Read here

Świat w letargu

Arthur Conan Doyle · 1926 · Free in the US

46,273 words · about 3 h 14 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1926 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Świat_w_letargu&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1926
Length
46,273 words · about 3 h 14 min
Sections
8 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (8)

Continue:

Opowieść o nowej przygodzie profesora Challengera, lorda Roxtona, profesora Summerlee i Edwarda Malone

ARTUR CONAN DOYLE

ŚWIAT W LETARGU

(THE POISON BELT)

Opowieść o nowej przygodzie profesora Challengera, lorda Roxtona, profesora Summerlee i Edwarda Malone.

Tłomaczenie autoryzowane

SKŁAD GŁÓWNY W WARSZAWIE

W STOWARZYSZENIU PRACOWNIKÓW KSIĘGARSKICH

Spółka z o. o.

Druk Zakł. Druk. W. Piekarniaka, Ordynacka 3, tel. 44-59.

Spis rozdziałów:

I • II • III • IV • V • VI

Opowieść o nowej przygodzie profesora Challengera, lorda Roxtona, profesora Summerlee i Edwarda Malone

ARTUR CONAN DOYLE

ŚWIAT W LETARGU

(THE POISON BELT)

Opowieść o nowej przygodzie profesora Challengera, lorda Roxtona, profesora Summerlee i Edwarda Malone.

Tłomaczenie autoryzowane

SKŁAD GŁÓWNY W WARSZAWIE

W STOWARZYSZENIU PRACOWNIKÓW KSIĘGARSKICH

Spółka z o. o.

Druk Zakł. Druk. W. Piekarniaka, Ordynacka 3, tel. 44-59.

ROZDZIAŁ I.

Spieszę przelać na papier historję naszych niezwykłych przygód, zanim czas zatrze w mej pamięci ich wszystkie szczegóły; nawet w tej chwili, zastanawiając się nad przeszłością, nie mogę obronić się zdumieniu, że właśnie profesor Challenger, profesor Summerlee, lord Roxton i ja — to jest uczestnicy wyprawy do Zaginionego Świata — byliśmy znów świadkami tak niezwykłych zdarzeń. Nie przypuszczałem nawet, gdym przed kilku laty nadsyłał „Gazecie Codziennej“ sprawozdania z naszej epokowej wyprawy do Południowej Ameryki, iż przypadnie mi w udziale opisywać przeżycia jeszcze bardziej niezwykłe, fakty jedyne w dziejach ludzkości, górujące nad biegiem codziennych zdarzeń jak niebotyczne wierzchołki nad roztaczającą się u stóp ich równiną. To żeśmy w trakcie tego niezwykłego zdarzenia znaleźli się razem sta- ło się w sposób zupełnie zwykły, a nawet nieunikniony. Fakta poprzedzające to zdarzenie opiszę krótko i jasno, gdyż zdaję sobie sprawę, że opowiadanie moje, im bardziej będzie wyczerpujące, tem cenniejsze stanie się dla czytelników, których ciekawość była i jest nienasyconą. Otóż w piątek, dnia 27 sierpnia — (pamiętna to data w dziejach ludzkości) udałem się do gabinetu pana Mc Ardle, stałego szefa naszej redakcji, i poprosiłem go o trzydniowy urlop. Poczciwy, stary Szkot, pokiwał głową, podrapał się w rzadkie kępki rudawych włosów i wreszcie wyraził słowy swe zakłopotanie. — Myślałem, panie Malone, że będzie pan mógł oddać nam wielkie usługi w tych dniach właśnie. Zachodzi tu sprawa, którą pan jeden tylko zdoła pokierować należycie. — Bardzo mi to nie na rękę — rzekłem, starając się ukryć rozczarowanie — oczywiście skoro jestem potrzebny, to kwestja jest wyczerpana. Ale miałem doprawdy pilne, osobiste sprawy, to też, gdyby pan mógł obejść się bezemnie... — Nie wyobrażam sobie, jak się obejdę. Trzeba było pogodzić się z tą przykrością; ostatecznie sam ją sobie zawdzięczałem, gdyż powinienem był wiedzieć, że prawdziwy dziennikarz nie jest nigdy panem swego czasu. — Nie będziemy już więc poruszali tej sprawy — rzekłem z całą pogodą, na jaką mogłem się zdobyć — cóż za robotę chciał mi pan powierzyć? — Wywiad z tym piekielnikiem w Rotherfield. — Czy pan ma na myśli profesora Challengera? — zawołałem. — Jego właśnie. W zeszłym tygodniu porwał młodego Simpsena, z „Kurjera“, za kołnierz i spodnie i jednym uderzeniem wypchnął go o jaką milę za drzwi swego domu. Prawdopodobnie czytał pan o tym w gazetach; dość, że wszyscy reporterzy woleliby raczej mieć do czynienia z aligatorem, wypuszczonym z zoologicznego ogrodu, niż z tym człowiekiem. Ale z panem rzecz przedstawia się inaczej — jesteście przecież w przyjaźni. — To rozwiązuje wszystkie trudności — zawołałem ucieszony — prosiłem pana o urlop, panie redaktorze, aby odwiedzić profesora Challengera w Rotherfield; w tych dniach przypada właśnie rocznica naszej słynnej wyprawy z przed trzech lat, i chcąc uczcić ten dzień, profesor Challenger zaprosił nas wszystkich na wieś do siebie. — Kapitalne! — wykrzyknął Mc Ardle, pocierając ręce, a oczy jego błyszczały zza szkieł okularów — będzie go więc pan mógł wybadać. Oczywiście gdyby chodziło o kogo innego uważałbym całą sprawę za nonsens, ale profesor dowiódł nam już raz, że wie co mówi, i kto zaręczy, czy nie dowiedzie tego powtórnie! — Ale co do czego mam go wybadać? — spytałem — co on zrobił? — Nie czytał pan w dzisiejszym „Times“ jego listu o „Możliwościach Naukowych“? — Nie. Mc Ardle pochylił się i podniósł dziennik z podłogi. — Niech pan to przeczyta głośno — rzekł wskazując mi odnośną kolumnę — chciałbym to usłyszeć, gdyż nie jestem pewien, czym dokładnie zrozumiał treść. Oto list, który przeczytałem redaktorowi naszej „Gazety“.

