Read here

Ze świata czarów

Edmund Jezierski · 1911 · Free in the US

17,806 words · about 1 h 15 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1911 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Ze_świata_czarów&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Edmund Jezierski
Language
Polish
Published
1911
Length
17,806 words · about 1 h 15 min
Sections
2 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (2)

Continue:

Zbiór baśni, podań i legend różnych narodów

'

ZBIÓR BAŚNI, I LEGEND

NARODÓW

ZEBRAŁ I UŁOŻYŁ

EDMUND JEZIERSKI

WARSZAWA. NAKŁADEM M. ARCTA

i Wieczorów Rodzinnych.

DRUKARNIA M. ARCTA W WARSZAWIE ORDYNACKA

1911

Zbiór baśni, podań i legend różnych narodów

'

ZBIÓR BAŚNI, I LEGEND

NARODÓW

ZEBRAŁ I UŁOŻYŁ

EDMUND JEZIERSKI

WARSZAWA. NAKŁADEM M. ARCTA

i Wieczorów Rodzinnych.

DRUKARNIA M. ARCTA W WARSZAWIE ORDYNACKA

1911

a.

Nie wiodło się jakoś Maciejowi... Coraz go spotykało jakieś nieszczęście: to koń mu się ochwacił, i wkońcu padł, to krowę wilki w boru zajedli, to ostatniego wieprzka zły człowiek wykradł, to znów grad zboże wybił, wreszcie zgorzała mu stodółka ze zbożem i zachorzała jego kobieta i dzieci... Coraz spadały nieszczęścia na biednego Macieja, aż wreszcie przebrała się miarka... Z dostatniego niegdyś gospodarza stał się nędzarzem, wychudł, przygarbił się, szatki na nim podarte, obszarpane — istny żebrak... Niewiele też i coprawda brakowało, by począł wyciągać rękę po proszonem, ale wstyd mu było ludzi, a i głos przytem zamierał w piersi, gdy miał o cośkolwiek prosić... Znużyła już go ta walka z losem, ogarnęła go jakaś głucha rozpacz, aż utopić się, by odrazu ze wszystkiem skończyć. W piękny lipcowy ranek wybrał się do poblizkiego stawu, by uskutecznić ten swój zamiar... A szedł ścieżyną, wijącą się wężem wśród złocistych łanów dojrzewającego zboża... Westchnął nieborak żałośnie, gdyż sąsiadów pszenica i żyto stoją prosto jak trzcina, w zwartym szeregu, pochylając tylko ku ziemi pełne ziaren kłosy, a u niego... jedno rżysko, z walającemi się gdzieniegdzie kłoskami, z powbijanemi w ziemię przez grad źdźbłami... Westchnął raz jeszcze i idzie dalej, rozpamiętywując wszystko, co go dotknęło... Rozmyśla nad tem i coraz większy mu żal życia, choć było mu ono tak ciężkiem... Rozmyślał tak, rozmyślał, aż wreszcie postanowił poczekać jeszcze, a nuż mu się życie poprawi? Zawracał więc już do domu, gdy pod przydrożnem drzewem spostrzegł leżącą jakąś postać uśpioną. Podszedł do niej. Była to młoda jeszcze kobieta, odzież na niej była dostatnia, pyłem pokryta, a spała tak mocno, że choć promienie słoneczne prosto na twarz jej padały, nie czuła ich. Zdjęty litością, poszedł Maciej do niej, aby ją przebudzić, gdyż słońce, padając jej na głowę, łacno mogło mózg przepalić. Długo nią targał i wołał napróżno, aż wreszcie uniosła powieki, siadła i błędnie spojrzała wokoło; ziewnęła i zawołała: — Ho, ho, ho!… a tom się setnie wyspała!… — A skądeście wy, kobieto, i odkąd tu tak spaliście? — zapytał się Maciej. — A toć jam z tych okolic, a spałam chyba cały rok. — Jakto cały rok? — zdziwił się Maciej — a kto wy jesteście?. — Oho, gospodarzu, ja jestem Dola… Towarzyszę człowiekowi od kołyski do trumny i opiekuję się nim.... Zależy to od tego jakim on jest i jak postępuje… Jeżeli jest dobrym, pracowitym, to i ja mu pomagam i wiedzie mu się, gdy zaś — złym i leniwym, to opuszczam go, a wtedy już Nędza go bierze w swoją opiekę… No, ale teraz muszę się śpieszyć, spałam cokolwiek zadługo, i mojego gospodarza mogłaby nędza objąć w posiadanie… A szkodaby go było, bo w gruncie dobry to jest człowiek, tylko… trochę próżniak i niedorajda. Podniosła się i chciała już iść, gdy Maciej zapytał: — A czyjaś ty, Dolo? — A Macieja, którego chata tam oto stoi… Toś ty, Dolo, nawet mnie nie poznała?… — To wy!… — wykrzyknęła zdumiona Dola — to wy!