeżach rozsiane. Wpłynęliśmy pod jakiś most jeden, potem pod drugi, a za każdym razem, olbrzymi komin maszyny pochylał się buchając kłębami czarnego dymu, sprowadzającego ogólny kaszel... Na statku powstał ruch. Pasażerowie szukali swych tłomoków, majtkowie klęli wytaczając baryłki. Rzęsisty deszcz moczył wszystkich. Pośpieszyłem niezwłocznie przedostać się do mojej matki, starej Anny i Jakóba, którzy się znajdowali na drugim końcu pa- rowca i oto wszyscy czworo stoimy przytuleni do siebie, pod rozłożystym parasolem starej Anny, podczas gdy statek stawał wzdłuż wybrzeża i rozpoczynało się wyładowywanie. Zaprawdę, gdyby pan Eyssette nie był przybył na pomoc, nigdybyśmy chyba niepotrafili wydobyć się z tego zamięszania. Zbliżał się ku nam omackiem wołając ustawicznie: „Qui vive! qui vive!” Na to znane hasło wszyscy jednogłośnie krzyknęliśmy: „Amis!” doznając przytem niewypowiedzianej ulgi i radości. Pan Eyssette powitał nas pobieżnie, uchwycił jedną ręką mnie, drugą mojego brata Jakóba za rękę, a do kobiet rzekł krótko: „za mną” i ruszyliśmy. Czuliśmy że prowadzi nas mężczyzna! Posuwaliśmy się z trudnością; było ciemno, most śliski. Co krok potykaliśmy się o jakieś skrzynie... Naraz rozdzierający, przeraźliwy krzyk dosięgnął naszych uszu: „Robinsonie, mój biedny Robinsonie!” „O Boże!” zawołałem przejęty żalem, próbując wydostać rękę z dłoni mojego ojca, lecz on sądząc że się poślizgnąłem ścisnął ją jeszcze mocniej. Nastąpił drugi, jeszcze przeraźliwszy wrzask: „Robinsonie, mój biedny Robinsonie!“ tu uczyniłem nowy wysiłek aby się wyrwać z ojcowskich objęć. „Moja papuga, moja biedna papuga!“ jęczałem żałośnie. — To ona już gada? spytał Jakób. Też pytanie! czy gada? — Spodziewam się że gada, kiedy ją słychać o całą milę! W zamieszaniu i tłoku zapomniałem o niej i zostawiłem ją tam na końcu statku, przy kotwicy, skąd też wzywała mię z całych sił: Robinsonie, mój biedny Robinsonie!“ Na nieszczęście byliśmy już za daleko a kapitan nawoływał: „Spieszyć się! spieszyć!“ — „Jutro po nią przyjdziemy“ rzekł pan Eyssette, „na parowcu nic nie ginie“. Niechże licho porwie to jutro! Jutro posłaliśmy po papugę; nie było jej na statku. Wystawcie sobie moją rozpacz! Zresztą przy najlepszych chęciach, jakże tu stworzyć sobie bezludną wyspę na czwartem piętrze w brudnym wilgotnym domu przy ulicy Lanterne. O, szkaradne to domisko upamiętniło mi się na całe życie; schody były śliskie od błota a dziedziniec, istna studnia; służbę odźwiernego pełnił szewc, którego buda stała przy pompie, jednem słowem — okropność! W niedziele aby się trochę rozerwać, uzbrojeni w parasole wychodziliśmy, wszyscy na wybrzeża Rodanu. Wiedzeni instynktem, kierowaliśmy kroki nasze zawsze ku południowi, w stronę placu Perrache’a. „Zdaje mi się że przez to zbliżamy się do rodzinnych stron” mówiła moja matka, jeszcze bardziej ode mnie tęsknotą dręczona. Ponure były te nasze rodzinne przechadzki: Pan Eyssette łajał, Jakób nie przestawał płakać, a ja starałem się być niewidzialnym i szedłem zawsze z tyłu. Nie wiem dla czego wstyd mię ogarniał gdy się znajdowałem na ulicy; zapewne dla tego że byliśmy biedni. Po miesiącu, stara Anna rozchorowała się. Nie znosiła mgły. Trzeba było odesłać ją na południe. Serdecznie przywiązana do mojej matki długo wzdragała się nas opuścić. Błagała, byśmy ją zatrzymali obiecując że nie umrze. Gwałtem wywieziono ją na