Powieść z życia wiejskiego
ZAGRZEBANI
POWIEŚĆ Z ŻYCIA WIEJSKIEGO
PRZEZ
Klemensa Junoszę.
WARSZAWA
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
—
1897
Rozdział I • Rozdział II • Rozdział III • Rozdział IV Rozdział V • Rozdział VI • Rozdział VII • Rozdział VIII Rozdział IX • Rozdział X • Rozdział XI
Дозволено Цензурою.
Варшава, 18 Февраля 1897 г.
Druk Rubieszewskiego i Wrotnowskiego, Warszawa, Nowy-Świat 34.
Powieść z życia wiejskiego
ZAGRZEBANI
POWIEŚĆ Z ŻYCIA WIEJSKIEGO
PRZEZ
Klemensa Junoszę.
WARSZAWA
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
—
1897
Дозволено Цензурою.
Варшава, 18 Февраля 1897 г.
Druk Rubieszewskiego i Wrotnowskiego, Warszawa, Nowy-Świat 34.
ROZDZIAŁ I,
traktujący o dziwnych obyczajach i osobliwych perygrynacyach, które praktykował i odbywał niejaki pan Symplicyusz Jajko.
Po prawej i lewej stronie Wisły, w powiecie lubelskim i sandomierskim, znany był dziwak pewien i oryginał, pan Symplicyusz Jajko. Skąd pochodził, ile lat sobie liczył, czy miał krewnych albo rodzinę bliższą, nikt nie wiedział i nikt nie pytał nawet, gdyż pan Symplicyusz — chociaż zwykle do pogawędki skory — o sobie mówić nie lubił. Czasem półgębkiem bąknął, że ma własną „cząstkę“ koło Prużan, że ją w posesyę wypuścił, że posesor czynszu nie spłaca, a czas ciężki; ale gdzie mianowicie ta „część“ leżała i jak ją zwano, trudno się było dowiedzieć. Gdy pytać było przyjezdnych z tamtych stron, od Kobrynia, od Prużan, od Słonima nawet, każdy odpowiadał, że jako żywo nic o panu Symplicyuszu nie słyszał i że ani jego samego, ani jego „części“ na swoje oczy nie widział. Tu wszakże nad Wisłą, nad Wieprzem, nad Bugiem, nad Liwcem i Tyśmienicą, znano pana Symplicyusza, jak zły szeląg, lubiono go i poważano — a jak się gdzieś we dworku pokazał, to od gospodarza domu począwszy, a na najmniejszem dziecku kończąc, każdy go witał serdecznie: gospodarz uściśnieniem kordyalnem, panie wesołym uśmiechem — a dziatwa okrzykami radości. Miał bowiem pan Jajko zawsze wiadomości pełno dla starszych — dla dziatwy zaś pierniki i orzechy w torbie. Prawdę mówiąc, pan Symplicyusz właściwie nigdzie nie mieszkał i własnego locum fixum nie posiadał, ani nie potrzebował, gdyż życie jego upływało w ciągłych wędrówkach. Tu był dzień, tam tydzień, ówdzie miesiąc; — to się pokazał w okolicy, to znowuż znikał jak kamień w wodzie — i przez pół roku, lub dłużej, znaku życia nie dawał. Czasu wszakże napróżno nie tracił, bez celu, bez potrzeby nie zatrzymał się nigdzie. W jednem miejscu las urządził, gdzieindziej ugodę z chłopami przeprowadził, to znów kupna, zamiany, dzierżawy stręczył, w kolonizacyach pośredniczył, pożyczki wyrabiał, hypoteki regulował... Nie wiadomo gdzie i kiedy w prawie kształcony, znał je wszakże wybornie, artykuły kodeksu jak z rękawa sypał, a w zawikłanych, odwiecznych procesach, nawet wysoko doświadczeni prawnicy wysoko jego zdanie cenili. Chociaż pan Symplicyusz ciągle od kominka do kominka, jak to mówią, się włóczył, jednak cudzym kosztem nie żył, łaski niczyjej nie potrzebował i pieniądze miał zawsze. Skrupulatny, oszczędny, na siebie i na przyjemności swoje bardzo mało wydawał, ale grosz go się trzymał i często gęsto, tam, gdzie już znikąd się nie spodziewano ratunku, Jajko jak „deux ex machina“ się zjawiał i pomoc skuteczną przynosił. Dawniej jeździł pan Symplicyusz porządnie, wygodną kałamaszką żółtą, trzema spasłymi końmi, z furmanem — ale gdy złe czasy przyszły, gdy w kraju bieda nastała, a przy ziemi ledwie że ledwie mogli się ludzie utrzymać — wnet kałamaszkę i tęgie kasztany sprzedał, furmana odprawił, nawet garderoby porządnej się pozbył i złotego zegarka z łańcuszkiem. Jeden tylko sygnet z krwawnikiem, zapewne starą pamiątkę rodzinną, zatrzymał i zawsze na palcu go nosił. Pamiętają ludzie te czasy (boć nie takie odległe przecie), jak dnie smutne i ciężkie nastały: wiele domostw z dymem poszło, wiele rodzin opłakiwało straty. O weselach zapomniano wówczas, — a świeżych mogił przybyła moc wielka... Gdy burza nieco ucichła, gdy po wstrząśnieniach strasznych jęto się po rumowiskach oglądać, żeby nowe postawić siedziby i zardzewiałe pługi pchnąć w pole, Jajko jak dawniej po okolicy się uwijał — ale zmienił się do niepoznania, zdziwaczał. Zmiany te nietylko w usposobieniu, w trybie życia, ale w powierzchowności jego nawet były widoczne. Zamiast żółtej kałamaszki, biedkę sobie żydowską sprawił, w jednego niepokaźnego konia zaprzężoną; zamiast garderoby porządnej i modnej, , za kolana sięgającą bekieszę z grubego sukna przywdział, brodę zapuścił, zdziadział i na humorze stracił. — Co się z panem stało, panie Symplicyuszu? — pytano — co zrobiłeś jegomość z sobą? — Ha, moi drodzy — odpowiadał. — Zmieniają się czasy i nam się też zmienić trzeba. Niema na kałamaszkę, na trzy szkapy, na furmana, należy tedy jeździć biedką, jak żyd. Zabrakło na sajety, należy chodzić w kapocie! Bieda, bieda, rozumu uczy, a jak już nauczy, to człowiek żałować nie będzie, że jej zaznał. Mówię wam to i powtarzam, że człowiek przez całe życie uczyć się powinien; to tylko nieszczęście, że ochoty do tej nauki nie ma... to nieszczęście! Oto i my naprzykład, moi panowie i panie. Nauczycieli macie tuż, wzory do naśladowania na każdym kroku, a nawet wam do głowy nie przyjdzie, żeby z dobrej okazyi korzystać. Źle robicie najmilsi moi, bardzo źle — i pokutujecie też za to... Interpelowano: — Gdzież, panie Symplicyuszu, nauczycieli tych szukać, od kogo się uczyć? Jajko ironicznie się uśmiechał. — Gdzie? — odpowiadał — gdzie? Obok, przy sobie, tuż! Nie darmo powiadano: są, którzy oczy mają a nie widzą, mają uszy a nie słyszą. Nie darmo powtarzam, nie darmo. — Ależ, panie Symplicyuszu, wyraźniej się tłómacz — mówiono. — Wytłómaczę się jak najwyraźniej, ale wiem, że to śmiechem przyjmiecie — a słowa moje będą jak groch na ścianę rzucony... Otóż w czem rzecz! Małoż to macie żydów koło siebie? Nie możecie im się przypatrzyć? nie możecie ich naśladować? — Żydów? — Tak, żydów! moi panowie. — Ich naśladować! od nich się uczyć? ależ panie Symplicyuszu kochany, toć to pijawki, wyzyskiwacze, lichwiarze!... — Prawda!... — A jednak... — A jednak pamiętajcie, że te pijawki mocne są — a w ciągu dwóch tysięcy lat potrafiły, w najnieprzyjaźniejszych warunkach, utrzymać swoje istnienie. Nie dały się i basta. — Czegóż to dowodzi? — Dużo