Front matter
HISTORYCZNO-GEOGRAFICZNA
A. NOWICKI.
Z cyklu „Zmierzch Habsburgów“.
całość
HISTORYCZNO-GEOGRAFICZNA
A. NOWICKI.
Z cyklu „Zmierzch Habsburgów“.
OSTATNIA KOCHANKA
FRANCISZKA JÓZEFA
Nie kłamać — bawiąc. | Nie nudzić — ucząc.
T-wo Wyd. „Rój“, Warszawa, Kredytowa 1.
Konto czek. P. K. O. 9880.
PIERWSZE MIŁOSTKI CESARZA.
Cesarz Franciszek Józef I-szy z powierzchowności przypominał — feldfebla austrjackiego. Jego psychika i jego umysłowość również nie sięgały dalej. W latach młodzieńczych — oczywista — ponosił go temperament i ponosiła go także i duma. Mieć 18 lat i być cesarzem — jak na ówczesne czasy — dużego mocarstwa — to istotnie podnieta do spoglądania zgóry nie tylko na zwykłych śmiertelników, ale nawet i na wielu panujących, których w 1848 roku Europa liczyła przynajmniej pół setki, albo i więcej. W pierwszych latach panowania po zduszeniu rewolucji węgierskiej z pomocą bagnetów rosyjskich i po złamaniu rokoszu we Włoszech Północnych, po wygraniu wojny z królestwem Sardynji, młodziutki cesarz niejednokrotnie folgował swojej dumie. Wprawdzie ogólny kierunek polityczny spoczywał w rękach energicznej mamy, arcyksiężnej Zofji, sprawami wojskowemi zarządzał ulubieniec cesarski generał hrabia Grünne, a mimo to młody cesarz na zewnątrz występował zawsze tak, jakgdy- by to on, nikt inny, był panem życia i śmierci swoich poddanych. Tę pewność wystąpień nazewnątrz młodego cesarza odczuwali niejednokrotnie nawet komenderujący generałowie. Zdarzało się, że na paradach wojskowych młodziutki cesarz nagle wydawał dyspozycje odmienne od tych, które poprzednio wydał generał komenderujący. Na wszelkie przedstawienia generała, że nie uchodzi psuć ustalonego porządku rzeczy, Franciszek Józef odpowiadał szorstko pytaniem: — Czy to ja jestem cesarzem, czy pan, panie generale? Ani parady wojskowe, ani nawet podpisywanie rozmaitych dokumentów i aktów państwowych nie zajmowało młodemu monarsze zbyt wiele czasu. Oddawał się tedy z zapałem i jawnie tańcom z młodemi arystokratkami, a pocichu również z zapałem hołdował pokątnym miłostkom, ot jak młodziutki podporucznik kawalerji, świeżo przydzielony do pułku i zaopatrywany sowicie przez rodzinę w pieniądze. Oczywista, szereg rozmaitych miłostek i romansów cesarskich — była to lista bardzo długa — z biegiem czasu zniknęły z pamięci następnych pokoleń. Nigdzie ich bowiem nie notowano jawnie i drukiem. Między innemi wiadomo, że jednym z dłuższych romansów Franciszka-Józefa przed ożenieniem się, był stosunek miłosny równocześnie z dwiema rodzonemi siostrami, tancerkami, ale nie z Opery Nadwornej. Cesarz kupił dla nich dom na Jägerzeile (dzisiejsza Praterstrasse). Wieczorami Franciszek-Józef, w mundurze oficera kawalerji, wraz z adjutantem, przemykał się pustemi ulicami (ówczesny Wiedeń chodził bardzo wcześnie spać) z Burgu cesarskiego do swoich przyjaciółek. Tam w towarzystwie młodych arystokratów pił, tańczył i całował zapamiętale. W 1885 roku ówczesny prezes ministrów austrjackich hrabia Edward Taaffe powołał na ministra wyznań i oświecenia dr. Pawła Gautscha. Był to człowiek tak młody (liczył wtedy 34 lata), że zamianowanie go ministrem wywołało niesłychaną sensację. Bywali w Austrji młodzi ministrowie, ale pod takimi „młodymi ministrami“ rozumiano ludzi, liczących po latach 50-ciu. Do tej pory w Austrji nie było wypadku, ażeby urzędnik stosunkowo nie wysoki, bo dyrektor Akademji Terezjańskiej, instytutu wychowawczego dla młodzieży arystokratycznej, odrazu został ministrem, i to w 35 roku życia. Wprawdzie mówiono, że hrabia Taaffe, jako ojciec, zawdzięczał dużo dr. Gautscho- wi, gdyż ten na stanowisku dyrektora Akademji Terezjańskiej zdołał doprowadzić do zdania matury jedynego syna hrabiego Taaffe‘a, nie odznaczającego się ani pilnością, ani inteligencją. Lecz taki komentarz nie mógł wyjaśnić dalszej nadzwyczajnej karjery dr. Gautscha. Wnet bowiem po otrzymaniu teki ministerjalnej, heraldycy wynaleźli, że dr. Gautsch właściwie jest szlachcicem starego rodu. Rodzina jego nazywała się ongi Gautsch von Frankenthurn. Cesarz zatwierdził bez żadnych trudności owo odgrzebane z gruzów przeszłości szlachectwo, podobno datujące się aż ze średniowiecza. Po paru latach podniósł dr. Gautscha do godności dziedzicznego barona. Odtąd dr. Gautsch już stale piastował bardzo wysokie urzędy państwowe stale jako mąż cesarskiego. Dwa razy i to po kilka lat był ministrem oświaty, trzy razy był prezesem ministrów, a w przerwie między temi trzema prezesurami gabinetu, stał w randze ministra na czele Najwyższej Izby Obrachunkowej. Po ustąpieniu po raz trzeci z prezesury gabinetu, baron Gautsch został dziedzicznym hrabią austrjackim. Gautsch, mianowicie, był pierwszym synem Franciszka Józefa. Stary Gautsch, zra- zu oficjał policyjny, a potem kierownik schroniska miejskiego dla starców, posiadał piękną żonę. Miała to być istotnie niezwykła wiedenka, a więc smukła