„O możliwościach naukowych“

Szanowny Panie Redaktorze! — Niedorzeczny a zarozumiały list p. James Wilson Mac Phail’a, dotyczący się linji Frauenhofera w spectrum planet i gwiazd stałych, umieszczony niedawno na szpaltach Pańskiego pisma — serdecznie mnie ubawił (nie chcę bowiem wyrazić swych uczuć w ostrzejszy a bardziej niepochlebny sposób). Autor uważa wyżej wspomniane zjawisko za rzecz zupełnie bez znaczenia; dla osób o nieco głębszej inteli- gencji zjawisko to może mieć jednak wielkie znaczenie, — tak wielkie, iż może zagrażać istnieniu ludzkiemu na naszej planecie. Nie łudzę się, abym za pomocą naukowych terminów zdołał myśl moją wyłożyć tym, którzy czerpią swoje wiadomości ze szpalt dzienników, to też postaram się zniżyć się do ich poziomu umysłowego i zobrazować istniejący stan rzeczy drogą analogji, dostępnej zrozumieniu przeciętnego czytelnika“. — Toż to fenomen — żyjący fenomen! — przerwał Mc Ardle z przejęciem kiwając głowa — ten człowiek zdołałby rozwścieczyć gołębice i pokłócić kwakrów. Nic dziwnego, że jest znienawidzony w całym Londynie; a doprawdy szkoda, szkoda, panie Malone, gdyż jest to umysł niepospolity. No, ale posłuchajmy tej analogji. — „Przypuśćmy — czytałem dalej — że ktoś rzucił niewielki pęczek korków na fale Atlantyku; z dnia na dzień korki płynąć będą powoli wśród tych samych warunków i gdyby zdolne były do myślenia, uważałyby te warunki za wieczne i niewzruszone. My jednak, dzięki naszej wiedzy, rozumiemy jak wiele przygód zdarzyć się może tym korkom. Mogą zderzyć się ze statkiem lub ze śpiącym krokodylem, lub zaplątać się wśród morskich wodorostów. W każdym jednak wypadku podróż ich skończyłaby się na tem, że fale wyrzuciłyby je na skaliste brzegi Labradoru. Ale nie zdawałyby sobie wcale sprawy z sytuacji płynąc dzień po dniu przez bezbrzeżny w ich mniemaniu, wiecznie niezmienny ocean. Czytelnicy pańscy zrozumieją zapewne, że w przenośni tej Atlantyk wyobraża niezmierzoną przestrzeń eteru, która nas otacza, a pęczek korków — drobny system planetarny, do którego należymy. Jako trzeciorzędna planeta, ciągnąca za sobą ogon nic nieznaczących satelitów, płyniemy wśród niezmiennych warunków ku jakiemuś nieznanemu celowi, ku jakiejś potwornej katastrofie, która czyha na nas w nieznanych przestrzeniach jako Niagara eteru lub nieznane skały nowego Labradoru. Nie widzę tu nic, coby usprawiedliwiało płytki i prostacki optymizm Mr. James Wilson Mac Phail’a, ale natomiast widzę dużo powodów, przemawiających za pilnem i bacznem śledzeniem wszystkich zmian, które zachodzą w kosmicznych przestworzach, a od których zależy nasz los“. — Oho, to mi ministerjalna głowa! — zauważył Mc Ardle — jego wywody brzmią przekonywająco, ale dowiedzmyż się co go niepokoi. „Ogólne zacieranie się i zmiana linji Frauenhofera, wskazuje, zdaniem mojem, na znaczne zaburzenia kosmiczne o dziwnym i skomplikowanym charakterze. Światło planety jest odbiciem się pro- mieni słonecznych, blask gwiazdy jest natomiast światłem samoistnem. Otóż zarówno spectrum gwiazd, jak i spectrum planet zdradza te same zmiany, czyżby więc zmieniły się tak pierwsze jak i drugie? Przypuszczenie podobne uważam za absurd; cóż za jednakowe zmiany mogły w nich zajść jednocześnie? A więc może zmieniło się coś w otaczającej nas atmosferze? Jest to możliwe, lecz w najwyższym stopniu nieprawdopodobne, gdyż nie dało się to ani odczuć, ani wykryć za pomocą analizy chemicznej. Jakaż nam pozostaje jeszcze trzecia możliwość? Otóż zmianom mógł uledz eter, który jest subtelną nicią, łączącą gwiazdy w międzyplanetarnej przestrzeni, powłoką otulającą szczelnie cały wszechświat. Pogrążeni w jego bezmiarach płyniemy wśród nieznanych przestrzeni, i kto wie, czy nie wpadniemy w kręgi jakiegoś nowego eteru, o właściwościach zupełnie nam obcych? Coś się zmieniło. Zaburzenie spectrum jasno nam to wykazuje. Zmiana ta może być dodatnia, może być ujemna, może nie mieć żadnego znaczenia. Nie możemy nic przewidzieć. Powierzchowni obserwatorowie mogą traktować te zjawiska, jak coś niezasługującego na uwagę, ale człowiek obdarzony tak jak ja głęboką inteligencją i prawdziwie filozoficznym umysłem pojmie, że niepodobna przewidzieć przyszłości wszechświata, i że najmędrszym jest ten, który przygotowuje się na wszystko. Aby żywym przykładem poprzeć moje twierdzenie zapytuję, czy niewytłumaczona a nagła epidemja, o której donosi dzisiaj pański dziennik, a która szerzy się na Sumatrze, nie może być w związku z zaburzeniami kosmicznemi, dającemi się silniej odczuć wśród tamtejszej ludności, niż wśród bardziej psychicznie skomplikowanych mieszkańców Europy? Rzucam myśl, uważając, że uznawanie jej lub przeczenie w obecnych warunkach byłoby bezcelowe. Twierdzę jednak, że tylko zupełnie ograniczony umysł może ją uważać za przekraczającą granicę możliwości. Z poważaniem Jerzy Edward Challenger. Briars, Rotherfield.“ — Dobrze napisany, ciekawy list — rzekł poważnie Mc Ardle, wpychając papierosa do szklanej rurki, służącej mu za cygarniczkę. — Co pan myśli o tem panie ? Musiałem się przyznać do haniebnej nieznajomości poruszanego przedmiotu. Co to było za linja Frauenhofera? Mc Ardle przy pomocy uczonego, wchodzącego w skład naszej redakcji, przestudiował był właśnie te zagadnienia; to też wziął z biurka dwie kolorowe tablice, przywodzące na myśl kokardy jakiegoś bardzo młodocianego a pełnego wygórowanych nadziei klubu cricketowego, i wskazał mi ciemne linje, krzyżujące się na jaskrawych pasmach, które przechodziły stopniowo od barw pomarańczowych, po przez żółte, zielone, błękitne i indygo, aż do fioletowych i innych. — Te ciemne pasma — wyjaśnił — są to owe linje Frauenhofera. Kolorowe pasma oznaczają światło. Każdy promień przepuszczony przez pryzmat rozkłada się na te same kolory. Nie mają one w danym wypadku żadnego znaczenia, gdyż rozchodzi się właśnie o owe ciemne linje, które zmieniają się w zależności od tego, co jest przyczyną światła. Otóż te linje, dotychczas tak wyraźne poczęły się zacierać w ciągu ostatniego tygodnia, wywołując wśród astronomów kłótnie co do przyczyn tego zjawiska. Oto fotografja zatartych linji, przygotowana do jutrzejszego numeru. Dotychczas ogół wcale nie interesował się tą kwestią, ale mam wrażenie, że list Challengera podnieci ciekawość. — A cóż się dzieje na Sumatrze? — Zdawaćby się mogło, że niema najmniejszego związku miedzy zacieraniem się linji Frauenhofera w spectrum a chorobą, jaka wybuchła na Sumatrze. A jednak ten stary oryginał dowiódł nam już raz, że nie twierdzi niczego bezpodstawnie a epidemja, o której wspomina, nosi istotnie dziwne ce- chy; otrzymaliśmy też dzisiaj depeszę z Singapore, iż w cieśninie Sunda latarnie morskie są nieczynne i że wskutek tego dwa statki osiadły na mieliźnie. Tak czy owak chciałbym abyś pan wybadał Challengera, i o ile dowie się pan niech nam pan przygotuje artykuł na poniedziałek. Wychodziłem z gabinetu redaktora rozmyślając nad powierzoną mi misją, gdy nagle usłyszałem jak w poczekalni na dole wymawiano moje nazwisko. Był to posłaniec z depeszą, którego odesłano z mego mieszkania w Streatham do redakcji; depesza pochodziła właśnie od tego człowieka, o którymśmy mówili i brzmiała jak następuje: „Malone, 17, Hill , Streatham Proszę przywieźć tlenu — Challenger“. „Przywieźć tlenu!“ Znałem aż nadto dobrze ciężki dowcip profesora zarówno jak i jego niesamowite koncepty. Czyżby to był jeden z tych ulubionych żartów, wywołujących wybuchy hałaśliwej wesołości, podczas której oczy ginęły w twarzy profesora a on sam, nieczuły na wszystko co go otaczało, zamieniał się w otwarte ze śmiechu usta i olbrzymią trzęsącą się brodę? Odczytałem raz jeszcze depeszę, ale nie było w niej nic dwuznacznego, nic, coby zakrawało na kpiny. Przeciwnie zawierała polecenie aż nadto wyraźne, choć dosyć dziwaczne; ale profesor Challenger nie należał do ludzi, których polecenia pozwoliłbym sobie lekceważyć. Kto wie — rozważałem — czy nie chodzi tu o jakie doświadczenie chemiczne, lub może... Ale zastanowienie się nad przyczyną otrzymanego rozporządzenia nie należało bynajmniej do mnie; miałem go tylko wypełnić. Ponieważ pozostawała mi blisko godzina do odejścia pociągu, więc zawołałem taksometr i kazałem się wieść na Oxford street do Towarzystwa Dostawy Tlenu, którego adres wyszukałem w książce telefonicznej. Gdy, przybywszy na miejsce, wyskoczyłem z auta, na chodniku ukazało się dwóch służących, dźwigających żelazny cylinder, który nie bez trudu poczęli ładować na stojące w pogotowiu auto. Tuż za nimi szedł starszy jakiś pan, gderając i dając im wskazówki niemiłym, zgryźliwym