Read here

Tom Sawyer jako detektyw

Mark Twain · 1929 · Free in the US

38,860 words · about 2 h 43 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1929 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Tom_Sawyer_jako_detektyw&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1929
Length
38,860 words · about 2 h 43 min
Sections
13 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (13)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 22 min
  3. I about 6 min
  4. II about 6 min
  5. III about 8 min
  6. IV about 5 min
  7. V about 4 min
  8. VI about 6 min
  9. VII about 5 min
  10. VIII about 6 min
  11. IX about 7 min
  12. X about 4 min
  13. XI about 24 min

Continue:

Front matter

MARK TWAIN

TOM SAWYER

JAKO DETEKTYW

całość

MARK TWAIN

TOM SAWYER

JAKO DETEKTYW

POWIEŚĆ

WARSZAWA

BIBLJOTEKA GROSZOWA

Polska Drukarnia w Białymstoku. Sp. Akc. ul. Ś-go Rocha 3.

I

Działo się to następnej wiosny od czasu, gdyśmy z Tomkiem Sawyerem uwolnili naszego starego murzyna, Jima, którego za próbę ucieczki zakuto w kajdany na fermie wuja Silesa w Arkansas. Mróz zelżał, powietrze się ociepliło, lato było coraz bliższe. W tym okresie chłopcom, jakimi byliśmy wówczas z Tomkiem, bywa szczególnie smutno. Pierś uciska nieokreślona tęsknota, i wzdychasz mimowoli, nie wiedząc o tem. Chcesz odejść gdzieś w odludne miejsce na szczyt góry, w gąszcz lasu — siedzieć tam i patrzeć, jak Missisipi rozlewa szeroko swoje wody i srebrzy się na całe mile wdal, opływając zamglone i dalekie lasy, a wkoło taka cisza, taki spokój, że zaczyna ci się wydawać, iż wszystko, coś kochał, umarło i że sam umarłeś, że wszystko już dawno minione, zapomniane i skończone na wieki. Czy wiecie, co to za uczucie? To gorączka wiosenna. Tak się to nazywa. I kiedy was opanuje ta gorączka, wtedy chcecie — o, sami nie wiecie, czego chcecie, ale serce was boli i chcielibyście dokądś pójść! Żywiołowo pragniecie dokądś odejść, zmienić dotychczasowe nużące i uprzykrzone warunki życia, zobaczyć coś nieznanego, nowego. Myśl ta nie daje wam spokoju. Chce się wam iść, zostać podróżnikiem, włóczęgą; chce się wam zobaczyć obce kraje, gdzie wszystko takie tajemnicze, takie dziwne, takie romantyczne. I jeżeli nie możecie spełnić tego życzenia, godzicie się nawet z czemś na mniejszą skalę; gotowiście iść dokądkolwiek, żeby tylko jak najdalej stąd odejść. Na taką właśnie gorączkę wiosenną zachorowaliśmy obaj z Tomkiem Sawyerem i to zachorowaliśmy bardzo niebezpiecznie. Ale Tom nie mógł nawet myśleć o podróżach; mówił, że jego ciotka Polly bardzo wyraźnie dała mu do zrozumienia, że w żadnym wypadku nie pozwoli mu porzucić szkoły i udać się na włóczęgę. Pewnego razu siedzieliśmy na stopniach ganku w dosyć ponurem usposobieniu, gdy nagle z domu wychodzi ciotka Polly z listem w ręku i mówi: — Tomku, spakujesz swoje rzeczy i pojedziesz do Arkansas — twoja ciotka Sally zaprasza cię do siebie. Omal nie podskoczyłem na miejscu z radości. Myślałem, że Tom rzuci się ciotce na szyję i udusi ją pocałunkami, tymczasem on — pomyślcie tylko! — siedzi sobie nieruchomo jak skała i żeby choć słowo powiedział. Poprostu gotów byłem się rozpłakać ze złości, że on postępuje tak głupio i nie korzysta ze szczęśliwej okazji. Przecież wszystko mogło być stracone dzięki temu, że nie wyraził słowami swej zgody i zadowolenia. Ale Tom siedział nadal w milczeniu i bez końca o czemś myślał, podczas gdy ja nie wiedziałem już, co robić z rozpaczy; wkońcu po namyśle powiedział z zabójczo zimną krwią: — Bardzo mi przykro, proszę cioci; ale mam nadzieję, że ciotka Sally wybaczy mi, jeżeli nie spełnię jej prośby. Ciotka Polly do tego stopnia była zdumiona tą nieoczekiwaną odpowiedzią, że w ciągu kilku sekund nie mogła ust otworzyć, co mi pozwoliło trącić Toma łokciem i szepnąć mu: — Zwarjowałeś czy co! Nie skorzystać z takiej cudownej okazji! Tom, nie tracąc bynajmniej zimnej krwi, odpowiedział mi również szeptem: — Słuchaj, Huck Finn, czy chcesz, żebym jej okazał, jak bardzo chce mi się jechać? Zarazby zaczęła mieć wątpliwości, namyślać się, wyobrażać sobie tysiące chorób, niebezpieczeństw i przeszkód do tego wyjazdu, i nie zdążyłbym się obejrzeć, a jużby mi zabroniła wyjechać. Nie przeszkadzaj mi, wiem, jak się z nią obchodzić. Nic podobnego nigdyby mi nie przyszło do głowy. Ale Tomek miał rację. Tom Sawyer zawsze miał rację — zawsze był rozsądny, pomysłowy, gotowy na wszystko: każdy mógł we wszystkiem na nim polegać — ręczę za to. Tymczasem ciocia Polly ochłonęła ze zdumienia i napadła na Toma: — Tobie wybaczyć! Widział to kto! Nie, doprawdy, jak żyję, nic podobnego nie słyszałam. Jakim tonem mówi do mnie ten chłopak! Natychmiast idź pakować swoje rzeczy, i jeżeli usłyszę jeszcze choć słowo o wybaczaniu, pokażę ci takie wybaczanie, że długo je popamiętasz. Na zakończenie