dowodzi, bardzo dużo! dowodzi, że jakowaś siła żywotna w nich jest, jakowaś moc, cement, co te rozbite cegiełki w gromadzie trzyma, co je łączy, co w nich odporność wyrabia... — Więc każesz nam, dobrodzieju, lichwą i szynkiem się trudnić, — mówili z przekąsem — chcesz dobrodzieju może, żeby porządny szlachcic nosił brodę i pejsy, żeby, jak mu się zależy czasem trochę pieniędzy w kieszeni... na fanty może pożyczał? — Nie, tego ja nie chcę, odrzućcie lichwę i szynk, odrzućcie szachrajstwo i oszukaństwo, fałszywe miary i przechowywanie rzeczy skradzionych — odrzućcie to, powiadam! — ale bądźcie tak religijni jak żydzi, tak przywiązani do tradycyj swoich, tak cierpliwi, oszczędni i solidarni — a przyszłość do was należy... Nie jest mojem marzeniem, żeby szlachcic pejsy nosił, — ale jeżeli, zamiast wolantem będzie jeździł tanią bryczczyną, jeżeli będzie dom prowadził z możliwą oszczędnością, jeżeli zanim grosz wyda siedm razy go obejrzy — jeżeli będzie miał rachunek w głowie a węża w kieszeni — to nie zginie, jak honor kocham, nie zginie! Nie bardzo się ludziom podobały te sentencye... — Zdziwaczał stary Jajko, — mówiono — zdziwaczał już na szczęt, zupełnie!... Słuchano jego teoryj, głowami z politowaniem kiwano — ale że po za tem dziwak był i lubiany i potrzebny, że częstokroć z pomocą i dobrą radą przychodził, a do załatwiania interesów był jedyny i zupełnego zaufania godzien, więc mu przebaczano dziwactwa, a po dawnemu przyjmowano serdecznie. Pan Symplicyusz wszelako, który zwykł był zawsze w czyn swoje teorye wprowadzać, w coraz nowe popadał dziwactwa. Uwziął się żydów naśladować i po żydowsku żyć. Więc też biedką jeździł, w drogach na popasie chlebem tylko i rzodkwią się żywił, kapotę nosił, bez usługi się obywał, zabiegał, oszczędzał i nawet na drobne handelki się puszczał. Zwyczajnie jak dziwak, nie wiele sobie z głosu opinii robiący. Za trudy swoje, za przysługi, które ludziom chętnie wyświadczał, nigdy prawie pieniędzy nie brał i przyjmować, choć mu wtykano gwałtem, nie chciał. — Nie czasy na to — powiadał. — Duś bracie grosz do grosza, ściskaj worek, oszczędzaj, bo potrzebny. Grosz to dzisiaj argument... to broń, którą można skutecznie wojować, — to, panie dobrodzieju siła... Mnie znowu wiele nie potrzeba. Jak przyjadę do ciebie, to mi jeść dasz, a mojej szkapie garstkę owsa, lub kłaczek siana rzucisz; a za moje trudy, za wyrobienie interesu... to mi źrebię przez rok, albo przez dwa przetrzymasz i kwita. Więcej nie żądam i nie pragnę, a choćbyś dawał, nie wezmę... To było jedyne prawie honoraryum pana Symplicyusza, ale w gruncie rzeczy dość korzystne. Zawołany koniarz, wielki znawca i amator, skupował przy okazyi źrebaki, te po znajomych dworach i dworkach na wychowanie oddawał — to też gdy się jesień zbliżała, zawsze kilka sztuk koni miał na sprzedaż. Najmował wtenczas chłopa z wozem, zaopatrywał się w owies i siano, i rzemiennym dyszlem, od dworka do dworka jadąc, koniki z sobą zabierał i z taborkiem pokaźnym, czasem sześć, czasem ośm sztuk wynoszącym, na jarmark dążył. Puszczał się tedy do Łęczny, do Łowicza, Skaryszewa. Koniki swoje sprzedawał, czasem facyendował i zamieniał — i zawsze tak korzystnie prowadził, że mu kilka tysięcy corocznie do kieszeni kapnęło. Tym funduszom pan Jajko, jak się sam wyrażał, spać nie pozwalał, bo pieniądz do ruchu stworzony, ciągle kręcić się musi, żeby właścicielowi swemu jakiś zysk, a ludziom pożytek przynosił; puszczał go więc stary dziwak w obroty, ku wielkiemu niezadowoleniu żydków, którzy w tem zamach na specyalność swoją widzieli. Dochodziły go nieraz odgróżki i złorzeczenia — ale drugie mimo uszu puszczał, a pierwszych się nie lękał. Pieniądze w bezpiecznem miejscu przechowywał, a na wypadek napadu w drodze liczył na swoją pięść żylastą i na małe „cacko“, które zawsze w kieszeni kapoty nosił. To „cacko“, jak je nazywał, był to krótki rewolwer dużego kalibru, który w pewnej, twardej dłoni pana Symplicyusza, przy doskonałem oku i krwi zimnej, mógł rzeczywiście być skuteczną obroną. Włóczył się Jajko nocami najwięcej, po bocznych drogach, manowcach, polach — ale go nigdy zła przygoda nie spotkała. Jadąc, godzinki półgłosem nucił, albo pacierz łaciński odmawiał, jak człowiek starego autoramentu i starych obyczajów. Wspominał czasem, że w młodości na księdza się kształcił, że w klasztorze nowicyat odprawiał — ale gdzie to było i kiedy, nie mówił. Domyślano się, że w życiu jego był jakiś moment bardzo dramatyczny, kursowała nawet na ten temat legenda o wykradzeniu pięknej panny, ucieczce, pojedynku — ale nikt przy tem nie był i nikt tego nie widział. Coś tam tylko o tem panie mówiły, bo właśnie przed dziesięcioma laty któraś z nich bawiąc u krewnych koło Kalisza, nad samą granicą, dużo tam o przygodach pana Symplicyusza słyszała. Naturalnie, powróciwszy do domu, przy pierwszej sposobności zasypała starego gradem pytań — ale dziad wszystkiego się wyparł. — Nie przeczę — mówił — że coś podobnego być mogło, boć dzieją się różne rzeczy na świecie, ale ja, jako żywo, w tamtych stronach nie bywałem. Może inny jaki Jajko pamięć tam po sobie zostawił, lecz to nawet nie krewny mój wcale... przynajmniej nie wiem o takim. Ja się piszę po staroświecku, jako Staszyc nauczał: Iayko, a inni, którzy się nawet do powinowactwa ze mną przyznają, najniesłuszniej naturalnie, pakują w nazwisko dwie szkaradne joty, nie wiadomo na co i po co... Otóż tamten z pod Kalisza, pojedynkarz i romantyk, z pewnością przez dwie joty się pisał; zakładbym o to trzymał. Pan Symplicyusz chromał nieco i na prawą nogę utykał; przypisywano to właśnie pojedynkowi, ale Jajko na reumatyzm cierpienie swoje spędzał. Wesoły w towarzystwie i rozmowny, pan chętnie o wszystkiem gawędził, ale gdy go kto o przeszłość, o przebyte życia koleje zapytał — to Jajko albo rozmowę na inny temat zwracał, albo też ręką niechętnie machnął, dając do zrozumienia, że mu przykrość podobne pytanie sprawia. Gorący był wieczór lipcowy — po gościńcu piaszczystym jechał na swojej biedzie dwukołowej pan Symplicyusz. Duży, dereszowaty koń, szedł stępa, dysząc ciężko, kiwając łbem spoconym, żeby go trochę ochłodzić. Pan Jajko lejce wolno puścił, bicz w słomę zatknął i fajeczkę krótką, tytuniem z prostego, ordynarnego kapciucha napełnił. Następnie krzesiwo i krzemień z kieszeni wydobył, ognia skrzesał i