Front matter
D ALEKSANDER CZOŁOWSKI
WYSOKI ZAMEK
Z 19 RYCINAMI W TEKŚCIE
całość
D ALEKSANDER CZOŁOWSKI
WYSOKI ZAMEK
Z 19 RYCINAMI W TEKŚCIE
WE LWOWIE 1910 NAKŁADEM TOWARZYSTWA MIŁOŚNIKÓW PRZESZŁOŚCI LWOWA
CZCIONKAMI DRUKARNI
LUDOWEJ WE LWOWIE
WYDAWNICTWO TOWARZYSTWA MIŁOŚNIKÓW PRZESZŁOŚCI LWOWA IX. i X. SKŁAD GŁÓWNY W KSIĘGARNI GUBRYNOWICZA I SYNA WE LWOWIE
I.
śród zabytków starego Lwowa, które na zawsze znikły z widowni, niepoślednie miejsce zajmuje Wysoki Zamek. Strażnica niegdyś widna z daleka i sama daleko patrząca, schronienie i obrona całej okolicy podlwowskiej, wypełniał ów zamek murami swymi i basztami przez wieki krajobraz Lwowa, tak samo jak i dzieje jego. Był stróżem zbrojnym miasta, tarczą ochronną, ale i więzieniem zarazem, był otuchą tym, co patrzyli na strome jego, zda się niezdobyte zbocza, a nieraz i chmurą czarną nad wolnościami miejskiemi. Szary, posępny, wichrem jęczący, patrzył Wysoki Zamek na rozsiadłe u stóp jego miasto, na jego życie i sprawy, sam tajemnice swoje w lochach i murach chowając. I zrósł się ze Lwowem, świadek jego złotych czasów i potęgi i nędzy czasów późniejszych. Wszystkich wrogów jego widział i wszystkich przyjaciół, a niszczał i w gruzy opadał razem z miastem. Tylko, że nie danem mu było doczekać odrodzenia Lwowa. Czas i ręka ludzka zniszczyły go prawie bez śladu. Dziś tylko nazwa góry, a na jej szczycie mały szczątek rozsypującego się muru obok kopca Unii Lubelskiej — oto wszystko, co z dawnej, głośnej pozostało warowni. Pozostało nadto wspomnienie jej dziejów, znanych dotąd tylko w ogólnych, często fantastycznych zarysach. A dzieje te, to część rycerskich dziejów miasta, które pisane krwią i orężem, poświęceniem i męstwem, tak chlubnie uwieczniły się na kartach Polski. Z okruchów archiwalnych, o ile je dało się zebrać mozolnie, pragniemy przedstawić obraz przeszłości Wysokiego Zamku. Zamyka ją okres pięciu wieków, od założenia przez Kazimierza Wielkiego do zniszczenia wskutek sypania kopca. Nim jednak z woli wspomnianego króla, który powtórnie zakładał Lwów, wzniósł się ów zamek na górze, miała ona długą już przeszłość za sobą, którą trudno pominąć, bo to dzieje pierwotnego grodu lwowskiego, sama zaś „góra zamkowa“, to miejsce, które swem kształtem i położeniem zadecydowało o powstaniu Lwowa, było pierwszą jego kolebką, warownią i zawiązkiem przyszłego rozwoju. W pomroce wieków giną pierwotne dzieje tej góry, to pewne atoli, że w najstarszej, przedhistorycznej już dobie, pierwotni mieszkańcy tych stron, nieznający jeszcze użytku kruszców, klecili na niej swe sadyby, żyli i grzebali swe szczęty. Dowodem tego kamienne narzędzia, czerepy z naczyń, urny napełnione niedopalonemi kośćmi i t. d., odkryte przy sypaniu kopca, pod fundamentami Wysokiego Zamku. Początkowe to osadnictwo nie mogło być trwałe. Kotlina lwowska z swą odosobnioną górą nie miała przedewszystkiem tych warunków ułatwionego bytu, za jakimi człowiek od najstarszej doby oglądał się zawsze. Warunki takie znajdował nie w górach, puszczach lub stepach bezdrożnych, lecz nad brzegami wód. Woda bowiem była karmicielką, rzeki naturalnym gościńcem wśród leśnej gęstwiny, a nadbrzeża rzeczne najwygodniejszem miejscem dla osady. Tego właśnie brakowało kotlinie lwowskiej, tworzącej ustroń zaciszną wśród borów i bagnisk, zdala od brzegów wód i rzek. Długo pozostała taką. Minęły wieki. Na obszarach ziem przedkarpackich utworzyły się pierwsze organizmy państwowe: lechickie czyli polskie na zachodzie, ruskie na wschodzie. Od tej chwili występuje na widownię dziejową i ziemia, obejmująca mniej więcej dzisiejszą Galicyę wschodnią. Pierwszą wzmiankę o niej przekazał nam najstarszy kronikarz ruski, Nestor: „W roku 981 — — wyruszył Włodzimierz na Lachów i zabrał grody ich Przemyśl, Czerwień i inne“. Powyższemi słowami stwierdził więc dobitnie, że pierwszymi posiadaczami tej ziemi byli Lachowie czyli Polacy. Dopiero w owym 981 r. Włodzimierz, a był nim książę kijowski, Włodzimierz Wielki, zdobył ją i przyłączył do Rusi. Stało się to więc w czasie, gdy w Polsce panował Mieszko (Mieczysław) I., który zajęty właśnie rozpaczliwą walką z Niemcami, nie mógł przeszkodzić utracie swych grodów, zwanych odtąd „czerwieńskimi“, a kraj Rusią Czerwoną. Polska nie zrzekła się łatwo utraty tak znacznego obszaru ziem. Bolesław Chrobry († 1025), a następnie Bolesław Śmiały († 1079) odzyskali ponownie „grody czerwieńskie“, ale na krótko. Z końcem XI. wieku Ruś Czerwona, odłączywszy się od Kijowa, utworzyła odrębne księstwo pod własnymi książętami z dynastyi Rościsławiczów, następnie zaś Romanowiczów, z stolicą początkowo w Przemyślu, później w Haliczu. W ciągu tego ruskiego okresu coraz nowe miejscowości występują na widownię w tych stronach, dowiadujemy się o siołach, gródkach i grodach, o kotlinie jednak lwowskiej, o Lwowie milczą źródła historyczne. Brak owego doniosłego warunku, brak rzeki — nie był widocznie zachętą dla osadnictwa w tem miejscu. Co długo jednak nie było zachęcające i dogodne, stało się wkońcu pożądane, a nawet korzystne. Przewrót taki sprowadził pamiętny w dziejach rok 1241, w którym, jak lawina wszystko niszcząca — przesunęły się przez Ruś ku Polsce i Węgrom hordy mongolsko-tatarskie. Pod naporem azyatyckiej dziczy legły w gruzach grody i cerkwie, znikły z widowni dwory i sioła