Read here

Znak czterech (Doyle, tł. Neufeldówna, 1922)

Arthur Conan Doyle · 1922 · Free in the US

68,860 words · about 4 h 49 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1922 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Znak_czterech_(Doyle,_tł._Neufeldówna,_1922)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1922
Length
68,860 words · about 4 h 49 min
Sections
14 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (14)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 2 h 25 min
  3. Rozdział I about 10 min
  4. Rozdział II about 7 min
  5. Rozdział III about 6 min
  6. Rozdział IV about 13 min
  7. Rozdział V about 9 min
  8. Rozdział VI about 10 min
  9. Rozdział VII about 14 min
  10. Rozdział VIII about 12 min
  11. Rozdział IX about 12 min
  12. Rozdział X about 11 min
  13. Rozdział XI about 7 min
  14. Rozdział XII about 33 min

Continue:

Front matter

CONAN DOYLE

ZNAK CZTERECH

Rysunek na okładce podług drzeworytu japońskiego.

całość

CONAN DOYLE

ZNAK CZTERECH

Rysunek na okładce podług drzeworytu japońskiego.

TŁÓM. Z.ANGIELSKIEGO

BRONISŁAWA NEUFELDÓWNA

A

NAKŁADEM WACŁAWA PAWŁOWSKIEGO

I

Druk W. Maślankiewicza, Nowogrodzka № 17.

ROZDZIAŁ I.

Nauka dedukcji.

