Read here

Tajemnica Miksteków

Karol May · 1926 · Free in the US

59,990 words · about 4 h 12 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1926 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Tajemnica_Miksteków&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Karol May
Language
Polish
Published
1926
Length
59,990 words · about 4 h 12 min
Sections
8 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (8)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 2 h 6 min
  3. I about 19 min
  4. II about 23 min
  5. III about 12 min
  6. IV about 22 min
  7. V about 29 min
  8. VI about 20 min

Continue:

Front matter

Y

TAJEMNICA MIKSTEKÓW

cykl

całość

Y

TAJEMNICA MIKSTEKÓW

cykl

RÓD RODRIGANDA

POWIEŚĆ

EAST

Nakładem Sp. Wyd. „ORIENT“ R. D. Z. 1926

WARSZAWA

Składano czcionkami i tłoczono w Zakł. Druk.

„”

a 31.

Copyright 1926 by „ORIENT“ Warsaw

I

PORWANI PRZEZ KOMANCZÓW.

Było to jesienią roku 1847. Po rzece Rio Grande del Norte płynęła wolno lekka łódź. Siedziało w niej dwóch mężczyzn, do różnych ras należących. Jeden kierował sterem, drugi zajęty był przygotowaniem patronów z papieru, prochu i kul. Człowiek siedzący przy sterze miał ostre, mocno nakreślone rysy; przenikliwe, bystre oczy zdradzały Indjanina; zresztą sam strój wskazywał na przynależność do rasy czerwonych. Ubrany był w skórzanę kurtkę, skórzane spodnie, obwieszone zboku skalpami zamordowanych wrogów; na nogach miał mokassyny o podwójnych podeszwach, na szyi sznur zębów niedźwiedzich; z włosów, zaplecionych w wysoką wiechę, strzelały trzy orle pióra. Wszystko to świadczyło, że nieznajomy należy do wodzów. Obok niego leżała w łódce wspaniała skóra bawola, służąca za płaszcz. U pasa świecił tomahawk i obosieczny nóż do skalpowania. Na skórze widniała długa dubeltówka; na kolbie jej znaczyło się sporo nacięć — rejestr zabitych z niej wrogów. Na szyi miał jeszcze kalumet, a z kieszeni kurtki wystawały kolby dwóch rewolwerów. Ta broń, tak rzadko przez czerwonoskórych używana, wskazywała, że nasz Indjanin utrzymywał ścisły kontakt ze światem cywilizowanym. Czuwający nad sterem, sprawiał czerwony wrażenie człowieka, zupełnie pochłoniętego swą pracą; ale nie uszłoby z pewnością uwagi badawczego obserwatora, że człowiek ten z pod głęboko opuszczonych rzęs pilnie śledzi brzeg rzeki. Człowiek, siedzący w łodzi, należy do rasy białej. Jest rosły, wysoki, zgrabny, budowę ma ogromnie mocną; nosi długą, jasną brodę, z którą mu bardzo do twarzy. I on ma na sobie skórzane spodnie, wpuszczone w wysokie buty. Ponadto okrywa go niebieska kamizelka i kurtka myśliwska tego samego koloru. Na głowie ma kapelusz filcowy o szerokich kresach, tak często spotykany na Dalekim Zachodzie. Kapelusz stracił formę, wypłowiał i wyblakł. Obydwaj mężczyźni wyglądają na lat około dwudziestu ośmiu. Obydwaj mają ostrogi, co jest dowodem, że do łodzi zeszli prosto z koni. Gdy tak płynęli wzdłuż rzeki, niesieni jej prądem, usłyszeli nagle rżenie konia. Skutek tych dźwięków był błyskawiczny: jeszcze parskanie nie zamilkło, a już obydwaj leżeli na dnie łodzi tak, by z brzegu nikt ich nie dojrzał. — ! — to koń! — wyszeptał w narzeczu Apaczów Jicarilla Indjanin. — Stoi gdzieś niedaleko — odpowiedział biały. — Zwietrzył nas! Ale kto na nim jedzie? — Nie jest to ani Indjanin, ani biały; — odparł myśliwiec — człowiek doświadczony nie pozwoli nigdy, by koń jego rżał tak głośno. Dopłyńmy do brzegu, wysiądźmy i podkradnijmy się do niego. — Porzucając łódź? — zapytał Indjanin. — A nuż to wrogowie, którzy chcą wyciągnąć nas na brzeg i pozabijać? — Pshaw! — przecież mamy broń! — Niech więc mój biały brat zostanie w łodzi, a ja przeszukam okolicę. — Zgoda. Łódź przybiła do brzegu. Indjanin wyszedł na ląd, biały pozostał w łodzi, trzymając broń w ręku. Po kilku minutach Apacz wrócił. — No i co? — zapytał biały. — Jakiś biały człowiek śpi tam pod krzakiem. — Oho! Czy to myśliwy? — Ma tylko nóż przy sobie. — Wpobliżu nikogo? — Nie widziałem nikogo. — A więc pójdź. Zobaczymy! Biały wyskoczył z czółna i przywiązał je do drzewa. Wziął swą strzelbę, wyciągnął oba rewolwery — i on miał tę broń. Tak uzbrojony poszedł za Indjaninem. Droga trwała krótko. Obok śpiącego stał koń, przywiązany do drzewa, osiodłany na sposób meksykański. Śpiący ubrany był w meksykańskie spodnie, rozszerzające się ku dołowi, białą koszulę i niebieską kurtkę, przerzuconą przez plecy na modłę husarską. Spodnie z koszulą łączyła żółta chustka, zawiązana jak pas. W pasie tym, oprócz noża, nie było żadnej broni. Na głowie miał żółty . Spał tak twardo, że nie ruszył się, gdy Indjanin i biały doń podeszli. — chłopcze, wstawaj! — zawołał biały, uderzając śpiącego po ramieniu. Tamten obudził się, skoczył na równe nogi, wyciągnął nóż. — Do djabła, czego chcecie? — zawołał, mrużąc jeszcze powieki nawpół sennie. — Przedewszystkiem musimy wiedzieć, kim jesteś. — A kimże wy jesteście? — Mam wrażenie, że się boisz tego czerwonego. Niepotrzebnie, mój drogi. Jestem Europejczykiem, nazywam się Unger, a mój towarzysz, to Shosh-in-liett, wódz Apaczów Jicarilla. — Shosh-in-liett? — zawołał nieznajomy. — W takim razie nie mam powodu do obaw, bo wielki wojownik Apaczów jest przyjacielem białych. — A więc kim jesteś? — Jestem vaquero. — U kogo służysz? — Służę po tamtej stronie rzeki, u hrabiego de Rodriganda. — W jaki sposób dostałeś się tutaj? — To wy raczej odpowiedzcie na to. Mnie gonią Komanczowie. — Nie bardzo wiarogodne! Gonią cię Komanczowie, a ty tymczasem śpisz sobie najspokojniej? — A cóż mam robić, skoro padam ze znużenia. — Gdzie ich spotkałeś? — Na północ stąd, niedaleko Rio Pecos. Było nas piętnastu i dwie kobiety, ich — sześćdziesięciu. — Do pioruna! Czyście walczyli? — Tak. Napadli nas niespodzianie. Większość towarzyszów pomordowali, kobiety wzięli do niewoli. Nie wiem ilu z naszych, oprócz mnie, uszło bez szwanku. — Skąd przybywasz i dokąd śpieszysz? Vaquero nie był rozmowny; trzeba mu było wyrywać z ust słowo za słowem; odpowiedział dopiero po chwili: — Jechaliśmy konno do fortu Guadalupe po obie damy, które tam były z wizytą. — Ależ Rio Pecos nie leży wcale po drodze. — Zanim ruszyliśmy w drogę powrotną, ucięliśmy sobie małą wycieczkę myśliwską do Rio Pecos. Tam nas napadnięto. — Cóż to za damy? — Sennorita Arbellez i Indjanka Karja. — Kim jest sennorita Arbellez? — Córką naszego dzierżawcy, Pedra Arbellez. — A Karja? — To siostra Tecalty, wodza Miksteków. Shosh-in-liett słuchał uważnie. — Siostra Tecalty? — zapytał. — Tecalto jest moim przyjacielem. Wypaliliśmy razem fajkę pokoju. Siostra jego nie może pozostawać w niewoli. Czy mój biały przyjaciel pojedzie ze mną, by ją uwolnić? — Przecież nie macie koni — wtrącił vaquero. Indjanin obrzucił go lekceważącem spojrzeniem. — Niedźwiedzie Serce ma konia, gdy go potrzebuje. W przeciągu godziny ukradnę konia tym psom Komanczom. — A to byłaby awantura! — Kiedy was napadnięto? — zapytał Unger. — Wczoraj wieczorem. — Jak długo spałeś tutaj? — Nie dłużej niż kwadrans. — W takim razie Komanczowie przybędą wkrótce. — Do stu djabłów! — Jesteś vaquero, a nie znasz obyczajów wojowników indjańskich? Jakie mają według twego zdania zamiary wobec kobiet? Czy porwali je, by zażądać później okupu? — Nie, na pewno nie! Porwali, by pojąć je za żony; są bardzo piękne. — Słyszałem, że kobiety Miksteków słyną z urody. Komanczowie będą dokładać wszelkich starań, by zatrzeć za sobą ślady. Czy wszyscy mieli konie? — Tak jest. — W takim razie nie przybędą tu piechotą. — Do djabła, nie pomyślałem