Powieść osnuta na tle życia naszych górników
STANISŁAW OSADA
Z Pennsylwańskiego
PIEKŁA
Powieść osnuta na tle
życia naszych górników
CHICAGO, ILLINOIS.
Drukiem Dziennika Narodowego, 738 Milwaukee Ave.
125
I • II • III • IV • V
VI • VII • VIII • VII • VIII • IX • X
Z Pennsylwańskiego piekła/Epilog
Powieść osnuta na tle życia naszych górników
STANISŁAW OSADA
Z Pennsylwańskiego
PIEKŁA
Powieść osnuta na tle
życia naszych górników
CHICAGO, ILLINOIS.
Drukiem Dziennika Narodowego, 738 Milwaukee Ave.
125
I.
— Więc nie pójdziesz z nami? — Nie, — nie mogę! — Stanowczo?... — Powiedziałem, więc — basta! Sumienie, obowiązek służenia własnemu narodowi, nie pozwalają mi łączyć się z taką — lożą.... — Sumienie, obowiązek... he, he, he!... śmiał się nerwowo. Jakiś ty jeszcze naiwny Janku. Otwieram przed tobą furtę do szczęścia osobistego, wskazuję jedyną w Ameryce drogę do zdobycia majątku, znaczenia, wpływów, a ty.... — A ja chcę przedewszystkiem pozostać sobą. — Któż ci “być sobą” zabroni? — Kto? — Ci do których mię wciągnąć usiłujesz, ci co ciebie zrobili odmieńcem, skrzywili serce, przeinaczyli duszę... połączyli z kobietą która..... — Dla ciebie Janku, zawsze jestem jednaki. — Jednaki?.... O!!... — Najlepszy dowód, że cię przedstawiłem w Blackbokach, że urabiałem nieprzychylnych i tyle dokazałem, że możesz być przyjęty pomimo żeś jeszcze grynhorn, że.... — Z serca ci dziękuję, ale.... — Nie ma żadnego “ale”. Idziesz? — Daruj, ale — nie pójdę. Mnie w zupełności wystarcza nasza unia górnicza i nasze gniazdo sokole.. Ja już chyba do śmierci tylko między swoimi będę pracować. — I między swoimi zdychać w nędzy i poniżeniu. — A choćby... Ale — nie ma obawy! — Szczepan mądrzejszy od ciebie. Słuchał mnie i dziś, choć prosty kowal, co ledwie pisać umie, jest majnerem i ma pewne widoki, a ty, człowiek inteligentny, przytem silny i zdrów, drugi rok harujesz łopatą, jako helper, mając pustki w kieszeni! — Ale sumienie mam czyste i zachowanie u swoich. — Dyabli z sumieniem! A co do “zachowania” zobaczymy czy ci się na co przyda, gdy zechcesz przeciwko nam coś poczynać... — A więc jest już i groźba.... — Bynajmniej. — Pamiętam przecież, że kiedyś, razem na jednej ławce siadaliśmy w szkole, że razem... no mniejsza o to. Wiesz, że odczuwam pewną słabość do ciebie i przykro mi, że tak się mordujesz, kiedy droga do karyery otwarta... — Dosyć! nie chcę o niej słyszeć! — Więc ty, człowiek rozumny, wykształcony, no i nie bez sprytu naprawdę chcesz stale pędzić marne życie majnerskiego helpera pod ziemią. — Niekoniecznie. Niech tylko nasza Unia silniej stanie na nogi, a w gnieździe sokolem znajdzie zdolny zastępca, niech się wyklaruje lepiej sytuacya i widmo strajku przestanie nękać moich przyjaciół, pojadę dalej na Zachód. Językiem krajowym władam co raz lepiej — dam sobie radę.... — Hm... więc to tak, takie są twoje plany. Przysłowie jakieś, rzymskie ponoć, czy ruskie powiada, żeby — nie rzucać pereł przed świnie. Chodź Szczepan — nie ma o czem gadać. Jeszcze ty pożałujesz.... I wyszli. Zachwiały się silnie potrącone krzesła, zatrzasły gwałtownie drzwi i zachwiał brudny stół dzwoniąc w puste butelki od piwa. Mężczyzna, który pozostał, potarł kilka razy czarną dłonią jasne, wysokie czoło, dziwnie jasne czoło człowieka czarnej bluzy górniczej, westchnął ciężko i popadł w głęboką zadumę. Był sam. Izdebkę sześć kroków długą a pięć szeroką, w jednej połowie zajmuje ohydnie brudny tapczan z brudną pościelą, w drugiej kulawy stół i trzy krzesła, zwykłe umeblowanie nory służącej, czterem górnikom (na zmianę) za legowisko w godzinach wolnych od pracy w kopalni. Jesteśmy w tak zwanym bordinghauzie. Klitek podobnych jest w drewnianej piętrowej budzie kilkanaście. Właściciel oprócz tego prowadzi salun na dole. Z poza źle przytwierdzonych drzwi słychać brzęk szklanek i ochrypłe głosy podochoconych gości. Górnik o jasnem czole wsparł głowę na obu dłoniach i nie słyszy piekielnych hałasów pijanej tłuszczy. Snadź przeprowadzona rozmowa rozbudziła w nim otchłań jakichś wspomnień serdecznych, gdyż po przez szczeliny palców czarnych, co chwila przeciska się czysta jak brylant męska łza tajonego bólu i cicho spada na brudną ceratę stołu. Już drugi rok!... Tak — już drugi rok upływa od czasu, gdy pożegnał ziemię rodzinną, oderwany od cichej pracy nad oświatą ludu groźbą srogich kar, które rzą- dy