otoczył się obłoczkiem sinawego dymu... Osobliwsza to była z powierzchowności figura ten pan Symplicyusz. Brodę nosił długą, w której włosy rudawe, płowe, jasne i siwe mieszając się z sobą, nadawały jej barwę nieokreśloną... Ta broda czyniłaby go podobnym do mnicha, gdyby nie wąsy zamaszyste, podkręcone do góry — i nie bystre piwne oczy, patrzące śmiało, wprost przed siebie, latające ciągle, ruchliwe. Nad oczami zwieszały się brwi krzaczaste, gęste i nadawały całej twarzy wyraz poważny jakiś i surowy. Tuszy był dobrej, twarz i ręce ogorzałe miał, opalone od słońca. Przepiórki odzywały się w zbożu, bociany ku gniazdom ciągnęły, na bagnach żaby rechotać zaczynały. Słońce zataczało się na las, rzucając ukośne promienie na obłoczki, które skąpane w tem świetle, odziewały się w szkarłat i purpurę... Chwilami od jeziora przeciągał wietrzyk orzeźwiający, chłodniejszy i po spiekocie dziennej zdawał się ożywczym balsamem. Z pieśniami głośnemi ludzie od roboty wracali — bydło i owce z pastwisk szły, tumany kurzu z gościńca podnosząc, wozy snopów pełne toczyły się do stodół. Urodzaj piękny był w tym roku. Gęsto stały na polach mendle i półkopki, tu i owdzie wznosiły się sterty pokaźne — a na łąkach, co się po nad rzeką ciągnęły, stogów była obfitość. — Będzie co jeść, na honor będzie — mruczał pan Symplicyusz do siebie. I miał słuszność, w tym roku albowiem gospodarze nawet, którym trudno dogodzić, którzy zawsze podczas pogody wzdychają do deszczu, a w deszcz o pogodę się modlą — mieli uśmiech zadowolenia na twarzach i o to się tylko martwili, że rok zeszły tak pomyślny nie był, a przyszły może być gorszy, niż obecny... Gościniec ciągnął się nieco pod górę, a gdy pan Symplicyusz na najwyższy punkt wjechał, ujrzał przed sobą wioskę dość dużą... Przy drodze stały stare, przygarbione chałupy, słomianemi strzechami pokryte, strzechami co już poczerniały całkiem i mchem obrosły — a dalej nieco jaśniały schludne obszerne domki, o dużych oknach, z gankami, a przy każdym był ogródek owocowy, ogrodzony wysokim płotem i zabudowania porządne. Były to jakby dwie wsie w jednej — a w pośrodku tych wsi, niby coś neutralne, ani do jednej, ani do drugiej nie należące, wznosiła się wielka murowana karczma, srodze zębem czasu dotknięta. Tynk poopadał z niej, okna w połowie przynajmniej wybite i cienkiemi gontami zamiast szyb opatrzone, dach zdezelowany całkiem, miejscami bez dachówek zupełnie. Deresz pana Symplicyusza ujrzawszy wioskę z góry, puścił się raźnym kłusem i wkrótce stanął przed karczmą, poglądając pożądliwem okiem na studnię, z której właśnie kobiecina jakaś, przy pomocy skrzypiącego żórawia, świeżą wodę ciągnęła.
ROZDZIAŁ II,
gdzie jest nieco o historyi murowanej karczmy, jej świetnych czasach i upadku, tudzież o przekonaniach politycznych i społecznych pana Joela Symchy Spigelglasa.
Gdy deresz stanął przed karczmą, a pan Symplicyusz nie bez pewnej trudności z biedki wysiadał, z szerokich wrót karczemnych wybiegł obywatel niepokaźnej powierzchowności, w średnim wieku, z brodą widłowato na dwoje rozdzieloną, z uśmiechem na ustach. Z powodu gorąca, człowiek ten nie miał na sobie kapoty, tylko kamizelkę, z pod której wyglądało coś w rodzaju fartuszka, z czarnym szlakiem i kilkoma sznureczkami bawełnianymi. Czapkę przechyloną miał na tył głowy, na nogach zaś pończochy niebieskie i pantofle, które widocznie częściej spotykały się z błotem, aniżeli z szuwaksem. Obywatel ten nazywał się Joel Symcha Szpigelglas, mieszkał wraz z rodziną w karczmie, po części dla poratowania nadwątlonego zdrowia, po części zaś dla sprzedaży trunków i prowadzenia drobnych interesów finansowych. Ujrzawszy pana Symplicyusza, Joel do biedki przybiegł i zawołał: — Aj waj! aj waj! kogo ja widzę?! Kogo ja mam szczęście oglądać! Wielmożny pan Jajko... taka godna osoba! Taki rzadki gość. Pan dobrodziej już dawno nie był w naszych stronach, na moje sumienie, bardzo dawno!... — Od zimy, od zimy, kochany panie Joel... jakże się miewasz? — Dlaczego ja nie mam się miewać? Miewam się, Bogu dzięki, jak groch kiele gościńca... Ny, ny, akurat wielmożny pan powiedział od zimy... tak... tak, pamiętam. Wtenczas wielmożny pan sprzedał mi tamtego starego kasztanowatego konia, co miał na prawe oko zaciąg... — Nieprawda, bo ja ci zdrowego konia sprzedałem. — Nie mam pretensyi... Może on u mnie dostał zaciągu — ale ja jego już puściłem w świat... Sprzedałem chłopu. Od chłopa go złodzieje ukradli, od złodziei kupił jakiś mieszczanin na jarmarku, potem z tego interesu była sprawa, była awantura, stawałem ja za świadka!... świadczyłem, na moje sumienie! Ny... wie wielmożny pan, jaki był skutek z tej całej sprawy? Jak my gadali w sądzie, sąd miał pisać wyrok, a koń sobie stał przed sądem, złodzieje jego znów ukradli — i już było po sprawie! Posądzali jednego żydka, ale to była nieprawda, tylko to była prawda, że koń przepadł... Wielmożny pan pewnie będzie u nas nocował? Mam śliczną stancyę, jak złoto. — Nie, nie; popasę tylko ze dwie godzinki i pojadę. — Na noc? Po co wielmożny pan na noc ma jechać? — Pilno mi. — Gdzie? gdzie panu tak pilno... gdzie pan dziś zajedzie? Dworów w naszych stronach blizko niema... Najbliżej w Maciejowie... ale stąd się trzy mile drogi... Sam piach! i to jakie trzy mile! Chłopskie mile — żebym ja tak był zdrów — one są warte tyle, co cztery, może co pięć nawet. — Wiem ja, wiem... znam tu dobrze nietylko drogi, ale nawet każdy kamień przy drodze... Tymczasem daj no, panie Joel, wiązeczkę siana dla mojego deresza. — Zaraz panie... Piękny deresz! — rzekł, przypatrując się koniowi — takie bydlę wspaniałe! To cały gmach! na moje sumienie, osoba! Jemu prędzej do karyty pasuje, niż do biedki! Pan Symplicyusz konia rozkiełznał, przyniesione przez Joela siano przed nim rzucił, a sam na ławeczce przed karczmą usiadł. — Jakoś tu pusto u ciebie, mój Joelu? — rzekł. — Aj, pusto, wielmożny panie, pusto! Te koleje żelazne całkiem nas zgubiły. Z przeproszeniem, nie ma co do gęby włożyć. Taka propinacya co była warta dawniej parę tysięcy, dziś nie znaczy nic! Ot, siedzi człowiek, aby siedzieć, bo co ma robić? Trzeba żyć. A tymczasem jest coraz gorzej. Wielmożny pan Jajko jest człowiek mądry, wielmożny pan ciągle po świecie jeździ... Taka to wszystko wie, niech tedy wielmożny pan powie, czy będzie trochę lepiej na świecie, czy nie?... — Dziwne, mój