Front matter
JERZY BANDROWSKI
BAJKI UCIESZNE
1910 NAKŁADEM L. CHMIELEWSKIEGO we Lwowie.
całość
JERZY BANDROWSKI
BAJKI UCIESZNE
1910 NAKŁADEM L. CHMIELEWSKIEGO we Lwowie.
Drukarnia I. Jaegera Lwów.
WSTĘP. Bajki! Nie pora na nie chyba! Baśnie, Gdy romantyzmu kwiat błękitny gaśnie, Kiedy zdobyte przestworza, błękity, — Gdy — mówią — biegun północny odkryty!
Bajki! Jest ich niemało dzisiaj właśnie... Obywatelska cnota, cześć, uczucie, Hehe! Kiwanie palcem w ciasnym bucie... Ja wierzyć już nie mogę w stare baśnie...
Pierrotów stado pstre iskrzące hasła Jak szklanne kule miota ponad głowy — Ta świeci, skrzy się ta, a ta już zgasła — Żongler i kuglarz — ludu prorok nowy!
Widowisk żądna ogłupiała tłuszcza Ubóstwia race, które szalbierz puszcza; W szynkowniach wieszcze — niczem nędzne grajki, Dusza, prostota serca — bajki, bajki!...
O PRAWDZIE I JEJ RODZAJACH ROZLICZNYCH W jednym barze człek pewien o pochmurnem czole Siedział sobie w zadumie pogrążon przy stole. I przyszedł doń przekupień jakiś, nędzny, stary, Handlarz o niecnej twarzy, łotr bez czci i wiary, Rufian, szuler i oszust w jedynej osobie, Hultaj, który oszustem zostanie i w grobie. Czaszka łysa, nos cienki, usta wykrzywione Wciąż cynicznym uśmiechem w ową, to w tę stronę; Latają oczki małe, przebiegłe, złośliwe; Ręce długie, u dłoni palce cienkie, krzywe I brudne; scyzoryki sprzedaje, kartki lub dziewczęta Dzień i noc miastem błądzi, w wszednie dni i w święta. Ten stanąwszy przed panem o pochmurnem czole Podsuwał mu swój towar, skarżąc się na dolę. Odpowie dziwak naraz: — Prawdy szukam, panie! Możesz mi dać, to kupię! — Handlarz na pytanie Usłużnie ku gościowi w net bliżej przyskoczy I z szyderczym uśmiechem patrząc mu wciąż w oczy, W woreczku jakimś brudną gmerze dłonią — W woreczku liczmany dzwonią, Jak błazeńskie dzwonki dzwonią, A handlarz mówi z ironją:
— Prawd jest nieskończenie wiele! Ta w piątek, ta na niedzielę. Ilość ich wprost niepojęta! Oto ma pan: Prawda święta! Jeżeli panu zbrzydła ciągła blaga, Jest tu przecież prawda naga! Ja się tam przed nią nie płonię, Lecz nie lubią jej w salonie. Mniej sympatyczna także prawda szczera, Wciąż się w błocie poniewiera, Znajdzie się też prawda czysta, Lub tak zwana oczywista, Jeśli panu innej chce się, To mu filozofja niesie Względną lub bezwzględną; gwoli Każda będzie! Co pan woli! Prawdę sub specie aeterni? Lub boską? — Tę znają wierni, Ma ona czasem moc cudu. Tu ma pan „prawdę dla ludu“... Dość ona jaskrawo świeci, Lecz śmieją się z niej dziś dzieci! A ta? Tę znaleźć można najczęściej, Wszechpotężną prawdę pięści! A oto prawdy: historyczna, logiczna Metafizyczna i matematyczna,
No, handlarz każdy panu tu wymienia Postępowego „Prawdę“ zjednoczenia, Choć mnie najbardziej imponuje śliczna, Giętka, chytra, rozumna, prawda połowiczna. Co pan chce! Sprzedam! Liczmany dzwonią W woreczku handlarz brudną gmerze dłonią, Zjadliwie szepcąc: — O mój miły panie, Na kupienie prawd wszystkich złota ci nie stanie!
PŁASZCZ KARDYNALSKI I GROSZE.
Stary płaszcz kardynalski, zamknięty gdzieś w skrzyni, Że go zanadto cisną, skromne grosze wini: — Hołoto, zapomniana przypadkiem w kieszeni! I ten, który was zebrał, za nic sobie ceni! Zdala odemnie, proszę! Groszom do mnie wara! Wszak to arcykapłańska szata — chociaż stara! Tak wciąż zrzędzi, narzeka, gderze bez ustanku. Tu się jeden odezwie grosz: — Hola, mopanku! Mamy wprawdzie szacunek dla twojej purpury, Lecz gdyby nie my, liczne byłyby w niej dziury.