zaborcze mają dla wszystkich miłujących lud i odwagę pracy dla jego dobra. Radzono mu Amerykę. Tam trzy miliony polskiego ludu, tam nowa Polska, tam nowe pole do pracy, do poświęceń, tam ponadto wolność, tam przyszłość jasna, tam nadzieja Polski uciemiężonej, tam dla ginących ostatnia deska ratunku. Jechał z nadzieją, jechał z pieśnią legionów na ustach i marzeniem o legionach w sercu. Są — formują się, wszakżeż tyle się o nich naczytał w dziennikach... Jakżeż gorąco pragnął jak najprędzej zobaczyć owe korpusy wojsk polskich, strojne w stare barwy byłej armii narodowej, owe Związki i organizacye, owe miliony ludu polskiego zbawionego wolnością wolnego kraju w pracy dla siebie, nad sobą, dla Polski i dla ludzkości. Przyjechał i... oto, czysta jak brylant męska łza tajonego bólu, jedna za drugą stacza się po czarnej spracowanej dłoni, na brudną ceratę stołu. Brudne ściany tej nory służącej za legowisko czterem podobnym mu nędzarzom, widziały łez takich dużo, bardzo dużo. Spływa z nimi żal tułacza. Żal pracy dawnej w Polsce, żal tej gleby ojczystej, gdzie wysiłki siejby serdecznej coraz obfitsze wydają plony i żal owych snów złotych o legionach odrodzonego ludu polskiego na wolnej ziemi. I uprzytomnia sobie tułacz biedny owe szeregi rozczarowań, po przez które przechodzić mu- siał i co dzień jeszcze przechodzi, jak pędzony przez kije skazaniec w wojsku rosyjskiem. To nic, że pracować musi ciężko, jak nigdy w życiu, tysiąc stóp pod powierzchnią ziemi, narażony tysiąc razy na śmierć. Kiedy kolega szkolny, Józef Kowalewski, (w Ameryce Joe Smith się nazywa) wyrobił mu miejsce helpra majnerskiego w kopalni, z radością spuszczał się w podziemia, wierząc, że to go więcej niż wszystko zbliży do Tego, któremu ślubował poświęcić życie, wierząc, że On, — Lud Polski — zbawi Ojczyznę. O naiwna młodości! Po nad poziomy unosić się wolno, ale... nie w Ameryce. Tu bogiem — dolar, tu kraj o którym nawet natchniony autor nieśmiertelnej Ody i apostoł wolności, jeżeli pisał, to z żalem serdecznym, że nie rozumie i nie odczuwa boskiego pędu ludów Europy do wolności i sprawiedliwości. Jak można było o tem zapomnieć myśli znękany górnik. Prawda, że znalazł kilka serc poczciwych, że kupi się oto koło niego gromadka młodzieży niezepsutej! Ale gdzież owe masy?... Gdzie ów tłum, gdzie owe miliony ludu, gdzie owa myśl przewodnia, którą się spodziewał zastać na gruncie ziemi wolności.... Jego przyjaciel z lat młodszych, kolega szkolny, ów Józef serdeczny, z którym ongiś wspólnie płakał rozczytując się w Dziadach — Mickiewicza kpi z dawnych ideałów, nazywa się Joe Smith i należy do amerykańskiej loży Blackboków. Co więcej, jest zadowolony z żony ajryszki, która dla młodych górników ma słodsze niż dla męża uśmiechy i.... obecnie dąży do wywołania jakiejś awantury dla tego tylko, że oto on, Polak z krwi i kości niedaje się wprzągnąć do rydwanu w którym z tryumfem rozpiera się bóg i tyran tego kraju: wszechwładny i wszechpotężny Dolar... Czegoż wymagać od innych, mniej przygotowanych... Wystarczyło dziesięć lat życia w tem piekle pennsylwańskiem i oto co się z nim stało... I co raz większy żal go rozbiera, a ciche łzy płyną niewstrzymywane. I zdaje mu się, że oto stoi nad otwartą mogiłą, w którą kolejno zstępują wszystkie marzenia jego lat młodszych i wszystkie nadzieje. I zdaje mu się, że walą się w nią wszystkie niewzruszone dotąd dogmaty na miazgę starte pięścią nielitosnego życia. Odjął dłonie od twarzy, załzawione powieki unosi w górę a wzrok pełen żalu mimowoli kieruje się w stronę portretu Adama. Jedyny obraz w tej norze, jedyna pamiątka lepszych lat życia. Wieszcz narodu, męczennik, tułacz i nędzarz — to jego patron. Adamie — modli się dusza górnika — Adamie ratuj! Przez mękę własną i nędzę żywota twego, przez łzy, któremiś kreślił prorocze księgi Pielgrzymstwa Polskiego, przez bóle tęsknoty za stra- coną Ojczyzną, przez krew serdeczną, którą ożywiłeś każdy wiersz nieśmiertelnych twych poematów, ratuj słabnącą duszę tułacza. W półmroku zachodzącego dnia późnej jesieni, który przez małe zbrudzone okno przesłał kilka mętnych smug światła do wnętrza izdebki, zadrgała życiem smutna twarz wieszcza. Rozmodlony górnik uniósł się z krzesła, ręce błagalnie w stronę obrazu wyciągnął, a wyrazista jego twarz, włos bujny w tył głowy zarzucony i wyraz cierpienia malujący się na białem wysokiem