Joelu, zadajesz pytanie; skądże ja mam wiedzieć? Przecież prorokiem nie jestem. — Mnie się zdaje, że będzie coraz gorzej... W naszych książkach tak stoi — a co tam stoi, to prawda jest... Wszystko na świecie będzie się psuło, psuło, dopóki się całkiem nie popsuje... Oto widzi pan, że propinacya coraz gorzej się psuje, handel także się psuje... Popsuła się szlachta, popsuli się chłopi, nawet ziemia się psuje, bo dziś nie bardzo kupca na nią znajdzie... Patrz pan dobrodziej choćby na tę naszą karczmę tu w Woli... — No cóż... rudera! — Całkiem rudera; trochę w niej cegły, trochę dachu, a najwięcej dziur w dachu, a kiedy kolei nie było, kiedy tą drogą każdy musiał jechać! Ha! ha! ośm tysięcy propinacya szła! Żebym ja miał jeden procent od tych pieniędzy, co przez tę karczmę przeszły! Ile stąd, z tej karczmy, wyszło wielkich kupców na zboże, na lasy... ilu wielkich bankierów!... A dziś, co tu jest dziś? Nawet dworów dużo ubyło... Obacz pan u nas w Woli: gdzie dwór stał, teraz niemiecka wieś. Oni ją nazywają Franzdorf! Z dworu ludzie mieli życie, a z niemców kto co ma? Do dworu chłopi chodzili na zarobek — do dworu żydki jeździli za handlem — a te szwaby?! Chłop u nich nie zarobi, bo każdy kolonista ma dzieci swoich gromadę. Ja nawet nie wiem, skąd oni biorą tyle dzieci?! Żyd od niemca także się nie pożywi... Jakim sposobem? Oni wszystko sami wywożą do miasta, nawet wódki nie przyjdą kupić do karczmy, tylko sprowadzają sobie z innych miejsc. No, powiedz pan dobrodziej, jak tu żyć? z czego żyć teraz?... Obacz no pan miasteczko, tak samo jest ścisk wielki... Kramarze powiadają, że czasem przez trzy dni nikt do kramu nie przyjdzie... Ładne czasy, dalibóg, ładne czasy! Z pomiędzy naszych wybiera się dużo do Ameryki, za morze — ale nie mają za co jechać... skąd mają wziąć? Długo jeszcze lamentował na ten temat Joel, ale pan Symplicyusz nie bardzo słuchał... Zajęty swemi myślami, narzekania Joela jednem uchem wpuszczał, drugiem wypuszczał, jak to mówią. Wzrok jego błądził po chatach chłopskich, po zabudowaniach kolonistów, po polach. A Joel swoje wciąż prawił: — Nasza Wola przepadła już całkiem i zmarniała. W Paciorkach zaraz będzie to samo — i jeszcze kilka majątków w naszych stronach mają koloniści kupić. W zeszłym tygodniu jechali tędy dwa niemcy do Maciejowa... Pan Symplicyusz drgnął. — Do Maciejowa, powiadasz? — Na moje sumienie! Gorąco było tego dnia; można poprostu powiedzieć, że ogień z nieba leciał... Oni popasali tu i wypili pięć butelek piwa... Wierzy pan, to był mój cały targ tego dnia!... Oni gadali dużo między sobą, ja słuchałem. Wiadomo kto propinacyę trzyma, to musi dużo słuchać... Ja, Bogu dzięki, rozumiem trochę po niemiecku, więc miarkowałem zaraz, co oni mają za interes. — Cóż to za jedni, proszę cię, skąd? — A zkąd taki niemiec ma być? Wiadomo, że z Niemców. Ci dwaj, co do Maciejowa jechali, to nie byli prości koloniści, tylko machery. Oni kupują cały majątek, a potem wycinają las, a ziemię sprzedają drugim niemcom... — A powiedzże mi, Joelu, bo może ci to wiadomo, czy skończyli interes w Maciejowie? Kupili, czy nie? Przecież skoro tędy jechali, to i tędy musieli wracać i — zapewne wstępowali do ciebie. — Oni powracali całkiem inną drogą, nawet wiem którą... Wszystko wiem... Mówili mi żydki z miasteczka. Młodszy pan koniecznie chce sprzedawać, starszy trochę marudzi — ale pewno ustąpi. On miękki charakter ma — a niemcy bares geld na stół kładą... — Ale przecież odrazu nie skończyli... — Blizcy już są, za trzy tygodnie znowuż mają przyjechać. Pan Symplicyusz odetchnął. Mrok zapadł już, letnia noc otuliła ziemię szarym płaszczem. W górze migotały gwiazdki. Pan Symplicyusz podniósł się z ławy. — Czas już jechać — rzekł. — Aj, niech wielmożny pan tego nie robi. Poco jechać na noc, kiedy za parę godzin dzień będzie. W lesie gościniec trochę reperowali, nakładli faszyny i gałęzi, więc teraz bardzo łatwo wywrócić — a na rzece mostu nie ma i trzeba wykręcać przez chłopskie pastwiska do brodu... Jak wielmożny pan odszuka bród po nocy? Jak trafi do niego po pastwisku, gdzie pełno rowów jest... Lepiej przeczekać, aż świtać zacznie. Pan Symplicyusz pomyślał chwilę i rzekł: — Masz słuszność, poczekam. — A widzi pan, Joel zawsze ma słuszność. Poczekanie jest dobra polityka, a nagłość niewiele warta. Niech mi wielmożny pan wierzy. — Zawsze, jak widzę, jesteś dyplomata... i lubisz o polityce mówić. — Oj, wielmożny panie, teraz nastała w naszej okolicy taka polityka, że niech jej oczy moje nie widzą... — No, no, w czemże tak? — W tem, proszę pana, że teraz już żadnej polityki niema. — Jakże to... — Z kim teraz robić politykę? Powiedz pan dobrodziej, z kim? — Tego pytania nie rozumiem... — Aj, waj! Taka głowa, jak wielmożnego pana głowa, to powinna wszystko rozumieć... Na czem żydowska polityka stoi? Na tem, żeby co zarobić! Kto szuka zarobku żydowskiego, delikatnego zarobku, musi prowadzić swoją politykę... Zatem, skoro teraz szlachty mniej, a co jest to biedna — z kim mamy robić politykę? chyba z żoną i z dziećmi... Bismark jest wielki polityk, bo miał z kim politykę prowadzić... miał austryaków — a żeby on był nie miał austryaków — to byłby całkiem kapcan... My teraz nie mamy szlachty, my jesteśmy kapcany... całkiem kapcany! Świat się psuje, a ta szlachta co jest, to taka podobna do szlachty, jak groch do ściany. Co prawda, to wielmożny pan sam... — Cóż ja? — Przepraszam, że takie słowo powiem... Niech to pana nie obrazi, ja pana bardzo proszę... — No, no, mów. — Naprzykład pan dobrodziej! Czy pan mało świata popsuł? — Czem? — Pan się pyta? Taka osoba, taki szlachcic... taki bogaty człowiek... jeździ biedką jak żyd i interesa prowadzi. Dla czego pan sobie nie kupi folwarku? Dla czego pan nie weźmie dzierżawy, nie gospodaruje? Szlachecka rzecz orać, robić żniwo — żydowska kupować zboże, handlować... Tak pan Bóg dał od najdawniejszych lat... Dlaczego pan przeciwko Boskiej woli chce chodzić? Stoi w piśmie, że jak w Egipcie było wielki urodzaj, to Józef żyd radził królowi wszystko zboże zakupić. Józef był wielki hurtownik, wielki kupiec od zboża! od tej pory żydzi ciągle handlowali i mieli z tego życie, a dziś... no dziś robią się takie interesa, że tfy! Joel splunął. Pan Symplicyusz uśmiechnął się, słuchając tych utyskiwań i lamentów. — W tem cała polityka jest, — prawił