stuknęła Toma w głowę naparstkiem, i prześlizgnęliśmy się koło niej na schody, przyczem Tom udał, że płacze. Znalazłszy się na górze w swoim pokoju, Tom rzucił mi się na szyję, nie posiadając się z radości, że wyjeżdża w podróż. — Zanim wyjedziemy, zrobi jej się żal, że zmusiła mnie do wyjazdu, ale nie będzie już mogła zmienić swej decyzji. Po tem, co powiedziała, duma nie pozwoli jej ustąpić. Tom w dziesięć minut spakował swoje rzeczy, resztę zaś powinny mu były przygotować ciocia Polly i kuzynka Mary; potem przeczekał jeszcze dziesięć minut, żeby się ciotka uspokoiła i była dobra i łagodna jak przedtem, gdyż Tom twierdził, że dziesięć minut wystarczy, aby jego ciotka się uspokoiła. Wkońcu zeszliśmy nadół, mając wielką ochotę poznać treść listu ciotki Sally. Ciocia Polly siedziała nadole, w głębokiem zamyśleniu; list leżał na jej kolanach. Gdyśmy usiedli, zaczęła: — Mają wielkie przykrości i zmartwienia i spodziewają się, że ty i Huck wymyślicie coś, żeby im pomóc. Wuj Siles ma sąsiada, nazwiskiem Brais Dunlap. Ten Brais Dunlap już od trzech miesięcy powziął myśl starania się o Benny. Wkońcu wuj Siles oświadczył mu raz na zawsze, że nie wyda za niego Benny, Wówczas Brais przez zemstę na wszelkie sposoby zaczął mu dokuczać. Przypuszczam, że ów Brais musi być dość wybitną jednostką w tej okolicy, skoro wuj Siles, widocznie nie chcąc z nim zadzierać i chcąc go jakoś udobruchać, przyjął nawet jego brata jako robotnika na swoją fermę, pomimo że nie potrzebuje żadnego robotnika i ciężko mu płacić pensję zbytecznemu człowiekowi. Co to za jedni ci Dunlapowie, Tomku? — Oni mieszkają, proszę cioci, o milę od fermy wuja Silesa — w tamtych okolicach wszystkie fermy są oddalone od siebie o milę — i Brais Dunlap jest uważany za najbogatszego fermera. Ma trzydzieści sześć lat; jest wdowiec, bezdzietny, chełpi się swojemi pieniędzmi, uciska biednych i sąsiedzi boją się go. Jak mi się zdaje, wyobraził sobie, że wszędzie może sobie wybrać narzeczoną; wystarczy tylko chcieć; i zapewne czuł się bardzo upokorzony, gdy mu Benny odmówiła. Toż ona ma dopiero osiemnaście lat i taka miła, taka ładna. Biedny wuj Siles! Wielka szkoda, że musi się liczyć z Braisem Dunlapem i z tego powodu trzymać na fermie na nic niepotrzebnego Jupitera Dunlapa i płacić mu pensję z resztek pieniędzy. — Jupiter! A cóż to za imię! Komu przyszło do głowy tak go nazwać? — To przezwisko. Myślę, że już dawno zapomniano jego prawdziwego imienia. Teraz ma dwadzieścia siedem lat, a otrzymał to przezwisko, kiedy się zaczął uczyć pływać. Nauczyciel zobaczył na jego nodze, powyżej kolana ciemny znak wielkości monety dziesięciocentowej, a dokoła niego cztery mniejsze znaki i powiedział, że to Jupiter i jego satelici; kolegom wydało się to zabawne. Zaczęli go przezywać Jupiterem, i przezwisko to dotąd mu pozostało. To wysoki chłopak, leniwy i chytry, dosyć tchórzliwy, ale nie zły, z długiemi ciemnemi włosami, bez zarostu; nie ma grosza przy duszy, tak, że Brais trzyma go przy sobie z łaski, daje mu do noszenia swoje stare ubrania i trak- tuje go pogardliwie. Jupiter ma brata bliźniaka. — A jaki jest ten brat? — Kubek w kubek taki sam, jak Jupiter, jeśli wierzyć opowiadaniom — to jest był taki sam, bo już od siedmiu lat nic o nim nie słychać. Przyłapano go na kradzieży, gdy miał dziewiętnaście lat, i wsadzono do więzienia; ale uciekł z więzienia gdzieś na północ. Z początku krążyły pogłoski, że zajmował się grabieżą to tu, to tam, ale już od wielu lat nic o nim nie słychać. Prawdopodobnie umarł. Przynajmniej tak sądzą wszyscy. — Jak mu na imię? — Jack. Jakiś czas trwało milczenie. Staruszka się zamyśliła. Wreszcie zaczęła: — Co najbardziej niepokoi ciocię Sally, to to rozdrażnienie, do jakiego Jupiter doprowadza twojego wuja. Tom był zdumiony, ja także. Tom powiedział: — Rozdrażnienie? Wuj Siles rozdrażniony? Wielkie nieba! Ciocia chyba żartuje? Pierwszy raz w życiu słyszę, że on może być rozdrażniony. — Jupiter doprowadza go poprostu do wściekłości, pisze ciocia Sally; czasem dochodzi do tego, że gotów uderzyć tego człowieka. — Ależ, ciociu, to wprost nieprawdopodobne! Przecież wuj Siles muchyby nie skrzywdził. — Nic już nie wiem prócz tego, że ciocia Sally jest bardzo zaniepokojona. Pisze, że wuj Siles stał się poprostu innym człowiekiem, a to z powodu zatargu. A sąsiedzi zaczynają źle mówić o twoim wuju, przypisują mu we wszystkiem winą dlatego, że on jest — powiada- ją — pastorem i nie przystoi mu wdawać się w zatargi. Ciocia Sally pisze, że wuj nawet kazania mówi niechętnie — tak go to wszystko zmęczyło — i parafjanie stają się w stosunku do niego coraz chłodniejsi; już nie ma na nich takiego wpływu, jak dawniej. — To bardzo dziwne! Przecież on zawsze był taki dobry, łagodny, wyrozumiały — poprostu anioł nie człowiek! Co mu się stało, jak ciocia sądzi?