czole, żywym posągiem odtworzyły postać portretu. Skamieniał prawie w bolesnej ekstazie. Nie rozbudził go skrzyp drzwi otwieranych, ni szelest sukni kobiety, która zatrzymała się w progu. Młoda jeszcze, o pełnych kształtach karyatydy, z zalotnie uchylonym rąbkiem kaftanika, wśliznęła się ruchem kotki do wnętrza. Jedną ręką przezornie drzwi na haczyk zamyka drugą przygładza rozburzone włosy koloru ognia, którem w tej chwili płoną także jej zielonkowate oczy. Białymi zębami wydatne purpurowe wargi do krwi przygryza i tłumiąc oddech, falujący nadmiernie prawie rozrosłą piersią, pożera wzrokiem zgrabną i silną postać młodego człowieka. Z tem wszystkiem jakaś jednak nieśmiała, waha się i nie wie co począć... Może nawet cofnęła by się za drzwi cicho jak przyszła, gdyby nie to, że palony wzrokiem namię- tnym drgnął wreszcie i nerwowo się odwrócił, wielce zdziwiony. — What’s the mater John, — przemówiła — co z tobą, znowu się mazgaisz, jak dzieciak — i przysunęła się bliżej takim ruchem, jakby mu chciała zarzucić ramiona na szyję. Drgnął raz jeszcze, otarł rękawem łzę ostatnią i głosem spokojnym przemówił: — Więc znowu?... A tak prosiłem żeby mię zostawić w spokoju.... — John jest nie mądry dzieciak, — przerwała mu zalotnie. — Trzeba nie mieć rozumu, ażeby niekorzystać... — Wiesz pani — raz już powiedziałem: Józef jest moim przyjacielem, a ja, uważałbym siebie za skończonego łotra, gdybym... — Ha, ha, ha, zaśmiała się cicho, tłumiąc wybuch; co za obrońca mężowskiego honoru. Żebyż przynajmniej ten, bronisz, dbał o to. I umieściwszy się na brudnem łóżku wyzbyła się do reszty tej niepewności, jaką zdradzała stojąc przy progu. — Zresztą nie ma go, poszedł na meeting. — Wiem o tem, ale... — Wiesz?... Więc czemuż się boczysz, czemu udajesz. Przyznaj się, że dla mnie zostałeś i.... — Dość tego, przerwał jej prawie Dowiedz się pani, że nie wszyscy mężczyźni... — Tacy głupcy jak ty, dokończyła ze złością, dotknięta jego chłodem i obrażona pogardliwem spojrzeniem. Z wściekłością zerwała się z tapczana, jednym skokiem znalazła się w sieni i trzasnąwszy drzwiami, wrzasła na pożegnanie: — Popamiętasz ty mię przeklęty Polaku! On stanął zdumiony na środku izdebki, ale zanim miał czas opamiętać się, i zrozumieć co wywabił go do sieni, a następnie do bocznych drzwi salunu nieludzki wrzask zmięszanych głosów, i brzęk tłuczonego szkła. To co zobaczył, przejęło go oburzeniem i grozą. Jego kusicielka z twarzą pokaleczoną szkłem z rozbitego przez siebie wielkiego lustra, oblana krwią, wrzeszcząc histerycznie i tupiąc nogami, wali flaszkami w podpitych gości, którzy hurmem cisną się do drzwi i na ulicę. — Do piekła z wami, przeklęci Polacy! Precz mi z oczu, precz, precz! drze się na całe gardło i rozbija szyby w oknach, a nierzadko trafia też w głowy ludzkie flaszkami pełnymi whiskey i piwa. — Ruda Mery się wściekła, krzyczy pierzchający tłum — uciekajcie! Przerażony Jan cofnął się od progu i zamknął przezornie w swoim pokoju....
II.
Na drugi dzień rano, zajął Jan swoje miejsce w kopalni. Jego bezpośrednim panem, jest tutaj ów Szczepan, który razem z gospodarzem Jana poszedł na meeting. On, wydziela robotę, i on wypłaca co tydzień zarobione pieniądze. W Polsce nazywał się Szczepan Skała, tutaj przetłomaczono jego nazwisko i teraz znany jest ogólnie jako Steve Stein, z czego jest bardzo dumny i o ile może stara się zakryć swoje polskie pochodzenie. Nie on jeden niestety! Zresztą powodzi mu się bardzo dobrze. Dzięki protekcyi w zarządzie kopalń, (należy przecie do Blackboków), dostał najlepszą żyłę , na jaką przed trzema miesiącami natknięto się w poszukiwaniach nowych pokładów. Zjeżdża się do niej wprawdzie blisko 1000 stóp pod powierzchnię ziemi, bardzo prymitywnie urządzoną windą, ale zato ma 7 stóp grubości i rozłożona równo między twardymi pokładami skały kredowej. Górnik nie potrzebuje tracić ani godziny na “strzelaniu skał” co zabiera najwięcej czasu i naj- więcej wymaga trudu, bo ma zupełnie wolny dostęp do pokładu i za jednym strzałem odwala 10 do 12 wózków czystego węgla. Wczoraj w dwóch godzinach zapalił dwie miny, (dziury powywiercał Jan), odwalił węgla ze cztery szychty i ma spokój na jakie 24 godzin. Jego dwaj pomocnicy mają pełne ręce roboty; za władowanie węgla na wózki, zapłaci obydwom około trzech dolarów, a sam zagarnie dziesiątkę. Wprawdzie jest wydatek na