Read here

Sewerka

Waleria Marrené · 1904 · Free in the US

56,983 words · about 3 h 59 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1904 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Sewerka&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Waleria Marrené
Language
Polish
Published
1904
Length
56,983 words · about 3 h 59 min
Sections
13 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (13)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 2 h 8 min
  3. I about 11 min
  4. II about 13 min
  5. III about 10 min
  6. IV about 8 min
  7. V about 8 min
  8. VI about 8 min
  9. VII about 15 min
  10. VIII about 6 min
  11. IX about 16 min
  12. X about 11 min
  13. XI about 6 min

Continue:

Front matter

DODATEK POWIEŚCIOWY „WIECZORÓW RODZINNYCH.“

POWIEŚĆ

przez

całość

DODATEK POWIEŚCIOWY „WIECZORÓW RODZINNYCH.“

POWIEŚĆ

przez

W. ,

A.

,

Warecka Nr. 15.

1904.

Дозволено Цензурою. Варшава, 3 Мая 1904 г.

I.

Kopanie kartofli.

amo! gdzie ta dziewczynka idzie? Taki deszcz pada — pytała Sewerka swojej mamy. Siedziały obiedwie na werandzie przed domem w ciepły dzień wrześniowy, a przez dziedziniec biegła Jagusia, córka dworskiego parobka. Miała fartuch wełniany zarzucony na głowie, który chronił ją od deszczu a w ręku dźwigała opałkę niemal większą od siebie. Mama podniosła oczy od książki, którą czytała. — Idzie pewno do jakiej roboty. — A do jakiej? — Zawołam ją, to nam powie. Pani Sławska wiedziała dobrze, jaką robotę mogła wykonać w tej porze trzynastoletnia dziewczynka i do jakiego użytku służyła opałka, ale chciała ażeby Sewerka ją samą o to zapytała. Znała przytem Jagusię jak wszystkie dzieci swoich służących, zawołała więc: — Jagusiu, Jagusiu! chodź tutaj! Dziewczynka postawiła na ziemi opałkę i przybiegła. Była to szczupła, ale czerstwa blondynka. Kosmyki włosów lnianego koloru spadały na opalone czoło, brwi rysowały się na niem dwoma jasnemi łukami, a pod niemi błyszczały sprytne, piwne oczy. Zarumieniona, stanęła przy stopniach werandy, nie śmiejąc wejść dalej zabłoconemi nogami i patrzała na Sewerkę. Sewerka miała także jasne włosy, spadające na plecy w dwóch ładnych warkoczach, związanych niebieską wstążką. Miała na sobie niebieską sukienkę z białym czyściutkim fartuszkiem. Obie dziewczynki przypatrywały się sobie z pod oka. — Chodź tu bliżej, Jagusiu — powiedziała pani Sławska. Jagusia spojrzała na swoje nogi. — Nic nie szkodzi — uśmiechnęła się pani Sławska. Dziewczyna nie dała sobie tego dwa razy powtórzyć, zbliżyła się, pocałowała panią Sławską w rękę. — Gdzież to idziesz? — spytała. — Matula posłali mnie ukopać kartofli na obiad. — I ty to potrafisz? — zawołała Sewerka. Jagusia rozśmiała się. — Albo to co wielkiego? — zawołała raźnie — przeszłej jesieni przecie kopałam już na dworskiem, i uzbierałam sobie pięć złotych, matula coś dołożyli i kupili mi trzewiki na zimę. Sewerka przypatrywała jej się zdziwiona. — To musi być bardzo ciężko tak kopać? Jagusia spuściła główkę, spojrzała na swoje spalone ręce i odparła z pewną dumą: — Czasem, panienko, jak ziemia się zeschnie, ale po deszczu to tak jak masło. Porównanie ziemi do masła rozśmieszyło Sewerkę. Niema przecież żadnego podobieństwa pomiędzy czarną rolą a tem ślicznem, żółtem masłem, którem jej chleb smarowano. — Mamo — zawołała — ja bym chciała zobaczyć! Cóż, kiedy deszcz pada. — O, już ustał, panieneczko — zawołała Jagusia. — No, to idź włóż kalosze, pójdziemy z Jagusią. — A ty, mamo? — Ja mam grube buty i nie boję się błota. wróciła niebawem ubrana do spaceru na czas dżdżysty i poszły. Deszcz rzeczywiście już nie padał. Jagusia wzięła swoją opałkę i motykę. — Czy to ciężkie? — spytała Sewerka. Zamiast odpowiedzi dziewczyna podrzuciła opałką. — Z kartoflami to dopiero będzie ciężka, przecie muszę ugotować dla tatula, matuli, Zośki, Jantka i dla mnie też. — A któż to Zośka i Jantek? Jagusia zaczęła się śmiać, chociaż nie miała z czego, Sewerka nie mogła wiedzieć, że Jantek był jej starszym bratem a Zośka młodszą siostrą, ale Jagusia miała taką naturę, że śmiała się z byle czego, a przytem myślała, że są rzeczy, które wszyscy w około wiedzieć muszą. — Któż to Zośka i Jantek? — Sewerka powtórzyła pytanie. — A któżby? Jantek dużo starszy ode mnie, pasa źrebaki, a Zośka to ta ma dopiero trzeci rok, ale zje tyle co ja i jeszcze