Front matter
HISTORYCZNO-GEOGRAFICZNA
ADAM NOWICKI.
Z cyklu „Zmierzch Habsburgów“.
całość
HISTORYCZNO-GEOGRAFICZNA
ADAM NOWICKI.
Z cyklu „Zmierzch Habsburgów“.
TAJEMNICA
POCHODZENIA FRANCISZKA JÓZEFA
Nie kłamać — bawiąc. | Nie nudzić — ucząc.
T-wo Wyd. „Rój“, Warszawa, Kredytowa 1.
Konto czek. P. K. O. 9880.
URODZINY PRZYSZŁEGO NASTĘPCY TRONU I JEGO MATKA.
Dnia 18 sierpnia 1830 r. 101 strzałów armatnich oznajmiło mieszkańcom miasta stołecznego Wiednia, że arcyksiężna Zofja powiła syna. Tysiące i tysiące wiedeńczyków wędrowało w ciągu owego dnia do letniej rezydencji cesarskiej Schönbrunnu, odległego wówczas od Wiednia o godzinę drogi, ażeby zamanifestować swoją radość i swoje przywiązanie do rodziny cesarskiej. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że ten najmłodszy arcyksiążę odziedziczy — jeżeli dożyje — z czasem koronę cesarską. Stary cesarz Franciszek I, panujący już od 1792 r., miał dwóch synów. Z tych pierworodny Ferdynand, następca tronu, posiadał wprawdzie małżonkę, ale małżeństwo było bezdzietne. Nic dziwnego! Ferdynand uznany powszechnie za niedorozwiniętego umysło- wo, miewał wprawdzie jaśniejsze chwile umysłu. Wtedy mógł od biedy spełniać obowiązki reprezentacyjne i podpisywać papiery urzędowe, ale według opinji lekarskiej było wykluczonem spodziewać się, by mógł on mieć potomstwo. Z kolei więc następstwo tronu musiało przypaść jego młodszemu bratu Franciszkowi Karolowi. Ten ostatni od dnia 4 listopada 1824 r. był żonaty z księżniczką Zofją bawarską. Przez szereg lat małżeństwo to pozostawało bezdzietnem. Dopiero teraz w szóstym roku urodził się syn. Na tego syna więc po śmierci stryja Ferdynanda i po śmierci ojca Franciszka Karola miała spaść korona cesarska.
Na współczesnych portretach Franciszek Karol nie ma miny zbyt inteligentnej. Oczy senne i obwisła dolna warga Habsburgów nie czynią tego oblicza ani pociągającem, ani mądrem. Według opinji współczesnych Franciszek Karol nie był wprawdzie napół idjotą, jak jego starszy brat, ale nigdy nie grzeszył nadmiarem inteligencji. Przeciwnie, jego inteligencja należała zawsze do bardzo miernych. Był chorowity i stale skarżył się na brak sił. Unikał wszelkich wysiłków fizycznych. Grzeszył powolnością ruchów. Nie odznaczał się niczem co mogłoby zjednać mu serce młodej, ładnej i żywej kobiety, jaką była księżniczka Zofja Bawarska. W muzeum miasta Wiednia widnieje świetnie zachowany portret matki cesarza Franciszka Józefa. Przedstawia on młodą, prawie ładną, a w każdym razie bardzo przystojną kobietę o okrągłych kształtach i nader żywych oczach. Z tych oczu tryska mnóstwo temperamentu, życia i werwy. Znać, że ich właścicielka nie jest lalką salonową, arystokratką z rodzaju tych, które nie umieją nie tylko myśleć samodzielnie, ale nawet samodzielnie się ruszać. Przeciwnie, ów portret — arcydzieło malarskie — poucza aż do złudzenia wymownie, że matka cesarza Franciszka Józefa należała do natur, nie bojących się walczyć z przeszkodami i chwytać środków nawet bardzo awanturniczych, byle tylko dopiąć wytkniętego celu. Ale jeszcze o jednem uczy ów portret. Jakieś zagięcia koło ust i jakieś błyski w oczach — wszystko to wiernie uchwycone przez malarza — mówią, że arcyksiężna Zofja grzeszyła nadmiernem samolubstwem. Tego egoizmu nie łagodziło nawet uczucie macierzyńskie. Rzecz znamienna, że ów egoizm, wybitna cecha matki, potem w całej pełni przeszedł na syna. Franciszek Józef na tronie był jednym z największych samolubów. Jego wady, a nawet jego zalety były wynikiem nadmiernie rozwiniętego egoizmu zamaskowanego bardzo zręcznie maską cnót monarszych. Trafnie zatem dowcip ludowy wiedeński nazwał arcyksiężnę Zofję przydomkiem „jedynego mężczyzny w dynastji Habsburgskiej“. Zwłaszcza w cztery lata później, w 1834 r., gdy po śmierci cesarza Franciszka na tron wstąpił zidjociały Ferdynand, z poza pleców którego w myśl testamentu rządził arcyksiążę Ludwik, brat młodszy zmarłego Franciszka, a stryj Ferdynanda. Ludwik nie był jednak energicznym. Brakowało mu odwagi. Brakowało mu daru szybkiej orjentacji i daru szybkiej decyzji. Każde postanowienie odkładano. Starym był kanclerz książę Metternich, cesarz półidjota, jego brat, a mąż Zofji, nie grzeszył ani energją, ani inteligencją. Cóż więc dziwnego, że wśród takiego otoczenia młoda, żywa i inteligentna kobieta wyrosła ponad wszystkich i kierowała sprawami dynastji tak, jak chciała i jak jej było najwygodniej.
ZAMIŁOWANIE CESARZA FRANCISZKA JÓZEFA I-GO DO TAJEMNICY.