O DOBRYCH FORMACH
Raz wkradł się rzezimieszek w pewne ludzi grono. Nikt go nie znał, a przeto nim się spostrzeżono Kto on zacz, już w tem gronie zyskał stanowisko, Choć nań ciągle sarkano, kłaniano się nisko: Tytuł zyskał — rzecz pierwsza — więc go szanowano; Że rzezimieszkiem został, było rzeczą znaną. On sam krył się z tem mało, albo też nic wcale. Śmiejąc się ludziom w oczy, łupił ich wytrwale. Wnet równych sobie łotrów otoczył się szajką I — chociażby to wszystkim zdało się być bajką — Zabezpieczywszy sobie bezkarność, swobodnie Ludzi grabił, ostatnie ściągając z nich spodnie. Cześć niby dziewkę pędził na ulice, Wierność potargał na nice, Sprawiedliwość szyderczem wyśmiał urąganiem, Rozsądnym za przestrogi odwdzięczał się plwaniem, Czystość gwałcił i dłonią swą hańbił plugawą, Znęcanie się nad słabszym było mu zabawą, Nie uszanował dziecka ni siwego dziada — Zwycięsko w jego norze chichotała Zdrada, Widząc, jak splugawione i bezsilne Cnoty Służkami powolnemi są jej złej lichoty. Trwało to długo. Aż raz rzezimieszek Twardy napotkał orzeszek,
Jakiś człek, zresztą cichy, łagodny, spokojny, Z nikim nie pragnący wojny, Widząc, jak łotrzyk uśmiecha się zdradnie, Poznał, że wnet mu wypadnie Wziąść się z niecnotą za bary: A że był silny i jary, Splunął w garść i na pięść swą zdał się w tej potrzebie. Wkrótce łotrzyk pewny siebie Natarł — człek się tylko broni, Lecz widząc nóż w łotra dłoni, Jak się naraz w sobie skrzepi, Jak nie grzmotnie dobrze, lepiej! W żebra, w zęby, między oczy — Rzezimieszek wnet odskoczy I na guzy lejąc wodę, Kornie prosi go o — zgodę! I oto co się dzieje? — Towarzystwo całe Napadniętego gani za krzyki zuchwałe, Głośny mu czyniąc zarzut, iż w swojej obronie Nie myślał o torm dobrych i gładkich zakonie, Że dźgany nożem — kopał, co jest nieprzystojnie, Że szamotał się z łotrem nazbyt — niespokojnie, Że się o łotra zbrodniach wszędzie dowiedziano, Że skandalu tej sprawie nadano dziś miano, A całą tego winę trza przypisać jemu,
Za to, że krzyczał głośno, nie chcąc się dać złemu. Stąd: morał Cześć społeczną mając wciąż na względzie Nie wołaj, że bandyta, choć łotr na pierś siędzie. Chce cię okraść? — Nie wzbraniaj, w pokorę się odziej! By go łotrem nie zwano, mów, że-ś sam jest złodziej.
BAJECZKA CODZIENNA.
Był sobie pewien chłoptaś. Bardzo go lubiano. Sława jego zdolności wszystkim była znaną. I choć chłopak był mały, za ósmy cud świata Okrzyczały go: ciocia, babcia, mama, tata. Wprawdzie rzeczy niezwykłych dopatrzeć się zgoła Obcy nie mógł, lecz obcy czyż zrozumieć zdoła? Czyż może odkryć te zdolności tajne, Co z chłopczyka robiły dziecię nadzwyczajne? Obcy widział, że malec darł buty, majteczki, Mamusię okłamywał, i śmiał się z cioteczki, Uwielbiała go jednak powszechnie rodzinka Po nad wszystkich stawiając wyżej Benjaminka. Owszem: chłopak był miły, obrotny i żwawy, Skłonny tak do swawoli, jak i do zabawy, Nie unikał też książek i czytał dość wiele, Nad Robinsonem całe spędzając niedziele.
— Co z niego będzie? Biskup, jenerał, uczony? Zwykł był wieczorem mawiać ojczulek do żony. — Nie wiadomo; to pewne, obiecuje dużo, I jeśli naszych planów złe losy nie zburzą, Jestem pewną, że Bogu wyrośnie na chwałę. Posłano go do szkoły — porteczki już całe Miewał; a choć się pracy imał niezbyt chętnie, To, że przynajmniej słuchać umiał dość pojętnie I opowiadał żywo, a sprytnie i śmiało, Z najcięższych tarapatów wychodził z pochwałą. Profesorowie wprawdzie trochę się nań chmurzą — — Próżniak — mówią— lecz zdolny, obiecuje dużo! I tak, szczęśliwie zdawszy liczne egzamina, Chłoptaś prawnicze studja gorliwie zaczyna; Czasu wiele nie było, bo wieczorki, bale Zajmowały go nadto, tak, że prawie wcale Książek nawet nie tykał; że jednak był znany, W świecie bardzo obyty, nadto wygadany, Przeto łatwo szedł naprzód; przyjaciele mili Tu i owdzie się za nim wstawili, prosili; (Wszak przyjaciele swoim też chętnie usłużą). Młodzieniec był tak zdolny, obiecywał dużo — Po ukończonych studjach, człowiek już skończony, Zaczął szukać karjery, pieniędzy i żony. Nic nie robił, zaś wszystko, zaczynał, więc z tego, Każdy się dopatrywał w nim wprost niezwykłego
Człowieka, co góruje zdolnością nad tłumem, Wyższy odeń i sercem, taktem i rozumem Tak, że kto tylko nie był złą ślepotą kurzą Dotknięty, twierdził o nim: — Obiecuje dużo, I obiecywał dużo tak przez długie lata; Wreszcie nadeszła chwila wzdarzenia bogata: Oto obiecujący, świetny ludu Koryfeusz Swych ogromnych obietnic sławił jubileusz. Obietnic! Bo choć skronie zdobił mu wawrzynu Wieniec — nie spełnił nigdy ni jednego czynu! Cóż w tem , mili przyjaciele? U nas geniuszów takich jest aż nazbyt wiele.
