Front matter
MAURYCY LEBLANC
U
POWIEŚĆ
II. „Trójkątne koła“
To, co nazywano w Meudon Ogrodzeniem Noela Dorgeroux, było pewnego rodzaju pustą przestrzenią, na której ścieżki gubiły się w młodej trawie, wśród pokrzywy i kamieni, mnóstwa beczek, żelastwa, kojców na króliki i wszelakich odpadków tego, co bezużyteczne, co gnije, rdzewieje i rozpada się w proch. O ściany i palisady zewnętrzne opierały się warsztaty, połączone ze sobą pasami skórzanymi i słupami transmisji, laboratorja, zapełnione piecykami, aparatami gazowymi, niezliczonemi retortami, flakonami i wazami, w których znajdowały się najmisterniejsze wytwory chemii organicznej. Widok otwierał się szeroko na kolano Sekwany, płynącej w oddaleniu stu metrów, na wzgórzu Wersalu i Sewru, tworzące na horyzoncie wielkie koło, nad którem chyliło się jasne słońce jesienne na bladobłękitnem tle nieba. — Wiktorynie! Z progu pracowni, w której przebywał najczęściej, wuj mój dał mi znak. Wszedłem do Ogrodzenia. — Wejdź — rzekł — musimy najpierw pomówić. Ach, nie długo... Parę słów... W wysokim i przestronnym pokoju urządzony był kącik dla wypoczynku i pracy, z biurkiem, zawalonem i planami, z kanapą i starymi, obitymi fotelami. Wuj przysunął mi jeden z tych foteli. Wydawał się spokojniejszy, ale wzrok jego był niesamowity. — Tak, — ciągnął dalej, — kilka słów wstępnych wyjaśnienia co do przeszłości... tej smutnej przeszłości wszystkich wynalazców, przed którymi otwiera się droga szczęścia. Tak długo już szukam!... Szukałem zawsze. Umysł mój wydawał mi się kadzią, w której kipią tysiące rozbieżnych myśli... Kłóciły sie z sobą i niszczyły sie wzajemnie... A potem jedna nabrała siły... I wtedy żyłem tylko dla niej... Tej poświęciłem wszystko... Był to jakby pożar, w który rzuciłem cały mój własny majątek i majątek innych... a również ich szczęście i spokój... Przypomnij sobie moją żonę, Wiktorynie. Pamiętasz, jaka była nieszczęśliwa i jak lękała się o przyszłość swojego syna, mojego biednego Dominika! Kochałem ich bardzo, jednak... Zatrzymał sie przy tem wspomnieniu. A ja ujrzałem znów przed sobą smutne oblicze mojej ciotki i słyszałem jeszcze, jak opowiadała mojej matce o swoich zmartwieniach i przeczuciach: „Puści nas z torbami. Każe mi ciągle podpisywać. Nie liczy się z niczem“. — Nie wierzyła we mnie — ciągnął dalej Noel Dorgeroux. — Ach! Przeszedłem tyle rozczarowań! tyle spazmów!... Przypominasz sobie, Wiktorynie? przypominasz sobie moje doświadczenie z wzmożonem kiełkowaniem za pomocą prądu elektrycznego... moje doświadczenia z tlenem... i inne...: wszystkie ni eudały się... Ileż miałem zapału!... Ani na minutę nie opuszczała mnie wiara!... Opanowała mnie szczególnie jedna myśl i wracałem do niej bezustannie, jak gdybym czytał w przyszłości... Znasz ją, Wiktorynie?... Dwadzieścia razy pojawiała się pod różnymi kształtami... ale zasada pozostala ta sama... Bylo to zużytkowanie ciepła ... Wszystko jest tam, widzisz... w słońcu... w jego działaniu na nas, na komórki, na organizmy, na atomy, na wszystkie substancje, mniej lub więcej tajemnicze, które przyroda dała w naszą moc... I ze wszystkich stron badałem zagadnienie... Szczepy, mierzwy, choroby ludzkie i zwierzęce, fotografje... dla wszystkich tych rzeczy pragnąłem współdziałania promieni słonecznych, używanych z pomocą specjalnych sposobów, moich własnych, których tajemnicy nikt nie znał... I oto... kilka dni temu... Dorgeroux ożywił się na nowo a oczy jego błyszczały gorączkowo. Deklamował teraz bez przerwy: — Nie przeczę, że w mojem odkryciu jest dużo przypadku. Przypadek rządzi wszystkiem. Niema odkrycia, które nie przekracza granic naszego usiłowania wynalazczego i mogę cię zapewnić, Wiktorynie, że nie rozumiem tego, co się objawia... Nie, nie rozumię tego i ledwie w to wierzę. Gdybym jednak nie szukał na tej drodze, nie doszedłbym do tego odkrycia. Niepojety cud objawił się dzięki mnie. Obraz ukazuje sie w tych samych ramach, które zakreśliłem, na tym samym ekranie, przygotowanym przezemnie i, pojmujesz Wiktorynie, moja to wola wywołuje z ciemności zjawę, którą zobaczysz. Mówił to z dumą, z której pfrzebijała się pewna niemoc, jak gdyby wątpił o sobie i jak gdyby słowa jego przekroczyły ścisłą granicę prawdy. — Chodzi o owe trzy kształty oczu, nieprawdaż? — zapytałem go. — Co? — rzekł, zerwawszy się. — Kto ci o tem powiedział? Beranżera, prawda? Nie miała ona słuszności... Należy za wszelką cenę unikać... niedyskrecji! Jeszcze słowo i jestem zgubiony... odkrycie moje zniknie... Pomyśl tylko, pierwszy lepszy... Chciałem wstać, ale wuj popchnął mnie do swojego biurka. — Siadaj, Wiktorynie... Napiszesz... Nie gniewaj się, że chwytam sie tego środka ostrożności... Jest on nieodzowny... Musisz wiedzieć, do czego się zobowiązujesz, współdziałając w mojem dziele. Pisz, Wiktorynie. — Co, wuju? — Deklarację, w której oświadczysz, że... Podyktuję ci... To będzie lepiej... Przerwałem mu: — Nie ufasz mi, wuju... — Nie, mój mały. Zabezpieczam sie tylko przed nieroztropnością i niedyskrecją... A zresztą nie brak mi powodów do nieufności. — Jakie? Powiedział głosem przygnębionym: — Są powody, które każą mi podejrzewać, że jestem szpiegowany, że jest ktoś, kto chce podpatrzeć moje odkrycie... Tak, ktoś wszedł tu, ubiegłej nocy, gdy spałem... Przerzucano moje papiery... — Znaleziono coś? — Nic. Noszę zawsze przy sobie zapiski i zasadnicze formuły. A jednak co było by, gdyby sie udało?... Przyznasz więc, że muszę być przezorny. Napisz, że zapoznałeś się z mojemi badaniami i że widziałeś to, co