tonem. Obrócił się ku mnie, i natychmiast z tych ostrych rysów i krótkiej koźlej bródki, poznałem mego dawnego, zawsze jednako uszczypliwego towarzysza, profesora Summerlee. — Co! — krzyknął — nie przypuszczałem, aby i pan otrzymał równie niedorzeczny telegram o tlen? Pokazałem mu moją depeszę. — No, no! I ja otrzymałem taką samą, i jak pan widzi zastosowałem się do niej, aczkolwiek bardzo niechętnie. Nasz przyjaciel jest niemożliwy jak zawsze. Zapotrzebowanie jego na tlen jest tak gwałtowne, że zamiast zamówić go w zwykły sposób, to jest wprost z zakładów, zabiera czas ludziom bardziej od siebie zajętym. Wyraziłem przypuszczenie, iż Challenger potrzebował tlenu bezzwłocznie. — Albo raczej zdawało mu się, iż go potrzebuje bezzwłocznie, a to całkiem co innego. Ale wobec zapasu, który ja nabyłem pan już nie potrzebuje kupować. — Zdaje się jednak, że Challenger dla jakichściś przyczyn życzy sobie abym i ja przyniósł z sobą tlen, i przyznam się panu, że wolę zastosować się do jego życzenia. I mimo gderliwych uwag Summerlee, kupiłem spory cylinder tlenu, który umieszczono w tym samym co i pierwszy aucie, gdyż Summerlee ofiarował się zabrać mnie z sobą na kolej. Gdym odszedł do mego auta aby zapłacić za kurs, szofer wdał się ze mną w sprzeczkę co do należnej mu sumy, a gdy wreszcie powróciłem do profesora Summerlee, zastałem żywą kłótnię między nim, a woźnymi, którzy wynosili ze sklepu tlen. Mała, koźla bródka profesora trzęsła się ze złości, jeden z woźnych nazwał go: „starą, głupią papugą“ co tak rozwścieczyło jego szofera, że wyskoczył z samochodu aby się ująć za swym panem, i zaledwie z trudnością udało się nam zażegnać bójkę na ulicy. Zdawaćby się mogło na pozór, że drobne te wypadki nie zasługują nawet na uwagę, ale dziś gdy spoglądam na nie wstecz, zdaję sobie sprawę, że łączą się z historją, którą chcę opisać. Wydało mi się, że szofer nasz albo był nowicjuszem, albo zdenerwował się niezwykle poprzedniem zajściem, gdyż przez całą drogę wiózł nas fatalnie. Dwukrotnie o małocośmy się nie zderzyli z innymi samochodami prowadzonymi równie nieuważnie i przypominam sobie, że zrobiłem uwagę, iż szoferzy londyńscy stają się coraz gorsi. Raz znów wpadliśmy na tłum przyglądający się jakiejś bójce na rogu Mall; mocno podnieceni, przechodnie poczęli nam wymyślać za niezdarną jazdę, a jakiś mężczyzna wskoczył mi stopień samochodu i wygrażał nam kijem. Zepchnąłem go oczywiście na jezdnie, ale obydwaj z profesorem odetchnęliśmy z ulgą gdyśmy wreszcie stanęli przed dworcem. Drobne te zajścia, następujące jedno po drugiem wytrąciły mnie z równowagi, a z nerwowych ruchów mego towarzysza wnioskowałem, że i jego cierpliwość jest już wyczerpana. Humor wrócił nam jednak gdyśmy ujrzeli na stacji wysoką, szczupłą sylwetkę lorda ubranego w bronzowy, sportowy garnitur. Czekał na nas, a jego wyraziste rysy i przenikliwie, a zarazem takie dobre oczy — rozjaśniły się radością na nasz widok. Siwizna przyprószyła nieco jego kasztanowate włosy, a czas wyżłobił swym dłutem głębsze brózdy na jego czole, był to jednak zawsze ten sam lord John, najmilszy towarzysz dawnych przygód. — Hallo, Herr Professor! Hallo, młodzieńcze! zawołał zbliżając się ku nam. Wybuchnął śmiechem ujrzawszy dwa cylindry tlenu na wózku naszego tragarza. — A więc i wyście kupili tego towaru! — zawołał — mój ładunek jest już w wagonie. Powiedzcie mi o co to chodzi naszemu poczciwcowi? — Czytał pan jego list w „Times“ co? spytałem. — Jaki list? — Głupstwa, banialuki! — ostro odezwał się Summerlee. — Moim zdaniem tlen ten jest w ścisłym związku z przypuszczeniami, wyrażonemi w liście — zaopinjowałem. — Głupstwa, banialuki! — powtórzył znów Summerlee z niczem nieusprawiedliwioną gwałtownością. Umieściliśmy się w międzyczasie w przedziale pierwszej klasy i Summerlee zdążył już zapalić swą odwieczną głogową fajeczkę, której dym zdawał się wędzić koniec jego długiego, zaczepnego nosa. — Mądry to człowiek z przyjaciela Challenger — zaczął mówić, silnie podniecony — niepodobna temu zaprzeczyć. Jedynie dureń mógłby tego nie uznawać. Dość spojrzeć na kapelusz Challengera, przykrywający sześćdziesiąt uncji mózgu — a mózg ten to potężna maszyna, działająca sprawnie i niezmiernie wydajnie. Pokażcie mi skład a powiem wam jakich rozmiarów może być maszyna. Ale właściciel jej jest urodzonym szarlatanem — mówiłem mu to w oczy przy świadkach, — urodzonym szarlatanem, rozmiłowanym w dramatycznych efektach. Spokojnie jakoś na świecie, więc oto przyjaciel Challenger daje znak życia; nie przypuszczacie chyba panowie aby sam wierzył w te bzdury o zmianach w eterze i o niebezpieczeństwie, grożącem ludzkości? W życiu nie słyszałem podobnych bredni! Siedział nastroszony, jak stary, siwy kruk i trząsł się ze złośliwego śmiechu. Oburzenie rosło we mnie w miarę słów Summerlee. Nie powinien był wyrażać się w ten sposób o człowieku, któremu wszyscy trzej zawdzię- czaliśmy sławę i taką sumę wrażeń i przeżyć jaką nie mógłby się poszczycić żaden ze współczesnych ludzi. Już otwierałem usta gotując się do jakiej gwałtownej repliki, gdy lord John mnie uprzedził. raz miał pan nieporozumienie z Challengerem — rzekł surowo — i został pan w jednym mgnieniu oka pobity, położony na obydwie łopatki. Nie panu z nim się mierzyć, profesorze Summerlee, i najlepiej pan zrobi nie wchodząc mu w drogę. — Przytem — zauważyłem — Challenger był nam zawsze oddanym przyjacielem. Mimo wszystkich swych wad jest to człowiek nieposzlakowanie prawy i jestem przekonany, że nigdy nie odzywa się niepochlebnie o swych przyjaciołach po za ich plecami. — Bardzo słusznie, młodzieńcze — poparł mnie lord Roxton, a po chwili zwracając się ku profesorowi Summerlee, przyjaźnie poklepał go po ramieniu i dodał: „no, Herr Professor, nie będziemy się chyba kłócili. Zbyt wiele przeżyliśmy razem, ale niech pan nie tyka Challengera, bo i ja i ten tu obecny młody człowiek, mamy formalną słabość do . Summerlee nie był nastrojony zgodnie. Twarz jego wyrażała żywe niezadowolenie, a gęste, z widoczną złością puszczane, kłęby dymu poczęły wydobywać się z jego fajeczki. — Co się tyczy pana, milordzie — zaskrzeczał — zdanie pańskie w kwestjach naukowych tyleż mnie obchodzi ile moje zdanie o jakiejś strzelbie nowego typu mogłoby obchodzić pana. Mam moje własne poglądy, których się nie wyrzeknę, a to żem się raz pomylił nie dowodzi bynajmniej abym miał bezkrytycznie wierzyć we wszelkie banialuki, jakie tylko Challengerowi podoba się głosić. A może go wzniesiemy do godności papieża nauki, którego dekrety, wydawane „ex cathedra“, są nieomylne i mają być przyjmowane z należytą pokorą przez biedną ludzkość? Powtarzam raz jeszcze, mój panie, że kieruję się moim własnym rozumem i, że uważałbym się za niewolnika i snoba gdybym postępował inaczej. Jeżeli się panu podoba wierzyć w te brednie o eterze i linjach Frauenhofera, może pan sobie wierzyć ale nie wymagaj pan od starszych i mądrzejszych od siebie aby podzielali ten śmieszny pogląd. Czyż nie jest jasnem zresztą, że gdyby eter uległ tym zmianom o jakich mówi Challenger i był istotnie szkodliwy dla ludzkiego zdrowia, to bylibyśmy przedewszystkiem skonstatowali to na samych sobie? — tutaj roześmiał się tryumfalnie wobec własnego argumentu — tak, mój łaskawco, uleglibyśmy ogromnemu psychicznemu wstrząśnieniu i zamiast siedzieć spokojnie w przedziale kolejowym, roztrząsając za- gadnienia naukowe, zdradzalibyśmy objawy zatrucia, działającego w naszym organiźmie. Ale gdzież pan widzi ślady owych zaburzeń kosmicznych? W czem? Proszę o odpowiedź. Tak, mój panie proszę o odpowiedź. Teraz mi pan nie ujdzie, przyprę pana do muru. Czułem się coraz bardzie] wzburzony; było coś niesłychanie irytującego w zachowaniu Summerlee. — Sądzę, że nie byłby pan taki arbitralny w swych twierdzeniach gdyby pan lepiej znał fakty — rzekłem. Summerlee wyjął z ust fajkę i utkwił we mnie surowe wejrzenie. — Zechce mi pan wytłomaczyć co pan miał na myśli czyniąc tą, dość arogancką, uwagę? — Miałem na myśli wiadomość jaką mi zakomunikował redaktor przed samym moim wyjazdem, a mianowicie: otrzymano telegram stwierdzający epidemję na Sumatrze i donoszący, iż latarnie morskie nie zostały zapalone w cieśninie Sunda. — Nie, doprawdy, ludzka głupota powinna mieć jakieś granice — krzyknął Summerlee, wpadając wprost we wściekłość — jeśli nawet przyjmiemy hypotezy Challengera, — to czyż pan nie rozumie, że eter jest wszechświatową substancją, zu- pełnie jednakową w każdym punkcie ziemi? Czy może pan myśli, że istnieje eter angielski i eter sumatrański? A może pan sobie wyobraża, że