bojarów, a przerażeni kniaziowie uszli z niedobitkami w obce strony. Życie ustąpiło w puszcze leśne i niedostępne kryjówki gór, pola zaległy dziką stepową pustynią — zwierz po ludziach objął chwilowo spuściznę. Halicz zniszczony do gruntu, z gliszczami i dawne stracił swe znaczenie. Wszędzie jedna widniała ruina i tylko tu i ówdzie w zapomnianych ustroniach ludność z ogólnej ocalała zagłady. Kraj osiadły pozostał bez ludzi, bez uprawy, a wyziewy trupie uniemożliwiały nawet zbliżanie się do miejsc dawnych siedlisk. Zniszczenie było jedno z najstraszniejszych w dziejach, czasy zaś tak okropne, że „żyjący — mówi kronikarz — zazdrościli spokoju umarłym“. Z ruiną skończyła się nadto i samoistność księstw ruskich. Ruś północno-wschodnia uległa natychmiast. Jeden książę po drugim musiał iść do Seraju hana, nad rzeką Achtubą, całować baszmę, t. j. odcisk stopy hańskiej, kłaniać się mongolskim bałwanom i z rąk hana przyjmować godność książęcą. Jedyny książę halicki, Daniło, wróciwszy z tułaczki do kraju, zachował czas jakiś swą niepodległość. W roku atoli 1250 przyszła i na niego kolej. Na rozkaz hana musiał uznać zwierzchnictwo mongolsko-tatarskie, które odtąd wiek cały zaciężyło nad Rusią halicką. Daremne były wszelkie zabiegi i plany Daniły, aby odzyskać samodzielność. Szukając w tym celu oparcia i pomocy na Zachodzie, równocześnie gorączkową rozwinął czynność, aby zniszczony kraj zaludnić na nowo i osłonić go warowniami, odbudowywał więc stare, zakładał nowe i tych „powznosił mnóstwo przeciw bezbożnym Tatarom“, mówi kronikarz. W pracy tej dopomagał mu najstarszy syn, książę Lew, któremu oddał dzielnicę przemyską. Młody książę idąc przykładem ojca, zaczął dzielnicę swą również wzmacniać warowniami. Warowniami owemi nie były zamki, bo zamków w znaczeniu budynków obronnych (drewnianych lub murowanych) nie znano w tym czasie jeszcze wogóle na Rusi. Były natomiast t. j. miejsca z natury niedostępne, otoczone wałami, rowami, palisadą, wśród których zagrożona ludność mogła szukać schronienia i bronić się w razie najazdu. Przy zakładaniu każdego grodu miano na oku przedewszystkiem teren, a na drugim dopiero planie dogodność. W okolicach górzystych, pagórkowatych lub poprzecinanych głębokiemi dolinami, obierano zawsze miejsca, do których przystęp z natury był utrudniony, bo przez to praca obwarowania znacznie już była ułatwiona, człowiek nie potrzebował mozolnie ubezpieczać się z każdej strony. Wystarczało jakie takie obwarowanie krawędzi stoków jednej lub drugiej dostępnej strony, a do tego nadawały się płaskie, odosobnione wzgórza, wąskie grzbiety gór lub ich odnogi, wyskakujące w kształcie języka, o stromych, wysokich brzegach, zwykle nad wodami i głębokimi jarami. Na takich miejscach dotąd najliczniejsze znachodzimy ślady „horodyszcz“ t. j. miejsc dawno opustoszałych grodów. Gdzie okolica była płaską, stawiano grody na wyspach jezior, wśród moczarów, przy spływach rzek, by w ten sposób utrudnić nieprzyjacielowi dostęp. Pierwotne grody: Kijów, Chełm, Nowogród, Włodzimierz, Czernichów, Krzemieniec, Przemyśl, Halicz, Trembowla i wiele innych, leżały na górach, Dźwinogród, Bełz wśród moczarów, a wszystkie bez wyjątku na miejscach z natury obronnych. Zasadniczą obroną tych pierwszych grodów było niedostępne wysokie położenie, drugich bagna i wody. Środki sztuczne, służące do wzmocnienia naturalnej obronności każdego grodu, były proste i niewiele zwykle wymagały trudu. Najważniejsze z nich były Ich wielkość, wysokość, długość zależała od terenu i potrzeby. Ze strony, z której dostęp był najłatwiejszy, wznosiły się one podwójnie, potrójnie i t. d. W ścisłym związku z wałem i jego wysokością pozostawał od strony zewnętrznej wału, tem głębszy i szerszy, im potężniejszy był sam wał. Dostęp do wnętrza był możliwy tylko przez zamykane (wrota), bronione zwykle drewnianą wieżą. Mostów zwodzonych nie znano, tylko stałe i dlatego przy oblężeniach główny atak przypuszczano do bram. Wały były często ujęte w drewnianą osłonę, z palów i kłód, przez co tworzono prostopadłą ścianę, a powtóre zapobiegano, by ziemia, usuwając się, nie zasypywała rowu, a tem samem nie obniżała nasypu. Pale ściany , od strony rowu, były zwykle wyższe od wału, aby stojący na nim wojownicy mieli bezpieczną zasłonę przed nieprzyjacielem. Gdzie strome stoki góry broniły dostępu na jej szczyt, tam wały były zbyteczne. Wystarczało zabezpieczenie krawędzi stoków ostrokołem (ostrogiem), t. j. wbitymi w ziemię palami, aby tem samem silną stworzyć warownię. Każdy większy gród, zwłaszcza stołeczny, nie tworzył jednolitej całości, lecz posiadał kilka części, szczególnie gdy był położony w okolicy górzystej. Dowodzą tego liczne wzmianki w kronikach i szczątki w wielu miejscach zachowane. Najważniejszą i najbardziej warowną częścią każdego takiego grodu był jego „dziedziniec“ (dityniec) czyli właściwy gród, w którym zwykle wznosił się dwór księcia, główna cerkiew i nieliczne domy mieszkańców. Część dalsza, przytykająca do niego bezpośrednio od strony dostępnej, albo terasowato leżąca niżej, tworzyła przodowe umocnienie grodu czyli „przygrodzie“ (okolnyj hrad, pryhorodje, peredhorodje), u stóp zaś góry rozciągało się zawsze przedmieście czyli „podgrodzie“ (pidhorodje, podolje, posad). Mieszkaniem kniaziów były dwory, zawsze prawie