wywołam na murze Ogrodzenia, w miejscu zakrytem firanką z czarnej szarszy. Wziąłem kartkę papieru i pióro. Zatrzymał mnie nagle: — Nie, nie, to niedorzeczność. Nie przeszkadzałoby to... A zresztą ty nie powiesz, jestem pewny. Wybacz, Wiktorynie. Jestem tak zdenerwowany! — Nie spodziewaj się niedyskrecji z mojej strony — . — Przypomnę ci, wuju, że Beranżera widziała również. — Ach — rzekł — nie mogła zdawać sobie z tego sprawy. — Chciała mi teraz towarzyszyć. — Za żadną cenę! Jest to jeszcze dziecko, któremu nie należy powierzać tak ważnych tajemnic. Chodźmy! Skoro jednak wyszliśmy z pracowni, obaj równocześnie ujrzeliśmy Beranżerę, prześlizgującą sie wzdłuż ściany Ogrodzenia. Zatrzymała się przed czarną firanką i rozchyliła ja nagle. — Beranżero! — zawołał wuj z wściekłością. Dziewczyna odwróciła się ze śmiechem. — Zabraniam ci! zabraniam ci! — krzyczał Noel Dorgeroux i pobiegł do niej. — Zabraniam ci! Odejdź, przeklęty urwiszu! Beranżera uciekła, nie okazując zresztą większego wzruszenia. Skoczyła na kupę cegieł, weszła na długa deskę, tworzącą most między dwiema beczkami i jęła tańczyć, jak zwykła to czynić, z wyciągniętemi ramionami, jak linoskoczek. — Spadniesz — zawołałem, gdy wuj zasunął firankę. — Nigdy w życiu — rzekła, skacząc na swojej huśtawce. Nie straciła równowagi. Ale jeden koniec deski zesunął się i piękna tancerka stoczyła sie na kupkę starych skrzyń. Pobiegłem natychmiast i znalazłem ją leżącą na ziemi i bladą. — Uderzyłaś się, Beranżero? — Nie... tylko o gwóźdź... może potłukłam się. Wziąłem ją na ręce, prawie nieprzytomną i zaniosłem nieco dalej, na drewnianą ławkę. Nie opierała się, a nawet jedno jej ramię objęło moją szyję. Oczy jej były przymknięte. Czerwone usta rozchyliły się i uczułem świeży zapach jej oddechu. — Beranżero — szepnąłem, drżąc cały ze wzruszenia. Skoro ułożyłem ją na ławce, ramię jej obejmowało mnie jeszcze, tak, że musiałem pochylić głowę i twarz moja dotknęła prawie jej twarzy. Chciałem ją cofnąć. Ale pokusa była zbyt silna i pocałowałem ją w usta, najpierw lekko, potem tak gwałtownie, że przebudziła się.. Odtrąciła mnie z wyrazem oburzenia i wybełkotała tonem rozpaczy i buntu: — Ach! to wstrętnie!... to niegodziwie! Mimo bólu, jaki sprawiło jej stłuczenie, podniosła się, a ja, zdumiony moim nierozważnym uczynkiem, stałem skurczony przed nią, nie śmiejąc podnieść głowy. Upłynęła tak długa chwila wśród przykrego milczenia, w czasie którego słyszałem przyspieszony jej oddech. Próbowałem ująć lekko jej ręce. Ale wyrwała je i rzekła: — Proszę mi dać pokój... Nie przebaczę panu tego nigdy. — Ależ, Beranżero, zapomnijmy o tem... — Proszę mi dać pokój... chcę wrócić... — Nie możesz, Beranżero... — Oto ojciec chrzestny. Odprowadzi mnie. Jeśli opisałem ten epizod, to uczyniłem to dla powodów, których znaczenie ukaże nam dalszy ciąg opowiadania. W tej chwili, mimo głębokiego wrażenia, jakie wywarł na mnie pocałunek ukradziony Beranżerze, uwaga moja nie została odwrócona od tajemniczego dramatu, w którym miałem odegrać rolę przy moim wuju Dorgeroux. Słyszałem, jak wuj spytał Beranżerę, czy się nie skaleczyła. Widziałem, jak oparła się o ramię swego ojca chrzestnego i odeszła z nim w stronę furty ogrodowej. Mimo tego jednak, że byłem oszołomiony, odurzony i oczarowany rozkoszną sylwetką tej, którą kochałem, czekałem właśnie na mego wuja i z niecierpliwością pragnąłem go zobaczyć. Wielki znak ujarzmił mnie już. — Spieszmy się — zawołał wracając Noel Dorgeroux. Potem będzie za późno i będziemy zmuszeni czekać do jutra. Szedł przedemną aż do wielkiego muru, gdzie zobaczyliśmy Beranżerę, ogarniętą piekącą żądzą ciekawości. Mur ten, oddzielający Ogrodzenie od ogrodu, którego nie zauważyłem w czasie rzadkich moich odwiedzin w Ogrodzeniu, pomalowany był w plamy kolorowe, jak paleta malarza. Ochra, indygo, czerwień, szafran błyszczący na powierzchni w grubych i nierównych warstwach dokoła jeszcze gęstszego środka. Ale na końcu znajdowała się wielka firanka z czarnej szarszy, podobna do zasłony fotografa i zawieszona jak kulisy na listwie żelaznej, podpartej wspornikami, która zakrywała przestrzeń prostokątną, rozciągającą się na trzy lub cztery metry. — Co to jest? — spytałem wuja. — To tutaj? — Tutaj — rzekł stłumionym głosem. — Tam, w tyle. Nalegałem: — Jeszcze masz czas do namysłu, wuju. — Dlaczego mi to mówisz? — Czuję, że boisz się mego współudziału! Jesteś tak bardzo wzburzony! — Jestem wzburzony z innych powodów. — Z jakich? — Ponieważ i ja chcę wiedzieć. — Przecież widziałeś już... — Widzi się rzeczy wciąż nowe, Wiktorynie, i to jest najprzyjemniejsze. Ująłem firankę. — Nie dotykaj się! nie dotykaj się! — zawołał. — Tylko ja mam prawo... Czyżby wiedziano, co się odbywa, gdyby kto inny otwierał zamknięte drzwi! Cofnij się, Wiktorynie. Stań na dwa kroki pod murem i nieco z boku... A teraz patrz! Głos jego drgał siłą i niezłomną wolą. Wyglądał jak człowiek, patrzący śmierci w twarz i nagle, jednym ruchem ściągnął firankę z czarnej szarszy. Wzruszenie moje nie było mniejsze, niż Noela Dorgeroux, a serce moje biło równie gwałtownie. Ciekawość posunięta aż do ostatnich granic i straszliwe zrozumienie, że wkraczam w strefę tajemnicy, o której nic, nawet osobliwe słowa mojego wuja, nie mogło mi dać najmniejszego nawet wyobrażenia. Poddałem się dotknięciu tego, co mi się wydawało u niego stanem chorobliwym i napróżno próbowałem zbadać to rozumem. Uznałem to z góry za niemożliwe i niewiarygodne. Początkowo jednak nie zobaczyłem nic i rzeczywiście niczego nie