BOGACZ I NĘDZARZ.
Było to późną nocą. Bogacz podchmielony Przypadkiem gdzieś w przedmiejskie zabłąkał się strony. Czy-to, że się zasiedział przy kartach, zdrętwiałe Chciał wyprostować nogi, czy-to, że mu „białe“ Zbytnio szumiało w głowie i pragnął przechadzki Szedł tam, gdzie nań rozliczne czyhały zasadzki. Gdy się spostrzegł, ze zgrozą spojrzał na ulice Długie, ciemne, ponure... Wielkie kamienice
Zniknęły, na ich miejsce malutkie, koszlawe Wyrosły domki, krzywe — Budziły obawę Przecznice mroczne, cieniów podejrzanych pełne. I co tu długo obwijać w bawełnę! Bogacza strach zdjął niezmierny! Oto tajemne i brudne tawerny — Lampki przed niemi płoną czerwone A chociaż wrota zamknione Przez okiennice słychać wrzawę, kłótnie... W tych pieleszach występek głowę wznosi butnie; Półnagi błądzi w zmroku Z wściekłości żółtym blaskiem w oku, Z nożem w zaciśniętej dłoni, Nie lękając się pogoni Bezwstydnie rozkłada się w błocie I marząc o cudzem złocie, Cyniczną piosnką skraca długie chwile Oczekiwania. Jak nocne motyle Wokół latarni, gdzie mglisto trzepoce Żółtawy płomyk, w długie, ciemne noce Drepcą dziewki, przechodniom w twarz na powitanie Szepcąc ohydnych pokus haniebne litanje Istny sabbat czarownic, gdy dmie zawierucha. Lecz jeszcze gorsza senna, ciężka cisza głucha, Martwa, pusta i czarna... Bogacz zdrętwiał. — „Ach, chętnie dałbym jaki dar na
Biednych, czy-tam na kościół, byle stąd wyjść cało. Broni nie mam, a złota, pieniędzy — niemało!“ Zawrócił więc czemprędzej i dalejże w nogi. Pędził co tchu. Już ubiegł spory kawał drogi — W tem widzi, że go jakiś cień wciąż prześladuje. — „Oho! Już im nie umknę! Dostrzegli mnie, zbóje! Nie umknę im, to darmo! Zapłacę sowicie! Lecz bojąc się donosu wezmą mi i życie! Wszystko im dam i przyślę, co zechcą, pieniędzy! Niż wcale nie żyć, lepiej żyć chociażby w nędzy“. Wtem upadł! — Prześladowca z błota go podnosi I pokornie z łzą w oku o grosz na chleb prosi; Szarpnął się bogacz dziko nakształt raka w saku: — Prosisz? — rzecze szczęśliwy — Prosisz? A łajdaku“! Odetchnął z ulgą, sapnął, pot starł i z wdzięczności Kazał go aresztować za napaść w ciemności. Jaki stąd morał? — Wszyscy domyślić się możem: Łatwiej niż dobrem słowem trafić w serce nożem!
EPIKUREJCZYK.
Widząc, jak mąż łapczywie majonez zajada, Rzecze żona strofując: — Dość już, moja rada! Dość, bo to odchorujesz! — Mąż odrzecze wzajem: — Chorować będę jutro! Ale dziś się najem.
ROZMOWA.
Przysłowie mówi niegłupie, Że gdzie dwóch Polaków w kupie, Tam zawsze, jak to sami zresztą dobrze wiecie, Mowa zwykle o kobiecie. Cóż dopiero, gdy zejdzie się ich gdzie dziesięciu! Tam każdy o miłosnem tylko przedsięwzięciu Opowiada a zwykle chełpliwymi słowy, Jakto on całe życie wciąż zawracał głowy Mężatkom, pannom, ciotkom, kuzynkom, dziewczętom, Słowem ręcząc za wszystko, jak za prawdę świętą, Choć nie jeden z zdumieniem patrząc w Don Juana, Pojąć nie może, jak taka narwana Pokraka, biedna, oblazła i ckliwa, Miłosne zebrać mogłaby gdzie żniwa. Otóż raz w towarzystwie, gdy tak ktoś amory Swoje pysznie wyliczał, wybuchnęły spory, Czy kobiety uczciwe są w świecie, czy niema! Prawdę mówiąc, drażliwe to i śliskie thema, Bowiem, że cnota kruchą, to już pismo święte Bajeczki opowiada o tem niepojęte, Choć z drugiej strony śpiewają poeci, Że cnota niewiast niczem gwiazda świeci Na firmamencie ducha ludzkiego i grzeje
Jak to słońce, zachwyty rodząc i nadzieje. Dysputowano długo, rzecz prosta, daremnie. Tu pan jeden powstanie: Panowie, zaś we mnie Kobieta ma do śmierci zawziętego wroga. Tę prawdę głoszę, gdzie tylko ma noga Stąpnie i twierdzę, że o zrozumieniu Swych obowiązków my temu stworzeniu Napróźno wiecznie prawdy kładziem w uszy. Już ona głowy ni chwili nie suszy Nad tem, co zrobić trzeba, co wypada. Grzech jej ponętnym, zaś najsłodszą zdrada. Miałem ich dosyć! Dziś już się nie trudzę! Miałem kochanki jak i żony cudze, Brałem i panny niewinne w objęcia I prawdę mówiąc nabrałem pojęcia Należytego o miłości, cnocie — Fałszywe, zdradne pokolenie kocie, Tak kokota, jak dama, panna, czy mężatka... Tu ktoś przerwał: — Przepraszam a jak pańska matka?
