Front matter
Y
RAPIR i TOMAHAWK
cykl
całość
Y
RAPIR i TOMAHAWK
cykl
RÓD RODRIGANDA
POWIEŚĆ
EAST
Nakładem Sp. Wyd. „ORIENT“ R. D. Z. 1926
WARSZAWA
Składano i tłoczono w Zakł. Druk.
„“
a 31.
Copyright 1926 by „ORIENT“ Warsaw
Printed in Poland
I
CZARNY GERARD
O jakie sto dwadzieścia mil angielskich od ujścia Rio Pecos do Rio Grande del Norte, na meksykańskiem wybrzeżu tej potężnej rzeki, na ostrym zakręcie, niedaleko Presidio de S. Vicente, leży znany już naszym czytelnikom port Guadelupa. W roku 1848 Emma Arbellez była wraz z przyjaciółką swą Karją w Guadelupie z wizytą u krewnych. W drodze powrotnej, kiedy towarzystwo postanowiło zapolować w północnych prerjach, napadli je Komanczowie i uprowadzili do niewoli. Wiemy już, kto je oswobodził: Piorunowy Grot i Niedźwiedzie Serce. Rodzina, u której gościły Emma i Karja, trudniła się handlem. Głową jej był krewny hacjendera Arbelteza, Pirnero, uchodzący za najbogatszego człowieka w całej okolicy. Przywędrował do Gwadelupy niewiadomo skąd; ożenił się z piękną, zamożną Meksykanką, siostrą Pedra Arbelleza; rozpoczął interes od małych rozmiarów i z biegiem czasu rozwinął tak, że stał się bogaczem. Owdowiał prędko; zmarła żona pozostawiła mu jedyną córkę. Śmierć jej nie odbiła się na życiu Pirnera; miał usposobienie wesołe, nieskłonne do smutku. Żył szczęśliwie i beztrosko, albo, ściśle mówiąc. z tylko troską, mianowicie, piękna jego córka Rozedilla nie miała.. zamiaru wyjść zamąż. Dawniej było mu tu zupełnie obojętne. Ale teraz, gdy się postarzał, myśl o tem, aby córka nie pozostała sama, bez opieki, nie dawała mu spokoju. Piękna blondynka miała dosyć adoratorów; żartowała i — śmiała się ze wszystkimi, ale żadnego z nich nie odznaczała i nie Miała już około trzydziestki. Była jeszcze ciągle ładna, rzecz dziwna z tego względu, że Meksykanki, jak wiadomo, przekwitają już w tym wieku; jej jasno blond włosy wskazywały na inne, może germańskie pochodzenie. Pirnero, właściciel wielkiego domu, posiadał ponadto poza murami fortu obszerne pastwiska, na których zatrudniał pewną ilość vaquerów. W jego jednopiętrowym domu mieściły się, oprócz oficyny, wielkie piwnice; piwnice służyły za składy, oficyna za sklep i szynk, na piętrze zaś mieszkał właściciel. — Był letni dzień roku 1866. Od rzeki wiał ostry wiatr, postrach każdego myśliwca i pastucha; mimo to w szynku ani śladu gościa. Sennorowi Pirnero humor nie dopisywał. Stał przy oknie i w milczeniu patrzył na okolicę, zasnutą gęstemi chmurami kurzu. Przy drugiem oknie siedziała Rezedilla, wyszywała czerwoną chustkę — podarunek dla jednej ze służących. Stary zaczął palcami bębnić w szybę. Był to niezawodny dowód złego humoru; ilekroć atak taki przychodził, spadał na Rozedillę grad wyrzutów, z których sobie jednak niewiele robiła. Bawiło ją to nawet, jak ojciec po różnych wstępach i dygresjach, wracał zawsze do sprawy małżeństwa. — Straszny wicher — mruknął z niechęcią. Nie odpowiedziała. Rzekł więc po chwili: — Istny huragan! Milczała. Wobec tego zapytał wprost: — Nieprawdaż, Rezedillo? — Owszem — odparła — Owszem? Tylko tyle? — zapytał, poruszony zwięzłością odpowiedzi. — No tak; straszliwy huragan. — Tak, i pył okropny! Rezedilla zamilkła znowu; odwrócił się teraz ku niej i rzekł: — Jeżeli jesteś tak milcząca, trudno ci będzie wytrzymać z mężem, gdybyś już kiedyś stanęła na kobiercu. — Milcząca żona jest więcej warta od gadatliwej. Pirnero chrząknął kilkakrotnie. Czuł, że jest pobity. Nie kleiła się rozmowa. Ale, nie dając za wygraną, podjął po — Okropny wicher, istny huragan! Nie uważała, aby ta trafna i wyszukana uwaga zasługiwała na odpowiedź. Pirnero kiwnął głową i, dzwoniąc w szyby, mruknął: — Ani jednego gościa w szynku. Ponieważ i na to odezwanie się nie