kobieta o regularnych rysach twarzy, o dużym temperamencie i o niewyczerpanej wesołości. Słowem, ten typ kobiet, który stale najbardziej się podobał cesarzowi Franciszkowi Józefowi. Panią Gautschową cesarz Franciszek-Józef zobaczył jako dwudziestoletni młodzieniec. Była ona naturalnie parę lat starsza od cesarza. Ale to właśnie ciągnęło ukoronowanego młodzieńca. W lutym 1851 roku przyszedł na świat w Wiedniu syn, którego cesarz od tej pory nigdy nie stracił z oczu. To też dostarczał on funduszów na wytworne wychowanie dziecka i od samego początku ułatwiał mu robienie karjery urzędniczej. Gautsch miał zaledwie 24 lata, kiedy był już przybocznym sekretarzem ówczesnego ministra Wyznań i Oświecenia dr. Starda von Stemayr‘a. Miał zaledwie lat 30, kiedy w 1881 roku został owym dyrektorem Akademji Terezjańskiej, a w cztery lata później — jak podaliśmy wyżej — już piastował tekę ministerjalną. Zdaje się jednak, że Gautsch był jedynym nielegalnym synem cesarza Franciszka- Józefa. Pod tym względem różnił się on od swojego przyjaciela, króla Alberta Saskiego, który, nie mając dzieci ze swą legalną małżonką, księżniczką Waza, pozostawił w Dreźnie i w Saksonji kilkanaścioro dzieci płci obojga, między innemi słynnego hotelarza Sendiga, bardzo podobnego z twarzy, z postaci i ruchów do swojego królewskiego ojca. Śpiewaczki z Opery Nadwornej i baletnice z baletu tejże Opery cieszyły się przez dziesiątki lat kapryśnemi względami małżonka cesarzowej Elżbiety. Na punkcie kobiet Franciszek-Józef był nieodrodnym potomkiem swoich ukoronowanych poprzedników. Nawet Marja Teresa w gruncie rzeczy nie prowadziła bardziej cnotliwego życia, jak Katarzyna II-ga, zwana Wielką. Taiła się przecież z tem. Po śmierci męża Franciszka, pierwszego cesarza z domu Lotaryńskiego, pomimo, że miała z nim siedemnaścioro dzieci, utrzymywała stosunki miłosne z całym szeregiem arystokratów. Król pruski, Fryderyk II-gi wcale nie mijał się z prawdą, gdy twierdził, że Marja Teresa na punkcie kochanków wcale nie ustępowała cesarzowej Katarzynie, ma przecież nad nią tę wyższość, że jest zgrabniejsza i ukrywa swoje miłostki. Drugi syn Marji Teresy, cesarz Leopold II-gi poświęcał niemało czasu i pieniędzy na przygotowywanie rozmaitych napojów miłosnych. A były to zabawy bardzo niebezpieczne, gdyż jeden z takich napojów miłosnych zawierający w sobie pierwiastek trujący, przyprawił go o śmierć. Syn najstarszy Leopolda II-go, pierwszy cesarz austrjacki Franciszek I-szy nie oddawał się wprawdzie miłostkom, ponieważ uważał je za coś uwłaczającego swojej godności cesarskiej, ale był kobieciarzem w całem tego słowa znaczeniu i brał po kolei cztery żony wszystkie bardzo ładne kobiety, przeważnie Włoszki. Nadużycia, jakich cesarz Franciszek I-szy dopuszczał się, sprawiły, że jego obaj synowie zarówno późniejszy cesarz Franciszek, jak i ojciec nominalny Franciszka Józefa, arcyksiążę Franciszek Karol, odznaczali się zdrowiem bardzo słabowitem, przyczem Ferdynand był notorycznym idjotą. Nic więc dziwnego, że cesarz Franciszek Józef był na punkcie miłostek nieodrodnym potomkiem Habsburgów i Lotaryngów. Pożycie małżeńskie Franciszka Józefa I-go było złe. Wprawdzie młodociany cesarz poślubił księżniczkę Elżbietę Bawarską z miłości. W tej sprawie zlekceważył sobie wolę matki arcyksiężnej Zofji, bowiem przeznaczyła swojemu synowi siostrę Elżbiety. Ale młodociany cesarz, przyjrzawszy się wszystkim czterem księżniczkom bawarskim, upodobał sobie właśnie Elżbietę i poraz pierwszy w życiu zamanifestował swoją wolę cesarską, i to tak stanowczo, że arcyksiężna Zofja musiała ustąpić. Ale nie zapomniała tej klęski. O ile mogla też — a mogła wiele — mściła się na swojej synowej. Cesarz Franciszek Józef zaś — mimo pozornej nieugiętości, był człowiekiem, ulegającym dosyć łatwo wpływom zewnętrznym, zwłaszcza w młodszych latach, gdy nie upajał się jeszcze świadomością o własnej wielkości i potędze. Decydującym jednak wpływem na popsucie stosunków małżeńskich były właśnie miłostki cesarza Franciszka Józefa I-go. Wszystkie miłostki pokątne Franciszka Józefa I-go poruszają się w świecie kulis i kinkietów. Pod tym względem był on typowym arystokratą austrjackim, ubranym w mundur wojskowy. Od dziesiątków lat arystokraci austrjaccy, służący w wojsku, przeważnie w kawalerji, jeżeli żenili się poza sferą arystokratyczną, to brali swoje żony z pomiędzy aktorek. Przeważnie z opery i śpiewaczki z operetki cieszyły się tam względami arystokratów. Było to tak przyjęte, że wysokiej rangi generałowie, mający korony hrabiowskie i mitry książęce nad swoimi nazwiskami, nie potrzebowali nawet występować z czynnej służby. Zajmowali oni wysokie stanowiska komendantów korpusów i wojsk całej prowincji, mając u boku na wszystkich uroczystościach urzędowych swoje małżonki, które kilka, lub kilkanaście lat temu nosiły tytuły hrabin i księżnych tylko w operach, lub w operetkach.