było. Ta część muru była pusta. Jedynym widocznym szczegółem było to, że nie była ona prostopadła i że cała podstawa była zbudowana w ten sposób, aby tworzyła płaszczyznę lekko pochyłą, wznoszącą sie do wysokości trzech metrów. Poco ta robota, skoro mur nie potrzebował zabezpieczenia? Całą powierzchnię pokrywał ciemnoszary tynk, szeroki na dwa lub trzy centymetry. Przyjrzawszy się mu bliżej, dostrzegało się, że było to nie malowidło, ale raczej warstwa jednolicie rozpostartej substancji, na której nie znać było żadnego śladu pędzla. Połysk wskazywał, że warstwa owa była świeża, jakby niedawno powleczona pokostem. Nie zauważyłem nic pozatem i Bóg świadkiem, że nie próbowałem szukać żadnej nieprawidłowości! — A zatem, cóż dalej? — szepnąłem. — Czekaj, — rzekł trwożliwym tonem... — czekaj... Pierwszy objaw ukazuje się... — Jaki objaw? — W środku... jak mgliste światło... Widzisz? — Tak... tak... — odparłem... — Zdaje mi się... Wyglądało to, jakby trochę dziennego światła wpadło w pierzchającą noc. W środku powierzchni zarysowywał sie coraz wyraźniej krąg a światłość ta zwiększała się od brzegów, potężniejąc w swojem centrum. Aż dotąd nie było żadnego określonego objawu czegoś szczególnego. Były to tylko chemiczne oddziaływania substancji, niedawno zakrytej przez firankę a teraz wystawionej na światło dnia, na słońce, tłumaczące doskonale ów rodzaj wewnętrznego oświetlenia. Ale skąd pochodziło niepokojące i niezrozumiałe wrażenie, że przygotowuje się niezwykłe zjawisko? Na to bowiem właśnie czekałem ja i wuj Dorgeroux. I nagle wuj, który znał oznaki i proces zjawiska, drgnął, jakby dostał gwałtownego nerwowego. W tejże chwili odbył się cały proces. Stało się to nagle, bezpośrednio. Trysnęło to odrazu z głębi muru. Tak, wiem, że żadne zjawisko nie tryska z muru, tem bardziej z warstwy ciemnoszarej substancji, mającej nie więcej, jak dwa lub trzy centymetry. Opisuję tu jednak ściśle wrażenie, jakiego doznałem, a które stało się potem udziałem setek ludzi z równą wyrazistością i pewnością. Niema więc co krytykować ów niezaprzeczony fakt: trysnęło to z głębin otwierających się na oceanie materji i pojawiło sie gwałtownie, jakby światło latarni morskiej, zapalone w samej głębi ciemności. Tak, ale gdy zbliżamy sie do lustra, czyż twarz nasza nie wybłyska nagle z głębi tego niespodziewanie odkrytego widnokręgu? Nie była to jednak twarz moja, ani mego wuja Dorgeroux. Nic się nie odbijało, ponieważ nic nie mogło się odbić i nie było żadnego zwierciadła. To co ujrzałem, było... Na płaszczyźnie widać było „trzy figury o kształcie geometrycznym, podobne zarówno do niezgrabnie narysowanych kół, jak do trójkątów złożonych z linii krzywych. W środku tych figur zarysowało się regularne koło, zaznaczone wewnątrz czarniejszym punktem, podobnie jak źrenica obwódką oka“. Używam chętnie wyrazów, które mi posłużyły do opisania rysynków, nakreślonych czerwonym ołówkiem przez mego wuja na ścianie mego pokoju, ponieważ nie wątpię, iż nie chciał wtedy przedstawić tych samych figur, których widok wzburzył go już do głębi. — To jest właśnie to, co widziałeś, wuju? — spytałem. — Ach! — rzekł stłumionym głosem — widziałem więcej!... znacznie więcej!... Czekaj... i oglądnij je aż do głębi. Oglądnąłem dokładnie owe trzy „trójkątne koła“, jak je nazwałem. Jedno z nich górowało nad dwoma innemi, a owe dwa, mniejsze i mniej regularne, ale zupełnie identyczne, miast stanąć frontem, zdawały się zwracać nieco na prawo i na lewo. Skąd pochodziły? I co oznaczały? — Popatrz — powtórzył wuj. — Widzisz? — Tak, tak — odpowiedziałem ze drżeniem. — Poruszają się. Poruszały się w istocie. A raczej nie, nie poruszały się, kontury figur geometrycznych były nieruchome a wewnątrz nie przesunęła się ani jedna linia. Mimo to jednak z całej martwoty wydzielało się coś, co było ruchem. Wtedy przypomniałem sobie słowa mego wuja: „Żyją, nieprawdaż? Widać, jak otwierają się i rozszerzają! Żyją!" Żyły! Trzy trójkąty żyły! A skoro nabrałem tego i niezaprzeczalnego pojęcia o ich życiu, przestałem wyobrażać je sobie jako całokształt linii martwych, widząc w nich coś w rodzaju oczu, oczu zniekształconych, różnych od naszych, ale zaopatrzonych w źrenice i obwódki i drgających w otchłani ciemności. — Patrzą na nas! — zawołałem wzburzony, nerwowy i bezwolny, jak mój wuj. Potrząsnął głową i szepnął: — Tak, to prawda. Troje oczu patrzyło na nas. Czuliśmy spoczywające na nas żywe spojrzenia trojga oczu bez powiek, rzęs, spojrzenia, których całe wytężone życie płynęło z ożywiającego je wyrazu, zmiennego, naprzemian poważnego, dumnego, szlachetnego, entuzjastycznego, hardego, a przedewszystkiem smutnego, smutnego do łez. Czuję, jak dalece wrażenia takie mogą się wydawać nieprawdopodobne. Zgadzają sie one jednak najdokładniej z rzeczywistością taką, jaką mogły oglądać tłumy, zgromadzone później w kwaterze w Haut-Meudon. Podobnie, jak mój wuj i jak ja, tłumy te drżały przed trzema zbiorowiskami nieruchomych linii, mającemi bolesny wyraz, podobnie jak w innych chwilach śmiały się z komicznego lub wesołego wyrazu, który musiały przypisywać tym samym liniom. Widowisko, które opisuję, powtarzało się zawsze w jednakim porządku. Przerwa, która następowała po jednej serii drgań. Potem nagle trzy zaćmienia. Potem całość trzech trójkątów obracała się dokoła siebie, jak jedna masa, najpierw powoli a potem z rosnącą szybkością, zmieniającą się stopniowo w krążenie tak szybkie, iż rozróżniało się tylko nieruchomą rozetę. A potem nic więcej. Powierzchnia była pusta...
