Read here

Zamaskowana miłość czyli Nieostrożność i Szczęście

Honoré de Balzac · 1911 · Free in the US

26,318 words · about 1 h 51 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1911 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Zamaskowana_miłość_czyli_Nieostrożność_i_Szczęście&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1911
Length
26,318 words · about 1 h 51 min
Sections
15 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (15)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 55 min
  3. Słówko objaśnienia about 1 min
  4. I about 7 min
  5. II about 4 min
  6. III about 4 min
  7. IV about 5 min
  8. V about 4 min
  9. VI about 6 min
  10. VII about 4 min
  11. VIII about 4 min
  12. IX about 5 min
  13. X about 5 min
  14. XI about 5 min
  15. XII about 2 min

Continue:

Front matter

H. BALZAC.

ZAMASKOWANA MIŁOŚĆ

CZYLI

całość

H. BALZAC.

ZAMASKOWANA MIŁOŚĆ

CZYLI

Nieostrożność i Szczęście.

1911.

Księgarnia E. WENDE i S-ka w Warszawie

(T. Hiż i A. Turkuł).

DRUK. E. NICZ i S-ka, WARSZAWA, NOWY-ŚWIAT 70.

Słówko objaśnienia.

Wydawcy francuscy, puszczając w obieg niniejszą powieść Balzaca, w lat wiele po jego śmierci, czuli się w obowiązku, wytłomaczyć czytelnikom powód tak spóźnionego ukazania się w druku, utworu znakomitego pisarza. Z wyjaśnienia ich dowiadujemy się, że otrzymali rękopis niedawno, od znanego literata Lucjana Aubanela, któremu cenną pamiątkę podarował Maurycy de Talleyrand-Périgord książe de Dino, dołączając szczegóły, odnoszące się do powstania powieści zatytułowanej początkowo przez Balzaca „Nieostrożność i szczęście”. Balzac, bywając częstym gościem w domu księżnej de Dino — matki obecnie żyjącego księcia — postanowił ofiarować jej upominek, jedyny w swoim rodzaju. Napisał więc powieść i dał jej tytuł „Zamaskowana miłość“ i złożył ją w ręce dostojnej swej przyjaciółki. Wykonana na zamówienie Balzaca, artystyczna oprawa wykwintna kosztowna, nosi na sobie ex-libris Biblioteki książąt de Dino. W tej to bibliotece spoczywał więcej niż pół wieku ten oryginalny utwór, czytany tylko przez nieliczne grono najbliższych, a złożony na półkach, w sąsiedztwie niewydanych także rękopisów Alfreda de Musset i Eugeniusza Sue, którzy tak samo ofiarowali byli księżnej swe utwory, jako pełen uszanowania hołd złożony przyjaźni. Właścicielka tych cennych darów, niejednokrotnie opowiadała synowi o ich pochodzeniu pokazując słynną oprawę i wymieniając wszystkie szczegóły, odnoszące się do powstania ofiarowanej jej powieści. Ci co przeczytają ten utwór niezawodnie nie będą się dziwili pochlebnym wzmiankom jakiemi powitano jego zmartwychwstanie. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, wydawcy mogli zasłużyć się swym czytelnikom, oddając w ich ręce nowy skarb literacki, szczątek bogatej puścizny słynnego autora. Zasłużyli się również rozgłośnej sławie literatury francuskiej, wzbogacając ją nieznanem dziełem w wydaniu przystępnem dla ogółu, interesującego się skarbami przeszłości.

I.