KATARZYNA SCHRATT.
Wreszcie koło 1885 roku cesarz Franciszek Józef I-szy nawiązał stosunek miłosny z kobietą, której miał pozostać wiernym aż do swojej śmierci. Była to — oczywista — także aktorka. Jej nazwisko panieńskie brzmiało Katarzyna Schratt. Ale wtedy, kiedy cesarz ją poznał, była już mężatką. Katarzyna Schratt przyszła na świat w Badenie pod Wiedniem, jako córka stolarza. Baden pod Wiedniem był za panowania cesarza Franciszka I-go i cesarza Ferdynanda letnią stolicą Austrji. Jak później Franciszek Józef niemal od pierwszych lat swego panowania miesiące letnie spędzał w Ischlu, tak Franciszek I-szy i Ferdynand na lato przenosili się do Badenu. Brakowało wtedy jeszcze połączeń kolejowych. Baden położony wśród średniej wysokości gór, posiadający klimat podalpejski i urocze okolice, zmienił się, dzięki pobytowi dworu, na bardzo czyste i pięknie utrzymane miasteczko. Ludność stała, osiadła tutaj od stuleci, wzniosła się na wysoki stopień kultury umysłowej i towarzyskiej. A więc i majster stolarski Schratt posiadał taką ogładę obyczajową i takie zrozumienie potrzeby kształcenia swoich dzieci, że Katarzyna Schratt wyniosła z domu dobre manjery, a wykształcenie odebrała w jednym z pensjonatów, utrzymywanych przez zakonnice w południowych Niemczech. Przyniosła atoli swoim rodzicom zawód. Czuła pociąg do teatru i została aktorką, zamiast poślubić jakiegoś porządnego stolarza, lub ślusarza, z którą niejeden czułby się szczęśliwym, otrzymując rękę pięknej panny Katarzyny. Klasycznie piękną w całem tego słowa znaczeniu Katarzyna Schratt nigdy nie była. Była ona tem, co w djalekcie wiedeńsko-austrjackim nazywa się to znaczy, że była dobrego wzrostu, pięknej kibici, miała świeżą i różową cerę, rysy twarzy regularne, bardzo miły uśmiech twarzy i figlarne, wymowne i ogniste oczy. Żywa w ruchach, dowcipna i nie tracąca nigdy równowagi ducha, najchętniej — poza sceną — mówiła po niemiecku językiem literackim, ale djalektem wiedeńskim, tak zresztą, jak mówił do końca życia Franciszek Józef i większa część arystokratów austro-niemieckich oraz rozmaici bogaci fabrykanci wiedeńscy, wzorujący się chętnie na dworze i na arystokracji. Ale nadto także i na scenie panna Katarzyna Schratt najlepiej grywała role mieszczek, gospodyń wiejskich, kobiet z ludu, słowem te wszystkie role, w których zamiast literackiego języka niemieckiego mogła się posługiwać djalektem. Była ona od cesarza co najmniej o 20 lat młodsza. Urodziła się około 1850 roku, może nawet i nieco później. W pierwszych latach swojej karjery scenicznej nie miała wielkiego szczęścia. Przechodziła ciężkie chwile, zanim zdołała wydobyć się na wierzch. Rodzice nie chcieli o niej wiedzieć. Bywały więc dnie, kiedy nawet brakowało jej na kawałek chleba. Poznał się na niej jednak jeden z największych dyrektorów teatralnych w Niemczech i w Austrji, Laube, który zaangażował ją do Stadteatru. Pod owe czasy, gdy panna Katarzyna Schratt należała do zespołu Stadteatru, za- kochał się w niej szlachcic węgierski, p. Kiss. Kissowie należeli do najstarszej szlachty madziarskiej w Siedmiogrodzie. Ich ród był tak starożytny, że nigdy ani od króla z dynastji Arpadów, ani od Jagiellonów, gdy panowali na tronie madziarskim, ani później od Habsburgów, noszących koronę madziarską, nie chcieli przyjąć nawet książęcego tytułu. Posiadali olbrzymie dobra i należeli do najbogatszych ludzi w krajach koronnych św. Stefana. Ale podczas rewolucji węgierskiej w 1848 roku Kiss przyłączył się do walki o wolność przeciwko Habsburgom. Skazano go na śmierć i skonfiskowano mu cały majątek. W ostatniej chwili ułaskawienie ocaliło mu życie, ale fortunę skonfiskowano mu bezpowrotnie. Wnuk tego Kissa, wielbiciel panny Katarzyny Schratt, był, jak na swoje stosunki, człowiekiem niemal ubogim. Atmosfera przecież, w której wzrastał, nie nauczyła go oszczędności. To też na hołdy składane pełnej temperamentu aktorce, poszedł szybko mająteczek, uratowany po matce. Ponieważ atoli panna Katarzyna Schratt pokochała swego wielbiciela, przystojnego i w gruncie rzeczy dobrego człowieka, przeto zdecydowała się go poślubić, gdy ten oświadczył się o jej rękę. Młodym małżonkom zdawało się, że gaża teatralna potrafi opędzić wydatki na utrzymanie domu, tembardziej, że w tym właśnie czasie panna Schratt została zaangażowana na pierwszą scenę Austrji i Niemiec, to jest do tak zwanego nadwornego Burgteatru. Wnet atoli pokazało się, że potrzeby młodych małżonków były znacznie większe, aniżeli gaża teatralna. A ponieważ nie umieli żyć z kredką w ręku, zaczęto więc zaciągać długi. W międzyczasie urodził się im syn, co jeszcze bardziej pogorszyło ich egzystencję. Wtedy bezinteresowni przyjaciele panny Schratt, ulubionej wybitnej aktorki nadwornej, poradzili jej, ażeby skorzystała z istniejącego na dworze zwyczaju i zwróciła się bezpośrednio do cesarza Franciszka Józefa z prośbą o pożyczkę długoterminową, która umożliwiłaby jej spłacenie długów i uwolnienie się w ten sposób od lichwiarskich wierzycieli. Pani Schratt zdecydowała się tedy prosić o audjencję u cesarza. Otrzymała odpowiedź przychylną.