III. Egzekucja
Należy zrozumieć, że mimo wyjaśnień, do których poczynienia jestem zmuszony, rozwój wszystkich tych wypadków wymagał bardzo mało czasu... dokładnie osiemnaście sekund, jak to miałem później sposobność obliczyć. Ale w czasie owych osiemnastu sekund, co mogłem sprawdzić wiele razy, istniało złudzenie przypatrywania się całemu dramatowi, mającemu swój początek, swoją intrygę i swoje rozwiązanie. A skoro alogiczny i ciemny dramat ów skończył się, wątpiło sie o tem, co się widziało, podobnie, jak nie wierzy się w nawiedzające was we śnie majaki. Trzeba jednak wyznać, że wszystko to nie było podobne do tych niedorzecznych fantasmagorji, które łatwo jest wymyśleć, ani do tych dowolnych koncepcji, na których opiera się cała rzekomo naukowa powieść. Nie chodzi o powieść. Chodzi o zjawisko fizyczne, o zjawisko niezwykle naturalne, którego wytłumaczenie, skoro się je zna, jest niezwykle naturalne. I błagam tych, którzy nie znają jego tajemnicy, aby nie próbowali jej odgadywać. Niechaj sie nie troszczą o przypuszczenia i objaśnienia! Niechaj zapomną zupełnie o hypotezach, o promieniu B, materjalizacji, wpływie ciepła ! Są to wszystko drogi, które nie prowadzą do żadnego celu. Najlepiej jest dać się porwać wydarzeniom, czekać i wierzyć. — To skończone, nieprawdaż, wuju? — szepnąłem. Odparł: — To początek. — Jakto? Początek czego? Co się teraz stanie? — Nie wiem. Byłem zdumiony. — Nie wiesz, wuju? Ale niedawno wiedziałeś... o tem... o tych dziwnych oczach... — Wszystko się od nich zaczyna. Potem przychodza inne rzeczy, których nie znam, rzeczy zmieniające się. — Czy to możliwe! — rzekłem do niego — czy to możliwe, żebyś ty nie wiedział, ty, który sam je wywołujesz? — Wywołałem je, ale nie jestem ich panem. Powiedziałem ci, że otworzyłem bramę ciemności, a z tych ciemności wychodzą nieodgadnięte światła. — Ale czy to, co nastąpi, jest tej samej natury, co owe oczy? — Nie. — A zatem czem, mój wuju? — To, co nastąpi, będzie przedstawieniem obrazów, zgodnych z naszemi zwyczajnemi wizjami. — Które też dlatego zrozumiemy? — Które zrozumiemy, tak, a które jednak staną się jeszcze bardziej niezrozumiałe. W ciągu następnych tygodni zapytywałem się często w duchu, czy słowa mego wuja zasługiwały na zaufanie i czy nie wypowiedział ich w tym celu, aby wprowadzić mnie w błąd co do pochodzenia i znaczenia swojego odkrycia. Jakże w istocie przypuszczać, że słowo znaku nie jest mu znane? Ale w tej chwili byłem pod jego wpływem, przejęty nawskróś wielką tajemnicą, która nas okrywała i ze ściśniętym sercem, z zaostrzonemi zmysłami myślałem tylko o spojrzeniu w głąb cudownej powierzchni. Uprzedził mnie gest mego wuja. Zadrżałem. Na szarej powierzchni wstawał świt. Dojrzałem najpierw opar, kłębiący się dokoła środkowego punktu, do którego zdążały wszystkie ślimacznice i gdzie gubiły sie bez śladu, tocząc się po sobie. Potem punkt ten rozrósł się w koło coraz większe, osłonięte lekką mgłą, rozwiewającą się zwolna i ukazującą niewyraźny i powiewny obraz, jak zjawy, wywoływane na seansach przez spirytystów i media. Nastąpiła wtedy pewna zwłoka. Zjawa walczyła z rozprószonym cieniem i dążyła usilnie ku życiu i światłu. Ukształciła swoje kontury i wypukłości, a wreszcie fala światła trysnęła z samej zjawy i stała się olśniewającym obrazem, jakby tonącym w powodzi słońca. Była to postać kobiety. Przypominam sobie, że w tej chwili byłem tak dalece zmieszany, iż chciałem rzucić się, dotknąć się cudownej ściany i zetknąć się z żyjącą materją, na której drgało nieprawdopodobne zjawisko. Ale palce wuja chwyciły moje ramię jak kleszcze żelazne. — Zabraniam ci ruszać się z miejsca! — krzyknął. — Jeśli poruszysz się, wszystko zniknie. Patrz. Nie ruszałem się. Czy zresztą mogłem? Nogi chwiały się podemną. Wuj i ja padliśmy na pień zwalonego drzewa. — Patrz... patrz... — nakazywał. Postać kobiety zbliżyła się do nas, zwiększywszy dwukrotnie zwyczajne swoje rozmiary. Uderzała najpierw
infirmerki Czerwonego Krzyża, z opaska na czole i przesłoną dokoła głowy. Piękna i regularna twarz, jeszcze młoda, miała w sobie ową boską szlachetność, którą prymitywiści nadają świętym męczennikom, szlachetność męki i ekstazy, rezygnacji i nadziei, uśmiechu i łez. Przesycona tą jasnością, która zdawała się naprawdę ogniem wewnętrznym, patrzyła na niewidzialne dla nas widowisko oczyma, pełnemi niewypowiedzianego przerażenia, a jednak mimo to nie znającemi lęku. Dziwny kontrast, rezygnacja jej była wyzywająca, a trwoga pełna dumy. — Ach! wybełkotał mój wuj, jest to jakby wyraz Trojga oczu, które widzieliśmy tu przed chwilą. Nieprawdaż? Ta sama szlachetność... ta sama słodycz... i ta sama również trwoga. — Tak — odparłem — ten sam wyraz, ta sama ciągłość wyrazów... I gdy tak mówiłem, patrząc na kobietę, stojącą na przodzie, czułem, jak poza jej zjawą budziły się we mnie pewne reminiscencje, jak to bywa przed portretem istoty, której twarz nie jest zupełnie nieznana. Ta sama myśl przyszła do głowy wujowi, gdyż rzekł: — Przypominam coś sobie... Ale w tej chwili dziwna postać cofnęła sie na miejsce, które zajmowała na początku. Opary, które tworzyły dokoła niej aureolę, zniknęły. Ukazały się ramiona, potem całe ciało. Ujrzeliśmy wtedy kobietę stojącą, przywiązaną krępującemi jej biust i biodra powrozami do słupa, którego szczyt wystawał nieco ponad jej głową. Wszystko to, co dotąd czyniło wrażenie linii trwałych, jak to jest naprzykład na fotografii, ożywiło się potem nagle, jak obraz, zmieniający się w rzeczywistość, jak statua, zstępująca z cokołu na ziemię. Biust poruszył się. Ramiona, ściągnięte w tył i skrępowane łopatki wyprężyły się w powrozach, które je raniły. Głowa odwróciła się lekko. Usta drgnęły. Nie był to już obraz, na który mogliśmy spokojnie patrzeć. Było to życie, ruchliwe