jej mało. To też taka paśna, że ledwo chodzi. Sewerka nie dobrze rozumiała wyrażenia Jagusi. Wsi prawie nie znała, chowała się długo u babuni w Krakowie, bo matka jej lat kilka przebywała w ciepłych krajach z mężem, chorym na piersi, któremu doktorzy kazali oddychać włoskiem powietrzem. Nic to nie pomogło, ojciec Sewerki umarł, a pani Sławska długo po tej stracie przyjść do siebie nie mogła. Dopiero tego lata postanowiła osiąść na wsi i wyłącznie zająć się wychowaniem Sewerki. Sewerka miała lat jedenaście, była to dobra i sprytna dziewczynka, trochę tylko rozpieszczona. Babunia kochała ją nad wszystko i strzegła od wiatru, chłodu, słońca, zmęczenia, tak, iż Sewerka miała ręce i nogi jakby nieużyteczne. Gdy chciała gdzie iść, wożono ją, gdy czego zapragnęła, bona albo służące przynosiły jej to, czego żądała i wszystko zawsze za nią zrobiły. Sewerka więc zdziwiła się, gdy pomimo słoty mama wzięła ją w pole i patrzała zdumiona na Jagusię, która boso brnęła śmiało po błocie i wodzie. — Czemuż nie włożysz trzewików? — spytała jej. Teraz już Jagusia śmiała się na całe gardło. — Albo to trzewików nie szkoda! — wyrzekła wreszcie, zgorszona samą myślą niszczenia ich w ten sposób. — Ale możesz się zaziębić — odparła Sewerka, przypominając sobie, że ją ciągle w ten sposób przestrzegano. Jagusia nie odpowiedziała. Niebardzo rozumiała znaczenie tego słowa przeziębić. Przecież było ciepło a bose jej nogi tonęły w piasku, błocie, śniegu nawet przez większą część roku. Pani Sławska tłómaczyła córce, że zamaczanie nóg i stąd powstające przeziębienie szkodzi tylko tym, co nie są do tego przyzwyczajeni. Opowiadała przytem, że dziś leczą ludzi zbyt rozdelikaconych chodzeniem bosemi nogami po rosie i że tę kuracyę wynalazł jeden bardzo dobry i miłosierny proboszcz Kneip w Bawaryi, do którego zjeżdża się mnóstwo chorych ludzi. Jagusia nie uważała na to, co mówiła pani Sławska, bo choć mówiła tym samym co ona językiem, były to rzeczy, o których nie słyszała nigdy i nie rozumiała. Podrzucała więc swoją opałką, idąc z boku, ale gdyby rozumiała, dziwiłaby się pewnie bardzo, że państwo jadą daleko, ażeby chodzić boso, kiedy biedacy chodzą tak od dzieciństwa. Przyszli tymczasem na miejsce, gdzie Jagusia miała ukopać kartofli. Wynalazła zagony rodziców, postawiła na ziemi opałkę i raźno zabrała się do roboty. Motyka poruszała ziemię pod zczerniałemi już łodygami i wydobywała większe i mniejsze kartofle, przyczepione do nich cienkiemi korzeniami. Słońce właśnie wyjrzało z za chmur i tak przypiekać zaczęło, że twarz Jagusi pokryła się kroplami potu. Wyprostowała się i obtarła go rękawem koszuli. — Mogłabyś jej pomódz — odezwała się pani Sławska. — Ja? — zawołała Sewerka cała zapłoniona. — Czy ci to na myśl nie przyszło? — Nie mamo. Skądżeby? — Wiesz przecież, iż należy bliźniemu pomagać. — Tak mamo! Jak spotkam ubogiego, zawsze mu daję jałmużnę. Gdy nie mam sama trzech groszy, to proszę babci albo mamy, ażeby mu dali. — To dobrze, ale nie samą jałmużną można drugiemu pomagać. Jagusia zmęczyła się bardzo. Widzisz, ukopała już blisko pół opałki a ty stoisz i patrzysz. — Ja się nie zmęczyłam — zawołała dziewczyna, zabierając się znów do roboty. — Oho! po deszczu kopać łatwo. — Mamo! czy jabym potrafiła? — spytała Sewerka, spoglądając niespokojnie na matkę. Zdawało jej się to rzeczą niepodobną, ażeby ona wzięła w rękę tę dużą motykę i dotykała czarnej ziemi, wygrzebując z niej kartofle. — Jakto! nie potrafiłabyś? — wyrzekła pani Sławska. — Cóż to trudnego. Jagusia nie wiele od ciebie a już przeszłego roku na zarobek chodziła. Wstydź się być taką niedołęgą. Sewerka nic nie odpowiedziała, ale miała łzy w oczach. Nikt nie nazwał jej nigdy niedołęgą. Zbliżyła się do Jagusi, która z całych sił uderzała w zagon motyką. — Daj mi to — szepnęła. — Eee! co tam panience! Ja sama ukopię. — Daj mi, proszę — powtórzyła Sewerka. — Daj jej — powtórzyła pani Sławska — niech sprobuje. — Panienka nie potrafi. — Otóż potrafię — zawołała już teraz rezolutnie Sewerka. — Nie chcę być niedołęgą. Wzięła motykę. Była ciężka, ale tego pokazać nie chciała. Dotąd nigdy jej nie przeszło przez głowę porównywać siebie z bosą, wiejską dziewczyną, teraz nie chciała jej się dać w czemkolwiek prześcignąć. Podniosła w górę motykę z wysiłkiem, obydwoma rękami i zapuściła ją w kartoflaną