II

Poszczęściło się nam; zdążyliśmy wsiąść na statek, jadący do Luisiany górną i dolną Missisipi aż do fermy wuja Silesa w Arkansas, tak, że nie potrzebowaliśmy przesiadać się w Saint Louis. Na statku było prawie pusto; gdzie niegdzie siedzieli pasażerowie, przeważnie starsi ludzie, każdy oddzielnie, i spokojnie sobie drzemali. Jechaliśmy już cztery dni, ale nie nudziło się nam. Czyż mogą się nudzić chłopcy, którzy się wyrwali na swobodę i udają się w podróż? Już na pierwszy dzień domyśliliśmy się, że na statku jest chory i że zajmuje miejsce w kajucie oficerskiej, sąsiadującej z naszą, gdyż służba zawsze mu tam przynosiła jedzenie. W trakcie rozmowy zapytaliśmy się o to — to jest Tom zapytał — i służący odpowiedział, że tam rzeczywiście znajduje się mężczyzna, ale nie wygląda na chorego. — I on naprawdę wcale nie jest chory? — Nie wiem; możliwe, że był chory, ale teraz się poprawił. — Dlaczego tak sądzicie? — Dlatego, że gdyby był chory, to ma się rozumieć, rozebrałby się i położył do łóżka, prawda? A ten przeciwnie. Przez cały czas nie zdejmował nawet butów. — A to dopiero! I nie kładł się do łóżka? — Nie. Tomek Sawyer należał do tych ludzi, których można karmić zamiast chleba jakąkolwiek tajemnicą. Gdyby przed nami dwoma położono na stole do wyboru: tajemnicę i smaczne ciastko, nie wahalibyśmy się długo. Taką już mam naturę, że zarazbym porwał ciastko, a Tom przeciwnie — zabrałby się do tajemnicy. Natury bywają różne. Tom zapytał służącego: — Jak się ten człowiek nazywa? — Philips. — Skąd jedzie? — Zdaje się, że wsiadł na statek w Aleksandrji. — Jak myślicie, co to za ptaszek? — Nie wiem, zupełnie o tem nie myślałem. Oto — pomyślałem sobie — jeszcze jeden, który zabrałby się raczej do ciastka niż do tajemnicy! — Czy jest w nim coś szczególnego? W jego manierach lub rozmowie? — Niema w nim nic szczególnego, tylko wydaje się bardzo bojaźliwym, dniem i nocą zamyka drzwi na klucz i, jeżeli do niego zapukać, nigdy nie otworzy odrazu, tylko najpierw popatrzy przez szparę, żeby się przekonać, kto do niego puka. — Jak Boga kocham, to ciekawe! Chciałbym na niego popatrzeć. Czy nie moglibyście, gdy na- stępnym razem pójdziecie do niego, otworzyć drzwi szerzej i... — Nie, to zupełnie niemożliwe! On zawsze stoi przy drzwiach i natychmiast je zamyka. — Słuchajcie. Dacie mi swój fartuch i pozwolicie mi rano zanieść mu śniadanie do kajuty. Służący powiedział, że się zgadza, jeżeli bufetowy nie będzie miał nic przeciwko temu. Tom zabrał się do załatwienia sprawy z bufetowym i rzeczywiście załatwił ją. Pozwolono nam kolejno kłaść fartuch i zanosić jedzenie do kajuty nieznajomego. Tom prawie wcale nie spał tej nocy, tak się przejmował tajemnicą, otaczającą Philipsa, i całą noc starał się odgadnąć tę tajemnicę, ale naturalnie jego wysiłki były bezskuteczne. A ja przeciwnie — skorzystałem z okazji, żeby się porządnie przespać. Przecież i tak, choćbym sobie nie wiem jak łamał głowę, nie odgadnę, co to za jeden ten Philips, mówiłem do siebie, zasypiając. Dobrze. Rano, ledwieśmy wstali, nałożyliśmy fartuchy, wzięliśmy do rąk tace, i Tom zapukał do drzwi. Tajemniczy pasażer popatrzył na nas przez szparę, potem wpuścił nas i natychmiast zatrzasnął za nami drzwi. Gdy tylko spojrzeliśmy na niego, przysięgam, omal nie upuściliśmy tac z rąk, do tego stopnia byliśmy zdumieni! — Skąd pan się tu wziął, panie Jupiterze Dunlap? — zapytał Tom. Jupiter był zdumiony i, jak się zdaje, nie wiedział, czy się ma lękać, czy cieszyć; rumieńce znowu wystąpiły mu na twarzy, chociaż z początku bardzo pobladł. Zaczęliśmy gadać o tem i owem, podczas gdy on jadł śniadanie. Skończywszy jeść, powiedział: — Ale ja nie jestem Jupiter Dunlap. Powiem wam, kim jestem, tylko przysięgnijcie mi, że nikomu nie powtórzycie, bo ja nie jestem Philips. — Zachowamy milczenie — powiedział Tom — ale jeżeli pan nie jest Jupiterem Dunlapem, niema potrzeby wyjaśniać nam, kim pan jest. — A to dlaczego? — A dlatego, że jeżeli pan nim nie jest, to znaczy, że jest pan drugim bliźniakiem — Jackiem. Jest pan prawdziwą kopją Jupitera. — Dobrze, nie będę zaprzeczać; istotnie jestem Jack. Ale słuchajcie no, chłopcy, skąd wy znacie Dunlapów? Tom opowiedział mu o przygodach, jakie mieliśmy zeszłego lata na fermie wuja