i czynne. Była to scena, odbywająca się w przestrzeni i w czasie. Cały dalszy plan rozszerzył sie w głąb, na nim rozpoczął się ruch, wchodzenie i wychodzenie. Sylwetki przywiązanych do słupów drgały. Naliczyłem ich osiem. Wszedł oddział żołnierzy z karabinami na ramieniu, z spiczastemi kaskami na głowach. Wuj rzekł: — Edyta Cavell... — Tak — rzekłem, zerwawszy się z miejsca — poznaję ją... Edyta Cavell... stracenie Edyty Cavell... Raz jeszcze i nie poraz ostatni pisząc te słowa, zdaję sobie z tego dokładnie sprawę, że muszą sie one wydawać niedorzecznemi temu, kto nie wie wprzód, co oznaczają i jaka to kryje się w nich prawda. Mimo to twierdzę, że myśl o czemś niedorzecznem i niemożliwem nie przychodziła do głowy, skoro się ujrzało to zjawisko. Wszyscy, którzy widzieli i których zapytywałem o to, dawali mi tę samą odpowiedź. Dopiero potem zaprzeczono i oburzano się... Dopiero potem czyniono zarzuty, że są to halucynacje i narzucone sugestją wizje. Ale w tej samej chwili, gdy umysł opiera się i gdy się jest, że tak powiem „opornym“ wobec faktów, nie mających przyczyny, musi się poddać im i patrzeć na ich bieg, jak na kolejne następstwo wypadków w rzeczywistości. Było to przedstawienie teatralne, a raczej kinematograficzne, gdyż było to w istocie najbardziej bezpośrednie wrażenie, wypływające z wszystkich doznanych wrażeń. W chwili, gdy obraz miss Cavell ożywił się, odwróciłem się instynktownie, szukając oczyma w jakimś kącie Ogrodzenia aparatu, rzucającego na mur ów żywy obraz, a nie niczego i zrozumiawszy natychmiast, że w każdym bądź razie żaden przyrząd nie mógł działać w biały dzień i bez snopów promieni, uznałem za prawdziwe to niezwykłe zjawisko. Nie było co prawda aparatu, ale był ekran. Był to cudowny ekran, który nie przyjmowsał niczego z zewnątrz, gdyż nic stamtąd nie dochodziło, ale stwarzał wszystko ze siebie. I takie było w istocie uczucie, którego sie doznawało. Obrazy nie dochodziły z zewnątrz. Tryskały z wnętrza. Widnokrąg otwierał się z drugiej strony materji. Ciemności tworzyły jasność. Słowa, słowa, wiem o tem! Gromadzę słowa, zamiast napisać wyrazy, które określają to, co widziałem wypływającego z otchłani, w której miss Cavell poniosła ostatnią karę. Stracenie miss Cavell. Zapewne, myślałem, jeśli to było przedstawienie kinematograficzne, jeśli to był film — a jakże o tem wątpić? — to był to w każdym razie film, podobny do wielu innych, sztuczny, wymyślny, ułożony podług podania, z konwencjonalnem mise en scéne, z płatnymi odtwórcami i bohaterką, odgrywającą wyuczoną rolę. Wiedziałem o tem. Mimo to jednak patrzyłem, jak gdybym o tem nie wiedział. Cud wizji był tak wielki, że zmuszał do uwierzenia w cud zupełny, to znaczy w szczerość przedstawienia. Żadnego fortelu. Żadnego udawania. Żadnej roli. Nie było ani odtwórcy, ani mise en scéne. Sama tylko scena. Same ofiary. Groza, która mnie przejmowała przez tych kilka minut, była ta samą, jakąbym odczuł, gdybym widział krwawy świt 8 października 1915 roku, wstający nad przeklętym obszarem. Stało się to szybko. Oddział żołnierzy stanął w dwu rzędach, z prawej strony i nieco ukośnie, w ten sposób, iż widziało się twarze, przyciśnięte do luf karabinów. Było ich dużo, trzydziestu, może czterdziestu, czterdziestu katów w butach, przepasanych, w hełmach, z podpinkami pod brodą. Nad nimi blade niebo, popstrzone wystrzępionemi chmurami. Naprzeciw... naprzeciw — ośmiu skazańców. Było tam sześciu mężczyzn i dwie kobiety, chłopi i mieszczanie. Wyprostowali się teraz i wypięli pierś, targając powrozy. Wystąpił oficer w towarzystwie czterech feldweblów, którzy nieśli rozłożone chusteczki. Żaden ze skazańców nie pozwolił zawiązać sobie oczu. Wszelako targał nimi niepokój i wszystkich zdawała się ogarniać chęć rzucenia się w ramiona śmierci. Oficer podniósł szablę. Żołnierze złożyli karabiny do strzału. Najwyższe uniesienie ogarnęło skazańców a z ust ich wydarł się okrzyk. Ach! ów krzyk, widziałem go i , fanatyczny i rozpaczliwy krzyk, którym męczennicy wyznawali głośno swoją zwycięską wiarę. Ramię oficera opadło. Zdawało mi się, że przestrzeń zadrżała jakby od huku piorunu. Nie miałem odwagi patrzeć i oczy moje spoczęły na wzruszonej twarzy Edyty Cavell. I ona również nie patrzała. Powieki jej były przymknięte. Ale jak słuchała! Jak twarz jej skurczyła się pod wstrząśnieniem ohydnych huków, komend, detonacji, okrzyków ofiar, rzężeń, jęków przedśmiertnych! Z jakiego to wyrafinowanego okrucieństwa spóźniono wykonanie nad nią wyroku? Dlaczego skazano ją na tę podwójną męczarnię, na patrzenie przed śmiercią na konanie drugich? Tymczasem wszystko zdążało ku końcowi. Część katów zajęła się trupami, podczas gdy inni zmienili szyk i poszli w kierunku Miss Cavell, kręcąc się dokoła oficera. Wyszli więc z ram, w których mogliśmy ich widzieć i tylko ze znaków, dawanych przez komenderującego oficera, mogłem , że ustawili się naprzeciw Miss Cavell, między nią a nami. Oficer zbliżył się do ofiary w towarzystwie wojskowego kapelana. Ów przyłożył do ust Miss Cavell krucyfiks, który ściskała długo i czule. Kapelan udzielił jej następnie błogosławieństwa i została sama. Gęsta mgła zasnuła znów scenę, zostawiając ją zupełnie samą, w pełnem świetle, z zamkniętemi ciągle powiekami, podniesioną głową i stężałem ciałem. W tej chwili miała bardzo łagodny i spokojny wyraz twarzy. Nie malowała się na niej najmniejsza trwoga. Oczekiwała śmierci ze spokojem świętych. A śmierć ta, jak ją ujrzeliśmy, nie zdawała się bardzo okrutna ani ohydna. Opadnięcie tułowia. Czoło pochyliło się nieco na bok... Ale haniebny czyn nastąpił dopiero teraz. Oficer stanął obok ofiary z rewolwerem w dłoni. I przyłożył lufę tego rewolweru do skroni ofiary, gdy oto nagle gęsta mgła uleciała wielkiemi falami i cały obraz zniknął.