grzędę. Rzeczywiście, zagłębiła się w ziemi jak nóż w maśle. I sobie zaraz porównanie Jagusi. Chciała wygrzebać kartofle, ale nie wiedziała, jak się do tego wziąć w rękawiczkach. Jagusia zrozumiała trudność i zaczęła wybierać kartofle leżące na wierzchu. Potem wyrwała krzak, otrząsnęła go z ziemi i nasypała kartofli do opałki. Podzieliły się w ten sposób robotą; Sewerka motyką poruszała ziemię, wygrzebywała kartofle, może nie szło to sporzej niż dotąd, przecież opałka się napełniła. Teraz trzeba ją było zanieść do domu. Jagusia wzięła się do tego odważnie, ale zatrzymywała się co parę kroków, stawiała swój ciężar i znów go podejmowała. — Poczekaj, ja ci pomogę — zawołała Sewerka już sama z siebie, nie czekając upomnienia mamy. We dwie uchwyciły za opałkę, ale nie wiele sobie pomogły. Dopiero pani Sławska poradziła im, ażeby wzięły kij porzucony na drodze, przeciągnęły go przez pałąk opałki i niosły razem. Teraz szło im raźniej, tylko Jagusia wołała: — Panienka się zmęczy. Ja sobie sama poradzę. Ale Sewerka ustąpić nie chciała ręce jej trochę mdlały. Pani Sławska patrzała na to z uśmiechem i to jej dodawało odwagi. — Cóż, bardzoś się zmęczyła? — spytała córkę gdy wracała z nią na werandę. Sewerka przyznać się nie chciała, tylko nieznacznie rozcierała ręce. A pani Sławska mówiła: — Dzielna dziewczyna z tej Jagusi, lubię ją bardzo, da sobie radę na świecie i dziś już jest rodzicom pomocą. Sewerka milczała czas jakiś, aż wreszcie zapytała z rodzajem wymówki. — Mamo, czy ty chciałabyś, żebym ja była do Jagusi podobna? Bo tak mówisz, jakbyś mi ją za wzór stawiała. — Naturalnie, chciałabym, żebyś miała jej przymioty. Sewerka zaczerwieniła się. — Mamo, to nie moja wina, że nie umiem kopać kartofli! — Ja też nie dla tego chwalę Jagusię, że je potrafi ukopać. Oczy Sewerki spoczęły na matce. Pani Sławska uśmiechała się i mówiła: — Chwalę ją za to, że jest dzielna, pracowita, sprytna, wesoła, że choć mała jeszcze, do niczego się nie leni, gdyby nawet sama została na świecie, dałaby już sobie radę. — Jakżeby sobie radę dać mogła? — spytała zaciekawiona Sewerka. — Taką jak ona dziewczynę, chętnie każdy weźmie do służby. Wszak słyszałaś, że rok temu własną pracą zarobiła sobie 75 kop. Tybyś tego nie potrafiła. — Ja przecież umiem wiele więcej, niż Jagusia, czytam, piszę, rachuję, gram, znam język francuski, a mama tak mówi, jakby ona więcej była warta ode mnie. Sewerka wyrzekła to z żalem, aż matka uśmiechnęła się, i całując ją, mówiła dalej: — Moje dziecko, jeśli umiesz więcej od biednej, wiejskiej dziewczyny, nie masz w tem żadnej zasługi. Jesteś tylko o wiele szczęśliwsza, bo cię uczą, bo masz czas, swobodę, środki do nabycia wiadomości, a wszyscy wkoło dbają o twoje wykształcenie. Ale wiesz dobrze, iż wartość człowieka nie zależy na tem, co on umie, ale na tem, jaki użytek zrobi ze swej wiedzy. Ja nie porównywam cię z Jagusią, tylko zwracam na nią twoją uwagę, bo może ci ona pod wielu względami służyć za przykład. — Dla tego, że potrafi zarobić? — W części i dla tego. — Alboż to tak wielka rzecz? — Jak ci się zdaje? Sewerka nie bardzo rozumiała pytania mamy, więc pani Sławska wyrzekła. — Pomyśl, cobyś zrobiła, gdybyś się znalazła zupełnie sama na świecie? — Jakto sama? Ja przecież mam ciebie, mamo. Mam babcię... — No, ale gdyby ani mnie, ani babci, ani nikogo z twoich bliskich nie było? Oczy Sewerki zaszły łzami. — Nie mów tak, mamo — zawołała. — Ja nie mogę o takich rzeczach myśleć. Rzuciła się na matkę i zaczęła ją całować. — No, to pomyśl, że to byłaby jakaś dziewczynka w twoim wieku i w twojem położeniu. Ot np. Anielka Wirecka, pamiętasz ją, przecież bawiłyście się nieraz razem. — Ach! mamo, co się stało z Anielką, przychodziła często do babci ze swoją mamą, a potem gdzieś wyjechała. — Anielka miała ojca, który zajmował wysoki urząd i zarabiał dużo pieniędzy, żonie jego i córce na niczem nie zbywało. W czasie cholery ojciec jej umarł nagle i pani Wirecka musiała przyjąć miejsce nauczycielki, ale płacą jej nie wiele, bo ma przy sobie córkę, a teraz pisze mi, że zachorowała ciężko. — Wiem, wiem — zawołała Sewerka — pamiętam, jak babcia mówiła, że Anielka została sierotą, tak jak i ja. — Tak jest, moje dziecko, spotkało was jednakie nieszczęście — odparła ze łzami w oczach pani Sławska — tylko, ze śmiercią pana Wireckiego rodzina