Silesa, i kiedy Jack przekonał się, że wszystko to nie dotyczy bynajmniej ani jego, ani jego braci, zaraz stał się otwarty i rozmowny. Zresztą unikał mówienia o sobie w sposób określony; powiedział tylko, że spotkał go surowy los i możliwe, że czeka go zły koniec; że życie, jakie prowadzi, jest bardzo niebezpieczne i... Tu przerwał i, otwarłszy usta, wstrzymał oddech, jakby się czemuś przysłuchiwał. My również nie mówiliśmy ani słowa, i przez kilka sekund było tak cicho, że nic nie było słychać prócz lekkiego skrzypu drewnianych części statku i stuku maszyny wdole. Potem potrosze uspokoiliśmy go, opowiadając mu o jego braciach, i o tem, jak żona Braisa umarła trzy lata temu, i jak Brais chciał się ożenić z Benny, a ona mu dała kosza, i że Jupiter służy na fermie u wuja Silesa, i jak się kłóci z wujem Silesem — tak, że wkońcu Jack całkiem się uspokoił i zaczął się śmiać. — Mój Boże! — powiedział. — Wasze opowiadanie przypomina mi dobre, dawne czasy, i tak mi miło was słuchać. Już przeszło od siedmiu lat nic nie słyszałem o swoich bliskich. Co oni o mnie myśleli w ciągu tego czasu? — Kto? — Ano wszyscy sąsiedzi i moi bracia. — Zupełnie o panu nie myśleli, czasem wspominali, ot i wszystko. — Doprawdy? — zapytał Jack ze zdziwieniem. — Dlaczegóż to tak? — A dlatego, że wszyscy uważali pana za dawno już umarłego. — Nie może być! Prawdę mówicie? Dajcie mi słowo honoru, że to prawda, wtenczas uwierzę! W podnieceniu zerwał się z miejsca. — Słowo honoru. Nikt nie ma wątpliwości, że pan już dawno umarł. — W takim razie jestem ocalony — co do tego nie można mieć wątpliwości! Wrócę do domu. Ukryją mnie i uratują mi życie. Tylko żebyście się nie wygadali. Przysięgnijcie mi, że będziecie milczeć, że nigdy, nigdy mnie nie zdradzicie. O, chłopcy! Zlitujcie się nad nieszczęśliwym, którego prześladują dniem i nocą jak dzikie zwierzę, tak, że nie śmie się nigdzie pokazać! Nigdy nie zrobiłem wam nic złego i nigdy nie zrobię, przysięgam wam to na Boga wszechmogącego! Przysięgnijcie i wy, że się zlitujecie nade mną i dopomożecie mi uratować życie! Zgodzilibyśmy się przysiąc, nawet gdyby był psem, a nie człowiekiem. Gdyśmy mu przysięgli, biedny chłopak nie wiedział, jak ma nam wyrazić swoją miłość i wdzięczność. Ciągnęliśmy dalej rozmowę, a Jack tymczasem wyciągnął niewielką torbę podróżną i zaczął ją otwierać, prosząc nas, żebyśmy się odwrócili i nie patrzyli. Spełniliśmy jego życzenie, a kiedy powiedział nam, że możemy po dawnemu patrzeć na niego, był do tego stopnia zmieniony, że nie można go było poznać. Wypukłe niebieskie okulary zakrywały mu oczy, i jakimś cudem wyrosły mu jak najnaturalniejsze ciemne bokobrody i wąsy. Rodzona matkaby go nie poznała. Zapytał nas, czy podobny jest teraz do swego brata Jupitera. — Najmniejszego podobieństwa — odpowiedział Tom — z wyjątkiem długich włosów. — Temu nieszczęściu łatwo zaradzić; ostrzygę włosy przed powrotem do domu. Brais i Jupiter zachowają moją tajemnicę, będę mieszkać u nich jako obcy człowiek, i sąsiedzi nigdy mnie nie poznają. Co o tem myślicie? Tom pomyślał chwilę i odpowiedział: — Ja i Huck naturalnie będziemy milczeć, ale i panu nie zawadziłoby trzymać język za zębami, inaczej ryzykuje pan, że go poznają. Bo kiedy pan zacznie mówić, wszyscy natychmiast zauważą, jak podobny jest pański głos do głosu Jupitera. Może to naprowadzić ich na myśl o bliźniaku Jacku, którego uważali za umarłego, lecz który równie dobrze mógł pozostać przy życiu, ukrywając się pod cudzem nazwiskiem. — Jak Boga kocham, to bardzo roztropny chłopiec! — zawołał Jack. — Święta racja! Będę udawał głuchoniemego, gdy wpobliżu zobaczę kogoś z sąsiadów. Gdybym wrócił do domu, zapomniawszy o tym małym środku ostrożności... Zresztą, przecież nie miałem zamiaru wracać do domu. Poprostu chciałem się gdziekolwiek ukryć przed tymi ludźmi, którzy mnie prześladują; gdyby mi się udało im wymknąć, mógłbym nałożyć sztuczne wąsy i bokobrody, postarać się gdzieś o inne ubranie i... Nagle jednym susem znalazł się pod drzwiami, przyłożył do nich ucho i zaczął słuchać, blady, zadyszany. Po chwili szepnął: — Zdawało mi się, że słyszę trzask odwodzonego kurka. Boże, co za życie muszę prowadzić! Opadł na fotel, drżąc ze wzruszenia i strachu, i zaczął ocierać pot z czoła.