… to was już Nędza trzyma… — A tak, i to dzięki tobie! — zawołał Maciej, i jakaś głucha zawziętość i złość zaczęły kipieć mu w piersi. Pragnął zemsty, strasznej zemsty za te lata nędzy i biedy, które z jej łaski wycierpiał. Porwał leżący opodal dębczak i, nie namyślając się długo, schwycił Dolę za długie włosy i począł bić. Wiła się biedna Dola pod razami kija, lecz umknąć mu nie mogła, gdyż silnie ręką trzymał ją za włosy. Prosiła, groziła, molestowała, jak tylko mogła i umiała. Nic nie pomagało. Zawzięty Maciej bił, powtarzając: — To ty, szelmo, spać sobie będziesz, kiedy mnie tu nędza żre! — Nie bijcie mnie, Macieju — krzyknęła wreszcie kobieta — a posłuchajcie mnie! Maciej przestał bić, ale trzymał ją mocno, aby mu nie uciekła. — Gadaj zaraz — wołał — bo cię uśmiercę! — Mój Macieju — rzekła Dola — czyż to ja jestem winna, iż wam się źle wiedzie? Pomyślcie tylko! Czy wstawaliście raniutko, jak należało, aby dojrzeć konia, wczas go napoić, wyprowadzić na paszę krowę, nakarmić trzodę, czyście oczyścili kiedy stajenkę, oborę? Za to woleliście zaglądać do karczmy, przesiedzieć tam z różnymi próżniakami i pijakami po kilka godzin na dzień i zamiast wziąć się do roboty, do przypilnowania gospodarstwa, narzekaliście tylko, że wam się źle wiedzie. Powiedzcie sami, czy to ja jestem winna? póki byliście porządnym gospodarzem, to chętnie wam towarzyszyłam, chociażeście mnie nie widzieli, ale gdy widziałam, żeście się rozpróżniaczyli, to się od was wyniosłam. — Więc cóż mam robić? — spytał Maciej. — A wziąć się do pracy, pilnować porządku i ładu, nie chodzić do karczmy na gawędy i zostać uczciwym gospodarzem, jak się patrzy. Czy myślicie, że Dola tylko na was się uwzięła, a sąsiadowi sprzyjała? — Kiedy mi ręce z biedy opadają — tłómaczył się Maciej. — To je podnieście do góry, a ufajcie Panu Jezusowi, że wam dopomoże. — A czy będziesz dla mnie lepsza? — Może i będę, zobaczycie, ale nie odrazu, bo co się zepsuło, to nie łatwo naprawić. No, chodźcie Macieju do domu. Maciej puścił Dolę i szedł obok niej. Weszli do chałupy, gdzie słońce świeciło swemi złocistemi promieniami. — Patrzcie, jak to u was wygląda! — mówiła Dola. Wszędzie pełno brudu i śmieci, pajęczyna okna zasłania. Czy to tak powinno wyglądać u porządnego gospodarza? I wy chcecie, aby Dola była lepszą dla was, przecież ja za was pracować nie będę, mogę wam tylko towarzyszyć. Maciejowi jakoś raźniej się zrobiło. Zdjął sukmanę, porwał miotłę i zaczął robić porządek. Wymiótł śmiecie, potem oczyścił stajenkę i obórkę i poszedł do ogródka. Dola wyszła. Tego samego dnia wieczorem przyszedł sąsiad Macieja, a pozdrowiwszy go, rzekł: — Macieju, obrobiłem już swój kawałek pola, może chcecie, abym wam pożyczył konia, to obrobicie swoje pólko. — Bóg wam zapłać, sąsiedzie — rzekł Maciej uradowany. — Właśnie myślałem se, co bez konia nie poradzę, a tu Pan Bóg mi was zdarzył. Przy pomocy dobrych sąsiadów Maciejowi szła gładko robota. Pracował też od wczesnego ranka do wieczora. Do karczmy nie zajrzał ani razu. Myślał o Doli, ale ta się nie pokazywała. Wtem jednego wieczoru, gdy zmęczony siedział na przyźbie, zbliżyła się do niego jakaś kobieta. Patrzy, a to Dola. — Cóż Macieju, jakże wam się wiedzie? — zapytała. — A no, niby lepiej — odrzekł Maciej. Stręczą mi tu krowinę, ale cóż, kiedy nie mam za co ją kupić. Może dadzą mi ją na wypłat, albo na odrobienie robotą. — Dostaniecie ją, Macieju, już ja w tem będę, tylko pilnujcie jej lepiej. — O, będę pilnował, już teraz inszy ze mnie człowiek. Źle robiłem, to prawda, ale może mi Pan Jezus teraz dopomoże. — Dopomoże, dopomoże, zobaczycie, Macieju. Jeżeli chcecie, to was znów niezadługo odwiedzę. — A przychodź Dolo i bądź dla mnie zawsze dobrą. — Zostańcie z Bogiem, Macieju, życzę wam szczęścia! Powiedziawszy to, Dola zniknęła. Ale nie zapomniała o Macieju, odwiedzała go często i cieszyła się, że Maciejowi coraz lepiej się wiodło. I żył Maciej jeszcze długie lata, dostatek i szczęście zawitały do niego, a pracą i uczciwością zyskał poszanowanie i miłość ogólną… Często też powtarzał, że to Dola, z którą niegdyś się borykał, tak mu dopomogła. A gdy śmierć przyszła po niego, przyjął ją pogodnie, bo uczciwie, w pracy przeżył resztę żywota…