sta- tek. Przybywszy do Nimes z rozpaczy wyszła za mąż. Po wyjeździe Anny nie wzięto nowej sługi, co mi się wydało ostatnim szczeblem nędzy... Żona odźwiernego przychodziła spełniać cięższe roboty a matka moja, przy kuchni, przypiekała sobie delikatne ręce, które, tak lubiłem całować. Jakób zajmował się dostarczaniem wiktuałów. Dawano mu duży kosz w rękę i mówiono: Kupisz to i to i chłopak kupował to i to bardzo dobrze płacząc zawsze. Biedny Jakób! miał i on złą dolę. Pan Eyssette znudzony jego bezustannemi łzami zniechęcał się do niego coraz więcej. Często obdarzał go szturchańcami. Codzień słyszeć można było przezwiska: — bałwan z ciebie Jakóbie! — Jakóbie, osieł jesteś! I było też tak w rzeczywistości, bo nieszczęsny Jakób tracił zupełnie przytomność w obecności ojca. Wysiłki zaś, żeby się powstrzymać od płaczu czyniły go szpetnym. Zdawałoby się jakoby pan Eyssette rzucał nań urok. Posłuchajcie historyi dzbanka. Jednego wieczora, w chwili siadania do stołu, spostrzeżono że niema w całym domu ani kropli wody. — Ja przyniosę — powiada poczciwy Jakób i bierze duży dzban kamienny. Na to pan Eyssette wzrusza ramionami i rzecze: — Jeżeli Jakób pójdzie, to dzbanek rozbity będzie na pewno. — Słyszysz Jakóbie! — mówi cichym głosem pani Eyssette, — słyszysz? nie stłuczże, uważaj dobrze. — Ależ Ojcze, dla czego chcesz koniecznie abym go stłukł? — odzywa się płaczliwy głos Jakóba. — Ja wcale tego nie chcę, mówię tylko że stłuczesz odpowiada pan Eyssette tonem, który do odpowiedzi nie zachęcał. Jakoż Jakób nie odpowiada nic; chwyta gorączkowo dzbanek i wybiega spiesznie z miną nieco wyzywającą i zdającą się mówić: — Ja mam stłuc? no to zobaczymy? Upływa pięć minut, dziesięć; Jakób nie wraca. Pani Eyssette zaczyna się niepokoić mówiąc, — żeby mu się tylko co złego nie przytrafiło! — Co u licha ma się trafić!... stłukł dzbanek i nie śmie się pokazać, — odpiera gniewnie pan Eyssette. A że przy całej swej szorstkości, był to najlepszy w świecie człowiek, wstaje i idzie otworzyć drzwi, a by zobaczyć co się stało z Jakóbem. Niedaleko się trudził. Na schodach, u samych drzwi, stoi Jakób z pustemi rękami, milczący, skamieniały. Na widok ojca, blednie i płaczliwym, słabym, głosem — stłukłem — powiada... Stłukł dzbanek naprawdę!... W historyi domu Eyssette nazywa się to: „Sceną z dzbankiem”. Po paru miesiącach pobytu naszego w Lugdunie rodzice poczęli się troszczyć o nasze nauki. Ojciec pragnąłby nas posyłać do kolegium, ale nie było na to środków. — A gdybyśmy ich posłali do szkółki organisty przy kościele? rzekła pani Eyssette, — powiadają że dzieci otrzymują tam dobre początki. — Uśmiechnęła się ta myśl mojemu ojcu, a ponieważ kościół Świętego Nizaryusza był najbliższy, posłano nas do szkółki Świętego Nizaryusza. Bawiła nas bardzo ta szkółka parafialna. Zamiast pakować do głowy grekę i łacinę, jak w innych zakładach, uczono nas służyć do mszy cichej i do sumy z asystencyą, śpiewać antyfony, przyklękać zgrabnie i kadzić z elegancyą, co było sztuką niezmiernie trudną. Bywała wprawdzie kiedyniekiedy jakaś godzinka na elementarz łaciński i deklinacye ale to była rzecz dodatkowa. Przedewszystkiem byliśmy na usługach kościoła. Przynajmniej raz w tydzień ksiądz Micou (Miku) zażywając tabaczki zapowiadał nam z miną uroczystą: — Panowie, jutro rano nie ma lekcyi! będziemy mieli pogrzeb. — Służyć przy pogrzebie! co za