o tem! — Tak, zdaje się, że nie grzeszysz rozumem. Czy nie pomyślałeś o tem, że będą cię ścigać na koniach? Dlaczego położyłeś się spać? — Byłem zbyt zmęczony. — Dlaczego nie uciekłeś przynajmniej na drugi brzeg rzeki? — Woda głęboka. Końby utonął... — Dziękuj Bogu, że nie jesteśmy Komanczami. Zbudziłbyś się w raju, ale bez skalpu. Czyś głodny? — Jak pies! — No to chodź do łodzi. Ale odprowadź najpierw konia głębiej w krzaki, by go nikt nie widział. Rozmowę prowadzili Unger i vaquero. Niedźwiedzie Serce wrócił do łodzi i odpoczywał na skórze bawolej. — Vaquero dostał porcję mięsa, wody napił się z rzeki. Gdy sobie podjadł do syta, Unger podjął przerwaną rozmowę. Dowiedział się, że vaquero pracował w jednej z posiadłości hrabiego Fernando de Rodriganda, położonej między Kordyljerami Cohahuila a Rio Grande del Norte, rzeką, która odgranicza Meksyk od Texasu. Po jakimś czasie Unger opuścił łódź i wdrapał się na nieco górzysty brzeg, aby zlustrować okolicę. Zaledwie tam się dostał, wydał okrzyk zdziwienia: — Oho, już są tutaj! Omal nie było za późno! Indjanin stał już u jego boku. — Sześciu jeźdźców — powiedział. — To znaczy, że na każdego z nas po trzech — odparł Unger, nie sądząc ani przez chwilę, by vaquero mógł również stanąć do walki. — Kto bierze konia? — zapytał Niedźwiedzie Serce. — Ja! — odpowiedział Unger. Indjanin rzekł jeszcze: — Nikt z nich nie powinien ujść żywcem! Unger zwrócił się do pastucha: — Więc masz przy sobie tylko W takim razie nie będziesz nam pomocny. Zostań w łodzi, ja zaś wezmę twojego konia. — A jeżeli go zabiją? — wyjąkał pastuch przerażony. — Głupstwo, zdobędziemy sześć innych na jego miejsce! Vaquero został więc w łodzi; Indjanin z białym udali się na miejsce, gdzie znaleźli pastucha śpiącego. Tu stanęli obok ukrytego w zaroślach konia i czekali. Jeźdźcy, których Unger zdaleka dojrzał, zbliżali się szybko. Widać już było ich ubiór i broń. — Tak, to psy Komancze! — powiedział Niedźwiedzie Serce. — Noszą barwy wojenne, więc nie możemy mieć dla nich litości! Komanczowie znajdowali się w odległości pół kilometra i jechali pełnym galopem. Minuta, dwie — dzieliły ich od zarośli. — Te psy nie mają mózgu, nie umieją myśleć. — Nie przypuszczają nawet, że vaquero się schował. Są pewni, że przepłynął rzekę. — Uff! Indjanin podniósł strzelbę. To samo uczynił Unger. Po chwili rozległy się dwa strzały, po nich jeszcze dwa i czterech Komanczów leżało na ziemi. Teraz Unger wskoczył na konia pastuszego i popędził przez zarośla. Pozostali dwaj Komanczowie nie zdążyli pomyśleć o ucieczce, gdy traper już był przy nich. Podnieśli tomahawki do śmiertelnego ciosu, lecz Unger dwoma strzałami z rewolweru położył ich trupem. Cała walka trwała kilka zaledwie minut. — Konie zabitych udało się schwytać bez trudu. Po chwili przybył na brzeg vaquero, który z łodzi obserwował przebieg walki. — Do djabła, ależ to zwycięstwo! — powiedział. — Drobiazg, cóż to znaczy sześciu Komanczów? — odparł Unger. — Właściwie należałoby oszczędzać krwi ludzkiej, gdyż najcenniejszy to płyn na świecie, ale cóż począć? — te zbóje nie zasługują na lepszy los! Zebrano broń zabitych, a Indjanin oskalpował swoje dwie ofiary. Wszystkie trupy wrzucono do rzeki. — Co teraz? — zapytał Unger. — Trzeba ratować siostrę mojego przyjaciela. — Czy weźmiemy pastucha? Niedźwiedzie Serce obrzucił Meksykańczyka lekceważącem spojrzeniem, poczem rzekł: — Jak uważasz. — Idę z wami — wtrącił pastuch. — Nie mam wrażenia, byś nam był potrzebny; bohaterem nie jesteś! — odparł Unger. — Przecież nie miałem broni! — Ale wczoraj także uciekłeś. — Tylko poto, by sprowadzić odsiecz. — Aha! Czy potrafisz odnaleźć miejsce, na którem was napadnięto? — Tak. — Więc zabierzemy cię ze sobą. — Czy mogę wziąć broń? — Naturalnie. Weź i konia. Ale nie swojego; zostawimy go tutaj, zbyt jest zmęczony. Wybrali trzy najlepsze konie, resztę zostawili, poczem ruszono w drogę. Jechali na północ, ku Rio Pecos. Droga szła z początku przez prerje, później przez lesiste wyżyny. Pod wieczór, dotarłszy do jakiegoś pagórka, ujrzeli gromadę ludzi. — Uff! — zawołał Niedźwiedzie Serce, jadący na czele. — Indjanie! Gromada ludzi otaczała jakichś jeńców. Unger wyciągnął lunetę i patrzył przez nią uważnie. — Co widzi mój biały brat? — zapytał Indjanin. — Czterdziestu dziewięciu Komanczów i sześciu jeńców. — Czy są wśród nich kobiety? — Tak, dwie. Uwolnimy je nocą. Indjanin skinął głową. — Trzeba się ukryć — rzekł Unger. — Zapewne oprócz naszego zbiega uciekli i inni. Indjanie, oczywiście, szukają ich. Ci, którzy wracać będą z pościgu, mogliby nas łatwo odkryć. — Zostań przy koniach! — ostatnie słowa zwrócił do pastucha — musimy ślady zatrzeć. Unger powrócił z Apaczem tą samą drogą, którą przybyli. Po zatarciu śladów, wyszukali wzgórze, gęsto pokryte lasem, i tam ukryli się wraz z końmi. Słońce zapadło, nadeszła noc. Nikt z naszej trójki nie ruszał się jeszcze; oczekiwali północy, najlepszej pory wywiadów. — Czy pomyślałeś już, jak mamy się wziąć do rzeczy? — zapytał biały Indjanina. — Tak — odpowiedział tamten. — Mój biały brat umie zabijać tak, że ofiara nie wydaje nawet dźwięku. Podkradniemy się więc do nich, zamordujemy straże, poprzecinamy więzy, któremi są skrępowani jeńcy, i uprowadzimy ich. Howgh! — Trzeba zaczynać. Podkradanie się zajmie nam dużo czasu. — Lecz vaquera pozostawimy, prawda? — zapytał Apacz. — Tak jest. Będzie pilnował koni. — Więc zaczynamy! Chwycili za strzelby i ruszyli w drogę, wydawszy przedtem pastuchowi odpowiednie polecenia. W dolinie błyszczało jedno, jedyne światełko wartownika; wokoło spali Komanczowie; obok nich leżeli skrępowani powrozami jeńcy. Indjanin szepnął: — Ty pójdziesz na prawo, ja na lewo. — Dobrze. Najpierw uwolnimy obydwie kobiety. Po tych słowach rozstali się. Unger poczołgał się na brzuchu ku obozowi, jak żmija. Musiał uważać, aby go nikt nie usłyszał, nikt nie zobaczył. Musiał baczyć, by nie zwietrzyły go konie, które częstem parskaniem zdradzają zbliżającego się nieprzyjaciela. Po długiem skradaniu dotarł wreszcie w pobliże strażnika, kręcącego się tam i zpowrotem. Noc była ciemna, światło ognia obozowego słabe. Unger w odległości pięciu kroków od wartownika zerwał się raptownie, chwycił go lewą ręką za gardło, zasznurował je tak, że ofiara wydać nie mogła dźwięku. — Teraz prawą ręką zadał mu cios nożem w same piersi. Czerwony padł na ziemię, jak W ten sam sposób załatwił się w ciągu kwadransu z następnym Komanczem. Po chwili spotkał Apacza, który uśmiercił również dwie ofiary. — A teraz do kobiet — szepnął Indjanin. — Tylko ostrożnie — wtrącił Unger. — Pshaw! Wódz Apaczów jest odważny, ale i ostrożny. — Naprzód! Bardzo cicho zaczęli się przekradać przez wysoką trawę do ognia. Kobiety rozpoznali zaraz po jasnej barwie ubrań; leżały obok siebie, miały skrępowane ręce i nogi. Unger przyczołgał się pierwszy i zbliżył swe usta do ucha jednej z nich. Mimo ciemności zauważył, że otworzyła oczy i przygląda mu się bacznie. — Nie bójcie się i bądźcie spokojne — wyszeptał. Zrozumiała go doskonale. Po chwili porozcinał jednej i drugiej rzemienie, które powpijały im się mocno w ciało. Indjanin zajął się tymczasem pozostałymi jeńcami. Było ich czterech. I oni nie spali. Niedźwiedzie Serce wziął nóż i zaczął przecinać więzy. W pewnej chwili, gdy przystępował właśnie do uwolnienia trzeciego, stanął przed nim jeden z Komanczów, obudzony szmerem. Jakkolwiek Niedźwiedzie Serce na miejscu przebił go nożem, wróg miał jeszcze tyle siły, by w ostatniej chwili wydać okrzyk