n.

Potężnym władcą był cesarz Kan-Ti, potężnym, lecz i srogim zarazem. Żądza sławy i panowania pożerała go całego. Dążył więc do nich, na nic nie zważając. To krwawe boje toczył z sąsiednimi monarchami, pragnąc widzieć ich u stóp swych wszystkich ukorzonych, to wznosił budowle wspaniałe, oblewając je krwawym potem tysięcy poddanych, zatrudnionych przy tej pracy, a jęczących pod batogami dozorców. Albo też znowu rozkazywał rzemieślnikom wykonać jakiś przedmiot, w razie zaś, gdy mu się nie podobał, kazał ich strasznie karać. Nie spodobał mu się który z mandarynów, wnet oddać musiał głowę pod miecz katowski, lub też sam odebrać sobie życie przez rozprucie brzucha. Zachciało się pewnego razu temu okrutnemu cesarzowi wznieść olbrzymią wieżę, wysokości dotąd niewidzianej, a przytem miała być ona nadzwyczajnej piękności, zawieszone zaś w niej dzwony miały oznajmiać ranek, południe i wieczór brzmieniem tak czystem, pięknem i potężnem, jakiego nikt dotychczas nie słyszał. Zakrzątnęli się żywo dworzanie, spędzili najzdolniejszych rzemieślników z całego i wkrótce wieżyca wzniosła się aż pod niebiosa. Pozostawało tylko odlać dzwony. Do tej roboty zawezwano najzdolniejszego w całym Pekinie bronzownika — Tan-gi. Zdumiał się on wielce, gdy otrzymał wezwanie, by się stawił w pałacu cesarskim, lecz i zmartwił się przytem, bo wiedział, że zaprosiny takie nic dobrego nie wróżą. Kryjąc więc smutek swój, czule uściskał żonę i dzieci, najczulej zaś najstarszą córkę, piękną Li, słusznie zwaną „kwiatem lilji“, i poszedł do pałacu. W tronowej sali, otoczony mandarynami i wojskowymi, siedział „syn nieba“ Kan-Ti, gdy stawiono przed nim drżącego Tan-gi. — Słuchaj, — rzekł cesarz do klęczącego przed nim w kornej postawie bronzownika — daleko rozbrzmiewa twa sława. Dowiedziesz mi jej, odlewając dzwon, o dźwięku takim, jakiego dotychczas ucho ludzkie nie słyszało, a któryby mnie zadowolił. Pozwalam ci na trzykrotne próby, gdy zaś się nie powiodą, biada ci!… — Stanie się podług twej woli, o synu nieba, — pobladłemi usty wyszeptał nieszczęsny Tan-gi, i chwiejnemi kroki wyszedł z sali. Z rozpaczą w sercu wrócił Tan-gi do domu, rozmyślając przez całą drogę nad tem, jakby uczynić zadość żądaniom swego cesarza. Postanowił też nic o tem nie mówić rodzinie, tylko energicznie wziąć się do pracy. Nadał więc, z trudem co prawda, wesoły wyraz swej twarzy i zawezwawszy najlepszych czeladników do pomocy, zabrał się do pracy. Wykonano olbrzymią formę, stopiono bronz, dodając do niego, dla większej czystości dźwięku, moc złota i srebra, i wreszcie masę tę całą, przy modłach i błogosławieństwach bonzów (kapłan), wlano do przygotowanej formy. Po jakimś czasie zastygł metal i wydobyto dzwon z formy… Tan-gi, z trwogą i nadzieją w sercu, zajął się ostatecznem jego wykończaniem. Dokonał wreszcie swej pracy i dzwon, błyszczący w promieniach słonecznych jak drugie słońce, piękny, wspaniały, ponieśli słudzy do pałacu cesarskiego, gdzie na podwórcu, wobec cesarza i mandarynów miała się odbyć próba. Z zapartym oddechem przystąpił Tan-gi do dzwonu i uderzył sercem w bok jego. I rozbrzmiał w powietrzu dźwięk czysty, potężny, uroczysty, jakim żaden z dzwonów pekińskich dotychczas nie rozbrzmiewał. Z podziwem słuchali mandaryni tego dźwięku, i już otucha wstępować zaczęła w serce Tan-gi’ego, gdy cesarz wyrzekł: — Czysty i piękny jest dźwięk dzwonu tego, lecz nie jest jeszcze takim, o jakim ja myślę… Czyń drugą próbę, a może mnie zadowolisz… Rozpacz ogarnęła biednego Tan-gi. A nuż się druga próba nie powiedzie, i co wtedy stanie się z żoną i dziećmi jego?… Zasmucony powrócił do domu i gorliwie zabrał się do pracy, by udoskonalić swe dzieło. Po ciężkiej pracy odlał nowy dzwon i znów zaniesiono go przed pałac cesarski. Z drżeniem przystąpił Tan-gi do niego i uderzył sercem. Rozległ się w powietrzu dźwięk jeszcze czystszy, jeszcze potężniejszy niż poprzedniego, aż mandaryni i bonzowie z podziwu i zadowolenia kiwać poczęli głowami. Cesarz jednak niezmieniony siedział na swym złotym tronie, chmura nie zeszła z jego oblicza i po chwili wyrzekł: — Jeszcze mu brak czegoś, ażeby był według myśli mojej… Czyń trzecią próbę, a gdy się nie uda… Nie dokończył, lecz ze wzroku jego widać było, co czeka nieszczęsnego Tan-gi. Skłonił się biedak do ziemi, i chwiejnemi kroki, nie widząc nic przed sobą, skierował się do