JEJ PIERWSZA AUDJENCJA...
W chwili, gdy w wynajętym fiakrze dwukonnym jechała do Burgu, czyli do zamku cesarskiego, ubrana według ceremonjału w czarną jedwabną suknię bez kapelusza, z chustką koronkową na włosach i z białą chusteczką od nosa w lewej ręce, jak tego wymagała surowa etykieta hiszpańska, ściśle obowiązująca na dworze wiedeńskim, nie wiedziała, że zbliża się dla niej chwila, w której całe jej życie miało ulec niesłychanej zmianie. Posłuchanie u cesarza Franciszka Józefa odbywało się według następującej normy: w tak zwanej antykamerze cesarskiej zbierali się rankiem wczesnym wszyscy ci, którzy otrzymali zawiadomienie, że monarcha raczy ich tego dnia przyjąć na posłuchaniu. W dużej więc sali, która służyła za antykamerę, gromadzili się — w paradnych mundurach — tajni radcy w czarnych frakach, wyszywanych złotem, urzędnicy państwowi zawsze w mundurach i szpadach, biskupi i prałaci, burmistrze miast prowincjonalnych we frakach, dużo kobiet w czarnych jedwabnych sukniach i w czarnych chustkach koronkowych na głowach, przeważnie wdowy i sieroty, mające nadzieję, że prośbą osobistą u cesarza zdołają uzyskać jakąś specjalną łaskę materjalną, albo ulgę w przepisach państwowych. Nie brakowało i chłopów z rozmaitych krajów koronnych. Chłopi występowali w swoich strojach narodowych. Byli i żydzi ortodoksyjni w odświętnych chałatach i czapkach lisich, albo sobolowych. W drzwiach, prowadzących do gabinetu cesarza stał parawan tak postawiony, aby nie tamować dostępu do owych drzwi, a równocześnie, aby zasłaniał po otwarciu drzwi widok do wnętrza gabinetu monarchy. Przed parawanem był postawiony stolik, przy którym siedział adjutant wojsk cesarskich, mający tego dnia dyżur. Na stoliku leżał zawsze dokładny spis osób, mających otrzymać audjencję. Ten spis był ułożony według rangi, godności dworskiej, i stopnia urzędniczego, przyczem na końcu figurowały osoby prywatne bez stopnia i bez rangi. Adjutant przedstawiał się każdej z przybywających osób, sprawdzał jej tożsamość według spisu i informował o której mniej więcej godzinie przyjdzie chwila wejścia do gabinetu monarchy. Gdy audjencja się rozpoczynała, adjutant informował po raz drugi zawsze o dwie osoby naprzód, aby były przygotowane na wejście do gabinetu. Ta osoba, która miała otrzymać audjencję po osobie, przebywającej właśnie w gabinecie monarchy, ustawiała się tuż przed stolikiem adjutanta, aby zaraz po wyjściu poprzedniej, wejść do gabinetu na audjencję. Pani Schratt z bijącem sercem czekała tego dnia na swoją kolej. Im bardziej zbliżała się chwila posłuchania, tem więcej traciła pewność siebie, pomimo, że jako wytrawna aktorka powinna była panować nad swoimi nerwami. Znany to przecież był fakt, że wiele osób, wyposażonych zimną krwią, mimo wielkiej pewności obejścia w stosunkach z ludźmi, nie umiało zapanować nad sobą w momencie, gdy stawały na posłuchaniu wobec Franciszka Józefa. Co wywoływało ten ostry atak zmieszania? Przecież nie postawa majestatyczna. Bo Franciszek Józef nie był ani imponującego wzrostu, ani szorstki w obejściu. Przeciwnie, odznaczał się on wielką uprzejmością. Zdaje się, że na to zmieszanie wielu osób podczas posłuchania u cesarza Franciszka Józefa I wpływała świadomość, że stoją one wobec przedstawiciela jednej z najstarszych dynastyj europejskich, siedzącego już od wielu lat na tronie, wtedy, gdy jeszcze większości jego ministrów nie było na świecie albo wtedy, gdy chodzili oni jeszcze do szkół. Faktem jest, że wiele, bardzo wiele osobistości, bardzo pewnych siebie i wyposażonych dużą dozą zimnej krwi, mieszało się i poprostu bełkotało to, co miało powiedzieć. Tak stało się i z panią Katarzyną Schratt. Gdy adjutant wywołał jej nazwisko i gdy weszła przez drzwi, zasłonięte parawanem, do gabinetu cesarskiego, gdy przyszło jej zrobić trzy ukłony ceremonjalne, po raz pierwszy u progu samego, potem w samym środku gabinetu, a wreszcie tuż przed monarchą, ukłony niskie, niemal do ziemi samej, i gdy wreszcie spojrzała w piwne, dosyć przenikliwe oczy cesarza, straciła — jak to mówią — głowę. Przedewszystkiem zapomniała całkowicie, w jaki sposób należy przemawiać do monarchy i jaka należy się mu intytulacja. Wciąż powtarzała: — Ekscelencjo... Ekscelencjo... Nawet nie przeszło jej przez myśl, że należy mówić: — Kaiserliche Majestät — Majestacie Cesarski... Pani Katarzyna Schratt liczyła wtedy lat około trzydziestu, była wysoka i ładnie zbudowana, a twarz, choć nie odznaczała się urodą klasyczną, jaśniała świeżą cerą i ujmującym wdziękiem. Mogła istotnie podobać się. To też Franciszek Józef patrzył z wi- docznem upodobaniem na aktorkę swoich Teatrów Nadwornych, bawiło go jej zakłopotanie zupełnie szczere i niejako żywiołowe i czekał, co nastąpi dalej... Gdy zatem stała w antykamerze cesarskiej, trzymała w lewej ręce białą chusteczkę od nosa, przepisaną wymaganiami ceremonjału hiszpańskiego, a w prawej kurczowo ściskała arkusz papieru, na którym wypisała wszystkie swoje długi. W chwili, kiedy Franciszek Józef wezwał ją łagodnym głosem do wręczenia spisu długów, zmieszanie jej doszło do zenitu. Zapomniała, że spis tych długów trzyma w prawej ręce i wyciągnąwszy lewą, zaczęła wpychać cesarzowi swoją koronkową chusteczkę do nosa. — Dziękuję — zaśmiał się wbrew etykiecie cesarz — mam chusteczkę własną... Śmiech cesarza otrzeźwił panią Schratt. Wielki urok majestatu monarszego prysnął. Już nie cesarza widziała przed sobą, lecz starszego wiekiem pana, generała, który lubił kobiety i umiał z niemi rozmawiać, dawnego viveur‘a, mającego niejeden grzech na sumieniu, wiedeńczyka rodowitego, rozumiejącego żarty i lubiącego śmiać się wesoło. I ona więc parsknęła śmiechem, odzyskała przytomność umysłu i panowanie nad sobą... Zaczęła przemawiać do cesarza z pełnym szacunkiem, ale też i z odrobiną poufałości, zaznaczającej się tem, że zamiast czystej wymowy niemieckiej używała djalektu wiedeńskiego, tego djalektu, którego właściwie używał i Franciszek Józef bardzo często nawet i w mowach tronowych. Posłuchanie przeciągnęło się ponad postawioną liczbę minut ku wielkiemu przerażeniu dyżurnego szambelana i adjutanta. A kiedy pani Katarzyna Schratt wśród przepisanych dygów cofała się ku drzwiom, będąc zwróconą obliczem ku monarsze, czuła już wtedy, że to posłuchanie tworzy wstęp do czegoś nowego w jej życiu.