drewniane i nieobronne, leżące wewnątrz warowni grodu, najczęściej w dityńcu. Od znaczenia i ważności grodu zależała jego wielkość. Sam jednak właściwy gród (dityniec) i przyległe doń przygrodzie nigdy wielkich nie miały rozmiarów, a to ze względu na skuteczniejszą obronę i z powodu szczupłego zwykle z natury położenia. Podgrodzie natomiast, przeważnie niewarowne lub otoczone samą tylko palisadą, często na szerokiej rozciągało się przestrzeni i obejmowało drewniane domy, cerkwie, targowiska i t. d. Tu też skupiało się całe publiczne, handlowe i przemysłowe życie mieszkańców grodu. W razie niebezpieczeństw ludność podgrodzia zostawiała je na łaskę losu, przenosiła się do górnych, warownych części grodu. Tam zamknąwszy się, stawiała opór, a podgrodzie padało zwykle ofiarą i stawało się łupem najezdców. Wszystkie wymienione warunki, jakich wymagał ówczesny gród — znalazł ks. Lew na pograniczu swej dzielnicy, w nadpełtwiańskiej kotlinie. „Upatrzywszy tu górę kształtu obronnego, — mówi lwowski kronikarz XVII. w. — spodem lesistemi dolinami jakby zasiekami opasaną, u szczytu zaś wskutek przykrego, oddech odbierającego dostępu, łatwą do obrony przeciw nieprzyjacielowi, zaraz na tym szczycie warownię tymczasową (castrum extemporaneum) z tramów tamże wyciętych zbudował, opasał ją kłodami i silną palisadą i w najskrytszych jej schowkach złożył swoje książęce insygnia, skarby i łupy, zaopatrzył w przybory wojenne i dla czuwania nad tą strażnicą obrał ją sobie za stolicę swego księstwa. Ta to więc góra, najeżona warownią, dała następnie u swych stóp zawiązek grodowi lwowskiemu na miejscu bagnistem i pracą ludzką nietkniętem, książę bowiem przez jedną tylko zimę w obrębie owej warowni mieszkał. Nasłuchawszy się tam przykrych świstów wichrów północnych, nieustannie dmących, opuścił niespokojną siedzibę na górze, dostępnej zaledwie dla zadyszanego bydła i niedaleko założył inny, dolny gród, odpowiedniejszy do mieszkania niż do obrony. Górny gród, aby skarby w nim złożone dla nikogo nie były dostępne, przeznaczył na schronisko w razie wojny, zabezpieczył je załogą i strażą stale czuwającą“. W słowach przytoczonych mamy przekazaną tradycyę, jaka w XVII. w. żywo jeszcze przechowywała się wśród mieszczaństwa lwowskiego o początkach naszego miasta, o jego założycielu i o miejscu pierwotnego położenia. Tradycya owa zasadniczo zgadza się z prawdą historyczną. Nie może ulegać żadnej wątpliwości, że potrzeba obrony kraju „przeciw bezbożnym Tatarom“ była także i dla ks. Lwa bodźcem do wznoszenia nowych warowni czyli grodów. Gród wymagał odpowiednich warunków, a takich właśnie dostarczała w nadpełtwiańskiej kotlinie — dzisiejsza góra zamkowa, tworząca ostatnią kończynę wielkiej wyżyny podolskiej, wzniesiona na 390 metrów nad powierzchnią morza. Wyniosły, odosobniony jej szczyt, zniżający się terasowato ku zachodowi, przedstawiał idealne wprost miejsce dla ówczesnego grodu. Obroną było przedewszystkiem samo położenie. Człowiek potrzebował tylko krawędzie stoków góry wzmocnić ostrokołem i usypać
miejscami wały z ziemi, aby stworzyć silną warownię. Miał zaś dla niej dalszy niezbędny warunek — wodę do picia, której źródła w wielkiej niegdyś obfitości znajdowały się na stokach i do dziś jeszcze kilka z nich utrzymało się u podnóża teras. Wszystkie te tak korzystne warunki skłoniły niewątpliwie ks. Lwa, że któremu od swego imienia jako założyciel nadał nazwę i przeniósł do niego swą stolicę. Tak powstał (Lwihorod, Lwiw). Dokładnej daty jego założenia — nie mamy. Pewna jednak, że stało się to około r. 1250. Pierwszą historyczną wzmiankę podaje o tem kronikarz ruski pod r. 1259. Oto opisując pożar Chełmu, odległego o 150 klm. na północ, powiada, że „taki był płomień iż na wsze strony widziano pożar, ku polom bełskim widzieli łunę od płomieni wielkiego ognia“. Słowa przytoczone, podane mimochodem przez kronikarza, stwierdzają przedewszystkiem, że w r. 1259 Lwów już istniał, okoliczność zaś, że mieszkańcy jego mogli widzieć tak odległą łunę, świadczy o położeniu lwowskiego grodu na miejscu wyniosłem, z którego daleki otwierał się widok ku północy. Tylko położeniem na górze zamkowej daje się wytłumaczyć możliwość owego faktu. Tworzenie obronnych miejsc nie było na rękę Tatarom, zwierzchnikom Rusi, niedługo też cieszył się ks. Lew warowniami nowo założonej stolicy. Już w r. 1261 wódz tatarski, Burundaj, zwabiwszy go podstępnie razem z innymi książętami do Szumska na Wołyniu, zażądał od wszystkich stanowczo, aby zburzyli warownie swych grodów. Opór groził kniaziom niewolą, na pomoc liczyć nie mogli, więc dla własnego ocalenia musieli uczynić zadość żądaniom i z bolem serca przyłożyć rękę do zniszczenia tego, co za najważniejszą uważali obronę. Dotyczyło to zwłaszcza głównych grodów. Kniaziowie wydali rozkazy, aby wobec wysłanników tatarskich zburzono i rozkopano ich ostrokoły i palisady i w ten sposób znikły chwilowo warownie Łucka, Krzemieńca, Włodzimierza i t. d., ks. Lew zaś „posłał nakaz Oto druga historyczna wzmianka o naszym grodzie w najstarszej epoce jego dziejów. Wskutek żądania tatarskiego zniszczono fortyfikacye lwowskiego grodu, osada jednak utrzymała się nadal i niebawem odzyskała napowrót to, czego ją pozbawiono. Ks. Lew, zostawszy po śmierci ojca († 1266) władcą całego księstwa halickiego, za