ostrzegawczy. — Dalej, do koni, za mną! — krzyknął Niedźwiedzie Serce, uwalniając z więzów pozostałych. Zerwali się na równe nogi, poskoczyli do koni. — Na miłość Boską, prędzej! — zawołał Unger do jednej z kobiet, która tak była osłabiona, że ruszać się prawie nie mogła. — Niedźwiedzie Serce! — dodał w śmiertelnej trwodze. — Jestem! — odezwał się głos Indjanina. — Chodź tu; prędzej, prędzej! Indjanin chwycił osłabioną na ręce i wsadził na konia. Unger uczynił to samo z drugą. Poprzecinawszy lassa, na których konie były uwiązane, rzucili się do ucieczki. Wszystko to się przewinęło w błyskawicznem tempie, ale ani o sekundę za prędko, gdyż w tej samej niemal chwili powietrze rozpruły strzały Komanczów. Komanczowie, zaskoczeni napadem, biegali tam i zpowrotem, nie mogąc w pierwszej chwili zorjentować się, co zaszło. Pościg rozpoczęli dopiero, gdy jeńców unosiły już Unger i Indjanin, którzy znali drogę, jechali przodem. Na wzgórzu czekał vaquero z dwoma końmi. — Pędź za nami! — krzyknął Unger. Tak tedy wśród ciemnej nocy uciekali jeńcy ze swoimi wybawcami; za nimi gnali Komanczowie, usiłując dosięgnąć zbiegów strzałami. Dopiero, wydostawszy się z doliny, na szerokiej prerji Unger pomyślał o obronie. — Czy sennorita jeździ konno? — zapytał białą, którą trzymał na swem siodle. — Tak jest. — Oto wodze. Niech pani pędzi naprzód! Sam wskoczył na konia, prowadzonego przez pastucha. Indjanin uczynił to samo. Unger i Indjanin tworzyli teraz straż tylną, doskonałemi swemi strzelbami powstrzymując nieprzyjaciół. Szalona ucieczka trwała do rana. Wtedy pokazało się, że Komanczowie zostali daleko wtyle. — Może zwolnimy nieco? — zapytał vaquero. — Nie — odparł Unger. — Musimy mieć za sobą rzekę, wtedy dopiero będziemy bezpieczni. Zobaczył teraz dokładnie swe towarzyszki i obserwował je badawczo. Jedna była Hiszpanką, druga Indjanką. Obydwie odznaczały się niezwykłą urodą. — Czy ma pani jeszcze siły do tej jazdy szalonej? — zapytał Hiszpankę. — Ależ nie czuję wcale zmęczenia. — Jak mam panią nazywać? — Imię moje: Emma. Nazwisko: Arbellez. A pańskie? — Unger. — Czy ma pani do mnie zaufanie? — Tak. — Musimy przeprawić się przez rzekę. Nie mamy dostatecznej broni, a nad Rio Grande została reszta tej, którą wczoraj odebraliśmy Komanczom. — Walczyliście już wczoraj? — Tak. Położyliśmy trupem wszystkich, którzy ścigali pastucha. Vaquero właśnie powiedział nam, że panie są w niewoli. — Co za odwaga! Przy tych słowach obrzuciła Ungera ciepłem spojrzeniem swych ciemnych oczu. Gdy dotarli do Rio Grande, nie widać już było ścigających Komanczów. Unger rozdzielił między wszystkich broń, która tu leżała od dnia poprzedniego. Z pośród jeńców trzech było vaquerami, jeden majordomem. — Co robić? — zapytał jeden z nich. — Czy czekać na Indjan? Mamy osiem strzelb, możnaby im dać nauczkę. — Czy nie szkoda niepotrzebnie krwi przelewać? — Niepotrzebnie? Jeśli nie rozprawimy się z nimi, będą nas ścigać ustawicznie. — Ale za tych zabitych mściliby się inni. Lepiej jechać dalej — odparł Unger. — Panie pojadą łódką, my konno. Usłuchano go oczywiście. Majordomo przewiózł panie łódką, reszta przeprawiła się wbród na swych koniach. Potem zatopiono czółno. Galopowali jeszcze przez kilka godzin niziną, aż w końcu cała kawalkada zwolniła szalone tempo. Jechali stępa. — Podróżujemy godziny całe obok siebie, a prawie się nie znamy — rzekł Unger do swej towarzyszki. — Ja, przeciwnie, poznałam pana — odparła z uśmiechem. — Wiem, że pan szafuje swem życiem dla innych i że jest dzielnym, odważnym myśliwym. — No tak, ale to niewiele. Jeśli pani pozwoli, powiem jej, że nazywam się Antoni Unger. Gdy ojciec mnie odumarł, wyemigrowałem w młodym wieku do Ameryki, gdzie, po wielu przygodach, żyję, jak sennorita widzi, w prerji. — Ale w jaki sposób dostał się pan tutaj, nad Rio Grande? — To sprawa, której nie chciałbym poruszać. — Więc tajemnica? — Może tajemnica, może zwykłe dzieciństwo... — Jestem bardzo ciekawa. — Nie chcę pani dręczyć — odpowiedział Unger z uśmiechem. — Chodzi tu ni mniej ni więcej tylko o niezwykły skarb. — Co to za skarb? — Skarb prawdziwy, z drogocennych kamieni i szlachetnych metali, pochodzący z dawnych, pradawnych czasów. — Gdzież jest? — Tego jeszcze nie wiem. — A kto panu mówił o nim? — Tam, daleko na północy okazałem jakiemuś staremu choremu Indjaninowi przysługę. Przed śmiercią wyznał mi tajemnicę skarbu. — Ale nie powiedział najważniejszej rzeczy — gdzie się skarb mieści? — Podał tylko, że znajduje się w Meksyku w prowincji Coahuila i dał mi mapę, według której mam się zorjentować. — Do jakiej okolicy odnosi się ta mapa? — Tego nie wiem. Mapa zawiera wzgórza, doliny, rzeki, ale ani jednej nazwy. — To ciekawe. Czy towarzysz pański, Shosh-in-liett, wie o skarbie? — Nie. — Ten człowiek jest wszak pańskim przyjacielem, prawda? — Tak, serdecznym przyjacielem. — I dlaczegóż to mnie, osobie nieznanej, zwierzył sennor tajemnicę skarbu, a nie jemu? Unger obrzucił piękną Meksykankę jasnem spojrzeniem swych niebieskich oczu i odparł: — Są ludzie, przed którymi niewiadomo nawet dlaczego człowiek spowiada się z najstaranniej ukrywanych tajemnic... — Do tych ludzi zalicza pan mnie? — Tak. Zarumieniła się i, podając mu rękę, rzekła:. — Nie pomylił się pan. Będę z panem szczera. Wyjawię sennorowi coś, co ma związek z tajemnicą. Czy mam mówić? — Ależ proszę bardzo — odpowiedział zaskoczony i zdziwiony. — Znam mianowicie kogoś, kto również myśli o tym skarbie... — Oho! Któż to taki? — Nasz młody hrabia Alfonso de Rodriganda y , bratanek i spadkobierca bezdzietnego hrabiego Fernanda. W poszukiwaniu skarbu bawi obecnie u mojego ojca. — Cóż on wie o skarbie? — Wszyscy wiemy o tem doskonale, że poprzedni władcy tego kraju ukryli swe skarby w chwili, gdy Hiszpanie zdobywali Meksyk. Poza tem są miejsca, gdzie zakopane złoto i srebro leży masami. Indjanie znają te kryjówki, woleliby jednak umrzeć, aniżeli powierzyć białym swą tajemnicę. — Kto jednak mówił o skarbie z hrabią Alfonsem? — Nikt. Przecież mieszkamy w hacjendzie del Erina, a tam chodzą słuchy, że gdzieś w pobliskiej grocie władcy Miksteków ukryli swe skarby. Szukało groty wielu, między innymi hrabia Alfonso, ale napróżno. — Gdzie leży ta hacjenda del Erina? — Mniej więcej o dzień drogi stąd, u stoku góry Coahuila. Mam nadzieję, że pan ją pozna, odprowadzając nas do domu. — Nie opuszczę pani, póki nie będę pewien, że żadne niebezpieczeństwo jej nie grozi. — A gdy niebezpieczeństwo minie, czy nie zechce pan wtedy być naszym gościem? — Bezpieczeństwo pani wymaga właśnie, bym ją natychmiast opuścił. Zamordowaliśmy wielu Komanczów; jestem przekonany, że wywiadowcy następują nam na pięty. Możemy paść ofiarą zemsty. Dlatego zawrócę z Niedźwiedziem Sercem przed hacjendą, by zmylić czujność wrogów. — A nie obawia się pan, że wróg napadnie nas jeszcze, zanim zdążymy wrócić do hacjendy? — Nie, to wykluczone. — Czerwoni orjentują się tylko po śladach kopyt, a my przecież jedziemy nawet w nocy. Więc coraz wyprzedzamy ich o dobre parę godzin. Ale wróćmy do skarbu. Czy istotnie nikt nie wie, gdzie ta grota leży? — Przynajmniej nikt z białych. — A z Indjan? — Przypuszczam, że jest ktoś. Jeden z pośród nich, może dwóch, wie dokładnie, gdzie został ukryty skarb królewski. Tecalto, jedyny potomek dawnych władców Miksteków, dziedziczy tajemnicę. Karja, która jedzie obok Niedźwiedziego Serca, jest jego siostrą. Może Tecalto jej powierzył sekrety przodków? Unger zaczął przypatrywać się Indjance z większą niż dotychczas uwagą. — Czy jest