dalej żeby jeden człowiek drugiemu człowiekowi dał żyć — i żeby na świecie handel szedł. Jak handel jest, to i pieniądze są, a jak pieniądze są — to wszystko jest! Pan dobrodziej śmieje się — ja wiem, co to znaczy... Pan chce powiedzieć, że są takie kłopoty, na które pieniędzmi nic nie poradzi. To nieprawda... — Ale! ale! gadaj mój Joelu... — Ja wielmożnemu panu powiem jedną historyę. Byli żydzi pewnego razu w wielkim ambarasie — a jak panu wiadomo, im się nieraz takie przytrafunki zdarzały. Myśleli, myśleli co robić, nareszcie posłali takiego, co się nazywa Tysiąc... Jego wypchnęli za drzwi — więc posłali takich samych stu... Z tymi stoma już trochę gadali, ale i to niewiele pomogło... Wtedy żydki namyślili się i posłali jednego pana, co się nazywał „Milion“. On poszedł, nic nie gadał i wszystko było zrobione jeszcze lepiej, niż on sam chciał. To jest tęga osoba! to cały mocarz jest... Pierwsze kury już piały, a pan Symplicyusz jeszcze rozmawiał z Joelem. Dowiedział się, co się w ostatnich czasach w okolicy zrobiło. Kto umarł, kto się wyprowadził w inne strony, kto las sprzedał, komu żydzi kredyt zamknęli, kto się ma żenić, która panna za mąż wychodzi. Wszystko to Joel wyrecytował mu najdokładniej, przytem stręczył mu kupno folwarku, albo kilka dzierżaw do wyboru, tłomacząc, perswadując, że szlachcicowi tylko ziemi wypada się trzymać, bo wszelkie inne zatrudnienia to głupstwo, które ani do godności, ani do natury szlacheckiej wcale nie pasuje. Pan Symplicyusz słuchał, wzdychał, kiwał głową, ale myśli jego błądziły daleko — coraz wstawał, pod okno karczemne podchodził i przy czerwonawem świetle, które się z poza brudnych szyb dobywało, na zegarek spoglądał. — Idź ty spać, Joelu, — rzekł, gdy już brzask robić się zaczął — idź spać, a ja pojadę... — Co, spać? po co spać? Wiadomo wielmożnemu panu, co to żydowskie spanie. — Więc nie sypiasz nigdy? — Aj, aj... sypiam... jak Pan Bóg daje szabas, to ja śpię, jak jestem w drodze, to także śpię, czasem jak w karczmie pusto, to ja także trochę śpię — mam dosyć, na co więcej... Teraz noc krótka, a w izbie gorąco i jeszcze oprócz gorąca — także jest przyczyna, że lepiej nie spać, niż spać. Pan Symplicyusz przy pomocy Joela deresza swego napoił i zaprzągł, siedzenie na biedzie poprawił i zapłaciwszy za siano, odjechał. Deresz ruszył wyciągniętym kłusem — a Joel, stojąc na progu karczmy, ścigał wzrokiem biedkę, dopóki nie zniknęła mu z oczu... Dzień się zaczynał. Blady pas światła na wschodzie stawał się coraz bielszy, szerszy — potem zarumienił się i zaróżowił lekkie chmurki, płynące wysoko po niebie, czerwieniał coraz bardziej, potem rozlał się złotem i purpurą, a zaraz i słońce wychyliło się jakby z pod ziemi i stała się jasność wielka, jasność pogodnego dnia letniego. Właśnie w tej chwili pan Symplicyusz rzekę w bród przebywał. Znając okolicę wybornie, pamiętając każdą ścieżkę, kamień prawie każdy, łatwo miejsce dogodne do przeprawy wynalazł — i bez szwanku na drugą stronę rzeki się przedostał. Potem zygzakowatą dróżką przez pastewniki i łąki do gościńca wyjechał i skrył się w tumanach kurzawy...
ROZDZIAŁ III,
opisujący zmartwienia pana Mikołaja z powodu dzieci, oraz kukułki, która na żaden sposób nie chciała kukać.
Maciejów, piękny, w dogodnem położeniu znajdujący się mająteczek, był cząstką niegdyś ogromnej fortuny, która od lat wielu i wielu była w posiadaniu jednej rodziny. Temu lat... któż spamięta? dobra maciejowskie złożone z kilkunastu folwarków, miały jednego właściciela. Im rodzina liczniejszą się stawała — tem majątek rozdrabniał się więcej. Folwarki i wioski, za córkami, przechodziły do innych rodów, a potem zwykłym tego świata ulegając kolejom, w obce dostawały się ręce, na coraz drobniejsze rozpraszały się szczątki, tak, że dziś z niejednego z nich nec locus ubi Troia fuit... Jeden tylko Maciejów, który z ojca na syna, coraz to bardziej obcinany i okrajany przechodził — pozostał jeszcze w rodzinie i imponował w okolicy ruinami obronnego zamku i wieżą, na której zamiast dachu, zieleniły się rośliny różne... Wiatr nanosił tam kurzu, piasku, ziemi i nasionek drobnych, deszcze pomogły i na szczycie wieży powstał oto jakby ogród wiszący. Naturalnie, że w ruinach oprócz sów, puszczyków i nietoperzy, żywy duch nie mieszkał — omijano je nawet z daleka, gdyż między ludnością wiejską krążyło podanie, że w starych murach coś jęczy, straszy i okrutnie łańcuchami brzęka... U samych stóp zamku wartko płynęła rzeka duża, spławna, po której co wiosna tratwy płynęły; nad rzeką rozciągały się łąki piękne, a dalej pola — i las. Oprócz ruin, był jeszcze na gruntach Maciejowa, blizko lasu, ogromny kopiec, czy mogiła, a na nim nizki, na głazie oparty, krzyż z ciosowego kamienia. Pod kopcem — jak niesie podanie — spoczywały kości poległych w walce z tatarami... Musiała to wielka być bitwa i zapewne niemało ludzi w niej padło, gdyż rozmiary kopca imponowały ogromem... Ale na Maciejowskich polach często snać nieprzyjaciel harcował i często krew się lała — gdyż co roku niemal wyorywali chłopi z ziemi to stare spisy, to ostrogę ogromną, to pieniądz niezmiernie stary — a kości i czerepów bez liku... Miały tam być gdzieś w ziemi i pieniądze wielkie ukryte, bo się nieraz paliły nocami — ale ktoby odważył się za takim ogniem iść szukać?... Mówią na wsi, że lat temu trzydzieści, albo czterdzieści może, znalazł się odważnik, chłop stary, bogaty, a skąpy niezmiernie i chcąc skarbu szukać, za błędnymi ogniami się puścił... Zaprowadziły go też na moczary i bagna, skąd nie powrócił więcej... Na drugi czy trzeci dzień dopiero, pastuszki znaleźli go utopionego w bagnisku. Dwór w Maciejowie, dwór, który ludność ciągle nazywała nowym, chociaż go ze sto lat temu zbudowano, stoi przy samej drodze, w odległości kilkuset sążni od ruin. Jest on drewniany, lecz dość obszerny, a nawet pokaźny. Od frontu zdobi go duża weranda, ocieniona gęstymi splotami dzikiego wina, okna są potrójne i szerokie. Oprócz mieszkań parterowych jest jeszcze facyatka na górze, w której znajdują się dwa pokoje, specyalnie przeznaczone dla gości. W ogrodzie, rozciągającym się po za dworem, stoi domek, zwyczajny mały domek, wzniesiony przez domorosłego cieślę, lecz nazywany „chińskim“, zapewne dla tego, że jest wyklejony wewnątrz obiciem, przedstawiającem chinki w palankinach i chińczyków