JAK IM SIĘ ŻYŁO...
Po kilku tygodniach cały Wiedeń wiedział o nowej faworycie. Nikt tylko nie zdawał sobie sprawy, że miał to być stosunek już na życie całe, aż do samej śmierci cesarza. Dowiedziała się o tem także i cesarzowa Elżbieta. Oboje małżonkowie wtedy już stali bardzo daleko od siebie. Duchowo rozeszli się całkowicie. Cesarzowa bardzo dużo podróżowała, choć nie tak często i nie tak długo jak w ostatniem dziesięcioleciu swego życia. Zaraz podczas pierwszego pobytu Elżbiety w Wiedniu po owem słynnem posłuchaniu usłużne języki dworskie powiadomiły monarchinię o względach, jakiemi jej mąż zaszczyca panią Katarzynę Schratt... I nagle pewnego przedpołudnia pani Schratt otrzymała od naczelnego ochmistrza Dworu Cesarzowej wezwanie, by w godzinach popołudniowych stawiła się na posłuchanie u Najjaśniejszej Pani. Sama później opowiadała, że poszła do Burgu z duszą na ramieniu. Była przygotowana na najgorsze w znaczeniu dworskiem, to znaczy na bardzo pogardliwo-lekceważące obejście się z nią, czyli na śmierć moralną. Ku jej wielkiemu zdziwieniu cesarzowa Elżbieta przyjęła ją bardzo łaskawie. — Bardzo często — powiedziała — podziwiałam pani grę na scenie naszego Burgteatru. Podobał mi się pani głos. Proszę pani, tutaj leży mój ulubiony poeta Heine. Proszę mi przeczytać kilka wierszy — Pani Schratt spełniła dany jej rozkaz i czytała. Czytała z pragnieniem wywiązania się jak najlepiej z danego jej zlecenia. Cesarzowa przerwała wreszcie tę lekturę skinieniem ręki. — Bardzo pani ładnie czyta. Dziękuję pani — A potem zaraz dodała: — Proszę tutaj do mniej bliżej. Jeszcze bliżej! Niech pani tutaj przy mnie usiądzie! Ot, tak! Pani Schratt serce bilo w piersiach niby młot. Wiedziała z góry, że cesarzowa chce mówić z nią o jej stosunku z cesarzem... — Przypatrywałam się pani — rozpoczęła cesarzowa — gdy pani czytała. Widzę, że jest pani osobą taktowną i na miejscu. Cieszę się, że wybór cesarza padł na panią. Jest to wybór trafny. Niech pani stara się cesarzowi osłodzić życie. Jest ciągle sam. Dźwiga na sobie całą odpowiedzialność. Trzeba mu pewnej w życiu pociechy. Pani jest jakby stworzona na to. Pani Schratt — cała w ponsach — przypadła cesarzowej do ręki. Cesarzowa Elżbieta nie poprzestała zresztą na tej jedynie interwencji. Wzywała panią Schratt do siebie zawsze, ile razy była w Wiedniu. Wszystkim opowiadała z naciskiem, że pani Schratt jest jej prywatną lektorką i że bardzo ją lubi i ceni za jej takt i rozum. Czy cesarz Franciszek Józef był wdzięczny żonie za jej takt? Trudno ocenić. Był to bowiem jeden z największych egoistów, jakich kula ziemska nosiła na swej powierzch- ni. Wszystko, co czynił, robił albo z wyrachowaniem albo z rozmiłowaniem w wygodzie i ze wstrętu do myślowego wysiłku. Każdy wysiłek myślowy go nudził. Przeszkody omijał albo nawet i cofał się przed niemi. Może więc nawet i niedoceniał tego serca, które cesarzowa okazywała mu w tej nowej sytuacji. Kiedy pamiętnego, a strasznego dla domu habsbursko-lotaryńskiego styczniowego poranka 1899 roku przyszła do Wiednia tragiczna wiadomość z Mayerlinga, że w tamtejszym zameczku myśliwskim znaleziono dwa trupy, trupa baronównej Veczery i trupa następcy tronu arcyksięcia Rudolfa, jedynego syna cesarskiego, — w Burgu Cesarskim wszyscy stracili głowy. Nawet zapatrzony w siebie i tylko w siebie Franciszek Józef siedział zmartwiały w swoim gabinecie... Nikt nie poważył się przemówić choćby słówka jednego... Wtedy cesarzowa posłała po panią Schratt. Stawiła się ona natychmiast w apartamentach cesarzowej. — Pani Schratt — oświadczyła monarchini — posłałam po panią. Niech pani idzie do cesarza! Tylko pani jedna potrafi cesarza pocieszyć i wyrwać z tego odrętwienia, w które zapadł. Środek, zaordynowany przez cesarzowę Elżbietę, okazał się trafnym. Dzięki pani Schratt i jej talentowi prowadzenia z cesarzem rozmowy, ten ostatni po paru godzinach odzyskał równowagę ducha. Był jednak ktoś, przy kim cesarz zawsze czuł się nieswojo. Tym „kimś“ był pan de Kiss. Pani Schratt była mężatką, była zamężną de Kiss i pan de Kiss posiadał pełne prawa małżeńskie, był panem domu, był gospodarzem, z którym Franciszek Józef musiał się liczyć, jeżeli chciał bywać gościem pani Schratt, boć ona codziennie nie mogła przybywać do Burgu albo do Schönbrunnu. Co pan de Kiss myślał o stosunku żony z cesarzem? Co myślał, trudno zgadnąć. Może i wstydził się zrazu. Lecz na nieszczęście dla siebie, był hulaką, karciarzem i przytem zupełnie zrujnowanym. Gdy więc zjawiali się u niego dyskretni pośrednicy na wysokich stanowiskach i o wielkich nazwiskach rodowych