Wybiła północ, w całym Paryżu wrzało życie; wszyscy byli w ruchu, wszyscy zdążali na zabawę; był to ostatni poniedziałek karnawału. Leon de Tréval, młody oficer konnicy poszedł na bal Opery. Błąkał się już przeszło godzinę, w tłumie, którego fale płynęły i odpływały w inne strony; nie znał nikogo, nie rozumiał niedorzecznych słów, rzucanych mu przez zamaskowane kobiety, dusił się od kurzu, topił od gorąca, odurzał go pisk nieustający, widm ubranych w czarne domina, i czy to może się nazywać przyjemnością zmierzał już ku drzwiom z zamiarem wyjścia. W tej właśnie chwili weszły do sali dwie zamaskowane kobiety, wyróżniające się wdziękiem ruchów i postawy i wykwintnym strojem; prowadził je pod rękę towarzysz bez maski, bardzo szlachetnej powierzchowności. Pochlebny szmer powitał ich wejście, a gromad- ka młodych trzpiotów, pociągnęła za niemi, sypiąc swobodnemi słówkami. Leon poszedł razem z nimi; zaciekawiony tłum zwiększał się z każdą chwilą i wkrótce kilka masek charakterystycznych, za któremi ciągnęli ciekawi — sprawiło takie zamieszanie, że młodszą z dwóch masek rozłączono z towarzyszami. Obejrzała się wokoło zaniepokojona, szukając opiekuna; wzrok jej padł na Leona, który szedł za nią zainteresowany i pochwyciła go żywo za rękę: — O, proszę cię! — zawołała zalękniona — wydobądź się z tłumu i pomóż mi odszukać moich towarzyszów. — Jestem na twoje rozkazy, piękna masko; nie lękaj się, zechciej pójść ze mną i powierzyć się mojej opiece; osłaniając ją jedną ręką, drugą odsuwał wszystko co stało na drodze, aż udało mu się dostać do sali zegarowej, gdzie posadziwszy ją na ławeczce, chciał pójść po chłodzący napój. — Nie! zostań! — rozkazała maska. Dobrze mi tu. Doprawdy, wstydzę się teraz mojego przestrachu bez przyczyny. — A ja go błogosławię, temu zawdzięczam szczęście, żeś mnie wybrała za opiekuna. — Tak, przyznaję, że mi wyświadczyłeś rzeczywistą przysługę i jestem ci wdzięczna. Błagam cię nawet o dalszą opiekę, i o pomoc w odszukaniu mojego towarzystwa. — Co? Chcesz mnie już opuścić? Ach! choćby tylko w nagrodę, powinnaś mi podarować trochę czasu. — Dobrze! Porozmawiajmy więc w nagrodę — odrzekła wesoło. Usiedli obok siebie i zaczęli rozmowę, która trwała długo, prowadzona w tonie zalotnym; z wielkim dowcipem. Lecz w końcu, ujmująca maska wspomniała, że chce wrócić do swoich towarzyszów. — Któż oni są, ci znajomi? — zapytał Leon, matka, siostra, mąż? — Mąż? Nie! Bogu dzięki! — Nie jesteś zamężna? — Już nie. — Jakto! już wdowa? Jakże cię żałuję! — A któż ci powiedział, że zasługuję na współczucie? Czy to wszyscy mężowie są dobrzy, czy wszyscy mężczyźni tkliwi? Czy jest choć jeden taki, którego wartoby żałować? — O! co za klątwa rzucona na cały ród męzki! Szczęśliwy, stokroć szczęśliwy ten, kto obudzi w twojem sercu uczucie słodsze i sprawiedliwsze! — Dla mężczyzny? Niech mnie Bóg od tego uchowa! — Jakto? Chcesz skazać na wieczną rozpacz wielbicieli, którzy zapewne... — Nie mam wielbicieli; przybywam z innego kraju, — nie znam tu nikogo. — Nikogo? Ach! piękna masko, ja pierwszy zaciągam się na listę i będę zawsze najbardziej oddanym, najwierniejszym... — Najwierniejszym? Wielki Boże! Odejdę zaraz, jeżeli będziesz dłużej przemawiał w takim tonie... — Jakto? Czyż wierność... — Wierność, to łańcuch, który pozornie dźwiga ten, co chce nim skrępować innych. Jestem wolna, zupełnie wolna i wolną chcę pozostać na Niema takiego człowieka, dla którego zmieniłabym swe postanowienie. — A ja nie jestem już wolny, czuję to, lecz się na to nie skarżę; ja sam tylko będę dźwigał okowy; nie możesz zapobiedz, zabronić, żebym cię pokochał, żebym miał nadzieję... — Nie! Nie! nie chcę miłości, nie chcę o niej słyszeć, a nadewszystko nie chcę, ażeby ktokolwiek łudził się nadzieją... — Ależ, masko okrutna! Masko Czegoż więc żądasz? Co trzeba uczynić, by przynajmniej twoją litość sobie zjednać? — Nie trzeba być szaleńcem, ani zwodnikiem nie trzeba przesadzać uczuć, które odczuwa się słabo; nie łudzić się, że romantycznemi frazesami i sztuczną słodyczą, uda się skłonić rozsądną kobietę do zmiany postanowienia; trzeba być uległym, dyskretnym, cierpliwym; czekać aż wyjaśnią się moje myśli, aż moja wola coś postanowi... a może... wtedy... — Może wtedy?.. Dokończ, śliczna masko! rozstrzygnij o moim losie... Będę ci posłusznym; przyrzekam ci milczeć — ulegać — być cierpliwym — przyrzekam wszystko... Mówiąc to Leon, wpatrywał się z zachwytem i nadzieją w przekorną maskę, z poza której wielkie czarne oczy, łagodne i błyszczące, śledziły go uważnie, spokojnie, z uwagą. Nie zwracając uwagi na ton namiętny jego mowy, maska mówiła dalej z zajęciem: — Ta wstążeczka, oznaka waleczności wskazuje, że służysz w wojsku? Leon zmieszany jej spokojem, skinął tylko głową na znak potwierdzenia... — W którym pułku? — Jestem kapitanem w szóstym pułku jazdy — odrzekł z odcieniem niechęci. — Zapewne teraz na urlopie? Czy twoja rodzina tu mieszka? — Nie, moja rodzina, uczciwa, szanowana lecz niezamożna, mieszka daleko, na prowincji. Przybyłem tu z moim pułkiem, i tak