POETA I LAMPA.
Młody pewien poeta, gdy w nocy do domu Wracał, z swych młodych tęsknot nie mając się komu Zwierzyć, na oknie stawiał lampę zapaloną,
A sam, w pościel wgrążywszy głowę rozmarzoną W zadumie bezustanku palił papierosy, Z wierną lampą gawędząc długo na dwa głosy. Raz rzekł patrząc na lekko falujące dymy: — Ja i ty — myśmy bracia! W ciemnościach świecimy! Na to lampa odpowie z lekką złością w głosie: — Prawda, ja w nocy świecę — ty kopcisz, młokosie.
UCZCIWI.
W pewnej wiosce spór o grunt dwaj wiedli sąsiedzi, Ten uczciwy, ów zaś łotr; więc, jak zwykle bywa, Gdy go gnębi sąsiada potwarz albo krzywa Przysięga, ten uczciwy daremnie się biedzi. Człek dobry wobec złego bezbronnym jest zawsze, Ile-że ludzkie prawo — a to najciekawsze Nie na to, aby wzbronić mogło krzywdzie jakiej! Lecz wartość ma dopiero, gdy skrzywdzą łajdaki A choć za zbrodnię karze, przeszkadza jej rzadko, I tu więc łotr, chcąc skrzywdzić, drogę znalazł gładką. Więc ogołocił z czego mógł sąsiada Nie zważając na żonę ani głodne dzieci. Wciąż oszczerstwami napada — Jak może niesnaski nieci,
A co mu wydarł — nie chce wydać wcale. Daremne dobrego żale I próżno pomocy wzywa; Choć sprawa jego uczciwa, Każdy mówi: — Żal mi bracie, Łotrowi rady nie dacie. Idźcież dalej w swoją drogę, Ja wam dopomódz nie mogę! — Nie zawsze siła górą. W rzecz wdały się sądy I oto naraz złego skończyły się rządy. Lecz gdy dział swój otrzymał gospodarz uczciwy Z gratulacjami śpieszy doń zaraz, kto żywy! Cieszą się, że zgnębiono łotra, postrach wioski, W przebiegu całej sprawy widzą palec boski, — Było pewnem, że wygrasz! — Tak wszyscy wołają, Tu gospodarz zdziwiony, Widząc się otoczonym taką liczną zgrają Życzliwych — Nie wiedziałem — rzecze do swej żony, Że ci wszyscy sąsiedzi tak trzymają z nami. Czyż, gdy najgorzej było, nie byliśmy sami? Że łotrem mój przeciwnik — nieznanem nikomu? Lecz gdym was zwał na pomoc — nie było was w domu! Jako-żem sprawę wygrał, nie żywię urazy, A czemużeście twardzi wpierw byli jak głazy? Tu sąsiedzi zmięszani pochylili głowy.
Aż wreszcie jeden rzecze: — Jak tu z twojej mowy Domyślam się, nieszczerość zarzucić nam chcecie Żeśmy temu niewinni — spostrzeże i dziecię. Tyś uczciwy, zaś łotrem twój sąsiad, rzecz znana Sprawiedliwość zupełnie chyba ci już dana, Jakże nam było można wpierw z nim zrywać, druhu Kiedyśmy o wyroku nie mieli ni słuchu. A choć prawdzie sprzyjamy, i w tem mądrość męża Nam prawda tylko wówczas święta, gdy zwycięża!
BAJKA O BYKU.
By wielkiego udać zucha, Byk, urwawszy się z łańcucha, Po dziedzińcu uganiał co siły. Zwierzęta, jakie gdzie były, Rozumie się, wszystkie w nogi — Byk był nadzwyczajnie srogi! Z podwórza — już po ogrodzie Ugania, to drzewka bodzie, To znów depce kwiaty, grzędy, Pędzi tędy, to tamtędy Nadzwyczaj zadowolony, Że zwierzęta na wsze strony Rozpierzchły się z przerażeniem.
W dumę wzbity tem wrażeniem, Zadarł ogon, zniżył rogi I nie wybierając drogi Poprzez klomby i trawniki Popędził buhaj jak dziki. Rozgdakały się przerażone kury, Kaczki powłaziły w dziury Gęsi, jak gęgający obłok podwórzem Przeleciały w przerażeniu dużem, Źrebięta grudy sypiąc z pod kopyt w tabunie Pomknęły, tętent czyniąc, jako kiedy runie Wielkie drzewo na ziemię. Jednem słowem hałas Stał się taki, że wreszcie kot spłoszony, Białas, Jednym susem się znalazł na słomianej strzesze I stamtąd ku swej wielkiej uciesze. Siedząc sobie spokojnie na stodole Przyglądał się tej byczej brewerji na dole. Zaś nasz buhaj ogromnie szczęśliwy, Że takie sprawił dziwy, Okropny spuścił ryk: — Ja jestem buhaj, byyyk! Tuż pod domem charcica pokojowa spała; Jakoś się byka nie bała, Lecz patrząc nań spokojnie, nawet ironicznie. Tak rzecze: Byczku! To ślicznie! Ale poco taki krzyk?