cenę bezwzględnej uległości dla swych tatarskich zwierzchników — odbudował na nowo zburzone warownie swych grodów, a w ich rzędzie i Lwowa. Dowodem tego fakt, że w r. 1283 mógł on już dać ochronę okolicznej ludności i wytrzymać dwutygodniowe oblężenie. Oto w roku wspomnianym wódz tatarski, Telebuga, wracając z wyprawy na Polskę, „poszedł — mówi kronikarz — na ziemię Lwa Stojąc na lwowskiej ziemi przez dwa tygodnie, żywili się nie wojując, lecz nikomu nie dali wyjść z grodu po żywność, kto zaś wyjechał z niego, zabijali go, drugiego brali w niewolę, innych, ograbiwszy, puszczali nago i ci marli z mrozu, ponieważ była zima bardzo ostra“. Cztery lata później (1287) Telebuga ponownie „wyprawił się na lecz bliższych o tem nie mamy szczegółów. Na tem urywają się wszystkie, nader skąpe wzmianki kronikarskie o lwowskim grodzie w XIII. w. Niewiele światła rzucają nam one na najstarszą dobę dziejową naszego miasta, lecz bez nich zupełną byłaby pokryta pomroką. Uzupełniają je inne jeszcze wskazówki, z których drogą krytycznej kombinacyi wiele odtworzyć można. Wskazówkami temi są: ukształtowanie terenu góry, na której wznosił się gród, tradycya przekazana przez kronikarzy lwowskich XVII. w., a wreszcie porównanie z innymi grodami, o których dokładniejsze mamy wiadomości. Szczegółowy rozbiór tych wskazówek, który przeprowadziłem gdzie indziej, dostarcza dowodów, że ów pierwotny Lwów co do położenia i rozkładu nie wyróżniał się od innych grodów na Rusi. Podobnie jak tamte, składał się przedewszystkiem z kilku części. Na skalistym szczycie piaskami bielejącej góry — jak gniazdo bocianie — właściwy wznosił się (dityniec), otoczony lasem potężnych . Niżej na terasach, gdzie dziś domek ogrodnika, restauracya i ul. Zamkowa, przytuliło się w półkole do stoków góry z swymi wałami i palisadą. Stromo w górę pnąca się drożyna łączyła je z grodem na szczycie. Dalej u stóp, na pochyłości ku Pełtwi, wśród wieńca lasów i moczarów, legło zasiane domkami kupców i rzemieślników, cerkwiami i monastyrami. Wszystko to jeszcze z drzewa, niewielkie, dorywcze, a w całości jakież odmienne od tego Lwowa, który w następnych rozwijał się wiekach! Gdzie w tym pierwotnym lwowskim grodzie leżał książęcy dwór mieszkalny, oznaczyć dokładnie dziś nie podobna. To pewne atoli, że dwory książęce leżały w obrębie warownych części grodu, a więc i tu wznosiły się one albo na szczycie w dityńcu, albo raczej w obrębie przygrodzia, przedstawiającego miejsce bardziej zaciszne, zasłonięte od wiatrów. W zaludnieniu założonej przez Lwa stolicy ważny, a nawet główny udział mieli obcy przybysze z dalekiego Wschodu i Zachodu. Wyludniona przez najazdy ludność rodzima nie była w możności dostarczyć wyłącznie żywiołu osadniczego. Zastąpili ją przedewszystkiem Niemcy, którzy przy założeniu Lwowa niewątpliwie wielką odegrali rolę, własne, niemieckie do niego wprowadzili urządzenia i prawo i już za księcia Lwa własnego mieli tu wójta, Bertolda Stechera. Jak już wtedy musieli być liczni we Lwowie, jak uprzywilejowane było ich stanowisko, jak przeważny mieli wpływ i główny charakter nadawali nowo założonej stolicy czerwonoruskiej, dowodzi fakt wielce charakterystyczny, że książęta ruscy nazywają ją sami w swych dokumentach z niemiecka Lemburga, a więc nazwą bardziej widocznie utartą od rodzimej, ruskiej, która z napływem niemieckim na dalszy zeszła plan. Tej to najstarszej kolonizacyi niemieckiej już w dobie ruskiej zawdzięcza swe założenie dzisiejszy kościół P. Maryi Śnieżnej. Obok Niemców i tubylczych Rusinów osiedlają się równocześnie Ormianie, wygnańcy z Armenii i zakładają na podgrodziu własne monastyry św. Anny i św. Jakóba. Nie brakło nadto Tatarów, Żydów i ich sekty Karaitów, zwanych Saracenami. Skupienie tylu narodowości, różnych mową, obyczajami i zajęciem, od początku zaraz pozbawiło Lwowa cechy narodowej, ruskiej, tak, że już wtedy o tyle chyba był ruskim, że leżał na Rusi, że sposobem budowania nie wyróżniał się od innych grodów ruskich, że przebywał w nim od czasu do czasu dwór kniazia, jego otoczenie i że cerkiewne rozwijało się życie. Dowodem tego cerkwie: św. Mikołaja, św. Onufrego, św. Jerzego i zniesione św. Teodora, Bohojawłenia i inne, sięgające założeniem tych jeszcze czasów. Tuż u stóp dawnego grodu przytulił się pierwszy prawdopodobnie kościółek św. Jana Chrzciciela, założeniem sięgający początku Lwowa, a wzniesiony przez misyonarzy dominikańskich, otoczonych opieką Konstancyi, siostry św. Kingi, żony ks. Lwa, a królewny węgierskiej. Oto wszystko, co o Lwowie w XIII. w. powiedzieć można. Losy jego za panowania następców Lwa († 1292), Jerzego I., Andrzeja i Lwa II., osłania gruba pomroka, z poza której jeden tylko przebija się fakt: wzrost żywiołu niemieckiego i uprzywilejowane jego stanowisko. W r. 1325 zasiadł na tronie czerwonoruskim Bolesław, syn Trojdena, książę z dynastyi katolickiej, mazowieckich Piastów. Aby utorować sobie drogę do tronu, przyjął początkowo wiarę prawosławną i jako Jerzy II. energiczne rozpoczął rządy. Mimo pozornej zmiany wiary, w głębi duszy pozostał katolikiem i żonę swą Ofkę, córkę ks. Litwy, Gedymina, ochrzcił w wierze katolickiej. Utrwaliwszy się na tronie, już w r. 1327 objawił chęć przejścia napowrót na katolicyzm i uskutecznił to wkrótce, a równocześnie zwrócił się na tory