proch i na olej, ale to bagatela. Jest za co hulać! Zazdroszczą mu też wszyscy Walijczycy, Niemcy i Ajrysze w kopalni. — Przeklęty Polak — mówią — skąd takie łaski u zarządu dla tego słowianina.... A trzeba wiedzieć, że w ich gwarze Słowianin — Slave znaczy to samo co niewolnik. — Niewolnik, Polak przeklęty!.... Od takich i innych obelg, trzęsie się całe zagłębie węglowe w Pensylwanii, obija się o uszy i znieprawia dusze 100.000 nieszczęśników, którzy tu przybyli szukać pracy i chleba, bo go nie było w ojczyźnie.... — Przeklęty Polak! — Skąd on może mieć takie łaski u zarządu... Zapominają ci Niemcy, Ajrysze i Walijczycy, że tych “przeklętych Polaków” jest przecież sto tysięcy! Sto tysięcy — to siła! Siłę tę starają się mieć za sobą, rozumie się jak najtańszym kosztem, i zarządy kopalń i partye polityczne, a czasem nawet oni, Niemcy, Ajrysze i Walijczycy, zajmujący stanowiska górników, gdy wydają wojnę zarządom kopalń, aby z nich wydusić nowe jakieś ustępstwo. W masie tej stotysięcznej, znajdzie się zawsze parę set, a nawet parę tysięcy, uprzywilejowanych, którym kosztem reszty, dobrze, a nawet bardzo dobrze się dzieje. Na listę tych uprzywilejowanych miał wszelkie szanse dostać się także i Jan. Ma poważanie w unii, zorganizował gniazdo Sokołów, wierzą mu, kupią się obok niego.... To też Joe Smith, jego przyjaciel i gospodarz mający różne podejrzane stosunki i w kwaterze partyi politycznej i z urzędnikami kopalń okolicznych, otrzymał polecenie, wciągnięcia go do loży Blackboków. Jan oparł się stanowczo. Obiecywano mu miejsce rachmistrza [w kwate]rach głównego zarządu, jednej z największych kopalń antracytu i stałe poparcie — nie przyjął. — Chcę pozostać sobą, — tłomaczył się przyjacielowi. — W tej chwili, kiedy zajęty jest ładowaniem odłamów “nastrzelanego węgla” na wózek, umysł jego z wytężeniem pracuje nad tą właśnie kwestyą. Chociaż dopiero rok drugi jest w Ameryce, słyszał już wiele o tem, jak tu po całym kraju rozszerzone są rozmaite sekty wyznaniowe, to znowu loże, różnych organizacyi tajnych, które po za praktyką guseł, rytuałów i zabobonów, o formach często śmiesznych, częściej głupich, mają cele polityczne, społeczne, ale najczęściej ekonomiczne, ściśle niestety związane z wyzyskiem najbiedniejszych, ale za to najliczniejszych mas ludu roboczego. — Stać się narzędziem wyzysku swoich własnych braci... nigdy! Choćby mi i zmarnieć przyszło w tej Ameryce, za żadną cenę nie będę Judaszem w obec tych biedaków. Po chwili przychodzi myśl inna: — A może tak źle nie jest, może czem innem zwróciłem na siebie uwagę, może rzeczywiście z moich zdolności uczciwie zechcą korzystać?.... Czy mam prawo deptać własnymi nogami szczęście osobiste.... Instynkt jednak co innego powiada. Przypomniał sobie różne epizody z życia swego przyjaciela, dawniej zacnego chłopca, dziś — kreatury niezmiernie zagadkowej. Przypomina sobie rozmowy z nim na temat Blakboków toczone. — W organizacyi jest kilka, czy kilkanaście stopni. Ma być oczywiście przyjętym do najniższego; ma ślubować bezwzględne posłuszeństwo, tajemnicę... karność. — W obec kogo karność?.... — W obec ludzi, których nie będzie mógł nawet znać, ale którzy przyjdą do niego z hasłem... — Kto wydaje hasła? — Oczywiście ci, co stoją na czele. — Kto stoi na czele?... Józef nie umiał mu powiedzieć. Józef nie wie, ale Jan się domyśla. Patrzy przecież na jego życie i widzi, że wszystko cokolwiek robi, (a rezultatem jego roboty zawsze jest krzyw- da ludzka) wychodzi w końcu na korzyść właścicieli kopalń. — Więc, kompaniści, i ich sprzymierzeńcy stoją na czele. — Może jednak się mylę — kłębiło mu się po głowie. Organizacya opartą jest na wzajemnej pomocy stowarzyszonych..... — Tak, ale kosztem tych, którzy stoją po za nią, a to jest krzywda.... A po za nią stoją przedewszystkiem wszyscy Polacy. A potem te gusła... ten rytuał... Józef mówił, że całuje się czarnego kozła ....pod ogon.... Sataniści, czarna msza, cześć oddawana dyabłu, czarownice, płonące stosy, inkwizycya i wszystko co wiedział z historyi o strasznych chorobach dawnych wieków, stają mu przed oczyma budząc podejrzenie i ciekawość. Któż mu zaręczy, że w Ameryce podkładem głównym rozlicznych tajnych organizacyi, rytuałów i guseł, nie są dawniejsze wierzenia Katarów, albo Adamitów..... Warto by się przekonać... przychodzi myśl nowa, nowy sofizmat, popierający