strzelających z łuków do ptaków, których nazwy najbieglejszy nawet ornitolog nie potrafiłby wymienić. Domeczek ten mieści w sobie apteczkę, oraz szafy pełne starych książek i papierów. Wśród tych ostatnich znalazłby się niejeden dowód dawniejszej świetności Maciejowa. Pan Symplicyusz, gdy tam czasem przyjedzie, lubi zamykać się w chińskim domku i owe papiery wertować. Najbardziej zajmuje go sławny proces dawnych właścicieli Maciejowa z kapitułą krakowską, proces, który się toczył z górą przez sto lat i aczkolwiek do żadnego rezultatu nie doprowadził — niemniej jednak stał się dla rodziny bardzo szacowną pamiątką, ze względu na rozmaite dokumenta, jakie się w aktach zostały. Podobno jest także w tych papierach potężny fascykuł, obejmujący „Silva rerum“, rodzaj pamiętnika rodzinnego, zaczętego za bardzo dawnych czasów, a prowadzonego z przerwami prawie do końca zeszłego wieku. Później już panowie Maciejowscy stracili jakoś ochotę do pióra, a może też nie chcieli smutnych wspomnień notować. Wymawiał im to nieraz pan Symplicyusz, twierdząc, że nie godzi się przerywać tak szacownego łańcucha wspomnień — ale niewiele to pomogło, fascykuł leżał spokojnie na szafie, pokryty warstwą kurzu, a móle i myszy zaczęły nad nim opiekę swą rozciągać... Komu tam było do pisania. We dworze maciejowskim panowała bo dziwna atmosfera. Pan Mikołaj, faktyczny właściciel majątku... niby to gospodarował, ale przy powolnym temperamencie i usposobieniu niezwykle łagodnem, nie sporo mu to szło... Z robotami zwykle się spóźniał, służbę miał rozpuszczoną, jak nigdzie — i tak wszystko wlokło się nie dokładnie, że nigdy końca z końcem związać nie mógł i zawsze był w kłopotach... Może wiek dość już spóźniony, a może ciężkie przejścia w życiu i niepowodzenia — zniechęciły go i odebrały mu resztki energii, ale na pewnych punktach starowina odznaczał się niepokonanym uporem... Za nic na świecie rządcy, ani ekonoma przyjąć nie chciał, choć często namawiano go na to. — Po co? — mówił — na gospodarstwie znam się lepiej od wszystkich rządców i najuczeńszych nawet ekonomów — a moja energia warta więcej, niż wszelka praca najemna... Pańskie oko konia tuczy, a czego nie dopatrzysz wzrokiem, to domierzysz workiem. Nie było sposobu. Nagabywany przez dzieci, uciekał — i albo do Warszawy wyjeżdżał, albo też do łóżka się kładł, chorego udając — i nowej zwłoki żądał, aż nareszcie kupujący, znudzeni przewłóczeniem ciągłem, dawali za wygranę i nie pokazywali się więcej. Tego też było staremu potrzeba. Skoro zmiarkował, że z kupnem sprawa ucichła, po dawnemu po folwarku dreptał, tabaką parobków częstował, w domu zrzędził, a wieczorami passyanse kładł, lub też w maryasza grywał z kuzynką swoją, panną Weroniką, osobą już niemłodą, która rolę domu w Maciejowie odgrywała, gdyż pan Mikołaj od lat kilkunastu był wdowcem... Miał także pan Mikołaj pewne dziwactwa swoje i słabostki. Zimową porą sam w swoim pokoju w piecu palił, zapałki pannie Weronice z wielką skrupulatnością i niezmiernemi trudnościami wydzielał, własnoręcznie przyrządzał tabakę — i sam w całym domu nakręcał i regulował zegary... Co do tabaki, miał sławne swoje sekrety i przepisy. Robił litewkę, bernardynkę, a dla wielce dystyngowanych gości mieszał francuzką z makubą. Zegarów było w domu kilka — a wszystko stare, wysłużone antyki, o zardzewiałych kółkach, zdezelowane zupełnie. Zegarom tym dawno się już odpoczynek należał, lub honorowe miejsce w muzeum osobliwości — ale pan Mikołaj popychał je ciągle, każąc im chodzić i dzwonić. Regulował je podług kompasu, lub tabelki wschodu słońca w kalendarzu, ale nieposłuszne maszyny stawiały bierny opór... Kurant stanowczo grać nie chciał, cyklopy zaprzestały godziny młotami wydzwaniać — a w ostatnich czasach najwierniejsza i najposłuszniejsza kukułka, dotychczas i poddająca się rozkazom, zachrypła i pomimo uporczywego naciągania — przestała kukać... Pan Mikołaj przywiązał jej do wagi stary klucz od śpichrza, gdy to nie pomogło, woreczek piasku przyczepił — i byłaby się kukułka niezawodnie rozruszała i poszła, ale zardzewiały gwóźdź w ścianie nie mógł wytrzymać ciężaru i oto nagle, kukający antyk, z indeksem, wagami i całym aparatem — upadł z impetem na podłogę... Pan Mikołaj został jakby piorunem rażony... Załamał ręce, a gdy przerażona łoskotem i brzękiem panna Weronika wpadła do pokoju z krzykiem: co się stało?! — ofuknął się na nią i powiedział ostro, żeby nie mieszała się w nieswoje rzeczy, lecz pilnowała lepiej kuchni i tego co do niej należy... Stara panna aż rozpłakała się z żalu i ze złości — a pan Mikołaj szczątki rozbitego antyka pozbierał, na stole je poukładał i rozmyślał, w jakiby sposób z tych marnych resztek napowrót wspaniałą i kukającą całość znów złożyć. Gdy tak wytwarzał w myśli rozmaite kombinacye, dano mu znać, że pan Symplicyusz przyjechał. Pozostawiwszy na stole rozbity zegar, pan Mikołaj co prędzej na ganek wybiegł, aby gościa swojego powitać. Wybiegł tem skwapliwiej, że z Symplicyuszem łączyła go dawna przyjaźń i wieloletnia znajomość... — Jak się masz stary! jak się masz! — zawołał, rzucając mu się na szyję. — Tak dawno cię już nie widziałem, sądziłem, że zapomniałeś, w której części świata znajduje się Maciejów. — Nie mogłem, jak cię kocham, panie Mikołaju, nie mogłem... interesów mam mnóstwo... — A jak się stęskniłem do ciebie. Nawet powiedziawszy prawdę to i potrzebny mi byłeś... — Jestem tedy... jeżeli potrzeba nie minęła... Czem mogę służyć? — Takżeś zachciał! Zdrożony, zmęczony jesteś, a jabym cię interesami trapić miał... Chodź-że przedewszystkiem, spocznij, usiądź... Panno Weroniko! Weronisiu! Każno zaraz gorącej kawy podać. Siadaj-że no, mój Symplicyuszu kochany, kości rozprostuj. — Cóż tu słychać u was? — Jak zwykle, źle słychać, kłopoty, powiadam ci, zmartwienia, dnia spokojnego człowiek nie ma... — Ale przecież... — Czekaj-no, tabaki przedewszystkiem zażyj... ale poczęstuję cię czemś znakomitem... zaraz... Starowina pobiegł do swojego pokoiku, skąd wrócił po chwili, trzymając w ręku piękną tabakierkę srebrną, wyzłacaną wewnątrz. — No, mój Symplicyuszu, probuj... Właśnie przypadkiem znalazłem doskonały przepis... Mogę cię zapewnić, że sam nawet arcybiskup paryski, jeżeli zażywa tabakę, to gorszą... Słowo ci daję... — Istotnie, udała ci się — wyśmienita. — A widzisz! Spotkać znawcę, to jest prawdziwa