Read here

Troilus i Kressyda

William Shakespeare · 1895 · Free in the US

47,764 words · about 3 h 21 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1895 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Troilus_i_Kressyda_(Shakespeare,_tłum._Ulrich,_1895)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1895
Length
47,764 words · about 3 h 21 min
Sections
9 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (9)
  1. całość about 1 h 40 min
  2. Przedmowa about 6 min
  3. Osoby under 1 min
  4. Prolog about 1 min
  5. Akt pierwszy about 22 min
  6. Akt drugi about 17 min
  7. Akt trzeci about 18 min
  8. Akt czwarty about 18 min
  9. Akt piąty about 18 min

Continue:

całość

est to jedyny podobno dramat Szekspira, który nie był wprzódy grany, nim został wydrukowany. Przeczytawszy go, łatwo odgadnąć przyczynę; jest to szczególna w swym rodzaju fantazya, którą niewiedzieć jak nazwać, komedyą, dramatem czy tragedyą, i która na scenie, z wyjątkiem scen komicznych, wielkiego wrażenia uczynić nie mogła, choć jako utwór w owych czasach głębokie miała znaczenie. Widzimy w niej niemal odpowiedź tym uczonym, graduowanym pedantom, doktorom uniwersytetów Oxfordskiego i Kembrydżskiego, którzy Szekspirowi zarzucali, iż się w starożytnościach klasycznych, jak oni, nie ćwiczył, że erudytem nie był, a wiadomości swe czerpał ze źródeł bardzo podejrzanych. Troilus i Kressyda, pod pozorem przygody dwojga kochanków i jednego nader uczynnego pośrednika, który im porozumienie ułatwia — jest to po prostu epizod z Iliady Homera, ale sprowadzonej do czysto ludzkich rozmiarów i do prozaicznej rzeczywistości. Z bohaterów, a niemal półbogów, stoją tu na prostych śmiertelników, na bardzo ułomnych i pospolitych przerobieni ludzi, Ajax, Agamemnon, Pryam, Parys, Menelaus, Helena, Kassandra, Tersytes, który gra rolę błazna. Niepospolitej, zaprawdę, potrzeba było odwagi, aby się ubóstwianej naówczas starożytności klasycznej z takiem tknąć zuchwalstwem; pozdzierać aureole i z heroicznych postaci mglistych, stworzyć ciałem i krwią obdarzonych ludzi. Jest to protestacya przeciw niezgrabnemu idealizowaniu przeszłości i bohaterom klasycznym, coś bardzo osobliwego w swoim rodzaju, na co w końcu XVI wieku Szekspir tylko mógł się ważyć. Winniśmy niezaprzeczenie bardzo wiele tradycyom i literaturze klasycznej; ale uprawa jej równie była przynajmniej korzystną z jednych względów, jak z drugich zgubną. Drogocenne zabytki w rękach komentatorów, tłómaczów i wykładaczy ich, przerobiły się do niepoznania, zdrój życia, co z nich płynął, brał w siebie dużo uczonych pomyjów i niedorzeczności. Wyrobiły się na wzorach prawidła, których w nich nigdy nie było, na zdrowem ciele chorobliwe powzdymały się naroście. W naszej własnej literaturze widzimy skutki bałwochwalczego posłuszeństwa formom, fałszywym tradycyom, całemu konwencyonalnemu rynsztunkowi klasycznemu, które obezwładniało najbardziej utalentowanych pisarzy, co się z tych ciężkich oków wyzwolić nie mogli. Skutek ten był u nas, że talenta zwichnięte i spętane marniały (Klonowicz-Wacław Potocki), że mieliśmy poetów wiersza i formy, ale twórczej ich sile brakło odwagi samoistnej, i błądzili po wydeptanych ścieżkach, obawiając się trzebić drogi nowe, któreby ich poza klasyczny świat wywiodły na szersze pole. Szekspir na szczęście swe był autodydaktem, uczył się tylko tyle, ile było potrzeba, aby geniusz jego spotężniał, nie pozbywając się samoistności. Z równą odwagą, jak tu z Iliadą, postępował sobie ze wszelkim materyałem, jaki mu wpadł w ręce. Prawda czysto ludzka szła u niego wyżej nad wszelkie konwencyonalne warunki, nie znał reguł, nie czytał Arystotelesa, ani (co niebezpieczniejsza) Arystotelesowiczów, nie kształcił się na Plaucie i Senece, ale żył, oddychał piersią całą, patrzał na ludzi i żywcem ich brał na scenę, a mając do czynienia ze starożytnością najklasyczniejszą, przypuszczał, iż najpotężniejsi bohaterowie mieli skórę, kości, krew i mięso jak proste chłopy. W Iliadzie też dojrzał Szekspir bardzo prostej historyi płochej dworki, która się gładkiemu gachowi od męża uwieść dała i nazwał ubóstwioną Helenę, tak, jak zasługiwała, Parysa zaś łajdaczyną, który sobie lekką kobiecinę upodobał, naostatek Menelausowi dał przydomek, jaki mu należał. Cała Ilias zaraz się przez to wyjaśniła, i stała ludzką sprawą, do której bogów nie potrzeba było mieszać. Wyszli na ludzi Ajaxy, Hektory, Patrokle; ale że ich rycerski obyczaj starożytny mało był poecie znany, dał im łatwiejszą barwę średniowiecznych szlachciców. O ana- i parachronizmy nigdy Szekspir nie troszczył się zbytnio, i tu więc ich podostatek, a mimo to, bodaj tak poprzebierani Homerowi bohaterowie, nie lepiej dają zrozumieć owe czasy, niż parafrazy szumne uczonych komentatorów. Sama baśń o Troilusie i Kressydzie, pod którą się kryje Homerowa Briseis, dziwne przechodziła koleje, nim się do Szekspira dostała. W pierwszem wydaniu dramat ma tytuł: „Sławna historya Troilusa i Kressydy, doskonale wyrażająca początek ich miłostek, wraz ze zręcznem pośrednictwem Pandarusa, książęcia Licyi, napisana przez Wiliama Szekspira 1609 roku“. Przy tem wydaniu znajduje się przedmowa wydawcy, warta odczytania:

Autor improwizowany do wiekuistego czytelnika.