eter w hrabstwie Kent jest lepszy niż w hrabstwie Surrey, przez które właśnie teraz jedziemy? Doprawdy łatwowierność i nieuctwo przeciętnego człowieka jest bezgraniczne. Czyż można twierdzić, że eter na Sumatrze jest tak szkodliwy, że wywołuje masową chorobę podczas gdy tutaj nie odczuwamy żadnych tego skutków? Bo osobiście nie czułem się nigdy zdrowszym fizycznie ani bardziej zrównoważonym umysłowo jak w tej chwili. — Wszystko to być może — odparłem — nie myślę pretendować do miana uczonego, choć słyszałem kiedyś, że to co jedno pokolenie zwie nauką drugie zwie błędem. Ale wystarczy pewna doza zdrowego rozsądku aby zrozumieć, że eter, o którym wiemy w gruncie rzeczy tak mało, może dzięki lokalnym warunkom, uledz w pewnych częściach świata zmianom, które u nas dadzą się odczuć później. — Tem coby być „mogło“ wszystkiego pan dowiedzie — ze złością wrzasnął Summerlee. — Prosięta mogłyby fruwać. „Mogłyby“ — ale nie fruwają. Nie warto nawet dysputować z wami. Challenger nabił wam głowę nonsensami i żaden z was nie potrafi logicznie rozumować. Z równem powodzeniem mógłbym się zwracać do tych poduszek wagonowych. — Muszę stwierdzić, profesorze, że obejście pańskie uległo znacznej zmianie ku gorszemu od chwili naszego ostatniego spotkania — zauważył surowo lord John. — Wasze lordowskie Moście nie są przyzwyczajone do słuchania prawdy — zgryźliwie odparł Summerlee — jest wam trochę nieprzyjemnie gdy ktoś da wam uczuć, że bez względu na wszystkie swe tytuły jesteście poprostu nieukami. — Na honor, mój panie — wyniośle i ostro przemówił lord John — na honor, gdyby nie wiek pański, oduczyłbym pana od zwracania się do mnie w podobnie obraźliwy sposób. Summerlee wargi, trzęsąc swą koźlą bródką. — Pozwolę sobie zauważyć milordzie — rzekł — że nigdy w życiu, teraz czy też w młodości, nie bałem się wyrażać otwarcie mego zdania wobec takiego osła jak pan — tak, powtarzam, osła, choćby pan miał tyle tytułów, ile ich mogą wymyśleć niewolnicy a durnie uznać. Przez chwilę oczy lorda Johna błysnęły groźnie, ale niesłychanym wysiłkiem zapanował nad sobą i wsparłszy się o poduszki wagonu, skrzyżował ramiona i gorzko się uśmiechnął. Na mimie to całe zajście wywarło przygnębiające wrażenie; wspomnienia przeszłości stanęły żywo przedemną: nasza wzajemna przyjaźń, szczęśliwe, pełne przygód dnie, to wszystko cośmy wspólnie przecierpieli, o cośmy walczyli wspólnie i wspólnie zdobyli. I oto czem się to skończyło! Obrazą i kłótnią! Nagle rozpłakałem się; głośne szlochanie, którego nie mogłem ukryć i nad którem nie potrafiłem zapanować wyrwało się z mojej piersi. Towarzysze moi spojrzeli na mnie ze zdumieniem; zakryłem twarz dłońmi. — To nic, to drobnostka — rzekłem — tylko tak bardzo mi przykro. — Ależ pan jest chory, — rzekł lord John — panu coś dolega. Zauważyłem odrazu, że pan jest jakiś nieswój. — Przyzwyczajenia pańskie nie zmieniły się w ciągu tych trzech lat — zauważył Summerlee, trzęsąc głową — i ja również zauważyłem coś niesamowitego w pańskiem zachowaniu od pierwszej chwili spotkania. Ale niech się pan nie rozczula napróżno milordzie, te łzy są poprostu wynikiem alkoholu; nasz towarzysz spił się. Wracając do rzeczy milordzie nazwałem pana przed chwilą osłem co było nieco za ostre. Ale to mi przypomina pewną umiejętność, pospolitą lecz zabawną, którą niegdyś posiadałem. Znacie mnie obydwaj jako poważnego męża nauki, otóż czy możecie sobie wyobrazić że cieszyłem się kiedyś wśród dzieci wielkiem uznaniem jako naśladowca głosów rozmaitych zwierząt? Może mi się uda uprzyjemnić wam nieco tę podróż; czyby to naprzykład zabawiło pana, gdybym zapiał jak kogut? — Nie, panie — odparł lord John, który czuł się głęboko obrażonym — toby mnie wcale nie zabawiło. — Uważano ogólnie, że doskonale naśladuję gdakanie kury, która tylko co zniosła jajko. Czy chce pan abym to zademonstrował? — Nie, proszę pana, bynajmniej nie chcę. Mimo tak wyraźnej odmowy, profesor Summerlee odłożył fajkę i przez cały czas podróży zabawiał nas — lub raczej usiłował zabawić — naśladowaniem przeróżnych głosów ptasich i zwierzęcych, co wydało mi się tak absurdalne, że od łez przeszedłem do niepohamowanego śmiechu, i zanosiłem się niemal histerycznie, widząc przed sobą, a raczej słysząc, poważnego profesora piejącego jak kogut, lub skomlącego jak szczeniak, któremu przycięto ogon. W pewnej chwili lord John podał mi gazetę na brzegu której napisał ołówkiem: „biedny facet! zupełnie oszalał“. Rzeczywiście zachowanie się Summerlee było niepojęte, a jednak wydało mi się niesłychanie dowcipnem i zajmującem. Tymczasem lord John pochylił się ku mnie i począł mi opowiadać jakąś zawiłą historję o bawole i indyjskim radży; historję, która nie miała początku i zdawała się nie mieć końca. Profesor Summerlee zaczął właśnie świergotać jak kanarek, a lord John doszedł do kulminacyjnego punktu w swem opowiadaniu, gdy pociąg zatrzymał się na stacji w Jervis Brook, gdzie mieliśmy wysiąść, aby udać się do Rotherfield. Challenger czekał na nas; wyglądał wspaniale. Żaden paw na świecie nie mógłby mu dorównać w tej napuszonej godności, z jaką przechadzał się zwolna po stacyjce kolejowej, spoglądając wokoło z dobrotliwym, pełnym pobłażania uśmiechem. Jeżeli zmienił się w czemkolwiek w ciągu paru ubiegłych lat, to jedynie w tem, iż rysy jego stały się wyrazistsze, głowa jego, i czoło ze spadającym nań kędziorem ciemnych włosów zdawały się jeszcze większe niż dawniej. Czarna jego broda spływała na piersi jeszcze gęstszą kaskadą, a szare bystre oczy, ukryte pod ciężkimi powiekami były bardziej niż kiedykolwiek rozkazujące. Powitał mnie żartobliwym uściskiem ręki i tym łaskawym uśmiechem jakim obdarza nauczyciel małego smarkacza, poczem przywitawszy się z mymi towarzyszami, pomógł nam pozbierać walizki i cylindry z tlenem i umieścić się w wielkim samochodzie, prowadzonym przez Austina, tego samego niewzruszonego i mało mówiącego osobnika, którego oglądałem w charakterze kamerdynera, gdym poraz pierwszy odwiedził profesora. Droga nasza wiła się kręto pod górę, wśród okolicy. Zająłem miejsce obok szofera, trzej zaś moi towarzysze umieściwszy się w głębi samochodu, zdawali się mówić wszyscy jednocześnie. Lord John nie mógł, jak mi się zdawało, wybrnąć ze swej historji o bawołach, a raz po raz dobiegał mnie arbitralny bas Challengera i skrzekliwy Summerlee, pogrążonych już w jakiejś naukowej dyspucie. Nagle Austin pochylił ku mnie swą smagłą twarz i rzekł, nie odrywając oczu od kierownicy: — Pan mnie wydalił. — Istotnie? — zapytałem. Wszystko wydawało się dziwne w tym dniu; każdy mówił coś nieoczekiwanego. Był to jakby sen. — To już czterdziesty siódmy raz — ciągnął Austin w zamyśleniu. — No i kiedyż odchodzicie? zapytałem w braku lepszej uwagi. — Nie odchodzę wcale — odparł Austin. Zdawało się, że rozmowa na tem się urwie, ale po chwili Austin znów ją podjął. — Gdybym odszedł — zaczął — któżby miał staranie o nimi? — i tu uczynił głową ruch w stronę swego pana — ktoby mu służył? — Ktoś inny? — zauważyłem niezręcznie. — Wątpię. Niktby tu nie wytrzymał tygodnia. Pan bezemnie byłby jak zegar bez sprężyny. Mówię to panu bo pan jest przyjacielem mojego pana i powinien wiedzieć co się święci: Właściwie powinienbym go wziąć za słowo — ale nie mam serca. Pan i pani byliby tu jak niemowlęta w powijakach. Nie mogą obejść się bezemnie, aż tu masz, pan przychodzi i wydala mnie. — Czemu nikt inny nie wytrzymałby tu? spytałem... — Nie miałby nikt tej wyrozumiałości co ja. Mój pan jest bardzo mądry — ho, ho, aż za mądry. Ta mądrość to mu nawet szkodzi, tak że czasami nie ma tycia rozumu co małe dziecko. Czy pan wie naprzykład co zrobił dziś zrana? — Cóż zrobił? Austin pochylił się ku mnie. — Ugryzł służącą — zakomunikował mi chrypliwym szeptem. — Ugryzł? — Tak proszę pana, ugryzł ją w nogę. Na własne oczy widziałem jak wyleciała z pokoju niczem oparzona. — Wielki Boże! — Ho, ho, nie takby pan mówił, gdyby wiedział wszystko co się tu dzieje. Nasz pan nie przyjaźni się z nikim w okolicy. Niektórzy mówią, że najlepsze dla niego towarzystwo, to te małpy w dalekich krajach, co to pan o tem opisywał. Tak powiadają, proszę pana. Ale ja służę u pana już dziesięć lat, przywiązałem się do niego, i wiem, że mimo wszystko to mądry człowiek i że to wielki honor służyć u niego. Ale czasami trudno z nim wytrzymać. Proszę niech pan sam powie, czy to jest ta sławna, stara gościnność? Niech pan to przeczyta. Zwolniwszy biegu jechaliśmy pod dość stromą górę; na skręcie, przymocowana do gęstego żywopłota, widniała spora tablica, a na niej uderzały oko te kilka słów:

Ostrzeżenie! | Goście, dziennikarze i żebracy | nie są mile widziani. | J. E. Challenger.

— Oj, nie jest to gościnne — rzekł Austin, potrząsając głową i patrząc na opłakaną — nie można tak z ludźmi: Przepraszam pana za moją gadatliwość; od wielu lat nie mówiłem tak wiele, ale dzisiaj nie mogłem zapanować nad sobą. Żeby pan pękł ze złości to nie odejdę. Jestem jego służącym, on jest moim panem i tak już chyba pozostanie do śmierci. Minęliśmy biało malowaną bramę i wjechaliśmy w półokrągły zajazd wysadzany krzakami rododendronów; w głębi widniała jednopiętrowa, ładna willa, zbudowana z czerwonej cegły i biało — lakierowanego drzewa. Pani Challenger, drobna, zgrabna i wyszła na próg aby nas powitać. — Otóż kochanie — zawołał Challenger, wyskakując z auta — otóż i nasi goście. Prawdziwa to dla nas nowina mieć gości. Nie cieszymy się zbytnią sympatją wśród naszych sąsiadów, prawda? Gdyby nam mogli nasypać trucizny do pieczywa, uczyniliby to niezawodnie. — Ach, to okropne — rzekła profesorowa, napoły ze śmiechem a napoły ze łzami — Jerzy kłóci się ze wszystkimi. Nie mamy w okolicy ani jednej życzliwej duszy. — To mi daje możność skoncentrowania cał- kowitej mojej uwagi na zalety mojej nieporównanej żonki — rzekł Challenger obejmując krótkiem, muskularnem ramieniem smukłą kibić żony, co sprawiało wrażenie goryla zalecającego się do gazeli — no ale ci panowie muszą być znużeni podróżą a przytem i czas na śniadanie. Czy Sara wróciła? Gospodyni domu przecząco ruszyła głową, profesor zaś roześmiał się głośno i pogładził brodę zwykłym sobie, wyniosłym ruchem. — Hej Austin — zawołał — po umieszczeniu samochodu w garażu pomożecie pani nakryć do stołu. A teraz, moi panowie, może zechcecie wstąpić na chwilę do mego gabinetu, gdyż mam wam do powiedzenia parę nader ważnych rzeczy.

ROZDZIAŁ II.

Na progu śmierci.