szczęście! A potem chrzty, śluby, albo wizyta Jego Excelencyi, albo wiatyk niesiony do chorego, wszystko to dla nas jednakowe uciechy. Na moje nieszczęście byłem strasznie mały i to mię gryzło. Wystawcie sobie że, nawet wspinając się na palcach, nie sięgałem wzrostem wyżej nad białe pończochy naszego kościelnego szwajcara pana Caduffe, a przytem wyglądałem bardzo mizernie. Raz, w czasie nabożeństwa, kiedy przenosiłem mszał na stronę Ewangelii, wielka księga ciężarem swym pociągnęła mię za sobą, upadłem jak długi i potoczyłem się z nią razem ze stopni ołtarza aż na dół. Pulpit się roztrzaskał i zrobiło się zamięszanie. Było to w dzień Zielonych Świątek. Fatalny wypadek!... Poza temi małemi niedogodnościami wy- nikającemi skutkiem braku urody, byłem zupełnie zadowolony z mojego losu i nieraz gdyśmy szli spać z Jakóbem, mówiliśmy do siebie że: — jednak, wszystko razem wziąwszy, szkoła była bardzo przyjemna. — Niestety, niedługo dane nam było w niej pozostać. Pewien przyjaciel naszej rodziny, rektor uniwersytetu w Nimes, napisał do mojego ojca, że możnaby wyrobić stypendyum na externa do kolegium lyońskiego dla jednego z nas, gdyby ojciec sobie tego życzył. — To będzie dla Daniela — rzekł pan Eyssette. — A Jakób? spytała matka. — O Jakób! tego zatrzymam przy sobie; będzie mi bardzo użytecznym. Zauważyłem zresztą że ma pociąg do handlu. Zrobimy z niego kupca. Na wstępie do kolegium, pierwsza rzecz która mię uderzyła było to iż ja jeden nosiłem bluzę. W Lugdunie synowie bogaczów nie noszą bluz, tylko ubogie dzieci z ulicy, tak zwane „gameny”. Ja miałem bluzę w kratki, starą, jeszcze z czasów fabryki; bluza ta czyniła mię podobnym do gamena; gdy tak wszedłem do klasy, uczniowie po- częli szydzić ze mnie. — Patrzcie on nosi bluzę! — mówili. Profesor skrzywił się i odrazu powziął do mnie jakąś antypatyę. Jeżeli przemawiał do mnie to zawsze tylko półgębkiem, od niechcenia i nigdy nie nazywał mię po imieniu tylko zawsze wołał: — Hej! ty tam, mały chudziaku! — a przecież ze dwadzieścia razy powiedziałem mu, że się nazywam Daniel Eyssette. Wkrótce i koledzy poczęli zwać mię „chudziakiem”, tak iż przydomek ten został mi na zawsze. Nie sama tylko bluza odróżniała mię wśród innych chłopców, tamci mieli ładne tornistry z żółtej skóry, kałamarze z pachnącego bukszpanu, kajety kartonowane, książki nowe z przypiskami u dołu; moje książki były to stare graty, kupione u antykwaryuszów na nadbrzeżnej ulicy, zapleśniałe, wymiętoszone, które czuć było stęchlizną: okładki wiecznie poszarpane a niekiedy i kartek w nich brakowało. Jakób starał się jak mógł oprawiać mi je w grubą bibułę i sklejać stolarskim klejem, ale zawsze używał tego kleju zawiele, co sprawiało że od moich książek rozchodził się nader niemiły zapach. Zrobił mi także tekę z mnóstwem kieszeni, bardzo wygodną nawet, cóż, kiedy i tu było za dużo kleju. Potrzeba klejenia i kartonowania stała się u Jakóba manią. Skoro tylko udało mu się wymknąć z ojcowskiego sklepu choćby na chwilę, wnet lepił, kleił, kartonował, oprawiał bez końca. W ciągu dnia nosił pakiety do miasta, pisał za dyktandem, biegał po zapasy; jednem słowem, prowadził handel. Co do mnie, zrozumiałem niebawem, że stypendysta, który nosi bluzę i nazywa się „Chudziak”, musi dwa razy więcej od swych kolegów pracować, aby się z nimi zrównać. To też nie na żarty i z całą odwagą Chudziak wziął się do nauki.