domu. Nie mógł już ukryć zmartwienia swego przed rodziną, i ulegając prośbom żony i dzieci, wyjawił im powód jego. W milczeniu wysłuchała Li opowiadania ojca i po krótkim namyśle, powzięła jakieś postanowienie, bo śpiesznie wybiegła z domu. Na samym krańcu miasta, w małym pochylonym do ziemi domku, zbudowanym z bambusu, mieszkała znana w całym Pekinie czarownica, Hsi-tsi. Do niej to pobiegła piękna Li i drżącą dłonią zapukała do drzwi. Otworzyła jej nadzwyczaj szpetna staruszka, z olbrzymiemi okularami na nosie i ochrypłym głosem zapytała: — Cóż sprowadza do mnie piękną Li? Czyżby pragnęła posiąść napój, któryby… — Nie… nie… przerwała jej żywo Li. — Więc czegoż pragniesz? — zapytała starucha. — O moja Hsi-tsi… niedarmo mówią, żeś mądrzejsza od wszystkich… Ty jedna tylko możesz mi pomódz w mojem zmartwieniu. Tu opowiedziała jej całe swe nieszczęście. Długi czas myślała Hsi-tsi nad odpowiedzią, aż wreszcie rzekła: — O kwiecie lilji… rada jest na to, lecz wykonać ją trudno… Dzwonowi brak czystości uderzeń serca dziewiczego, miękkości jego… Potrzeba, by serce takie, niczem nie skalane, złączyło się z bronzem, a wtedy otrzyma się dzwon o dźwięku czystym i potężnym, jakiego nikt nigdy nie słyszał… — Dzięki ci, dzięki, o dobra Hsi-tsi… niech Budda zleje na cię wszelkie dobro swoje… — wyszeptała Li pobladłemi wargami i śpiesznie wybiegła z chatki czarownicy. Długo zastanawiała się Li nad radą czarownicy, aż wreszcie projekt cały dojrzał jej w głowie. Nadszedł dzień ostateczny, gdy miano spuścić roztopiony spiż do formy, dzień smutku i trwogi. Tan-gi, otoczony rodziną, w żałobnych szatach, spalił ofiarne kadzidła przed posągami przodków, poczem, w towarzystwie rodziny, skierował się do pracowni. Li, w białych żałobnych szatach szła obok niego, z ogniem w oczach, myśląc o czynie, jaki zamierzała wykonać. Obszerną pracownię wypełniali bonzowie, odprawiający modły błagalne, oraz krewni i przyjaciele. Z olbrzymiego pieca ziejącego morzem płomieni, wydobyto roztopiony spiż, by wlać go do formy, gdy naraz Li, uściskawszy rodzeństwo i matkę, ucałowawszy stopy ojca, rzuciła się w roztopiony metal… Przerażeni tem obecni, nie zdołali wykrzyknąć i uczynić najmniejszego ruchu, by ją powstrzymać, gdy znikła w czeluściach kotła. Roztopiony metal pochłonął swoją ofiarę. Robotnicy, nie zauważywszy tego, przechylili kocioł i spiż popłynął do formy. Odzyskali po chwili przytomność wszyscy obecni, lecz już było zapóźno… spiż był wylany i wypełniał formę, a z mężnej dziewicy ani śladu. Rozdarli swe szaty rodzice i rodzina, i głośnym płaczem i jękami objawiać poczęli swe zmartwienie. Jednak wola cesarska górowała nad nieszczęściem i biedny Tan-gi, z bólem niezmiernym w sercu, przystąpił do obróbki dzwonu, będącego grobem cnotliwej córy jego. … I wyszedł dzwon ten piękny i wspaniały na podziw, jeszcze o wiele piękniejszy i wspanialszy od poprzednich. I poniesiono go w uroczystej procesji do pałacu cesarza. Znów zebrał się tłum mandarynów, dworzan i oficerów na podwórcu pałacowym, by być obecnymi przy próbie. Wyszedł i cesarz, a przy nim stanął kat w czerwonej odzieży, z obnażonym mieczem w dłoni, gotów w każdej chwili wykonać rozkaz pański. Śmiało tym razem podszedł Tan-gi do dzwonu i uderzył sercem w ścianę jego. …. I rozbrzmiał w powietrzu dźwięk czysty, potężny, lecz pełen zarazem bólu i żałości, i jak skarga dziewiczego serca uleciał do niebios. Zdumieli się wszyscy, słysząc go; zdumiał się i cesarz… Wreszcie, ażeby wyrazić swe zadowolenie, polecił wydać Tan-gi’emu beczkę złota, jako wynagrodzenie za pracę. Lecz Tan–gi, usłyszawszy ten rozkaz, żywo postąpił ku niemu i zawołał: — Zatrzymaj swe złoto, o synu nieba, mnie ono niepotrzebne. Nie zwróci mi ono mojej Li najdroższej — ja zaś zapłaty za córkę nie przyjmę. Zawrócił się i wyszedł z pałacu, nie spojrzawszy nawet na zdumionego tą jego mową cesarza. Obecni sądzili, że każe on wnet schwytać go i surowo ukarać na miejscu za to zuchwalstwo, lecz stało się przeciwnie… Cesarz rozkazał zostawić go w spokoju, dzwon zaś polecił zawiesić na wieży. Przywoławszy potem uczonych mandarynów, polecił im całe to zdarzenie opisać w kronikach, dla wiadomości przyszłych pokoleń. I od tego czasu, ile tylko razy rozbrzmi w powietrzu potężny dźwięk dzwonu, mieszkańcy Pekinu wspominają okrutnego cesarza i bohaterską córkę bronzownika.