Gdyśmy przechodzili przez sień rozległ się dzwonek telefonu i momowoli wysłuchaliśmy następujących słów Challengera. Używając liczby mnogiej mam na myśli siebie i dwuch pozostałych towarzyszy, ale właściwie nikt w stujardowym promieniu nie mógłby nie słyszeć tego tubalnego głosu, który rozlegał się echem po całym domu. Odpowiedzi jego utkwiły mi w pamięci. — Ależ tak, tak... oczywiście... to ja; ależ naturalnie profesor Challenger, ten sławny Challenger, któżby inny?... Ależ jasna rzecz, że wierzę w każde słowo, inaczej nie byłbym tego pisał.. o, nie zdziwiłoby mnie to wcale. Są wszelkie dane po temu.... za dzień lub dwa najdalej... no, mój panie ja już na to nic nie poradzę.... Oczywiście, że jest to bardzo przykre, ale niech się pan pocieszy, że ucierpią ludzie więksi od pana... Narzekanie nic nie pomoże... — Nie, żadną miarą nie mogę... Musi się pan zdać na łaskę losu... Dosyć, dosyć panie!... Co za głupstwa! Doprawdy mam ważniejsze sprawy na głowie niźli prowadzenie takich niemądrych rozmów. Z hałasem odrzucił słuchawkę i poprowadził nas na górę, do obszernego, słonecznego pokoju, który był jego gabinetem. Na wielkiem, mahoniowem biurku leżało siedem lub osiem zapieczętowanych depesz. — Doprawdy — rzekł Challenger biorąc ze stołu telegramy — zaczynam myśleć, że oszczędziłbym wydatków moim obierając sobie jaki adres telegraficzny. Kto wie czy „Noe Rotherfield“ nie byłoby najodpowiedniejsze. Oparł się o biurko i wybuchnął homerycznym śmiechem tak, jak to zwykle czynił po zdobyciu się na jakiś dowcip, a ręce tak mu się trzęsły, że ledwie zdołał rozerwać opaskę depesz. — Noe, Noe — powtarzał, zaczerwieniony ze śmiechu jak burak. Lord John i ja uśmiechnęliśmy się przyjaźnie ale Summerlee potrząsnął bródką z wyrazem nagany; wreszcie Challenger wciąż śmiejąc się, począł czytać swoje depesze. My tymczasem stanąwszy we framudze okna podziwialiśmy wspaniały widok jaki się zeń roztaczał. A było na co patrzeć. Po łagodnych skrętach drogi auto wspięło się na znaczną wysokość — siedemset stóp jakieśmy się później dowiedzieli. Dom Challengera znajdował się w najwyższym punkcie, i z południowej strony na którą wychodził jego gabinet, widać było, poprzez rozległą przestrzeń lasu, łagodnie falującą linję wzgórz. Wśród zieleni wierzchołków smugi dymu znaczyły położenie Lewes. Tuż pod naszymi stopami rozciągała się dolina porosła wrzosem, poznaczona zielonymi placami golfowymi, po których uwijali się gracze. Nieco na południe, wśród lasów wiła się wstęga linji kolejowej London-Brighton. Pod samym oknem widniało nieduże podwórko, a w niem stał automobil, którym przyjechaliśmy ze stacji. Odwróciliśmy się od okna na głos Challengera; profesor skończył już odczytywanie swoich depesz, które bardzo starannie układał na biurku, jedna na drugiej. Jego szeroka, surowa twarz, (a raczej to co z niej można było widzieć nad zmierzwioną, gęstą brodą), była silnie zaczerwieniona, a całe zachowanie zdradzało zdenerwowanie. — A zatem, moi panowie — zaczął takim tonem jakby przemawiał na publicznem zebraniu — spotykamy się znów nietylko w bardzo miły sposób, ale, śmiem powiedzieć, w nader niezwykłych warunkach. Pozwolę sobie zapytać, czy nic nie zwróciło waszej uwagi w czasie podróży? — Jedyna rzecz którą zauważyłem — rzekł Summerlee z kwaśnym uśmiechem — to to że zwyczaje naszego młodego przyjaciela nie poprawiły się wcale w ciągu tych paru lat. Z przykrością muszę stwierdzić, że zachowanie jego w pociągu pozostawiało nader wiele do życzenia, i przyznaję szczerze, że wywarło na mnie bardzo niemiłe wrażenie. — No, no, każdemu z nas trafiają się przypadki — odezwał się lord John — Malone nie chciał nikogo obrazić, a że ostatecznie jest przecież dziennikarzem, więc prędzej niż komu innemu można mu wybaczyć, iż potrzebuje aż pół godziny czasu aby opisać najprostszą partję footballu. — Pół godziny, aby opisać partję footballu! — zawołałem oburzony — za pozwoleniem, to pan opowiadał nam bez końca jakąś bezsensowną historję bawołu. Profesor Summerlee jest świadkiem. — Trudno mi osądzić, który z was zachowywał się gorzej — rzekł Summerlee — ale do końca życia nie chcę już słyszeć ani o bawołach, ani o footballu. — Nie powiedziałem ani słowa o footballu — protestowałem. Lord John gwizdnął przeciągle, a Summerlee pokiwał głową. — I to od samego rana — szepnął — doprawdy to smutne. Gdym tak siedział w przedziale w pełnem skupienia milczeniu... — W milczeniu! — przerwał lord John. — A to dopiero! Dzięki panu całą drogę byliśmy jak w kabarecie. Zachowywał się pan nie jak człowiek, ale jak rozszalały gramofon. Summerlee obraził się. — Pozwala pan sobie na jakieś koncepty, milordzie — odrzekł bardzo kwaśno. — Ależ myśmy poszaleli — zawołał lord John — każdy z nas pamięta co robili inni, ale nie zdaje sobie sprawy z własnego zachowania. Przypomnijmy sobie wszystko od początku; wsiedliśmy do przedziału pierwszej klasy dla palących, prawda? I zaczęliśmy dyskusję na temat listu Challengera w — Czyżby? — zaśmiał się nasz gospodarz, a ciężkie powieki poczęły opadać mu na oczy. — Profesor Summerlee był zdania, że twierdzenia Challengera są najzupełniej nieprawdopodobne. — Ach tak! — odezwał się Challenger, wydymając pierś i gładząc brodę — nieprawdopodobne! Słyszałem już kiedyś podobne zarzuty. Ale czy wolno spytać, na mocy jakich argumentów sławny i wielki profesor Summerlee, zbija twierdzenie skromnego śmiertelnika, który pozwolił sobie wyrazić swój pogląd na interesującą nas sprawę? Może przed całkowitem unicestwieniem mojej nędznej istoty profesor Summerlee zechce jednak wytłomaczyć mi swój punkt widzenia, tak odmienny od mego? Kłaniał się i kornie rozkładał ramiona, mówiąc z przesadnym, niezręcznym sarkazmem. — Argumenty moje są nader proste — odparł dotknięty niemile Summerlee — twierdziłem mianowicie, że gdyby otaczający kulę ziemską eter był tak szkodliwy, aby wywoływał chorobliwe objawy w jednej jej części, to my trzej w wagonie musielibyśmy również ulec jego działaniu. Tłumaczenie wywołało wybuch głośnego śmiechu ze strony Challengera. Śmiał się, i śmiał tak długo, aż cały pokój zdał się trząść w posadach. — Nie poraz to pierwszy — rzekł wreszcie, wycierając spocone czoło — nasz zacny Summerlee przeoczył fakty. A teraz, moi panowie, wyjaśnię wam sytuację, opowiadając to co sam zrobiłem dziś rano. Łatwiej pogodzicie się z waszą umysłową aberacją, przekonawszy się, iż nawet ja miałem chwile umysłowego zaćmienia. Otóż od kilku lat trzymaliśmy służącą, Sarę, (nazwiskiem jej nie uważałem za wskazane obciążać mej pamięci). Jest to niewiasta bardzo poważnej, odstręczającej nawet powierzchowności, schludna w ubraniu, sztywna w obejściu, i nie zdradzająca nigdy, przez cały czas przebywania w naszym domu, jakichkolwiek swych uczuć lub wrażeń. Dzisiaj rano, siedząc samotnie przy śniadaniu — żona moja bowiem nie wychodzi nigdy ze swego pokoju przed południem — pomyślałem nagle, że byłoby to jednak i ciekawem i pouczającem przekonać się do jakich granic sięga niewzruszona cierpliwość tej kobiety. Obrałem nader prosty, lecz dobry środek. Przewróciłem niewielki wazonik z kwiatami, który stał pośrodku stołu, i zadzwoniwszy, szybko ukryłem się pod stołem. Sara weszła do pokoju i widząc, że jest on pusty, sądziła, że przeszedłem do gabinetu. Tak jak przypuszczałem zbliżyła się do stołu i pochyliła się nad nim, aby podnieść wazon. Ujrzałem przed sobą bawełnianą pończochę i gruby, za gumowe uszy wciągnięty trzewik. Wychyliwszy głowę zatopiłem zęby w jej łydkę. Eksperyment udał się wybornie; przez chwilę stała bez ruchu wpatrując się we mnie, potem, wydawszy dziki pisk, wybiegła z pokoju. Le- ciałem za nią, aby jej wyjaśnić całe zajście, ale wypadła już na szosę i po paru chwilach zdołałem ją dostrzec przez lornetkę jak, w nader szybkim tempie posuwała się na południo-zachód. Podaję wam proste fakty. Polecam je waszej rozwadze i czekam na wnioski. Czy wyraziłem się jasno? Czy nic was nie uderzyło w moim opowiadaniu? Co pan o tem myśli, milordzie? Lord John poważnie kiwał głową. — Rozchoruje się pan poważnie o ile odrazu nie weźmie się pan ostro do leczenia. — A co myśli o tem Summerlee? — Powinieneś natychmiast zaprzestać wszelkiej pracy i wyjechać na trzy miesiące do jakiegoś niemieckiego badu. — Bardzo, bardzo bystre obserwacje! — zawołał Challenger — no, młody człowieku, może słowo mądrości wyjdzie od ciebie wówczas, gdy starsi i mędrsi zawiedli moje oczekiwania. Istotnie, wyszło. Przyznaję się do tego z całą skromnością, ale się przyznaję. Oczywiście dziś, gdy przebieg faktów jest dobrze znany, wniosek ten nasuwa się z łatwością, ale wówczas nie był tak prostym. Rzeczywistość stanęła przedemną nagle w całej swej sile. — Trucizna! — zawołałem. I w chwili, gdym wymówił to słowo w umyśle moim zarysowały się wyraźnie wszystkie wypadki ubiegłego poranka: poprzez historję o bawołach, mój własny histeryczny płacz i zdumiewające zachowanie profesora Summerlee, do dziwnych zajść w Londynie: bójki ulicznej, kłótni przed wytwórnią tlenu i nieuważnej jeździe szofera; wszystko to zgadzało się z moim wnioskiem. — Oczywiście — zawołałem powtórnie — jesteśmy zatruci. To trucizna. — Tak jest — potwierdził Challenger, pocierając ręce — jesteśmy wszyscy zatruci. Planeta nasza weszła w zatruty krąg eteru i posuwa się weń coraz dalej z szybkością paru miljonów mil na minutę. Malone określił przyczynę wszystkich naszych dziwactw jednem słowem „trucizna“. Spoglądaliśmy na siebie w pełnem zdumienia milczeniu. Nikt nie robił komentarzy. — Istnieją pewne ośrodki w mózgu zdolne do kontrolowania i powściągania takich odruchów jak nasze — ciągnął Challenger — nie przypuszczam, aby ośrodki te były u was równie rozwinięte jak u mnie, gdyż pozostają one w ścisłej proporcji z siłą samego procesu myślenia. Jednak istnieją, i nie są bez znaczenia, nawet u naszego młodego przyjaciela. Po tym drobnym ataku nerwowym, który tak przeraził moją służącą, zacząłem zastanawiać się nad jego przyczyną. Uprzytomniłem sobie, że nigdy dotychczas nie zdradzałem skłonności do gryzienia kogokolwiek w domu; impuls więc dzisiejszy był stanowczo objawem nienormalnym. W jednej chwili uprzytomniłem sobie prawdę. Puls mój wykazywał dziesięć uderzeń ponad