III.
CZERWONY KAJET.
Między poprzedniem opowiadaniem a następnem rodzina Eyssette ciężko została dotknięta śmiercią najstarszego syna, księdza. Strata ta głębokie zostawiła wrażenie na małym Danielu.
Ubiegło już było sporo czasu od śmierci naszego, ukochanego księdza, gdy pewnego wieczora, kiedyśmy się zabierali do snu, zo- stałem mocno zdziwiony widząc że Jakób zamyka nagle drzwi na klucz i to na dwa spusty, potem zatyka w tychże drzwiach wszystkie dziurki i szpary jak najstaranniej, co uczyniwszy, zbliża się do mnie z miną dziwnie uroczystą i tajemniczą. Muszę uprzedzić że naówczas zaszły ogromne zmiany w obyczajach Jakóba. Naprzód, rzecz trudna do uwierzenia, nie płakał już wcale, a przynajmniej prawie wcale; powtóre jego szalone upodobanie do kartonowania opuściło go zupełnie. Garnuszki z klejem przystawiały się wprawdzie czasem jeszcze do ognia, ale teraz już bez namiętności, i gdyby ktoś z nas potrzebował teki, musiałby chyba na klęczkach o nią błagać... Parę razy podpatrzyłem go w sklepie, jak gadał coś do siebie i robił dziwne giesta. Nie sypiał w nocy, słyszałem nieraz jak mruczał coś przez zęby, to znów nagle wyskakiwał z łóżka i maszerował po pokoju ogromnemi krokami... Wszystko to było nienaturalne i napełniało mię trwogą. Zacząłem przypuszczać że Jakób zostanie waryatem. Otóż owego wieczora, gdy ujrzałem go zamykającego drzwi od naszego pokoju, przypuszczenie o jego waryacyi ogarnęło mię niesłychanem przerażeniem. Poczciwy Jakób nie spostrzegł tego bynajmniej i, wziąwszy moją rękę w swoje obie, najpoważniej w świecie, rzekł do mnie: — Danielu, powierzę ci tajemnicę ale przyrzecz mi wpierw, że nigdy i nikomu tego nie powiesz! Zrozumiałem odrazu że Jakób nie był waryatem i odpowiedziałem bez wahania: — Przysięgam ci Jakóbie. — A więc! słuchaj... tylko cicho!... Ja tworzę poemat, wielki poemat. — Poemat, jakto Jakóbie! ty tworzysz, ty? Za całą odpowiedź Jakób wydobył z pod kurtki ogromny czerwony kajet przez siebie samego oprawiony, na wierzchu którego widniał najpiękniejszą kaligrafią wypisany tytuł:
Religia! Religia! poemat w dwunastu pieśniach przez Eyssetta (Jakóba)
Było to coś tak wspaniałego, że ja wprost dostałem zawrotu głowy. Widzicie go?... ten Jakób mój brat, ten dzieciak trzynastoletni, ten Jakób beksa, tworzył poemat „Religia! Religia! ” i to w dwunastu pieśniach. Tym czasem nikt, nikt w domu się nie domyślał, i posyłano go dalej z koszem do przekupniów jarzyn, a ojciec więcej niż kiedykolwiek łajał: „Osieł jesteś, Jakóbie!...” Biedny kochany Jakób! jakżebym chętnie rzucił mu się na szyję, gdybym śmiał. Ale nie śmiałem... Któżby zresztą śmiał?... zważcie tylko!... autor poematu „Religia! Religia!” w dwunastu pieśniach!... Wszelako miłość prawdy każe mi powiedzieć, że poematowi w dwunastu pieśniach było dość daleko do końca. Zdaje mi się nawet iż dotychczas, gotowe były tylko cztery wiersze, pierwszej pieśni; wiadomo jednak że, w tego rodzaju dziełach, najtrudniejszą, rzeczą jest zawsze początek. Słusznie też mówił Jakób: — Teraz gdy mam cztery pierwsze wiersze, reszta nic nie znaczy, to tylko kwestya czasu. — Oto są te cztery wiersze, które ujrzałem owego pamiętnego wieczora, najpiękniejszem okrągłem pismem skreślone, na pierwszej karcie, czerwonego kajetu:
Religia! Religia Słowo wzniosłe, tajemnicze! Pełne wzruszeń, pustelnicze, Nostalgia! nostalgia!