polityki, która przygotowała w następstwie zajęcie Rusi przez Polskę. Oto książę wszelkiemi siłami zaczął dążyć do rządów absolutnych, a pragnąc uwolnić się od zależności tatarskiej, szukał zbliżenia się ku Zachodowi, stał się gorliwym protektorem katolicyzmu w swem państwie i przez kolonizacyę ludnością z Zachodu, sprowadzaną z Czech, Niemiec, Polski lub Węgier, wzmacniał żywioł katolicki i na nim opierał swe rządy. Włodzimierz, gród wołyński, uczynił stolicą, lecz równie często przebywał i we Lwowie, gdzie dla większego bezpieczeństwa książęcy, bogaty chował skarbiec. Tu też odnowił w r. 1334 przymierze z Zakonem krzyżackim i pozwolił kupcom niemieckim zjeżdżać do Rusi. Polityka księcia wywarła niezadowolenie wśród bojarów, którzy znowu dążyli do uzyskania większego wpływu na rządy kraju. Propaganda katolicyzmu i otaczanie się cudzoziemcami, zyskującymi coraz większe znaczenie, obrażało uczucia narodowe. Do Polski dochodziły nadto wieści, że książę z poddanymi obchodzi się surowo, nakłada kary, uciska ich daninami i t. d. Wskutek tego wzburzenie i rozgoryczenie wzrastało, coraz silniejsza tworzyła się opozycya bojarów. Fanatyzm religijny kleru ruskiego dokonał reszty. Książę przeliczył się i padł ofiarą swych zamysłów, swej energii i opierania się przewadze bojarów. Długo tłumiony żar jasnym wybuchł płomieniem. Dnia 7. kwietnia 1340 r. od gwałtownej trucizny, podstępnie w napoju zadanej, zginął Jerzy II. w Włodzimierzu, a z nim zstąpił do grobu ostatni z książąt halickich i skończyła się udzielność Rusi. Ster rządów objął bojar, Dymitr Detko. Reakcya, nienawiścią podsycana, zwróciła się z całą gwałtownością przeciw obcym przybyszom. Wielu z katolickich stronników księcia zabito lub rozpędzono. Księżna wdowa, w ucieczce pojmana, została utopioną. Burza fanatycznej namiętności rozszalała po ziemi czerwonoruskiej, zwróciła się przeciw wszystkiemu, co przyszło z Zachodu, co na polu oświaty, przemysłu i handlu pracowało dla jej dobra. Nie minęła i Lwowa, gdzie ofiarą jej padli kupcy i rzemieślnicy katoliccy. Wielu z nich straciło życie, innym wielkie wyrządzono szkody, wskutek czego ustał handel, przerwały się stosunki z Zachodem, lecz nie na długo...
II.
Bezdzietna śmierć Jerzego II. poruszyła wszystkich bliższych i dalszych sąsiadów: Polskę, Węgry, Litwinów i zwierzchniczych Tatarów. W Polsce Kazimierz Wielki, na Węgrzech Karol Robert, od dawna śledzili bacznie wewnętrzne sprawy Rusi i na wypadek bezpotomnej śmierci księcia wzajemnie pozawierali układy, by z swemi do niej wystąpić prawami. Pierwszy jako szwagier księcia, drugi jako spadkobierca historycznych praw królów węgierskich, noszących od czasów Andrzeja II. († 1237) tytuł królów „Galicyi i Lodomeryi“. Katastrofa włodzimierska zastała ich właśnie przygotowanych do wyprawy na Ruś, aby księciu udzielić pomocy przeciw buntującemu się bojarstwu. Na pomoc było już za późno, natomiast atoli nadeszła chwila, w której nadarzała się sposobność urzeczywistnienia zawartych co do Rusi układów, węzły zaś pokrewieństwa wkładały obowiązek pomszczenia haniebnej zbrodni. Ledwie o niej do Krakowa pierwsze doszły wieści, a już w połowie kwietnia w pogotowiu trzymane hufce, pod osobistem dowództwem Kazimierza, wkroczyły na Ruś, zajęły Przemyśl i spieszyły ku Lwowu. Tylko pospiech mógł wprowadzić w czyn ius primi occupantis, więc nie dziw, że szybko dążono pod stolicę czerwonoruską, od której zajęcia zawisł wynik wyprawy. Z za Karpat nadciągały posiłki węgierskie. Przed końcem kwietnia 1340 r. był już Kazimierz pod Lwowem. Niespodziewane zjawienie się polskich hufców zastało miasto nieprzygotowane do dłuższego oporu. Mieszkańcy i bojarzy zaledwie tyle mieli czasu, by schronić się do warownych części wyższego i niższego grodu, które samem położeniem i środkami obrony mogły jakiś czas stawić przeciwnikowi czoło. Kazimierz zająwszy bez trudu podgrodzie, otoczył gród i rozpoczął oblężenie, a raczej ścisłe osaczenie. Wśród oblężonych znalazł dla się żywioł przychylny, a byli nim Niemcy, od dawna we Lwowie osiadli, którzy zagrożeni przez krwawe zamieszki — w Kazimierzu swego teraz widzieli zbawcę. Przy ich poparciu opór grodu nie mógł się przeciągnąć. Jaki był wogóle i jak długo trwał — nie wiadomo; w każdym razie zdaje się, że obeszło się bez większego rozlewu krwi. Długosz († 1480), który, jak wiadomo, kronikę swą pisał na źródłach dziś zaginionych, podaje, że oblężeni, niespodziewający się z nikąd rychłej pomocy, głodem wielkim przyciśnieni, wysłali posłów do króla, oświadczając gotowość poddania się, jeżeli zapewni, że wiarę ich zachowa nienaruszoną. Kazimierz, nie chcąc doprowadzić do ostateczności, z chęcią zgodził się na ten warunek, poczem oblężeni otworzyli bramy grodu i nie tylko poddali się, lecz złożyli hołd i przysięgę wierności. Z zajęciem stołecznego grodu przeszedł w ręce polskie klucz do całej Rusi. Należało tylko zapewnić sobie jego posiadanie lub uniemożliwić opór na przyszłość. W tym celu musiało miasto dać zakładników, poczem, by pozbawić go środków obrony, miał król wydać rozkaz zniszczenia i spalenia fortyfikacyi obu części grodu. Co do ostatniego rzekomego faktu można mieć poważne wątpliwości. Niszczenie fortyfikacyi grodu, który się poddał i dał zakładników, a tem samem pozbawianie się możności obrony najważniejszej