IV. ...y syn Noela Dorgeroux
Ten, kto patrzy na najbardziej tragiczny film, wychodzi z łatwością z tego jakby czarnego więzienia, w którem się dusił i wraz ze światłem odzyskiwa równowagę i spokój. Przez długi czas byłem w stanie odrętwienia i grobowego milczenia, utkwiwszy oczy w próżną powierzchnię, jak gdybym czekał na coś innego. Nawet po skończeniu dramat przykuwał mnie do siebie, jak trwająca dalej zmora, a podobnie jak dramat zasugestjonował mnie niezwykły sposób, w jaki mi się pokazał. Nie rozumiałem. Bezładny mój umysł nasuwał mi tylko dziwaczne i oderwane myśli. Jeden ruch Noela Dorgeroux wyrwał mnie z odrętwienia: wuj zaciągnął z powrotem firankę przed ekranem. Wtedy chwyciłem gwałtownie wuja obiema rękami i rzekłem do niego: — Co to znaczy wszystko? Można zwarjować. Jak mi to wytłumaczysz? Oświadczył zupełnie spokojnie: — Niemam na to żadnego wytłumaczenia. — Wszelako... wszelako... przyprowadził mnie tutaj. — Tak, abyś również zobaczył i abym się mógł upewnić, że oczy moje nie myliły mnie. — A zatem, mój wuju, inne widowiska odbyły się przed tobą również na tej samej płaszczyźnie? — Tak, inne widowiska... już trzy razy... — Jakie? Czy możesz je opisać? — Zapewne, to co naprzykład widziałem wczoraj. — Co, wuju? Odtrącił mnie lekko i spojrzał na mnie, nie odpowiadając wpierw. Potem zaś rzekł z naciskiem, bardzo cichym głosem, z głębokiem przekonaniem: — Bitwę pod Trafalgarem. Sądziłem, że drwi sobie ze mnie. Ale pominąwszy to, że Noel Dogeroux nie był skłonny do ironii, chwila obecna nie mogła go wyprowadzić ze zwyczajnego jego zachowania się. Nie, mówił poważnie, a powiedzenie jego wydało mi się nagle takie zabawne, że wybuchnąłem śmiechem. — Trafalgar!... Nie gniewaj się, wuju... To takie śmieszne! ...Bitwa pod Trafalgarem odbyła się przecież w 1805 roku! Popatrzył na mnie znów uważnie. — Dlaczego ty się śmiejesz, — rzekł. — Mój Boże, śmieję się... śmieję się... ponieważ... przyznaj... Przerwał mi. — Śmiejesz się z bardzo prostych przyczyn, Wiktorynie, które ci krótko wyjaśnię. Najpierw, jesteś nerwowy, niespokojny, a wesołość twoja jest przedewszystkiem reakcją. Ale z drugiej strony widok tej strasznej sceny był tak dalece, jakby to powiedzieć?... autentyczny, iż uważałeś go nie za odtworzenie zabójstwa, ale za samo zabójstwo miss Cavell. Nieprawdaż? — Może, w istocie, wuju... — To znaczy, że zabójstwo to i wszystkie towarzyszące mu okrucieństwa zostały (powiedzmy to otwarcie) zdjęte aparatem kinematograficznym przez jakiegoś niewidzialnego świadka, od którego otrzymałem ów cenny film; w takim razie cała moja czynność polegałaby na wywołaniu tego filmu w gęstej masie jakiejś galaretowatej substancji. Piękne odkrycie, ale możliwe. Zgadzamy się, nieprawdaż? — Tak, w istocie, wuju. — Ale ja twierdzę zupełnie co innego! Twierdzę, że przypatrywałem się wywołanemu obrazowi bitwy pod Trafalgarem! Angielskie i francuskie fregaty przepływały przedemną! Widziałem śmierć Nelsona, przywiązanego do spodu swego masztu! A wtedy, nieprawdaż, zmienia się postać rzeczy. W roku 1805 nie było filmu. Może więc chodzić tylko o śmieszną parodję. Na to ty się oburzasz. Mój wpływ znikł. A ty się śmiejesz! Jestem dla ciebie tylko starym szarlatanem, który miast w pokorze wyjawić ci swoje odkrycie, usiłuje jeszcze wmówić w ciebie co innego. Figlarz, co! Oddaliliśmy się od muru i szliśmy ku furcie ogrodu. Słońce zaszło za dalekimi wzgórzami. Stanąłem i rzekłem do Noela Dorgeroux: — Wybacz mi, wuju, i nie sądź, że chciałem ci kiedykolwiek ubliżyć. W wesołości mojej niema niczego, coby cię mogło obrazić, nic, coby pozwalało ci sądzić, iż nie wierzę w twoją bezwzględną szczerość. — A zatem cóż ty myślisz? jest twoje ostateczne zdanie? — Nie myślę, wuju. Nie doszedłem do żadnego wniosku i nawet nie próbuję go teraz znaleść. Jestem zdezorjentowany, przestraszony, oślepiony i zarazem zły, jak gdybym przeczuwał, że zagadka jest tem cudowniejsza, ponieważ jest i będzie zawsze nierozwiązalna. Weszliśmy do ogrodu. Teraz wuj zatrzymał mnie. — Nierozwiązalna! Takie jest twoje przekonanie? — Tak, chwilowo. — Nie dopuszczasz żadnej hypotezy? — Żadnej. — Widziałeś wszelako dobrze? Nie wątpisz? — Widziałem dobrze. Widziałem najpierw troje osobliwych oczu, które patrzyły na nas, potem widowisko przedstawiające zabójstwo miss Cavell. Oto co widziałem, podobnie jak ty, mój wuju i nie wątpię ani na chwilę o wiarygodnem świadectwie moich oczu. Podał mi rękę. — To chciałem wiedzieć, mój przyjacielu, dziękuję ci. Oto jest wierne sprawozdanie z tego popołudnia. Skończyło się ono wieczorem objadem, przy którym byliśmy obaj sami, ponieważ Beranżera kazała nam oświadczyć, że jest chora i nie opuści swego pokoju. Mój wuj był bardzo zamyślony i nie wymówił ani jednego