Na nieszczęście, tej reszty, która była tylko kwestyą czasu, nigdy Jakób nie mógł jakoś dorobić. Poematy mają swoje przeznaczenie. Okazuje się że przeznaczeniem poematu „Religia! Religia!” w dwunastu pieśniach, było: nie być wcale. Daremnie wysilał się poeta, po czterech powyższych wierszach nie przybył ani jeden. Istny fatalizm! Zniecierpliwiony, nieszczęśliwy chłopak przerwał nareszcie swą pracę i pożegnał Muzę. Tegoż dnia począł łkać rzewnie, poczem garnki z klejem ukazały się znów przy ogniu. — A cóż się stało z czerwonym kajetem?... o, czerwony kajet miał także swoje przeznaczenie. Jakób rzekł raz do mnie: — Darowuję ci go, pisz w nim co ci się podoba. — Wiecież co ja w nim pisałem? — Moje poezye! tak poezye Chudziaka! Jakób zaraził mię tą chorobą. Teraz, za pozwoleniem czytelnika, podczas gdy Chudziak zajęty jest dobieraniem rymów, przeskoczymy jednym susem cztery, pięć lat jego życia. Pilno mi bowiem do wspomnień z 1856 roku. Jeszcze dzisiaj rok ten nie wyszedł z pamięci domów Eyssettów; bywają takie daty w rodzinach. Niewiele zresztą straci na tem czytelnik gdy ten fragment mojego życia pokryję milczeniem. Była to zawsze ta sama piosnka złożona z łez i nędzy: interesa szły źle, komorne nie opłacone, sceny z wierzycielami, kosztowności matki sprzedane, srebro w zastawie, dziury w prześcieradłach, łaty w ubraniu, przeróżne niedostatki, codziennie upokorzenia, wieczna niepewność co będzie jutro, przerażający dzwonek woźnych, ironiczny uśmiech odźwiernego kiedyśmy przechodzili, przez dziedziniec, a potem pozwy, pożyczki i t. d. i t. d. Jesteśmy zatem w 1856 roku. Tegoż roku „Chudziak” skończył klasę filozofii. Był on, o ile pamiętam, chłopcem pełnym pretensyi, biorącym siebie, zupełnie seryo za filozofa — i za poetę także; zresztą mało co wyższy od buta i bez żadnego zarostu. Pewnego poranku, gdy wielki filozof Chudziak wybierał się do kolegium, pan Eyssette ojciec, zawezwał go do magazynu i powiedział mu swym zwykłym ostrym tonem. — Danielu, porzuć książki, nie pójdziesz więcej do szkoły. To rzekłszy, począł cho- dzić wielkiemi krokami po magazynie w milczeniu. Wydawał się mocno wzruszony, co się też Chudziakowi bardzo udzieliło. Po długiej pauzie pan Eyssette ojciec, rzekł znowu: — Mój chłopcze, mam ci złą wiadomość do udzielenia — bardzo złą... Jesteśmy zmuszeni się rozstać, rozproszyć się wszyscy — a to z tej przyczyny: Tu płacz donośny, łkanie rozdzierające ozwało się z poza drzwi przymkniętych. — Osieł jesteś, Jakobie! zawołał pan Eyssette nie odwracając się, poczem ciągnął dalej: — Gdyśmy przybyli do Lugdunu przed ośmiu laty, zrujnowani przez rewolucyę, miałem nadzieję że pracą i staraniem potrafię odzyskać majątek; ale nie udało mi się, zdołałem tylko wleźć w długi i w nędzę po uszy... Teraz wszystko skończone, ugrzęźliśmy ostatecznie... Aby wyjść z tego położenia jedno nam pozostaje, teraz kiedyście już dorośli: sprzedać domowiznę i zarabiać każdy na siebie osobno. Nowe łkanie niewidzialnego Jakóba przerwało mowę pana Eyssette, lecz był sam tak wzruszony, że się już na niego nie gniewał, dał