argumentacyę Józefa.... — Głupstwo! — zawołał wreszcie, ale tak głośno, że go usłyszał towarzysz niedoli, drugi helper Szczepana, stary Maciej, pracujący o kilkanaście kroków dalej, wiercąc nową dziurę w pokładzie. — Coście mówili panie — zapytał przestając roboty. — At, nic... kolano sobie stłukłem o skałę. Ale starego Macieja też coś ugniatało na duszy, zostawił robotę i zbliżył się do towarzysza na pogawędkę. — Czy bardzo boli — zapytał, ocierając pot z czoła. — Bagatela, już przestało. Dziura gotowa? — Niedługo będzie. Zaraz pomogę wam ładować. Setnie się zmachałem. — No, możemy trochę odpocząć. — Nie zawadzi. Stif, pewnikiem sobie hula i dziś niema co się go spodziewać w Za dwie godziny uporamy się z tem paskudztwem. Usiedli na zwalisku węglowem. Światło dwóch kaganków, pomieszczonych na ich czapkach górniczych, nad czołem, rozświeciło na kilka kroków jaskinię ich pracą wydartą w łonie ziemi. Ponuro tu, jak w grobie. Gdzieniegdzie w szklistej ścianie węgla odbije się błysk kagańca i znowu znikła, nie pozwalając oku na pochwycenie konturów. Czarna ściana przepastnej nocy grobowej, ujmuje ich jak w kleszcze, ze wszystkich stron. Grobowa cisza, mącona od czasu do czasu odgłosem spadających z górnego pokładu wapienia kropel wody, jeszcze powiększa grozę. Ale górnicy przywykli. Nawet głuchy huk w oddali wybuchających min, wstrząsający posadami skał, nie wywiera na nich wrażenia. — Nieszczęście panie idzie na nas — przemówił po chwili stary Maciej wzdychając ciężko. — Strajk... o strajku myślicie? — A no tak panie. — Kiedy górnicy nie chcą. — Prawda panie, ale... — Nasza unia będzie jednogłośnie przeciw strajkowi. — To jeszcze nie wiadomo... — Jakto? — A no.... nie wiadomo. — Przecież na ostatnim meetyngu... — A no... racyę dawali panu, ale trzeba było słyszeć jakie były potem mowy w salunie u Smitha. Smithowa wszystkich trytowała, pił każdy ile chciał darmo — niby że to jej birtdej, a jemu, to aż ślina leciała z gęby tak klął kompanistów. — On?... — Co się pan tak dziwią?... — On, co z łaski kompanistów ma taki majątek, on.... — Jakto zaraz widać, że z pana jeszcze grynhorn. Niby to szkoły różne przechodził, ale amerykańskiego byznesu ani rusz nie pojmuje. — To, że mój szkolny kolega zaprzedał się z duszą i ciałem kompanistom, już dawno zrozumiałem i mocno nad tem boleję. — Oj to prawda, zaprzedał się Judasz na nasze nieszczęście. — Ale jakżeż rozumieć jego dzisiejsze postępowanie. — A wiecie panie, że i nasz Stif wszędzie gardłuje za strajkiem i kompanistom wymyśla?... — Co?... i on, on także?... — A tak i on, on także... A no... Stary już jestem. Dziesiąty rok tylko w niedzielę widuję słonko boże na niebie, ryjąc się pod skałami w tej Ameryce. I strajków parę przeżyłem, to i dużo się widziało i przeszło. Spotykało się też dużo ludzi, czasem nawet dobrych i ze sercem, a jednak ich skusił amerykański byznes. Toć przecież i ten nasz Smith, nie taki całkiem zły człowiek...a no... albo i wy panie... Myślałem se wczoraj: o ho! i tego pewnikiem stracimy... ale gdyżeście rano zjechali do kopalni, myślę se — a no, — chwała ci Boże!... Chociaż, kto ta wie jeszcze... A no... — Co wy gadacie Macieju... nic nie rozumiem. — A no, bo to przecie w kancelaryi i lekciej i przystojniej dla takiego co we szkołach, a no... — To i wy już wiecie Macieju?... — A no... to i pan wiedzą?... A no, kiedy tak, to chwała Bogu. Kiedy tak, to już widzę, że wy panie nasz na prawdę... Chwałaż ci Panienko Najświętsza... A no!... więc nie skusili... Boże mój Boże... Ot i breszą ci, co powiadają, że kto nauki liznie we szkole, to już i zdrajca roboczego narodu gotowy. Zerwał się z siedzenia, otworzył ramiona, a Jan bez chwilki wahania rzucił mu się na szyję. Zrozumiał nareszcie starego górnika. — Więc wy wiecie Macieju, kto wam powiedział, że mię kusili — pytał, ściskając go serdecznie. — Wiem ci panie i to i wiele innych rzeczy. A no, dobrze że nie skusili, bo razem może znajdziemy jeszcze jaki ratunek dla biednego narodu. — Mówcież, kto, skąd, jakim sposobem... — A no, — przypadkiem. Dzisiaj mamy, co to dziś mamy za dzień... — Piątek. — Tak piątek, a no... więc we środę. Byłem sam tutaj, wierciłem dziurę. Przyszedł potem Stif z inżynierem. Ten rudy, Ajrysz, wiecie panie, szwagier naszego Smitha. A no, więc gadali. Wy- słuchałem wiela różności. Oni nie wiedzą, a no, bo i nikt nie