jego straciła także środki utrzymania, a nam został majątek, który pozwala żyć bez troski. — Widzisz mamo, że ja nie potrzebuję zarabiać. Sewerka wyrzekła to z pewną dumą. Rzeczywiście rodzice jej i babka posiadali znaczny majątek, bona francuska, którą dziewczynka miała w Krakowie, i nierozsądne otoczenie powtarzało jej niebacznie, iż jest bogatą, powinna mieć wszystko czego zapragnie, nie potrzebuje się w niczem krępować, trudzić, a nawet nie potrzebuje się uczyć. Pani Sławska popatrzała na córkę uważnie. — Nie potrzebujesz dzisiaj. Ale kto może przyszłość przewidzieć? — Jakto mamo. Przecież Pobórz do nas należy i Zalesie i Jedlinek i Wólka także. Sewerka wyrecytowała to wszystko jednym tchem. Dobrze widać znała swe przyszłe posiadłości. — A czy nie słyszałaś o takich, co majątek stracili? — Ee! my przecież nie stracimy. — A jak ci się zdaje, na co ludzie tracą majątki?... Sewerka się zastanowiła. Zwyczajem wielu dzieci powtarzała nieraz to, co usłyszała, nie rozumiejąc tego dobrze. — Ja myślę — wyrzekła po chwili, — że ludzie tracą majątek, jak go sprzedają... — To nie żadna racya. Nasza sąsiadka pani Lacka sprzedała majątek, bo trudno jej było nim zarządzać, ale za majątek dostała pieniądze, które przedstawiają taką samą wartość. — Pieniądze się rozchodzą — odparła sentencyonalnie dziewczynka, bo także to zdanie zapamiętała. — Czy myślisz, że ziemia rozejść się nie może? — Jakżeby? — W bardzo łatwy sposób. Jeżeli np. Poborz, Zalesie, Jedlinek i Wólka — wyliczała przedrzeźniając Sewerkę pani Sławska — przyniesie rocznie dajmy na to dziesięć tysięcy. — Tylko! — A wydamy więcej — ciągnęła dalej matka nie zważając na przerwę — to trzeba będzie zaciągnąć dług na ziemię, czyli w rzeczywistości kawałek Poborza czy Zalesia czy Jedlinka przestanie do nas należeć. — To nie trzeba więcej wydawać. — Nie zawsze można to uczynić. Naprzykład zdarzają się różne klęski, spalą się zabudowania, zboże w śpichrzu i w stodole, może wypaść pomór na bydło lub owce. Budynki trzeba napowrót postawić, inwentarz kupić, bo bez tego nie możnaby gospodarować. Są także potrzeby konieczniejsze niż wszystko inne. Kiedy ktoś jest chory, choroba wymaga innego powietrza, albo bardzo dobrych doktorów, długiej i kosztownej kuracyi, to nie myśli się o stratach pieniężnych i robi wszystko, co tylko można, by drogą osobę uratować. A wówczas jeśli dochody nie wystarczają, rozchodzi się ziemia. Są też rozmaite wypadki, które mogą najbogatszych od razu pozbawić majątku. Na ten temat pani Sławska zaczęła opowiadać, jak to Ludwik Filip Orleański, który potem zasiadał na tronie francuskim, był zmuszony w czasie rewolucji dawać lekcye w Genewie, ażeby mieć z czego żyć. Jak wielkie panie zakładały magazyny strojów w obcych stolicach, w których niegdyś królowały w salonach i czuły się bardzo szczęśliwe, jeśli udało im się wyżywić dzieci. Sewerka słuchała jej uważnie. Matka mówiła o rzeczach, o których nie słyszała nigdy. — Widzisz więc — kończyła pani Sławska, — że każdy człowiek powinien starać się o to, żeby mógł sam dać sobie radę w razie potrzeby, bo przyszłości nikt przewidzieć nie może. Rodzice pani Wireckiej byli niegdyś bardzo bogaci, lecz później, jak się to nieraz zdarza, utracili majątek. Dali jednak córce staranne wychowanie, ona też uczyła się pilnie i dzięki temu, gdy znalazła się sama na świecie z Anielką, może zapracować na siebie i na nią. — A mnie mówiono zawsze — zawołała Sewerka, — że nie potrzebuję się uczyć, bo będę bogatą. — Któż ci to mówił? z nie babcia ani nauczycielka, która przychodziła codzień dawać ci lekcye, ani też osoby które u babci bywały. Dziewczynka przyznała, że jej to mówiła bona i służące. — Służące same nie mając wykształcenia, nie rozumieją jego potrzeby, a bony cudzoziemki są najczęściej także proste dziewczęta, które trzymamy z powodu, że za ich pomocą, dzieci najłatwiej nauczą się obcego języka. Słyszy się wiele rzeczy niedorzecznych, ale trzeba je puszczać mimo uszu. Przedewszystkiem uważać należy, kto mówi. Pani Sławskiej było przykro, że Sewerka powtarzała tak niemądre zdania. Nie chciała przecież jej tego pokazać, ażeby na przyszłość nie lękała się wypowiadać jej wszystkich swoich myśli, zrozumiała przecież ze smutkiem, że w wychowaniu dziewczynki było wiele złych naleciałości, które należało ostrożnie wyplenić.