słowa, które pozostawałoby w związku z wydarzeniami w Ogrodzeniu. Nie mogłem spać, ogarnięty wspomnieniami tego, co widziałem i dręczony licznemi przypuszczeniami, których nie będę wyłuszczał, ponieważ nie mają żadnej wartości. Nazajutrz Beranżera nie pojawiła się. Przy stole wuj był znowu milczący. Kilka pytań, które mu zadałem, pozostały bez odpowiedzi. Ciekawość moja była zbyt wielka, aby wuj zdołał pozbyć się mnie. Zanim wyszedł, oczekiwałem go w ogrodzie. O piątej godzinie szedł w kierunku Ogrodzenia. — Pozwolisz mi towarzyszyć sobie, wuju? — rzekłem zuchwale. Mruknął, nie dając mi definitywnej odpowiedzi. Poszedłem za nim. Wszedł do Ogrodzenia i zamknął się w swojej głównej pracowni, z której wyszedł dopiero po upływie godziny. — Ach, ty tutaj, — rzekł, jak gdyby nie wiedział o mojej obecności. Zbliżył się do muru i rozsunął firankę. W tej chwili poprosił mnie, abym wrócił do pracowni i przyniósł mu jakąś zapomnianą rzecz. Skoro wróciłem, rzekł do mnie ze wzruszeniem: — Skończone... skończone... — Co, wuju? — Oczy, Troje oczu... — Ach! widziałeś je? — Tak... i nie mogę uwierzyć... zaiste nie... aby to było z mojej strony złudzenie... Jakżeby to było zresztą możliwe? Wyobraź sobie, że oczy te miały wyraz oczu mojego biednego Dominika... Nieprawdaż, to szaleństwo?... A jednak twierdzę... tak twierdzę, że Dominik patrzał na mnie... najpierw wzrokiem smutnym i bolesnym, który stał się nagle przerażonem spojrzeniem człowieka, widzącego śmierć. A potem Troje oczu zaczęło sie obracać dokoła siebie. Był to koniec... Zmusiłem Noela Dorgeroux do zajęcia miejsca. — Jak przypuszczasz, wuju, jest to złudzenie... halucynacja... Pomyśl tylko, że Dominik umarł przed tyloma laty! Trudno wprost przypuścić... — Wszystko jest możliwe i nic — rzekł. — Wobec tego muru nie istnieje logika ludzka. Usiłowałem przemówić mu do rozsądku, jakkolwiek rozsądek mój utracił pewność siebie, podobnie jak jego. Ale on rzekł rozkazująco: — Milcz. Teraz jest co innego... I pokazał mi ekran, na któtrym ukazało się nowe widowisko. — Wuju — błagałem, ogarnięty już wzruszeniem — skąd to pochodzi? — Zamilcz — odparł Noel Dorgeroux... — Nie wolno pisnąć ani słowa. Natychmiast stwierdziłem, że to, co widzę, nie ma żadnego związku z tem, na co patrzałem poprzedniego dnia i wywnioskowałem z tego, że przedstawiane wizje muszą się ukazywać bez uprzedniego porządku, bez żadnej łączności co do epoki i przedmiotu, jednem słowem jako różne filmy puszczane na ekran w ciągu jednego seansu. Był to widok małego miasta, oglądany jakby z pobliskiego wzgórza. Wyłaniała sie z niego dzwonnica kościelna i zamek. Miasto zbudowane było na stokach licznych pagórków i w punkcie przecięcia sie dolin, łączących sie tutaj wśród mnóstwa wielkich, liściastych drzew. Nagle miasto wydłużyło się. Dookolne wzgórza zniknęły a cały ekran zapełnił sie rojnym i gestykulującym tłumem, otaczającym wolna przestrzeń, nad która wznosił się balon, przytrzymywany linami. Do balonu przyczepiony był klosz, służący prawdopodobnie do tworzenia gazu. Z wszystkich stron wychodzili ludzie. Dwaj z nich wdarli się po drabinie, której najwyższy koniec opierał się o brzeg łódki. A wszystko to, widok balonu, kształt używanych sprzętów, sposób produkowania gazu, ubiór ludzi, miało charakter dawny, który mnie zadziwił. — Bracia Montgolfier, — szepnął mój wuj. Tych kilka słów pobudziło moja pamięć. Przypomniałem sobie stare sztychy, przedstawiające ów pierwszy wzlot człowieka pod niebo, który dokonał się w czerwcu 1783 roku. Przypatrywaliśmy się temu cudownemu wydarzeniu, albo też conajmniej dokładnemu odtwarzaniu tego wydarzeniapodług starych sztychów, z aerostatkiem, skopiowanym z modelu, z ubiorami z tej epoki i bezwątpienia z widokiem małego miasteczka Annonay... Ale skąd bierze się tak wielka liczba mieszczan i wieśniaków? Między zwyczajną ilością ludzi, grających do filmu a nieprawdopodobnie stłoczoną rzeszą, na która teraz patrzałem, nie było żadnego istotnego związku. Takie rzesze ludzi napotyka się tylko na obrazach, zdjętych bezpośrednio z uroczystości, przemarszu wojsk, przejazdu królów. Tymczasem wir ludzki, kłębiący sie jak fala, uspokoił się nagle. Odniosłem wrażenie wielkiej ciszy i lękliwego oczekiwania. Ludzie przecięli raptownie siekierami sznury. Ukazali się Etienne i Józef Montgolfier. I oto balon wzniósł sie w górę. Tłum wyciągnął framiona i olbrzymi krzyk wypełnił przestrzeń. Ekran pokazał nam na chwilę obu braci, samych i powiększonych. Przechyliwszy ciało poza łódkę, uwikłani w sznury, z złożonemi rękami, zdawali się modlić z wyrazem ekstazy i poważnej radości. Powoli balon wznosił się. I stała się rzecz niepojęta, że balon ów, wznoszący sie ponad miasteczko i okoliczne wzgórza, nie wydawał