wie, że ja znam angielskie, więc gadali se dosyć głośno... — Wiecie panie, im koniecznie strajku potrzeba. — Niby komu — zapytał Jan. — A no, widzi mi się, że najpierwy kompanistom, a potem jeszcze komuś, ale nie wyrozumiałem wszystkiego. Toż wiecie, że mają jakąściś piekielną organizacyę. Ten inżynier, chociaż to przecież pan, Stifa zawsze nazywał bratem, a on jego także.... — Mniejsza o to. Chcą zatem strajku?... — A no, to już całkiem pewne. Układali się tu przy mnie, że was panie wciągną do tej organizacyi i że im pomożecie. — Ten Bor, — mówił Ajrysz — oni was panie Borzemski zawsze Borem nazywają — ten Bor mówił — ma wielkie wpływy na to polskie bydło. Jego trzeba wciągnąć do nas koniecznie. Damy mu miejsce w kancelaryi, i będzie nasz. — Oszukali się — wtrącił Borzemski. — Ano, chwała Bogu! Stif, opowiadał mu, że Smith już dawno nad wami panie pracuje i że was gdzieś tam wprowadzi. — Nie wprowadził, wtrącił znowu Borzemski. — Ano, — chwała Bogu. Jeżeli się mówił Ajrysz dalej, — niby ze strajkiem — zarobimy grubo; więcej niż trzy lata temu. Węgla — mówi — gotowego są całe góry, ceny idą na dół, choć zima nadchodzi. Koniecznie nam trzeba strajku... — A ha!... — A no, tak panie! Węgla jest dużo, ceny nizkie, a zima idzie. Wybuchnie strajk, można za węgiel rachować, tyle ile zechcą... Co ich to obchodzi, że setki tysięcy ludzi skazują na straszną nędzę... Im trzeba teraz strajku koniecznie. — I to ja miałem im w tem pomagać... — A no, chwała Bogu, opatrzyliście się panie, to i dobrze, bo ja myślałem że... — Zaprzedam się kapitalistom?... — A no... — Nigdy! — Chwała Bogu! chwała Bogu, powtórzył Maciej i tak ciągnął dalej: — Wiecie panie, jutro wieczorem meeting naszej unii. Stif ręczył Ajryszowi, że wszyscy majnerzy będą za strajkiem. Kompaniści już odrzucili ich żądanie dostarczania oleju i prochu na koszt kopalni. Kontrakt kończy się za tydzień, zatem — za tydzień strajk... Stif powiada, że majnerzy zgodzili się obiecać swoim pomocnikom podwyżkę od szychty, jeżeli będą głosować za strajkiem... Wszystko już ułożone, całe oszustwo obmyślone z piekielną zręcznością. Strajk potrwa przez całą zimę... Gdy zapasy węgla pójdą po cenie jaką kompaniści sami wyznaczą, strajk się skończy. Wygłodzony górnik zgodzi się na gorsze jeszcze warunki, niż ma je dzisiaj... — Piekielny plan — przerwał Borzemski. — A no, piekielny panie! — A nasz Józef i Szczepan pomagają w takiej robocie... Okropność! — Gorzej jeszcze panie, bo i proboszcz, ten z Czarnej Skałki jest z nimi... Stif mówił — słyszałem to na własne uszy, — że coś tam przyjął... co, nie mogłem zrozumieć — i że będzie piorunować z ambony na kapitalistów. — No, co do tego, to nie nowina. Zawsze to robi, — przerwał Jan — ale dotąd wierzyłem, że z przekonania... Ot, macie reformatora — mówił jak by do siebie, — ot macie nowoczesnego Mojżesza, obiecującego lud wyprowadzić z niewoli... Ot macie człowieka, który ogłosił siebie i swoich parafian za niezależnych..... Czy wy Macieju pewni tylko jesteście tego co powiadacie? — Słyszałem na własne uszy... Przytem moja córka... — Jadzia? — A no, Jadzia. — Wiecie panie — pomaga w szkole. Obok jej klasy jest kancelarya. Tam ten rudy Ajrysz często zachodzi na konferencyę z proboszczem... Jadzia nie jedno słyszała. — I znowu pryska jedna banka mydlana — Jan, topiąc wzrok w ciemnej otchłani ścian węglowych. A ja wierzyłem,... a mnie się zdawało... Jaki przytem przebiegły, nikt go przecież nie posądzi o jakąkolwiek zdradę. Prędzej mnie..... gdy wystąpię przeciw strajkowi.... Boże! czyż nie ma już uczciwości na świecie?... — Jakaż wasza rada, co począć, panie Borzemski, — przerwał mu Maciej te rozmyślania. — Nie wiem jeszcze, trzeba pomyśleć. Ale w tej chwili słyszeć się dał szelest roztrącanych nogami odłamków węgla, w głębi ciemnego korytarza i zamajaczyło światełko lampki. — Stif idzie — szepnął Maciej, wracając do świdra. Borzemski automatycznie zaczął szuflować węgiel na wózek. — A co? mina gotowa — zapytał przybyły. — Zaraz będzie — odpowiedział stary Maciej. — Ho, ho! co tu jeszcze węgla niesprzątniętego! mister Borr, się zaniedbuje... To nie jest mister Borr kancelarya a szufel to nie jest piórko! Trzeba mi będzie innego helpra poszukać. — Już się zaczyna — pomyślał Jan i westchnął ciężko, jak człowiek, któremu wielką wyrządzają krzywdę, ale nie przemówił ni słowa.
III.