bardzo skryta? — O, tak! — odparła Meksykanka. A potem dodała z uśmiechem: — Chociaż powiadają, że kobieta bywa nieużyta tylko do pewnej granicy... — A tą granicą? — Miłość. — Czy sądzi pani, że Karja zbliżyła się do tej granicy? — Uważam to za bardzo prawdopodobne. — Któż jest tym szczęśliwcem? — Niech pan zgadnie, to nie tak trudno. Unger zamyślił się; fałdy zorały mu czoło. — Przypuszczam, że to hrabia Alfonso, który na tej drodze chce zdobyć tajemnicę. — Zgadł pan. — Sądzi pani, że jego wysiłki mogą rokować powodzenie? — Kocha go. — Cóż na to jej brat? — Może nie wie o niczem. Jest to najsławniejszy ; rzadko bywa w domu. — Najsławniejszy cibolero? Powinieniem znać jego imię. Nie przypominam sobie jednak, bym się spotkał z imieniem Tecalto. — Myśliwi nazywają go Mokaszi-tayiss. — Mokaszi-tayiss, Czoło Bawole? — zapytał Unger zdumiony. — Znam go doskonale ze słyszenia. Chętniebym nawiązał z nim stosunki. Więc Karja jest siostrą tego sławnego człowieka? W takim razie trzeba spojrzeć na nią innemi oczyma. — Czy chcesz pan i jej pokazać, jak umiesz być szarmanckim? Uśmiechnął się melancholijnie: — Czy człowiek Dalekiego Zachodu potrafi być szarmanckim? Jakżeż mógłbym współzawodniczyć z hrabią Rodrigranda? A zresztą, gdybym umiał być szarmanckim, wolałbym okazać się nim wobec kogoś innego. — Któż to taki? — Pani, sennorito! Oczy jej zabłysły radością: — Ależ ode mnie nie dowie się pan niczego o skarbie! — Oh, łaskawa pani, są skarby stokroć cenniejsze od złota i srebra. Taki skarb znaleźć — tożby szczęście było! — Proszę poszukać. Może pan znajdzie! Podała mu rękę, którą Unger uścisnął serdecznie. W dalszej drodze dowiedział się myśliwiec, że obydwie kobiety pojechały do Rio Grande del Norte, aby odwiedzić ciotkę Karji, która ciężko zaniemogła. Opieka jednak nie potrafiła odwrócić przesądzonego losu; biedna kobiecina umarła. Po jej śmierci Arbellez wysłał majordoma z vaquerami po obydwie panie. W drodze powrotnej napadli ich Komanczowie. Oprócz rozmowy panny Arbellez z Ungerem toczyła się jeszcze inna. Niedźwiedzie Serce jechał na swym koniu obok Indjanki. Oczy jego raz po raz padały na która tak pewnie siedziała na półdzikim rumaku, jakgdyby przez całe życie używała tylko indjańskiego męskiego siodła. Milczący Apacz nie był przyzwyczajony do miękkich słów, ale gdy je uronił, każde kryło w sobie treść istotną. Karja znała doskonale zwyczaje Indjan, nie dziwiło jej milczenie sąsiada. A przeciwnie, odczuła lęk, gdy Niedźwiedzie Serce zwrócił się do niej w te słowa: — Do jakiego plemienia należy moja młoda siostra? — Do plemienia Miksteków — odparła. — Było to kiedyś plemię wielkie i jeszcze dziś słynie z piękności swych kobiet. Czy moja siostra jest za mężem, czy też nie porzuciła jeszcze stanu panieńskiego? — Nie mam męża. — Czy serce mojej siostry jest jeszcze jej wyłączną własnością? Po tem pytaniu, na które nie zdobyłby się chyba żaden biały, rumieniec zalał ciemne oblicze Indjanki. Mimo to odpowiedziała pewnym głosem: — Nie. Twarz Indjanina nie drgnęła nawet. Zapytał tylko: — Czy to aby człowiek z plemienia mojej siostry? — Nie, to biały. — Niedźwiedzie Serce zaklina swoją siostrę, by zwróciła się do niego w razie, gdyby biały człowiek ją oszukiwał. — Nie będzie mnie nigdy oszukiwać! — odpowiedziała z dumą. Uśmiechnął się nieznacznie i odparł: — Kolor biały jest fałszywy i brudzi się prędko. Niechaj siostra moja będzie ostrożna. Jechali ciągle w kierunku południowym. Zanim nastąpił zmierzch, urządzono postój, bo zarówno ludzie jak konie padali ze znużenia. Po półgodzinnnej przerwie ruszono w dalszą drogę. Unger dziwił się, że jego towarzyszka z takim hartem wytrzymuje trudy podróży; Emma odparła z uśmiechem: — Żyję w tym kraju od dzieciństwa, przywykłam do tego pustkowia. — Czy nigdy nie tęskno pani za cywilizacją, za kulturalnem środowiskiem? — Wcale nie. Mam w domu wszystko, czego mi potrzeba, nawet może więcej. — A obcowanie z dziećmi natury daje mi więcej od tych mdłych, pustych rozmów salonowych. Czy nie mam racji? — Jestem zupełnie pani zdania. I ja znalazłem wśród tak zwanych dzikich daleko więcej przywiązania i serca aniżeli wśród ludzi cywilizowanych. Niech pani tylko spojrzy na mego czerwonoskórego przyjaciela. Nie oddałbym go za setkę białych; mają jasną skórę, ale serce ciemne! — Chwali pan przyjaciela, a o sobie zapomina. Przecież i panu można ufać bezwzględnie. — Naprawdę? — Ależ tak! Nie jest pan zwykłym człowiekiem. Ręczę, że i pan ma jakiś honorowy przydomek, nadany przez Indjan, lub traperów. Skinął głową: — Zgadła pani. — A jaki to przydomek? — Niech sennorita nazywa mnie Antonio, albo poprostu Unger. — Więc nie chce pan powiedzieć? — Nie teraz. Dopiero, kiedy go ktoś wymówi przypadkiem wobec pani. — Chce pan zachować incognito, niby jakiś książe! — Tak! — odparł z uśmiechem — dobry myśliwy jest przecież także wielkim panem. To książe lasów i preryj. — Tak książę. — Przypomniało mi się głośne imię Matava-se. — Tak, to sławny człowiek. Czy wiele słyszała pani o nim? — Owszem. Podobno był nawet w naszych niedostępnych górach. — Oczywiście. Dlatego też Indjanie nazywają go Matava-se, angielscy westmani i traperzy — księciem Rocky, Francuzi — Prince du roc. Wszystkie trzy imiona znaczą to samo: Książę Skał. — Czy to biały? — Tak jest. — Widział go pan kiedy? — Nie, ale słyszałem, że pochodzi z mojej ojczyzny. Nazywa się podobno Karol Sternau i jest lekarzem. Objechał Amerykę w towarzystwie naszego dzielnego Niedźwiedziego Serca; wędrował miesiące całe wśród skał. Teraz już oddawna jest w Europie. — Czy i pan wróci do ojczyzny? Po tych słowach zapanowało krótkie milczenie. Oboje pomyśleli równocześnie o rozłące. Wreszcie Unger przemówił: — Czy nigdy nie przychodzi pani ochota zobaczyć świat, pojechać do Europy? — Nigdy! Moja hacjenda jest mi ojczyzną. Nie chcę jej opuszczać. — Czy nie obawia się sennorita, że kiedyś czerwoni mogliby napaść na dom pani? — Ależ hacjenda to istna warownia! — Znam ten rodzaj folwarków. Zbudowane są zwykle z kamienia i otoczone murem. To jednak za słaba obrona przed nieprzyjacielem. — Będziemy czuwać, a pan z nami. Chcę wierzyć, że będziesz sennor naszym gościem! — To zależy od Niedźwiedziego Serca. Nie mogę się z nim rozstać. — Zgodzi się. — To człowiek, który nadewszystko kocha wolność. Wśród murów długo nie wytrzyma. — Mam jednak wrażenie, że tym razem... — Z czego pani to wnosi? — Ze wzroku, którym obrzuca Karję. — I ja to zauważyłem! Ale przecież Indjanka kocha hrabiego. — Prawda. Żal mi Niedźwiedziego Serca. — Niech go pani nie żałuje. To człowiek ze stali. Nie potrafiłby błagać o miłość. — A pan, czy także ze stali?... — Może i ja. — I nie rozpaczałby sennor? — Nigdy! — Czy nie zbytnia pewność? — Cóż robić, tak czuję. Kobieta, którą pokocham będzie musiała mnie szanować. Jestem westmanem i nigdy nie zniżę się do próżnych błagań! Po upływie pół godziny zapadła noc. Mimo to podróż trwała jeszcze dwie godziny, aż dotarli do jakiejś rzeczułki. Tu urządzono popas. Unger przygotował Emmy posłanie z gałęzi i liści; Niedźwiedzie Serce zajął się Karją. Było to, jak na Indjanina, czemś niezwykłem; czerwoni tylko w wyjątkowych wypadkach przykładają się do czynności, które należą do kobiet. Ułożono się do spoczynku. Co trzy kwadranse następowała zmiana warty. Niedźwiedzie Serce i Unger mieli ostatnie straże, gdyż świt jest porą najniebezpieczniejszą i czerwonoskórzy chętnie ją obierają do napadu. Noc przeszła spokojnie. Rankiem ruszyli w drogę; po południu zaś przybyli do celu. — —