Zamiłowanie do tajemnicy tworzyło cechę wybitną charakteru cesarza Franciszka Józefa I. Swoje życie i swoje czyny lubił on systematycznie otaczać konsekwentną tajemniczością... Jest to stare zjawisko za panowania tego cesarza, że natychmiast po śmierci każdej osobistości politycznej lub urzędniczej, która piastowała jakiś urząd wybitniejszy w monarchji, zjawiali się w mieszkaniu nieboszczyka wyżsi urzędnicy polityczni z Wieś dnia i wykazując się specjalnemi pełnomocnictwami cesarskiemi, przeprowadzali jaknajściślejszą rewizję papierów, pozostałych po zmarłym. Zabierali oni listy, nawet prywatne, zapiski i pamiętniki. Wszystkie papiery, w których widniały jakiekolwiek wzmianki o cesarzu lub o wydarzeniach, związanych z jego osobą i z jego działalnością, były konfiskowane. Nie wracały już one nigdy do rąk rodziny. Cesarz kazał je niszczyć. Co najwyżej, w drodze wyjątkowej łaski pozwalał na zachowanie ich w archiwum prywatnem rodziny cesarskiej. Z powodu tego konfiskowania pamiętników, korespondencyj i notatek, tyczących się osoby i panowania cesarza Franciszka Józefa, dziejopisarze owego okresu rozporządzali i rozporządzają nader małą ilością źródłowych materjałów, mogących w sposób autentyczny odtworzyć historję rządów tego monarchy i oświetlić osobę cesarza. Wiadomo, że system niszczenia wszelkich materjałów pamiętnikarskich i historycznych, odnoszących się do jego osoby, cesarz Franciszek Józef posuwał tak daleko, iż za gotówkę wykupywał pamiętniki cudzoziemców w rękopisie, o ile zawierały obszerniejsze rozdziały, jemu poświęcone. Gdzie leżało źródło owego chorobliwego pociągu do tajemniczości? Różne na ten temat krążyły przypuszczenia. Jedni utrzymywali, że Franciszek Józef pragnął w ten sposób podnieść powagę swojej osoby. Na wzór władców starożytnych, zakazujących mieszkańcom pokazywać się na ulicach w chwili, gdy przejeżdżali, Franciszek Józef chciał, by jaknajmniej szeroki ogół znał szczegóły z jego życia monarszego i prywatnego. Dzięki tej tajemniczości miał on z człowieka zmienić się w rodzaj nieosobowego symbolu, napełniającego ogół i jednostki respektem, nie pozbawionym pierwiastków pewnej trwogi. Opinja publiczna nie powinna była w nim widzieć człowieka, lecz Pomazańca Bożego, wybranego z laski Stwórcy do panowania nad krajami i ludami odwiecznej dynastji Habsburgów. To był jego komentarz, tłómaczący rozmiłowanie Franciszka Józefa w owej tajemniczości. Drugi komentarz brzmiał zupełnie inaczej. Znawcy dziejów tego cesarza, uważni obserwatorowie jego postępków, ludzie, którzy systematycznie przypatrywali się przez dziesiątki lat czynom cesarza i wypadkom, rozgrywającym się na jego dworze, szeptem i na ucho zwracali sobie wzajemnie uwagę na fakt, że to zamiłowanie do tajemniczości rozwinęło się u cesarza Frańciszka Józefa dopiero kolo czterdziestego roku życia. Pozostawało ono w związku z szeregiem rozmaitych zajść z matką, arcyksiężną Zofją i z żoną, cesarzową Elżbietą. Wtedy to, gdy cesarzowa Elżbieta znalazła się pod silniejszym wpływem arystokracji węgierskiej, wrogo usposobionej dla matki cesarza, miało przyjść w sporach i nieporozumieniach między tą trójcą osób do pewnych wynurzeń o rewelacyjnym charakterze. Cesarz Franciszek Józef zaczął wątpić, czy jest istotnie synem swojego ojca. Wątpliwości, raz w nim obudzone, nurtowały i nurtowały nieubłaganie dalej. I właśnie dlatego, że powziął on te wątpliwości, chciał zniszczyć wszystkie dokumenty i wszystkie zapiski, które mogłyby światu przekazać tajemnicę jego urodzenia. Tajemnicę dla niego straszną, bo odmawiającą mu prawa do uważania się za Habsburga po kądzieli i za Lotaryńczyka po mieczu. Kupował zatem każdy papierek, który był do kupienia, niszczył wszystko, co było w jego mocy zniszczyć. Ale nie mógł wydrzeć z mózgów ludzkich tego, co ludzie pamiętali, nie mógł zakazać, by ci ludzie szeptem i na ucho nie przekazywali swoim dzieciom i swoim wnukom wspomnień o pewnych faktach i o pewnych datach historycznych.
HRABIA JELLACHICH.