Ofiara Nilu.

Rok 640 po Narodzeniu Chrystusa Pana a 18 hedżiry krwawo zaznaczył się w dziejach Egiptu. Zwycięzkie fale Arabów, pchane żądzą zdobycia coraz nowych krain, celem szerzenia w nich nauki proroka, pod wodzą niezwyciężonego Amru, zalały kraj, ogniem i mieczem szerząc zrazu nową wiarę. Wszedłszy do Kairu, Amru na podziw łagodnie obszedł się ze zwyciężonymi mieszkańcami, pozostawiając im ich religję, prawa i zwyczaje, i pobrawszy niewielką daninę, wybierał się w dół Nilu, żeby podbić pod swą władzę i krainy, poniżej leżące. Zbliżał się dzień wylewu Nilu, corocznie uroczyście obchodzony. Starsi kapłani zgromadzili się w świątyni Seboka, boga Nilu, celem wybrania narzeczonej, którą poświęcano mu na ofiarę, dla ubłagania o szczęśliwy wylew. Zazwyczaj była to najpiękniejsza i najcnotliwsza dziewica. Tego dnia tłumy ludu otaczały świątynię, z niecierpliwością oczekując ogłoszenia woli bogów. Cokolwiek dalej, na jednym z placów miejskich, siedząc ze skrzyżowanemi nogami na skórze wielbłądziej, otoczony dowódzcami oddziałów, oczekiwał Amru wyniku narady kapłanów. Nareszcie zakołysały się jak fale tłumy ludu, rozstąpiły się, i wśród nich, poważnie krocząc w otoczeniu kapłanów, ukazał się arcykapłan. Przedarli się przez tłum i podszedłszy do Amru, złożyli mu trzykrotny ukłon, a najwyższy kapłan wyrzekł: — O wodzu! którego potęga jest niezwalczona, którego władza sięga od morza do morza, wysłuchaj woli bogów: narzeczoną Nilu ma być — siostra twa, Fatma. Zerwał się, usłyszawszy to, Amru, i wlepiwszy pałający gniewem wzrok w arcykapłana, zawołał: — Co mówisz, starcze?… Fatma — ofiarą!… — Taką jest wola bogów i sprzeciwiać się jej nie wolno — poważnie odrzekł arcykapłan, nie uląkłszy się groźnego wzroku zwycięzcy. Błyskawicznie między ludem rozeszła się wieść o żądanej ofierze i wkrótce, gdy się dowiedziano, że Amru odmawia wydania siostry na ofiarę Nilowi, poczęto szemrać. Zrazu odzywały się pojedyńcze okrzyki, które wkrótce zlały się w jeden olbrzymi, potężny krzyk, w którym grzmiała nuta groźby: — Fatma musi iść na ofiarę!!!… Groźnie spojrzał Amru na otaczające go tłumy, i porwawszy się, wykrzyknął dumnie: — Słuchajcie, mieszkańcy Kairu, potomkowie niewolników, nigdy, póki dech w mej piersi, siostra moja nie będzie ofiarą Nilu. Przysięgam wam na pamięć proroka, że prędzej miasto całe obrócę w perzynę, niżby choć jeden włos miał spaść z głowy siostry mojej! Poczem, otoczony przez świtę, torującą mu drogę wśród tłumu, udał się do obozu, rozłożonego na głównym placu miasta. Minął tydzień. Nil, rozgniewany, iż odmówiono mu dorocznej ofiary, nie występował z brzegów, tocząc do morza swe mętne fale. Zrozpaczony lud krążył po wybrzeżu, oczekując rychło podniosą się płododajne fale i zaleją kraj cały, roznosząc wszędzie muł dobroczynny. Próżno kapłani składali ofiary i modlili się dniem i nocą, — głód i nędza zagrażały ludnej krainie. Na głównym placu, gdzie rozłożyły się zastępy Arabów, panowała głęboka cisza, jakby wszyscy wymarli. Stojący tylko co kroków wartownicy, oraz cicho snujący się od namiotu do namiotu wojownicy, wskazywali, iż w obozie tym, mimo pozornej ciszy, wre życie, gotowe każdej chwili wybuchnąć. W namiocie Amrego zebrali się przedniejsi wodzowie arabscy na naradę, co czynić? czy ustąpić żądaniom ludu i oddać piękną Fatmę na ofiarę Nilowi?… czy też stawiać mu opór, mogący się zakończyć krwi rozlewem?… Radzą wodzowie, jeden tylko Amru nie przyjmuje udziału w naradach. Siedzi na swojem miejscu, wsparł głowę na dłoni i myśli: „Więc on, niezwyciężony Amru, ma uledz żądaniom tłumu i oddać mu na ofiarę, jeszcze kogo?… Fatmę — ukochaną siostrę swoją… Nie — nigdy.“… Skończyli nareszcie wodzowie swe narady, i postanowili zasięgnąć zdania wielkiego Omara. Chwycił się tej myśli Amru; otucha wstąpiła w niego, i natychmiast, przez umyślnego gońca, wysłał list do Omara, błagając go o radę. Goniec miał polecone pędzić, o ile sił starczy w koniu, nigdzie się nie zatrzymując, i podobnież powracać z odpowiedzią. Tymczasem wzburzenie wśród ludu rosło. Gromadzono się przed obozem Arabów, złorzecząc i wyzywając ich, za każdem ukazaniem się którego bądź z wojowników. Amru jednak pozostał milczącym i nie odpowiadał na pogróżki. Nareszcie na spienionym rumaku nadbiegł wysłany do Omara goniec, i wręczywszy Amremu list, runął na ziemię nieprzytomny. Rozerwał Amru pieczęcie pisma i przeczytał co następuje: „Allach jest jeden i moc jego jest bez „Sługo Boży, Amru. Uczyń ze słomy i gliny postać, na podobieństwo niewiasty, przyodziej ją w bogate szaty, i przeczytawszy poniższe słowa, strąć ją do wody i rzuć za nią pismo.“ Uradował się wielce Amru, rozkazał zaraz czynić przygotowania do uroczystego pochodu i polecił zawiadomić arcykapłana o mającej nastąpić uroczystości. Na drugi dzień zrana tłumy ludu zaległy wybrzeże Nilu, z niecierpliwością oczekując pojawienia się pochodu. Nareszcie od strony obozu ukazał się oddział jeźdźców, w bogatych, różnobarwnych strojach, za niemi kroczyli kapłani, za którymi, otoczony gronem wodzów, jechał na wspaniałym rumaku Amru, poprzedzając lektykę, z siedzącą w niej w bogatych , z zakrytem obliczem, nieruchomą postacią niewieścią. Za lektyką znów postępował oddział jeźdźców. Gromkie okrzyki powitały ten wspaniały pochód; radość tłumu przeszła granice. Wielokrotnie wykrzykiwali imię Amru, sławiąc go we wszelki sposób. Stanął wreszcie orszak w pobliżu umyślnie wzniesionego na falach Nilu pomostu. Dwóch wodzów wyjęło z lektyki wspaniale przybraną postać niewieścią i trzymając ją, weszli wraz z Amrem i arcykapłanem na ten pomost. Powoli tłum ucichł, i arcykapłan, wystąpiwszy na skraj, odmówił przepisane modlitwy; poczem wystąpił Amru, i rozwinąwszy pismo Omara, wygłosił: — Allah jest jeden, a władza i moc jego są bez granic. Jeżeli sam z siebie czerpiesz siły do swojego biegu, to wstrzymaj go; ale jeśli Allah najwyższy panem fal twoich, to błagamy o to Allaha, byś wystąpił z brzegów. Przeczytawszy to pismo, rzucił je wraz z przybraną w suknie niewieście lalką do wody. Zaledwie zdążyli usunąć się z pomostu, gdy w górze rzeki rozległ się głuchy szum i ukazały się spienione fale, z szaloną szybkością pędzące naprzód i zabierające po drodze ze sobą. Przerażony lud rozbiegł się na wszystkie strony, a Nil rozlał szeroko swe mętne fale, roznosząc po polach ił dobroczynny… Odtąd corocznie lalkę z gliny i słomy, wraz z kopją rozkazu Omara, strącają w fale Nilu, wzamian żywej ofiary.