tylko znak Danielowi aby drzwi zamknął i tak kończył swą przemowę: — Oto cośmy tymczasowo postanowili: matka wasza uda się na południe, do brata swego, wuja Babtysty. Jakób zostanie w Lugdunie, znalazło się dla niego zajęcie w lombardzie. Ja zaś wstępuję jako agent, do Towarzystwa Handlowego win....Co do ciebie, mój biedaku, trzeba będzie abyś także zarabiał na swoje utrzymanie... Odebrałem właśnie list od rektora, który proponuje ci miejsce dozorcy szkolnego; oto masz, czytaj. Chudziak wziął list i czytał. — Z listu, widzę, rzekł skończywszy go, że nie mam ani chwili do stracenia. — Trzeba jechać jutro. — Więc pojadę, ojcze. Przy tych słowach, Chudziak złożył list i podał go ojcu, a choć serce się ścisnęło, ręka nie zadrżała mu wcale. Był to, jak widzicie, wielki filozof. W tej chwili weszła do magazynu pani Eyssette, za nią bardzo nieśmiało postępował Jakób. Oboje zbliżyli się do mnie i uściskali mię serdecznie. Wiedzieli już od wczoraj o tem, co się stać miało. — Trzeba pomyśleć o jego rzeczach — mówił szorstko pan Eyssette, jutro odjedzie rannym parowcem. Pani Eyssette wydała głębokie westchnienie, Jakób stłumił płacz i na tem się skończyło... Oswojono się już z nieszczęściem w tym domu. Nazajutrz po owym pamiętnym dnia, cała rodzina Eyssettów towarzyszyła chudziakowi do przystani. Szczególnym zbiegiem okoliczności wsiadał na ten sam statek, który przed laty przywiózł Eyssettów do Lugdunu. Tenże kapitan Génies i kuchmistrz Montelimart znajdowali się tam jeszcze. Naturalnie przywiodło to nam zaraz na pamięć ogromny parasol starej Anny, i papugę Robinsona, i kilka innych wydarzeń naszego wylądowania... Wspomnienia te rozweseliły nieco smutny odjazd i wywołały cień uśmiechu na usta pani Eyssette. Nagle zajęczał wielki dzwon. Trzeba było jechać. Chudziak wydzierając się z objęć ukochanych, odważnie przekroczył kładkę... — Trzymaj się dzielnie — wołał ojciec. — Tylko nie choruj — mówiła matka. Jakób chciał także coś powiedzieć ale nie mógł, dławiły go łkania. Chudziak nie płakał. Jak już wzmiankowałem poprzednio, był z niego wielki filozof — a filozofom stanowczo rozczulać się nie uchodzi... A jednak Bóg widzi jak gorąco kochał tych co pozostawali, i tam we mgle, niknęli mu z przed oczu. Bóg widzi jak chętnie oddałby za nich życie i krew swoją... Wszakże ruch na pokładzie, radość z opuszczenia ponurego Lugdunu, upojenie podróżą, duma z poczucia się człowiekiem, człowiekiem dorosłym, wolnym, podróżującym bez niczyjej opieki, na własną odpowiedzialność, człowiekiem zarabiającym na swe życie, — wszystko to odurzało Chudziaka i nie dawało mu należycie oddać się żalowi, i myśli o tych trzech istotach ocierających łzy na wybrzeżu Rodanu. Za przybyciem do rodzinnego miasta Chudziak udał się natychmiast do Akademii gdzie mieszkał rektor. Przyjaciel Eyssetta ojca, rektor, był to wysoki, piękny starzec, ruchliwy, i nie mający w sobie ani śladu pedantyzmu. Przyjął syna przyjaciela nader łaskawie, chociaż, gdy go do gabinetu wprowadzono nie mógł powstrzymać zdziwienia i, — Boże mój! cóż to za