Wszak wiadomo, żeś ty byk, Byczek piękny, rosły, duży, Na pochwałę byk zasłuży. Nawet te okropne wrzaski Zjednają mu wiele łaski Lecz niech pamięta — u krów! Nie jest to taki wielki zaszczyt znów!
KOMIN I DZWON.
Gdzieś przy wiejskim kościółku, na dachu plebanji Tkwił komin i pomimo, że zwalany sadzą, Chełpił się, iż mu tak kadzą; Pyszny, dzwon kościelny gani, Co na wieży nie dalekiej, Pochylonej już przez wieki. Rano, wieczór, huczne głosy Śpiewając rzucał w niebiosy. — Znana rzecz! — tak komin powie — Komu tylko wróble w głowie, Ten z słowami się nie liczy, I gdy tylko może — krzyczy! Że od lat wisi na wieży, Inną siebie miarą mierzy, Na bliźnich patrzy z ukosa
I dumnie zadziera nosa, Choć Krasicki złotousty Rzekł: „Dzwon głośny, bowiem pusty“. — Proszę! — rzekł dzwon do komina — Gdzież tu tylko moja wina? Kto wysoko, patrzy z góry, W chmurach orły, w dziurach szczury! Choć poetę sobie ważę, Mylą się bajko-pisarze, Co dowiodę w tej rosterce: Śpiewam głośno bo mam serce!
DYJAMENTY PODCZAS GŁODU.
Na pewien kraj nadeszły okropne dni głodu. Nie trzeba wcale dowodu, Że to możliwem było w owym czasie, Bowiem i u nas łatwo dostrzec da się, Że gdy ta chwila nadejdzie nań licha I najbujniejszy człek też z głodu zdycha. Więc naród tego kraju ogłupiały z nędzy, Szukał sposobów, jakby tu coprędzej Zginąć, bo samobójstwo nietylko człowieka Jednego przywilejem. Prawda to od wieka, Że ludy, niczem stada bawołów bezradne,
Na łeb w otchłanie zguby same skaczą zdradne, Gdy oszalałe z frasunku Znikąd nie widzą ratunku. Tak ów naród, przekląwszy zbawienia nadzieję, Marnieć począł. Prym wiedli bandyci, złodzieje, Kryminaliści do sądów usiedli, A zaś kretyni sąd publiczny wiedli, Gdy kobiety uczciwe domowej samoty Nie opuszczały, śmiało i wszędzie kokoty Wdzierały się, zgorszenie tu budząc, tam zamęt - Na opisanie klęsk tych nie starczy atrament. Dość powiedzieć, że każdy, poniekąd uczciwszy, Dawno w kąt wszelkie staranie rzuciwszy, By jakoś spłoszyć pełen troski humor, Rozpijał się na umor, I wówczas to powstało zdanie nie wiem czyje: — Szuja, kto dzisiaj nie pije. Wraz ktoś z pomocą famy stugębnej obwieszcza, Że jego idea wieszcza Znalazła środek cudowny, zbawienny, Prawie bezcenny, I że, jak wszystko przypuszczać pozwoli, Koniec już nieszczęsnej doli. Każdy bieży co płuca mu starczą i nogi, Bogaty, młody, stary i ubogi, Aż gdy się wreszcie zgromadziły rzesze,
Wystąpi zbawca: Wnet was tu pocieszę: Oto trud twórczy i dar ducha święty Wskazał mi drogę, jakby dyjamenty Wytwarzać sztuczne, dyjamenty duże, Ot, wprost, niczem jaja kurze — Nikt tego nie wynalazł, myśmy jedni górą Fałszywemi brylanty i naszą kulturą... Tłum milczy. Tu wieszcz w tłumie wzrok utkwiwszy bystry: Myślałem, żeście ludzie — rzecze — wy, filistry! Ani krztyny w was niema proroczego żaru! Twórczego ducha jeszcze nie godniście żaru. Wtem ktoś rzecze: Zapewne, żeśmy go niegodni! Wszak chodzimy bez spodni! Chcesz żaru? Nam żar głodu głośno w brzuchu burczy! Jak chleb wyrabiać sztucznie, powiedz, duchu twórczy!
PROSIAK W WAWRZYNIE.
Wśród barwinku i lauru na wielkim półmisku Pyszni się tuczny prosiak z głąbiem chrzanu w pysku. Kogóż to wieńczą laurem, o nikczemny losie! Bez trzewików poeta a w wawrzynie prosię! Czyż nie słusznie, mieszczuchu, o niskość cię winią? By twój aplauz uzyskać, trzebaż dziś być — świnią?
GOSPODARZ I BYDEŁKO.