samo jak ty, miła masko, jestem niedawno w Paryżu; jak ty, nie znam tu nikogo; jak ty, swobodny, niczem nie związany, z sercem wolnem, przyszedłem tu trafem poto, by postradać serce, wolność, spokój... — I żeby poznać okrutnicę, niewdzięczną istotę, nieprawdaż? Wszystko to są wielkie słowa, używane zwykle w takich okoliczno- ściach. Otóż ja, sprawiedliwsza względem trafu — nieraz łaskawego, — zaczynam przypuszczać, że ten traf oddał mi w tym razie przysługę, i że może... zawdzięczać mu będę jedyne szczęście, którego pożądam w życiu... — Ach! Godna uwielbienia istoto! Czemuż nie mogę upaść do twych stóp i przysiądz, że Leon de Tréval, wdzięczny i uległy, uczyni wszystko, by się odwdzięczyć za tak słodkie wyznanie... a — Wyznanie? — powtórzyła maska. Ach! Więc ja uczyniłam wyznanie?... Otóż to zarozumiałość męzka. — Jakże się nie szczycić tem, czego się pragnie tak gorąco? A teraz ja z kolei zapytam, czy nie będę mógł ujrzeć twarzy tej istoty, która dręczy mnie z upodobaniem? Czy nie będzie mi dozwolone uchylić tej maski zazdrosnej, która zasłania twoje rysy? — A może nawet nieszpetne... — Ach! Niech mi wolno będzie spojrzeć na nie raz tylko, wyczytać... — Czy nie umiesz czytać w moich oczach? — Oczy są czarujące, ale gdyby jeszcze dodać do nich uśmiech... Maska powstała i wyrzekła poważnie już i chłodno: — Nie! Nie zobaczysz mnie nigdy, nigdy nie poznasz, i nie dowiesz się nic o mnie!.. Leon osłupiały stanął: — Czy można zrozumieć podobny kaprys? Nie powinienem więc narzucać się pani dłużej!.. Jak widzę, życzy pani sobie odnaleźć swoich towarzyszów; trzeba ich poszukać... Ale ona przerwała, nie zwracając uwagi na jego gniew! — Leon de Tréval... Tak brzmi twoje nazwisko, nieprawdaż? — spytała rozmarzona. Kapitan w szóstym pułku jazdy? Czy długo jeszcze będziesz w Paryżu? — Ach! Cóż ci na tem zależy, okrutna masko, jeżeli nie chcesz mnie już nigdy więcej widzieć, jeżeli... — A zkądże to wnosisz, że nie chcę cię już nigdy widzieć? Jak niewiele potrzeba, by zamącić sądy panów tego świata! A ja jednak bardzo pragnę cię zobaczyć, tak bardzo, że... — O! mój Boże? Co się z tobą stało, moja droga? — zawołał za nimi głos kobiecy. Szukamy cię od dwóch godzin... Była to towarzyszka pięknej maski. Towarzystwo zeszło się, opowiadając sobie wzajemnie, co się komu zdarzyło. — Jestem wyczerpana zmęczeniem i nudą — mówiła świeżo przybyła maska — i proszę was jak o łaskę: wracajmy! — Jak najchętniej; ja także, o ile mi się zdaje, nie mam tu już nic do czynienia! — Jakto! Już? Tak prędko? — wykrzyknął Leon. Czy pozwolisz mi przynajmniej odprowadzić się do powozu? Maska oparła się na jego ramieniu i poszli za pierwszą parą idącą przodem. — Ach! Przez litość — błagał Leon — dokończmy rozmowy, tak nieszczęśliwie przerwanej... Dokończ tych słów czarujących; a była właśnie mowa o widzeniu się kiedyś; kiedy? gdzie? jak?.. Pomyśl tylko, że za chwilę postradam wszystko, oprócz wspomnienia... Nie zechcesz-że dodać do niego źdźbła nadziei? — Pan więc raczył zapomnieć o gniewie? — Daj pokój docinkom... przez litość. Chcesz mi się wymknąć... A w jakiż sposób mógłbym... — Może być, że przybędę tu znowu, na bal maskowy w półpoście... — Trzy tygodnie! O! bogi nieśmiertelne! Całe trzy wieki! — Tak! za trzy tygodnie! lub nigdy... — Umrę do tego czasu, umrę z niecierpliwości i tęsknoty! — A toby pokrzyżowało bardzo moje zamiary! — Twoje zamiary? Doszli już do drzwi; podjechała kareta, której barwy ani herbu niemożna było rozróżnić w ciemności; murzyn otworzył drzwiczki. — Czy mogę przynajmniej mieć nadzieję, że będziesz współczuć mojej udręce? — Rozumie się, że będę dużo myślała o tobie... Wymawiając te słowa, maska wsiadła lekko do karety i konie ruszyły jak błyskawica. Leon ścigał wzrokiem karetę, która uniosła jego zdobycz i nie chcąc już powracać na bal, poszedł do domu miotany burzliwemi myślami, ze wzruszeniem w sercu, marząc o swej przygodzie i wyrzucając sobie, że nie potrafił nic uczynić, by ją przedłużyć na przyszłość. — Kto ona jest — rozmyślał — ta kobieta czarująca i dziwaczna? Jej szlachetny układ, skromność, duma, wyniosłość obejścia, wyłączają przypuszczenie, żeby to mogła być kurtyzana... Ale czego ona żąda? Dlaczego budzi i gasi moje nadzieje? Żywi jakieś zamiary, dopytuje się o szczegóły mego życia; mówi, że poznanie ze mną, może jej przynieść szczęście... to znowu, że jej nigdy nie zobaczę, że jej nigdy nie poznam!.. Może być, że chciała tylko zażartować ze mnie... Ach! gdybym miał tę pewność, potrafiłbym się pomścić!.. Ale na kim? W jaki sposób? Może nie przyjdzie na ten bal; może już na zawsze straciłem jej ślady... Szkoda, bo jest śliczna, jestem tego pewny... Co za rozkoszna miękkość ru- chów, tej postaci giętkiej i wykwintnej! Jakie piękne oczy, jaki głos ujmujący! Jaki dowcip i urok w jej rozmowie!.. Te trzy tygodnie będą dla mnie bez końca... Trzeba zużytkować ten czas na poszukiwania, odnaleźć jej ślady... A tymczasem trzeba się starać zasnąć... Ale Leon nie mógł spać; wstał wcześnie i natychmiast zajął się poszukiwaniami.