Sherlock Holmes wziął flaszeczkę, stojącą na rogu kominka i wyjął strzykawkę z pudełeczka safianowego. Długimi, białymi, nerwowymi palcami włożył w strzykawkę cienką igłę i podsunął w górę lewy mankiet koszuli. Oczy jego przez krótką chwilę zatrzymały się, zadumane, na żylastem przedramieniu i przegubie ręki, pocentkowanych niezliczonemi ukłóciami. Nakoniec wepchnął ostry koniec igły w ciało, nacisnął mały tłoczek i z głębokiem westchnieniem zadowolenia upadł na poduszki aksamitnego fotela. Przez szereg miesięcy patrzyłem trzy razy dziennie na to widowisko, ale przyzwyczajenie nie pogodziło mnie z niem bynajmniej. Przeciwnie — z każdym dniem widok ten drażnił mnie coraz bardziej, a sumienie wyrzucało coraz głośniej, że brakło mi odwagi, by przeciw temu zaprotestować. Codziennie niemal przysięgałem sobie, że oswobodzę duszę swoją od tego ciężaru, ale w chłodnem, swobodnem obej- ściu mego towarzysza było coś nieokreślonego, co niedopuszczało cienia poufałości. Nauczyłem się cenić jego wielkie zdolności i niepospolite zalety, onieśmielał mnie niekiedy wręcz jego ton despotyczny, wyniosły — nie chciałem mu się narażać. Tego dnia wszakże, bądź pod wpływem kilku kieliszków Beaune’u, wypitych przy drugiem śniadaniu, bądź, że rozmyślność postępowania Holmesa doprowadziła mnie do ostateczności, uczułem nagle, że dłużej nie wytrzymam. — Na co kolej dzisiaj — spytałem — morfina czy kokaina? Holmes podniósł leniwie oczy od starej książki, która był otworzył: — Kokaina, — odparł, — roztwór siedmioprocentowy. Może zechcesz spróbować? — Dziękuje, — odrzekłem szorstko. — Organizm mój nie pokonał jeszcze skutków wyprawy afgańskiej; nie mogę sobie tedy pozwalać na żadne wybryki. Rozdrażniony ton mojej odpowiedzi wywołał uśmiech na usta Holmesa. — Może ty masz słuszność, Watsonie, — rzekł. — Zdaje mi się, że pod względem fizycznym te narkotyki źle na mnie wpływają. Niemniej, tak niesłychanie pobudzają i rozja- śniają umysł, że wobec tego tamto ich oddziaływanie jest drobnostką. — Ależ zastanów się, — rzekłem poważnie. Pomyśl, czem ty to opłacasz! umysł twój może podnieca się, jak mówisz, i ożywia, ale jednocześnie odbywa się w twoim ustroju chorobliwy proces patologiczny, który pociąga za sobą spotęgowaną przemianę tkanek i w końcu może cię doprowadzić do zupełnego stanu osłabienia i wyczerpania. Wiesz także dobrze, jaka straszna reakcja przychodzi później. Doprawdy gra nie warta świecy. Po co, na miłość Boską, dla przelotnej przyjemności, narażasz się na utratę tych wielkich zdolności, jakiemi cię obdarzyła natura? Pamiętaj, że ja mówię nietylko jako przyjaciel do przyjaciela, ale i jako lekarz do człowieka, za którego zdrowie jest do pewnego stopnia odpowiedzialny. Holmes nie wyglądał na obrażonego. Przeciwnie, złożył dłonie czubkami palców, a łokcie oparł na poręczach fotela, jak ktoś, który z upodobaniem prowadzi rozmowę. — Mój umysł, — rzekł, — buntuje się przeciw bezczynności. Daj mi zagadnienia do rozstrzygnięcia, daj mi pracę, daj mi najtrudniejszy kryptogram, albo najzawilszą analizę, a wtedy zobaczysz mnie we właściwej atmosferze. Wówczas mogę się obywać bez sztucznej pod- niety. Ale mam wstręt do powszedniej, nudnej rutyny życia. Trawi mnie gorączka egzaltacji umysłowej. Dlatego to właśnie obrałem swój specjalny zawód, albo raczej stworzyłem go, bo jestem jedynym na świecie. — Jedyny nieurzędowy agent śledczy? — spytałem. — Jedyny nieurzędowy radca śledczy, — odparł. Jestem ostatnim i najwyższym trybunałem apelacyjnym w sprawach śledczych. Gdy Gregson lub Lestrade, albo Athelney Jones tracą głowę, co, mówiąc nawiasem, jest ich stanem normalnym, wówczas wytaczają sprawę przedemną. Ja zaś badam dane, jako ekspert i wydaje opinję specjalisty. Nie domagam się sławy w takich wypadkach. Nazwiska mojego nie znajdziesz w żadnym dzienniku. Praca sama przez się, zadowolenie, że znajduję pole dla swoich specjalnych zdolności jest mi najwyższą nagrodą. Ale, wszak miałeś dotykalne dowody mojej metody pracy w sprawie Jeffersona Hope’a. — Tak, istotnie, — rzekłem szczerze. — Nic w życiu nie wprawiło mnie w takie zdumienie. Opisałem nawet tę sprawę pod nieco fantastycznym tytułem: „Studjum w szkarłacie“. Holmes smutnie potrząsnął głową. — Przeglądałem tę książkę, — rzekł. — Uczciwie mówiąc, nie mogę ci jej powinszować. Śledztwo policyjne jest, albo powinno być, nauką ścisłą i trzeba je traktować w taki sam sposób chłodny, trzeźwy. Ty zaś usiłowałeś zabarwić je romantyzmem, co wywołuje zupełnie ten sam efekt, co przygoda miłosna lub ucieczka zakochanych, opracowana według piątego aksjomatu Euklidesa. — Ale, wszak tam był romans, — broniłem się — nie mogłem przekręcać faktów. — Niektóre fakty należy pomijać, albo przynajmniej należy, w traktowaniu ich, zachować należytą miarę. Jedyny punkt w tej sprawie, zasługujący na wzmiankę, to ciekawe analityczne wysnuwanie przyczyn ze skutków, dzięki któremu zdołałem tę sprawę wyjaśnić. Podrażniła mnie ta jego krytyka pracy, specjalnie przeznaczonej dla zrobienia mu przyjemności. Wyznaję też, że gniewał mnie ten egotyzm, który się domagał, by każdy wiersz mojej opowieści był poświęcony wyłącznie jego czynom. Niejednokrotnie w ciągu lat, jakie przemieszkałem z Holmesem przy ulicy Baker, zauważyłem dziwny podkład próżności po za spokojnem, dydaktycznem postępowaniem mego towarzysza. Nie odpowiedziałem wszelako — siedziałem w milczeniu, nacierając nogę, która mi przeszyła kula w Afganistanie, a która, choć dawno zagojona, dawała mi się srodze we znaki przed każdą zmianą pogody. — Praktyka