i zaczęli mu tłumaczyć, że monarcha niesłychanie sobie ceni jego zdolności dyplomatyczne i pragnie je zużytkować w tajnej misji dyplomatycznej po krajach Ameryki Południowej, przyczem stawia mu do dyspo- zycji fundusze krociowe, pan de Kiss nie wahał się zbyt długo... Odtąd stale przebywa w dalekich wojażach. Potem nawet zaczął delikatnie, lecz bardzo umiejętnie wymuszać na cesarzu coraz to większe sumy. Robił to w sposób następujący: Cesarz kupił dla pani Schratt i na jej nazwisko willę pałacową w Hietzingu tuż koło zamku Schönbruńskiego. Urządził tę willę z wielkim przepychem i bywał tam trzy razy na tydzień wczesnym wieczorem, by grać w taroka i zjeść mieszczańsko-wiedeńską kolację. Otóż pan de Kiss, gdy wydał za dużo pieniędzy, a cesarz przysłał mu ich za mało, zjawiał się nagle w Wiedniu i zajeżdżał wprost do domu swojej małżonki, twierdząc prawnie, że jest to także i jego dom. Mąż należy do żony, a żona do męża. Oświadczył nadto, że już ma dosyć włóczęgi po świecie, po Ameryce Południowej i po Ameryce Północnej, dosyć polowania na lwy w Afryce, dosyć bywaniach w klubach londyńskich. On, de Kiss posiada na to żonę i syna, by przy nich siedzieć... I siedział w Wiedniu, mieszkał pod dachem tej willi, którą cesarz kupił i urządził, ostentacyjnie za dnia wychodził z synkiem na spacer po ulicach starej, wewnętrznej dzielnicy miasta, gdzie ludzie pokazywali go sobie palcami i szeptali ze złośliwym uśmieszkiem: — Patrzcie, Kiss jest znowu w Wiedniu. Ujej! Franio aż pęka z irytacji! Cesarz istotnie irytował się. Raz dlatego, że trudno przyjeżdżać do żony trzy razy na tydzień na kolację, gdy tej cudzej żony mąż znajduje się w domu i z wyszukaną elegancją chce monarsze robić honory domu. Jest to okoliczność krępująca. Powtóre, przebywanie pana de Kiss w willi pani Schratt przypominało cesarzowi, że ta pani Schratt jest bądź co bądź mężatką, cudzą żoną i że on, cesarz, publicznie daje zły przykład , uprawia cudzołóstwo, za które kodeks karny austrjacki w razie doniesienia do prokuratora karał kilkomiesięcznem więzieniem. Nadto cesarz gryzł się, że łamie prawo Boskie. Czy był on istotnie tak dobrym katolikiem, za jakiego podawał się na zewnątrz, trudno rozstrzygnąć. Ale bądź co bądź podkreślał przy każdej sposobności, że jest gorliwym synem Kościoła Katolickiego. Fakt, że utrzymywał publiczny i w całem państwie znany stosunek z kobietą zamężną, starał się okupywać dawaniem sowitego świętopietrza i darami na kościoły i klasztory. Mimo wszystko przecież trochę się gryzł w głębi serca... Zapominał o tem wszystkiem, gdy pan de Kiss bujał sobie na jego koszt po lądach i po morzach. Gdy jednak pan de Kiss z miną najniewinniejszą w świecie zjawiał się w willi pod Schönbrunnem i robił przygotowania, by tam pozostać — jak sam oświadczał — na zawsze, Franciszek Józef doznawał religijnych skrupułów sumienia. Przywiązanie, a potem przyzwyczajenie starego człowieka do „Kasi“, skrupuły prawne i lęki religijne brały górę nad wszelkiemi innemi względami. Cesarz znowu posyłał powierników do pana de Kissa, znowu znaczna suma pieniędzy przechodziła do kieszeni pana małżonka, znowu pakowano w willi eleganckie kufry, oblepione etykietami wszystkich najmodniejszych hoteli świata i pewnego ranka czy wieczora pan de Kiss pożegnawszy się czule z żoną, a jeszcze czulej z synem, którego istotnie kochał i dla którego wyczekiwał jak najświetniejszej dyplomatycznej karjery pod warunkiem, by ukoronowany przyjaciel domu żył jak najdłużej, — ruszał za morza. Willa pani Katarzyny Schratt w dzielni- cy ogrodowej Hietzing była prawdziwem cackiem architektonicznem. Przechodnie jednak niewiele mogli widzieć z tej willi, ponieważ była ona otoczona ze wszystkich stron bardzo wysokim murem. W obrębie tych murów mieścił się duży ogród, a wśród ogrodu stała pałacowa willa z budynkami gospodarczymi i służbowymi. Śmiało można powiedzieć, że była to rezydencja godna głowy koronowanej. W murze widniały dwie bramy. Jedna od głównej ulicy. Tą bramą wjeżdżała i wyjeżdżała właścicielka willi i zwyczajni goście, jej osobiści goście, których pani Katarzyna Schratt liczyła sporą liczbę. W tej części muru, która wychodziła na zupełnie niezabudowaną ulicę, widniała druga brama. Owa druga brama była przeznaczona tylko dla jednego gościa, — dla cesarza Franciszka Józefa. Po drugiej stronie ulicy bowiem ciągnął się mur parku Schönbruńskiego. W tym murze widniała także brama, otwierana tylko dla cesarza. Cesarz trzy razy na tydzień powozem zajeżdżał przez ogród z zamku Schönbruńskiego do owej bramy, a po otwarciu tej bramy przejeżdżał