II.

Pierwszy tydzień zeszedł mu na bezustannem przebieganiu ulic, sklepów, widowisk, cukierni, ściganiu każdej kobiety, której postawa przypominała nieznajomą, na tysiącznych pomyłkach, często niegrzecznych, a bez żadnego rezultatu, oprócz przeświadczenia o zupełnej bezowocności wszystkich zabiegów. Zniechęcony już w drugim tygodniu, w trzecim zaczął się zastanawiać czy ma dłużej być igraszką zalotnicy, która może ukrywa się przed nim dlatego tylko, by się cieszyć jego udręczeniem, kiedy otrzymał bilecik, zawierający tylko te słowa: „Pan de Tréval, pamięta zapewne, że oczekują go w czwartek, na balu w Operze, o pierwszej po północy, pod zegarem“. Nadzieja jego ożyła, gdy czytał list. W dniu oznaczonym, zaledwie północ wybiła na zegarze, Leon już siedział na wskazanem miejscu, miotany gwałtownem wzruszeniem i żywą ciekawością. Upłynęła cała godzina, gdy piękne białe domino przeszło przed nim lekko, dało mu znak i zwalniając kroku, żeby się oddalić od swego towarzystwa, oparło się na ramieniu Leona, który przycisnął czule utoczoną rączkę. Uradowany widokiem maski, szczęśliwy i pełen nadziei, malował wymownemi słowy ile wycierpiał, opisywał swoje daremne poszukiwania, swoje obawy, swoją niecierpliwość; maska słuchała spokojnie, ale przerwała mu wkrótce: — Mnie lepiej się powiodło — rzekła — bo dowiedziałam się o tobie wszystkiego, co pragnęłam wiedzieć. — O mnie? — Tak; powiedziałeś mi ścisłą prawdę, a prócz tego dowiedziałam się jeszcze, że potrafiłeś sobie zjednać przyjaźń kolegów i szacunek zwierzchników. Dowiedziałam się, że jesteś uczciwym, nawet względem kobiet — i że dotrzymujesz święcie danego słowa. — To tylko obowiązek; ale mówmy o mojem szczęściu... Jakto? zajmowałaś się moją osobą? Raczysz tak interesować się moim losem, że życzyłaś sobie nawet wiedzieć, czy zasługuję na twój szacunek — że dowiadywałaś się... — Tak, bo to jest potrzebne do moich zamiarów... — Ach! te zamiary! Mam nadzieję dowiedzieć się czegoś o nich... Dokończ, czarująca masko! Pozbądź się nieufności względem szczęśliwego śmiertelnika, którego serce zajęte tobą, czeka tylko jednego słowa, żeby ci się oddać na zawsze! — Byłoby to dla mnie wielkiem zmartwieniem — odpowiedziała żywo. Leon milczał przez długą chwilę. — Ach! — przemówił wreszcie — skończ tę okrutną zabawę. Dlaczego mnie dręczysz ciągłemi zmianami, dobroci i surowości? Dziś jest bal ostatni... Nie spodziewaj się, że potrafisz mi się wymknąć; pójdę za tobą i będę cię ścigał bez wytchnienia, dopóki nie zdobędę pewności, że cię jeszcze zobaczę, że mi wolno będzie złożyć moje serce u twoich stóp, dopóki nie dowiem się, jakie masz zamiary... — O! nie! nie! nie! Muszę pierwej przekonać się o twojej uległości i ostrożności; muszę ci postawić pewne warunki, a słowo honoru, stwierdzone twoim własnoręcznym podpisem, będzie dla mnie rękojmią, że je wypełnisz. — Moje słowo honoru? Mój podpis? — powtórzył Leon trochę zadziwiony, temi wyszukanemi środkami ostrożności i tonem uro- czystym, którym wygłaszano punkta umowy, zawieranej na balu Opery. Spojrzał na towarzyszkę; zachowanie jej zdradzało zakłopotanie i rozmarzenie; widoczne wzruszenie podnosiło szybkim oddechem piersi, zdawało mu się prawie, że pod maską dostrzega rumieniec. Ona także przyglądała się jemu, pomieszana i niepewna. Leon, sądząc, że trzeba ją znaglić do postanowienia większą natarczywością, wyrzekł z zapałem: — Śliczna, niepojęta istoto! Zgadzam się na wszystko, powtarzam przysięgę, złożoną na pierwszym balu, przysięgę na uległość, posłuszeństwo i dyskrecyę; przyjmuję z góry warunki, jakie mi postawisz, jeżeli tylko w zamian, dasz mi zawrotną nadzieję, że cię zobaczę, że będzie moją ta... — Trzeba będzie jednak zgodzić się na to — odparła z roztargnieniem, odpowiadając więcej własnym myślom, niż temu, kto do niej mówił. Ale Leon zwrócił uwagę tylko na jej wyrazy, które go upoiły do reszty. — Ach! to już zbytek szczęścia, czarująca masko! Dopełnij miary twej łaski, i wyjdźmy z natrętnego tłumu; pozwól mi zdjąć tę ohydną maskę, usłyszeć słowo rozkazu i powtórzyć ci swobodniej moje przysięgi i życzenia... Mówiąc to, prowadził ją zlekka ku wyjściu; lecz ona zatrzymała się nagle, wysunęła rękę z pod jego ramienia i odzyskując wyniosłość, która widocznie stanowiła jej wrodzoną cechę, powiedziała spokojnie i zimno: — Jesteś pan w błędzie, panie de Tréval; pańskie niedyskretne uniesienia i próżne zapewnienia, obrażają mnie i rażą. Nie jestem — chciej mi wierzyć — tem, za co ośmielasz się mnie uważać, i mam prawo wymagać od ciebie więcej względów, ostrożności i delikatności. Ale przebaczam ci tę pomyłkę, do której mogło cię upoważnić — przyznaję — dziwaczne moje postępowanie; lecz musisz poddać się wszystkim moim wymaganiom; jutro otrzymasz odemnie wiadomość i dowiesz się o moich warunkach, a do tej chwili, uzbrój się w cierpliwość i rezygnacyę. Wyrzekłszy to, rzuciła się w tłum, chcąc mu się wymknąć, ale on pogonił za nią spiesznie. — Nie! Nie puszczę cię! — zawołał. Nie odejdziesz tak odemnie, okrutna! Rozpalasz moje serce, rozbudzasz wyobraźnię, poto tylko, ażeby mnie opuścić... — Odprowadź mnie więc do karety — powiedziała rozkazująco. Pochwycił jej rękę i rozpoczął na nowo błagania i żale, nie otrzymując wcale odpowiedzi. Wierny murzyn stał przy drzwiach; nieznajoma wskoczyła do powozu, mówiąc do Leona: — Do jutra! Licz na moją obietnicę. — Pozwól mi przynajmniej odwieźć się teraz! — zawołał, gotów wskoczyć na stopień karety... — Zamknij drzwiczki i jedźmy! — wyrzekła stanowczo. Murzyn spełnił rozkaz; z przed oczu Leona znikła kareta i ta, która była celem jego marzeń.

III.