moja rozszerzyła się w ostatnich czasach i na kontynent, — rzekł Holmes po chwili, nakładając fajkę. — W ubiegłym tygodniu zasięgał mojej rady Franciszek le Villard, który, jak ci pewnie wiadomo, zdobywa w ostatnich czasach coraz wybitniejsze stanowisko we francuskiej policji śledczej. Posiada on prawdziwie celtycką zdolność szybkiej intuicji, ale brak mu szerszego poglądu i ścisłej nauki, co jest niezbędne dla wyższego rozwoju naszej sztuki. Sprawa dotyczyła testamentu i była dosyć zajmująca. Wskazałem mu dwie podobne sprawy, jedną w Rydze z r. 1857, drugą w St. Louis z r. 1871, co ułatwiło mu rozwikłanie tej, o którą mu chodziło. Oto list, który dostałem od niego dziś rano z podziękowaniem za pomoc. Mówiąc to, podał mi zmięty arkusik zagranicznego papieru listowego. Przebiegłem go wzrokiem i pochwyciłem mnóstwo wyrazów uwielbienia, jak: „magnifique“, „coup de maitre“, „tour de force“, świadczących o gorącym podziwie Francuza. — Pisze jak uczeń do mistrza, — zauważyłem. — O, przecenia moją pomoc, — rzekł Sherlock Holmes obojętnie. — Sam jest bardzo zdolny. Z trzech przymiotów, niezbędnych dla idealnego agenta śledczego, posiada dwa: zmysł obserwacyjny i zdolność dedukcji. Brak mu tylko, jak mówiłem, nauki, ale to przyjdzie zczasem. Tłómaczy teraz moje drobne prace na język francuski. — Twoje prace? — A, nie wiedziałeś? — zawołał, śmiejąc się. — Tak, „popełniłem“ kilka monografji w kwestjach wyłącznie technicznych. Jedna naprzykład traktuje „O różnicy między popiołem rozmaitych tytoniów“. Wyliczam w niej sto czterdzieści gatunków cygar, papierosów, tytoniów, a kolorowane ryciny ilustrują różnicę popiołu. Jest to szczegół, który występuje ciągle w sprawach kryminalnych i bywa niekiedy niesłychanie ważny, jako wskazówka. Jeśli możesz powiedzieć naprzykład, że jakieś morderstwo popełnił człowiek, który palił cygaro indyjskie, pole poszukiwania znacznie ci się ścieśni. Dla wprawnego oka różnica między czarnym popiołem cygara Trichinopoly a białawym Hawanny jest taka wielka, jak między kapustą a kartoflem. — Masz niesłychany dar obserwowania szczegółów, — zauważyłem. — Oceniam należycie ich znaczenie. Napisałem też monografję o tropieniu śladu kro- ków ludzkich i dodałem kilka uwag o sposobie używania plastra paryskiego, jako środka do zachowania odcisku śladów. Dalej wydałem także ciekawą książeczkę o wpływie zajęcia na kształt dłoni i dołączyłem światłodruki rąk blacharzy, marynarzy, zecerów, tkaczy i szlifierzy djamentów. Rzecz ta ma bardzo duże znaczenie praktyczne dla naukowego agenta śledczego, zwłaszcza w wypadkach, kiedy nie można narazie stwierdzić tożsamości zwłok, albo przy badaniu trybu życia przestępców. Ale ja cię nudzę tym swoim ulubionym konikiem. — Bynajmniej — odparłem poważnie. — Zajmuje mnie to niesłychanie, zwłaszcza od czasu, kiedy mam sposobność przyglądać się jak te swoje teorje stosujesz w praktyce. Ale wspominałeś o obserwacji i dedukcji; przecież jedna obejmuje do pewnego stopnia drugą. — Niebardzo, — odrzekł, rozpierając się wygodnie w fotelu i puszczając kółka błękitnawego dymu. — Naprzykład, obserwacja wykazuje mi, że byłeś dzisiaj rano w biurze pocztowem przy ulicy Wigmore, ale dedukcja uczy mnie, iż, przyszedłszy tam, wysłałeś depeszę. — Zgadłeś! — zawołałem. — Nie omyliłeś się ani co do jednego, ani co do drugiego! Wyznaję wszakże, iż nie mam pojęcia, w jaki sposób doszedłeś do tego wniosku. Przyszło mi to nagle do głowy i nie wspominałem o tem nikomu. — A to takie proste, — odparł śmiejąc się z mego zdumienia, — takie niedorzecznie proste, że wyjaśnienie jest zbyteczne; nie poskąpię ci go jednak, bo może posłużyć ci do określenia granic obserwacji i dedukcji. Obserwacja powiedziała mi, że chód twój pozostawia ślad zlekka czerwonawy. Otóż, wprost biura przy ulicy Wigmore, wyjęli bruk i poruszyli ziemię, w miejscu, którego niepodobna ominąć, chcąc wejść do biura. Ziemia ma tam odrębny odcień czerwonawy, którego, o ile wiem, nie posiada grunt nigdzie w sąsiedztwie. Tu kończy się obserwacja. Reszta, to już rzecz dedukcji. — W jaki sposób zatem doprowadziła cię do wniosku, że wysłałem depeszę? — Wiedziałem, że nie pisałeś listu, skoro siedziałem naprzeciwko ciebie przez całe rano. Widzę też w twojem otwartem biurku, że masz cały arkusz marek pocztowych i sporą paczkę kart. Pocóż więc poszedłeś do biura pocztowego, jeśli nie po to, żeby wysłać depeszę? Odrzuć zatem tamte pobudki, a ta ostatnia będzie prawdziwa. — W tym wypadku tak jest w istocie, — odparłem po chwili. Wszelako, jak sam mówisz, wypadek to bardzo prosty. Czy nie po- sądzisz mnie o zarozumiałość, jeśli poddam teorje twoje cięższej próbie? — Przeciwnie, — odpowiedziałem — przeszkodzi mi to wziąć powtórną dawkę kokainy. Będę uszczęśliwiony, jeśli, dzięki tobie, znajdę się wobec jakiego nowego zagadnienia. — Mówiłeś mi kiedyś, że człowiek zazwyczaj pozostawia na rzeczach, które mu służą do codziennego użytku, piętno indywidualizmu w taki sposób, że wprawny obserwator dostrzeże je niechybnie. Otóż, mam tu zegarek, który dostałem niedawno. Czy zechciałbyś mi łaskawie powiedzieć swoje zdanie o przyzwyczajeniach ostatniego właściciela tego zegarka? To mówiąc, podałem mu z uśmiechem zegarek, ubawiony tym swoim pomysłem, bo, zdawało mi się, że tej próby nie wytrzyma. A zamierzałem mu dać w ten sposób nauczkę za ton dogmatyczny, jaki niekiedy przybierał. Holmes ważył zegarek na dłoni, obejrzał uważnie cyferblat, otworzył kopertę i przyglądał się bacznie werkowi, najpierw gołem okiem, a następnie przez lupę. Po