Dzięki tym faktom i dzięki tym datom można dzisiaj z wielkiem prawdopodobieństwem ustalić fakt, że cesarz Franciszek Józef I nie jest synem arcyksięcia Franciszka Karola, męża arcyksiężnej Zofji. Pod owe czasy, w pierwszej połowie XIX stulecia przed wielką rewolucją w 1848 roku przedział społeczny między dworem cesarskim w Wiedniu a ludnością tegoż miasta był bardzo głęboki. Z wielką rewerencją i z niesłychanym respektem spoglądano na osoby cesarza, arcyksiążąt i najwyższych dostojników dworskich, przejeżdżających od czasu do czasu alejami Prateru. Ale kontaktu między dworem i ludnością nie było. Skutkiem tego, wśród opinji publicznej — o ile ta ostatnia pod owe czasy istniała, w epoce absolutyzmu i skrajnych rządów policyjnych — nie zdawano sobie sprawy z rozmaitych okoliczności, towarzyszących przyjściu na świat pierworodnego syna arcyksiężnej Zofji, którego ochrzczono imieniem Franciszka. Drugiego imienia: „Józefa“ wtedy młodemu arcyksięciu jeszcze nie dodawano. Wogóle cieszono się, że korona przejdzie na wnuka cesarza Franciszka w prostej linji i nie przejdzie na któregoś z synów, ewentualnie wnuków cesarza Leopolda II. Ale na dworze samym robiono od pierwszej chwili przyjścia na świat małego arcyksięcia rozmaite komentarze. Zwłaszcza magnaterja węgierska, która pod owe czasy rezydowała przeważnie w Wiedniu, mając tam wspaniale pałace, — ta magnaterja, mniej służalcza, niż arystokraci czescy i niemieccy, wyposażona żywszą inteligencją i złośliwszym językiem, postępująca solidarnie i wymieniająca nawzajem robione obserwacje i pozbierane wiadomości, od samego początku żywo komentowała kwestję ojcowstwa w stosunku do arcyksięcia Franciszka. I tak przedewszystkiem zwrócono uwagę na fakt, że przez pierwsze sześć lat małżeństwa nie było dzieci. Wprawdzie medycyna zna wypadki, kiedy małżeństwa, przez długi czas bezdzietne, wreszcie cieszą się potomstwem, ale ci z arystokratów węgierskich, którzy piastowali rozmaite godności dworskie i dzięki temu mieli możność śledzenia dzień po dniu wszystkiego, co się działo na dworze, i dokładnego studjowania członków dynastji, twierdzili zgodnie, że Franciszek Karol wogóle nie był zdolny do spłodzenia potomstwa. Dalej, ci sami obserwatorzy przebąkiwali — aczkolwiek bardzo ostrożnie, — że arcyksiężna Zofja poczuła się matką dopiero po przybyciu na dwór cesarski pięknego oficera chorwackiego, hrabiego Jellachicha. Był to oficer przydzielony do przybocznej gwardji węgierskiej, ponieważ Chorwacja tworzyła część składową krajów Korony św. Stefana. Hrabia Jellachich, dorodny mężczyzna, blondyn o regularnych rysach twarzy, jak większa część starożytnej szlachty chorwackiej, w młodych latach do złudzenia przypominął typ pięknego szlachcica polskiego z dobrej rodziny. Nic w tem niema dziwnego. Wogóle cała szlachta chorwacka, to jest ta szlachta, która jest wyznania katolickiego i używa alfabetu łacińskiego, do złudzenia powierzchownością zewnętrzną przypomina nasze postacie staroszlacheckie. Jest to bowiem jeden i ten sam naród, rozdzielony burzami wojennemi. Pod koniec wieków starożytnych, ziemie, zamieszkałe przez Słowian, ciągnęły się od bałtyckiej wyspy Rugji na północy, aż do końca dzisiejszej Dalmacji, a może jeszcze i dalej na południe. W sam środek tej Chrobacji wtargnął szczep fiński, przemieszany krwią mongolską, Madziarowie. Najazd Madziarów na długie wieki przeciął na trzy części: północna musiała ścierać się z napierającymi od zachodu Germanami; środek zajęli Madziarowie, którzy przyjąwszy chrześcijaństwo rzymskie, stworzyli królestwo węgierskie; południowa część rozpadła się na szereg królestw, z któ- rych dwa, królestwo Chorwacji i królestwo Dalmacji pozostawały pod wpływem kultury łacińskiej, a potem włoskiej i przyjęły obrządek łaciński. Inne zaś, już na właściwym Bałkanie leżące, dostały się pod wpływ kultury greckiej i kościoła bizantyjskiego. Jellachich, człowiek szlachetnego charakteru, wielkiej odwagi, śmiałych pomysłów, był oddany idei Illiryjskiej, t. j. idei zjednoczenia wszystkich słowian południowych w jedno państwo. Tę ideę zaszczepił słowianom południowym Napoleon I. Utworzył on bowiem po pokoju Wiedeńskim w 1809 r. wicekrólestwo Illirji. W jego skład weszła Kraina, Chorwacja, Slawonja, Istrja i Dalmacja. To wicekrólestwo nie trwało długo, skończyło się z chwilą upadku Napoleona w 1815 r. Wszystkie te ziemie z powrotem zabrali Habsburgowie. Ale idea niepodległości oraz idea jednolitości narodowej żyły w sercach i pamięci słowian południowych. Tworzyły one od tej pory wyraźny cel polityczny. Do tego celu zdążał Jellachich i jego przyjaciel ksiądz Strossmayer, zapalony słowianin, mimo niemieckiego nazwiska. Pod owe czasy ksiądz Strossmayer razem z Jellachichem należeli do bliższego otoczenia dworskiego arcyksiężnej Zofji. Ksiądz Strossmayer był wtedy kapelanem nadwornym. Później został biskupem z siedzibą w mieście chorwackiem Dyakovar. Nawiasem mówiąc, do bliższego otoczenia arcyksiężnej Zofji podówczas jako młody urzędnik polityczny należał także Agenor hr. Gołuchowski, ojciec, późniejszy minister stanu i kilkakrotny namiestnik Galicji, właściwy promotor odniemczenia tego kraju, usunięcia urzędników niemieckich i urzędowego języka niemieckiego oraz wprowadzenia urzędników polskich i polskiego języka urzędowego. Dziejopisarze pierwszej połowy XIX-go wieku są bowiem zgodni w poglądzie, że arcyksiężna Zofja pozostawała pod bardzo silnym wpływem politycznym Jellachicha i jego przyjaciół, od nich przejęła się ona ideą, że monarchja Habsburska może być tylko państwem federalistycznem, opartem na równouprawnieniu narodowem wszystkich ludów i że w interesie przyszłości państwa należy złamać przewagę centralistyczną żywiołu niemieckiego oraz zbyt wielkie uprzywilejowanie Madziarów w t. zw. krajach Korony Św. Stefana. Widzimy więc z tego, że już wtedy koło 1830 r. występowały w całej pełni te dwa programy , których sprzeczność doprowadziła do walk politycznych bardzo zażartych w drugiej połowie owego stulecia, aż wreszcie nieustępliwość i zachłanność Niemców austrjackich oraz Madziarów spowodowała podczas Wielkiej Wojny ostateczną katastrofę i rozbicie monarchji Habsburskiej na jesieni 1918 r.