Szczyty gór złociły się jeszcze w promieniach chylącego się ku zachodowi słońca, gdy Jana wywindowano z kopalni. Po przemówce Stifa, uczuł jakiś szum w głowie, zabrakło mu tchu, czuł że się dusi, a serce jakby kleszczami chwytał niewytłomaczony lęk... Nigdy jeszcze nie dokuczyła mu w tym stopniu wilgoć i duszne powietrze węgielnych lochów. Nigdy bardziej nie pragnął widoku słońca. Szczęściem Stif odszedł niebawem. Skorzystał z tego Jan, powiedział Maciejowi, że chory i prędzej niż zwykle znalazł się na stoku wysokiej góry, pod którą 300 górników ryje się pokładach węglowych. Winda znajduje się prawie u szczytu, skąd na całą okolicę odsłania się widok rzeczywiście czarowny. Rozległą doliną wije się dosyć szeroka rzeka, a w jej wstędze, krwawym refleksem odbija się teraz czerwień zachodzącego słońca. Dokoła rozsypały się w malowniczym nieładzie wyższe i niższe stoki gór. Gdzieniegdzie szczerbią je skaliste parowy, gdzieniegdzie pokrywa las mieniący się obecnie cudnymi barwami jesieni, a gdzieniegdzie widać sze- regi smutnych szarego koloru zabudowań, jakby domków z kart, po nad którymi tu i owdzie wystrzela wieżyczka kościoła. Tam mieszkają górnicy. Z punktu, na którym stoi Jan, widać bliżej jedno większe, a w dali dziewięć mniejszych miasteczek, w których razem mieszka około 35,000 polskiego ludu. Wysokie czarne brechy, ogromne nasypy wydobytego z wnętrza gór węgla, czarnego kamienia i miału, jak kretowiny gęstymi plamami szpecą krajobraz. Ale powietrze przesycone balsamiczną wonią dojrzałego liścia, który opada z drzewa. — Upić się można tem powietrzem. — myśli Jan z rozkoszą wciągając go w płuca. Wzrok tymczasem błądzi po krajobrazie. — Krew w rzece... wygląda jakby spłynęła krwią — mu się półgłosem. — I szczyty skąpane w krwi — zabrzmiało dźwięcznym głosikiem tuż obok niego. — Niech pan patrzy. — Prawda! — odpowiedział zwracając wzrok w kierunku ręki urodziwego dziewczęcia, które wysunęło się nagle z poza krzewu leszczyny. — Prawda — powtórzył i dopiero po chwili wyraz zdziwienia zamigotał mu w oczach. — Panna Jadzia — zawołał poznając — skąd panna Jadzia tutaj, tak nagle... — Orzechy zbieram — odpowiedziała z uśmiechem i wyciągnęła rączkę na powitanie. — Pan Jan nie poznał mnie, myślał może, że to jaka rusałka zabłąkana w leszczynie... — W istocie nie poznałem. Tak nagle wyłoniła się pani z tych krwawych refleksów... Zachwyt przebił się w jego oczach i spędził na chwilę marę lęku, co mu obsiadła duszę. Wyglądała prześlicznie. W oczkach niebieskich igrał jeszcze wyraz niewinnej pustoty, różowe wargi zdobił rozkoszny uśmiech. W czarnych włosach lśni się kilka żółkniejących liści dębu, z takich liści szarfa lekko zarzucona na jasno niebieski staniczek. W całej postaci urok niewysłowiony boginki leśnej, a może sarenki młodej, w której ciekawość przemogła lęk wrodzony i z rozkoszą patrzy na świat. W lewej ręce trzymała koszyczek pełen orzechów. — O, widzi pan, pełny koszyczek za dwie godziny. Dzieci mają więcej. — Więc są i dzieci?... — A tak, cała klasa. Dzień taki śliczny, może ostatni tej jesieni. Żebyś pan widział jak mi dziękowały, gdy je wyprowadziłam w góry... Dopiero teraz posłyszał Jan gwar dziecinnych głosików, nawoływań i śmiechów, którymi rozbrzmiewały sąsiednie krzewy. — Dziwi mię w pani to przywiązanie do dzieci. Dziewczęta w jej wieku... — O, ja już skończyłam lat siedemnaście; nic w tem chyba dziwnego, że córka górnika, której dobroć ojca dała odrobinę wiedzy i wskazała drogę pożyte- cznej pracy, pokochała biedny dziki drobiazg, którego nikt kochać nie ma czasu Patrzał na nią z coraz rosnącym zachwytem. Nigdy nie wydawała mu się tak piękną. Dobroć serca, którą z całą naiwnością odsłaniała w umiłowaniu “dzikiego drobiazgu, którego nikt kochać nie ma czasu”, napawała go rozczuleniem. — Ale pan jakiś nie taki jak zawsze — patrzała mu prosto w oczy — pan ma jakieś zmartwienie, a może chory, bo i wcześniej wyszedł z kopalni... — Chory nie jestem, ale... — Usiądźmy na chwilę, pan zmęczony, odpocznie, potem zawołam dzieci, wrócimy razem. na zeschłej murawie. Ona z troskliwością matki wpatrywała się w jego pyłem węglowym umorusaną, ale mimo to piękną i wyrazistą twarz, na której teraz ból jakiś rzeźbił ostre linie. — Jakże krwawo zachodzi słońce — przemówił po chwili. Uciekłem z kopalni... Jakaś niewytłomaczona siła pchała mię na powierzchnię, do słońca i do powietrza. Ojciec pani jeszcze Dużo dziś z nim rozmawiałem. Mówił także o pani... Nie myślałem, że ją spotkam tak prędko... Ale słońce dziś takie krwawe.... — I rzeka jakby spłynęła krwią — dodała dziewczyna — patrząc na krwawą wstęgę przecinającą dolinę. — Dziwna rzecz; nie mogę się pozbyć jakiejś trwogi. Coś przeczuwam, czegoś się lękam.... Tak zapragnąłem widoku słońca jak nigdy w życiu, a ono, takie czerwone, tak przeraźliwie krwawe... Oddychał szybko i z coraz większą trudnością. Ten sam lęk, przed którym uciekł z kopalni, jakby kleszczami ścisnął mu serce; na czoło wystąpił pot. — Boże, pan chyba