chwili zamknął zegarek i podał mi go, a był przytem tak widocznie zbity z tropu, że zaledwie mogłem powstrzymać się od uśmiechu. — Niema tu prawie żadnych danych, — zauważył. — Zegarek był niedawno czyszczony, a to mnie pozbawia wskazówek. — Masz słuszność, — odparłem. — Był czyszczony, zanim go przysłano. W duszy oskarżałem jednak swego towarzysza, że podaje bardzo marną i niedorzeczną wymówkę dla pokrycia swej porażki. Jakich danych mógł się spodziewać w zegarku nieczyszczonym? — Jakkolwiek badanie moje nie dało wyników pożądanych, niemniej nie było zupełnie próżne, — zauważył Holmes, spoglądając w sufit zamglonemi oczyma. — Jestem prawie pewien, że ten zegarek należał do twego starszego brata, który go odziedziczył po twoim ojcu. — Wnosisz to niewątpliwie z liter H. W. na kopercie, co? — Tak jest. W. każe mi się domyślać twego nazwiska. Data zegarka jest z przed pięćdziesięciu laty, a inicjały są równie stare jak zegarek; zrobiony zatem został dla ostatniego pokolenia. Klejnoty przechodzą zawsze na najstarszego syna, który ma zazwyczaj to samo imię co ojciec. Ojciec twój umarł, jeśli się nie mylę przed wielu laty. Zegarek tedy był w rękach twego najstarszego brata. — Dotąd nie mylisz się we wnioskach, — rzekłem. — Cóż dalej? — Był to człowiek nieporządny w przyzwyczajeniach... nieporządny i niedbały. Miał bardzo dobre widoki na przyszłość, ale nie skorzystał z nich; żył przez jakiś czas w ubóstwie potem znów powodziło mu się lepiej, a w końcu rozpił się i umarł. To wszystko czego zdołałem się dowiedzieć. Zerwałem się z krzesła i, rozdrażniony, rozgoryczony, zacząłem chodzić po pokoju. — To niegodne ciebie, Holmesie, — rzekłem. — Nie przypuszczałbym nigdy, że poniżysz się do takiego wybiegu. Dowiedziałeś się szczegółów życia mego nieszczęśliwego brata, a teraz utrzymujesz, że wysnuwasz te dzieje w jakiś fantastyczny sposób. Nie możesz chyba wymagać odemnie, żebym uwierzył, iż wyczytałeś to wszystko z jego starego zegarka! To niepoczciwie z twojej strony, a, mówiąc szczerze, to trąci szarlatanizmem. — Mój drogi doktorze, — rzekł łagodnie — przepraszam cię bardzo. Biorąc tę całą rzecz jako oderwane zagadnienie, zapomniałem jak dalece ta sprawa dotyczy cię osobiście i jak może ci być przykra. Zapewniam cię jednak, że nie wiedziałem, iż miałeś brata, dopóki mi nie wręczyłeś tego zegarka. — W takim razie, w jakiż cudowny spo- sób domyśliłeś się tych wszystkich faktów? Są najzupełniej zgodne z prawdą, w każdym szczególe. — To szczęśliwy zbieg okoliczności, bo ja tylko mogłem robić prawdopodobne przypuszczenia. Nie spodziewałem się bynajmniej, że będę taki ścisły. — Ale przecież to nie było proste zgadywanie. — Nie, nie; ja nigdy nie zgaduję. To złe przyzwyczajenie... zgubne bardzo dla logiki myśli. Niejedno wydaje ci się osobliwe dlatego, że nie śledzisz biegu moich myśli, albo też nie zwracasz uwagi na drobne fakty, z których można nieraz wysnuwać bardzo ważne wnioski. Naprzykład zacząłem od stwierdzenia, że twój brat był niedbały. Gdy się przyjrzysz niższej części koperty tego zegarka, dostrzeżesz, że jest nietylko wgnieciona w dwóch miejscach, ale cała porysowana, a to skutkiem tego, że w tej samej kieszeni co zegarek noszono inne twarde przedmioty, jak drobne pieniądze lub klucze. Niewielka zatem sztuka wnioskować ztąd, że człowiek, obchodzący się w taki sposób z zegarkiem za 50 gwinei, jest człowiekiem niedbałym. Nietrudny jest tu również domysł, iż kto dziedziczy jeden przedmiot takiej znacznej wartości, jest i pod innym względem dobrze zaopatrzony. Skinąłem głową na znak, że śledzę jego rozumowanie. — Właściciele lombardów w Anglji, przyjmując zegarek, mają zwyczaj rysowania końcem szpilki wewnątrz koperty numer kwitu. Jest to wygodniejsze, niż kartka, a przytem w ten sposób numer nie może zginąć. Otóż przez lupę dojrzałem aż cztery takie, szpilką narysowane, numery wewnątrz tej koperty. Ztąd wniosek pierwszy, że twój brat bywał często w kłopotach finansowych, a drugi, że miał okres zamożności, inaczej bowiem nie mógłby wykupywać zastawu. W końcu, spojrzyj, proszę cię na kopertę wewnątrz, w której znajduje się dziurka od klucza. Patrz na te dziesiątki rysów dokoła dziurki... to znaki, że klucz się obsuwał. Czy trzeźwy człowiek może zostawiać takie znaki? Natomiast nie zobaczysz nigdy bez nich zegarka pijaka. Nakręca go w nocy i pozostawia ślady swej niepewnej ręki. Gdzież tu w tem wszystkiem tajemnica? — Ależ to jasne, jak słońce, — odparłem. — Przykro mi, że byłem dla ciebie taki niesprawiedliwy. Powinienem był mieć więcej wiary w twoje zdumiewające zdolności. A wolno mi też spytać, czy masz teraz jakie zajmujące śledztwo na warsztacie? — Nie. I ztąd powrót do kokainy. Nie mogę żyć bez pracy umysłowej. Bo i cóż życie bez tego warte? Spojrzyjno przez okno. Jaki ten świat ponury, okropny, nudny. Patrz jak mgła rozwłóczy się po ulicach; jak osiada na tych wstrętnie pomalowanych domach. Czy może być co prozaiczniejszego? Po co mieć talent specjalny, jeśli człowiek nie posiada pola do jego zużytkowania? Zbrodnia jest banalna, życie jest banalne i tylko banalne, pospolite zdolności znajdą zawsze pole do czynu. Otworzyłem już usta, chcąc na te żale odpowiedzieć, gdy rozległo się krótkie pukanie i weszła nasza gospodyni, niosąc kartę wizytową na mosiężnej tacce. — Jakaś młoda panna do pana — rzekła, zwracając się do Holmesa. — Marja Morstan, — przeczytał. — Hm... nie pamiętam, żebym już kiedy słyszał to nazwisko. Pani Hudson, proszę poprosić tę panią. Doktorze, nie odchodź. Wolę, żebyś został.