Nowina!

„Wiekuisty czytelniku! Oto tu masz sztukę nową, której jeszcze na scenę nie wywleczono, której tłum nie klaskał w dłonie, a która, mimo to, wyżej stoi nad wszelkie palmy komiczne. Zrodziła się ona z mózgu, który nigdy nadaremnie komicznego nie przedsiębrał dzieła. Gdyby tylko komedya płochy swój tytuł zmieniła na nazwanie publicznego obowiązku, gdyby scena się zwała trybunałem, ujrzelibyście wszystkich tych wszelkich cenzorów, którzy teraz ją mają za rzecz poślednią, bieżących tłumnie, dla popisu z własną powagą, widzielibyście ich cisnących się, szczególnie na komedye tego autora, które są tak dobrze do życia zastosowane, że mogą służyć za komentarze najpraktyczniejsze wszystkim czynom żywotów naszych; a objawiają taką bystrość i taką dowcipu potęgę, że się największym nieprzyjaciołom teatru podobać umieją. prozaiczni, najociężalsi, najbardziej ograniczeni, najnieczulsi na dowcipy komedyi, którzy na odgłos o nich przyszli na przedstawienia, znaleźli w nich dowcip, jakiego w sobie nigdy nie znali, wyszli z nich dowcipniejszymi niż przyszli, czując uwięzłe w mózgu ostrza tego dowcipu, które w nim nie zdawały się módz nawet pomieścić. Jest w tych komedyach sól tak smakowita, że się zdają dla przedziwności swej zrodzone w morzu, z którego Wenus na świat wyszła. Wśród nich dowcipniejszej niema nad tę; gdybym czas miał, napisałbym do niej komentarz, nie dlatego (bo to niepotrzebne) abym dowiódł, żem darmo nie wydał grosza na nią, lecz żeby wskazać całą wartość, jaką nawet taki biedaczysko jak ja, znaleźć w niej może. Zasługuje ona na tę pracę, równie jak najlepsza komedya Terencyusza lub Plauta. „I sądzę, że gdy autora nie stanie, gdy wydania komedyi jego się wyczerpią, rozrywać będą ich egzemplarze i umyślnie dla nich ustanowią inkwizycyę w Anglii. Niech to będzie przestrogą; w imię twojej przyjemności i twego rozsądku, nie odpychaj i nie gardź tem dziełem dlatego, że go tchnienie zaswędzone tłumu nie splugawiło; podziękuj raczej fortunie, która się nastręcza, bo gdyby sztukę przyszło dostawać za pozwoleniem jej wielkich właścicieli, musiałbyś, sądzę, długo ich prosić, a wasby nie proszono. Zatem tym, którzy nie będą radzi, daję już pokój, zważywszy stan ich głowy-Vale“. W tymże roku Troilusa i Kressydę przedstawiono na teatrze Globe i wydawcy kazali dodrukować tytuł nowy, na którym wzmiankę o tem uczyniono. Sztukę trudno było podciągnąć pod jakąś klasyfikacyę; w przedmowie zowie się ona komedyą (Comedy), na tytule jest historyą (dramatem historycznym), a w wydaniu zbiorowem 1623 roku umieszczono ją między tragedyami, chociaż do tego tytułu najmniej podobno ma prawa. Należałoby chyba nową dla sztuk Szekspira stworzyć klasyfikacyę, według Gerstenberga, a raczej Poloniusa w Hamlecie i nazwać Troilusa i Kressydę tragi-komedyą historyczną. Czas, w którym poeta stworzył tę fantazyę, wskazywać się zdaje granie jej na

należy ona do ostatniego peryodu działalności Szekspira. Znawcy widzą w niej ślady dwukrotnego przerabiania, jak w Hamlecie i Romeo i Julii. Nierówność stylu, języka różność, budowa wiersza, na domysł ten naprowadzają.