II

HACJENDA DEL ERINA.

Hacjenda to niby zwykły folwark; ale meksykańskie folwarki to coś w rodzaju zamków warownych z czasów średniowiecza. Takim folwarkiem była hacjenda. Olbrzymi budynek zbudowany z kamieni, otoczony murem. Wnętrze uderzało przepychem i ogromem — mogło pomieścić setki ludzi. Obok folwarku rozciągnął się olbrzymi park, w którym rosły najbarwniejsze, tchnące cudownym zapachem, rośliny tropikalne. Po drugiej stronie był las dziewiczy, dalej pola, pastwiska, na których pasły się wielotysięczne stada. Gdy nasza kawalkada przejeżdżała przez pastwiska, powitali ją vaquerowie głośnemi okrzykami. Radość ta wkrótce jednak przeszła w smutek i gniew, gdy się dowiedzieli, że tylu ich towarzyszy znalazło śmierć z ręki wroga. Przysięgali mu zemstę i chcieli nawet natychmiast wyruszyć, aby jej dokonać. Na ganku folwarku stał sędziwy Pedro Arbellez, zawiadomiony przez majordoma o przybyciu miłych gości. Stary ojciec rozpłakał się, znosząc córkę z konia. — Witaj, moje dziecko! — pozdrowił ją. — Musiałaś wycierpieć w swej podróży; wyglądasz na bardzo wyczerpaną. Objęła go ramieniem, ucałowała mocno i rzekła: — Ojcze, byłam w wielkiem niebezpieczeństwie. — W jakiem? — Byłam w niewoli u Komanczów. — Matko Boska! Czy znowu ukazali się nad Rio Grande? — Nie. Napadli nas nad Rio Pecos, dokąd udaliśmy się z wycieczką. Ci dwaj panowie uratowali nam życie. Po tych słowach Emma, ująwszy Ungera i Indjanina za ręce, poprowadziła ich przed ojca. — Oto sennor Antonio Unger, Europejczyk. A to wódz Apaczów Shosh-in-liett. Bez ich pomocy musiałybyśmy zostać żonami Komanczów, a towarzyszy naszych śmierćby niechybna spotkała. — Szczęście w nieszczęściu! — odparł don Pedro, ocierając pot z czoła. — Witajcie, moi sennores, witajcie z całego serca! Bądźcie panami tego domu. Goście weszli do wnętrza, oddawszy konie służbie folwarcznej. Gospodarz zaprowadził ich do salonu, gdzie Emma szczegółowo opowiedziała całą przygodę. — Na rany Chrystusa, coście wy przecierpieć musiały — biadał don Pedro. — Bóg zesłał wam wybawców. Jemu i im niechaj będą dzięki. Co powie na to hrabia i Tecalto. — Tecalto? — zapytała Indjanka. — Czy Bawole Czoło jest tutaj? — Tak, przybył wczoraj. — A hrabia? — Bawi od tygodnia. Ale oto i on. Z przyległej jadalni wyszedł hrabia Alfonso. Miał na sobie czerwony szlafrok jedwabny, suto przetykany złotem, białe spodnie z najdelikatniejszego płótna francuskiego, niebieskie aksamitne pantofle. Głowę zdobił fez turecki. Był naperfumowany czemś niezmiernie mocnem. Stół nakryty wytwornie a bogato, widoczny poprzez uchylone do jadalni skrzydło drzwi, oraz serwetka, którą hrabia trzymał jeszcze przy ustach, pozwalały przypuszczać, że był właśnie zajęty posiłkiem. — Ktoś wymówił tu moje imię. Ach, to nasze piękne panie! Na widok hrabiego, rumieńce pokryły twarz Indjanki, co nie uszło uwagi Niedźwiedziego Serca. Emma odpowiedziała grzecznie, ale chłodno: — Jak hrabia widzi. Mało brakło, abyśmy nie wróciły wcale. Wzięto nas trochę do niewoli. Komancze... — Do djabła! — krzyknął Alfonso. — Muszę poskromić tych przeklętych czerwonych! — Nie będzie to takie łatwe — odparła Emma z ironją. — Zresztą jesteśmy wolne. A oto nasi wybawcy. Hrabia, obrzuciwszy gości niemile zdumionem spojrzeniem, zapytał: — Cóż to za ludzie? — Sennor Unger, Europejczyk, i Niedźwiedzie Serce, wódz Apaczów. — Doskonała kombinacja! Przypuszczam, że panowie ci zaraz udadzą się w powrotną drogę? — Są moimi gośćmi i zostaną tutaj, jak długo zechcą, — odparł don Pedro. — Cóż pan mówi, sennor Arbellez?! — wykrzyknął hrabia. — Proszę przypatrzeć się tym ludziom. Wykluczone, abym został z nimi pod jednym dachem! Trącą lasem i mułem. Musiałbym natychmiast wyjechać! Hacjendero wstał; oczy zabłysły mu gniewem. — Nie będę hrabiego zatrzymywał — rzekł. — Ci panowie uratowali mi córkę i jej przyjaciółkę, dlatego są moimi najmilszymi gośćmi. — A więc tak? — Nieinaczej! — Więc nie jestem tu panem i władcą? — Nic mi o tem nie wiadomo! — Nie?! — zasyczał Alfonso. — Któż więc jest tu panem? — Hrabia Fernando. A sennor jesteś tylko gościem. Zresztą nawet hrabia Fernando nie miałby głosu w tej sprawie. Jestem dożywotnim dzierżawcą folwarku. Któż zabroni przyjmować mi u siebie, kogo zechcę? — Do djabła, to brutalne! — Nie; brutalną była tylko niegrzeczność i bezwzględność hrabiego wobec moich gości! Jeżeli hrabiemu nie podoba się zapach lasów i moczarów, którego zresztą wcale nie czuję, to nie wiem, czy tym panom zkolei podoba się zapach perfum hrabiego, który, niestety, czuję aż nazbyt! Poproszę teraz moich gości do jadalni. — Pan, hrabio, możesz iść z nami, albo nie iść, jak się sennorowi podoba! Po tych słowach don Pedro otworzył drzwi do jadalni naoścież i niskim ukłonem zapraszał swych gości. Indjanin stał przez cały czas rozmowy don Pedra z Alfonsem bez ruchu, jakby wykuty z kamienia; nie nawet na hrabiego; miało się wrażenie, że nie rozumie rozmowy. Wszedł do jadalni wyniosły, milczący. Unger natomiast zwrócił się do Alfonsa: — Czy pan jest hrabią Alfonso de Rodriganda? — Tak jest — wyczekująco odpowiedział zapytany. — Doskonale! Don Arbellez zapomniał sennora nam przedstawić. Wyzywam pana! Proszę wybierać: szpady, pistolety, czy karabiny? — Mam się bić? — zapytał hrabia z najwyższem zdumieniem. — Oczywiście! Gdybym został obrażony przed wejściem do tego domu, zabiłbym pana jak psa. Ponieważ stało się to tutaj, muszę mieć wzgląd na panie i na gospodarza. — Proszę wybierać rodzaj broni! — Mam się bić? Z wami? Na Boga, kimże jesteście? — Zwykłym strzelcem, włóczęgą! Pah! — Więc nie? W takim razie powiem wam, że jesteście łajdakiem, tchórzem godnym pogardy! Unger wszedł do jadalni. Alfonso stał na progu, jak osłupiały. Po chwili rzekł do Arbelleza: — I to pan znosi?! — Ha, jeżeli hrabia znieść może... No chodźże Emmo, chodź Karjo! Nasze miejsce tam, przy ludziach honoru! — Co za nikczemność! Zapamiętam to sobie, Arbellez! — Doskonale! Starzec wszedł do sali jadalnej wraz z obydwiema paniami. Emma, przechodząc obok Alfonsa, rzuciła mu pogardliwe spojrzenie i rzekła: — Podły! Indjanka wyszła za nią ze spuszczonemi oczami. Hrabia pozostał sam. Rzucił serwetę na podłogę i, bijąc nogami o ziemię, zaklął: — Zapłacę wam za to, zobaczycie! Oczy jego błyszczały przy tych słowach niewypowiedzianym gniewem, a niskie czoło pobróździły głębokie fałdy. Hrabia Alfonso nie był człowiekiem brzydkim, odstręczającym. Przeciwnie, poszczególne rysy twarzy możnaby nazwać ładnemi; lecz teraz w tej pasji i wściekłości w każdym budziłby wstręt. Reszta towarzystwa zasiadła tymczasem do stołu. Posiłek składał się z wielkich ćwiartek melonu, napół otwartych granatów, pomarańcz, słodkich cytryn, oraz tych wszystkich potraw mięsnych i legumin, w które tak obfituje kuchnia meksykańska. Gdy spożyto posiłek, gospodarz odprowadził gości do przeznaczonych dla nich pokojów. Obydwaj przyjaciele mieszkali razem. — Unger nie mógł wytrzymać w zamknięciu; wyszedł więc do ogrodu, aby odetchnąć jego pachnącem powietrzem. Z ogrodu skierował kroki ku prerji. Nagle stanęła przed nim dziwna postać. Był to człowiek bardzo wysoki, rosły, cały zaszyty w garbowaną skórę bawolą; na głowie miał coś w rodzaju czaszki niedźwiedzia, z której pasma włosów zwisały niemal do ziemi. Z szerokiego skórzanego pasa wystawały rękojeści nożów; od prawego ramienia do lewego biodra dziwna postać była pięciokrotnie przewinięta lassem. Obok, przy płocie, stała jedna z tych starych, żelaznych rusznic, używanych przed stu laty w Kentucky, a tak ciężkich, że trudno je udźwignąć. — Kim jesteś? — zapytał Unger. — Bawole Czoło — brzmiała odpowiedź. — Tecalto? Mokaszi-tayiss, sławny cibolero? — Tak jest. Znasz mnie? — Nie widziałem cię nigdy, lecz słyszałem o tobie. — Jak się nazywasz? — Unger. Jestem Europejczykiem. Ponura twarz Indjanina rozpogodziła się. Tecalto wyglądał na lat dwadzieścia pięć, był typem pięknego Indjanina. — Więc to ty uratowałeś moją siostrę Karję? — Los mi sprzyjał. — Nie, to nie los, nie przypadek. To twoja dzielność! Bawole Czoło jest ci wdzięczny dozgonnie. Tyś waleczny, jak Matava-se, Książę Skał, który również jest