sie mnie i wujowi jakimś przedmiotem, oglądanym z dołu. Nie, to miasteczko i okoliczne wzgórza zniżały się a zniżając się upewniały nas, że balon wznosi się. My jednak (zjawisko sprzeczne z wszelką logiką), zostaliśmy na tym samym poziomie co balon, rozmairy jego pozostały te same, a dwaj bracia stali przed nami, jak gdyby zdejmowano fotografję z łódki drugiego balonu, wznoszącego się równocześnie z pierwszym, ruchem dokładnie i matematycznie jednakim. Wizja nie skończyła się. Przekształciła się raczej sposobem kinematograficznym, według którego obrazy następują po obrazach łącząc się najpierw ze sobą. Gdy balon Montgolfiera znalazł się może na pięćset metrów nad ziemią, stawał się nieznacznie mniej wyraźny, a mgliste, niejasne jego kontury mieszały się zwolna z coraz bardziej wyrazistymi kształtami innej sylwetki, która zajęła wkrótce całą przestrzeń. Był to samolot wojenny. Wiele razy widziałem odtąd na tajemniczym ekranie podwójne sceny, z których druga uzupełniała pierwszą — dyptyki, w których ujawniała się widoczna wola udzielania nauk przez zbliżanie dwu wydarzeń dziejących się w różnych przestrzeniach i czasach, a nabierających przez to całkowitego swego znaczenia. Tym razem nauka była jasna: pokojowy balon Montgolfiera łączył się z zabójczym samolotem. Najpierw wzlot w Annonay. Potem bitwa w powietrzu... bitwa jednopłatowca, który wyłonił się z starodawnego balonu, z dwupłatowcem, uderzającym, jak to spostrzegłem, na tamtego, jak drapieżny ptak. Złudzenie? Oszustwo? Gdyż wreszcie i tu także widać było oba samoloty, nie jak zwyczajnie z dołu, ale tak, jak gdyby się było na ich wysokości i zmieniło miejsce razem z nimi. Czyż można wtedy przypuszczać, że jakiś operator, siedzący na trzecim samolocie, robił spokojnie zdjęcia z tej strasznej bitwy? Nie, nieprawdaż? Pocóż jednak wiecznie podejrzewać? Pocóż wątpić o wiarygodnem świadectwie moich oczu i zaprzeczać temu, czemu przeczyć nie można? Rzeczywiste samoloty krążyły przedemną. Prawdziwa bitwa rozgrywała się w głębiach starego muru. Nie trwało to długo. Człowiek, będacy sam, atakował zawzięcie. Kilka razy zadymił się jego karabin maszynowy. Potem, chcąc uniknąć kul nieprzyjaciela, wywinął raz po raz dwa kozły, wskutek czego samolot jego znalazł się w takiej pozycji, iż mogłem dostrzec na płótnie trzy koncentryczne koła francuskich aparatów. Wkońcu zbliżył się i zaatakowawszy nieprzyjaciół z góry, puścił w ruch mitraljezę. Dwupłatowiec niemiecki — dostrzegłem żelazny krzyż — runął prosto ku ziemi i wyprostował się. Dwaj ludzie pod swojemi futrami i maskami zdawali się trzymać kurczowo. Trzeci atak na mitraljezę. Pilot podniósł ramiona. Aparat przewrócił się. Był to upadek. Widziałem ten upadek w sposób najbardziej niepojęty. Widziałem, że był najpierw naturalny, gwałtowny jak błyskawica. A potem widziałem, jak był nieskończenie powolny, nawet wstrzymywany, aparat wywrócony, i oba ciała, nieruchome, głowami w dół, z rozpostartemi ramionami. Potem zbliżyła się ziemia z zawrotną szybkością, zniszczone i zasiane dziurami okolice, rojące się od tysięcznych żołnierzy francuskich. Dwupłatowiec spadł na brzeg jakiejś rzeki. W bezkształtnym stosie żelaza i złamanych skrzydeł ukazały się trzy nogi. I prawie natychmiast wylądował w pobliżu samolot francuski. Wysiadł z niego zwycięzca, roztrącił gromadę żołnierzy, którzy nadbiegli ze wszystkich stron, a potem zbliżywszy się na kilka kroków do swojej bezwładnej zdobyczy, zdjął maskę i przeżegnał się. — Ach! — szepnąłem — to straszne... Co za tajemnica! W tej chwili spostrzegłem, że Noel Dorgeroux klęczał z twarzą przejętą wzruszeniem. — Co ci jest, wuju? Wyciągnąwszy w stronę muru drżące i splecione swoje ręce, bełkotał: — Dominik! to mój syn!... poznaję go! Ach! boję się... I ja również na widok zwycięzcy przypomniałem sobie zapomnianą twarz mego biednego kuzyna. — To on! — bełkotał dalej mój wuj. — Nie omyliłem się... wyraz Trojga Oczu... ach! nie chcę widzieć... boję się! — Czego się boisz, wuju? — Zabiją go... zabiją go w moich oczach, jak go już raz zabili... Dominiku! Dominiku! uważaj! Nie krzyczałem zupełnie: jakiż krzyk mógłby usłyszeć człowiek, który tutaj umierał? Ale ten sam strach rzucił mnie na ziemie i kazał mi złożyć ręce. Z pod bezkształtnego stosu, z pośród nagromadzonych szczątków wyłoniło się coś: drgające ciało jednej z ofiar. Wyciągnęła się ręka uzbrojona w rewolwer. Zwycięzca skoczył w bok. Zapóźno. Trafiony w samą twarz, przewrócił się i upadł na trupa swojego mordercy. Dramat skończył się. O kilka kroków odemnie płakał mój wuj, zgięty we dwoje. Był świadkiem rzeczywistej śmierci swego syna, zamordowanego w czasie wojny przez lotnika niemieckiego!
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of całość.