MĄDRA PÓŁ GŁUPIEGO MĘŻA I KSIĄŻĘ REICHSTADTU.
Arcyksiężna Zofja była kobietą mądrą. Ale złośliwi plotkarze twierdzili, że zwolenniczką równouprawnienia Słowian z Niemcami i z Madziarami stała się dopiero pod wpływem człowieka, któremu zawdzięczała to, że została matką cesarza, a więc zdobyła sobie jedno z najpierwszych stanowisk na dworze cesarskim. Musimy bowiem sobie uprzytomnić, jak podrzędną rolę odgrywałaby arcyksiężna Zofja, gdyby jej małżeństwo z Franciszkiem Karolem miało pozostać i nadal bezdzietnem. Prawda, że po najdłuższem panowaniu cesarza Franciszka, a następnie po panowaniu następcy tronu Ferdynanda z uwagi na bezdzietność tegoż korona przypadłaby ewentualnie jej mężowi. Kto jednak mógł zaręczyć, że Franciszek Karol, dosyć słabowity, przeżyje swojego starszego brata. Przeciwnie, leżało w granicach prawdopodobieństwa, że Franciszek Karol zejdzie ze świata bezpotomnie przed śmiercią swojego starszego brata. Wtedy wdowa po nim — wdowa bezdzietna — spadłaby w randze dworskiej do rzędu arcyksiężnej ostatniej rangi, tolerowanej dla oka ludzkiego, ale pędzącej życie samotne, bez wpływów i bez znaczenia. Na taką rolę arcyksiężna Zofja nie chciała się zgodzić. A że ją słusznie nazywano „jedynym mężczyzną w rodzinie Habsburgów“, przeto z całą energją zaczęła zrazu myśleć, a potem działać, by zabezpieczyć się przed tą smutną przyszłością. Jedynym sposobem zabezpieczenia się było posiadanie syna. Ten syn zabezpieczał jej stanowisko, gdyż stwarzał dla niej pozycję matki cesarskiej i dawał jej możność wpływania na sprawy państwowe za jego pośrednictwem. Mądra, zapobiegliwa i energiczna, obiecywała sobie pokierować wychowaniem tego syna w taki sposób, by był on za kulisami powolnem narzędziem w jej rękach. Trzeba było tylko wybrać człowieka, który zdrowiem fizycznem, zaletami umysłu i charakterem, pełnym rycerskiej dyskrecji dawałby gwarancję, że wywiąże się z postawionego mu zadania, a potem usunie się na bok i będzie umiał zabrać ze sobą aż do grobu wielką tajemnicę stanu, będącą równocześnie tajemnicą honoru kobiety.
Tu i owdzie napotyka się w rozmaitych dziełach francuskich i angielskich lekkie napomknienia, że Franciszek Józef był synem księcia Reichstadtu, króla Rzymskiego i syna Napoleona I. Ci, którzy tak twierdzą, powołują się na świadectwa współczesnych. Współcześni zauważyli, że arcyksiężna Zofja chętnie szukała towarzystwa wnuka cesarza Franciszka I. Często zapraszała go do siebie. Często rozmawiała z nim. Franciszek Józef jako maleńkie dziecko siadywał jeszcze na kolanach syna Napoleona. Nie trzeba jednak zapominać, że arcyksiężna Zofja była wujenką księcia Reichstadtu. Dalej, była ona od niego nie o wiele starszą. Młoda i z natury wesoła, nudziła się strasznie na tym dworze łudzi starych i napół zidjociałych. Nic więc dziwnego, że ciągnęło ją towarzystwo młodego chłopca, bardzo inteligentnego i bądźcobądź we- selszego, niż mąż, brat męża, ich ojciec i bracia cesarscy. Ale jest wykluczonem, by książę Reichstadtu miał stosunek miłosny z arcyksiężną Zofja i był ojcem Franciszka Józefa. Raz wykluczonem dlatego, że w 1829 r., a więc w roku zajścia arcyksiężnej Zofji w ciążę, książę Reichstadtu już zapadł bardzo poważnie na suchoty. Byłby tedy spłodził syna niewątpliwie z zarodkiem ciężkiej choroby. Tymczasem Franciszek Józef — jak wiadomo — cieszył się zawsze doskonałem zdrowiem i dożył 87-go roku życia. Dalej, w calem swojem usposobieniu Franciszek Józef nie wykazywał nic z natury południowca, jakim był Napoleon I, nie miał nic z jego genjuszu, nie miał nic z jego temperamentu. Wreszcie argument jak najbardziej rozstrzygający: arcyksiężna Zofja miała czterech synów, z których ostatni Ludwik Wiktor przyszedł na świat w 10 lat po pierwszym synu, a więc wtedy, gdy książę Reichstadtu już dawno nie żył. Wszyscy czterej synowie rysami twarzy wykazują wielkie podobieństwo do siebie. Ludwik Wiktor był przez dłuższy czas, zanim fatalne nałogi nie zdeprawowały jego oblicza, niesłychanie podobny do najstarszego brata, t. j. do Franciszka Józefa. Również i Maksymiljan, późniejszy cesarz meksykański, aczkolwiek nieco wyższy od brata, i arcyksiążę Karol Ludwik wykazywali duże podobieństwo. Rzecz znamienna, że żaden z nich nie miał rysów twarzy Habsburgów i tradycyjnej obwisłej dolnej wargi. Jest zatem wykluczonem, aby książę Reichstadtu mógł być ojcem Franciszka Józefa. Gdyby między arcyksiężną Zofją i synem Napoleona I zachodził bliższy stosunek miłosny, którego owocem byłby Franciszek Józef, wówczas matka mimowoli byłaby wpajała w syna jakieś wspomnienia o tym tajemnym ojcu, byłaby krzewiła w nim mimowoli pewien kult dla Napoleona I, byłaby bezwiednie hodowała w nim pewne sympatje do Francji i Francuzów, ponieważ książę Reichstadtu zawsze uważał się za Francuza. Tymczasem w całem życiu Franciszka Józefa nie napotykamy żadnego z takich objawów. Nigdy cesarz nie podkreślił, że jest bratem ciotecznym syna napoleońskiego, nigdy ani jednem słowem nie przejawił swoich sympatji albo choćby pewnego pociągu do Napoleona I, a że Francuzów wolał, niż Anglików, to można tłómaczyć ogólnym nastrojem drugiej XIX wieku, kiedy to każdy arystokrata kontynentalny, żywił pewną słabość do Francji.