Łatwo się domyślić, z jaką niecierpliwością Leon oczekiwał jutra. Ileż razy wracał do domu, spodziewając się zastać list przyrzeczony? Jakże się ucieszył, gdy go otrzymał! Ale z jakiem zdziwieniem przeczytał treść listu? „Pan de Tréval, wczoraj wieczorem wyrażał gorące pragnienie zobaczenia osoby ubranej w białe domino, z którą rozmawiał na balu Opery; przyrzekał poddać się wszystkiemu, czego ona będzie żądała w zamian. „Oto warunki, pod jakiemi pan de Tréval może mieć nadzieję osiągnięcia tego, o co prosił z takiem naleganiem: „1-o. Pan de Tréval będzie jutro, o północy, u siebie w domu; zaufany człowiek, którego już widział, przyjdzie po niego, zabierze go do powozu, i zawiezie do miejsca prze- znaczenia; ale pan de Tréval musi zgodzić się na to, że mu zawiążą oczy. „2-o. Nie będzie o nic pytał swego przewodnika, nie będzie próbował go przekupić (co zresztą byłoby bezskuteczne), lecz pójdzie za nim z zupełną uległością. „3-o. Musi przyrzec, że będzie zachowywał się cicho, że nie dopuści się żadnego wybuchu, że nie będzie się uskarżał na ciemności, że nie będzie żądał od osoby, którą tam zastanie, ażeby przerwała milczenie, które postanowiła zachować. „4-o. I, że wreszcie, kiedy przewodnik przyjdzie po niego, pozwoli się odprowadzić do powozu i odwieźć do domu, z zachowaniem tych samych ostrożności, nie czyniąc daremnych poszukiwań; że będzie czekał cierpliwie na wyjaśnienia, które interesowana osoba nadeśle mu, do czego zobowiązuje się uroczystą przysięgą. „5-o. Jeżeli pan de Tréval, zgadza się na te warunki, niech napisze u dołu tego papieru, że je przyjmuje, niech położy pod tem swój podpis i odda list w kopercie do swego odźwiernego, gdzie po niego zgłosi się posłaniec.” Przeczytawszy to osobliwe zawiadomienie, zdziwiony Leon, siedział długo jak skamieniały, wydany na łup sprzecznych myśli, miotany różnorodnemi uczuciami. Jak tu pogodzić uroczyste środki ostrożności, tego dziwacznego układu, z wyjaśnieniami, jakie mu przyrzekano? Jak pogodzić te propozycje, ze szlachetnem obejściem, z tonem zimnym i przyzwoitym nieznajomej maski? Powtarzał sobie, że byłoby szaleństwem i nieostrożnością podpisać podobny układ, wikłać się w tak nieprawdopodobną awanturę... a jednak, wdzięczna postać pięknej maski stała mu ciągle w oczach, brzmiały w pamięci echa ożywionej rozmowy na balu, i sam kontrast tej jej dumy i słabości, podniecająca niezwyczajność położenia, podrażniona ciekawość, miłość własna wchodząca w grę, wszystko to razem składało się na nieprzezwyciężoną pokusę. Pomyślał przez chwilę, że nawet niebezpieczeństwo może grozić w tej wyprawie z nieznajomym przewodnikiem do nieznanego miejsca, jeżeli zwiąże się słowem honoru, i wystawi na wszystkie możliwe przygody... Ale to niebezpieczeństwo, stanowiło jeden urok więcej. — Nie! — zawołał w końcu — nie cofnę się! Można zdobyć się na krok szalony, za tak czarującą nagrodę, jaką mi obiecują. Pochwycił pióro mądry Kato i jak szaleniec podpisał: „Przyjmuję wszystkie warunki, które mi postawiono i zobowiązuję się słowem honoru wy- pełnić je sumiennie. Proszę tylko o pozwolenie zabrania ze sobą mojej szpady.“

List zabrano tego samego wieczora, a nazajutrz rano, Leon otrzymał krótki bilecik, zawierający tylko te słowa: „Wolno zabrać szpadę; ale honorowi i bezpieczeństwu pana de Tréval nic nie zagraża.“ Nigdy jeszcze dzień nie trwał tak długo. Od dwóch już godzin Leon ubrany, przechadzał się wielkiemi krokami po pokoju, kiedy usłyszał ze wzruszeniem turkot powozu, zatrzymującego się przed domem. Pochwycił szpadę, zbiegł po schodach i zastał na dole murzyna, który wsadził go do karety i z uszanowaniem, poprosił łamanym językiem, o pozwolenie zawiązania oczu. Leon nie opierał się. Powóz, po długiej jeździe, zatrzymał się na rozkaz murzyna, który pomógł Leonowi wysiąść i poprowadził go pieszo z jakie sto kroków. Weszli potem do domu po kilku schodach, Leon minął kilka obszernych pokojów i wszedł do pokoju przepełnionego miłym zapachem; wtedy zdjęto mu z oczu przepaskę, a rozejrzawszy się w około zobaczył, że jest w ciemnym pokoju, z którego drzwi prowadziły do wykwintnego buduaru, oświetlonego alabastrową lampą. Murzyn, stojący obok niego, ze ślepą latarką w ręku, wskazał mu drzwi do buduaru i wyrzekł cicho: — Honor i milczenie. I znikł natychmiast. Leon odpina szpadę i idzie z pośpiechem... Kobieta... Jego nieznajoma! w skromnym negliżu, z twarzą zakrytą gęstą zasłoną w postawie napół leżącej na sofie... Leon rzuca się de jej stóp. — Jakże jestem szczęśliwy! — woła. Ale co widzę? Czy zawsze chcesz przedemną ukrywać swe oblicze? Przez litość! Dość już tajemnic! Dość zasłon! Wyciąga rękę, by odchylić zasłonę, a nieznajoma nie powstrzymuje jego ręki... Lecz w tej chwili gaśnie lampa... Leon uszanował tajemnicę... Nie przerwał nakazanego milczenia. Szczęście jego przeszło wszelkie oczekiwania, i nawet nie pomyślał o złamaniu danych zobowiązań. Czas płynął szybko i noc już była późna, gdy w pokoju rozległ się szmer jakiś. Otworzyły się ukryte w ścianie drzwiczki i Leon został sam... Wnet ukazał się murzyn i z wielkiem uszanowaniem poprosił, by Leon pozwolił zawiązać sobie oczy i raczył pójść za nim. — Nie! — odpowiedział Leon z uniesieniem. Nie wyjdę ztąd, dopóki nie zobaczę tej istoty czarującej... dopóki nie otrzymam... Ale przerwał mu głos kobiecy, wymawiający w pobliżu dwa tylko wyrazy: „Honor i milczenie!“ Leon zwrócił się w tę stronę zkąd głos dochodził, ale dotknął tylko ściany, a w niej namacał drzwi zamknięte. Przez szparę drzwi ujrzał oddalające się światło, które wnet znikło. — Okrutna! — wyrzekł z cicha. Zatrzymaj się na chwilę... Jedno słowo tylko!... — Honor i milczenie! — powtórzył murzyn stanowczo. — Tak! — wyrzekł Leon ze smutkiem, honor nakłada na mnie więzy... przyrzekłem... Poddaję się... Mam nadzieję, że idąc za moim przykładem, z równą uczciwością i druga strona dotrzyma danej obietnicy... Zawiązano mu oczy. Leon prowadzony przez murzyna wyszedł i wsiadł do powozu. Wkrótce był już w domu, gdzie miotany naprzemian wzruszeniem, rozkosznemi wspomnieniami i gwałtownym żalem, uszczęśliwiony, niespokojny, szalenie rozkochany — zadawał sobie pytanie, czy to wszystko nie było snem tylko i — zasnął — by ten sen snuć dalej w sennem marzeniu.