ROZDZIAŁ II.

a.

Miss Morstan weszła do pokoju pewnym krokiem, napozór zupełnie spokojna. Jasna blondynka, młoda, niska, drobna, była ubrana z wielkim smakiem. Pomimo to, strój jej uderzał skromnością i prostotą, która kazała się domyślać, że środki materjalne młodej dziewczyny są ograniczone. Suknia, zrobiona z ciemnego, popielatego beżu, nie była niczem przybrana, ani obszyta, na jasnych włosach spoczywał toczek tego samego smutnego koloru, ożywiony małem białem piórem, przypiętem z boku. Twarz przybyłej nie odznaczała się regularnością rysów ani pięknością cery, ale miała wyraz słodki i miły a wielkie, błękitne oczy były niezwykle bystre i piękne. Widziałem kobiety rozmaitych narodowości w trzech częściach świata, lecz nie zdarzyło mi się spotkać oblicza, na którem odbijałaby się wyraźniej natura subtelna i wrażliwa. Zauważyłem, że, siadając na krześle, które jej przysunął Sherlock Holmes, miss Morstan była widocznie bardzo wzburzona, usta jej drżały, ręce poruszały się nerwowo. — Przyszłam do pana, panie Holmes, — rzekła w końcu — bo pan dopomógł kiedyś mojej zwierzchniczce, pani Cecylji Forrester, do wyjaśnienia pewnej zawikłanej sprawy; nie może zapomnieć pańskiej uprzejmości i umiejętności w prowadzeniu śledztwa. — Pani Cecylja Forrester... — powtórzył zamyślony. — Zdaje mi się, że byłem jej pomocny. Ale, o ile pamiętam, była to jakaś bardzo prosta sprawa. — Jej zdaniem nie. Nie będzie pan mógł jednak powiedzieć tego o mojej. Niepodobna sobie wyobrazić czegoś dziwniejszego, bardziej niewytłómaczonego, niż położenie, w jakiem się znajduję. Holmes zatarł ręce, oczy mu zaświeciły. Oparł się wygodnie w fotelu, a na twarzy jego osiadł wyraz niezwykłego skupienia. — Proszę, niech pani opowie, o co chodzi — rzekł tonem szorstkim, urzędowym. Moje położenie zaczynało być kłopotliwe, czułem, że jestem zupełnie zbyteczny. — Przepraszam, wychodzę — rzekłem, wstając. Ku memu wielkiemu zdziwieniu miss Mor- stan wyciągnęła ku mnie drobną dłoń, obciśniętą w elegancką rękawiczkę. — Gdyby pański przyjaciel — rzekła do Holmesa — zechciał pozostać, mógłby mi oddać nieocenioną przysługę. Usiadłem. — Krótko mówiąc — ciągnęła dalej — oto fakty: Ojciec mój służył w pułku indyjskim i odesłał mnie do kraju, gdy byłam małem dzieckiem. Matka moja nie żyła, nie miałam w Anglji żadnych krewnych. Umieszczono mnie w pensjonacie w Edymburgu i tam pozostałam do siedemnastego roku życia. W r. 1878 ojciec mój, kapitan wówczas, otrzymał urlop roczny i przyjechał do kraju. Telegrafował do mnie z Londynu, że przybył szczęśliwie i wezwał, żebym przyjeżdżała niezwłocznie i zgłosiła się do hotelu Langhama, gdzie mieszkał. Wybrałam się natychmiast; przybywszy do Londynu pojechałam do Langhama i tu dowiedziałam się, że kapitan Morstan mieszka tam wprawdzie, ale, że wyszedł poprzedniego wieczora i jeszcze nie wrócił. Czekałam przez cały dzień daremnie. Wieczorem, idąc za radą właściciela hotelu, zawiadomiłam policję, a następnego dnia rano umieściliśmy ogłoszenie we wszystkich dziennikach. Poszukiwania nasze pozostały bez skutku i od owego dnia do dzisiejszego nie mam żadnej wieści o swoim nieszczęśliwym ojcu. Powrócił pełen nadziei, spodziewając się znaleźć odpoczynek i spokój, a natomiast... Poniosła dłoń ust, łkanie przerwało jej mowę. — Kiedy się to stało? — spytał Holmes, otwierając notatnik. — Znikł 3 grudnia r. 1878... blizko dziesięć lat temu. — A jego pakunki? — Pozostały w hotelu. Nie było w nich nic, coby mogło dać jakąkolwiek wskazówkę... trochę ubrania, kilka książek i spory zbiór osobliwości z wysp Andamańskich, gdzie był oficerem straży, pilnującej więźniów. — Czy miał tu w mieście jakich przyjaciół? — Jednego tylko, o ile mi wiadomo, majora Sholto, z tego samego co on pułku... 34-go piechoty bombajskiej. Major opuścił służbę na krótko przed moim ojcem i zamieszkał w Upper Norwood. Widywałam się z nim oczywiście, ale on nie wiedział nawet, że jego kolega przybył do Anglji. — Szczególny wypadek, — zauważył Holmes. — Nie powiedziałam panu jeszcze tego, co w tem jest najszczególniejsze. Oto sześć lat temu, dla ścisłości dodam, że było to 4-go maja roku 1882, ukazało się w Timesie ogłoszenie, zapytujące o adres Marji Morstan z dodaniem, że, jeśli go poda, będzie to z jej korzyścią. Przy ogłoszeniu nie było ani adresu, ani nazwiska. W owym czasie tylko co właśnie przyjęłam u pani Cecylji Forrester miejsce nauczycielki. Za jej radą podałam swój adres między ogłoszeniami. Tego samego dnia przysłano pocztą pod moim adresem małe tekturowe pudełeczko, w którem znalazłam bardzo dużą i piękną perłę. Lecz oprócz tego nic, ani listu, ani kartki nawet. Odtąd co rok, tego samego dnia, otrzymywałam pudełko podobne, zawierające taką samą perłę, bez wszelkich wszakże danych co do osoby wysyłającego. Człowiek fachowy powiedział mi, że perły te są niezwykłej piękności i mają dużą wartość. Niech się pan sam przekona, że są istotnie bardzo ładne. To mówiąc, wyjęła z kieszeni małe, płaskie pudełko, otworzyła je i pokazała nam sześć pereł takich pięknych, jakich w życiu nie widziałem. — Opowieść pani jest bardzo zajmująca — rzekł Sherlock Holmes. — Czy zdarzyło się pani