przyjemność... ale oto panna Weronika przysłała nam kawę... Sama nie raczyła przyjść... Ale nic dziwnego... — Cierpiąca może? — Cierpiąca, cierpiąca na elegancyę i na fanaberye!... Pan Jajko przyjechał, więc nie można wyjść po domowemu, w zwyczajnej sukience, ale trzeba się zaraz wyelegantować, wyfiokować, wystroić, przyprawić do głowy ze dwa funty cudzych włosów... Tfy! bodaj to my, ludzie starej daty, kochany Siwy to siwy, łysy to łysy... ale fałszów żadnych! — No, widzisz pan, kobieta, panna, to zawsze co innego... — Wielka mi rzecz panna! Mając pięćdziesiąt lat z okładem, mogła się już była do tej panieńskiej godności przyzwyczaić — i nie wyrabiać komedyi na starość. — Dajżesz jej pokój! O jakich to zmartwieniach mówiłeś, panie Mikołaju? — Mam ich tysiące... codzień nowe! — Słyszałem i ja coś o tem... — Ty? — Tak... Joel mi wspominał. Znasz go przecie?... — Znam, ale skądby on mógł wiedzieć? — Jednak widocznie coś wie, bo wspominał. — Ale to chyba przeczuł, bo mnie wielkie istotnie zmartwienie spotkało dziś rano, przed samym twoim przyjazdem... — Cóż się stało? — Okropność! powiadam ci, mój kochany, okropność! Wolałbym nie wiem co stracić, wolałbym z Gapcewiczem sprawę przegrać, wolałbym... już sam nie wiem, cobym wolał... — Ależ o co idzie? — O co! o co! przecież znasz ten mój osobliwy zegar z kukułką. — Znam ten stary grat, jak zły grosz. — No, proszę cię, tylko tak nie mów. Nie znasz się, nie masz o tem najmniejszego wyobrażenia i dowodzisz: Grat! Proszę cię, cóż to jest grat?... Należy rozróżniać... Nie wszystko, co stare, jest gratem — są i antyki... — Jak my obaj, naprzykład — rzekł, śmiejąc się, Jajko. — To znów co innego. My, zwłaszcza gdy nikt nie słyszy, możemy sobie po przyjacielsku na cztery oczy powiedzieć, że jesteśmy dwa stare graty i ściśle biorąc, nie miniemy się z prawdą — ale nazwać mój zegar starym gratem... to daruj, kochany Symplicyuszu, wyrażenie — to jest, że tak powiem... barbarzyństwo! — No, nie gniewaj się... w twoim własnym domu nie chciałbym ci robić przykrości, otóż cofam niewłaściwe wyrażenie i uroczyście nazywam twoją kukułkę nie gratem, lecz antykiem. — Przez żarty? — Nie, nie, na seryo — ale gdzież racya do martwienia się? — Widzisz, ten zegar, ten mój najmilszy zegar, spadł ze ściany i rozbił się na drobne kawałki! — Ten z kukułką! — Ten, ten mój przyjacielu... — No, jeżeli tak, to czekajże. Za parę miesięcy będę na jarmarku w Łowiczu i kupię ci taki sam, nowiuteńki... Jak zacznie kukać, to ręczę ci, że w stajni słychać będzie... — A proszę cię! To zakrawa na żart — takich zegarów już dziś nie wyrabiają, to nie takie, lecz licha tandeta niemiecka... Dla tego wstrzymaj się z tym podarunkiem... Pan Symplicyusz, nie chcąc gospodarza draźnić, wnet na inny przedmiot rozmowę zwrócił. — Byli u ciebie niemcy podobno? — zapytał. — Byli... — Zapewne o kupno Maciejowa? — A niby... — Joel mi mówił, że jesteście blizcy końca — że masz zamiar sprzedać... Pan Mikołaj milczał. Wstał od stołu i wielkiemi krokami zaczął chodzić po pokoju. Widocznem było, że humor traci. — Tedy, kochany panie Mikołaju — odezwał się Jajko — jeżeli mam prawdę powiedzieć, to obecnie nie miałem wcale zamiaru do Maciejowa wstępować... — A to dla czego? — Bo interesa powołują mnie gdzieindziej, ale jak mi Joel powiedział, że masz kłopoty, że cię tu jakieś szwaby najeżdżają, pomyślałem sobie, że nie godzi się zostawiać przyjaciela wśród trosk i przyjechałem... ale widzę, żem w złą godzinę trafił... — Bój się Boga, człowieku! z otwartemi rękami zawsze cię przyjmuję i witam, a ty jakieś supozycye robisz! Strułeś mnie „kukułką“, to prawda, lecz jak można nazywać szacowny antyk starym gratem... Strułeś mnie, tem bardziej, że jesteś moim starym przyjacielem i że jeżeli od kogo, to od ciebie, nie spodziewałem się takiej herezyi usłyszeć... Pomimo tego, drogi Symplicyuszu, kocham cię, jak brata, i jeżeli jeszcze powtórzysz, żeś do mego domu w złą godzinę trafił — to... to... chyba strzelać się z tobą będę... — Dajże pokój, panie Mikołaju, o co mamy się strzelać? Tu ważniejsza rzecz jest i powiedz mi tak szczerze, czy na pewno myślisz się pozbyć ? czy istotnie wszedłeś z tymi szwabami w jakoweś układy? Czy Joel prawdę mówił? — Joel jest głupi — odpowiedział pan Mikołaj z gniewem. — Głupi jest, bo nic nie rozumie, ani rozumieć nie może... Oni mnie męczą, ty wiesz najlepiej, Symplicyuszu, jak oni mnie męczą! — Zapewne... — Ciągle, ciągle ta nieszczęsna kwestya sprzedaży jest na stole... Ciągle słyszę jedną i tę samą piosnkę: A po co? a na co gospodarować? a niech się ojciec tego kłopotu pozbędzie! niech nam los rozwiąże... a to, a ; głowa puchnie, powiadam ci, Symplicyuszu, głowa puchnie od tego... Sprowadzają mi tu różnych kupców, żydów, szwabów. Bóg wie zkąd? Każą się z nimi układać i traktować... — Jakto każą? Któż zmusza cię, żebyś słuchał? — Nie zmusza i zmusza... — Nie rozumiem... — Zmusić nikt nie może, bo nie ma prawa — ale nudzą, męczą. Nie masz wyobrażenia, jak nudzą... — Więc cóż? — Więc symuluję, udaję... Juścić wolę to, niż otwartą wojnę... powiadam, że owszem, że chętnie sprzedam... niech tylko dadzą kupców. Oni dają kupców, ja stawiam warunki — kupno nie przychodzi do skutku. Tem się tylko trzymam przy Maciejowie i przy... życiu. — Rozumiem ja to... Dobrze robisz, bardzo dobrze robisz, mój Mikołaju. — Ba! ale czy długo ja opierać się zdołam? — Ja myślę, że dokąd ci się podoba... — Oj nie, oj nie! oni mnie już zmęczyli, a teraz, z tymi szwabami, jest istotnie rzecz ciężka. — Z powodu? — Doskonale chcą płacić. Wszystko, co proponuję — przyjmują... Już nawet sam nie wiem, co mam wymyśleć? Musi im bardzo zależyć na kupnie Maciejowa, bo nawet grymasy moje uwzględniają. Powiedziane było, że sprzedam z inwentarzem — i w tym stosunku ustanowiono szacunek. Ja żądam wyłączenia sześciu najlepszych koni — powiadają, że i owszem. Wyłączam cztery co najpiękniejsze krowy — powiadają, bardzo dobrze. Wyłączam powóz, bryczki, uprząż, siodła — mówią, że im nic po tem... Musi w tem coś być, ale co, nie wiem. Czy oni przewidują, że przez Maciejów pójdzie droga żelazna, czy co? Jednem słowem, że wszystko akceptują, na wszystko się zgadzają — byle tylko kończyć i kończyć jak najprędzej... Sam już nie wiem, co mam wymyśleć, żeby się od tego uwolnić! Za dwa tygodnie znów tu mają przyjechać! Ratuj