Dziennik Henslowe’a, wspomina Dekkera i Chettle „Troyles and Cresseda“, której tytuł właściwy był Agamemnon. W roku 1602—3 „Lord Chamberlain’s Servants“ grali tę czy inną sztukę pod tytułem podobnym. Za czasów Szekspira krążyła u ludu ballada tej samej treści. Troilus w Homerze jest synem Pryama i sławnym koniarzem. Nazwisko to spotyka się potem u wielu poetów, w Horacyuszu, Auzoniuszu, Senece, w wielu późniejszych kompilatorach. Historya miłości Troilusa i Bryzeidy najdawniej znajduje się w pieśni trubadura Benoit de Saint Maur, z XII w. Z tego poematu przerabiali powieść po włosku Guido Colonna, po francusku Raoul Lefebre, Caxton po angielsku, (The destruction of Troy, przekład z Lefebre). Przekształcił ją właściwym sobie sposobem Boccacius (XIV w.), Chaucer (XIV w.). Chaucer wykończył starannie niektóre sceny, szczególniej dowcipnie ubarwiając je, naprzykład, jak się córka Kalchasa dostała zakochanemu Troilusowi, nie bez wielkich zachodów ze strony Pandarusa. Szekspir, wnosząc z powolności Heleny, cale inaczej pojął obyczaje trojańskie i jego Kressyda wcale się z sobą nie droży, a usłużny Pandarus niewiele ma do czynienia. Bardzo ciekawem mogłoby być studyum nad wszystkiemi temi powieściami o Kressydzie, bo w każdej z nich jest ona inaczej pojętą i przedstawioną, i staje się typem zupełnie odmiennym. Za Guidonem Colonna poszedł angielski autor: „The destruction of Troy, or Troy-Boke“ historyi wydanej po raz pierwszy w roku 1513, a z niego, jak się zdaje, lub ze źródła, które się na niem opierało, Szekspir wziął kilka szczegółów. Wszystkie te „źródła“, jeśli je tak nazwać się godzi, do których należy dołączyć i samą Iliadę, tłómaczoną już na język angielski przez Chapmana, są to tylko suche drzazgi, które Szekspir przyoblekał w ciało, ze swobodą najzupełniejszą. Goethe broni poetę naszego od zarzutu dobrowolnej, umyślnej parodyi; Heine waha się i nie wie, do jakiego rodzaju ma zaliczyć to osobliwe dzieło. Jest to po prostu swobodne tłómaczenie Iliady, z języka bogów na ludzki i sprowadzenie epopei z niebios na ziemię. Poeta w postępowaniu Parysa, w lekkości Heleny, dostrzegł zepsucia obyczajów i rozpuszczenia, które dosadnemi barwami odmalował; przez nie Troja upaść musiała; maluje po swojemu przyczyny jej zagłady. Tak samo rozterki Greków, ich próżność, samolubstwa, rywalizacye o sławę, tłómaczą, dlaczego przez lat tyle pod murami jednego grodu, zdobyć go nie mogąc, leżeli. Męstwo osobiste i sławne boje rycerzy nie zaślepiają poety; po za niemi widzi on świat ten, jakim był i odwzorowuje go wedle praw powszechnych ludzkiej natury. Raz wszedłszy na tę drogę, trudno się było oprzeć chętce odarcia nieco bohaterów z ich pożyczanej i przez wieki na ludziach dobrodusznych zdobytej wielkości. Szekspir tem nielitościwiej obchodzi się z wielkiemi imiony, im bałwochwalstwo bezmyślne świetniej je przystroiło. W początkach swojego zawodu, gdy pisał Wenerę i Adonisa, nie byłby się na to ważył Szekspir, w ostatnich latach zwyciężywszy pedantów mógł sobie pozwolić tej małej pomsty nad nimi.

Y:

Pryam, król trojański.

Hektor, | jego synowie.

Troilus,

Parys,

Deifobus,

Helenus,

Eneasz, | wodzowie trojańscy.

Antenor,

Kalchas, trojański kapłan, stronnik Greków. Pandarus, stryj Kressydy. Margarelon, naturalny syn Pryama. Agamemnon, naczelnik Greków. Menelaus, brat jego.

Achilles, | dowódzcy Greków.

Ajax,

Ulisses,

Nestor,

Diomedes,

Patroklus,

Tersytes, Grek niekształtny i nieokrzesany. Alexander, sługa Kressydy. Słudzy Troilusa, Diomedesa, Parysa. Helena, żona Menelausa. Andromacha, żona Hektora. Kassandra, córka Pryama, wieszczbiarka. Kressyda, córka Kalchasa. Trojańscy i greccy Żołnierze, Służba.

Scena w Troi i w obozie greckim pod murami miasta.

PROLOG (w zbroi).

Scena jest w Troi. Greckich wysp książęta, Których krew dumną rozpaliła zemsta, Do Aten swoje wyprawili nawy Ładowne wojskiem i morderczą bronią. Sześćdziesiąt dziewięć głów koronowanych Z Ateńskich brzegów do Troi ruszyło, Ślubując miastu ostatnią zagładę, Gdzie Parys trzyma w objęciach Helenę, Porwaną żonę króla Menelaja; Taki był powód tej zażartej wojny. Już są w Tenedos; już ciężkie ich nawy Na brzeg rzuciły wojenny ładunek. Świeża, nietknięta jeszcze grecka armia Na polach Troi rozbija namioty, Kiedy Pryama miasto sześciobramne — Dardan, Tymbria, Ilias i Chetas, Antenorides, a szósta Trojańska — W olbrzymich klamrach, olbrzymią zasuwą Trojańskich synów w swych murach zamyka. Oczekiwanie łechcąc krzepkie duchy Jednych i drugich, Trojanów i Greków, Na niebezpieczną wyprowadza walkę. I ja, choć Prolog, występuję zbrojny,

Nie, żebym zbytnią pokładać miał ufność W poety piórze, albo grze aktorów, Lecz by wystąpić zgodnie z treścią dzieła, By was uprzedzić, łaskawi widzowie, Że sztuka nasza przeskakuje wojny Cały początek i w środku zaczyna, Zbierając wszystko, co w tym krwawym sporze Poeta w sztuce jednej streścić może. Chwalcie lub gańcie wedle waszej woli: Złe albo dobre, to wojny jest kolej.