Wstał gospodarz; wyszedł rano na podwórze. Bryś go zoczył i poskoczył ku niemu w te pędy, Mówiąc; — Byłem dziś już wszędy, Pan wie, że mu wiernie służę, Obiegłem obejście, stajnie — Wszystko ładnie, jak zwyczajnie — I przy podoju byłem z dziewkami w oborze, I pilnowałem, jak karmiono konie — Całą noc stróżowałem i mojej obronie Mój pan zaufać może. Do śpichrza dobierali się chłopi — jak dęby! Wiedzą dobrze ich łydki, że mocne mam zęby! I Bartka odegnałem od Kasi! — Tak się Bryś panu przymila i łasi. A widząc, że pan go pieści, Aby zyskać odznaczenie I uróść coś niecoś w cenie, Rzecze: — Nowe niosę wieści! Każde słowo prawda święta! Bunt w obejściu i powstanie! A to — przeciw tobie, panie, Zbuntowały się bydlęta! Wół ryczy, woła, że jarzmo nazbyt go uciska, Dziwne na ciebie wymyśla przezwiska, Krowy półgębkiem sprośne powtarzają plotki,
Konie rżą i wierzgają ze złości, Świnki pobiegły za płotki I na znak nielojalności Wlazłszy po ryje w błoto, Łotrem cię zwą i niecnotą. Wszędzie bunt, szemrania, drwiny. Nawet drób, ta głupia trzoda, Przybrawszy poważne miny I uciekłszy do ogroda, Depce grzędy, grządki, kwiatki, I od tej czarnej czubatki Począwszy, a na kogucie Skończywszy, wliczając kaczki I gęsi, głupie łajdaczki, Wszystko drwi, że ty w surducie Chodzisz, w butach — wreszcie, Kto-by tam to wszystko zliczył! Pomyślałem: Wy się cieszcie, Mnie Bóg rozumu użyczył I wiem, przy kim siła, władza! Twój Bryś cię, panie, nie zdradza! Wydaj wyrok, ukarz tę głupią gromadę Uczcij zasadę! — Pan przeciąga się i ziewnie: — Tak jest, Brysiu, pewnie, pewnie, Ale powiedz mi, czy krowy,
Dały dzisiaj nabiał zdrowy? — — O tak! — Dobrze, a czy konie Chodzą w pługu, w wozach, w bronie? — Chodzą! — Kury zniosły jaja? — Zniosły! — Dobrze, a buhaja Krowy rano usłuchały? — Tak! — osypkę świnki miały? — Zjadły! — Więc gdy dały szyję W jarzmo woły, wieprz gdy tyje, Gdy na miejscu byk w oborze, Bydlę myśleć — co chce może!
NOWOCZEŚNI GIEŁDZIARZE.
Młody człowiek z prowincji, siedząc raz przy kawie Rozmowy dwuch sąsiadów swych słuchał ciekawie: — Nie rób tego, bo stracisz! Moda w tym sezonie Na rzeczy całkiem inne! — Mody nie dogonię! — Zdaje ci się! To głupstwo! Oblicz-że sam, proszę Wszak taka kombinacja ładne ci da grosze! To się robi, co trzeba, na co popyt właśnie! Wszystko inne, to bzdura, brednie, głupstwa, baśnie! Trzeba raz być realnym! Czyż to nasza wina, Że dziś się społeczeństwo o to dopomina, Jutro o co innego? Na słońce z motyką
Nie rwij się, ja tę sprawę na własne ryzyko Wziąłbym, bo pocóż słone wypłacać procenty? Nie wstydź się, gdy zarobisz! Wszakże nie masz renty! Te rzeczy dziś nie w modzie! Przepyszna taktura Solidna praca, technika — ot, bzdura! Nie chcą? Pocóż się męczyć? Masz trzymać na składzie? Zastanów się a pieniądz znajdziesz w mojej radzie. Zastanów się! — I wziąwszy ołówek, na stole Cyfry kreśli, oblicza! — Reklama? Pozwolę Choćby trzecią część kosztów. Pośrednictwo? Tyle Proszę, ze mną się nie kłóć, już ja się nie mylę! A wreszcie masz już w marcu pierwsze obliczenie! Proszę-że cię, kochanie, zechciej mieć sumienie! Towar dobry! Wszak mówię: Dziś poszukiwany! Tobie się nie podoba! Cóż z tego? na rany Boskie, a któryż kupiec to ma dziś na względzie Wszak gustu kupujących trzymają się wszędzie, Od tego kurs! Jak wolisz! Co z tego wynika! Że zawsze mniej jest zysku, gdzie mniej jest ryzyka! Zresztą, jak chcesz, cnotliwy mój Aristydesie, Ta tylko z tego widzę, że na interesie Nie znasz się! Drugi na to: — Tak się zdaje tobie Co znasz rynek tutejszy! Ja na eksport robię! Specjalizacja dla mnie niepotrzebna, raczej Już chyba co innego, bo sam wiesz, co znaczy
Raz wyrobiona firma! Rzecz nie murowana, Ale już że tak powiem, wprost cementowana! A tego ja nie myślę ani tracić, ani Ryzykować! Więc dla mnie twa rada do bani! — Tedy rób, jak sam zechcesz! Tak zrobię i kwita! — Tu ten, co siedział obok, przyjaciela spyta: Ty znasz tak wielu ludzi! Powiedz! Ci dwaj, myślę, Pracują niby — w handlu? W tutejszym przemyśle? Co? Giełdziarze? Zaś drugi: Twój sąd się nie ziści! To powieściopisarze dwaj! Idealiści!
FILISTER I KWIATKI.
Pewien pan z ogromnym brzuchem, Złotym opasanym łańcuchem, Zszedłszy się z znajomymi przy kieliszku wina, Taki wszczął dyskurs: — Mam ja, panie, syna I córkę — Za mych czasów całe wykształcenie Było: — Czcij tych, co mają znaczenie, Nie zadawaj się z podlejszym od siebie, A o codziennym myśl chlebie, Dziś, panie, wszystko inaczej! Stara mądrość nic nie znaczy! Bo spytam o co dzieci, wraz mi zgodnie jękną: Literatura, sztuka, piękno!