wpoprzek ulicę i wjeżdżał powozem przez bramę przeciwległą, prowadzącą do ogrodu pani Katarzyny Schratt. W ten spo- sób nikt nie mógł skontrolować przejazdu cesarza, tembardziej, że na czas tych przyjazdów pusta i niezamieszkała ulica była z obu stron strzeżona przez ajentów policyjnych w ubraniu cywilnem. Ci agenci na czas przejazdu cesarza nikogo z osób prywatnych w ową ulicę nie wpuszczali. O tych przyjazdach wiedziała tylko drobna garstka osób, zamieszkałych w dalszem sąsiedztwie, albo też przypadkowi przechodnie, którzy z ubocznej ulicy mogli uchwycić okiem powóz cesarza, szybko przejeżdżający w poprzek ulicę z jednej bramy do drugiej. Cesarz Franciszek Józef normalnie przez szereg lat przyjeżdżał do pani Katarzyny Schratt trzy razy na tydzień. Zjawiał się koło godziny 6 i pół wieczorem, a wracał do siebie, to jest do zamku w Schönbrunne około godziny 10 wieczorem. Trzy godziny, które spędzał w owej willi, dzielił na grę w taroka i zjedzenie kolacji. Do gry w taroka miał stale zaproszonych trzech panów: pana Baltazzi‘ego, hr. Hoyesa i generalnego dyrektora Laenderbanku, Palmera. Pierwszy, Baltazzi, pochodził ze zniemczonej rodziny greckiej, która pod owe czasy już się zaliczała do arystokracji austrjackiej. Drugi był arystokratą węgierskim, mocno zniemczonym, a trzeci, Palmer, był izraelitą z Cieszy- na, który, po wspięciu się w górę na wyżyny karjery bankowej, przyjął katolicyzm. Wszyscy trzej panowie wyśmienicie grywali w taroka, a ponieważ również odznaczali się dużym spokojem i wytwornemi formami, przeto tworzyli dla cesarza wzorowych partnerów. Z nich wszystkich tylko Palmer stał bliżej cesarza, a to dlatego, że również był skarbnikiem pani Schratt. Za jego pośrednictwem cesarz opędzał wszystkie wydatki swojej przyjaciółki. Za jego też pośrednictwem pan Kiss otrzymywał fundusze na pobyt zagranicą. Raz na rok po nowym roku pan Palmer przedstawiał cesarzowi wykaz wszystkich długów, które w ciągu roku pani Schratt robiła na rachunek szkatuły cesarza. Były to nieraz długi, dochodzące do pół miljona koron. Te pieniądze szły na kupno starożytności. Z biegiem czasu u pani Schratt rozwinęła się chorobliwa manja skupywania starych mebli, cennych dywanów, pięknych okazów, starej porcelany i bronzów wspaniałych. Dzięki temu powstało olbrzymie muzeum. Na pomieszczenie tego muzeum cesarz, za pośrednictwem pana Palmera kupił dla pani Katarzyny Schratt pałac na wiedeńskiej Ring Strasse po zmarłym bankierze baronie Königsbarter. Pałac ten kupił cesarz dla pani Katarzy- ny Schratt. Miała ona tam kilka pokoi dla prywatnego użytku, gdy przyjechała z Hietzengu, robiła zakupy na mieście i chciała odpocząć przed powrotem do swojej willi. Stale w owym pałacu nigdy nie mieszkała. Zamieniła go — jak pisaliśmy powyżej — na wspaniale muzeum. Cesarz to wszystko płacił. Dla swojej „Kasi“ miał on bardzo hojną rękę. Raz dlatego, że ją istotnie polubił, powtóre i dlatego, że się do niej przyzwyczaił. Dla starego człowieka przyzwyczajenie zastępuje miłość. Po trzecie, instynktownie odczuwał, że poza nią — zwłaszcza po zamordowaniu cesarzowej Elżbiety we wrześniu 1898 roku — nie ma on już na świecie nikogo naprawdę życzliwego. Obie córki były zajęte za bardzo własnemi dziećmi, aby mogły oddać się niepodzielnie miłości dla ojca. Wieczory, które cesarz Franciszek Józef spędzał w willi pani Schratt, dawały mu, istotnie, wytchnienie. Podczas tych godzin był tylko bogatym wiedeńczykiem, myślącym jedynie o rozrywce i o zjedzeniu smacznej kolacji. Grał w taroka, palił swoje ulubione cygara „Virginja“ i cieszył się z góry na myśl o smacznych potrawach. Te potrawy przyrządzała kucharka Anna. Był to tyran domowy w całem znaczeniu te- go słowa. Owej Anny pani Schratt bała się daleko więcej, niż wszystkich mocarzy tego świata razem z Franciszkiem Józefem. Pewnego razu rozegrała się następująca scena. — Kochana pani Schratt — powiedział cesarz zaraz od progu po przyjeździe na zwyczajny wieczór tarokowy — lekarz kazał mi chodzić o pół godziny do łóżka, niż dotychczas, muszę więc być w łóżku codziennie już o wpół do 10 wieczór. Wobec tego będzie pani łaskawa kazać kucharce, aby podawała kolację stale także o pół godziny wcześniej, to jest o 7 wieczorem. Na te słowa pani Schratt zrobiła dosyć niewyraźną minę. Cesarz to spostrzegł. — Czy pani nie zrozumiała moich słów — spytał cesarz z pewnem zdziwieniem. — Ależ doskonale zrozumiałam — odparła pani Schratt — niestety jednak... Tu urwała. — Cóż znaczy to ubolewanie? Niech mi pani powie jasno i otwarcie, o co chodzi? — Najjaśniejszy panie, ja jestem pokorną