IV.

Ale któżby zdołał odmalować jego niepokoje, jego udręczenia, kiedy upłynęło kilka dni, potem tydzień, dwa — trzy, a on nie otrzymał żadnej wieści od swej nieznajomej, która nie raczyła się nawet postarać o uspokojenie jego niecierpliwości. Myśli miał dręczące. — Co znowu! — mówił sobie. Więc odwołano się do mego honoru, do mojej prawości, jedynie dla zadowolenia przelotnego kaprysu kobiety bez zasad, kobiety złych obyczajów? Ale nie. Jestem niesprawiedliwy, niewdzięczny... Czułem przecież bicie jej strwożonego serca... O! moja cudna kochanko! czemu się chronisz przed moją miłością? Czemu wyniosłaś mnie na szczyt szczęścia, poto by zepchnąć w przepaść? Czy wspomnienie tych chwil, które przepełnia moją duszę i burzy spokój, nie ma żadnej władzy nad tobą? Leon, przemawiając tak często do nieobecnej, a tajemniczej kochanki, otrzymał wreszcie list, jakby w odpowiedzi na wezwanie. Poznał to samo pismo, które skreśliło poprzednio warunki spotkania, i otworzył list drżąc cały. Treść była taka: „Ileż twoich złudzeń muszę dziś rozproszyć! I zgasić nadzieję szczęścia! I rozwiać tyle uroków! Sądzisz, że jesteś zwycięzcą, a dowiesz się, że uległeś tylko cudzej woli, że twoja miłość własna chełpiła się swą niezwalczoną przewagą nad słabą kobietą — a w rzeczywistości, ty byłeś tylko posłuszny jej rozkazom. Oczekujesz niecierpliwie chwili, kiedy ją znowu zobaczysz, kiedy ją poznasz, kiedy jeszcze swoją władzę nad nią, wśród nowych miłosnych uniesień z twojej, a nowej słabości z jej strony... lecz ta chwila nie nadejdzie nigdy; pomiędzy tą kobietą a tobą — wszystko skończone. „Ale twoja prawość — delikatność twego postępowania — zasługują na pewną wdzięczność z mojej strony; i okażę ci ją najlepiej, wtajemniczając cię w moje zamiary, które tak bardzo cię zaciekawiły, i wyjaśniając ci powody mego postępowania, które może ci się wydawać dziwacznem, nieostrożnem nawet, ale którego — dzięki tobie — nie będę miała powodu żałować.” „Źle dobrany związek małżeński w którym zaznałam tylko nieszczęścia, upokorzenia, niesprawiedliwości i tyranii, natchnął mnie nieprzezwyciężonym wstrętem do złowrogich więzów, które krępując słabszą stronę, wzmacniają silniejszego i uprawniają jego niesprawiedliwość. Odzyskawszy wolność w dwudziestym piątym roku życia, bogata, niezależna, poprzysięgłam sobie, że pozostanę wolną, ale wkrótce zrozumiałam, że tę wolność trzeba okupić ofiarą najsłodszych uczuć; rozglądając się wokoło, nie widziałam nikogo, ktoby potrzebował mojej miłości, moich starań, ktoby mnie kochał i mówił mi o swem przywiązaniu... Ogarniał mnie coraz większy żal, że nie jestem matką i w końcu, ten brak stał się dla mnie prawdziwą zgryzotą... Zrodzona pod gorącem niebem, wszystko odczuwam żywo, duszę mam płomienną... Cóż ci więcej powiedzieć?.. Oto powzięłam dziwny zamiar; cieszyć się rozkoszą macierzyństwa, nie nakładając na siebie więzów, których nienawidzę... Nie sądź jednak, że jestem pozbawiona moralnych zasad, że konieczne prawa społeczne uważam za przesądy; nie! szanuję je — a jeżeli uchyliłam się od nich ten jeden raz — jedyny — to dlatego, że wyjątkowe okoliczności, dają mi możność ocalenia pozorów i mojej dobrej sławy. Projekt ten, zrazu niewyraźny, zajmował mnie coraz silniej, rozmyślałam nad nim ciągle; wyznaję nawet, że romantyczna jego strona, dodawała mu jeszcze uroku w moich oczach... Myśl ta opanowała mnie zupełnie. Wiesz teraz, w jaki sposób udało mi się wykonać ten plan, i że tobie zawdzięczać będę jedyne szczęście, którego mi brakowało. Miałam z początku zamiar pozostawić cię w nieświadomości, ażebyś łatwiej mógł zapomnieć; ale zmieniłam postanowienie, zrozumiawszy po namyśle, że winna ci jestem wyjaśnienie. Zresztą, jeżeli spełnią się moje życzenia, jeżeli umrę, zanim istota, będąca przedmiotem moich starań, zdoła się obejść bez opieki... Pozostawię jej cały majątek, ale sądzę, że