OBROŃCA TRONU, CZY OBROŃCA WŁASNEGO SYNA.
Oczywiście, pozostanie raz na zawsze tajemnicą, w jaki sposób arcyksiężna Zofja zwróciła uwagę na Jellachicha. Dzisiaj nikt już z naocznych świadków ówczesnych stosunków na dworze wiedeńskim nie żyje. Jest też wątpliwem, by przypadek pozwolił na odkrycie jakichkolwiek tajnych zapisków albo pamiętników z owej epoki, w których widniałyby dokładniejsze informacje o stosunku arcyksiężnej do Jellachicha. Olbrzymią liczbę takich pamiętników i zapisków cesarz Franciszek Józef po śmierci rozmaitych dygnitarzy dworskich i państwowych austrjackich bądź skonfiskował, bądź kupił i natychmiast kazał zniszczyć. Pamiętniki, wydane drukiem, są niekompletne, ponieważ wychodziły za życia Franciszka Józefa. Rodziny pamiętnikarzy więc w obawie zemsty cesarskiej wykreślały z rękopisów wszystko, co odnosiło się do matki cesarskiej i do Jellachicha. Są jednak fakty, których nie można było zniszczyć i które przeszły do historji w sposób tak wyraźny, że rzucają jaskrawe światło na tajemnicę Franciszka Józefa i na rodzaj stosunku między arcyksiężną Zofją i Jellachichem. Jellachich, zostawszy generałem po odejściu z gwardji przybocznej — jak mówią — przymusowem, piastował rozmaite stanowiska w armji austrjackiej. Wreszcie w 1847 roku powołano go z uwagi na wierne oddanie dynastji i dworowi wiedeńskiemu na bardzo ważne stanowisko polityczne i wojskowe bana czyli namiestnika Chorwacji i Slawonji. Ban Chorwacji i Slawonji miał w rękach pod owe czasy władzę cywilną i wojskową. Rozporządzał silnym korpusem t. zw. graniczarów, czyli żołnierzy Pogranicza Wojskowego. Jeszcze cesarzowa Marja Teresa w połowie XVIII wieku celem osłony krajów słowiańskich i węgierskich od strony Turcji założyła kolonje rolniczo-wojskowe. Koloniści — Chorwaci i Serbowie — byli równocześnie rolnikami i żołnierzami. Pełnili oni przez pewien czas służbę czynną, a potem szli na rolę, na dziedziczny kawałek gruntu, lecz każdej chwili musieli na zawołanie stawać pod broń. Oficerów mieli własnych z pomiędzy szlachty chorwackiej i serbskiej. Dzięki temu Pograniczu Wojskowemu zwolna napady tureckie ustały. Mimo to Pogranicza Wojskowego nie kasowano, ponieważ dzięki niemu dwór wiedeński każdej chwili mógł posłać w pole regularną i bardzo bitną armję, złożoną z wyborowej piechoty i konnicy. Już od 1840 r. rósł na Węgrzech ruch antywiedeński i antydynastyczny. Szlachta madziarska żądała wprowadzenia faktycznej niepodległości kraju, usunięcia absolutyzmu, regularnego zwoływania sejmów węgierskich i odrębnej armji węgierskiej. Dwór wiedeński widział w tych dążeniach madziarskich wielkie niebezpieczeństwo, tem większe, że na czele owego ruchu wolnościowego stojący politycy, a przedewszystkiem Ludwik Kossuth, swojemi płomiennemi mowami i swoją agitacją prasową budzili dążności konstytucyjne w Niemcach austrjackich, w pierwszej linji wśród inteligencji niemieckiej Wiednia. Trzeba więc było postawić na straży Węgier człowieka energicznego, który w razie buntu z błyskawiczną szybkością umiałby przeciwstawić się mu orężnie. Że wybór rządu wiedeńskiego padł na Jellachicha, to mówi nam bardzo wiele. Jellachich nie należał do najwybitniejszych arystokratów chorwackich. Tajemnicza ręka jednak umiała wyciągnąć go z pośród innych na naczelne stanowisko. Uzasadniono to tem, że Jellachich podczas swojej służby na dworze dał się poznać jako oddany sługa dynastji. W gruncie rzeczy jednak pewne osoby na dworze miały prawo spodziewać się, że Jellachich będzie bronił sprawy Habsburgów, niby sprawy własnej. Toć powodzenie insurekcji węgierskiej strąciłoby z głowy młodocianego arcyksięcia Franciszka, który liczył wtedy 17-ty rok życia, w przyszłości koronę węgierską. Powodzenie rewolucji w Peszcie i w Wiedniu zrobiłoby z arcyksiężnej Zofji bezdomną emigrantkę, zmuszoną do tułania się po Europie na podobieństwo tułających się podówczas Burbonów francuskich. Wypadki dowiodły, że Jellachich nie zrobił zawodu swojej dostojnej protektorce. Gdy w marcu 1848 r. utworzył się niezależny od rządu wiedeńskiego rząd węgierski i gdy ten rząd przeniósłszy siedzibę sejmu węgierskiego z Preszburga do Pesztu, ogłosił Węgry państwem niezależnem, złączonem z Austrją jedynie unją osobistą, gdy węgierski minister wojny zaczął wydawać samodzielne rozkazy pułkom węgierskim i gdy ten rząd węgierski zażądał od bana Chorwacji