II.

Dzień dżdżysty.

azajutrz Sewerka obudziła się w złym humorze. Przez długi czas pieszczono ją bardzo, dogadzano wszystkim zachciankom, gdy się tylko skrzywiła, pytano jej, czy nie chora, więc choć było to dobre dziecko, rozkaprysiła się, przywykła uważać siebie za najważniejszą osobę na świecie. Deszcz padał, po niebie ciągnęły czarne chmury, więc od rana gdy służąca Małgosia przyszła dopomódz jej do ubierania, Sewerka zawołała: — Po co ja mam wstawać, tak brzydko na dworze. — Pani już pije herbatę — zauważyła Małgosia, kładąc jej przy łóżeczku wytrzepane pończochy i wyczyszczone trzewiczki. Sewerka zaczęła się ubierać, ale czyniła to , skarżyła się, że woda zimna, potem szarpała się jak małe dziecko, kiedy Małgosia czesała ją i zaplatała warkocze, skarżąc się, że ją ciągnie. Suknia była dziś za ciasna, trzewiczki za luźne. Małgosia z filozoficznym spokojem znosiła dąsy panienki, przyzwyczajona do nich, bo była już przy niej w Krakowie. Gdy jednak ubieranie trwało bardzo długo, pani Sławska przyszła do pokoju. — Sewerka jeszcze nie gotowa? — spytała. Sewerka zaczerwieniła się i spuściła oczy, bo mama za kaprysy strofowała ją nieraz. Małgosia uśmiechnęła się tylko, bo Sewerka od wejścia mamy stała spokojnie i w chwilę też czesanie, zajmujące zwykle najwięcej czasu, skończone zostało. Sewerka poszła do pokoju jadalnego, był pusty, bo mama miała jakieś zajęcie, a przytem nie lubiła tracić czasu, zarząd znacznym majątkiem dużo go zabierał. Oczekiwała też niecierpliwie nauczycielki, która miała jej pomagać w kształceniu Sewerki, ale ta miała dopiero przyjechać za parę tygodni. Sewerka więc musiała sama wypić śniadanie, a do tego nie była przyzwyczajona. Małgosia nalała jej herbaty, ale ta jej nie smakowała. Miała znowu ochotę wywrzeć na niej swój zły humor, lecz mama z drugiego pokoju zawołała Małgosi. Dziewczynka więc, nie dopiwszy herbaty, poszła do salonu i przyglądała się bezmyślnie drzewom i kwiatom ogrodu, z których wiatr otrząsał krople deszczu. Tak ją zastała matka. — Nic nie robisz, Sewerko? — zapytała zdziwiona. — Cóż mam robić — odparła ze smutną minką. — Co! ależ pełno rzeczy. Możesz grać, zapomnisz zupełnie tego, coś umiała. — Mamo, przecież to jeszcze wakacye. — Wakacye powinny być odpoczynkiem po pracy, nie próżnowaniem i nudą, a ty przecież nie pracowałaś jeszcze nigdy naprawdę. — Proszę mamy, ja grać bez nauczycielki nie potrafię. — Potrafiłabyś, gdybyś miała ochotę. Ale jeśli nie chcesz grać, możesz wziąć jaką robotę. Zaczęłam ci właśnie szydełkiem włóczkowy kaftanik dla siostrzyczki Małgosi. Sewerka skrzywiła się. — Kiedy to takie nudne... — Czy przyjemniej patrzeć na strumienie deszczu — zaśmiała się pani Sławska. — No, to weź książkę, Atlantę, której się tak ucieszyłaś, leży na stole, nie przeczytałaś jej jeszcze. Wieczory Rodzinne także nie rozcięte. Sewerka wzięła niedbale Atlantę i zaczęła czytać, ale co chwila podnosiła główkę, ziewała ukradkiem, zaglądała do dalszych kart, przypatrywała się obrazkom, jak to się czynić zwykło, kiedy się nie chce czytać. Pani Sławska tymczasem napisała jakiś list, a skończywszy go, spojrzała na córkę. — Nie podoba ci się Atlanta? a tak jej pragnęłaś. — Bo kuzynki Lucia i Zosia, tak się nią zachwycały. — Lucia jest w jednym z tobą wieku, Zosia o rok młodsza. — Ja nie wiem, dla czego tak im się podobała? — Zapewne dla tego, że twoje kuzynki lepiej korzystały z nauk, które im udzielano i są więcej rozwinięte od ciebie. — Jakto mamo, jakto! — zawołała, czerwieniąc się Sewerka. — Uważałam to dobrze — mówiła dalej pani Sławska. — Stefek jako starszy daje im dobry przykład, Lucia i Zosia nietylko uczą się bardzo dobrze, ale mają do nauki zamiłowanie, czytają dużo i zdają sobie sprawę z tego, co przeczytały. Zapewne nikt im nie mówił, że ponieważ są bogate, nie potrzebują się uczyć, a może też same mają tyle rozumu, że nie uwierzyłyby, choćby coś podobnego usłyszały. — Przecież mama wytłomaczyła mi wczoraj, że każdemu nauka może być potrzebną. — A czy myślisz, że uczymy się jedynie z tego powodu? Sewerka nie umiała na to odpowiedzieć! Spoglądała przez chwilę na matkę a potem bąknęła: — Wszyscy się uczą. — Nie koniecznie — uśmiechnęła się pani Sławska, — Małgosia umie zaledwie czytać i pisać a Jagusia pewno i tego nie potrafi. — Przecież ja o nich nie myślałam. — Skoro wszyscy, to Małgosia i Jagusia nie stanowią wyjątku. — Proszę mamy, to są przecież wiejskie dziewczyny. — Widzisz więc, że nie wszyscy się uczą. Chciałaś mówić zapewne o wyższych klasach społecznych, czyli tak zwanej dziś inteligencyi. Otóż nauka wymaga nakładu czasu i pieniędzy, dla tego nie jest na nieszczęście dla wszystkich dostępną. Ale czy sądzisz, że uczymy się tylko dla tego, że nauka może dać zarobek albo też dla zwyczaju? Znowu Sewerka zaczęła się namyślać, aż wreszcie