placówki, zdobytej na Rusi, wydaje się wręcz niewiarogodnem. Być może, że w czasie oblężenia jakaś część warowni grodu uległa zniszczeniu i spaleniu, ale że zupełne ich zburzenie nie leżało w interesie króla — jest zupełnie zrozumiałe. Przeciwnie, prawdopodobniejszą jest wiadomość, że Kazimierz zdobyty gród osadził polską załogą i tak jej, jak Niemcom od dawna we Lwowie osiadłym, powierzył jego bezpieczeństwo i obronę. W ten sposób wyprawę pomyślny uwieńczył wynik. Razem z grodem dostały się zwycięzcy bogate łupy, a zwłaszcza znaczny książęcy skarb, przechowywany niewątpliwie w miejscu najwarowniejszem, t. j. w górnym grodzie. Według zgodnych relacyi skarb ów składał się z przedmiotów złotych, srebrnych i klejnotów, przez wieki zebranych. Były w nim przedewszystkiem insygnia książęce, dwie drogocenne korony, tron złotem i kamieniami sadzony, bogaty złocisty płaszcz, dwa szczerozłote krzyże, z których jeden mieścił w sobie wielką część krzyża Chrystusowego i różne inne kosztowności o wybitnym bizantyńskim typie. Wszystko to stało się własnością Kazimierza, od którego następnie niejedno przeszło do skarbca koronnego, do katedry wawelskiej i wielu kościołów. Na zdobyciu Lwowa ograniczyła się na razie pierwsza, próbna niejako, wyprawa Kazimierza na Ruś. Skończyła się ona w ciągu dni trzydziestu. Do dalszego zdobycia kraju trzeba się było najpierw przygotować. Zabrawszy więc zdobycz i zakładników, wracał Kazimierz do kraju w tryumfie i 15. maja był już w Krakowie. Upokorzył Ruś, zajął jej stolicę, zakładnikami i posiadanemi insygniami książęcemi wpływał zarówno na Rusinów, jak na własnych poddanych i nie dziw, że w połowie czerwca tegoż roku (1340), po nadejściu posiłków węgierskich, stał na czele wielkiego już wojska około dwudziestu tysięcy zbrojnych. Dzieło zajęcia Rusi, a tem samem uwolnienie jej od wiekowego tatarskiego jarzma — było dopiero rozpoczęte. Aby go dokończyć, z końcem czerwca podjął Kazimierz nową, wyprawę na Ruś, pokonał bez trudu opór nielicznych bojarów, odebrał od nich przysięgę wierności, zakazał składać haracz Tatarom i zajął wszystkie grody aż poza Trembowlę. Mimo pomyślnych wypraw Kazimierza nieprędko jeszcze Polska zawładnęła Rusią, bo jak pisze kronikarz współczesny, Janko z Czarnkowa : „Jeden bardzo zły bojar, Dymitr Detko nazwiskiem, dzierżący gród przemyski, wspólnie z niejakim Danielem z Ostrowa i innymi bojarami donieśli hanowi Tatarów, że król Kazimierz napadł i zajął Ruś i w ten sposób składaniu jakie Rusini Tatarom składać byli zwykli“. W obronie zajętego kraju musiał Kazimierz stoczyć najpierw ciężką walkę z hordami tatarskiemi. Potężny han Uzbek pospieszył na obronę swych praw zwierzchniczych, wyparł polskie załogi z Rusi, zajął ją dla siebie i dotarł do Wisły. Drugi zagon uderzył na Węgry. Papież Benedykt XII. ogłosił krucyatę na obronę Polski i Węgier. Pomoc napływających krzyżowców, zacięte walki, sroga zima 1341 roku, a wreszcie wieść o śmierci Uzbeka — skłoniły Tatarów do odwrotu. Dymitr Detko, pozbawiony ich poparcia, dobrowolnie przerzucił się teraz na stronę króla polskiego. Kazimierz zaprzysiągł zachować Ruś w jej „wierze, prawach i zwyczajach“, a Detko zatrzymał rząd kraju jako polsko-węgierski namiestnik (capitaneus), z siedzibą we Lwowie. Władza jego obejmowała jedynie dawne księstwo halickie, ziemię zaś bełską, chełmską, włodzimierską i łucką zajął książę litewski, Lubart, syn Gedymina. Jako rządca Rusi zajmował Detko stanowisko prawie udzielne, zawierał samoistne traktaty handlowe i pobierał opłaty celne, a przez czas jego rządów, które w tym charakterze trwały, zdaje się, do r. 1346, Kazimierz co najwyżej posiadał ziemię sanocką i przemyską. W roku 1346 Kazimierz przybiera tytuł „pana i dziedzica ziemi ruskiej“, co dowodziłoby, że rządy Detka skończyły się i że Rusią chwilowo zawładnęła bezpośrednio Polska. Nim jednak utrwaliła się w jej posiadaniu, niemało jeszcze o to musiała stoczyć bojów z Litwą. Wspomniany ks. litewski, Lubart, również rościł sobie prawa do posiadania Kazimierzowej zdobyczy i pretensye te urzeczywistnił w roku 1347, najechał Ruś, zagarnął ją siłą oręża i przyłączył do swego wołyńskiego księstwa jako prowincyę litewską. Wojowniczy, przebiegły Lubart — był przeciwnikiem, którego Kazimierz nie lekceważył wcale i postanowiwszy z nim rozpocząć walkę o odzyskanie Rusi — dwa lata przygotowywał się do niej. Otrzymawszy posiłki węgierskie i zapewniwszy sobie nadto neutralność Tatarów — jesienią 1349 r. ruszył z znacznemi siłami na Lubarta. Wyprawę nader pomyślny uwieńczył rezultat. Nie tylko Ruś Czerwona została napowrót odzyskaną z wszystkimi jej grodami, ale także Wołyń razem z stołecznym Łuckiem został zdobyty, potęga Lubarta legła złamana, on sam dostał się do niewoli. Cała Litwa z Kiejstutem na czele wystąpiła teraz w jego obronie przeciw Kazimierzowi. Wojna przybrała szersze rozmiary i toczy się odtąd przez szereg lat z rzędu na szerokich przestrzeniach ziem ruskich i na pograniczu polskiem. Jednym z głównych celów wypraw litewskich staje się Lwów. Rok za rokiem bawi Kazimierz na Rusi, broni jej wszelkiemi siłami, a król węgierski Ludwik dopomaga mu do tego posiłkami, pieniądzmi i własną osobą. W sierpniu 1350 r. widzimy Kazimierza we Lwowie niewątpliwie w tym tylko celu, aby go zabezpieczyć i przygotować