Europejczykiem. — Znasz Europejczyków? — Tak. Są mocni i odważni; mówią prawdę i umieją zachować wierność. Słyszałem o jednym, którego Indjanie nazywają Itinti-ka, Piorunowy Grot. — Nie widziałeś go nigdy? — Nazywają go Piorunowy Grot, bo jest szybki jak strzała, a silny i mocny jak grom. Nigdy nie chybi, gdy strzela; oko ma nieomylne. Słyszałem o nim wiele, nie widziałem go jednak do dnia dzisiejszego. — Co takiego? — zapytał zaskoczony Unger. — Tak, do dnia dzisiejszego. Bo oto teraz stoi przede mną! — Ja nim jestem? Po czem mnie poznałeś? — Popatrz na swój policzek. Piorunowy Grot ma na policzku cięcie od noża — o tem wie każdy, kto o nim słyszał. Czy odgadłem? Unger skinął głową. — Tak; nazywają mnie Itinti-ka, Piorunowy Grot. — Niechaj będą dzięki Wielkiemu Wahkonda, że mi pozwolił mówić z tobą. Jesteś dzielnym człowiekiem, daj mi swą rękę i bądź mi bratem. Unger uścisnąwszy dłoń wyciągniętą, rzekł: — Niech przyjaźń nasza będzie wieczna! Indjanin dodał: — Niechaj moja ręka będzie twoją ręką, moja noga twoją nogą. Biada twojemu wrogowi, bo jest także moim, biada mojemu bo jest i twoim wrogiem. Ja to ty, ja, jesteśmy jedno! Bawole Czoło nie był Indjaninem typu północnego. Był wymowny i rozmowny, ale niemniej groźny od tych milczących czerwonoskórych, którzy uważają za hańbiące oddawać słowami wzruszenia swego serca. — Czy mieszkasz tutaj, w hacjendzie? — Nie — odpowiedział Tecalto. — Nie mogę żyć i spać w powietrzu, otoczonem murami. Mieszkam tutaj. Przy tych słowach wskazał na łąkę, na której stali. — Masz najlepsze łoże w całej hacjendzie. Mnie również męczą mury! — I przyjaciel twój, Niedźwiedzie Serce, wyszedł na prerję. Mówiłem już z nim, dziękowałem mu. Jesteśmy braćmi, jak ja i ty. — Gdzież on jest? — Siedzi wśród vaquerów. — Chodźmy do niego. chwycił ciężką strzelbę, zawiesił ją na ramieniu i poprowadził Europejczyka. — Daleko, pośród półdzikich pasących się koni obozowali vaquerowie. Opowiadali sobie o przygodach swej młodej pani. Niedźwiedzie Serce siedział w milczeniu, choć rzecz całą znał przecież najlepiej. Unger, gdy nadszedł, wmieszał się do rozmowy i po jakimś czasie rozwinęła się jedna z tych gawęd, tak często prowadzonych po obozowiskach. Nagle rozległo się jakieś gniewne rżenie i parskanie. — Co to? — zapytał Unger. — To kary ogier — odpowiedział jeden z pastuchów. — Niech zdechnie z głodu, jeżeli nie chce słuchać! — Dlaczegóż to? — Nie można go ujarzmić. — Co takiego? — No tak, nie można go ujarzmić! To istny djabeł; jesteśmy wobec niego bezradni. Wszyscyśmy tu świetni jeźdźcy, ale pozrzucał nas za wyjątkiem jednego. — Któż jest tym jednym? — To Bawole Czoło, wódz Miksteków. Jego jedynego nie zrzucił, a i on nie potrafił go ujeździć. — To przecież nieprawdopodobne. Kto utrzyma się na grzbiecie, ten zostaje zwycięzcą. — I myśmy tak sądzili! Ale ten djabeł rzucił się z jeźdźcem do wody, by go zatopić, a gdy to nie pomogło, poniósł go w największy gąszcz leśny i tam zmusił do zeskoczenia z siodła. — Do djabła! — zawołał Unger. — Tak, to prawda, — odparł Tecalto. — Przykra, prawda. A przecież poskromiłem już konia, który mnie nie chciał słuchać! Pastuch opowiadał dalej: — Wielu już jeźdźców i strzelców doświadczało swych sił i zręczności na tym czarnym djable, ale wszyscy napróżno. Powiadają, że może tylko jeden zdołałby go poskromić. — Któż to ma być? — To obcy traper z Red River, który nie lęka się samego czarta! — Jak się nazywa? — Nikt nie zna jego prawdziwego nazwiska, ale czerwoni nazywają go Itinti-ka — Piorunowy Grot. Opowiadają o nim wiele. Niedźwiedzie Serce i Bawole Czoło nie zdradzili ani jednym ruchem, że chodzi tu o Ungera; on zaś z najspokojniejszą miną zapytał: — Gdzie jest ten czarny djabeł? — Za wzgórzem. Leży skrępowany. — To źle! — Sennor Arbellez dba bardzo o swoje konie, ale tym razem przysiągł, że koń zginie z głodu, jeżeli nie będzie posłuszny. — Czyście mu zakneblowali pysk? — Tak. — Pokażcie mi go. — Dobrze, sennor. Idziemy! Gdy się podnosili z ziemi, ujrzeli Arbelleza, który cwałował z córką i Karją. Była to zwykła inspekcyjna przejażdżka, jaką stary odbywał co wieczora przed spoczynkiem. Vaquerowie doszli wraz z Ungerem do konia. Zwierzę leżało skrępowane grubemi powrozami, z kagańcem na pysku. Oczy miało nabiegłe krwią. Każda żyła była spuchnięta, z pyska toczyła się piana. — Ależ to grzech tak dręczyć konia! — zawołał Unger. — Trudno, co robić, — odpowiedział vaquero flegmatycznie. — Poprostu niszczenie zwierząt! Tego nie można tolerować. W ten sposób można zgubić najbardziej rasowego konia! Na te słowa goryczy, wypowiedziane w gniewie, stanął przed Ungerem don Pedro wraz z dziewczętami. — Skąd to uniesienie? — zapytał. — Żal mi konia, którego zamęczacie! — Niech zginie, jeśli nie chce słuchać. — Nauczy się słuchać, ale nie na tej drodze. — Wyczerpałem wszystkie środki. — Dajcie mu dobrego . — Nie poskutkuje! — Czy mogę spróbować? — Nie! Unger popatrzył ze zdumieniem: — Dlaczegóż to? — Dlatego, że zbyt mi drogie pańskie życie. — Ależ, płonna obawa! Nie mogę na to patrzeć! — Więc zgadza się pan, bym dosiadł tego konia? Emma zwróciła się do ojca: — Ojcze, nie pozwól sennorowi. Koń jest niepewny, niebezpieczny! Unger obrzucił ją spojrzeniem szczęścia. Cieszył go ten lęk o niego. Odparł jednak poważnie: — Niechże mnie pani nie obraża, sennorita. Zapewniam panią, że się nie boję tego czarnego djabła. — Przecież sennor nie zna go jeszcze — rzekł Arbellez. — Powiadają tu ludzie, że może tylko Itinti-ka, Piorunowy Grot, dałby mu radę. — Czy zna pan tego Itinti-ka? — Nie, ale jest to podobno jeden z najlepszych jeźdźców świata. — Sennor! Obstaję przy swojej prośbie. — Cóż robić, muszę się zgodzić, bo jest pan moim gościem. Żal mi pana tylko. Emma zeskoczyła z konia, podeszła do Ungera i, wyciągając do niego rękę, rzekła: — Sennor Unger, czy dla mnie nie zrezygnowałby pan ze swego szalonego zamiaru? Tak się obawiam o pana! — Niech mi pani powie szczerze, czy nie byłoby to dla mnie hańbą ustąpić teraz? Sądzonoby, że się przestraszyłem. Pochyliła głowę, czuła bowiem, że Unger ma słuszność. Zapytała tylko cichutko: — Odważy się pan?... — Nie trzeba na to specjalnej odwagi. — A więc, szczęść Boże! Unger podszedł do ogiera, odsuwając pastuchów, którzy chcieli mu pomóc w zdejmowaniu więzów. Zwierzę wiło się jeszcze ciągle na ziemi, parskając i jęcząc. Unger ściągnął mu kaganiec z pyska i nożem przeciął więzy, krępujące tylne nogi; później przednie. Kiedy rumak powstał, strzelec raptem wskoczył mu na grzbiet. Rozpoczęła się walka między jeźdźcem a koniem, jakiej nikt z widzów tej sceny nie widział jeszcze dotąd. Ogier stanął dęba, skoczył wbok, kąsał i wierzgał na wszystkie strony, rzucił się wkońcu na ziemię, tarzał po niej przez chwilę, i znowu podniósł się na równe nogi; jeździec siedział cały czas jak ulany. Były to z początku zapasy zręczności człowieka z niesamowitym żywiołem zwierzęcia, które później zmieniły się w walkę muskułów ludzkich z siłą bestji. Koń oblany był pianą; nie parskał już, tylko jęczał; borykał się ze swym pogromcą, ale żelazny jeździec nie ustępował. Trzymał karosza w uścisku swych stalowych nóg — koń nie mógł wprost chwycić oddechu. Jeszcze wspiął się, stanął dęba, wreszcie ruszył galopem przez kamienie, rowy i krzaki. Po kilkudziesięciu sekundach jeździec wraz z koniem zniknęli z oczu zdumionych widzów. — Do krócset, czegoś podobnego w życiu nie widziałem! — rzekł Arbellez. — Złamie kark z pewnością — wtrącił któryś z vaquerów. — Ale, co mówisz! Już zwyciężył! — A tak się bałam — wyznała Emma. — Ale teraz wierzę, że niebezpieczeństwo minęło. Nieprawda, ojcze? — Możesz być zupełnie spokojna. Kto tak siedzi w siodle i taką ma siłę, ten już nie da się zrzucić! Miałem wrażenie, że to djabeł walczy przeciw djabłu. Sam Itinti-ka nie pojechałby lepiej. Wtedy zbliżył się Bawole Czoło i powiedział: — Tak jest, sam Itinti-ka nie pojechałby lepiej, choćby dlatego, że Unger jest nim właśnie! — Co takiego? Więc to on jest Piorunowym Grotem? — Tak jest. Zapytajcie wodza Apaczów! Arbellez obrzucił Indjanina pytającem spojrzeniem. — To prawda — odpowiedział Apacz. — No, gdybym o tem