przyznała się, że nie wie. — Widzę dobrze — odparła pani Sławska, — że nie masz wyobrażenia, co to jest wykształcenie. Znaczy to rozwinięcie wszystkich naszych władz. Ale po oczach córki widziała, że tłomaczenie to nie wiele ją objaśniało, zaprowadziła więc Sewerkę do pokoju, skąd otwierał się widok na pole i na pracujących robotników. Pole było dość oddalone, ludzie wydawali się bardzo maleńcy i nie można było ich dobrze rozróżnić. — Porachuj, ilu jest pracujących? Sewerka uczyniła to z trudnością z powodu oddalenia. — Co oni robią? — pytała dalej pani Sławska. — Nie wiem, nie dojrzę. — Ilu jest mężczyzn, ile kobiet? — I tego nie zobaczę. Pani Sławska przyniosła jej perspektywę i kazała przez nią spojrzeć. — Ach! mamo! — zawołała dziewczynka — teraz widzę doskonale, ludzie są tak wyraźni. Prawie same kobiety i wyrostki. Ach! kopią kartofle, kobiety mają na głowie obwiązane fartuchy, jak wczoraj Jagusia, mają takie same opałki, jak ona miała. Aha, jest i Jagusia. Tak, to ona obróciła się teraz w tę stronę! Pozwól mamo, że jeszcze popatrzę. Nacieszyć się perspektywą nie mogła, biegała od okna do okna, krzyczała za każdym dostrzeżonym dalekim przedmiotem. Kiedy ją wreszcie odniosła, matka spytała: — Patrzałaś przez okno i nudziłaś się. Dla czego cię teraz zajmują te same rzeczy, które widziałaś poprzednio? — Bo teraz widzę je daleko wyraźniej i lepiej. — Otóż moje dziecko, czem to szkło jest dla oczów, tem wykształcenie dla umysłu, pozwala nam ono lepiej i dokładniej każdą rzecz rozeznać, rozumieć. Daje nam więc tym sposobem źródła przyjemności, niedostępne dla tych, którzy go nie posiadają. Nauka otwiera nam świat przeszły, uczy poznawać dalekie kraje, narody, ich obyczaje, dostarcza przedmiotu do porównań, a tem samem sąd nasz wyrabia. Czy mnie rozumiesz? — Rozumiem, mamo. Pani Sławska miała coś dalej mówić, ale przerwał jej wykrzyknik Sewerki. — Ach, jaka śliczna tęcza! Rzeczywiście, wyjrzało słońce przez chmury, a na ich ołowianem tle wystąpiła wspaniała tęcza. Dziewczynka przypatrywała jej się długo, wreszcie gdy zjawisko zbladło i zaledwie już było widzialnem, zapytała: — Mamo, dla czego jest tęcza? — Trudno ci to wytłómaczyć, Sewerko, bo ażeby zrozumieć, musiałabyś mieć wyobrażenie o niektórych naukach. — O jakich? — Naprzód o fizyce. Jest to nauka bardzo ciekawa, bo tłomaczy otaczające nas zjawiska. Sewerka patrzała na matkę zdziwiona, bo wyrazy te nie miały dla niej jasnego znaczenia. W tej chwili wzrok jej padł na biurko pani Sławskiej i na arkusz białego papieru, który nagle zabarwił się żywemi kolorami. — Tęcza! — zawołała zdumiona — tęcza na mamy stoliku. Matka zdjęła z biurka szklany przycisk, którego pryzmat rozkładał promień słoneczny i tęcza znikła, postawiła go na dawnem miejscu i tęcza ukazała się znowu. — Co to jest, mamo! powiedz mi co to jest — wołała dziewczynka. — Czy może być, ażebyś nigdy nie widziała takiej tęczy, sprawionej przejściem promienia światła przez szkło ścięte kańciasto? — Nigdy, mamo! — To dowód, żeś nieuważnie patrzała. Pytałaś się tylko co, skąd pochodzi tęcza, oto masz na to przykład. — Kiedy ja nie rozumiem. — Mówiłam ci, że zrozumiesz, gdy się będziesz uczyła fizyki. — Ale tymczasem niech mi mama powie, to ja może choć troszeczkę zrozumiem. — Słuchaj więc, promień światła, który nam się białym wydaje, ma w sobie siedm kolorów, składających tęczę. — Aż siedm! — Porachuj je. — Naprzód jest czerwony. Czy wszystkie mam rachować? — Naturalnie. — Potem pomarańczowy, żółty, zielony, niebieski... — A jeszcze. — Ciemno-niebieski — to jest szafirowy i fioletowy. — To mamy siedm. Promień załamuje się w ten sposób w szkle ostro ściętem, że pokazują się jego kolory. — Tak jest na mamy biurku, ale w obłokach? W obłokach przecież niema szklanego przycisku. Pani Sławska pokazała jej przez okno kroplę deszczu zawieszoną na końcu bzowego listka, która w tej chwili migotała w słońcu. — Widzisz, ile to tęczowych kropel, cały ogród jest niemi osypany. Woda jest równie jak szkło przezroczysta i może tak samo rozłożyć promienie światła. Obłoki składają się z miliardów drobinek wodnych, które mają te same własności co krople i one to tworzą tęczę. Pewno mnie dobrze nie rozumiesz, ale jak przyjedzie panna Julia i zaczniesz się uczyć porządnie, to ci się w głowie rozjaśni. Panna Julia jest bardzo wykształcona. — Teraz rozumiem, że to szczęście być wykształconą, bo się wszystko rozumie. Czego się śmiejesz, mamo? Wszak nie powiedziałam nic niedorzecznego? — Niema tak uczonego człowieka na świecie, któryby wszystko rozumiał. Ale rozumie się wiele a nawet coraz więcej, bo ludzie uczeni ciągle nad tem pracują. Przy tej rozmowie zły humor Sewerki minął zupełnie. Ponieważ pani Sławska zasiadła do haftu, którym chciała przyozdobić kościół, znajdujący się w Poborzu i Sewerka przyniosła swój