bezwzględnego posłuszeństwa, — Jellachich odmówił wykonywania rozkazów. Wnet potem zmobilizował on Pogranicze Wojskowe i oddziały graniczarów, by z kolei na własną rękę ruszyć na Peszt celem przywrócenia tam zbrojną ręką posłuszeństwa dla Habsburgów. Pod owe czasy położenie dynastji Habsburskiej było rozpaczliwe. Dnia 13 czerwca 1848 r. wybuchła na ulicach Wiednia rewolucja, książę Metternich musiał uciekać z Wiednia, pozbawiony wszystkich urzędów i godności po 33 latach wszechwładzy, a cesarz Ferdynand z obawy dalszych rozruchów został zniewolony przez nowych ministrów do podpisania manifestu, zapowiadającego nadanie konstytucji i zwołanie Konstytuanty. Ale przewrót wiedeński nie poprzestał na tych umiarkowanych żądaniach. Demonstracje wiedeńskie nabierały coraz to szybciej cech rewolucyjno-demagogicznych. Pod wpływem arcyksiężnej Zofji cesarz Ferdynand wraz z dworem uciekł do Insbrucku. Wprawdzie później na chwilę powrócił, lecz wnet opuścił stolicę po raz drugi, udając się na Morawy. W mieście panowała coraz to jawniej junta rewolucyjna. Na Węgrzech rząd tamtejszy wysłał wojska przeciwko Jellachichowi, wstrzy- mał pochód armji chorwackiej na Peszt, powołał pod broń cała, ludność męską zdolną do noszenia broni, mianował na własną rękę generałów, zdobył szturmem cytadelę w Budzie, bronioną przez garnizon austrjacki i oddał naczelne dowództwo generałowi polskiemu z 1831 r. Dembińskiemu. Król Sardynji wypowiedział Austrji wojnę. W Medjolanie i w Wenecji wybuchły zwycięskie powstania włoskie przeciwko rządowi austrjackiemu. Pragę i Lwów wojska austrjackie zbombardowały celem steroryzowania ludności polskiej i czeskiej, łączącej się z ruchem rewolucyjnym. Dwoje ludzi nie utraciło wtedy zimnej krwi: arcyksiężna Zofja i ban chorwacki Jellachich. Narazie zaprzestano walki przeciwko Węgrom. Szło o uratowanie Wiednia, który zamordował ówczesnego ministra wojny gen. hr. Latoura za to, że ten wysyłał wojska przeciwko węgrom. Latoura powieszono na latarni na placu Am Hof tuż przed frontonem pałacu ministerjum wojny. Garnizon wiedeński prawie cały przeszedł na stronę ludności. Ministrowie, z wyjątkiem ministra skarbu, uciekli z miasta. Uciekły także władze cesarskie i arystokracja. Pozostał tylko parlament, któremu prezydował polak lwowianin Franciszek Smolka, jeszcze niedawno więzień polityczny, skazany za prace około wskrzeszenia Polski na karę śmierci, potem ułaskawiony na dożywotnie więzienie, wreszcie puszczony na wolność. Wiedeń był jeszcze wtedy otoczony bastjonami, murami i fosą forteczną. Te fortyfikacje pamiętały wprawdzie czasy oblężenia tureckiego w 1683 r., ale znajdowały się w dobrym stanie i mogły w rękach dzielnego komendanta tworzyć punkt oporu przeciw szturmującemu wrogowi. Takiego komendanta zbuntowany Wiedeń znalazł w osobie sławnego generała polskiego z 1831 r., artylerzysty, Bema. Bem używał takiego rozgłosu, że w chwili, gdy znalazł się w zbuntowanem mieście, junta rewolucyjna bez namysłu długiego oddala mu naczelną komendę nad miastem. Bem obrał za kwaterę pałac książąt Schwarzenbergów, wysunięty przed południową linję fortów i stamtąd zajął się energiczne przedewszystkiem wzmocnieniem fortyfikacji wiedeńskich, a następnie nawiązaniem łączności z wojskami węgierskiemi, które od południowego wschodu posuwały się ku Wiedniowi, by zasłonić go przed nadciągającą armją austrjacką. Na czele tej armji austrjackiej formalnie i nominalnie stal feldmarszałek austrjacki książę Windischgraetz. Duszą jednak całej tej armji był Jellachich. Jego chorwaci, piechota i kawalerja — kawalerzyści w czerwonych krótkich płaszczach — tworzyli jądro armji austrjackiej i byli cementem, spajającym różnolite, szybko ze wszystkich stron zbierane oddziały. Pułki narodowości niemieckiej, czeskiej i polskiej niechętnie szły na Wiedeń. Natomiast chorwaci Jellachicha, rozpłomienieni przez niego odpowiedniemi przemowami, pałali żądzą zdobycia miasta i ukarania rewolucjonistów. Wypadki w październiku 1848 r. rozwijały się z tragiczną szybkością. Bem bronił Wiednia zapamiętale. Ale miał pod sobą załogę zdemoralizowaną i lękającą się szturmującego wroga. Windischgraetz bombardował przez kilka dni miasto. Co chwila wybuchały pożary. Nadciągająca armja węgierska została pod Schwehatem rozbita. Junta rewolucyjna ze strachu przed ostatecznym szturmem zmusiła Bema do złożenia