Poezyja! Powiedzcie mi, panowie, sami: Najadł się kto z was wierszami? Książki? — Druk, nic innego! I kto-by tam wierzył, Lub książkową mądrością życie dzisiaj mierzył? Sztuka! Ładne są kwiatki, prawda, ale w sali, I gdybyśmy, panowie, kwiatuszki zjadali, Wyglądać-byśmy mogli nie na żarty blado! Ziarno! To grunt, panowie, to moją zasadą! Nie prawda-ż? — Potwierdzili zebrani sąsiedzi, Jako że każdy umiał rozróżnić od miedzi Złoto. — Lecz jeden rzeknie — (a miał w okolicy Wieś): — Gdyby nie zakwitły me łany pszenicy... Ziarno! To grunt i prawda najświętsza nibyto, Lecz skąd chleb, gdy na wiosnę nie zakwitnie żyto? Zważywszy to, panowie, klnę się tu mą duszą: Gdzie ma chleb być lub ziarno — i kwiaty być muszą!
MIŁOSIERNY.
Pewien bankier, po dobrym obiedzie, nad losem Swych podwładnych dumając, mamrotał pod nosem — Dziwni ludzie! Ja-m pojąć doprawdy nie w stanie, Jak im ta pensya starczy na życie, ubranie, Utrzymanie rodziny, dzieci wykształcenie... Wszakże i ja pieniądze należycie cenię,
A przecie, powiem prawdę, za taką zapłatę Wolałbym nie pracować! To dusze rogate! Owszem, pojmuję pracę lecz i niezłe życie... Pracować lecz i użyć należy sowicie... A ci tu bez przestanku orzą niby woły, I jeszcze jaki taki dość kontent, wesoły... Wytrwałość ludzka zda się nie mieć prawie końca — Westchnął i wnet im płacę zmniejszył od miesiąca.
PIJAK I ŚWINIA.
Chwytając się wciąż płotu szedł do dom pijany. Krok chwiejny, oko mętne, usta pełne piany; Szedł i bełkocząc z trudem klął na się siarczyście: — Otoś się znowu upił, jak ta świnia iście! Tu świnia, co się obok paprała w kałuży, Spojrzy nań, jedno oko nieco drwiąco zmruży I rzecze: Człecze luby, niesłuszna przygana! Żadna świnia, tak, jak ty, nie była pijana!
PAN STWORZENIA.
pofrunął pewien pan pod chmury, Niepomny niebezpieczeństw, zaufany w zwoje
Jedwabiu pełnionego gazem i w motory swoje, Szybował po przestworzu na świat patrząc zgóry. Witały go radośnie miasta zdobne w krasne Sztandary, place, rynki, były tłumom ciasne, Wieńcami ozdobione wieże, kędy grały Orkiestry miejskie witalne hejnały; Świat, zda się, cały kwitnie radością i szałem, Zwycięstwem wiedzy odurzon wspaniałem. Oto tryjumfu nadeszła pora! Zaroiły się parowcami jeziora, Pomknęły przez gościńce z rykiem samochody, I kto żywy, stary, młody, Zajęcie swoje rzuca i bieży bez zwłoki Lot „Dirigeabl’a“ podziwiać wysoki. A ten, który nim wzleciał, patrząc nie bez dumy Na witające go radośnie tłumy, Na gór grzbiety pod sobą pokornie poddane, Turnie wichrem stargane, Na rzeki niby wstęgi, na miasta i sioła, W zachwyceniu zawoła: — Proch ziemski — człowiek — a niezwyciężony! W powietrze wzniósł już swe trony I króluje bezspornie nawet wśród przestworza! — Podległy mu lądy, morza, Z wichrów drwi, z burz się śmieje i północne lody Przełamał! Już żywioły nie sprawią mu szkody:
Synu Ziemi, zwycięstwa na twem czole znamię, Twa moc wszystko przełamie! W zamyśleniu swem wzniosłem pogrążony, na dół Patrzy, na ziemi cichy, senny padół, I widzi tam swą willę za miastem w zieleni — A w tem chmura mu jakaś oblicze zacieni. Żonę wspomniał i wspomniał, że kobietka płocha, Choć go całem sercem kocha, Na wszelkie jego napomnienia głucha, Poleceń ni rad nie słucha, Do wojny zawsze skora, kłótliwa, uparta, Godzinami go dręczy, nieraz gorzej czarta, O kapelusz lada jaki Tak mu się dając we znaki, Że mu brzydnie i sława i tryjumf uczony. Ten, co wichry poskromił, swojej własnej żony Nie podbił i nie trwożny wśród najsroższej burzy W przestworzu — przed swą żoną w własnym domu tchórzy.
O TRUCIZNACH.