kaftanik i szydełko. Czas jakiś milczała, bo rzeczywiście główka jej pracowała nad tem wszystkiem, co mówiła jej matka. — Wie mama co ja myślę — odezwała się wreszcie — chciałabym to powiedzieć, ale mama śmiać się nie będzie? — To zależy. Jakbyś powiedziała coś bez sensu. — Bo ja sama nie wiem, czy to nie ma sensu. — Z zapytania śmiać się nie mogę, śmieję się tylko, gdy powtarzasz niedorzeczność słyszaną przypadkiem, jak mała papużka. — Myślę, że jestem szczęśliwsza od wielu innych dzieci. — Jest to wielka prawda, Sewerko. Bóg ci dał zdrowie, pojęcie, dostatek, środki wykształcenia. Powinnaś Mu za to dziękować z całego serca. — Ja też dziękuję i coraz lepiej to rozumiem. Jagusia ma także zdrowie i pojęcie, ale cóż, ona musi chodzić boso, kopać kartofle, po deszczu biegać, nosić takie grube ubranie, mieszkać w brzydkiej chacie. — Czy uważałaś, że Jagusia jest smutna? — Wcale nie, wiecznie się śmieje i śpiewa. — Jagusia ma rodziców, którzy dbają o jej potrzeby. Chodzić boso, mieć grube ubranie, mieszkać w brzydkiej chacie, wcale jej nie sprawia przykrości, bo do tego przywykła i nie marzyła nigdy o niczem innem, a że pracuje wedle sił, to także nie jest nieszczęściem. Jestem pewna, że Jagusia nigdy się nie nudzi i nie wie, co z czasem zrobić, jak pewna panienka. — Doprawdy, mamo — zawołała, spuszczając oczy Sewerka — tak mi jakoś było smutno, tak nie wiedziałam co robić, że... że... — Widzisz, kto musi pracować, nigdy podobnego uczucia nie doznaje, bo myśli o tem, co ma do zrobienia, więc niema czasu się nudzić. I pod tym ludzie zmuszeni zarabiać na życie są nieraz szczęśliwsi i od tych, co tego nie potrzebują, a nie umieją się niczem zająć. — Więc mama uważa, że Jagusia jest ode mnie szczęśliwsza? — spytała Sewerka. Tkwiła w niej jakaś dziwna uraza z powodu, że ta biedna, bosa dziewczyna parę razy już była jej za wzór stawiana. — Jagusia jest w dużo gorszem położeniu od ciebie — odparła pani Sławska — ale jeżeli z tem położeniem się godzi, może być od ciebie szczęśliwszą. Szczęście w wielkiej części zależy od nas samych i niepodobna wydać sądu, kto od kogo szczęśliwszym się czuje. — Mamo! Jagusia nawet czytać nie umie. Pytałam jej się o to wczoraj. Pani Sławska spojrzała na Sewerkę, jak gdyby spodziewała się, że coś do tego doda, ale dziewczynka powiedziała to bez żadnej myśli. — Jagusia jest inteligentna i uważna, zapewne nauka przyszłaby jej z łatwością — wyrzekła pani Sławska. — Czy nie przyszło ci do głowy, że ty byś ją uczyć mogła? — Ja! zkądżebym ja? Zdawała się bardzo zdziwiona tą samą myślą. — Umiesz przecież czytać, na początek mogłabyś Jagusię tego nauczyć. — A wie mama — zawołała po chwili — to byłoby doskonale. — Odwzajemniłabyś się, wszak wczoraj pokazała ci, jak się kopią kartofle, a ręczę, że mogłaby cię jeszcze wielu pożytecznych rzeczy nauczyć. Myśl uczenia prawdziwej dziewczynki zamiast lalki, której niekiedy z nudów powtarzała lekcye, bardzo się podobała Sewerce. Chciała zaraz zacząć. Matka tłomaczyła jej, że Jagusia teraz jest w polu i nie może swojej roboty porzucić. — Więc widzi mama — zawołała, — że Jagusia bardzo biedna, skoro nie ma czasu się uczyć. Jakżeż to zrobić? — Teraz nadchodzą krótkie dnie — pocieszała ją pani Sławska — wieczorami, gdy skończy kopanie kartofli, Jagusia będzie mogła przychodzić na naukę. Sewerka nie była z tego zadowolona. Miała usposobienie rozpieszczonej jedynaczki; kiedy jej się czego zachciało, musiała to mieć zaraz, nadąsała się więc i rzuciła zaczętą robotę. Pani Sławska udała, że tego nie zauważyła, ale zmartwiła się znowu, bo patrzyła na córkę bez zaślepienia i widziała w niej wiele braków. Zaledwie Sewerka doczekała wieczora, prosiła by posłać po Jagusię. Ta przybiegła po chwili umyta i uczesana porządnie. — Jagusiu — spytała ją pani Sławska — czy chciałabyś się uczyć czytać? Jagusia nie wiedziała, co odpowiedzieć, skubała swój fartuszek, wreszcie bąknęła. — Czy ja wiem? — Nauczyłaś Sewerkę kopać kartofle, nauczysz ją zapewne jeszcze nie jednej roboty, o której nie ma wyobrażenia, ona także chciałaby ciebie czego nauczyć. Jagusia nic nie odpowiedziała, przypatrując się z pod oka sprzętom w pokoju, froterowanej posadzce, obrazom, zwierciadłom. I to wszystko uwagę jej zajęło zupełnie. Rozumiała jednak, że pani coś do niej mówiła i że należało za to podziękować, pokłoniła jej się więc i uważała to za rzecz dostateczną. — No cóż, czy chcesz się uczyć? — powtórzyła zapytanie pani Sławska. Dziewczyna nie miała widać wielkiej chęci, bo odparła, spuszczając oczy: — Jak ta pani każe. — Ależ ja ci wcale nie rozkazuję, pytam się o twoją wolę. Jagusia jednak uparcie powtarzała: „Jak ta pani każe” i nie można z niej było innej odpowiedzi wydobyć. Śmiała na polu jakby na swojem gruncie, tutaj zupełnie straciła pewność siebie i oglądała się niespokojnie na