normę i ciągle się wzmagał. Przywołałem więc na pomoc moje lepsze „ja“, tego prawdziwego Jerzego Edwarda Challengera, wyższego ponad wszelkie zmiany molekularne, i nakazałem mu opanowanie wybryków, wywołanych przez truciznę. Istotnie opanowałem się, czułem, że potrafię rozpoznać i powściągnąć chorobliwe odruchy. Było to świetne zwycięstwo ducha nad materją, zwycięstwo nad tą poszczególną dziedziną materji ściśle związaną z umysłem. Powiedziałbym nawet, że to umysł funkcjonował wadliwie i że wola go opanowała. I tak, gdy żona moja zeszła na dół, zdołałem powitać ją z godnością i spokojem, zamiast ukryć się za drzwiami i wystraszyć ją dzikim okrzykiem, jak miałem na to ochotę. Powściągnąłem również szaloną chętkę zakwakania jak kaczka. A później, gdy wyszedłszy na podwórze, aby zarządzić przygotowanie auta, zastałem nad niem Austina, zajętego jakąś reperacją, — powstrzymałem podniesioną już w górę rękę, którą chciałem mu zadać cios, mogący wywo- łać te same co i u służącej następstwa. W tej chwili mam ogromną ochotę porwać profesora Summerlee za tę śmieszną, siwą bródkę i trząść jego głową w tył i naprzód, w lewo i w prawo; mimo to, jak widzicie, siedzę spokojnie przy biurku, i panuję nad sobą. Radzę wam, abyście poszli za moim przykładem. — Nie dam się temu bawołowi — szepnął lord John. — A ja będę uważał na mój football. — Być może, iż masz rację, Challenger — rzekł Summerlee pojednawczym tonem — przyznaję, iż umysł mój jest raczej krytycznym niż twórczym, i że z nadmierną ostrożnością odnoszę się do wszelkich nowych teorji, szczególniej, gdy są tak niezwykłe i fantastyczne jak ta. Temniemniej analizując dzisiejsze wypadki i przypominając sobie dziwne zachowanie moich towarzyszy, jestem skłonny uznać, że przyczyny jego mogły być tylko chorobliwe. Challenger dobrodusznie poklepał po ramieniu kolegę. — Robimy krok naprzód — rzekł. — A jakież — zagadnął już kornie Summerlee — jakież są twoje ostateczne wnioski? — Jeżeli sobie życzycie, zabiorę głos w tej kwestji — z tymi słowy Challenger siadł na brzegu biurka, kiwając krótkiemi, grubemi nogami — jesteśmy świadkami niesłychanego i okropnego zjawiska! Zdaniem mojem jest to koniec świata. Koniec świata! Oczy nasze pobiegły ku oknu, po przez które zaglądał śliczny dzień letni, widniały pola wrzosów, wielkie domy wiejskie, zaciszne fermy, i ludzie, szukający rozrywki wśród szerokich pól. Koniec świata! Nieraz słyszy się te słowa, ale świadomość, że nabierają one natychmiastowego znaczenia, że z jakiejś nieokreślonej daty przenoszą się w dzień dzisiejszy, świadomość ta wywiera wstrząsające wrażenie. Byliśmy tak przejęci, że wszyscy trzej w milczeniu czekaliśmy, co powie Challenger. Jego zachowanie, jego uderzająca powierzchowność, nadawały tyle mocy jego słowom, że wszystkie jego wady i śmieszności zdawały się zniknąć, a on sam wyrastał ponad miarę zwykłych ludzi i nabierał ogromnego majestatu. I przypomniałem sobie nagle, że przecież Challenger roześmiał się dwa razy od chwili, gdyśmy przekroczyli próg gabinetu, niebezpieczeństwo więc nie mogło być tak wielkiem, ani tak nagłem — myślałem — bo przecież i jego wola ma pewne granice. — Wyobraźcie sobie — mówił Challenger — kiść winnego grona, pokrytą drobnymi lecz szko- dliwymi bakcylami. Ogrodnik oblewa je płynem dezynfekcyjnym. Może chce oczyścić winogrona, może chce wyhodować na nich inny, mniej szkodliwy bakcyl. Bądź co bądź zanurza je w truciźnie i bakcyl znika. Otóż, zdaniem moim, nasz Ogrodnik poczyna tak zanurzać cały system solarny, a te drobniutkie ludzkie bakcyle, znikomy pyłek, który szamotał się i rzucał się na powierzchni ziemi w jednej chwili zostaną z niej zmiecione. Znowu zapanowało milczenie, które przerwał ostry dzwonek telefonu. — Otóż i jeden z naszych bakcyli wzywa pomocy — rzekł Challenger z posępnym uśmiechem — zaczynają już sobie ludzie zdawać sprawę, że istnienie ich nie jest głównym zadaniem wszechświata. Wyszedł na parę chwil z pokoju. Przypominam sobie, że w czasie jego nieobecności żaden z nas nie wyrzekł ani słowa; sytuacja nie potrzebowała wyjaśnień ani komentarzy, — Telefonował lekarz naczelny z Brighton — rzekł Challenger powróciwszy — dla jakichściś przyczyn niedomaganie rozwija się szybciej nad brzegiem morza. Jesteśmy więc w szczęśliwem położeniu dzięki temu, że znajdujemy się na siedemset stóp od jego powierzchni. Ludzie dowiedzieli się, oczywiście na skutek owego listu w „Times’ie“, że jestem wyrocznią w tych sprawach. Po powrocie z kolei rozmawiałem telefonicznie z burmistrzem jakiegoś prowincjonalnego miasta, i słyszeliście pewnie com mówił. Człowiek ten przywiązywał niezwykłą wagę do swego życia, ale oświeciłem go co do błędności jego poglądów. Summerlee podniósł się z miejsca i stanął przy oknie. Jego chude, kościste ręce drżały ze wzruszenia. — Challenger — rzekł — sprawa jest zbyt poważna, aby ją zbyć czczem rozumowaniem. Nie sądź, że chcę cię irytować próżnemi pytaniami, — pragnę sobie uprzytomnić jasno czy w tych informacjach lub rozumowaniu nie zachodzi jaka pomyłka. Oto słońce świecące tak jasno jak zwykle na tle błękitnego nieba, oto kwiaty, trawa, ptaki, ludzie grający w golfa, lub koszący żyto. Oświadczasz, że wraz z tem wszystkiem stoimy nad brzegiem przepaści — że ten cudowny dzień jest dniem sądu ostatecznego, nadejście którego ludzkość przewidywała od tylu wieków. Na czem jednak opierasz tak niezmiernie doniosłe twierdzenie? Na zacieraniu się linji w spectrum świetlnem — na pogłoskach z Sumatry — na dziwnych objawach, jakeśmy zaobserwowali wzajemnie na sobie. Te ostatnie nie były przytem tak wyraźne, abyśmy ich, przy pewnej dozie wysiłku, nie zdołali powściągnąć. Nie po- trzebujesz robić żadnych ceremonji z nami, Challenger. Staliśmy już razem w obliczu śmierci; wypowiedz nam całą twą myśl bez ogródek, wyjaśnij nam naszą sytuacją i twój pogląd na nią. Z tej śmiałej, rozumnej przemowy wyzierał dzielny, silny duch, który krył się pod szorstkiemi, zgryźliwemi formami starego zoologa. Lord John podniósł się i uścisnął dłoń Summerlee. — Zgadzam się co do joty — rzekł — no, Challenger, prosimy pana o wyjaśnienie sytuacji. Przekonał się pan chyba, że nie jesteśmy nerwowi; ale jeśli ktoś wybrał się na kilka dni do przyjaciół i trafia na koniec świata, to doprawdy chciałby coś nie coś dowiedzieć się o tej sprawie. Na czem polega niebezpieczeństwo, jak jest wielkie i jak się mamy na nie przygotować? i Wysoki, smukły, silny stał w pełnym blasku słońca, przy oknie, opierając na ramieniu Summerlee opaloną dłoń. Trzymając w ustach zgasły papieros, wpółleżałem na fotelu, pogrążony w jakiś stan odrętwienia, w którem wszystkie wrażenia stały się niezwykle wyraźne. Było to może nowe stadjum choroby, lecz podniecenie moje przeszło bez śladu, ustępując miejsca ogromnie miłemu odurzeniu przy niezwykłej jasności myśli. Byłem widzem. Miałem wrażenie, że to co się dzieje bynajmniej mnie nie obchodzi, ale przedemną stało trzech niezwykłych ludzi wobec wstrząsającego wszechświatowego zdarzenia i obserwowanie ich zdało mi się rzeczą niezmiernie ciekawą. Challenger pochylił swe potężne czoło i pogładził kilkakrotnie brodę zanim zdobył się na odpowiedź; widać było, że waży każde słowo.. — Jakie były ostatnie wiadomości przed waszym wyjazdem z Londynu? — spytał. — Byłem jeszcze w redakcji przed dziesiątą — odparłem — otrzymano właśnie przez Reutera depeszę z Singapore, że epidemja na Sumatrze ogarnęła niemal całą ludność, wskutek czego latarnie morskie nie zostały zapalone. — Wypadki posunęły się szybko naprzód od tej chwili — rzekł Challenger, wskazując na telegramy leżące na biurku — pozostaję w ścisłym kontakcie zarówno z prasą jak i z władzami, tak, że jestem zasypany wiadomościami. Ogólnie nastają na moje przybycie do Londynu, ale nie widzę w tem żadnego celu. Z otrzymanych sprawozdań wynika, iż katastrofa rozpoczyna się od zaburzeń umysłowych; podobno dziś rano gwałtowne rozruchy miały miejsce w Paryżu i w Walji, wśród górników. Sądząc z osobistych obserwacji, ten stan psychicznego podniecenia, — który zmienia się w zależności od indywiduów i ras — ustępuje miejsca pewnemu odurzeniu połączonemu z zupeł- ną jasnością umysłu (podobne objawy dostrzegam jak mi się zdaje, u tu obecnego młodzieńca). Po pewnej, dość długiej przerwie, przechodzi ono w letarg, po którem następuje nagła śmierć. O ile nie zawodzi moja znajomość toksologji, to istnieje pewien rodzaj roślinnej trucizny, tak działającej na nerwy.... — Datura — podpowiedział Summerlee. — Doskonale — zawołał Challenger — ścisłość naukowa wymaga, abyśmy nadali nazwę tej truciźnie. Tobie, drogi Summerlee, przypada ten — niestety pośmiertny! — lecz temniemniej, jedyny w swym rodzaju, zaszczyt naukowego określania tego wszechświatowego destruktora, tego dezynfekcyjnego środka, jakim posłużył się nasz Wielki Ogrodnik. Objawy, wywołane zatruciem daturą, są zatem takie jakie wymieniłem powyżej; ponieważ eter jest substancją uniwersalną, przeto niema według mnie najmniejszej wątpliwości, że zatruciu temu ulegnie cały świat i że nie ostoi się po nim żadne życie. Dotychczas działaniu jego w poszczególnych miejscowościach było dość nierównomierne, ale nierównomierność ta jest jedynie kwestją paru godzin, i działalność trucizny możnaby porównać do przypływu, który pokrywa ławice piasku, jedna za drugą, posuwając się naprzód lub cofając wstecz nierówną falą, dopóki wreszcie, nie zaleje całego wybrzeża. Zatrucie daturą objawia się w rozmaity sposób, a przestudjowanie tych objawów byłoby niezmiernie ciekawem, lecz niestety zbraknie nam czasu po temu. O ile mogę wnioskować — tu rzucił okiem na otwarte telegramy — rasy stojące na niższym stopniu rozwoju najłatwiej uległy wpływom trucizny. Wiadomości, jakie nadchodzą z Afryki są wprost rozpaczliwe, a tubylcy w Australji zdaje się, że już przestali istnieć. Mieszkańcy północy okazali się dotychczas odporniejsi niż mieszkańcy południa. Oto depesza z Marsylji, nadana o 9.45 zrana; podaję ją wam „verbatim“. „Przez całą noc trwało w Prowancji chorobliwe podniecenie. W winnicach w Nimes wszczęły się zamieszki. W Tulonie socjaliści wszczęli rozruchy. Wśród całej ludności szerzy się od rana nagła epidemja przechodząca w letarg. „Peste foudroyante.