jeszcze co osobliwego? — Tak jest i to nie dalej jak dzisiaj. Dlatego właśnie przyszłam do pana. Dziś rano otrzymałam ten list, który pan może zechce sam przeczytać. — Dziękuję pani, — rzekł Holmes. — Proszę też o kopertę. Marka z Londynu P. Z., data 7 lipca. Hm! w rogu znak dużego męskiego palca... Prawdopodobnie listonosza. Papier najlepszego gatunku. Koperty po sześć pensów paczka. Człowiek dbający o swoje materjały piśmienne. Bez adresu... „Zechciej Pani przyjść pod trzeci filar z lewej strony w przedsionku teatru Lyceum, dziś wieczór, o godzinie siódmej. Jeżeli się Pani obawia, proszę przyprowadzić ze sobą dwóch przyjaciół. Jest Pani kobietą pokrzywdzoną i będzie ci wymierzona sprawiedliwość. Niech Pani nie przyprowadza policji. Jeśli to uczynisz Pani, zepsujesz wszystko. Nieznany przyjaciel“. No, no, niezła tajemnica! I cóż pani zamierza uczynić, miss Morstan? — Przyszłam właśnie po to, żeby się pana poradzić. — W takim razie pójdziemy stanowczo... pani i ja... tak, doskonale, i dr. Watson. Ten jegomość pisze o dwóch przyjaciołach. Doktór nieraz już był mi pomocą. — Ale, czy zechce pójść? — zapytała z prośbą w głosie i w spojrzeniu. — Będę szczęśliwy i dumny, — rzekłem skwapliwie, — jeśli zdołam przydać się pani. — Jesteście panowie obaj bardzo dobrzy — odparła. — Prowadzę życie bardzo ciche i nie mam przyjaciół, do których mogłabym się odwołać. Przyjdę tu o szóstej, czy to dość wcześnie? — Tak, ale nie później, — rzekł Holmes. — Jeszcze jedno pytanie. Czy list i adresy na pudełkach z perłami są pisane jednym charakterem? — Mam je ze sobą, — odparła, wyjmując sześć karteczek papieru. — Jest pani doprawdy wzorową klientką. Zobaczmy. Rozłożył kartki na stole i przyglądał im się bystro. — Wszystko pisane jest zmienionym charakterem, z wyjątkiem listu, — rzekł w końcu, — ale nie ulega kwestji, że to ręka jednej i tej samej osoby. Proszę spojrzeć na to e i na zakręt u s. Wszędzie powtarzają się jednakowe. To niewątpliwie pisane tą samą ręką... Nie chciałbym budzić w pani fałszywych nadziei, ale, czy to pismo ma jakie podobieństwo z pismem ojca pani? — Żadnego, absolutnie żadnego. — Spodziewałem się takiej odpowiedzi. Będziemy zatem czekali na panią o szóstej. Proszę, niech mi pani zostawi te papiery. Może będę musiał przejrzyć je raz jeszcze. Dopiero pół do czwartej. A zatem, au revoir. — Au revoir, — odparła miss Morstan i, rzuciwszy każdemu z nas jasne, łagodne spojrzenie, schowała pudełko z perłami i wyszła. Stojąc w oknie, patrzyłem za nią jak szła szybkim krokiem i nie odwróciłem się dopóki popielaty toczek z białym piórem nie znikł w ciemnym tłumie. — Jaka to przystojna kobieta! — zawołałem. Holmes zapalił znów fajkę i leżał rozparty w fotelu; oczy miał przymknięte. — Doprawdy? — rzekł leniwie — nie zauważyłem. — Jesteś, doprawdy, automatem... maszyną rachunkową! — zawołałem. Chwilami masz w sobie coś stanowczo nieludzkiego. Uśmiechnął się łagodnie. — Nie trzeba dopuścić do tego, by na sąd nasz wpływały zalety osobiste, to rzecz pierwszorzędnej wagi. Klient jest dla mnie tylko zwyczajną jednostką, czynnikiem w zagadce. Zalety, wywołujące wrażenie, są wrogami jasnego rozumowania. Zapewniam cię, że najładniejsza, najbardziej ujmująca kobieta, jaką znałem, została powieszona za otrucie trojga małych dzieci, bo były ubezpieczone, a naj- bardziej odrażający mężczyzna z pośrod moich znajomych jest filantropem, który wydał prawie ćwierć miljona na ubogich Londynu. — W tym wypadku wszelako... — Nie robię nigdy wyjątków. Wyjątek zbija regułę. Czy miałeś kiedy sposobność studjowania charakteru na podstawie pisma? Co wnosisz z bazgraniny tego jegomościa? — Pismo jest czytelne i regularne, — odparłem. — To człowiek, mający przyzwyczajenia handlowca i pewną siłę charakteru. Holmes potrząsnął głową. — Spojrzyj na jego długie litery, — rzekł. — Zaledwie się wznoszą ponad zwykłą linję. To d może być a, a to l można wziąć za e. Ludzie z charakterem zawsze należycie zaznaczają długie litery, choćby zresztą pisali bardzo niewyraźnie. W jego k przebija się wahanie, a duże litery wykazują pewną godność. Wychodzę teraz. Chcę zasięgnąć pewnych wiadomości. Polecam ci tę książkę... jedna z najlepszych, jakie kiedykolwiek napisano... „Męczeństwo człowieka“ Winwood’a Reade’a. Wrócę za godzinę. Siedziałem w oknie, trzymając książkę w ręku, ale myśli moje odbiegły daleko od śmiałych twierdzeń filozoficznych jej autora. Zajęte były naszą klientką... jej uśmiechem, głębokim, dźwięcznym tonem jej głosu, szcze- gólną tajemnicą jej życia. Jeśli miała lat siedemnaście, gdy znikł jej ojciec, musi mieć teraz dwadzieścia siedem... ponętny wiek, w którym młodość traci już swoją nieświadomość i staje się trzeźwiejsza, dzięki doświadczeniu. Siedziałem tedy w zadumie, aż wreszcie powstały w mej głowie myśli takie niebezpieczne, że podążyłem śpiesznie do biurka i pogrążyłem się z zapałem w jakimś podręczniku patologji. Jak ja, ubogi chirurg z chorą nogą, mogłem mieć takie zuchwałe myśli? Ona jest jednostką, czynnikiem — niczem więcej. Jeśli przyszłość moja ma być smutna, lepiej stawić jej czoło, jak mężczyzna, niż usiłować rozjaśnić ją niedorzecznemi rojeniami.