dowództwa. Bem, przebrany za chłopa, wózkiem jednokonnym wydostał się z Wiednia i uciekał na Węgry. Tam, na Węgrzech powierzono mu dowództwo osobnej armji węgierskiej w Siedmiogrodzie. Na jej czele dokazywał cudów waleczności i strategji, dzięki czemu wyrósł na jednego z najbardziej popularnych bohaterów rewolucyjnych węgierskich. Wiedeń tymczasem jeszcze raz na 24 godzin zerwał się do boju. Wtedy Jellachich pchnął do szturmu swoich Chorwatów. Jazda chorwacka, wpadłszy na przedmieścia Wiednia, tak srożyła się nad ludnością cywilną, że wieść o tem dotarła do wewnętrznej dzielnicy miasta, ujętej w pierścień bastjonów i fos. Popłoch padł na ludność cywilną, a ten z kolei udzielił się armji narodowej i legjonowi studentów. Rozpoczęła się masowa ucieczka. Otworzono bramy miejskie, pułki i szwadrony chorwackie wydarły się do środka miasta i kładły trupem każdego, kogo spotkano na ulicach. Rzecz jasna; że w ciągu bardzo krótkiego czasu stłumiono wszelki opór. Jellachich i jego Chorwaci wprawdzie zasłużenie ściągnęli na siebie długoletnią nienawiść wiedeńczyków, ale arcyksiężna Zofja i jej najstarszy syn byli znowu panami stolicy.
USUNIĘCIE NIEWYGODNEGO ŚWIADKA.
Wtedy właśnie podczas tych ruchów rewolucyjnych na Węgrzech i w Wiedniu rozegrała się scena, która po raz pierwszy wydobyła na światło dzienne pytanie, czy arcyksiążę Franciszek — późniejszy Franciszek Józef — jest synem arcyksięcia Franciszka Karola, lub czy jest synem hr. Jellachicha. Prezesem ministrów w pierwszym gabinecie węgierskim, który utworzył się w marcu 1848 r., został magnat węgierski Ludwik hr. Batthianyi. Batthianyi’owie należeli do najstarszych rodów madziarskich. Od czasu, gdy korona węgierska przypadła Habsburgom, zawsze pozostawali na ich służbie. Piastowali wysokie stanowiska cywilne i wojskowe. W XVIII stuleciu byli — jak prawie cała arystokracja węgierska owej epoki — prawie zupełnie zniemczeni. Mieszkali stale w Wiedniu. Posiadali tam wspaniały pałac. Z początkiem wieku XIX pod wpływem narodowego odrodzenia madziarskiego familja hr. Batthianyi‘ch zadokumentowała swoje uczucia narodowe. Brała gorliwy udział w ruchu konstytucyjnym i w ruchu gospodarczym, mającym zapewnić Węgrom samodzielność gospodarczą. Ludwik hr. Batthianyi przecież za młodu służył pewien czas na dworze cesarskim w Wiedniu. Wtedy to dziwnym trafem miał podobno sposobność podpatrzeć jakąś czułszą scenę między arcyksiężną Zofją i hr. Jellachichem. Podobno widział, jak arcyksiężna Zofja całowała Jellachicha i przyjmowała od niego pocałunki. Było to przed przyjściem na świat jej pierwszego syna. Po urodzeniu się tego syna Ludwik hr. Batthianyi wyrażał stale wątpliwość czy jest to syn Franciszka Karola i wskazywał na Jellachicha jako na właściwego ojca. Robił to jednak bardzo dyskretnie. Wówczas jeszcze arcyksiężna nie wiedziała, że hr. Batthianyi był świadkiem jej czułego sam na sam z Jellachichem. W miarę, jak gabinet węgierski nabierał coraz to wyraźniejszych cech rewolucyjnych, Ludwik hr. Batthianyi usuwał się od udziału w rządach, aż wreszcie wyjechał na wieś celem zademonstrowania, że nie jest już więcej członkiem rządu, nie chce do niego należeć i nie bierze za jego czyny żadnej odpowiedzialności. Faktem jest jednak, iż równocześnie Ludwik hr. Batthianyi, jako patrjota węgierski surowo potępiał postępowanie Jellachicha. Hołdował on zapatrywaniu, że Chorwacja i Slawonja są częścia- mi składowemi państwa węgierskiego, a ban Chorwacji jest urzędnikiem Korony Św. Stefana, podległym rządowi węgierskiemu. Wystąpienie zbrojne Jellachicha przeciwko Węgrom uważał on za bunt, samego Jellachicha za buntownika, pochód graniczarów na Peszt za wyraźny dowód wrogich zamiarów arcyksiężnej Zofji względem narodu węgierskiego. To też w rozgoryczeniu teraz już się nie krępował i nie ukrywał sceny, której był świadkiem. Głośno oświadczał, że Jellachich był kochankiem arcyksiężnej Zofji i obecnie z pomocą wojsk chorwackich broni tronu dla swego syna, zwanego niesłusznie arcyksięciem Franciszkiem. Słowa Ludwika hr. Batthianyi‘ego rozchodziły się lotem błyskawicy po całych Węgrzech. Tysiące madziarów powtarzało ten zarzut, że właściwą podnietą działalności Jellachicha jest romans z arcyksiężną Zofja i że jej najstarszy syn nie jest Habsburgiem, lecz bękartem, sięgającym nieprawnie po koronę cesarską i po koronę królewską węgierską. Te wieści doszły