maleństwo, — zawołał. Istotnie Chudziak był do śmieszności mały, przytem wyglądał nietylko młodo, ale nawet dziecinnie. Wykrzyknik rektora zadał mu cios w samo serce. — Nie zechcą mnie — pomyślał, — nieprzyjmą — i począł drżeć na całem ciele. Szczęściem rektor, jak gdyby przeczuwał co się w jego biednej duszy dzieje rzekł: — Zbliżno się tu, chłopcze... tak — więc to ciebie mamy zrobić dozorcą klasy... W twoim wieku z takim wzrościkiem i taką twarzyczką będziesz miał zadanie trudniejsze niż kto inny... No, ale cóż zrobić, jeżeli już tak być musi i zarabiać na życie potrzebujesz, — to cię poślę do szkoły powiatowej w Sarlande, o parę mil stąd, w góry!... Będzie to to dla ciebie szkoła męstwa... Zahartujesz się, urośniesz, dostaniesz wąsów, a jak ci broda urośnie — wówczas zobaczymy! — Wypowiadając to wszystko rektor pisał do przełożonego szkoły w Sarlande list polecający, a ukończywszy, wręczył go Chudziakowi, zalecając aby tegoż dnia jeszcze wyruszył na miejsce przeznaczenia; potem dodawszy kilka wielce mądrych rad, poklepał go dobrotliwie po policzku i pożegnał obiecując pamiętać o nim. I oto Chudziak niesłychanie uradowany zbiega jak szalony ze stuletnich akademickich schodów bez tchu pędzi zamówić sobie miejsce do Sarlande. Dyliżans odchodzi po południu, więc ma jeszcze cztery godziny czasu! Korzysta więc z tego, aby przejść się trochę po spacerowej alei i ukazać się oczom współziomków. Po spełnieniu tak ważnego obowiązku, pragnie zaspokoić głód, więc zaczyna poszukiwać odpowiedniej do swej sakiewki restauracyi; spostrzega, tuż przed sobą, czysty skromny budynek ze świeżutko wymalowanym szyldem, na którym widniał napis: „Pod Pielgrzymem”. — To jakby dla mnie! — myśli sobie, i po krótkiem wahaniu, — pierwszy raz bowiem w życiu wchodził do restauracyi — śmiało drzwi otworzył. Izba gościnna była pusta w tej chwili. Ściany pobielane wapnem, kilka stołów dębowych, w rogu stały, długie laski pielgrzymie okute u dołu, u góry ozdobione różnobarwnemi wstęgami... Przy kantorze, barczysty jegomość, z głową nad gazetą zwieszoną, chrapał potężnie. — Hola! jest tu kto? — wołał Chudziak stukając pięścią w stół, niby jaki doświadczony bywalec. Gruby jegomość niełatwo wyrwał się z objęć Morfeusza, ale z sąsiedniej izby wypadła pani gospodyni, a przyjrzawszy się uważnie nowemu gościowi, którego tu szczęśliwy wypadek przyprowadził: — Boże miłosierny! — zawoła — toż to pan Daniel! — Anno, moja poczciwa stara Anno! — wołał Chudziak i padli sobie nawzajem w objęcia. Tak jest! to stara Anna, niegdyś niańka Eyssettów, dziś gospodyni zajazdu „Pod Pielgrzymem”, a ten gruby jegomość, chrapiący tam przy kantorze, to jest mąż, Jan Peyrol. Jakże Anna się cieszy ze spotkania swego małego Danielka, jak go całuje i ściska, mało nie udusi! Wśród tego wylania czułości, budzi się gruby jegomość mocno zdziwiony gorącem przyjęciem przez Annę nieznanego sobie młodzieńca — lecz dowiedziawszy się, że to pan Daniel Eyssette w swojej osobie, poczerwieniał z radości, porwał się z miejsca aby ofiarować swe usługi tak znakomitemu gościowi. — Czy pan Daniel