a.

Przed wielu, bardzo wielu laty, w Ojcowskich górach, u podnóża olbrzymiej skały, miał malutką chatkę kmieć Golanek. Stary to był wojak; chadzał on ongi na boje śmiało i ochotnie, i wiele wyniósł blizn, po ranach otrzymanych w bitwach. Aż na starość, sterawszy siły na wojence, straciwszy przytem dwóch synów w boju z pohańcami, zamienił miecz na lemiesz, i jak dawniej wrogów, tak teraz krajał nim ziemię rodzinną. Miał on przy sobie jedyną córkę, Hanię, przezwaną od niego Golankówną. Młoda to była, cnotliwa i cudnej piękności dziewoja, tak, że sława o jej urodzie daleko naokół rozbrzmiewała, ściągając licznych zalotników. Ona jednak obojętnem patrzała na nich okiem, nie wyróżniając z nich żadnego. Mimo to, starając się o jej rękę, zajeżdżali ciągle do chaty Golanka, aż nakoniec, wielu z nich, widząc próżnemi swe zabiegi, zwrócili afekta swe do innych dziewic. Przed chatą Golanka, gdzie przedtem panował ciągły gwar i ruch, zapanowała cisza. Pewnego letniego popołudnia wyszła Golankówna do boru na grzyby, a bory wtedy były takie, jakich teraz napróżno szukać. O parę kroków w głąb była już taka gęstwina, że ani się przedrzyj, a ciemność panowała jak w lochu jakim. Odwieczne dęby i sosny dumnie wznosiły się w górę, rozpościerając naokół olbrzymie swe gałęzie. Pod niemi zaś, dołem, kipiało życie: rozkładały się szmaragdowe kobierce mchów i traw, wiły się krzewiny, przemykała się zwierzyna, i to nie taka jak teraz, lecz same tury, łosie, jelenie, niedźwiedzie, żubry, wilki, nie licząc zajęcy i innej podlejszej zwierzyny, na którą wtedy nikt nawet nie polował. Zaledwie niekiedy, pacholę, ćwicząc się w strzelaniu z łuku, ustrzeliło które. Udała się więc Hania Golankówna do boru takiego na grzyby i zaszła już w głąb spory kawał drogi, gdy naraz u podnóża skały, na której się znajdowała, usłyszała tentent, potem ryk krótki lecz straszny, następnie szamotanie, jakby walkę jakąś zaciętą. Wbiegła śpiesznie na skałę i w dół. Tam przedstawił się jej straszny widok. Ukryty za olbrzymim dębem, w lekkiej, szmelcowanej na czarno zbroi, bez hełmu na głowie, z rozrzuconemi na ramionach bujnemi złocistemi włosami, stał młody rycerz, broniąc się odłamkiem kopji od napaści rozjuszonego tura, który, podrażniony otrzymanemi ranami, z krwią napłyniętemi ślepiami, wyrzucając wysoko racicami ziemię, atakował wściekle pień dębu, po za którym ukrywał się młody rycerz. Słabły coraz bardziej siły junaka, znać to było na pięknem obliczu jego; odłamek oszczepu coraz słabszy dawał odpór, — jeszcze chwila, a tur dopadnie do swej ofiary i w mig rozniesie ją na strasznych rogach. Jednem spojrzeniem objęła Golankówna tą straszną walkę i z nadludzką siłą, bez namysłu, spostrzegłszy leżący opodal olbrzymi odłam skały, posuwała ku brzegowi. Udało się jej wreszcie zrzucić go na dół. Zaświstał głaz w powietrzu i w jednej chwili, tur, trafiony w głowę, padł zmiażdżony. W porę przyszła ta pomoc młodemu rycerzowi, gdyż właśnie wypuścił z osłabłych rąk oszczep, padł na kolana i legł na ziemi zemdlony. Śpiesznie zbiegła ze skały Hania, i podszedłszy ku leżącemu, poczęła go cucić. Ocknął się wkrótce rycerz z omdlenia i ujrzawszy pochyloną nad sobą Hanię Golankównę, domyślił się, że to ona przyszła mu z pomocą. Chciał jej dziękować, lecz spojrzawszy na jej cudnej piękności lice, na wdzięk całej postaci, z zachwytu nie mógł wymówić ani słowa. Po chwili dopiero, słabym głosem zapytał: — Ktoś ty? czyś nie bogini lasu tego?… Zapłoniła się z kolei Hania i odrzekła: — Nie bogini jam żadna, lecz córka kmiecia tutejszego, Golanka. Westchnął rycerz i już nie przemówił ani słowa, wciąż się w oblicze jej wpatrując. Odpocząwszy chwilę, powstał i podpierając się oszczepem, przy pomocy Hani zaszedł do chaty jej ojca. Gościnnie przyjął go stary Golanek; opatrzył mu rany i guzy, nacierając je ziołami uzdrawiającemi i przygotował łoże w świetlicy. On zaś widać coś w umyśle rozważał, gdyż coraz marszczył białe czoło a od czasu do czasu uśmiech rozjaśniał mu oblicze, gdy spoglądał na Hanię. Na drugi dzień zrana zatętniało na drodze i przed chatą Golanka stanęła gromada wspaniale przybranych jeźdźców. Wyszedł przed chatę zdumiony Golanek, a tu najstarszy z przybyszów pyta go, czy nie widział gdzie wojewodzica, który, polując wczoraj w tych stronach, zapędził się za turem i znikł im z oczu. Nie zdążył odpowiedzieć Golanek, gdy z chaty