wiedział, nie bałbym się tak o niego! — rzekł don Pedro. — Miałem wrażenie, że ja sam dosiadam tej bestji. W oczach Emmy zapłonęły błyski szczęścia. Wszyscy czekali w skupieniu. Po upływie jakiegoś kwadransu Unger wrócił. Koń szedł, jakby złamany; jeździec siedział w siodle z uśmiechem na ustach. Emma podeszła do Ungera: — Dziękuję, sennor! Inny zdziwiłby się może i spytał: — co? — on jednak zrozumiał i uśmiechnął się zadowolony. — No, sennor Arbellez! — zwrócił się do starca — czy istotnie nie można było sobie poradzić bez Itinti-ka? — Oczywiście, że nie można było! Przecież sennor nim jesteś. — A więc wykryła się tajemnica! — rzekł Unger wesoło. — I skończyło się incognito Księcia Sawany! — dodała Emma. Otaczający wydawali okrzyki uznania, ale on poprosił o milczenie i rzekł: — Nie skończyłem jeszcze. Czy mogę jechać razem z panem, don Pedro? — A koń nie zanadto wyczerpany? — To nie szkodzi! — A więc dobrze. Przybyli przed dom przez pastwiska, na których pasły się setki koni, wołów, owiec i kóz. Unger uwiązał swego „djabła” przy płocie. — Gdy Indjanka Karja, idąc do siebie, mijała korytarz, drzwi pokoju hrabiego otworzyły się nagle i stanął w nich Alfonso. — Karja, czy będę mógł dziś pomówić z tobą? — Kiedy? — zapytała. — Dwie godziny przed północą. — Gdzie? — Na dole, przy drzewach oliwnych, nad strumieniem. — Dobrze, przyjdę! O dziesiątej hrabia zjawił się w oznaczonem miejscu. Po chwili przyszła i Karja. Była bardziej milcząca, niż zazwyczaj. — Co się stało, Karja? Czy mnie już nie kochasz? — Ależ kocham cię, choć właściwie nie powinnam! Czy nie cieszysz się wcale, że zostałam uratowana? — Ah, cóż znowu? — Dlaczegóż w takim razie obraziłeś moich wybawców? — Miejsce ich na pastwiskach, w prerjach, nie tutaj! Indjanka odpowiedziała: — Nie jesteś szlachetny, don Alfonso! — Nienawidzę tylko wszystkiego, co wstrętne! — Czy Piorunowy Grot jest wstrętny? — Piorunowy Grot? Ten wspaniały jeździec i scout? Przecież nie widziałem go nigdy w życiu. — Ależ owszem! Piorunowy Grot — to Unger. — Do djaska! Teraz rozumiem jego wyzwanie! — Czy będziesz się z nim bił? — Ani mi się śni! To przeciwnik niegodny Indjanka, w obawie o życie hrabiego, rzekła: — Może postępujesz słusznie. Byłbyś zgubiony. Nie jest to przyjemne usłyszeć z ust ukochanej, że innego uważa za dzielniejszego. Hrabia odpowiedział więc: — Jesteś w błędzie! Czy widziałaś kiedy, jak strzelam, jak się fechtuję? — Nie. — W takim razie trudno ci sądzić. Rycerz, hrabia, musi przecież stać w tych sprawach wyżej od zwykłego westmana! Poznasz mnie dopiero wtedy, gdy zaszczycę cię tytułem swej małżonki! — Boję się, że to nigdy nie nastąpi. A tak chciałabym ci wierzyć. Kocham cię! — Nie bój się, kochana; wszystko zależy tylko od ciebie. Pamiętasz o warunku, który ci postawiłem? — Twardy i nieubłagany, bo wymaga, abym złamała przysięgę, abym zdradziła swój naród. — Przysięga nie powinna cię wiązać, wszak dałaś ją jako dziecko; naród twój nie jest już narodem. Jeżeli mnie kochasz, jeżeli chcesz zostać moją żoną, mój naród powinien stać się twoim. Przyjechałem, by się przekonać o twojej miłości. Jeżeli tym razem nie zdecydujesz się, powrócę do Hiszpanji i nigdy się już nie zobaczymy! — Jesteś okrutny! — Nie; jestem tylko ostrożny. Serce bowiem, które nie umie zdobyć się na ofiarę, nie zna prawdziwej miłości! — Ależ — zawołała Karja, rzucając mu się na szyję, — kocham cię nieskończenie, wierzaj mi! — Daj mi dowód! Potrzebujemy skarbów z groty królewskiej, aby dać ojczyźnie nowego władcę. Pierwszym jego czynem będzie podniesienie ciebie do stanu szlacheckiego, byś mogła zostać hrabiną de Rodriganda. — Wierzę ci! — Nigdy nie powiesz memu bratu, że to ja zdradziłam tajemnicę skarbu? — Nigdy! Nie dowie się nawet, kto wziął skarb. Alfonso czuł, że Indjanka zaczęła ulegać. Przepełniała go radość. Udając miłość, aby wydrzeć tajemnicę, byłby przyrzekł Karji wszystko, byle zmusić ją do mówienia. — Dobrze więc; dowiesz się, gdzie leży skarb królewski. Ale pod warunkiem, że zdradzę ci tajemnicę dopiero w dzień naszych zaręczyn. — To niemożliwe — odparł, niezadowolony. — Szlachectwo możesz otrzymać dopiero po odkryciu skarbu; prędzej, według ustaw naszego kraju, nie mogą nastąpić nasze zaręczyny. — Czy to prawda? — zapytała. Alfonso objął ją ramieniem i ucałował. — Najszczersza prawda, wierzaj mi, droga Karjo! Wiesz przecie, że żyć bez ciebie nie mogę. Jesteś wprawdzie córką książęcą, ale według praw hiszpańskich nie wystarczy to do szlachectwa. Sercu memu jesteś droga i godna herbu, ale świat inaczej na to patrzy. Więc mi nie chcesz zaufać, najdroższa? — Dobrze, dowiesz się o wszystkiem! — odrzekła Karja. — Ale na jeden warunek musisz się zgodzić. Daj mi pismo, w którem przyrzekasz, że po wydaniu tajemnicy skarbu weźmiesz mnie za żonę. Warunek ten był hrabiemu bardzo nie na rękę, ale czy warto teraz, gdy cel tak bliski, odmawiać takiej drobnostki? Dlatego odrzekł: — Ależ owszem, moja droga. Odpowiada to zupełnie memu własnemu życzeniu. Więc powiedz, gdzie są skarby? — Najpierw pismo, drogi Alfonso! — Dobrze! Przygotuję je na jutro, na południe. — I zaopatrzysz swoją pieczęcią? — Tak. — W takim razie wieczorem powiem ci, w którem miejscu skarb jest ukryty. — Dlaczego dopiero wieczorem? — Muszę uważać, aby Emma lub któryś ze służących nie domyślili się czego. — Więc przyjdziesz do mnie? — Ja do ciebie? — zapytała z wahaniem. — Czy się lękasz? — Nie! Przyjdę. Alfonso jeszcze raz ucałował Karję, choć nie miał do pieszczot najmniejszej ochoty. Posiadał wprawdzie serce szerokie jak austerja, ale nie czuł upodobania do Indjanek. — Podczas tej rozmowy Alfonsa z Karją, prowadzonej w gaju oliwnym, Unger odprowadzał wodza Tecalto w kierunku prerji. Pożegnawszy się z nim, nie wracał jeszcze do domu, tylko, spragniony ciszy, wszedł do ogrodu. Tu usiadł u stóp , przyglądając się grze wody. Po chwili usłyszał kroki. Przed fontanną stanęła postać kobieca. Poznał Emmę. I ona go zobaczyła. — Jeżeli przeszkadzam, odejdę zaraz — rzekł Unger. — Myślałam, że pan już śpi, — odparła. — Pokój jest mi za ciasny, za duszny; trzeba się długo przyzwyczajać, by zasnąć w zamkniętej przestrzeni. — I ja odczuwałam to samo; dlatego też przyszłam tutaj. — Niechże pani swobodnie rozkoszuje się wonią ogrodu. Dobranoc, sennorita! Chciał odejść, ale ujęła go za rękę i zatrzymała: — Niech pan zostanie. Bóg dał nam dosyć powietrza, zapachów i gwiazd, byśmy oboje mogli z nich korzystać. Nie przeszkadzasz mi, sennor! Usłuchał i usiadł obok, nad fontanną. — Wódz Miksteków, Bawole Czoło, leżał przy ogrodowym parkanie. Patrzył melancholijnie w gwiazdy, myślał o światach wiecznych, w których krążą setki słońc, czczonych niegdyś przez jego królewskich przodków. Zatopiony w marzeniach, miał jednak ucho czułe na każdy szmer. Po chwili usłyszał w ogrodzie ciche kroki, rozmowę prowadzoną przytłumionym głosem. Wiedział o tem, że hrabia widuje się z Karją, wiedział, że Hiszpan nie jest jej obojętny. Obudziła się w nim niechęć do hrabiego. Od godziny niema ani Karji, ani Rodrigandy w domu. Czyżby mieli schadzkę w ogrodzie? Musi to sprawdzić dla dobra jej i swego! Podniósł się cicho i ze zwinnością pantery przesadził płot. W ogrodzie położył się na ziemi i czołgał tak cicho, że nawet Unger nic nie słyszał. Wkońcu się w okolicę fontanny, tak, że mógł słyszeć każde słowo. — Powinnam właściwie gniewać się na pana — mówiła Emma. — Tak się niepokoić musiałam z powodu sennora! — Zupełnie bez potrzeby. Nie takie konie zdarzało mi się ujarzmiać. Zresztą, czarny djabeł tak się uspokoił, że może go dosiąść nawet kobieta. — Jeden dobry rezultat dała ta impreza — odkryła pańskie incognito. — A jednak właśnie dlatego, że go używałem, że uważano mnie za zwykłego, przeciętnego myśliwca, nieraz udawało mi się osiągnąć wielkie korzyści. — Ale mnie mogłeś sennor chyba zdradzić swe incognito! Znam przecież o wiele większą pańską tajemnicę. — Ah, chyba nigdy nie poznam tajemnicy skarbu królewskiego, jakkolwiek mam wrażenie, że jestem bardzo blisko niego. — Z czegóż pan to wnosi? — Z rysunku gór, z biegu wód. Okolica, przez którą jechaliśmy bezpośrednio przed przybyciem