III

Odtąd prawie ciągle przebywaliśmy w jego kajucie, a w nocy kolejno jeden z nas spał u niego na górnej koi. Mówił, że jest całkiem samotny i że wielką radość sprawia mu rozmowa z nami i poczucie, że ktoś odnosi się do niego z sympatją i podziela jego strach i niepokój. Mieliśmy straszną ochotę dowiedzieć się, na czem polega tajemnica Jacka i dlaczego Jack się ukrywa, ale Tom powiedział, że najlepszą drogą do poznania tajemnicy jest nieokazywanie najmniejszej ciekawości; wówczas Jack sam wszystko opowie; jeżeli zaś będziemy mu się naprzykrzać pytaniami, stanie się podejrzliwy i zamknięty w sobie. Stało się tak, jak Tom przewidywał. Łatwo było zauważyć, że Jack ma wielką ochotę podzielić z nami swą tajemnicę, ale za każdym razem, kiedyśmy się do tego przybliżali, Jack uchylał się od udzielenia bezpośrednich wyjaśnień i zaczynał mówić o czemś innem. Wkońcu jednak wyspowiadał się przed nami, a oto jak się to stało. Pewnego razu zapytał nas dość obojętnym tonem, jacy pasażerowie jadą na pokładzie statku. Powiedzieliśmy mu. Ale on nie był zadowolony z naszej odpowiedzi i poprosił, żeby mu opisać pasażerów bardziej szczegółowo. Tom zabrał się do tego. Wreszcie, kiedy opisywał najgrubszego i najbardziej oberwanego z pośród tych pasażerów, Jack zadrżał, i wyrwało mu się westchnienie. — O, mój Boże, to jeden z nich! — jęknął. — To znaczy, że oni są na statku — wiedziałem o tem! Miałem słabą nadzieję, że udało mi się im wyślizgnąć, ale nie miałem odwagi w to wierzyć. Mówcie dalej. Ale zaledwie Tom zaczął opisywać drugiego oberwańca z liczby pasażerów pokładu, gdy Jack znowu zadrżał i przerwał mu. — To on — to drugi! Ach, żeby tak zapadła ciemna, burzliwa noc, tak, żebym mógł niepostrzeżenie wysiąść na brzeg! Widzicie, oni mnie śledzą i, jak tylko wysiądę na brzeg, natychmiast będą o tem wiedzieli. I nim minęło kilka minut, zaczął nam opowiadać o sobie. — To była zręczna gra — zaczął. — Upatrzyliśmy sobie pewien magazyn jubilerski w Saint-Louis. Bardzo nas tam interesowała para wspaniałych, ogromnych brylantów, wielkości orzecha; wszyscy zbiegali się oglądać je i zachwycali się niemi. Ubraliśmy się jak najszykowniej i odegraliśmy swe przedstawienie na oczach wszystkich w biały dzień. Poprosiliśmy o przysłanie nam brylantów do hotelu, żebyśmy mogli lepiej im się przyjrzeć; a kiedy nam je przysłano, zręcznie zamieniliśmy je fałszywemi kamieniami, które mieliśmy przygotowane, i odesłaliśmy je do sklepu zamiast prawdziwych, mówiąc posłańcowi, ze woda brylantów okazała się niedość czysta i nie są one warte dwunastu tysięcy . — Dwanaście tysięcy dolarów! — powtórzył Tom. — Czy naprawdę one były warte tyle pieniędzy, jak pan sądzi? — Warte były co do centa. — I uciekł pan z temi brylantami? — Ma się rozumieć. Spodziewam się, że w sklepie jeszcze nie spostrzeżono naszego podstępu, ale i tak niebezpiecznie dla nas było zostawać w Saint-Louis, i doszliśmy do przekonania, że najlepiej będzie uciec stamtąd. Ciągnęliśmy losy, jakich stron mamy się trzymać, i wypadła — górna Missisipi. Zawinęliśmy brylanty w kawałek papieru, na którym wszyscy się podpisali, i oddaliśmy ten zwitek zarządzającemu hotelu, mówiąc mu, że ma go nam zwrócić tylko w tym wypadku, gdy przyjdziemy po niego wszyscy razem i żeby nie oddawał żadnemu z nas zosobna. Skończywszy z tem, poszliśmy na miasto, ale każdy osobno, samodzielnie — dlatego, jak sądzę, że każdy z nas krył się z jedną i tą samą myślą. Nie jestem tego pewny, ale sądzę, że mogło tak być. — Z jaką myślą? — zapytał Tom. — Żeby ograbić towarzyszy. — Co! Samemu przywłaszczyć to, co ukradli wszyscy razem? — Właśnie. Tom był wzburzony i powiedział, że czegoś podlejszego i nikczemniejszego nie można sobie wyobrazić. Ale Jack Dunlap wyjaśnił mu, że w ich zawodzie takie rzeczy były na porządku dziennym. Poczem ciągnął dalej swe opowiadanie: — Widzicie, trudność tkwiła w tem, że w żaden sposób nie można było rozdzielić dwóch brylantów pomiędzy trzech ludzi. Gdyby ich było trzy... Ale co za sens mówić o tem, kiedy ich było tylko dwa. Krążyłem po głuchych ulicach miasta, rozmyślając i głowiąc się, jak postąpić. I powiedziałem sobie, że przy pierwszej nadarzającej się okazji ściągnę brylanty, przebiorę się w inne ubranie, zmienię sobie twarz przy pomocy sztucznych bokobrodów, a wtenczas niech spróbują mnie znaleźć. Kupiłem niebieskie okulary, fałszywe bokobrody, ubranie i, spakowawszy te rzeczy do torby, udałem się do domu. Przechodząc obok pewnego sklepiku, zauważyłem tam ku swojemu zdziwieniu jednego z moich towarzyszy. Był to Baud Dixon. Ucieszyło mnie to. Teraz — powiedziałem do siebie — dowiem się, kochanku, co ty kupujesz. Ukrywszy się w cieniu, zacząłem go obserwować. I jak sądzicie, co on kupował? — Bokobrody? — powiedziałem. — Nie. — Niebieskie okulary? — Nie. — Ach, dajże spokój, Huck Finn; tylko przeszkadzasz mu opowiadać — przerwał mi Tom ze złością. — Cóż on takiego kupował, Jack? — Za nic w świecie byście nie zgadli. Kupował dłótko, zwyczajne małe dłótko, — i nic więcej. — A to dopiero! I nacóż mu ono było potrzebne? — Nad tem właśnie i ja się zamyśliłem. To było ciekawe. Byłem poprostu zdumiony. Naco mu dłótko? — zadawałem sobie pytanie. Kiedy wyszedł ze sklepiku, schowałem się, żeby mnie nie zauważył, śledziłem go aż do następnego sklepiku, gdzie kupił czerwoną koszulę flanelową i inne części starego ubrania — tego samego, w którem widzieliście go tu na pokładzie i które mi opisaliście. Swój bagaż schowałem w szalupce, którą przygotowaliśmy sobie, żeby popłynąć wgórę rzeki. Potem zabraliśmy od hotelarza zwitek z brylantami, wsiedliśmy do szalupki i ruszyliśmy w drogę. Żaden z nas nie odważał się zasnąć; pilnowaliśmy się wzajemnie. Było to bardzo przykre, tem