należytą obronę — przeciw wielkiemu najazdowi litewskiemu, który w tym właśnie czasie uderzył na Ruś, spustoszył ją srogo i mnóstwo uprowadził jeńców. To samo powtarza się z wiosną następnego 1351 r., Kazimierz na czele licznych hufców jest znowu we Lwowie. Nowy najazd Litwy dąży prosto ku czerwonoruskiej stolicy, podstępuje pod nią, lecz na wieść o Kazimierzu i jego sile zbrojnej cofa się napowrót i ogranicza się na strasznem zniszczeniu i wyludnieniu podlwowskich okolic. Kazimierz opuszcza Lwów, wyrusza za ustępującymi, stacza szereg zwycięskich bitew i dochodzi do Lublina. Tutaj w połowie lipca król węgierski Ludwik mu swą armię i połączonemi siłami ruszają ku Litwie. Przebiegły Kiejstut, widząc przewagę, skłania Ludwika do zawarcia pokoju i za cenę uwolnienia Lubarta godzi się na wszystkie warunki, co więcej, przysięga udać się natychmiast do Budy i tam przyjąć chrzest. Gdy Lubart odzyskał wolność, okazało się niebawem, jaką wartość miały litewskie przysięgi. Kiejstut trzeciego dnia w nocy uciekł z obozu Ludwika, neutralni dotąd Tatarzy, jako sprzymierzeńcy Litwy, zjawili się w ziemi lubelskiej. Wołyń napowrót został stracony. O dalszem prowadzeniu wojny nie było na razie mowy. Sprawy węgierskie powoływały Ludwika z powrotem do Węgier, Kazimierz zaś ciężką chorobą złożony ledwo żywy dojechał do Krakowa. Wskutek tego Ruś pozostawiona bez obrony — rychło odczuła następstwa zmarnowanej wyprawy. Co się nie udało Litwie z wiosną, w całej pełni powiodło się jej w jesieni i katastrofa, grożąca Lwowowi — nie ominęła go teraz. Jeszcze hufce polsko-węgierskie nie wróciły do domów, a już z początkiem września zastępy litewskie pod wodzą Lubarta zjawiły się pod Lwowem, szerząc mord i pożogę. Najazd był tem groźniejszy, że niespodziany. Nie może ulegać wątpliwości, że warowny gród, mający polską załogę, musiał stawić opór, jak długo jednak się bronił, czy poddał się, czy uległ wskutek zdrady lub szturmem został zajęty — nie wiadomo. Źródła współczesne stwierdzają krótko, że został „zdobyty, spustoszony, spalony i że wielu chrześcijan przytem zginęło lub zostało wziętych do niewoli“, a stara lwowska zapiska kronikarska powiada, że stało się to we środę, którego atoli dnia i miesiąca, niestety nie można odczytać. Lubart dopiął swego, a że w tym wypadku chodziło mu przedewszystkiem o zniszczenie warowni grodu, o zniszczenie jego obronności, a tem samem o pozbawienie Kazimierza najważniejszego punktu oparcia na Rusi, jest zupełnie zrozumiałe. Kazimierz jednak nie dał za wygranę. Dla pomszczenia wiarołomstwa i odzyskania utraconych ziem i grodów już w połowie marca 1352, wśród śnieżnych roztopów przybył pod Bełz, załogą litewską obsadzony. Od strony Sanoka nadciągnęły hufce węgierskie pod dowództwem Ludwika. Mimo wysiłków zdobycie bełskiego grodu, zewsząd bagnami otoczonego, nie powiodło się. Polacy i Węgrzy ponieśli znaczne straty, sam Ludwik otrzymał ranę i zniechęcony wrócił do Węgier. Kazimierz cofnął się do zniszczonego Lwowa, a Litwini z Tatarami dalej łupieskiego dokonywali dzieła i polskim zagrozili ziemiom. Kazimierz pozostał na Rusi i w sierpniu widzimy go jeszcze we Lwowie. Wszystko przemawia za tem, że głównym celem tego królewskiego pobytu — była troska o zabezpieczenie czerwonoruskiej stolicy i że król oglądając jej ruinę, w tym właśnie czasie ważne dla niej snuł plany, które niebawem wprowadzone w czyn, miały się stać podwaliną nowego jej rozwoju. Przyspieszyła je nowa klęska, a dotknęła ona Lwów zaraz w następnym roku 1353. Powodem jej był znowu zawzięty Lubart. Nie ustając w zabiegach co do Rusi, w maju wspomnianego roku ponownie najeżdża Lwów i dopełnia miary klęski, jaką poniósł w czasie swego pierwszego napadu. Co z niego wówczas ocalało lub na nowo z gliszczów zaczęło się podnosić — do szczętu teraz zostało zniszczonem. Odsiecz Kazimierza przybyła za późno. Roczniki krótko zapisują ów fakt: „Roku 1353 po święcie Trójcy, t. j. po 19. maja — Litwini spustoszyli Lwów, wiele ludzi zabili“, ale w tych kilku słowach mieści się wielka tragedya dziejowa naszego miasta. — antiqua civitas Leopoliensis — Najazdy i łupieże litewskie — zrobiły swoje, a zarazem nie pozostały bez ważnych następstw dla Rusi i Lwowa. Trapiona przez najazdy ludność czerwonoruska w Kazimierzu zaczęła widzieć swego obrońcę i na jego tylko liczyć pomoc, opozycya bojarów ustała, co siłą faktu musiało zbliżyć Ruś ku Polsce, coraz ściślejsze nawiązać z nią węzły, a przez nią z cywilizacyą Zachodu. Katastrofa, jaka wskutek najazdów litewskich dotknęła Lwów, stworzyła dla niego Pierwotny, po górach wspinający się gród, przestał istnieć, a z nim skończył się ruski okres jego dziejów. Wyrok Opatrzności skazał go na zagładę, aby obok zgliszcz i gruzów ruskiego grodu powstał gród nowy. o innym, zupełnie odmiennym wyglądzie. Walki Kazimierza z Litwą o posiadanie Rusi zakończyły się (1366) wzajemnymi układami, mocą których Ruś Czerwona pozostała przy Polsce. Fakt ten był dla niej prawdziwem Polska nie tylko stawała się jej lecz odzyskując swą dawną własność, przynosiła jej teraz owoce swej odmiennej, pod wielu względami wyższej cywilizacyi, otaczała opieką i do nowego budziła życia. A stan tej Rusi w tym czasie był nader opłakany. Ludność przerzedzona najazdami tatarskimi i litewskimi, nieliczne miasta i