tutaj, zgadza się z fragmentem mojej mapy. — A więc ma pan punkt oparcia. Można szukać! — Waham się. Mam wątpliwości, czy przysługuje mi prawo. — Ależ cóż znowu! Nie przeceniam wartości złota, lecz posiadanie jego daje podobno coś, za czem tysiące tęsknią nadaremnie. Trzeba szukać, koniecznie. — Tak; moc złota jest jednak olbrzymia... W ojczyźnie mam brata — biedaka, uszczęśliwiłbym go nim. Ale kto ma prawo do skarbu? — Chyba potomkowie tych, którzy go ukryli. — Nie wie sennor, od kogo pochodzi mapa? — Od pewnego Indjanina, jak już pani mówiłem. Był ranny, umarł, zanim zdążył objaśnić mnie co do niej ustnie. — Niema na mapie żadnego imienia, żadnego nazwiska? — Nie. W jednym rogu znajduje się znak tajemniczy, którego nie rozumiem. — Tak, będę szukał. Ale jeżeli znajdę skarb, nie dotknę go, tylko postaram się oddać tym, do których należy według prawa. Jeżeli nie znajdę ich — wtedy zobaczymy! — Jest pan człowiekiem honoru — rzekła Meksykanka. — Nienawidzę wszystkiego, co nieuczciwe. — A więc brat pański jest biedny? — Tak! Żegluje po morzach, żyje z pracy rąk, na którą jest skazany. A ja mam maleńką tylko sumkę, którą udało mi się zdobyć w swoich licznych przygodach. — Ma pan więcej, o wiele więcej. Piorunowy Grot ma inne skarby... — Tak, bywają inne. Bywają takie, dla zdobycia których nieustraszony Itinti-ka oddałby wszystko, wszystko! — Cóż to za skarb? — Czy można go nazwać? — zapytał cicho. W głosie jego zadrgała nuta niepokoju, która nie uszła uwagi Emmy. Rzekła krótko: — Słucham. — To pani, sennorita, tylko pani! — wyszeptał, biorąc ją za rękę. — Czy wierzy mi pani? — Tak, wierzę — odpowiedziała prosto, serdecznie i szczerze. — I ja jestem zdania, że serce człowieka jest więcej warte od wszystkich bogactw świata! Znam nawet taki skarb. Przeczuwając radosną prawdę, zapytał: — Cóż to za skarb, sennorita? — Pan nim jest, — nie, ty jesteś nim, Antonio! Po tych słowach objęła go ramieniem, położyła głowę na jego piersiach. — Czy to prawda? Czy to możliwe? — Tak. Podziwiałam cię od chwili, gdy przeciąłeś więzy, któremi byłam skrępowana; pokochałam od chwili, gdy spojrzałam w twe dobre, czyste, wierne oczy. Jestem twoja, ty mój mocny, dobry, ukochany Antonio; chcę żyć tylko dla ciebie! Unger wyszeptał: — Boże, wielki Boże! Za wiele szczęścia dla biednego myśliwca! Usta ich zeszły się w długim pocałunku, w czasie którego nie słyszeli oczywiście, jak Bawole Czoło przyczołgawszy się do płotu, przesadził go zpowrotem, by udać się na spoczynek. Unger nie zdążył jeszcze wstać rano z posłania, a już gościnny gospodarz witał go życzeniem dobrego dnia: — Przychodzę, po prawdzie, z pewną prośbą — rozpoczął don Pedro. — Spełnię ją, o ile tylko będzie w mojej mocy. — Mam nadzieję, że uda się to panu. Podróżując po prerjach, nie jest sennor w stanie doglądać swego ekwipunku. A ja mam tu wszystkiego nadmiar. Czy nie zechciałby więc pan kupić u mnie nieco bielizny i jakiejś odzieży? Unger rozumiał doskonale, o co chodzi gościnnemu gospodarzowi, ale nie chciał go obrażać. Wytarte ubranie myśliwskie istotnie wyglądało nędznie. Więc odrzekł po krótkim namyśle: — Owszem, przyjmuję pańską propozycję, ale ceny nie mogą być wygórowane, bom, szczerze mówiąc, goły jak bizon. — No, no. W każdym razie muszę coś zarobić. Ale nie ma sennor potrzeby płacić zaraz, mogę poczekać. Chodźmy, wybierze pan coś sobie. Gdy w godzinę potem Unger stanął przed lustrem, wydało mu się w pierwszej chwili, że widzi obcego człowieka. Miał na sobie spodnie meksykańskie, obszyte złotem, lekkie półbuty z olbrzymiemi ostrogami, śnieżnobiałą koszulę; na niej krótką kurtkę, przybraną złotem i srebrnemi monetami. Głowę zdobił sombrero o szerokich kresach, biodra przewiązywał szal z najdelikatniejszej chińskiej materji. Włosy miał przystrzyżone, brodę starannie podgoloną. Gdy udał się na śniadanie, w jadalni zastał już Emmę. Zarumieniła się na widok zmian, jakie w nim zaszły. Karja dopiero teraz zwróciła uwagę, jak wspaniałym mężczyzną był Unger. Może w myślach zestawiała go ze swoim ukochanym. Obydwaj Indjanie — Bawole Czoło i Niedźwiedzie Serce — zachowali się oczywiście tak, jakgdyby żadnej zmiany nie spostrzegli. Hrabia Alfonso zato szalał z gniewu. Nikt nie chciał wdawać się z nim w rozmowę, a musiał słuchać, jak czule gawędziła Emma z Ungerem. Zgrzytał zębami, w duchu przysięgając przybyszowi zemstę. Po śniadaniu Emma zatrzymała Ungera i ojca. Myśliwiec ani przeczuwał, o co chodzi. Gdy zostali we troje, Emma otoczyła ojca ramieniem i rzekła: — Zastanawialiśmy się wczoraj, jak się wywdzięczyć sennorowi Ungerowi za jego dobrodziejstwa, nieprawdaż? — Tak — odpowiedział don Pedro — ale, niestety, nic nam nie przyszło do głowy. — A ja już wiem! Chcesz, bym i tobie powiedziała? — Naturalnie! Zbliżyła się do Ungera i pocałowała go. — Oto nagroda. Mam wrażenie, że jest jej godny! Łzy radości zabłysły w oczach don Pedra. — A czy sennor Unger rad z tego? — Jestem tak szczęśliwa, gdyż kocha mnie, — rzekła Emma. — Wyznał ci to sennor? — Tak! — Kiedyż? — Wczoraj wieczorem. W ogrodzie. Pocóż masz wiedzieć wszystko, ojcze! Czy ci to nie wystarcza, że jestem szczęśliwa? — I dla mnie to szczęście! Więc naprawdę chce pan zostać synem starego, skromnego dzierżawcy? — Z całego serca — odrzekł Unger. — Nie wiem tylko, czy zechce mię sennor przyjąć, wszak jestem ubogi jak mysz kościelna. — Zato ja nie jestem biedakiem, więc jakoś damy sobie radę. Pójdźcie tu do mnie, moje dzieci, niech was uściskam. Niech dzień ten będzie wigilją dni jasnych i szczęśliwych! Długo trwali w objęciach, aż otworzyły się drzwi i stanął w nich hrabia. — Gwałtownie zaskoczony, zorjentował się jednak szybko; gniew nim już miotał. — Mam wrażenie, że przeszkadzam! — zasyczał. — Ależ, broń Boże! Właśnie mamy święcić zaręczyny Emmy z sennorem Ungerem. — Życzę wiele szczęścia! Wyrzuciwszy te słowa w najwyższej pasji, hrabia się cofnął. Arbellez zwołał służbę i oświadczył jej, że dzień dzisiejszy uważa za święto, gdyż obchodzić się będzie zaręczyny jego córki z Ungerem. Wkrótce cała hacjenda rozbrzmiewała od radosnych okrzyków vaquerów i Indjan w służbie Arbelleza. Szczerze bowiem byli oddani swym gospodarzom. Gdy Unger znalazł się na pastwisku, przystąpił do niego wódz Miksteków: — Jesteś dzielnym człowiekiem! Pokonałeś wroga i zdobyłeś najpiękniejszą squaw w tym kraju. Niech cię Wahkonda błogosławi! Tego ci życzy twój brat. — Tak, to szczęście niezwykłe! Jakkolwiek jestem jedynie ubogim myśliwcem, padł na mnie uśmiech szczęścia. — Mylisz się; nietylko szczęśliwcem byłeś, ale również bogaczem! — No tak, bogaczem — zaśmiał się Unger wesoło. — Mieszkałem w lesie, a gwiazdy były mi okryciem! — Nie; byłeś bogaczem, bo miałeś klucz do tajemnicy królewskiego skarbu. — Skąd wiesz o tem? — zapytał Unger w najwyższem zdumeniu. — Wiem. Czy mogę zobaczyć tę mapę? — Możesz. — Zaraz? — Chodź ze mną! Unger zaprowadził Indjanina do swego pokoju, aby pokazać mapę. Tecalto spojrzał na jeden z jej rogów i rzekł: — Tak, to ta sama! Ma znak Toksertesa, który był ojcem mego ojca. Musiał opuścić kraj i nigdy doń już nie wrócił. Czy chcesz zobaczyć grotę, w której ukryty jest skarb królewski? — Możesz mnie do niej zaprowadzić? — Tak! — Do kogo należy skarb? — Do mnie i do siostry mojej, Karji. Myśmy jedyni potomkowie królów Miksteków. Bądź dziś o północy gotowy. Drogę tę można odbywać tylko nocą. Nikt nie powinien o tem wiedzieć. Tylko tej, której oddałeś swe serce, możesz zwierzyć tajemnicę. Bo ona jedyna wie, że poszukujesz skarbu! — Lecz skąd ty wiesz o tem? — Słyszałem całą waszą wczorajszą rozmowę, prowadzoną w ogrodzie. Słyszałem, jak się wahałeś, jak chciałeś zaniechać poszukiwania skarbu. Jesteś uczciwy, a rzadka to cecha u białych. Dlatego też danem ci będzie skarb królewski zobaczyć. — W godzinę potem, gdy wszyscy przy obiedzie toczyli w jadalni towarzyską rozmowę, Karja weszła na palcach do pokoju hrabiego. — Czy pismo gotowe? — zapytała. — Umiesz czytać? — Umiem! — rzekła wyniośle. — Oto je masz! Alfonso wręczył Karji arkusz papieru, na którym wypisane było, co następuje:

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…