AKT PIERWSZY.

SCENA I.

Troja. Przed pałacem Pryama.

(Wchodzą: Troilus w zbroi i Pandarus).

Gdzie jest mój giermek? pragnę się rozbroić. Po co mi walczyć za murami Troi, Gdym w mieście samem krwawą znalazł bitwę? Niech ten, co panem swojego jest serca, Do boju leci. Troil stracił swoje. Czy się te skargi nigdy nie zakończą? Silni są Grecy; ich siła ćwiczona; Z nauką dzielni, z dzielnością wytrwali, Kiedym ja słabszy jest od łez niewieścich, Od snu lękliwszy, od prostoty głupszy, Nie waleczniejszy od dziewic w ciemności, A nie ćwiczeńszy od słabych niemowląt.

No, już ci się dosyć o tej sprawie nagadałem i nie chcę się mieszać do niej na przyszłość. Kto chce jeść bułkę z pszenicy, musi wprzód czekać na mlewo. Czy nie czekałem? Na mlewo; lecz czekać jeszcze musisz na pytlowanie. Czy nie czekałem? Jeśli czekałeś na pytlowanie, to musisz czekać i na zakis. Ciągle czekałem. Na zakis; ale to nie koniec; idzie potem zagniecenie, ulepienie bułki, rozgrzanie pieca i upieczenie; a w dodatku trzeba ci także czekać na ostygnienie, jeżeli nie chcesz sobie gęby poparzyć. Cierpliwość sama, chociaż jest boginią, Z mniejszem ode mnie boleść znosi męstwem. Kiedy zasiadam przy stole Pryama, A na myśl piękna przyjdzie mi Kressyda — Co? przyjdzie? Zdrajco, kiedyż z niej wybiega? A wczora w wieczór wydawała mi się piękniejszą niż kiedykolwiek, niż jakakolwiek inna kobieta. Chciałem powiedzieć, że gdy moje serce Od westchnień prawie na dwoje się pęka, By przed Hektorem, skryć przed ojcem żałość, Jak słońce burzę promieniem złocące, W marszczkach uśmiechu westchnienia grzebałem; W radości pozór owite cierpienia Są jak śmiech, który los na łzy przemienia. Gdyby jej włosy nie były trochę ciemniejsze od włosów Heleny, choć mniejsza o to, nie byłoby porównania między temi dwiema kobietami. Ale że to moja krewna, nie chciałbym, jak to powiadają, trąbić jej pochwał. Chciałbym tylko, żeby kto mógł, tak jak ja wczoraj, przysłuchać się jej rozmowie. Nie mam zamiaru uwłaczać dowcipowi twojej siostry Kassanddry, ale — Pandarze, słuchaj! słuchaj mnie, Pandarze! Kiedy ci mówię, że tam zatopione Moje nadzieje, nie licz w odpowiedzi, Na ile sążni głęboko zapadły. Gdy mówię: miłość jej mąci mi rozum, Ty w odpowiedzi dodajesz: jak piękna! Potem do żywej serca mego rany Przykładasz włos jej, oczy, lica, mowę, Słowami rękę poruszasz jej, rękę, Przy której wszelka białość atramentem, Zapisującym własną swoją hańbę, Przy której tknięciu szorstki puch łabędzi, Jak dłoń oracza twarde każde czucie. Ty mi to mówisz — mówisz tylko prawdę, Gdy mówisz, że ją z całej duszy kocham; Ale tak mówiąc, miast kropli balsamu, Do ran miłości w sercu zakrwawionem Nóż jeszcze wciskasz, co te rany zadał. Mówię tylko prawdę. I to nie całą. Wierzaj mi, nie chcę się do tej sprawy mieszać. Niech sobie będzie, jak jest: jeśli piękna, tem lepiej dla niej; jeśli nie piękna, ma na to lekarstwo we własnych rękach. Dobry Pandarze, co mówisz, dobry Pandarze? Na zapłatę wszystkich moich zachodów dostałem tylko kłopot. Źle sądzony przez nią, źle sądzony przez ciebie, biegałem od jednego do drugiej, lecz liche dzięki za fatygę. Jakto? Gniewasz się, Pandarze, gniewasz się na mnie? Dlatego że to moja krewna, to nie jest tak piękna jak Helena; a gdyby nie była moją krewną, to byłaby tak piękną w piątek jak Helena w niedzielę. Ale czy ja dbam o to? Niech sobie będzie czarna jak murzynka, wszystko mi to jedno. Alboż mówię, że nie jest piękną? Mów albo nie mów, nie troszczę się o to. Głupia, że za ojcem nie poszła. Niech sobie idzie do Greków; dam jej tę radę przy pierwszem widzeniu. Co do mnie, nie chcę się więcej do sprawy tej mieszać; nie myślę się nią zajmować. Pandarze — Nie ja. Słodki Pandarze — Proszę cię, nie mów do mnie więcej! Zostawię wszystko, jak znalazłem, i na tem koniec.

(Wychodzi. — Alarm).

Zmilknijcie krzyki! Zmilknij, dzika wrzawo! Głupcy stron obu! Jakżeby Helena Piękną nie była, kiedy ją codziennie Tak krwią najczystszą waszą malujecie. Lecz ja nie mogę w sprawie takiej walczyć: Dla mojej szabli za lichy to przedmiot. Lecz Pandar — bogi, jakże mnie dręczycie! Pandar mnie tylko do niej zbliżyć może, A tak mi trudno pomoc jego zyskać, Jak prośbą czystość jej upartą zwalczyć. Przez pamięć Dafny, powiedz mi, Apollo, Czem jest Kressyda, czeta ja, czem Pandarus? Łożem jej Indye; tam drzymie ta perła; Pomiędzy Troją naszą a jej ziemią Toczą się fale burzliwego morza. Ja kupcem jestem, Pandarus okrętem, Moje niepewne niosącym nadzieje.