sioła spustoszone, olbrzymie obszary odłogiem leżące, porządek społeczny zakłócony, oświata, handel, przemysł w zupełnym zastoju. Wszystkie dokumenta z pierwszych lat panowania polskiego mówią zgodnie o pustkach, odłogach, o wielkim braku ludności i zniszczeniu kraju. W miarę utrwalania się na Rusi, rozpoczyna na niej Kazimierz ową wielką pracę nad zorganizowaniem ziem czerwonoruskich pod względem administracyi państwowej, pracę nad utwierdzeniem w nich dobrobytu, podniesieniem miast osadnictwem i rozszerzeniem handlu, a równocześnie i dalszą pracę cywilizacyjną, pełną umiarkowania, taktu i rozumu na polu polityki kościelnej. Pod czujnem okiem wielkiego króla porządek wewnętrzny ustala się co raz bardziej, wzrasta ufność miejscowej ludności. Przez przyłączenie bowiem do Polski nie nagiął Kazimierz Rusi pod jarzmo nowego poddaństwa, nie wydarł jej żadnych praw, nie naruszył tego, co zastał, lecz przeciwnie, przypuszczając Ruś do wszelkich praw, swobód i urządzeń, jakie z biegiem czasu wyrobiły się w Polsce, zostawiał zarazem wszystkim jej mieszkańcom ich dawne urządzenia, zwyczaje, język i zupełną wolność religijną, a nawet własną monetę. Świadoma celu polityka i praca gospodarcza wielkiego króla obfite wydała rezultaty i z dumą powiada o nim współczesny kronikarz, że „za jego czasów więcej w lasach, , gajach i dąbrowach powstało wsi i miast, niźli ich dotąd było w całem Królestwie polskiem”. W ich rzędzie i Lwów w nowej powstał szacie. Los czerwonoruskiej stolicy, zniszczonej do gruntu przez Lubarta, zbyt żywo obchodził Kazimierza, zbyt wiele zależało mu na niej, więc nie mógł pozwolić na to, aby na zawsze znikła z widowni, jak tyle innych grodów ruskich, zniszczonych przez Tatarów w r. 1241 i następnych. Niewątpliwie zaraz po pierwszej klęsce (1351) powziął myśl, aby ją odbudować. Następna ciężka katastrofa (1353) rozstrzygnęła o postanowieniu królewskiem, które rychło zaczęło zamieniać się w czyn. Brak miejscowej ludności, znacznie uszczuplonej najazdami, zapełnili liczni osadnicy, ciągnący z Polski i Niemiec. Ich napływ i praca ułatwiły Kazimierzowi dzieło odbudowania Lwowa, a zarazem sprawiły, że ten prócz nie zatrzymał nic z pierwotnego grodu. Nowe miasto, powstające według typu miast zachodnich, zaczęło przybierać nie tylko inne zupełnie kształty, ale przedewszystkiem zmieniło miejsce swej pierwotnej posady. Ani góra z jej terasami, ani stare podgrodzie, trudne do obwarowania z powodu owej dominującej nad niem góry, nie nadawało się do zbudowania na nich miasta na modłę zachodnią, dotąd na Rusi nieznaną, miasta, któreby było nie wyłącznie warownią, jak pierwotne, ale zamykało w sobie zarazem wygodne ognisko życia handlowego i przemysłowego na Rusi. W takiej właśnie postaci postanowił Kazimierz odbudować swój Lwów, takim pragnął go widzieć, t. j. nie wspinający się po górach i broniony wyłącznie położeniem i palisadą, jak dotąd, ale trwałemi fortyfikacyami: murami i basztami z kamienia i cegieł, zamykającymi domy, kościoły i regularnie rozłożone ulice z rynkiem pośrodku. W pełni przeto zrozumiałe są powody, które skłoniły Kazimierza, że odbudowując Lwów, przeznaczył mu miejsce nowe, poniżej dawnego podgrodzia — nad Pełtwią. Tutaj to na bagnistej kotlinie, na której dotąd chyba jaki istniał monastyr, wzniósł się po roku 1353 Lwów polski, otoczony w czworobok murem, basztami i głębokim rowem. Miejsce pierwotnego grodu na górze opustoszało na razie, podgrodzie zostało z przedmieściem (Krakowskiem) nowego miasta. W ten sposób Kazimierz Wielki słusznie zasłużył na miano drugiego założyciela Lwowa i pamięć tego faktu mieszczaństwo lwowskie przechowywało z wdzięcznością przez wieki. Nowy założyciel uposażył je nadto w warunki, które się stały podwalinami przyszłego rozwoju tego miasta. Przedewszystkiem obdarzył je (1356) prawem niemieckiem, t. j. zupełnym samorządem, a nadto gruntami przyległymi do miasta. Liczni przybysze z Zachodu, Polacy, a zwłaszcza Niemcy, którzy głównego dostarczyli żywiołu osadniczego, od razu przeważające, uprzywilejowane, zajęli stanowisko. Mieszkańcy innych narodowości, jak Ormianie, Żydzi, a zwłaszcza Rusini, pozostali w mniejszości. Upodobawszy sobie czerwonoruską stolicę, zjeżdżał do niej Kazimierz prawie co rok na czas dłuższy. Doglądał osobiście postępu robót wznoszącego się miasta, z orężem w dłoni czuwał nad jego bezpieczeństwem, a zarazem nad podniesieniem Rusi, którą z pod tatarskiego wyswobodził jarzma i od litewskiego obronił zaboru. Opieka i czujność wielkiego króla była tem potrzebniejsza, że nad wznoszącem się miastem wisiała, jak miecz Damoklesa, nieustanna groza zawsze możliwego najazdu ze strony Tatarów lub Litwy. Pospiech więc, z jakim wśród tych warunków dzieło obwarowania nowego Lwowa doszło do skutku, słuszny musi budzić podziw i na tem większe zasługuje uznanie. Nie zaniedbał Kazimierz niczego i po kilku latach pracy z dumą mógł spoglądać na jej wyniki. Potężne mury, baszty i bramy obronne, zapasy przyborów wojennych i żywności, liczna załoga i mieszczaństwo wdzięcznością dla króla przejęte — wszystko to razem złożyło się, że ten nowy gród, mimo niekorzystnego położenia, zamienił się w najsilniejszą polską placówkę na Rusi i pozostał nią odtąd przez wieki.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Wysoki Zamek.