bardziej, że przed paroma tygodniami pokłóciliśmy się i tylko dzięki tej sprawie z brylantami zapanowała między nami chwilowa zgoda. Sytuacja była tem gorsza, że na trzech przypadały dwa brylanty. Najpierw zjedliśmy kolację, potem zaczęliśmy się przechadzać po pokładzie i palić, dopóki nie zapadł zmierzch; wówczas zeszliśmy do kajuty, zamknęliśmy drzwi, rozwinęliśmy zwitek, żeby się przekonać, czy brylanty są nienaruszone, położyliśmy je na dolnej koi, żeby pozostały na oczach wszystkich, i zaczęliśmy ich pilnować, robiąc wszelkie możliwe wysiłki, żeby nie zasnąć. Wkońcu Dixon nie wytrzymał. Gdy tylko zachrapał w sposób zupełnie naturalny, z głową, spuszczoną na piersi, Hall Cliton mrugnął na mnie, wskazując mi najpierw brylanty, a potem drzwi, i zrozumiałem, o co mu chodzi. Wyciągnąłem rękę i ostrożnie wziąłem zwitek; kilka chwil staliśmy bez ruchu, wstrzymując oddech; Baud nie ruszał się; cicho i ostrożnie przekręciłem klucz w zamku, nacisnąłem klamkę, i wyszliśmy z kajuty, równie cicho zamykając za sobą drzwi. Wkoło nie było słychać najmniejszego odgłosu; szalupka szybko i lekko ślizgała się po wodzie w mglistem świetle ksieżycowem. Nie mówiąc ani słowa, poszliśmy prosto na górny pokład usiedliśmy na samym końcu pokładu. Bez żadnych wyjaśnień, obaj wiedzieliśmy, co to znaczy. Baud Dixon obudzi się i, nie znalazłszy brylantów, przyjdzie tu do nas, bo ten człowiek niczego i nikogo się nie bał, jeśli chodziło o pieniądze. Gdyby przyszedł, albobyśmy go wyrzucili za burtę, albo zabilibyśmy go podczas walki. Ta myśl przyprawiała mnie o drżenie, bo nie jestem taki odważny, jak inni, ale bałem się okazać swą słabość wobec Halla Clitona. Miałem cichą nadzieję, że nasza łódź przybije gdzieś do brzegu i zdążymy umknąć, unikając w ten sposób groźnego spotkania z Baudem Dixonem, którego bałem się śmiertelnie; ale ta nadzieja z trudem mogła być usprawiedliwiona, gdyż na naszej drodze przystanki nigdzie nie były przewidywane. Siedzieliśmy w dalszym ciągu, czas mijał, a Baud Dixon ani myślał wychodzić na pokład, Wreszcie zaczęło świtać. „Niech djabli wezmą! — mówię do Halla Clitona. — Rozumiesz ty co z tego? To zaczyna być podejrzane” „Niech mnie piorun spali! — odpowiedział Hall Cliton. — Czy on aby nie wypłatał nam jakiego figla? Rozwińmy papier!” Rozwinąłem papier, i jak myślicie? Nic w nim nie było oprócz dwóch małych kawałków cukru! Oto dlaczego Baud tak spokojnie chrapał sobie całą noc w kajucie. Chytrze pomy- ślane? Nic chytrzejszego być nie może! Zawczasu przygotował sobie zwitek, w którym zamiast brylantów były dwa kawałki cukru, i niepostrzeżenie podsunął go niemal w naszych oczach. Czuliśmy się całkiem wystrychnięci na dudków. Ale trzeba było koniecznie jakoś wyplątać się z tego, więc ułożyliśmy pewien plan. Postanowiliśmy zawinąć kawałki cukru w papier po dawnemu, potem pocichu wrócić do kajuty i położyć zwitek na dawnem miejscu, jakbyśmy go wcale nie ruszyli i jakby nam nawet na myśl nie przychodziło, że Baud chciał nam zrobić kawał i teraz chrapie sobie jak najspokojniej, w pełnem przekonaniu, że wyprowadził nas w pole. Postanowiliśmy również ani na chwilę nie zostawiać go samego i pewnego wieczoru po wylądowaniu upić go do nieprzytomności, zrewidować, odnaleźć brylanty, a potem skończyć z nim, jeżeli to będzie można zrobić bez ryzyka. Skończyć z nim trzeba będzie koniecznie, bo w przeciwnym wypadku onby się sam postarał skończyć z nami. Ale nie miałem wielkiej nadziei, że uda się nam znaleźć brylanty. Upić go do nieprzytomności łatwo — on do picia zawsze gotów — ale co z tego za pożytek? Na pewno umiał tak schować brylanty, że choćbyśmy go rewidowali cały rok, i tak nic nie znajdziemy... Ale w tej samej chwili aż mi dech zaparła pewna myśl, która mi zaświtała w głowie. Ta myśl prześwidrowała mi mózg, oślepiła mnie i serce mi zaczęło bić z radości! Akurat w tym czasie zdjąłem buty, żeby dać odpoczynek nogom, i kiedy znowu zacząłem się obuwać, przypadkowo skierowałem wzrok na obcas mego buta. Pamiętacie co wam opowiadałem o małem dłótku? — Dobre sobie! O tem zapomnieć! odpowiedział Tom, zaciekawiony do najwyższego stopnia i słuchający opowiadania z nadzwyczajną uwagą. — No więc, kiedy spojrzenie moje padło. przypadkowo na obcas, nagle błysnęła mi myśl, że wiem, gdzie należy szukać brylantów! Spójrzcie na ten obcas. Widzicie, zdołu jest zakończony stalową podkówką, przykręconą małemi śrubkami. To znaczy, że Baud Dixon nie miał nigdzie śrubek z wyjątkiem obcasów, z łatwością więc domyśleć teraz, naco mu było potrzebne dłótko. — Huck, powiedz, czy to nie sprytne! zawołał Tom. — No więc włożyłem zpowrotem buty, zeszliśmy pocichu do kajuty, położyliśmy papier z cukrem na dawnem miejscu, siedliśmy ostrożnie i zaczęliśmy się przysłuchiwać, jak Baud Dixon chrapie. Hall Cliton w bardzo niedługim czasie zasnął, ale ja ani myślałem spać; wciąż starałem się dojrzeć ukradkiem z pod szerokich skrzydeł mego kapelusza, czy nie leży gdzie na podłodze kawałek skóry, wyrżnięty ze środka obcasa. Wkońcu udało mi się go znaleźć, a wkrótce potem i drugi taki sam skrawek z drugiego obcasa, i pomyślałem sobie: teraz wiem, gdzie są brylanty! Pomyślcie tylko, jaki spryt i zimną krew miał ten wałkoń! Obmyślił ten plan, obliczywszy zgóry, jak powinniśmy postąpić, a myśmy wszystko wykonali według jego planu jak dwaj durnie. Ukradkiem odśrubował podkówki od swych obcasów, wydrążył je w środku, włożył tam brylanty i znów przyśrubował podkówki. Wiedział, że ukradniemy podłożony zwitek i będziemy czekać na niego całą noc na pokładzie, żeby go utopić, kiedy się na nas rzuci, a przysięgam na Boga, że bylibyśmy go utopili! Znajduję, że to była djabelnie chytra sztuka. — O, jeszczeby też! — powiedział Tom z zachwytem.