wszystkie strony. — A widziałaś kiedy książkę? — spytała ją Sewerka. — Są we wsi ludzie, co się modlą na książce — odparła. — Przecież nie wszystkie książki służą do modlitwy — zawołała Sewerka. — Ty może nie wiesz co to książka. Jagusia podniosła oczy, powiodła niemi po pokoju i zatrzymała na książkach, których pełno było na etażerkach i stołach. — Co nie mam wiedzieć — bąknęła, wskazując je wyraźnie. — Książka książce nie równa, poczekaj, pokażę ci jedną z obrazkami. Sewerka przyniosła Historyę Świętą z pięknemi rycinami, przedstawiającemi arcydzieła znakomitych malarzy, ale te nie kolorowane nie zrobiły wrażenia żadnego na Jagusi. Przyzwyczaiła się widzieć jaskrawe obrazy Najświętszej Panny i Świętych, a piękności kompozycyi i czystości linii nie była w stanie ocenić. — Pokaż jej chromolitografie — doradziła córce pani Sławska. Ale Robinson Cruzoe, ulubiona książka Sewerki, z kolorowanemi rycinami, nie wiele większe zrobiła wrażenie. Jagusia nie była w stanie zdać sobie sprawy z różnicy barwy Robinsona i Piętaszka, ani z kształtów drzew odmiennych od tych, jakie znała, kaiman zdawał jej się jaszczurką, czarny wąż pijawką, i książka w ogóle nie budziła w niej zajęcia. Sewerka posadziła ją obok siebie przy stole, na którym paliła się lampa i próbowała tłómaczyć jej ryciny. — Widzisz — mówiła — to historya żeglarza — który się dostał na bezludną wyspę. Ale chociaż wyrazy były polskie, Jagusia patrzała tylko na panienkę swemi żywemi oczami, nie odpowiadając. Sewerka mówiła jej o przygodach Robinsona w taki sposób, jak o nich wspominała książka, mówiła, że wyspa, na której się znalazł, leżała pod zwrotnikiem, że rosły na niej obficie palmy, aloesy i t. p., że zabijał na pożywienie antylopy, czerwonaki. — Wszak mnie rozumiesz? — zapytała nagle, widząc, że Jagusia wodziła w około oczami. Dziewczyna nic nie odpowiedziała. W gruncie rzeczy nie rozumiała ani słowa, jakby Sewerka mówiła do niej po chińsku. Zniechęcona rzuciła książkę i spojrzała na matkę. Pani Sławska dała Jagusi duży kawałek ciasta i zapowiedziała, że co do nauki, rozmówi się z jej rodzicami. To już Jagusia rozumiała doskonale, oczy jej odzyskały odrazu zwykłą wesołość, pocałowała panią Sławską w rękę i poszła uszczęśliwiona. — Moja mamo — zawołała Sewerka, gdy się drzwi za nią zamknęły — ona jest strasznie głupia! Nic nie pojmuje. — Przeciwnie, Jagusia jest inteligentna, tylko nie można od niej wymagać, ażeby pojmowała wyrazy, których nigdy nie słyszała, ani zdawała sobie sprawę z wypadków i zdarzeń, do których wchodzą te wyrazy. Przypomnij sobie, że Jagusia śmiała się, że nie wiesz, kto jest Jantek i Zośka. — Przecież w Robinsonie niema nic nadzwyczajnego. — Dla ciebie, bo oddawna w rozmowach, opowiadaniach, przy nauce tłomaczono ci rzeczy, których nigdy nie widziałaś. — Ja nie wiem doprawdy, jak ja mam do niej mówić. — Wczoraj rano gdyśmy razem szły w pole, gdyście kopały kartofle, rozmawiałyście z sobą i rozumiałyście się doskonale. Dziś uważałam pilnie, gdyś jej opowiadała o Robinsonie i notowałam wyrazy, których wiejska dziewczyna nawet najbystrzejsza pojąć nie może. Zaczęłaś od tego: Robinson, jest to historya żeglarza na bezludnej wyspie. Pomijam nazwisko Robinsona, obce dla ucha Jagusi, bo łatwoby jej wytłómaczyć, że to imię, ale wyraz historya, ma z pewnością dla niej niejasne znaczenie, a już, żeglarz i bezludna wyspa, to rzeczy o których nigdy nie słyszała. — Prawda mamo, pamiętam dobrze, że kiedy zaczęłaś uczyć mnie geografii, wycinałaś z korka wyspy, przesmyki i rzucałaś w wodę, a ja potem krusząc chleb do mleka przypominałam to sobie i mówiłam, że to wyspy i archipelagi. Mamo! ja mogłabym wytłómaczyć to w ten sam sposób Jagusi. — Przytem — zaczęła znowu pani Sławska — w Robinsonie jest ciągle mowa o zwierzętach i roślinach innych stref, a wiejska dziewczyna nie wyobraża sobie, by prócz tych, które zna z widzenia, jakie inne istniały na świecie. Pojęcia jej są ograniczone tem, co widzi, bo jest otoczona ludźmi równie mało wykształconemu. Więc się nie dziw, że słuchała tego, coś jej mówiła obojętnie; były to dla niej próżne dźwięki, które jej zająć nie mogły. Sewerkę zastanowiły bardzo słowa matki. Nigdy nie pomyślała o podobnych rzeczach. — Moja mamo — odezwała się po chwili — jakbyś mi dopomogła, tobym wiele rzeczy wytłómaczyła Jagusi. Cóż, kiedy mi się zdaje, że ona tego wszystkiego wcale ciekawą nie jest. — Moje dziecko, trudno być ciekawą tego, o czem się nie wie, że istnieje, Jagusia zastanawia się nad tem, co ją otacza, trzeba naprzód wzbudzić w niej zajęcie do rzeczy obcych, nauczyć ją, że te rzeczy istnieją. — A jakżeż to zrobić? — To wcale nie łatwo. Trzeba przedewszystkiem poznać ją lepiej i szukać odpowiedniej sposobności. Czekajmy, zobaczysz, że ona się zdarzy.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…