(Alarm. — Wchodzi Eneasz).

Troilu, czemu nie na placu boju? Bom tu jest. Dobra niewieścia odpowiedź, Gdy rzecz niewieścia stać w dali od bitwy; Jakie nam z pola przynosisz nowiny? Parys powrócił ranny. A przez kogo? Przez Menelaja. Niechże mu krew płynie! Nie dziw, że ranny z takim walcząc wrogiem: Parysa przebił Menelaj swym rogiem. (Alarm). Co tam za tańce! Jabym tu miał lepszy, Gdybym potrafił chcę na mogę zmienić. Ale czy wracasz do tańca na polu? Bez żadnej zwłoki. To pójdziemy razem.

(Wychodzą).

SCENA II.

Troja. Ulica.

(Wchodzą: Kressyda i Alexander).

Kto nas wyminął? Hekuba z Heleną. Gdzie tak śpieszyły? Do wschodniej szły bramy, Która nad całą panuje doliną, Przyjrzeć się bitwie. Hektora cierpliwość, Silna jak cnota, zachwiała się dzisiaj: Uderzył giermka, zgromił Andromachę, I jakby w wojnie gospodarka była, Przed świtem jeszcze lekką przywdział zbroję, Na pole wybiegł, a tam, każdy kwiatek, Jak prorok jaki, płakał w przewidzeniu Skutków wściekłości jego. Skąd ta zmiana? Taka wieść biega: Jest między Grekami Mąż krwi trojańskiej, Hektora synowiec, Zowią go Ajax. Dobrze, i cóż dalej? Mówią, że mąż ten dzielny w swojej sile Sam jeden stoi.

Jak każdy inny, co nie pijany i nie chory, a ma nogi. Mąż ten, pani, niejedno okradł zwierzę z właściwych mu przymiotów. Jest jak lew waleczny, nieokrzesany jak niedźwiedź, jak słoń powolny; mąż, w którym natura tak pomieszała humory, że jego odwaga zarywa szaleństwa, a jego szaleństwo zaprawne mądrością. Niema ludzkiej cnoty, którejby nie miał poszlaki, ani ludzkiej wady, którejby nie nosił na sobie plamki: to melancholiczny bez przyczyny, to mimo woli wesoły: ma spryt do wszystkiego, ale wszystko tak robi niesprytnie, że czysty z niego podagryczny Bryareusz: rąk co nie miara, a żadnego z nich użytku; albo krótkowidzący Argus: ócz bez liku, a ślepy. Ale jakże ten człowiek, który we mnie uśmiech tylko budzi, mógł rozgniewać Hektora? Powiadają, że wczoraj zwiódł bój z Hektorem i powalił go o ziemię. Upokorzenie i wstyd odtąd ani jeść ani spać Hektorowi nie pozwoliły.

(Wchodzi Pandarus).