wyszedł ranny rycerz. Zeskoczył wnet z konia wódz, zeskoczyła drużyna, i otoczywszy go kołem, z radością witać poczęli, rozpytując o powód zbłąkania. Poznał wnet stary Golanek, kogo gościł w swej chacie, i ściągnąwszy z głowy czapę, nizkim ukłonem uczcił znakomitego gościa. Rozpowiedział wojewodzic drużynie swą przygodę, poczem, zwracając się do Golanka, rzekł: — Chodźmy, ojcze, do izby; chcę z wami pomówić o tem, co mnie i waszą córkę zrobi szczęśliwymi. Weszli do izby. Prosił Golanek dostojnego gościa, by usiadł, gdy ten naraz, kłaniając mu się nizko, rzecze: — Słuchajcie, ojcze; córka wasza ocaliła mi wczoraj życie, chcę się jej wywdzięczyć; rozmiłowałem się przytem w niej na zabój; dajcie mi ją za żonę, a osadzę ją w zamku i zrobię panią. Zdumiał się Golanek tej mowie, nie rozumiejąc początkowo, czego chce od niego ten rycerz piękny, młody, tak wspaniale przybrany. Gdy zaś zrozumiał, stropił się srodze, zmarszczył czoło, zamyślił się chwilę, i kłaniając się, odrzekł: — Darujcie panie, że wam odmówię, lecz Hanka moja niestworzona na panią; ot, za kmiecia jej iść, równego z nią rodu, domu i dzieci pilnować, nie zaś na zamku siadywać. Wyrzućcie ją z serca i myśli, dostojny panie, gdyż nie wiecie, czy ona was miłuje, i czy rodzic wasz zgodzi się na to. — Ona mnie miłuje! — wykrzyknął wojewodzic i zwrócił się do stojącej niedaleko Hani. Lica jej, blade dotychczas, zalały się purpurą, i gdy wojewodzic poszedł ku niej, podała mu rękę i spuściła oczy, z których strzelał wymowny płomień. Podprowadził ją wojewodzic do ojca, i klękając przed nim, rzekł: — Pobłogosławcie nas, ojcze. Widzicie, że Hania mnie miłuje, musi więc, mimo wszystko, zostać mą żoną. Jadę teraz do ojca, — dodał wstając: — poczem przyjadę na zrękowiny; a gdyby się zgodzić nie chciał… Nie dokończył, lecz widać było, że i bez pozwoleństwa rodzicielskiego miłować ją będzie i na swojem postawi. — Czekajcie na mnie dwie niedziele, — zakończył — a ja wam dam wieści. Pożegnał się z Golankiem, uściskał czule ukochaną, wsiadł na konia, i wkrótce cała gromada jeźdźców zniknęła w tumanie kurzu. Mijał dzień po dniu, cicho i spokojnie, nadszedł ostateczny termin, oznaczony przez wojewodzica. Z utęsknieniem, połączonem z nadzieją i trwogą, wyglądała Hania, czy nie nadjeżdża ukochany; smutniał coraz bardziej Golanek, myśląc o losie córki. Aż nareszcie ostatecznego dnia, na drodze od wojewodzińskiego zamku, ukazał się orszak jakiś wspaniały. Z niepokojem patrzyli nań Golankowie, nie wiedząc, czy dobro, czy zło on im niesie, gdy naraz na spienionym rumaku nadjechał wojewodzic. Zeskoczył z konia i z radością jął witać ukochaną. Za nim nadciągnął orszak jezdnych, otaczających wspaniałą kolasę, wewnątrz próżną. — Ojciec się zgadza i pragnie rychło was zobaczyć, — rzekł wojewodzic — dla tego przysyła swą kolasę, byście mogli natychmiast udać się do niego. Skinął, i wnet służebne, otoczywszy Hanię kołem, zawiodły ją do izby, gdzie wkrótce przybrały ją we wspaniałe szaty, które tak podniosły jej urodę, iż gdy wyszła z chaty, wszystkich czoła pochyliły się nizko przed nią, jak przed królewną. Westchnął ciężko Golanek, słuchając słów wojewodzica, a żal bezbrzeżny ścisnął mu serce. .. Więc on tę jedyną córę swoją oddać musi obcemu. Cóż mu z tego, że zostanie panią, gdy może, z czasem, wyprze się ojca… kmiecia! Nie rzekł jednak ni słowa, widząc radość córki z ujrzenia ukochanego; przeżegnał się tylko, otarł ukradkiem łzę z oczu, wziął obrazek święty, miecz, i wraz z córką wsiadł do kolasy. Orszak zawrócił i wkrótce mała chatka u podnóża skały znikła im z oczu. Wspaniałe weselisko wyprawił wojewoda synowi z Golankówną. Gadki o niem krążyły długo pomiędzy ludem. Udobruchał się z czasem stary Golanek, widząc szczęście córki i że szanują go oboje z mężem, nie wstydząc się kmiecego jego pochodzenia. Chciał wojewoda zatrzymać Golanka przy sobie, lecz ten wkrótce po weselu wrócił do swej ubogiej chaty. Powiększył mu ją wojewoda, upiększył; dodał przytem dużo ziemi, ludzi, koni i bydła i wystawił zabudowania. I żył tak Golanek długie lata, czczony i szanowany przez często nawiedzającą go córkę, wraz z mężem i licznemi wnukami. Lud zaś okoliczny, chcąc uczcić pamięć cnotliwej i bohaterskiej córki, skałę, przy której znajdowała się chata, nazwał „Golanką“, głaz zaś, znajdujący się na tej skale, a którym Hania zabiła tura, „Golankówną“.