jeżeli możesz, radź! — Wiesz co, sprzedaj im ów sławny proces z kapitułą... — Bój się Boga, człowieku — toć to trzy grosze nie warto. — Tem lepiej! — Ale jakże?... Proponować nawet nie wypada. — Dla czego? Ostatecznie, rzecz to nie tak zła, jak sądzisz. Wasze prawa do spornych terytoryów są jasne, a że dziś majątki kapituły nie znajdują się w jej ręku — to nic nie znaczy. Odpowiada ten, kto posiada, ponieważ wasze przedawnieniu nie uległy. Ja tę rzecz znam, dość blizko nawet. — Więc mówisz, że to sprawa do wygrania? — Nie mówię, ale nie mówię też, żeby miała być nic nie warta. Otóż postaw szwabom warunek, żeby twoje prawa nabyli, że bez tego majątku nie sprzedasz. Żądaj sumy znacznej — powiedz, niech sprowadzą sobie adwokata, iżby rozpatrzył papiery. Paktuj, zwłócz — dopóki się szwabom sprzykrzy i dopóki sobie innego majątku nie znajdą. — Słusznie mówisz, Symplicyuszu, jak cię kocham, słusznie. Już to wiadoma rzecz, że do rady tyś człowiek jedyny... Na antykach nie znasz się wcale, to prawda — ale do interesu głowę masz. — Pochlebiasz mi zanadto... — Właśnie, że nie; nawet, szczerze mówiąc, marzyłem o tobie i pragnąłem, abyś jaknajprędzej przyjechał... — A cóż tam? — Chciałem, by z chłopami skończyć i tę przeklętą sprawę z Gapcewiczem na dobrą drogę wprowadzić; adwokat, proszę cię, pisze mi, że wszystko dobrze idzie, żeśmy w pierwszej instancyi wygrali, ale Gapcewicz apelował i podobno ma zamiar wlec nas przez wszystkie instancye... Takim sposobem można jeszcze długo oczekiwać na rezultat... — Rozpatrzy się to, kochany panie Mikołaju, rozpatrzy, mamy czas; chciałbym przynajmniej tydzień przesiedzieć tu, w Maciejowie. — A! mój Symplicyuszu, tej mi znów krzywdy nie zrobisz. Cóż to znaczy tydzień! Tyle czasu nie widzieliśmy się, — a starzy jesteśmy obaj — możemy się więcej nie zobaczyć... posiedzisz więc, bracie, posiedzisz! Stancyjka dla ciebie na górze gotowa, konia ci spasę, że będzie gruby, jak baryła... tylko o odjeździe nie gadaj — i siedź... — No, dobrze to jest, mój panie Michale... zobaczymy zresztą; powiedz mi wszakże naprzód, gdzie są twoje dzieci, pan Karol, pani Lucyna? — Są w domu, jak zwykle... — Karol zapewne w polu... — Ale gdzież tam! — Cóż więc robi? — Jak obecnie, to śpi... Jajko na zegarek spojrzał. — Dziwi cię to? — rzekł pan Mikołaj smutnie — i mnie dziwiło z początku, ale z czasem przyzwyczaiłem się. — Istotnie, do dziesiątej spać na wsi! Dalibóg to sztuka... — W samej rzeczy. Już jabym nie potrafił. U mnie to, proszę, byle dzień się zrobił — sen z powiek ucieka... — Czy i pani Lucyna równie długo lubi wypoczywać? — A nie! Lucynka tem się od Karola różni, że ma zwyczaj sypiać znacznie dłużej, niż on... Trudno bo, proszę cię, mieć apetyt, jak się prawie prosto z łóżka do obiadu przychodzi. — A powiedz-że mi, panie Mikołaju, cóż oni robią nocami, boć przecież całe dwadzieścia cztery godziny przespać nie sposób... — Rozmaicie... Ja tam, co prawda, nie wiem, bo zaraz po kolacyi spać idę, ale panna Weronika powiada... że pan Karol czyta książki i gazety ziewając, a jego pani siostra brzdąka na fortepianie i także ziewa... Utyskują przytem na swoje losy, na mnie, że majątku sprzedać nie chcę, a skutkiem tego oni tu marnują się i więdną... zagrzebani... — Zagrzebani? Cóż to znaczy? — Ha, spytaj się ich sam... bo ja nie wiem... Zagrzebani i dosyć... ale, koniec końcem, ja majątek trzymam i nie puszczam. Po mojej śmierci niech sobie robią, co chcą... Pan Symplicyusz zamyślił się. Wydobył z kieszeni krótką swoją fajeczkę i nakładać ją zaczął, gospodarz zaś wsparł głowę na ręku i zadumał się ciężko... Nagle myśl mu jakaś błysnęła. Zerwał się z krzesła, rękę na ramieniu gościa położył i rzekł: — Słuchajno, Symplicyuszu... Zdaje mi się, że wspominałeś mi kiedyś, iż za młodu do realnych szkół uczęszczałeś... — Tak... — I że podobno matematykę dobrze znasz... — Na swoje potrzeby dość... — Założyłbym się, że was tam i mechaniki uczono... — Troszeczkę... — No więc, byłbyś moim nieprzyjacielem, gdybyś mi nie pomógł zreparować kukułki... — Ha, ha — ależ nie jestem zegarmistrzem. — To nic. Powiadam ci, że nie święci garnki lepią. W ostatnim razie, gdy będziemy mieli jaką wątpliwość, przywołamy młynarza... Sprytny to majster! Koło, paprzycę, zastawki wyrysuje ci jak najlepszy inżynier — a przytem i majstrowaty jest... Młocarnię mi kiedyś zreparował doskonale. — Ano, kiedy taki majster, to go jegomość zawołaj, niech reparuje, a raczej niech próbuje, może mu się uda... — A ty, Symplicyuszu... nie chcesz? — Cóż ja? Nie jestem zegarmistrzem... jak żyję, nie miałem z takiemi rzeczami do czynienia. — Nie przeczę, lecz masz teoryę, a młynarz posiada tylko praktykę... weźcie się obadwaj... i ja także swoim konceptem w pomoc przyjdę; bo, uważasz kochany Symplicyuszu, takiego antyka szkoda, niepowetowana szkoda! Niedawno nieboszczyk ksiądz Szarogrodzki dawał mi za niego pięćset złotych — jak jeden grosz, pięćset złotych mi dawał! — Co też jegomość mówisz. Nieboszczyk Szarogrodzki umarł przed ośmnastoma laty... a oto powiadasz, że niedawno... — Zapewne, że niedawno... Cóż to głupie ośmnaście lat to wieczność! Dawał, dawał, jak cię kocham, dawał, ale ja nawet słuchać nie chciałem... — To szkoda! — Szkoda, albo i nie szkoda — a ja ci mówię, nie marudź. Chodźmy do zegaru... chodźmy... — Kiedy chcesz koniecznie, to idę, ale jeżeli prawdę mam powiedzieć, to wolałbym... — Cóż? cóż? — Wolałbym rozejrzeć się w sprawie z Gapcewiczem, albo też w aktach procesu z kapitułą. — Będzie na to czas, powiadam ci, kochany Symplicyuszu, że będzie na to czas... Po obiedzie, w chińskim domku, przy buteleczce, przy cygarku — rozpatrzymy się, rozgadamy, rozważać będziemy choćby do nocy... Cóż, zgoda? — No zgoda, zgoda... panie Mikołaju... — Chodźmyż więc, bo to najpilniejsze, periculum in mora. Pan Mikołaj wziął swego gościa pod ramię i prowadził do zepsutej kukułki, mówiąc: — Bo to, uważasz Symplicyuszu, ja ten antyk nabyłem przypadkiem... na licytacyi po księdzu z Zapłocia... Żydzi dawali tylko pięć złotych, ja postąpiłem do rubla — i oto, od lat trzydziestu, jestem w posiadaniu tego cennego zabytku... nawet źle mówię cennego, gdyż właściwie jest to nieoceniony, nieoszacowany egzemplarz. W Gdańsku tysiąc daliby za niego... Tam są znawcy!
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Zagrzebani.