na prawdę chory — zawołała dziewczyna, widząc zmienioną twarz górnika, — chociaż i ja, od pierwszej chwili, gdym zobaczyła pana, uczuwam jakiś niepokój a przecież ja pana tak zawsze lubię i witam z taką radością. Mówiąc to zdjęła mu brudną czapkę górniczą z głowy i czystą chusteczką ścierała pot z wysokiego czoła. — Dobra, dobra Jadzia — przemówił Jan szeptem dziękczynnym. Nie wiedziałem, że są takie dobre dziewczęta na świecie. Patrzał na nią z wdzięcznością. Ona, oblała się pąsem, chociaż... może to był tylko refleks krwawego słońca... — Panno Jadziu, panno Jadziu, odezwały się w tej chwili głosy szukających ją dzieci. — Tutaj jestem, — zawołała głośno, rada, że może ukryć przed Janem swe pomięszanie. W kilka chwil potem otaczał ją krąg dziatwy, przeważnie bosej, źle ubranej, brudnej, — dziewcząt i chłopców sześcio i siedmioletnich, z orzechami w czapkach, fartuszkach i podołkach. Przybiegły i zatrzymały się o kilka kroków zdziwione obecnością obcego. — Przynieście wody ze strumyka — zawołała nauczycielka — panu niedobrze. — Nie trzeba dzieci, już przeszło, — przemówił Jan, dźwigając się z zeschłej murawy. W tej chwili stało się coś strasznego. Gdzieś w głębi góry rozległ się huk, jakby wystrzał tysiąca armat, a ziemia drgnęła tak silnie, że dzieci, nauczycielka, a nawet Jan, zbici w jednej chwili z nóg, padli twarzą na trawę. Jeden wielki krzyk przerażenia wyrwał się z ich piersi. Jan podniósł się pierwszy. — Jezus Marya — zawołał — to gazy, eksplozya, — Boże! wszyscy górnicy w kopalni. Puścił się pędem w stronę windy. — Matko Boska! ratuj mojego ojca! jękła Jadzia, a zerwawszy się z ziemi, pobiegła za Janem, który tymczasem stanął już nad paszczą otworu, buchającego teraz gęstymi kłębami dymu. Niestety winda była na dole! Jan w beznadziejnej rozpaczy rwał sobie włosy z głowy. — Ojcze mój, — Boże! łkała Jadzia, wyciągając ręce w stronę otworu kopalni, a dzieci, które również zrozumiały co zaszło z rozpaczliwym: krzykiem otoczyły swą nauczycielkę, jakby od niej spodziewały się ratunku i pomocy. Tam pod ziemią, skąd bucha taki straszny, gryzący oczy dym, są przecież ich bracia, krewni, ojcowie... Ale Jan oprzytomniał już, otrząsł się z przerażenia, a widząc mdlejącą Jadzię, poskoczył ku niej, odciągnął od buchającego dymem otworu, odwołał dzieci i krzyknął: — Odwagi pani! znam drugie wejście do kopalni, może Bóg pozwoli mi uratować starego Macieja — Za mną bracia — zawołał na nadbiegają- cych od brechy robotników. Zrozumieli go widocznie, bo wnet kilku z nich, nie zważając na grożące niebezpieczeństwo, zsuwało się po stromej skale, w jar kilkaset stóp głęboki, którym dawniej przedostawano się do wnętrza kopalni. Wiadomość o katastrofie zatrzęsła okolicą, jak grom. Tłumy pędzą w stronę kopalni. Upiorny strach targa nerwy, podnosi włosy na głowie. Trzysta ludzi się pali! Wieść ta błyskawicą leci po wszystkich osadach. Jadzine dzieci pochwycił w swoje szpony nowy atak nerwowego strachu, rozpaczy i żalu. Wyciągają drobne rączęta do nadbiegających i krzykiem który serca ludzkie jak miecz przeszywa wołają o ratunek dla swoich ojców i braci. Napróżno! W tej chwili z kłębów dymu wynurzyła się winda. Wydobyto z niej dziewięciu ludzi, sześciu już nie żyło, trzech docucono się po niejakim czasie. Jadzia ochłonęła już z przerażenia i robi co może aby ocalić innych. Spuszczono windę po raz drugi w głąb kopalni ale... pustą. Nikt nie miał odwagi tą drogą spieszyć nieszczęśliwym z pomocą. Otworem, już nie dym, ale żywe buchają płomienie. Widać zajęło się belkowanie. Morze ognia odgrodziło nieszczęsnych od świata... — Jest drugie wejście od jaru, — woła ktoś w tłumie. — Prawda — podchwytują inni. — Tam już poszło kilku. Spuszczali się tędy, po skale... — Nie przejdą — woła jakiś górnik, — belkowanie za gęste. Chyba by siekierami... — Siekiery, siekiery, dawajcie siekier! — woła tłum. W minutę po tem, po stromej skale, zsuwało się w przepaść, znów kilku ludzi zbrojnych w siekiery i oskardy. Inni, niechąc ryzykować życia puścili się zwykłą drogą do jaru, a ten, wnet zapełnił się tłumem zrozpaczonych, żartych niepokojem o życie swoich najbliższych, którzy z zapartym oddechem oczekują na rezultat ratunkowej akcyi. Tymczasem górnym otworem w dalszym ciągu buchają płomienie i dym. Z wydobytych dziewięciu, jeden jeszcze, czwarty, daje słabe znaki życia. Godziny płyną jedna po drugiej, dochodzi północ, a z jaru jeszcze żadnych wiadomości nie podano na górę. Jadzia, pomimo trwogi o ojca i o Jana, przy pomocy innych kobiet, uspokoiła swoją gromadkę i — chociaż serce przykuwało do miejsca, gdzie się ważyło życie najdroższych jej osób namówiła do powrotu do miasta. Gromadka ta tworzy część smutnego orszaku, który odprowadza na noszach złożone pierwsze ofiary wybuchu. Są w niej już dwie sieroty, sześćletni chłopiec i pięćletnia dziewczynka. Idą zanosząc się od , obok mar, na których ułożono zimne zwłoki ich ojca.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Z Pennsylwańskiego piekła.