już po śniadaniu? — pyta. — Nie jeszcze, mój dobry Peyrol, właśnie po to tu wstąpiłem. — Boże miłosierny! Pan Daniel bez śniadania! — i stara Anna biegnie na gwałt do kuchni, a Jan Peyrol duchem skoczył do piwnicy — a piwnica była nielada jaka, wedle opinii pielgrzymów. Za chwilę stół był nakryty i zastawiony. Chudziakowi pozostawało tylko usiąść i uraczyć się do syta... Po lewej stronie stara Anna podaje mu bułkę do świeżutkich jaj na miękko... po prawej, Peyrol nalewa do szklanki czerwonego, przezroczystego jak rubin, starego Chateau-Neuf,... Chudziak czuje się szczęśliwym, zapija, zajada a między kąskami ma czas jeszcze opowiadać jak się to dostał do Uniwersytetu i jak go to stawia w możności uczciwie zarabiać na życie. Trzeba było widzieć, z jakim naciskiem i z jaką dumą, wymawiał te wyrazy: „uczciwie zarabiać na życie”. Poczciwa Anna aż mdleje z zachwytu i rozczulenia. Tak przy szklance i gawędce, mijają dwie godziny. Mówi się o czarnej przeszłości i przyszłości różowej. Sięga się do wspomnień z dawnych czasów: o fabryce, Lugdunie, o ulicy Lanterne i o tym ukochanym księdzu którego już niema... W tem Chudziak musi odejść. — Jakto, już, — mówi ze smutkiem Anna. Chudziak się tłomaczy, że jest ktoś w mieście z kim się powinien zobaczyć koniecznie przed odjazdem, odwiedziny bardzo ważne!... Co za szkoda! było im tak dobrze razem!... Tyle jeszcze pozostało do powiedzenia sobie... Wszakże jeżeli nie może być inaczej i pan Daniel ma kogoś do odwiedzenia w mieście, przyjaciele jego z „pod Pielgrzyma” nie śmią go dłużej zatrzymywać... — Szczęśliwej podróży, panie Danielu! — Niech Bóg prowadzi kochanego pana!... I tak, aż do pół ulicy, towarzyszyły mu błogosławieństwa Jana Peyrol i jego żony. Radzibyście wiedzieć zapewne co to był ów ktoś w mieście, kogo Chudziak tak spieszył odwiedzie? Oto zapragnął on ujrzeń fabrykę, tę drogą, po której wylał łez tyle, i ogród i pracownie i jawory, towarzyszy lat dziecięcych, pierwsze radości swoje... Cóż dziwnego? Serce ludzkie miewa swoje słabości; kocha co może, przywiązuje się nawet do drzewa, nawet do kamieni, nawet do fabryki... Zresztą, historya twierdzi iż stary Robinson po powrocie do Anglii puścił się znów na morze i zrobił nie wiem ile tysięcy mil, aby, jeszcze raz, oglądać swą bezludną wyspę. Dla czegożby Chudziak nie miał poświęcić kilkuset kroków dla oglądania swojej? Już zdaleka, poznały starego drucha jawory; wznosząc pierzaste głowy ponad dachy domów, widziały jak biegł ku nim co sił starczy; kłaniały mu się i pochylały ku Sobie, jak gdyby jedne drugim mówiły: — Patrzcie! to Daniel Eyssette! Daniel Eyssette powrócił! — A on wciąż bieży i bieży — staje wreszcie przed fabryką, zdumiony. Widzi tylko wielkie szare mury z poza których nie dojrzeć ani czerwonego granatu, ani drzew laurowych. Zamiast okien, kraty; zamiast warsztatów, kąpiele. Ponad bramą, krzyż, a nad krzyżem, napis łaciński!... Fabryka nie jest już fabryką, lecz klasztorem Karmelitanek, gdzie mężczyznom wstęp wzbroniony na zawsze.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Chudziak.