do arcyksiężnej Zofji. Słowa Ludwika hr. Batthianyi‘ego mogły ją szalenie dotknąć nawet i wtedy, gdyby były nieprawdziwe. W tym wypadku musiały ją poprostu przerazić, ponieważ Batthianyi był naocznym świadkiem — jak twierdził — jej czulej sceny z Jellachichem, a więc świadkiem obciążającym w razie, gdyby książęta z dalszych linji podnieśli jakąkolwiek wątpliwość co do pochodzenia arcyksięcia Franciszka. W takich wypadkach nawet dobre kobiety bywają mściwe. Arcyksiężna Zofja nie należała do kobiet dobrych. Zresztą instynkt samozachowawczy mówił jej, że należy pozbyć się jak najprędzej niebezpiecznego świadka. Od tej chwili na hr. Batthianyi‘ego był cichaczem wydany wyrok śmierci. Gdy w sierpniu 1849 r. głównodowodzący wojskami węgierskiemi gen. Artur Górgey poddał się wraz z całą armją rosjanom pod miastem Vilagos, rozpoczęły się natychmiast aresztowania osób, politycznie podejrzanych. Generałów węgierskich w liczbie 13 rozstrzelano w mieście Arad pomimo, że głównodowodzący wojsk austrjackich na Węgrzech baron Haynau i rząd austrjacki zobowiązali się uroczyście względem rządu rosyjskiego, że nikt z generałów węgierskich nie poniesie kary śmierci. Na wyraźne żądanie arcyksiężnej Zofji władze austrjackie uwięziły także i Ludwika hr. Batthianyi’ego pod zarzutem zbrodni stanu i rebelji. Daremnie hr. Ludwik Batthianyi wykazywał, że usunął się od rządów natychmiast, gdy rząd wszedł, jego zdaniem, na tory rewolucyjne. Daremnie setki osób stwierdzało, że Batthianyi potępiał postępowanie Kossutha. Daremnie adwokaci Batthianyi‘ego przedstawiali dowody, że w całem zachowaniu się obwinionego niema ani cienia zbrodni stanu. Sąd wojskowy skazał Batthianyi’ego na śmierć i to przez powieszenie. Bathianyi był przygotowany z góry na śmierć. Już nie krępując się wobec nikogo, powtarzał głośno, że jego śmierci żąda arcyksiężna Zofja jako niewygodnego dla siebie świadka, który mógłby udowodnić, że arcy.książę Franciszek nie jest synem jej męża, ale synem Jellachicha. Wyrok atoli, skazujacy go na śmierć przez powieszenie, wywarł na nim piorunujące wrażenie. Dumny magnat węgierski nie bał się śmierci, ale śmierć na szubienicy uważał za coś hańbiącego. I wtedy, chcąc ujść szubienicy, wieczorem w dniu poprzedzającym egzekucję Batthianyi rozbił garnek więzienny, w którym podawano mu wodę i skorupami pokaleczył sobie w najstraszliwszy sposób gardło i szyję. Stróżom więziennym, którzy znaleźli go w kałuży krwi, oświadczył z uśmiechem na ustach, że władze austrjackie nie będą mogły teraz powiesić człowieka, który ma porozdzieraną i pokrwawioną szyję. Niema kata, który człowiekowi w ten sposób rannemu zdecydowałby się założyć stryczek na szyję... Omylił się jednak, biedak! Pod naciskiem wskazówek, idących z Wiednia, a wychodzących niewątpliwie od arcyksiężnej Zofji, na drugi dzień rano wyprowadzono hr. Batthianyi‘ego z obandażowaną szyją pod szubienicę i powieszono go. Stryczek założył włóczęga — cygan, ponieważ urzędowy kat istotnie odmówił wykonania egzekucji na skazańcu, mającym poranioną szyję. Arcyksiężna Zofja dokonała swojej zemsty i pozbyła się jedynego żyjącego świadka swojego stosunku z Jellachichem. Rodzina Batthianyi‘ch od tej pory pozostała raz na zawsze zapamiętałym wrogiem domu Habsburgów. Synowie powieszonego prezesa ministrów, gdy dorośli, stanęli odrazu w szeregach stronnictwa niepodległości i należeli do skrajnej opozycji parlamentarnej. Przechowywali też w pamięci tradycję stosunku arcyksiężnej Zofji z Jellachichem. Nie taili nigdy, że, ich zdaniem, cesarz Józef nie jest synem Franciszka Karola, lecz synem Jellachicha. Oczywiście, stali oni pozornie na gruncie legalnym. Sądownie nie można było przeciwko nim wystąpić. Żaden rząd węgierski zresztą od 1867 r. nie śmiałby wytoczyć procesu hr. Batthianyi’m, ponieważ z racji męczeńskiej śmierci ojca cała rodzina była otoczona aureolą bohaterstwa i niezmiernej popularności patrjotycznej. Arcyksiężna Zofja zatem tylko połowicznie osiągnęła swój cel. Niewygodnego dla siebie świadka wysłała na szubienicę. Wspomnienie przecież tej sceny, którą on widział na własne oczy, żyło ustawicznie w pamięci potomnych. Takich, którzy powątpiewali, czy Franciszce Józef był Habsburgiem i miał prawo do korony, liczono zawsze na dziesiątki tysięcy.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Tajemnica pochodzenia Franciszka Józefa.