ROZDZIAŁ III.

Poszukiwania.

Holmes powrócił o pół do szóstej. Był wesoły, ożywiony, w doskonałym humorze, a takie usposobienie kończyło się zawsze u niego napadami najokropniejszego przygnębienia. — Niewielka tajemnica w tem wszystkiem — rzekł, biorąc filiżankę herbaty, którą dla niego nalałem, — wyjaśnienie tych faktów może być jedno. — Co! Jużeś je znalazł? — No, tego jeszcze powiedzieć nie mogę. Wykryłem tylko fakt znamienny, a nawet bardzo znamienny. Szczegółów brak mi jeszcze. Przeglądając dawniejsze komplety numerów Timesa odnalazłem, że major Sholto z Upper Norwood, który służył w 34 pułku piechoty bombajskiej, zmarł dnia 28 kwietnia 1882 roku. — Może to dowód głupoty z mojej strony, ale nie mogę dopatrzeć się w tej śmierci wielkiego znaczenia. — Nie? Zdumiewasz mnie. Zastanów się tylko. Kapitan Morstan znika. Jedynym człowiekiem, którego mógł odwiedzić w Londynie, jest major Sholto. Major Sholto twierdzi, że nie wiedział o przybyciu jego do Londynu. W cztery lata później Sholto umiera. W tydzień po jego śmierci córka kapitana Morstana otrzymuje cenny podarek, który się powtarza z roku na rok, a to znów kończy się listem, przyznającym, iż owa córka jest kobietą pokrzywdzoną. O jakiej krzywdzie może tu być mowa, jeżeli nie o pozbawieniu jej ojca? A dlaczego przesyłka podarków zaczyna się niezwłocznie po śmierci Sholta, jeśli nie dlatego, że jego spadkobierca zna tajemnicę i chce zło wyrządzone powetować? Czy wpadłeś może na jaką inną teorję, która odpowiadałaby tym faktom? — Ale, co za szczególny odwet! I w jaki dziwaczny sposób zaczęty! Dlaczego napisał list teraz a nie sześć lat temu? Mówi, że zostanie wymierzona sprawiedliwość. W jaki sposób? Trudno przypuścić, że ów ojciec żyje dotąd. A ty nie wiesz przecież o żadnej innej niesprawiedliwości, jakiej się względem niej dopuszczono. — Ciemnych punktów jest niemało, niewątpliwie — rzekł Sherlock Holmes, zamyślony — ale nasza wyprawa rozjaśni je wszystkie. A otóż i dorożka, a w niej Miss Morstan. Jesteś go- tów? W takim razie zejdźmy lepiej, bo już trochę po szóstej. Wziąłem kapelusz i najcięższą laskę, lecz zauważyłem, że Holmes wyjął rewolwer z szuflady i wsunął go do kieszeni. Widocznie zatem spodziewał się, że nasza wieczorna wycieczka może nam zgotować poważne niespodzianki. Miss Morstan była otulona w ciemny płaszcz, a wyrazista jej twarz była spokojna, lecz blada. Nie musiałaby być kobietą, gdyby nie czuła pewnego zaniepokojenia z powodu niezwykłej wyprawy, niemniej panowała w zupełności nad sobą i odpowiadała uprzejmie na pytania, jakie zadawał jej jeszcze Sherlock Holmes. — Major Sholto był bardzo blizkim przyjacielem ojca, — mówiła, — który w listach pisał dużo o majorze. I on i ojciec stali z wojskiem na wyspach Andamańskich, przebywali zatem prawie ciągle razem. Nie sądzę, żeby ten papier miał wielkie znaczenie, ale pomyślałam, że pan może zechce go zobaczyć, więc zabrałam go ze sobą. Proszę... I podała arkusz papieru Holmesowi, a ten rozłożył go starannie i wygładził na kolanach. Następnie zaczął go oglądać po swojemu — przez lupę. — Papier jest z krajowej fabryki indyj- skiej, — zauważył. — Był kiedyś przyczepiony czy przybity do jakiejś deski. Znak wodny wyobraża, zdaje się, plan części wielkiego budynku z hallami, korytarzami i przejściami. W jednem miejscu jest tu mały krzyżyk, nakreślony czerwonym atramentem, a ponad nim „3.37 z lewej“, napisane ołówkiem. W lewym rogu mamy dziwaczne, jak hieroglify, cztery krzyże rzędem, których ramiona się stykają. Obok zaś, niewprawnem bardzo pismem nakreślone, wyrazy: „Podpis czterech — Jonatan Small, Mahomet Singh, Abdullah Khan, Dost Akbar“. Nie, wyznaje, że nie widzę, jaki to może mieć związek ze sprawą. Ale jest to widocznie dokument wielkiej wagi. Przechowywano go starannie w pugilaresie, jedna strona bowiem jest równie czysta, jak druga. — Znaleźliśmy to w pugilaresie ojca. — Niech pani schowa dobrze ten papier, bo może nam być pożyteczny. Zaczynam przypuszczać, że sprawa będzie bardziej zawikłana, niż zrazu mniemałem. Muszę skupić myśli. Wsunął się w głąb dorożki, a ściągnięte brwi jego i osłupiałe spojrzenie wykazywało mi, że wytężał umysł. Miss Morstan i ja rozmawialiśmy półgłosem o wyprawie i jej możliwym wyniku, a towarzysz nasz nie odezwał się już do końca naszej podróży. Był to wieczór wrześniowy, posępny, chmurny, obłoki gęstej, wilgotnej mgły zawisły nizko nad wielką stolicą, brudno rdzawe chmury kłębiły się zwolna nad zabłoconemi ulicami. Wzdłuż Strandu latarnie stały się tylko niewyraźnemi plamami przyćmionego światła, rzucającego kręgi bladego blasku na oślizgły bruk. Od wystaw sklepowych szedł strumień