nie mam prawa pozbawiać jej naturalnego opiekuna. Bądź więc pewny, że gdziekolwiek powoła cię obowiązek, otrzymasz — gdy nadejdzie czas — pierścionek napół przepiłowany, z wyrytą datą urodzin dziecka — jeżeli w oczku pierścionka znajdziesz brylant, będzie to znakiem, że urodził się syn, jeżeli szmaragd — to dziewczynka. Druga połowa pierścionka dostanie się dziecku, w razie mojej śmierci, ze wskazówkami gdzie ma ciebie szukać; gdy ci odda ten pierścionek, przystający do twojej połowy, nabędzie tem prawo do twojej opieki, a szacunek jaki dla ciebie powzięłam, daje mi pewność, że nie odwoła się do niej napróżno. Żegnam cię, Leonie! Żegnam na zawsze! Nie czyń nic, ażeby mnie odszukać; byłoby to napróżno, bo wyjeżdżam wkrótce. Zapomnij o dziwacznej istocie, której nie znasz, której nie poznasz nigdy; zapomnij o śnie tej jedynej nocy, która nie powtórzy się już nigdy... Bądź szczęśliwy, jak tego pragnę, a serce moje radować się będzie twem szczęściem...” „Bądź szczęśliwy!” — wykrzyknął z gniewem Leon rzucając list. Szczęśliwy! — kiedy mi oznajmia na zimno, że jej nigdy nie zobaczę, kiedy mi daje poznać całą wartość tego, co postradałem na zawsze! Ale niech się nie łudzi, że zdoła mi się wymknąć! Należy już do mnie i sama zadzierzgnęła węzeł, który nas łączy... Czy poto tylko, ażeby go rozerwać? Tak! Będę jej szukał — będę ją ścigał wszędzie! Dopomnę się o moje prawa... Nie zdoła się od nich uchylić... Lecz po chwili namysłu westchnął: — Niestety! Zapominam, że ona wyjeżdża... Może powraca do swej ojczyzny i niezmierzony ocean nas rozdzieli... Ach! Jakże jestem nieszczęśliwy! Czemuż poszedłem na ten bal? Czemuż byłem tak szalony, że przyjąłem jej zdradzieckie warunki? Nagła strata nadziei, tak głęboko dotknęła Leona, że chorował przez dni kilka. Gdy już mógł wychodzić, zaczął gorliwie prowadzić poszukiwania, ale sam obcy w Paryżu, nie miał sposobów dopięcia celu i wkrótce musiał powrócić do bezczynności, trawiony żalem i tęsknotą najgorszą ze wszystkich cierpień; nadała ona nawet jego charakterowi odcień melancholii, który mu już pozostał na zawsze. Wychowany w uczciwych zasadach, wśród uczciwej rodziny, Leon nie wiódł nigdy rozpustnego życia obozowego; nauka i obowiązkowe zajęcia wojskowe, męczące i zaszczytne kampanie w jakich brał udział, nie zostawiały mu czasu na trwałe stosunki miłosne; zdolny do głębokiego przywiązania, nie kochał nigdy, więc to pierwsze wrażenie tem głębsze pozostawiło ślady. I kiedy traf szczęśliwy dał mu spotkać kobietę, której dodawała jeszcze uroku tajemnica, jaką się osłaniała — ta kobieta zniknęła jak cień. Leon zostanie może ojcem, a nie będzie mógł nigdy uścisnąć tego dziecięcia, z którem łączył się obraz tak mu drogi, obraz, którego nigdy już nie ujrzy! Myśli te dręczyły go bezustannie; ale odczytując ciągle list, odnalazł w nim ostatecznie jakiś błysk nadziei. Nie przepadła jeszcze całkowicie nadzieja ujrzenia nieznajomej; tajemniczy pierścionek, o którym ona wspominała, ten znak gorąco pożądanego zdarzenia — ten pierścionek, nie byłże węzłem pomiędzy nimi? Jeżeli tak się wszystko układa, ażeby dziecko mogło odnaleźć kiedyś ojca, los i życie tego ojca, nie są też zupełnie obojętne, a myśl, że ta niewi- dzialna, a uwielbiana, zajmuje się jego losem, przyniosła już pewną pociechę zrozpaczonemu. Ale spotkało go nowe zmartwienie; pułk jego otrzymał rozkaz wymarszu do małego miasteczka w północnej Francyi, a Leon, wychodząc z pułkiem, wpadł znowu w rozpacz. Opuszczając Paryż, tracił ostatnią nadzieję odkrycia śladów tej, której szukał, i sam mógł łatwiej zostać zapomniany, gdy zapadnie w głęboką prowincyę; poselstwo oczekiwane z taką niecierpliwością, mogło go tam nie dojść. Musiał jednak wyjechać — a pobyt w małem miasteczku, bez żadnego towarzystwa, bez żadnej rozrywki, oprócz samotnych przechadzek, nie pomagał do rozproszenia smutnych myśli Leona.