Zeszli się w pewnem gronie dobranem chemicy. O truciznach mówiono. Ten akwę tofanę Zachwala, wielbiąc siły jej powszechnie znane,
O niej, jako o wszystkich intryg złych krynicy Odrodzenia wspomina, ten sublimat wini, Jako to czynił także Benwenut Cellini, Ten morfinę, ów opium, inny jady stare, Używane w orjencie, więc sławną kurarę, Jeszcze inny z trucizną obeznany nową, Za działalność „coninu“ własną ręczy głową, Inny gorzkie migdały, ten arszenik chwali, Znów inny ponad wszystko sławi cyjankali. Jeden siedział w milczeniu, słuchając gawędy. Wreszcie rzekł: — Środki owe zabronione wszędy, A przecie bezwątpienia każdy chętnie przyzna, Że wszędzie dozwoloną jest jedna trucizna, Chociaż działa niechybnie i straszne jej skutki; A mimo to znajdziecie wszędzie dość tej trutki. — Darmo chemicy mądrzy wszystkie zgadywali Trucizny. W reszcie widząc, że każdego pali Ciekawość, ów co pytał, w ten sposób im rzecze: Wiadomo, że na świecie są złośliwe ciecze, Lecz jedna ponad wszystkie gorszy budzi zamęt. Chcecie, bym ją wam nazwał, koledzy? — Atrament.
DOSKONAŁOŚĆ STWORZENIA I UŁOMNY.
Raz w niedzielę, W jakimś wiejskim kościele,
Proboszcz z ambony Pouczał lud zgromadzony. Jako że wszystko w świecie Stworzenie, dzieło boże Tak doskonałem jest, iż nie znajdziecie Nigdzie lepszego, bo lepszem nic już być nie może, I że tylko głupota Wciąż w kaprysach się miota, Szukając, coby zganić wypadło, Gdy tymczasem świat cały Pełen blasku i chwały, Jak wielkie abecadło, Z którego człowiek bez trudu wyczyta, Że w każdem dziele bożem doskonałość skryta! Stoją wierni spoceni W dusznej, ciasnej przestrzeni, Słuchają, Co jegomość gadają. I ksiądz proboszcz spocony, Czerwoną chustą Ocierając twarz tłustą I pot z łysego czoła, Grzmi na kościół z ambony: — I ani człowiek zdoła Pojąć potęgi bożej niezmierzoną chwałę! Co stworzył — jest doskonałe —
Ledwie tych słów domówił — skrzypną wrota stare; W progu stanęło jakieś widmo szare. Karykatura człowieka! Twarz blada, czaszka łysa i spuchła powieka, Na grzbiecie garb potężny jak kościelna wieża. Niezmięszany kaleka pod ambonę zmierza — Zdziwił się ksiądz na widok ułomności takiej, A oto któryś z wiernych już mu daje znaki, Jakby chciał rzecz: — A tego Któż spartaczył ułomnego? — Zrozumiał ksiądz, więc w poręcz uderzywszy dłonią Zawołał: — Wiem, gdzie myśli wasze niskie gonią! Nic tu nie ma do rzeczy, I mym słowom nie przeczy Ten garb, wielki jak twierdza, On je tylko potwierdza! Garb ten wielki, potężny, przedziwnie wypukły Wyście przy nim jak kukły! Spojrzyjcie, doskonalszy garb wymyśleć trudno Ja go nazwę rzeczą cudną! Jako garb nie ma sobie równych, jest wzorowy, Najlepsze potwierdzenie mej do was przemowy.
SYSTEM.
Było raz dwuch przyjaciół uczciwych — stąd jasno: Że im między lichymi ludźmi było ciasno.
Oczywiście, że obu przyszło z złą czeladką Potykać się nierzadko I jak to zwykle bywa, Kiedy horda złośliwa Nie szczędzi swego wroga i środków nie szuka, Aby go tylko posłać do Kaduka, Tak i naszych przyjaciół obrzucano kałem. Z godnych spraw lepszych zapałem. Cóż było czynić? Widząc, że się nie obroni Inaczej, pierwszy zaczął nie oszczędzać dłoni I przy najbłahszej sprawie rznął w pape co siły. Straszne się z tego brewerje zrobiły. Widząc, że trudna rada, jął ów konsekwentnie Grzmocić wcale umiejętnie Tęgiej używając pięści; Tak bił w papę coraz częściej. No, i co z tego wynikło? Otóż rzeczą było zwykłą, Że od czasu do czasu jego łapa chłapie Po cudzej papie. Krzyk straszny podniesiono, że on brutal dziki Ówże, słysząc te krzyki Przestał bić, lecz ujrzawszy się w ostateczności Znów komuś przetrzepał kości. Ba, jakie? Bić ma ciągle? Ono i nie trudne, — Ale koniec końców nudne.
Tedy po radę poszedł do drugiego I tak mu mówi: Kolego, Kochany przyjacielu mój, zacny i drogi, Słyszycie, jak krzyczą wrogi? Już im się nie obronię, chociaż biję mocno. Dajcież mi radę pomocną. A wówczas rzecze drugi: Miły przyjacielu Doprawdy, stłukliście wielu, Ja jednak biciu twojemu Zarzucę tu brak systemu. Tu bijesz, gdy ci nogę podstawi złośliwy, A to mi żadne dziwy! I żadna także sztuka zbyt wielka — albowiem I to ci otwarcie powiem: Bić trzeba naprzód, zanim wrogom chętka Przyjdzie cię skrzywdzić; taka kara prędka Powszechne budzi zawsze poważanie: Jeśli się bowiem dostanie Każdemu z twoich wrogów po kolei Powiedzą, że ty bijesz głównie dla idei, A idea — to grunt jest zawsze! I na stronę Rozprawy osobiste miałbyś odłożone, Chcesz tedy aby ci się powodziło lepiej: Bij w papę zawsze mocno — lecz nim kto zaczepi.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Bajki ucieszne.