Kto się tu zbliża? Stryj twój, pani, Pandarus. Hektor, mąż to waleczny. Ile nim być można na tej ziemi. O czem tu mowa? o czem tu mowa? Dzień dobry, stryju. Dzień dobry, Kressydo; o czemże to rozmawiacie? dzień dobry, Alexandrze. Jakże zdrowie, synowico? Kiedy byłaś w Ilium? Dziś rano, stryju. O czemże rozmawialiście, gdy nadszedłem? Czy Hektor był zbrojny i już wybiegł, nim przyszłaś do Ilium? Helena jeszcze nie wstała, czy nieprawda? Hektor już wyszedł, a Helena jeszcze nie wstała. Tak myślałem. Hektor nie zaspał dzisiaj. O tem właśnie mówiliśmy i o jego gniewie. Czy był w gniewie? Przynajmniej, jak on powiada. Prawda, był w gniewie, wiem nawet dlaczego. Będzie on tam kosił w około siebie, mogę im to przepowiedzieć; a jest tam i Troilus, który nie bardzo daleko z tyłu za nim zostanie; niechże się strzegą Troila, i to im mogę zalecić. Co? czy i on także w gniewie? Kto? Troilus? Troilus z nich dwóch waleczniejszy. O, Jowiszu! niema porównania. Co? niema porównania pomiędzy Troilem a Czy możesz poznać człowieka na pierwszy rzut oka? Bardzo łatwo, jeśli go widziałam wprzódy i znałam. Więc dobrze, ja powiadam, że Troilus jest Troilus. Mówisz to samo, co i ja mówię, bo i ja jestem pewna, że to nie Hektor. Jak Hektor nie jest Troilem pod pewnym względem. Żeby każdemu oddać sprawiedliwość, każdy jest samym sobą. Samym sobą? Ach, biedny Troilus! Dałby Bóg, żeby był samym sobą! Jest nim. Żeby nim został, poszedłbym boso do Indyi. Nie jest przecie Hektorem. Samym sobą? Nie jest on samym sobą. Chciałbym, żeby był samym sobą! Ale cóż robić; bogowie są nad nami; czas naprawi albo zdławi. Więc dobrze — Troilus — dobrze, dobrze — chciałbym, żeby moje serce w jej było piersiach! — Nie, Hektor nie lepszy od Troila. Przebacz! Starszy, to prawda. Przebacz, przebacz! Drugi jeszcze lat tych nie doszedł; ale zaśpiewasz mi inną o nim piosenkę, gdy lat tych dojdzie. Nie tego roku będzie miał Hektor jego dowcip. Nie potrzeba mu go, póki ma swój własny. Ani jego przymiotów. Mniejsza o nie. Ani jego urody. Nie byłaby mu do twarzy; lepsza jego własna. Nie masz zdrowego sądu, synowico. Sama Helena przysięgała, dni temu kilka, że Troilus, jak na bruneta — bo jest brunet, muszę przyznać — choć nie brunet — Ale brunet. Na uczciwość, żeby powiedzieć prawdę, brunet i nie brunet. Żeby powiedzieć prawdę, prawda i nieprawda. Przenosiła jego cerę nad cerę Parysa. Parys przecie dosyć ma kolorów. I on też. Więc Troilus ma ich za wiele; jeżeli go przenosiła nad Parysa, cera jego musi być rumieńsza, a że jeden dosyć ma kolorów, a drugi ma ich więcej, zbyt to płomienista pochwała dla dobrej cery. Brakowałoby tylko, żeby złoty język Heleny wychwalał Troila, że ma nos miedziany. Przysięgam ci, że jak myślę, Helena kocha go więcej, niż Parysa. Jeśli to prawda, to wesoła z niej Greczynka. Jestem tego pewny. Zbliżyła się do niego ostatnią razą we framudze okna i — wiesz, że nie ma więcej, jak trzy lub cztery włosy na brodzie — To pod tym przynajmniej względem arytmetyka szynkarczyka bez trudnościby znalazła sumę jego jednostek. To prawda, że jeszcze młody, a przecie nie dostaje tylko trzy funty, żeby uniósł ten sam ciężar, co brat jego Hektor. Co? tak młody, a już tak stary unosiciel? Otóż, żeby ci dowieść, że go Helena kocha, wyobraź sobie, zbliża się do niego i kładzie mu swoją białą rączkę na rozłupanym podbródku — Zmiłuj się nad nami, Junono! a któż mu go rozłupał? Ach, wiesz przecie, że ma dołki. Mojem zdaniem jego uśmiech lepiej mu do twarzy, niż komukolwiek w całej Frygii. O, uśmiecha się walecznie! Czy nieprawda? Wielka prawda; powiedziałbyś, że to chmura w jesieni. A więc dobrze. Teraz, żeby ci dowieść, że Helena kocha Troila — Możeby i Troilus chciał dowieść twojego dowodzenia. On dba o nią tyle, co ja o zgniłe jaje. Jeśli tak lubisz zgniłe jaja jak zgniłków, to nieraz jesz kurczęta w skorupie. Nie mogę się wstrzymać od śmiechu, gdy sobie przypomnę, jak go łechtała pod brodę. Niema co powiedzieć, dziwnie białą ma rączkę, muszę wyznać. A bez przymusu. Aż tu nagle odkrywa biały włos na jego brodzie. Ach, biedna broda! Niejedna brodawka jest od niej bogatsza. Dopieroż tam było śmiechu! Królowa Hekuba tak się śmiała, że oczy jej kipiały. Młyńskimi kamieniami. Śmiała także Kassandra. Ale mniejszy był ogień pod garnuszkiem jej oczu. Czy i jej oczy kipiały? I Hektor śmiał się. Ale cóż wywołało wszystkie te śmiechy? Co? Biały włos, który Helena znalazła na brodzie Troila. Gdyby to był włos zielony, to i jabym się śmiała. Mniej jednak śmiano się z białego włosa, niż z jego pięknej odpowiedzi. A cóż to była za odpowiedź? Mówi ona: „Jest tylko pięćdziesiąt dwa włosy na twojej brodzie, a jeden z nich biały“. To jej pytanie? Prawda, o to nie pytaj. „Pięćdziesiąt dwa włosy, odrzecze, a jeden z nich biały? Ten włos biały, to mój ojciec, a wszystkie inne, to jego synowie“. — „Jowiszu, mówi ona, a któryż z nich jest Parys, mój małżonek?“ — „Rosochaty, odpowiedział, wyrwij i daj mu go“. Dopieroż było tam śmiechu! a Helena tak się zaczerwieniła, a Parys tak się sierdził, a wszyscy inni tak się śmieli, że to przechodzi wszystko. Niechże i historya ta przejdzie, bo dość już długo wędruje. Chętnie, synowico. Myśl o tem, co ci powiedziałem wczora. Myślę. Przysięgam, że to prawda. Płacze z twojej przyczyny, jakby się w kwietniu urodził. Ja też w jego łzach urosnę, jak pokrzywa w maju.

(Słychać znak odwrotu).