żółtawego światła, oblewał posępną jasnością chodnik rojący się od ludzi i gasł w obłoku mgły wilgotnej. W nieskończonym pochodzie twarzy — smutnych i wesołych, wynędzniałych i zadowolonych — które przesuwały się w tych wązkich pasmach świetlanych, było dla mnie coś nadziemskiego, szły niby duchy. Podobnie jak cały ród ludzki, wyłoniły się z ciemności na światło i potem znów zapadały w ciemność. Nie jestem wrażliwy, ale ponury, mglisty wieczór łącznie z niezwykłą sprawą, jaka nas zajmowała, rozdrażnił mnie i przygnębił. Z zachowania się miss Morstan wywnioskowałem, że i ją ogarnęło to samo uczucie. Holmes tylko był wyższy nad takie drobne wpływy. Trzymał na kolanach otwarty notatnik i od czasu do czasu pisał coś przy świetle latarki kieszonkowej. W teatrze Lyceum ścisk był już niemały u wejść bocznych. Przed wejście główne zajeżdżał nieustający szereg dorożek i powozów, z których wysiadali wyfraczeni mężczyźni i wybrylantowane, strojne kobiety. Zaledwie doszliśmy do trzeciego filaru, miejsca naszej schadzki, gdy zaczepił nas niski, ruchliwy brunet, w ubraniu dorożkarza. — Czy panowie przychodzą z miss Morstan? — spytał. — Ja jestem miss Morstan, a ci panowie są moimi przyjaciółmi, — rzekła. Spojrzał na nas niezwykle przenikliwym, badawczym wzrokiem. — Pani mi wybaczy, — zaczął tonem nieufnym — ale mam prosić, żeby mi pani dała słowo, iż żaden z towarzyszów pani nie jest urzędnikiem policji. — Daję panu słowo, — odparła. Wówczas człowiek ów gwizdnął przeraźliwie, a na ten znak chłopak jakiś podprowadził konia z dorożką i otworzył drzwiczki. Człowiek, który z nami rozmawiał, siadł na kozioł, a my zajęliśmy miejsca wewnątrz. Zaledwie usadowiliśmy się, woźnica zaciął konia i popędziliśmy pełnym galopem po mglistych ulicach. Położenie stawało się coraz ciekawsze. Jechaliśmy do miejsca nieznanego, w nieznanej sprawie. Wezwanie, jakie otrzymaliśmy, było zupełnem oszustwem — co wydawało mi się nieprawdopodobne — albo też wyprawa ta mogła się zakończyć bardzo ważnem odkryciem. Miss Morstan zachowała spokój i panowanie nad sobą. Usiłowałem rozweselić ją i rozerwać opowieściami swoich przygód w Afganistanie, ale, mówiąc szczerze, byłem sam taki zdenerwowany i taki zaciekawiony, że opowiadanie moje nie miało wielkiego sensu. Niejednokrotnie później miss Morstan zapewniała mnie, że opowiadałem jej, między innemi, wzruszającą scenę, jak dubeltówka wsunęła łeb, śród ciszy nocnej, do mego namiotu, a ja palnąłem do niej z młodego tygrysa! Z początku zdawałem sobie jako tako sprawę z kierunku, w jakim jechaliśmy; niebawem wszakże wobec mgły i mojej niewielkiej znajomości Londynu, oraz naszej szalenie szybkiej jazdy, zatraciłem wszelkie ślady i wiedziałem tylko, że jedziemy bardzo daleko. Sherlock Holmes wszakże orjentował się doskonale i coraz rzucał półgłosem inną nazwę, w miarę jak dorożka toczyła się mimo skwerów i skręcała w boczne ulice. — Rochester Row, — mówił. — A teraz Vincent Square. Teraz znów wyjeżdżamy na Bridge Road. Widocznie jedziemy w stronę Surreyu. A co, nie omyliłem się. Teraz jesteśmy na moście. Można ztąd widzieć rzekę. Istotnie dostrzegliśmy w przelocie Tamizę i światło latarni, odbijające się w szerokiej, cichej toni. Ale dorożka nasza pędziła dalej i wnet wtoczyła się w labirynt ulic po drugiej stronie. — Wordsworth Road — odezwał się znów nasz towarzysz. — Priory Road. Lark Hall Lane. Stockwell Place. Robert Street. Cold Harbour Lane. Nasza wyprawa nie prowadzi nas do dzielnic wielkoświatowych, jak widzę. Istotnie wjechaliśmy w okolicę osławioną i niezbyt bezpieczną. Długie szeregi posępnych koszarowych kamienic, przerywane były na rogach ulic jaskrawo oświetlonymi domami rozrywek. Potem ujrzeliśmy rzędy dwupiętrowych willi, z miniaturowymi ogródkami od frontu, a następnie zaczęły się znów nieskończone szeregi nowych wielkich kamienic — ramiona polipa, któremi olbrzymia stolica ogarniała coraz większe przestrzenie wsi. Nareszcie dorożka zatrzymała się przed trzecim domem nowej zupełnie dzielnicy. Żaden z domów dokoła nie był zamieszkany, a w tym, przed którym stanęliśmy, panowała taka sama ciemność jak w sąsiednich; w oknie kuchennem tylko jaśniało światełko. Zastuka- liśmy do drzwi i niezwłocznie otworzył je nam służący, Indus, ubrany w żółty turban i białe, luźne szaty, przepasane żółtą szarfą. Ta wschodnia postać w ramach najpospolitszych drzwi trzeciorzędnego domu podmiejskiego, robiła wrażenie wprost śmieszne. — Sahib czeka na was — rzekł, a gdy to mówił, doleciał nas z jednego z pokojów głos cienki i piskliwy. — Wprowadź ich do mnie — wołał. — Wprowadź ich prosto do mnie.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…