IV

Cały następny dzień spędziliśmy na tem, że śledziliśmy się wzajemnie, i mogę was zapewnić, że to bardzo nudne i ciężkie zajęcie. Wieczorem przybyliśmy do jednego z małych missuryjskich miasteczek, zjedliśmy kolację i wynajęliśmy sobie na górze małą sypialnię z jedną koją i jednem łóżkiem dwuosobowem. Gdyśmy wchodzili po schodach gęsiego – naprzedzie gospodarz oberży ze świecą w ręku, ja ztyłu za wszystkimi – udało mi się niepostrzeżenie wsunąć swą torbę pod stół w sali jadalnej. Zamówiliśmy whisky, usiedliśmy do kart, i gdy tylko whisky zaczęła działać na Bauda, przestaliśmy pić, a jego wciąż poiliśmy. Wreszcie takeśmy go napompowali, ze zwalił się z krzesła i zachrapał. Teraz trzeba było brać się do rzeczy. Powiedziałem Hallowi, że lepiej będzie zdjąć buty, żeby bez najmniejszego hałasu poruszać się po pokoju, a potem porządnie zrewidować Bauda. Tak też zrobiliśmy. Postawiłem swoje buty obok butów Bauda, żeby się nie pomyliły. Wówczas roze- braliśmy Bauda, przeszukaliśmy jego kieszenie, skarpetki, wnętrze butów, każdą fałdę ubrania, rozwiązaliśmy nawet jego węzełek z rzeczami. Brylantów nigdzie nie było. Znaleźliśmy dłótko, i Hall powiedział: „Jak myślisz, naco mu ono było potrzebne? Odpowiedziałem, że nie wiem, ale gdy tylko się odwrócił, schowałem dłótko do kieszeni. Wkońcu Hall zniechęcił się i powiedział, że lepiej będzie dać temu wszystkiemu spokój. Na to tylko czekałem. — Jest jeszcze jedno miejsce — mówię mu — któregośmy nie przeszukali. — Cóż to za miejsce? — zapytał. — Jego żołądek. — Do djabła, nawet nie pomyślałem o tem! Ale jakże mamy teraz postąpić? — Otóż tak — mówię — posiedź przy nim tymczasem, a ja pójdę w jedno miejsce, gdzie mam nadzieję odnaleźć brylanty. W zupełności pochwalił mój zamiar i patrzył na mnie bezustanku, podczas gdy ja szybko kładłem buty Bauda zamiast swoich, czego on nie zauważył. Były tylko trochę za duże na mnie, co jest o wiele lepsze, niż gdyby były za małe. Poomacku odnalazłem swą torbę, przechodząc w ciemności przez jadalnię, a po chwili byłem już na drodze i szybko szedłem naprzód. Czułem się bardzo dobrze, wiedząc, że w obcasach mam ukryte klejnoty. Po upływie kwadransa powiedziałem sobie: teraz dzieli mnie od nich cała mila, i wkoło zupełny spokój. Minęło jeszcze pięć minut, i powiedziałem sobie: teraz dzieli mnie od nich o wiele więcej niż mila, ale poza mną pozostał człowiek, który teraz zaczyna odczuwać pewien niepokój. Jeszcze piąć minut, i mówią sobie: teraz jest już bardzo zaniepokojony; niespokojnie przechadza się po pokoju z kąta w kąt. Jeszcze pięć minut, i mówię sobie: uszedłem dwie i pół mili, teraz on jest strasznie zaniepokojony, zaczyna się domyślać. Po upływie czterdziestu minut powiedziałem sobie: teraz on już wie, że coś jest nie w porządku! Po upływie pięćdziesięciu minut powiedziałem: teraz on już wie prawie wszystko. Myśli, że znalazłem brylanty, kiedyśmy rewidowali Bauda i że je ukryłem przy sobie. Teraz puścił się w pościg za mną. Zacznie szukać świeżych śladów na zapylonej drodze, ale te mogą go równie dobrze zaprowadzić wdół, jak i wgórę rzeki. W tej chwili spostrzegłem człowieka jadącego w moją stroną wierzchem na mule, i nie zastanowiwszy się porządnie, schowałem się w krzaki. Jeździec, zrównawszy się ze mną, zatrzymał się i zaczął czekać na mnie, ale nie doczekawszy się, pojechał dalej. To było głupie z mojej strony. Wzbudziłem w tym człowieku podejrzenie tem, że się schowałem, a przecież on mógł spotkać Halla Clitona. O świcie doszedłem do Aleksandrji, gdzie stał ten statek, i ucieszyłem się bardzo, bo teraz byłem już całkiem bezpieczny. Dzień ledwie się zaczynał. Dostałem się na statek i zająłem tę kajutę. Zacząłem z niecierpliwością oczekiwać chwili odbicia od brzegu, ale statek wciąż stał, bo na nieszczęście zepsuła