Słuchaj! Wracają z pola bitwy. Czy chcesz się zatrzymać, aby im się przyjrzeć w powrocie do Ilium? Dobra synowico, zostań, słodka synowico, Kressydo. Jak ci się podoba. Tu, tu, doskonałe jest miejsce; tu będziemy mogli widzieć przewybornie; będę ci ich nazywał po imieniu w przechodzie, tylko uważaj Troila przed wszystkimi. (Przechodzi Eneasz). Mów ciszej! To jest Eneasz. Czy nie wspaniały wojownik? To jeden z kwiatów trojańskich, mogę ci zaręczyć. Lecz uważaj Troila, za chwilę go zobaczysz. A to kto jest? (Przechodzi Antenor). To Antenor. Bystry u niego dowcip, możesz mi wierzyć, i na waleczności mu nie zbywa. To mąż najzdrowszego rozsądku w całej Troi, a do tego i urodziwy. Kiedyż nadejdzie Troilus? Pokażę ci Troila niebawem. Byle mnie spostrzegł, zobaczysz, jak kiwnie na mnie głową. Kiwnie nad tobą głową, stryju? Zobaczysz. Uczciwe serce! Nic bez powodu. (Przechodzi Hektor). A, to jest Hektor, to, to, patrz tylko, to. To mi zuch dopiero! Bóg z tobą, Hektorze! — To mi waleczny żołnierz, synowico. — O, waleczny Hektorze! Patrz, co za spojrzenie, co za mina! Czy nie okazały to człowiek? Dzielny wojownik! Czy nieprawda? Aż się miło robi na sercu. Patrz tylko, jak jego hełm posiekany; czy widzisz? Patrz tylko! To nie są żarty; to mi się nazywa przyłożyć ręki; niech mu teraz kto odejmie, jak to powiadają. A, to mi nasiekanie! Od szabli? (Przechodzi Parys). Od szabli! od czego zechcesz, to wszystko jedno dla niego. Choćby sam dyabeł wsiadł na niego, to mu rzecz obojętna. Na bożą źrenicę, na taki widok miło mi się robi na sercu. — Tam idzie Parys, tam idzie Parys, tam idzie Parys! Patrz tam, synowico. Czy nie piękny i to wojownik? jak ci się zdaje? Wspaniałe widowisko! Któż to powiedział, że wraca ranny do domu? Nie ranny; wielkie szczęście! uraduje się serce Heleny. Jakbym pragnął zobaczyć teraz Troila! Niebawem zobaczysz Troila. (Przechodzi Helenus). A to kto? To jest Helenus. Nie pojmuję, co się zrobiło z Troilem. To jest Helenus. Czy może Helenus walczyć, stryju? Helenus? — Nie — tak — może walczyć niezgorzej. Nie pojmuję, gdzie się obraca Troilus. Cicho! Czy nie słyszysz, jak lud wykrzykuje: Troilus! Helenus jest kapłanem. (Przechodzi Troilus). Cóż to za chłystek się zbliża? Gdzie? tam? To Deifobus. A to jest Troilus; to mi człowiek, synowico. Hm, dzielny Troilus! Książę rycerzy! Cicho! wstydź się, cicho! Uważaj go, przyjrzyj mu się. O, waleczny Troilus! Otwórz tylko oczy, synowico. Patrz, jak miecz jego zakrwawiony, a hełm jego straszniej posiekany od przyłbicy Hektora. A co za spojrzenie! co za chód! Cudowny młodzieniec! A jeszcze dwadzieścia trzy nie skończył! Bóg z tobą, Troilu, Bóg z tobą! Gdybym miał siostrę Gracyę, lub córkę Boginię, dałbym mu do wyboru. Cudowny człowiek! — Parys? Parys przy nim błoto, i zaręczam, że Helena pomieniałaby się chętnie i dorzuciłaby w dodatku garść złota.

(Przechodzi wojsko).

Nadchodzi więcej! Osły, błazny, głupcy! Słoma i otręby, słoma i otręby! Rosół po obiedzie. Chciałbym żyć i umierać, patrząc na Troila. Nie poglądaj dłużej! nie poglądaj Orły już przeleciały; to same tylko wrony i kawki, wrony i kawki! Wolałbym być takim jak Troil mężem, niż Agamemnonem i całą Grecyą. Jest jednak między Grekami Achilles, dzielniejszy od Troila rycerz. Achilles? To furman, tragarz, to czysty wielbłąd. Dobrze, dobrze. Dobrze, dobrze? Czy masz ty choć trochę sensu? Czy masz ty oczy? Czy wiesz ty, co to jest człowiek? Czy urodzenie, piękność, dobra mina, wymowa, męskość, nauka, łagodność, cnota, młodość, szczodrobliwość i t. d. nie są imbirem i solą zaprawiającą człowieka? Może jakiego ciastucha, żeby go potem wypiec na montową bułeczkę i z pieca dobyć piecuchem. Co za dziwna z ciebie kobieta! Ani zgadnąć, gdzie twój puklerz. W moich plecach, żeby bronić mojego brzucha; w moim dowcipie, żeby bronić moich fortelów; w mojej oględności, żeby bronić mojej osoby; w mojej masce, żeby bronić mojej piękności; a w tobie, żeby bronić tego wszystkiego; przy tylu puklerzach mam jeszcze tysiąc innych strażników. Wymień mi jednego z twoich strażników. Mam się dosyć na straży, aby się nie wygadać, i to jest najpierwszy z moich strażników. Jeśli się nie mogę ustrzedz, aby mnie nie pchnięto, gdziebym nie chciała, mogę się przynajmniej ustrzedz, aby ci nie powiedzieć, jak dostałam to pchnięcie, chyba że puchlina zbyt będzie wydatna, a wtedy i straż już niepotrzebna. Co za dziwna z ciebie kobieta! (Wchodzi Paź Troilusa). Mój pan chciałby natychmiast mówić z tobą, panie. Gdzie? W twoim domu, panie, gdzie się rozbraja. Powiedz mu, paziu, że przyjdę niebawem. (Wychodzi Paź). Lękam się, żeby nie był ranny. Bądź zdrowa, dobra synowico. Żegnam cię, stryju. Zobaczymy się za chwilę. A przyniesiesz mi, stryju — Zadatek miłości Troila (wychodzi). A ten zadatek zrobi cię — rajfurem. Słowa, przysięgi, prezenta i jęki, Wszystko przynosi z innego poręki; Stokroć w nim więcej sama widzę blasku, Niż w bladym pochwał Pandara obrazku. Milczę, bo bóstwem dziewka upragniona, Lecz z posiadaniem radość duszy kona. Kochanka nie wie nic, gdy nie wie o tem, Że czego pragną, jest dla mężczyzn złotem; Szczęśliwa miłość dać tego nie może, Co żądza daje klęczącym w pokorze. To jest więc pierwszym miłości pewnikiem: Mieć, jest być panem; chcieć, być niewolnikiem. Choć więc w mem sercu miłości żar tleje, Nie zdradzą oczy, co się w duszy dzieje. (Wychodzi).