'

W całej wiosce nazywano Piotra odludkiem. Bo i rzeczywiście, pomimo, że był najzamożniejszym mieszkańcem małej rybackiej wioski; pomimo że miał największą i najmocniejszą łódź i zazwyczaj obfitszy połów niż drudzy; pomimo, że był młodym i przystojnym chłopcem, tak że niejedna rybaczka, gdy na nią spojrzał, rumieniła się, jednakże nie żył z nikim. Prócz starej krewnej, zajmującej się gospodarstwem domowem, oraz małego chłopca, pomagającego mu, nie miał innego towarzystwa. W karczmie, oraz u sąsiadów nigdy nie bywał, raz tylko, w niedzielę, pojawiał się w kościele na południowem nabożeństwie, poczem zaraz odchodził nad morze. Całą jego przyjemnością było leżeć na wyniosłym brzegu morza i podczas ciszy patrzeć na ciągnącą się w dal siną toń jego. Od czasu do czasu tylko poruszy się ono, wzniesie się fala jedna i druga, uderzy z szumem o brzeg, potem cofa się z powrotem, mrucząc groźnie i rozstępując się kołami coraz dalej i dalej. Czasem na horyzoncie zabieleje żagiel łódki, zdając się być w blaskach promieni słonecznych jakąś plamką świecącą. Przypatrywał się Piotr temu wszystkiemu, przysłuchiwał się szeptom fal morskich, i zdawało się, że je rozumiał. Czasami znów, gdy morzem wstrząsała burza, wsiadał w łódź i z uśmiechem puszczał się w dal, gdzie olbrzymie bałwany wspinały się, jak góry, nacierając na się i z trzaskiem opadając, by znów się wspinać. Wątła łódź, śmiałą kierowana ręką, wpadała w największy wir. Nacierające ze wszech stron fale, zda się, że ją zmiażdżą, — lecz nie, po chwili wypływa ona dalej, cała i nieuszkodzona. Pewnego razu, powróciwszy z połowu, zaraz po wieczerzy, Piotr poszedł nad morze. Księżyc dopiero co wypłynął na niebo, oblewając wszystko naokół bladem, srebrzystem światłem. Piotr, położywszy się na urwisku, wznoszącem się nad piasczystą ławicą, przypatrywał się morzu i skałom, z wierzchu tajemniczem światłem, podczas gdy boki i załamy pozostawały w cieniu. Morze zlekka tylko uderzało falami o brzegi, nic więc nie przerywało ogólnej ciszy. Wkrótce też Piotr, korzystając z tej bezbrzeżnej ciszy, pogrążył się w zadumę. Po pewnym czasie jakieś pluskanie na morzu zwróciło jego uwagę; spojrzał bacznie i ujrzał przybliżające się do brzegu jakieś dziwne istoty, z postaci których trudno było wnioskować, czy to ludzie, czy zwierzęta. Bojąc się je spłoszyć, przyczaił się za kamieniem i patrzał co dalej będzie. Po chwili zagadkowe owe istoty podpłynęły do brzegu i wyszły nań. Otrząsnęły się z wody i wnet opadły z nich okrywające je skóry; siedem młodych, cudnej urody dziewic, w powiewnych szatach, stanęło na brzegu. Rozpoczęły wesołe igraszki i śpiewy. Głosy ich słabe, lecz o pięknym, czystym dźwięku, uczyniły wielkie wrażenie na młodym rybaku. Śpiewały o morzu, o czarach jego i o przyjemnościach pobytu w niem. Oczarowany Piotr słuchał tych śpiewów, aż nareszcie zapragnął przyjąć udział w ich wesołej zabawie. Boczną więc ścieżką, skradając się, aby nie być przez nie spostrzeżonym, podsunął się na wybrzeże i wkrótce stanął wśród rozbawionego grona dziewic. Krzyknęły z przestrachu, go, śpiesznie poczęły naciągać skóry i rzucać się w morze. Kolejno wszystkie pogrążyły się w odmętach, pozostała tylko jedna, której skórę Piotr zdołał pochwycić. Stała przed nim drżąca, blada, ze złożonemi rękami, siostry zaś jej wychylały się z głębin morza i wzywały ją do siebie. — Oddaj mi moją szatę, — prosiła go — a zapewnię ci najobfitszy połów! — Nie, nie oddam ci jej, — odrzekł Piotr — lecz powiedz mi, ktoś ty? — Jam Syrena, najmłodsza córka króla morza, — odrzekło dziewczę — oddaj mi moją skórę, a otrzymasz wszelkie bogactwa, jakie tylko zapragniesz; bez niej nie mogę żyć w morzu. — Skóry nie oddam ci za żadne skarby morza i ziemi, gdyż pragnę posiadać ciebie i musisz zostać moją żoną. — Nie czyń tego; ja nie przeżyję rozłąki z rodziną moją, nie będę mogła żyć na ziemi i wkrótce umrę. — Otoczę cię wszelkiemi wygodami, zastąpię ci rodzinę, wszystko. Chodź teraz ze mną, a z pewnością znajdziesz szczęście. I powiódł z sobą rzewnie płaczącą Syrenę, ukrywszy poprzednio pod płaszczem jej skórę. Siostry jej patrzały czas jakiś za niemi, wołając żałośnie, lecz widząc, że w załomach skał, przestały wołać i pogrążyły się w morzu.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…