V.

Kiedy Leon, rozpamiętywał swe troski na smutnem wygnaniu, i liczył niecierpliwie miesiące, które miały upłynąć do chwili nadejścia zapowiedzianego poselstwa, jego nieznajoma spędzała także czas na ustroniu, lecz w ślicznej miejscowości, położonej na drodze z Tours do Bordeaux, oddając się z całym zapałem płomiennej wyobraźni, rozmyślaniom nad słodkiem szczęściem, jakie zdobyła. Wszystko było dla niej nowością, wszystko ją cieszyło w niezależnem życiu, jakie wiodła. Urodzona na Martynice, wychowana na wsi między niewolnikami, młoda Elinor, w szesnastym roku życia, nie znała żadnego skrępowania, oprócz woli pobłażliwych rodziców surowego prawa towarzyskiego, zbawiennego przymusu, nigdy jej nie hamowały. Ale jej piękność, zaczynała być głośną i wzbudziła zachwyt w panu de Roselis, naj- bogatszym plantatorze na Martynice. Oświadczył się o rękę młodziutkiej Elinor, a jego bogactwo tak olśniło ambitnych rodziców, że oddali mu córkę bez wahania. Pan de Roselis, człowiek czterdziestoletni, był piękny, lecz charakter miał niegodziwy i nikczemny. Dawniej zarządzał plantacyą, która z czasem stała się jego własnością; nigdy z niej nie wyjeżdżał, a nawyknienie do despotycznych rządów, rozwinęło w nim rozmaite wady, towarzyszące zawsze nieograniczonej niczem władzy i życiu pędzonemu w odosobnieniu od ludzi. Podejrzliwy, gwałtowny, bez żadnych zasad, zepsuty, cieszył się zrazu, że jego żoną została najpiękniejsza w kraju panna, lecz wkrótce, zachował dla niej jedynie uczucie niskiej zazdrości, dręczył ją z całą srogością despotycznego charakteru. Elinor otoczona niewolnicami, wśród których było dużo ulubienic jej męża, musiała znosić od nich różne ubliżenia; jej dusza wrażliwa i dumna przepoiła się głęboką urazą i powzięła dla wszystkich mężczyzn nienawiść i wzgardę, na którą zasługiwał ten jeden, dobrze jej znany. Rodzice jej pomarli ze zmartwienia, widząc, że skazali na taką niedolę jedyną córkę, a mąż, przesycony życiem, którego wszystkie rozkosze wyczerpał, wybierał się właśnie do Francji, gdzie już złożył kapitały na nabycie ziemskiej posiadłości, kiedy zaskoczyła go śmierć podczas rozpustnej orgii. Piękna Elinor de Roselis została w dwudziestym piątym roku wdową, najbogatszą w całej kolonii, lecz obrzydł jej kraj, w którym doznała tylu nieszczęść, i dlatego postanowiła spełnić zamiar męża i osiedlić się we Francji. Przyjaciółka jej z lat dziecinnych, pani de Gernancé, szczęśliwsza w swym związku małżeńskim od Elinory, postanowiła również przenieść się do Francji; wynajęły więc wspólnie statek i pani de Roselis, powtórzywszy na grobie rodziców przysięgę, że żadnemu mężczyźnie nie da nigdy prawa do rozrządzania swoim losem, wsiadła na statek, tworząc tysiące projektów, ciesząc się różowemi nadziejami. W pierwszych latach swego nieszczęsnego, małżeńskiego pożycia, pani de Roselis martwiła się bardzo brakiem dzieci i dopiero z czasem pogodziła się z tem, skutkiem obawy, jaka się w niej zrodziła, żeby jej dzieci nie odziedziczyły wad męża, które sprawiały jej tyle cierpień. Ale żal ocknął się z nową siłą, wśród uciech odzyskanej wolności; samotna bez rodziców i rodziny, bez żadnego uczucia w sercu, w chwili wyjazdu do obcego kraju, gdzie nie znała nikogo, zrozumiała, że niezależność nie jest jeszcze pełną szczęścia, i że każdy potrzebuje mieć jakiś cel, wiążący go do życia. Widok dzieci przyjaciółki, otaczających ją podczas podróży, zwrócił jej myśli w danym kierunku, a biorąc udział w ich zabawach, pieszcząc je, pieszczona wzajem przez nie, powzięła poraz pierwszy dziwaczną myśl, którą wprowadziła potem w wykonanie. Długa podróż, dała jej sposobność do obmyślenia całego planu w taki sposób, żeby uniknąć poważnych niebezpieczeństw, jakiemi zagrażał; coraz więcej zachwycona swym projektem, w miarę jak się rozwijał w jej myślach, rozmyślała wyłącznie o nim, wylądowując na ziemię francuską, w Bordeaux. Po krótkim tam pobycie, pojechała z państwem de Gernancé do Paryża, gdzie mieli spędzić zimę. Wiemy już z jaką nieostrożnością, i z jakiem powodzeniem wykonała szalony zamiar, i jak szczęśliwie los jej posłużył, stawiając na jej drodze Leona de Tréval, którego uczciwość i honor, ocaliły ją od niebezpieczeństwa na jakie się wystawiła. Nie chcąc przypuścić do tajemnicy nikogo, oprócz wiernego murzyna, poleciła mu w przerwie między jednym balem a drugim wynająć na odległem przedmieściu domek, który urządziła odpowiednio. Ukryta sprężyna do zgaszenia lampy — drzwiczki ułatwiające ucie- czkę — wszystko było obmyślone przezornie w tym planie, bynajmniej nie przezornym. Ponieważ mieszkała w jednym hotelu ze swymi towarzyszami podróży, umiała ich wprowadzić w błąd, zapowiadając, że wyjedzie na wieś nazajutrz po balu. I w oznaczonym dniu, wbrew namowom przyjaciół, pożegnała ich i wyjechała z murzynem, ale tylko do najętego domku na przedmieściu. Całą służbę wysłała na wieś, o kilka godzin wcześniej, i dzięki temu wszystko poszło według jej życzenia. Po tej schadzce przygotowanej tak starannie, pozostała jeszcze pewien czas w ukryciu, w tym samym domku; ztamtąd napisała ten list, który tak zmartwił Leona i w kilka dni później wyjechała na wieś. Przybywszy tam, postarała się rozpuścić w okolicy wiadomość, że mąż jej, chory w chwili odjazdu, umarł na statku w czasie przeprawy; żałobne ubranie potwierdzało jej słowa. Dawała też do zrozumienia, że pozostała jej nadzieja posiadania dziecięcia z tego związku; po upływie kilku miesięcy, nadzieja ta zamieniła się w pewność, widoczną dla wszystkich, i pod koniec jesieni, pani de Roselis, ku wielkiemu swemu uszczęśliwieniu, wydała na świat córkę, którą wychowywała w zamku. Z jakiem uniesieniem radości, przytulała do serca to dziecię, całe swe szczęście, cel wszystkich uczuć! — Będziesz mnie kochała — mówiła do niego. Tak, będziesz mi wdzięczną za moje starania, za miłość, którą cię otoczę; będę żyła dla ciebie tylko, nie obawiając się opuszczenia i niewdzięczności, za moje poświęcenie... Mam wreszcie na świecie kogoś, z kim mnie łączą najsłodsze, najsilniejsze węzły, mam nadzieję, że twoje niewinne pieszczoty, twoja dziecięca wesołość, wystarczą do mojego szczęścia... Było też zupełnie naturalnem, że wśród uniesień tej niezaznanej dotąd radości, ożyło wspomnienie tego, któremu ją zawdzięczała: Pani de Roselis myślała jak szczęśliwym czułby się Leon, gdyby mógł ujrzeć to dziecię i przypomniała sobie daną mu obietnicę, zawiadomienia go o przyjściu na świat dziecka. Wysłała więc murzyna do Paryża, żeby tam kazał zrobić pierścionek według ułożonego planu. Dała mu nakaz wywiedzenia się w ministerjum wojny, gdzie przebywa pułk Leona i pojechania natychmiast do niego z wiadomością. Murzyn miał oddać pierścionek osobiście i odjechać zaraz, nie dając panu de Tréval czasu na pytania. Poseł spełnił dane polecenia roztropnie i dokładnie.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…