się w nim jakaś maszyna i trzeba było koniecznie ją naprawić. Krótko mówiąc, statek nie ruszył się z miejsca przed południem, a ja jeszcze na długo przed śniadaniem zamknąłem się w swej kajucie, bo zdaleka zobaczyłem kogoś, idącego na przystań i tak podobnego do Halla Clitona, że się przeląkłem. Powiedziałem sobie: jeżeli on się dowie, że jestem na statku, zatłucze mnie tu jak mysz w pułapce. Zacznie mnie śledzić i czekać, aż wysiądę na brzeg, myśląc, że on znajduje się o tysiąc mil ode mnie, a wtenczas wyśledzi mnie, przydybie w jakiemś odludnem miejscu, odbierze mi brylanty i potem... O, ja wiem, co on potem zrobi! To straszne, straszne! A teraz okazuje się, że i ten drugi jest na statku. Ach, to bardzo ciężka sytuacja, chłopcy, bardzo ciężka! Ale wy mi pomożecie uratować się, prawda? O, chłopcy! Ulitujcie się nad nieszczęśliwym, którego śledzą poto, żeby go zabić, uratujcie mnie, a gotów będę całować ziemię, po którejście przeszli! Zaczęliśmy go uspokajać i powiedzieliśmy mu, że gotowiśmy zrobić wszystko możliwe, żeby go uratować, i że nie ma powodu tak się lękać. Potrosze się uspokoił, odśrubował podkówki od obcasów, wyjął brylanty i zaczął je obracać na wszystkie strony, zachwycając się niemi, i rzeczywiście, były prześliczne, kiedy światło padało na nie: płonęły, rozpływały sie, sypały się z nich iskry, wyrywały całe snopy promieni. Ale ja ciągle myślałem, że to wielki głupiec. Gdybym był na jego miejscu, oddałbym brylanty tym włóczykijom, żeby się ich pozbyć, i tem zakończyć całą sprawę. Ale on był zupełnie innego zdania w tym względzie. Dla niego brylanty stanowiły cały majątek i za nic w świecie nie zgodziłby się ich oddać. Statek przez ten czas zatrzymywał się dwa ra- zy i za drugim razem dość długo stał wieczorem, ale ponieważ nie było dostatecznie ciemno, Jack nie zdecydował się skoczyć do wody, bojąc się, że go zauważą. Wreszcie trzeci postój odbył się w jak najbardziej sprzyjających warunkach. Przybiliśmy do brzegu obok leśniczówki o czterdzieści mil powyżej tej okolicy, gdzie znajdowała się ferma wuja Silesa; była druga godzina w nocy, ciemności się zgęszczały, i czuło się burzę w powietrzu. Wkrótce zaczął kropić deszcz, zadął silny wiatr. Jackowi udało się niepostrzeżenie zeskoczyć ze statku, wmieszawszy się w tłum majtków. Widząc, jak zamajaczył w świetle latarni i natychmiast zniknął w ciemnościach, odetchnęliśmy z ulgą. Ale radość nasza była krótkotrwała. Prawdopodobnie prześladowcy Jacka dowiedzieli się jakoś o jego zniknięciu, bo nie upłynęło nawet dziesięć minut, gdy jacyś dwaj ludzie pędem zbiegli ze statku, wydostali się na brzeg i również znikli w ciemnościach. Czekaliśmy do świtu na ich powrót, ale nie wrócili. To bardzo nas przestraszyło i zasmuciło. Pozostawała tylko nadzieja, że w ciemnościach nie odnajdą śladów Jacka i ten zdąży szczęśliwie dostać się na fermę swego brata. Miał on zamiar iść drogą wzdłuż rzeki i prosił nas, żebyśmy kiedy przyjedziemy do wuja Silesa, dowiedzieli się, czy jego bracia, Brais i Jupiter, są w domu i czy niema u nich kogoś obcego. Będzie na nas czekać o zachodzie słońca wpobliżu małej grupy drzew za polem tytoniowem wuja Silesa w bardzo ustronnem miejscu, dokąd przyjdziemy ukradkiem, żeby mu zakomunikować swe wiadomości. Długośmy siedzieli i rozmawiali, starając się przewidzieć, czy Jackowi uda się uratować; Tom powiedział, że jeżeli jego prześladowcy pójdą wgórę rzeki, a nie wdół, to jest bezpieczny, ale to prawie niemożliwe, bo oni prawdopodobnie wiedzą, skąd Jack pochodzi, i trafią na właściwy ślad. Prędzej można przypuszczać, że cały dzień będą śledzić nic niepodejrzewającego Jacka, a później z zapadnięciem zmierzchu zabiją go i zdejmą mu buty. Wszystko to mocno nas zasmuciło.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…