“. Zmarli leżą masami na ulicach. Interesa handlowe ustały. Wszędzie panuje chaos“. W godzinę później nadszedł również z Marsylji ten oto telegram: „Grozi nam ogólna zagłada. Kościoły i kaplice przepełnione są modlącymi się. Liczba umarłych przerasta liczbę pozostałych przy życiu. Jest to równie niepojęte jak okropne. Śmierć następuje bez cierpień, ale szybka i nieunikniona“. Podobną depeszę otrzymałem z Paryża, gdzie wypadki nie rozwinęły się jeszcze tak gwałtownie. Indje i Persja zdają się kompletnie objęte trucizną. Słowiańska ludność Austrji zupełnie jej uległa, podczas gdy ludność niemiecka jest zaledwie słabo nią dotknięta. Naogół wnioskując z moich, dość szczupłych danych, mieszkańcy dolin i wybrzeży morskich łatwiej ulegają działaniu trucizny niż ludzie, znajdujący się wewnątrz kraju lub w górach. Nawet nieznaczne wzniesienie stanowi bardzo dodatnią okoliczność, to też gdyby kto ocalał z całego rodzaju ludzkiego to prawdopodobnie miejscem jego pobytu byłby znów szczyt góry Ararat. To niewielkie wzgórze na którem się znajdujemy może stać się na pewien czas wysepką wśród morza śmierci. Ale przy obecnym tempie, w jakim posuwają się wypadki, za kilka godzin będziemy wszyscy zalani. Lord John w zamyśleniu pocierał czoło. — Dziwi mnie — rzekł — że pan może sobie siedzieć spokojnie przy biurku i śmiać się, mając przed sobą tę kupę depesz. Tak jak i wszyscy ludzie jestem obeznany ze śmiercią, ale śmierć ogólna — nie to straszne! — Co się tyczy mojej wesołości — odparł Challenger — to zwrócę panu uwagę, że tak jak i wy odczuwam skutki zaburzeń psychicznych, wywoła- nych trucizną, co się jednak tyczy przerażenia, jakiem pana napawa myśl o śmierci ogólnej — pozwolę sobie twierdzić, iż jest ono nieco przesadne. Gdyby pan płynął przez morze, sam jeden, w wątłej łódeczce, do nieznanego celu, nie mógłby się pan obronić przygnębieniu. Samotność i niepewność obezwładniałyby pana, ale gdyby pan odbywał tę samę podróż na dobrym statku, na pokładzie którego znajdowaliby się wszyscy bliscy panu, to czułby pan, że bez względu na niepewność celu, czeka was wspólny i jednaki koniec. Śmierć poszczególnej jednostki może być straszna, ale umrzeć wraz z całą ludzkością, umrzeć bez cierpień, tak jak to zdaje się mieć miejsce, — nie jest wcale, zdaniem mojem, przerażające. Przeciwnie zgodziłbym się raczej, że strasznem byłoby przeżyć wszystko, co wielkie, mądre i piękne. — Cóż więc radzisz począć? — zapytał Summerlee, zgadzając się widocznie tym razem z twierdzeniem swego uczonego kolegi. — Radzę zjeść śniadanie — odparł Challenger, na odgłos rozbrzmiewającego w całym domu gongu — omlety, które robi nasza kucharka są tak pyszne, że jedynie robione przez nią kotlety mogą im dorównać. Miejmy nadzieję, że zaburzenia kosmiczne w niczem nie wpłynęły na jej talenta. Musimy również wspólnemi siłami uratować od nędznej za- głady mojego Scharzberga z 96 r.; szkoda bowiem, aby takie wino się zmarnowało. Podniósł swą ciężką postać z biurka, na którym siedział od chwili, w której nam oznajmił koniec świata. — Chodźcie — rzekł — im mniej mamy czasu, tem więcej racji, aby go przyjemnie spędzić. Istotnie, śniadanie odbyło się niezmiernie wesoło; coprawda niepodobna nam było zapomnieć o naszej strasznej sytuacji i świadomość jej nurtowała w nas nieustannie, nadając powagi teraźniejszej chwili i powściągając swobodę myśli. Ale tylko człowiek, który nigdy nie stał w obliczu śmierci może się jej panicznie lękać. Dla każdego z nas, czterech mężczyzn, była ona bardzo bliska w pewnej najciekawszej epoce naszego życia, co się zaś tyczy pani Challenger, to pokładała ona niezachwianą ufność w swym mężu i była gotową dzielić z nim każdy los. I tak więc przyszłość była rzeczą Przeznaczenia, a teraźniejszość należała do nas. Spędzaliśmy ją więc w miłym, przyjaznym nastroju. Umysły nasze, jak już zaznaczyłem, były niesłychanie jasne; nawet ja zdobyłem się na parę konceptów, a Challenger był wprost niezrównany! Nigdy jeszcze nie uprzytomniłem sobie tak, jak wówczas niezrównanych darów, jakimi obdarzyła go natura, szybkości jego orientacji, głębi jego umysłu. Cierp- ka krytyka Summerlee podniecała dysputę obydwu uczonych, z której zaśmiewaliśmy się, lord John i ja, podczas gdy pani Challenger, opierając rękę na ramieniu męża, łagodziła wybuchy jego porywczości. Życie, śmierć, przeznaczenie — oto były tematy tej wiekopomnej rozmowy, tematy tem bliższe, że w miarę jak upływał czas, dziwnie podniecenie mego umysłu i drżenie członków dawało mi odczuwać niewidzialne i powolne lecz stałe przybliżenie śmierci. Raz lord John zakrył niespodzianie ręką oczy, a raz znów Summerlee zachwiał się na krześle. Każdy łyk powietrza, któryśmy wciągali, przepojony był nieznaną trucizną, a jednak czuliśmy się spokojni i szczęśliwi. Wreszcie Austin podał nam papierosy i chciał już oddalić się do kuchni, gdy Challenger zwrócił się do niego: — Austin! — zawołał. — Słucham pana. — Dziękuję wam za wierną służbę. Przelotny uśmiech przemknął po suchej twarzy służącego. — Spełniłem mój obowiązek, proszę pana. — Spodziewam się dzisiaj końca świata, Austin. — Dobrze, proszę pana, a o której godzinie? — Nie umiem określić tego. Prawdopodobnie przed wieczorem. — Dobrze, proszę pana. Małomówny Austin ukłonił się i wyszedł. Challenger zapalił papierosa i przysuwając się do swojej żony, ujął jej ręce. — Wiesz, co się dzieje, najdroższa — rzekł — wytłumaczyłem ci to tak, jak i naszym przyjaciołom. Nie boisz się, prawda? — To nie będzie bolesne, Jerzy? — O, nie, coś w rodzaju rozweselającego gazu u dentysty. Za każdym jego zastosowaniem umierałaś, właściwie mówiąc. — Ależ to było miłe wrażenie. — Może i śmierć będzie miła. Zużyta maszyna cielesna nie będzie w stanie zdać sobie sprawy ze swych wrażeń, ale wszyscy znamy tę rozkosz, jaką daje sen lub trans. Kto wie czy natura nie zbudowała wspaniałej bramy i nie przesłoniła ją tajemniczą zasłoną, uchyliwszy którą wędrowne nasze dusze znajdą nowe pełniejsze życie. U podstawy wszystkich zjawisk, jakie badałem dotychczas, znajdowałem zawsze logikę i słuszność, a kiedyż słaba ludzka istota potrzebuje więcej wsparcia, jak w chwili, gdy przechodzi z jednej formy życia w drugą. Nie, nie, Summerlee, nie nawrócisz mnie do swoich materjalistycznych poglądów, bo co do siebie, to czuję wyraźnie, że jestem czemś zbyt silnem, aby przemienić się w li tylko materjalne składniki, trochę prochu, trochę wody. Tutaj — dodał, uderzając kosmatą pięścią w potężne czoło — tutaj jest coś, co związane jest z materją, ale nie należy do niej — coś, co potrwa i czego śmierć nie zwycięży. — Skoro mówimy o śmierci — wtrącił lord John — to choć jestem chrześcijaninem, jednak ogromnie zrozumiałym jest dla mnie ten zwyczaj naszych przodków zabierania ze sobą do grobów siekier, łuków, strzał, tak jakgdyby gotowali się po śmierci do takiegoż samego trybu życia. Doprawdy, myślę — tu spojrzał na nas z pewnym rodzajem zawstydzenia — że czułbym się raźniej, gdybym zabrał w tę nową drogę mój poczciwy Expres 4,50, i tę drugą strzelbę, tę krótszą, z rzeźbioną kolbą, no i do tego ze dwie paczki naboi. Ot fantazja szaleńca. Co pan o tem powie, Herr Professor? — Skoro pyta pan o moje zdanie — odparł Summerlee — to powiem, że uważam to za dość nieszkodliwy nawrót ku umysłowości Wieku Kamiennego lub nawet wcześniejszej epoki. Co do mnie, to należę do XX wieku i chciałbym umrzeć jak prawdziwy ucywilizowany człowiek. Nie sądzę, abym bardziej od was lękał się śmierci, jestem już bowiem wiekowym człowiekiem i, tak czy inaczej mam niewiele życia przed sobą; temniemniej takie bierne oczekiwanie końca, niczem ciele na nóż rzeźnika, jest przeciwne całej mojej naturze. Czy jesteś pewien, Challenger, że nic nam nie pozostaje do uczynienia? — Aby się uratować od śmierci — nic — odparł Challenger — aby o kilka godzin przedłużyć życie i widzieć rozwój tej kolosalnej tragedii, zanim ona i nas pochłonie — owszem. Przedsięwziąłem pewne kroki... — Tlen? — Otóż właśnie. Tlen. — Cóż jednak znaczy tlen wobec zatrucia eteru? Między jednem a drugiem jest taka mniejwięcej różnica, jak między cegłą a gazem. Tlen i eter są to wręcz odmienne substancje i nie mogą wzajem wpływać na siebie. Nie, Challenger, nie będziesz przecie bronił podobnej tezy. — Jad zawarty w eterze, mój drogi Summerlee, musi napewno podlegać wpływom rozmaitych czynników. Widzimy to zresztą i z objawów i z postępów jego działania; nie można się tego spodziewać „a priori“, ale jest to bardzo prawdopodobne. Stąd wnioskuję, że substancja taka jak tlen, podtrzymująca siły żywotne człowieka, opóźni działanie tej trucizny, którą tak trafnie określiłeś nazwą datury. Być może, że jestem w błędzie, temniemniej jednak wierzę w słuszność mego rozumowania. — Jeżeli jednak — rzekł lord John — mamy tu siedzieć, ssąc tlen z cylindrów, niczem niemowlęta mleko z butelki, to kłaniam się uniżenie i dziękuję za poczęstunek. — Ssanie będzie zupełnie zbyteczne — odparł Challenger — dzięki przygotowaniom, któreśmy poczynili, a które zawdzięczacie przeważnie mojej żonie — buduar jej jest izolowany. Za pomocą mat i woskowanego papieru... — Bogowie! Challenger, nie myślisz chyba zabezpieczyć się od eteru zapomocą woskowanego papieru? — Nie chcesz zrozumieć na czem rzecz polega, mój miły Summerlee. Nie chodziło nam wcale o zabezpieczenie się od eteru. Chodziło o zatrzymanie tlenu. Mam nadzieję, że nasycając atmosferę do pewnego stopnia tlenem, będziemy w stanie zachować przytomność umysłu. Miałem w domu dwa cylindry tlenu, a wy przywieźliście mi jeszcze trzy. Nie jest to wiele, ale zawsze coś. — Na jak długo to starczy? — Nie mam najmniejszego pojęcia. Nie napoczniemy ich, dopóki będziesz w stanie oprzeć się truciźnie, potem będziemy wypuszczali tlen tylko w ściśle niezbędnej ilości. W ten sposób zyskamy kilka godzin, lub może kilka dni życia, co nam pozwoli obserwować zniszczony świat. Nasz własny koniec ulegnie pewnej zwłoce i przypadnie nam w udziale zadziwiająca rola arjergardy rodzaju ludzkiego w jego pochodzie ku nieznanym światom. Teraz może mi pomożecie ulokować cylindry. Zdaje mi się bowiem, że powietrze w tym pokoju staje się bardzo ciężkie.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…