sługą najjaśniejszego pana i wykonam każdy jego rozkaz. Nie wiem jednak, czy Anna zgodzi się podawać kolację już o godzinie 7 wieczorem. — Dlaczego — zadał pytanie cesarz tonem mocno zdziwionym. — Ach — jęknęła pani Schratt — najjaśniejszy pan nie wie, co to są kucharki wiedeńskie. To są takie kapryśne istoty, że lepiej z niemi nie zaczynać. Anna ma cały dzień, podzielony na ściśle oznaczone godziny zajęć. Doprawdy nie wiem, czy mojego zarządzenia nie przyjmie z wielką niechęcią. Cesarz uśmiechnął się tak, jak uśmiecha się człowiek, pewny zwycięstwa. — W takim razie, sam powiem Annie, aby dawała kolację o godzinie 7 wieczorem. Pani Schratt spojrzała z podziwem na cesarza, że ma tyle odwagi, by zdobyć się na wydanie rozkazu Annie. Z głębokim ukłonem przeprowadziła cesarza przez pokój jadalny i przez korytarz, poczem otworzyła szeroko drzwi kuchni, by przepuścić cesarza i usunąć się sama dyskretnie na bok. — Moja kochana Anno — rzekł cesarz tonem dosyć życzliwym, ale i silnym równocześnie — życzę sobie, aby kolacja była na stole punktualnie zawsze o godzinie siódmej wieczorem. Ku wielkiemu zdziwieniu cesarza Anna wcale nie wpadła w zbytni rewerans, nie wykonała trzech etykietalnych ukłonów, nie zmieszała się, lecz dosyć łaskawie skinęła głową i odpowiedziała cesarzowi te słowa: — Najjaśniejszy panie, zrobimy, co będziemy mogli, więcej, aniżeli można, żaden człowiek nie potrafi zrobić. I znowu cesarzowi skinęła głową, jakby na znak, że audjencja cesarza w jej kuchni jest już skończona. Prawdopodobnie kucharka Anna była jedyną osobą w życiu cesarza, która potraktowała go w ten sposób. I o dziwo, cesarz zmieszał się prawie tak samo, jak zmieszała się pani Schratt podczas owej słynnej pierwszej audjencji w jego gabinecie monarszym. Celem pokrycia cesarz zaśmiał się lekko i powiedział: — Dobry wieczór, Anno. Wycofał się z kuchni na korytarz, gdzie rezultatów tej rozmowy oczekiwała pani Schratt. Zgóry wiedziała biedaczka, że zaraz po odjeździe cesarza będzie ona miała z Anną porządną rozprawę i kto wie, czy kucharka nie zagrozi porzuceniem posady. A uwolnienie Anny byłoby się na losach Austrji gorzej odbiło, niż dymisja pięciu gabinetów z rzędu. W ostatnim roku przed wojną Anna przeszła na emeryturę. Pani Schratt wyzna- czyła jej sowitą pensję, którą płaciła jej bardzo regularnie, aż do śmierci. Prócz służby, utrzymującej willę we wzorowym porządku, do dworu pani Schratt należały dwie starsze wiekiem panny Schlesinser. Były to córki odwiecznego dziennikarza wiedeńskiego, Zygmunta Schlesingera, człowieka niespożytych sił fizycznych i rzadkiej sprężystości umysłowej. Pracował on czynnie w dziennikarstwie jako krytyk teatralny i feljetonista, mając już przeszło 80 lat... Ongi jako krytyk teatralny zaopiekował się młodą aktorką, panną Schratt. Zawdzięczała mu ona także i swoje engagement do Burgteatru, ponieważ Schlesinger miał swoje lata wielkiego wpływu, zwłaszcza w okresie, gdy jego szwagier Maurycy Szeps, genjalny wydawca i redaktor naczelny wiedeński, twórca i kierownik przez długie lata najpoczytniejszego dziennika wiedeńskiego „Neues Wiener Tagblatt“, stał u szczytu swojego powodzenia. Pani Katarzyna Schratt, przyjaciółka cesarza, odwdzięczyła się Zygmuntowi Schlesingerowi, biorąc jego córki do siebie, protegując potem męża jego siostry, Maurycego Szepsa, gdy po kłótni z potężnym koncernem papierniczym Steyrermühl został bez dziennika, a potem i bez środków do życia, popierając dr. Juljusza Szepsa, syna Maurycego, a siostrzeńca Zygmunta Schlesingera; dla tego poczciwego chłopca — mimo młodego wieku — znaleziono stanowisko świetnie płatne naczelnego redaktora półurzędowego „Fremdenblatt‘u“. Panny Schlesinger były dopuszczane do najbardziej zaufanego kółka znajomych pani Schratt. Podczas gdy cesarz grat w taroka, one uważały, by cesarz miał zawsze cygaro świeże pod ręką. Zasiadały też wraz z cesarzem do wspólnego stołu i słyszały wszystkie rozmowy i brały udział w tej rozmowie. Wprawdzie koła wysokiej arystokracji rodowej austro-niemieckiej oburzały się, że panny Schlesinger wyznania mojżeszowego doznają co drugi dzień takiego zaszczytu jadania wspólnie z cesarzem kolacji przy jednym stole, ale Franciszek Józef żywił na sprawę żydowską bardzo liberalne poglądy i nie robił sobie nic a nic z głuchych pomruków arystokracji. Niejednokrotnie w kółku zaufanem wyraźnie oświadczał, że chwali i ceni panią Schratt za ten takt, z jakim nigdy nie wtrąca się ona do spraw państwowych i politycznych.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Ostatnia kochanka Franciszka Józefa.