SCENA III.

Obóz grecki.

(Przy odgłosie trąb wchodzą: Agamemnon, Nestor, Ulisses, Menelaus i inni).

Dostojni książęta, Od jakiej troski lica wam pożółkły? Rozległe plany, w nadziei poczęte, Wszystkich przedsięwzięć człowieka na ziemi Nigdy w swej całej nie iszczą się pełni. Im większe dzieło, tem klęsk, zawad więcej; Jak sęki z biegiem oskoły tworzone Garbacą smukłej sosny kształtną postać, Skręcają włókna w górę strzelające. Cóż więc dziwnego, że i nas zawiodły Nasze nadzieje, że trojańskie mury Stoją po siedmiu latach oblężenia,

Gdy wszystkie czyny upłynionych wieków, Których nam pamięć dzieje przechowały, Nigdy w spełnieniu nie ziściły kształtów, Jakie w poczęciu twórcza myśl im dała? Czemuż was klęski nasze mają smucić? Czemu z boleścią za hańbę bierzecie To, co Jowisza próbą tylko było, By nieugiętą w was odkryć wytrwałość? Metalu tego nie jawi się czystość W szczęścia uśmiechach, bo głupi i mądry, Tchórz i waleczny, artysta i partacz, Twardy i miękki, wszyscy w pomyślności Jednej pozornie wydają się próby; Lecz gdy zawyje przeciwności burza, Wachlarz jej wszystko co lekkie, odwieje, Zostanie tylko masa pełna treści, Bogata w wartość, niezmieszana z niczem. Agamemnonie, pozwól Nestorowi Z winnem potęgi twej poszanowaniem Dopełnić myśli słów twoich ostatnich. Tylko w nieszczęściu próbuje się serce. Na cichem morzu, lada łódź, jak cacko, Ślizga się śmiało po cierpliwej piersi, Żegluje z nawą o bokach potężnych; Lecz niech surowy rozdrażni Boreasz Łagodną Tetys, a zobaczysz okręt Olbrzymim bokiem siekący wód góry, Jak Perseusza uskrzydlony rumak, Pośród przestrzeni dwóch mokrych żywiołów. Gdzie teraz łódka, co śmiała przed chwilą Z dębem się mierzyć ścianą papierową? Lub do bezpiecznej uciekła przystani, Lub była jednym dla Neptuna kąskiem. Tak i waleczność, pozorna lub szczera, Tylko się w burzach fortuny objawia; Kiedy jej słońce w całym świeci blasku, Giez dręczy trzodę więcej niźli tygrys; Ale gdy wicher ugina kolana

Sękatych dębów, gdy skryją się muchy, Waleczne zwierzę, jak zbudzone burzą, Sympatyzuje z groźną jej wściekłością, I rykiem do jej tonu nastrojonym Wściekłej fortunie odpowiada. Królu, Ty Greków wodzu i nerwie i kości, Sił naszych serce i ożywna duszo, W którym się winny wszystkie myśli skupiać, Słów moich słuchaj. Zaczynam od hołdu, Który (do Agam.) twej mowie, wszystkich królów królu, (Do Nestora) I twojej, wieku odziany powagą, Słusznie należy. (Do Agam.) Słowa twoje godne, By Greków ręką na śpiżu wyryte Były nauką dla przyszłych pokoleń; (Do Nestora) Jak twe są godne, dostojny Nestorze, By w srebrze kute, powietrznym łańcuchem Jak oś, na której świat się toczy, silnym, Do wymownego twojego języka Helenów uszy przybiły na zawsze. Raczcie — jednakże — ty wielki — ty mądry — Cierpliwie słuchać mowy Ulissesa. Królu Itaki, mów, bo się nie lękam, Żeby czcze słowa, ciężkie a bez treści Z twych ust płynęły, jak nie mam nadziei, Żebym z zjadliwych Tersyta ust słyszał Dźwięczną muzykę, dowcip lub wyrocznie. Na swych podstawach nie stałaby Troja, A miecz wielkiego Hektora od dawna Panaby nie miał, bez przeszkód następnych: Powaga władzy poszła w zapomnienie; Ile namiotów greckich na dolinie, Tyle się pustych wyrodziło stronnictw. Jeżeli namiot wodza nie jest ulem, Gdzie każda pszczoła swą przynosi zdobycz, Jak miodu czekać? Gdzie władz stopniowanie Osłania maska, tam i najmniej godny Z najzasłużeńszym pod maską się mierzy.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…