było odpowiedzi, odwrócił się ze słowami: — Czy nie mam racji? Ani na lekarstwo! To źle dla dziewczyny, która powinna rozglądać się za mężczyznami. A może... — Nie — odparła z niechęcią. — Nie chcę żadnego. — Żadnego? Głupstwo! Mężczyzna jest dla dziewczyny tem, czem podeszew dla buta. — Stąpając, trzeba ją mocno przyciskać? — zapytała z uśmiechem. — Banialuki! Przecież bez butów nie można chodzić. Mimo tego wyjaśnienia poczuł ukłucie, które w jego kierunku wymierzyła. Dręczyło go to; zaczął przemyśliwać, jakby znowu wrócić do swego tematu, gdy nagle spadł za oknem drewniany rygiel, zwiany z dachu podmuchem wiatru. — Widziałaś? — zapytał. — Widziałaś, jaka dziura na dachu? — Widziałam. — A kto to zreperuje? Ja, tylko ja! — Któż inny ma się tem zająć? Chyba nie ja? — Ty? Głupstwo! — Zięć! Bo jego obowiązkiem jest dbać o porządek. Gdzie niema zięcia, tam niema porządku. Zrozumiano? Poczciwy papa Pirnero był nieco skąpy; złościła go drobna szkoda, którą wiatr wyrządził na dachu. Gdy się coś w tym rodzaju zdarzało, stawał się podwójnie wymowny i gęsto prawił o rzeczach, o których zwykle milczał. Dlatego mruczał teraz: — Ale musi to być zięć przyzwoity. Nie taki obdartus w łachmanach, jak ten, który tutaj przychodzi czasami. Pirnero nie zauważył wcale, że w odpowiedzi na te słowa Rezedilla zarumieniła się nieco. Widocznie obdartus nie był jej obojętny. — Wiesz z pewnością, o kim mówię, co? — zapytał Pirnero. — Tak — odparła. — No więc, na tego się nie zgodzę! Jestem ambitny; odziedziczyłem to po swoich zmarłych rodzicach. Czy nie wiesz, kim by mój ojciec? — Wiem. Kominiarzem. — Słusznie. Kominiarze to ludzie, którzy spoglądają wysoko. A mój dziadek? — Handlował chrzanem. — Doskonale! Widzisz z tego, że już w nim była jakaś żyłka przedsiebiorczości, dzięki której stałem się bogatym człowiekiem. Trzeba ci od czasu do czasu przypominać twe pochodzenie, ojczyznę i miasto rodzinne. Zapomniałaś może, z jakiego pochodzisz kraju? — Nie zapomniałam — rzekła, wstrzymując uśmiech. — Z Saksonji. — Tak, z Saksonji, znanej z pięknych dziewcząt. Niema nigdzie na świecie dziewcząt tak pięknych, ale muszą wychodzić zamąż, inaczej źle się sprawa kończy. Zrozumiano? Niedaleko padło jabłko od jabłoni. Byłem ładnym chłopcem po matce i babce, stąd i ty odziedziczyłaś urodę. Dlatego nazwałem cię Rezedą, lub Rezedillą. Co się zaś tyczy. miasta rodzinnego, znasz przecież jego nazwę, co? — Owszem: Pirna. — Tak jest, Pirna. To najpiękniejsze miasto na całym świecie. Mówią w niem wszyscy przepięknym językiem. Dlatego nauczyłem się łatwo po hiszpańsku. Od nazwy Pirna przybrałem nazwisko Pirnero. I dlatego matka twoja wyszła za mnie zamąż. Ale ty nie chcesz męża, nawet gdyby pochodził z Pirny, co? — Któż mi naprawi szkodę na dachu? Pirnero byłby tak gadał do sądnego dnia, gdyby nie rozległo się uderzenie kopyt końskich. Zbliżał się jakiś jeździec. Nie zeskoczył z konia przed oknem, tylko wjechał prosto przez ogrodzenie. Teraz dopiero zsiadł z konia i, przeszedłszy obok okna, skierował kroki ku pokojowi Pirnera. Gospodarz zauważył przybysza już przedtem i rzekł zirytowanym głosem: — Otóż i jest ten wagabunda. Wcale za nim nie tęsknię, nawet gdy w szynku żywej duszy. Niechaj nie marzy o tem, aby mógł zostać moim zięciem! Rezedilla pochyliła się nad robotą, aby ukryć rumieńce, które wystąpiły jej na twarz; tymczasem gość wszedł do pokoju. Ukłonił się grzecznie, usiadł przy stole i poprosił o szklankę chłodzącego napoju, zwanego julep, który jest ulubionym trunkiem w południowych stanach Ameryki. Gość był wysokiego wzrostu, mocnej budowy; twarz jego ocieniała ciemna broda. Wyglądał na człowieka przeszło trzydziestoletniego, choć można było przypuszczać, że jest młodszy. Ubrany był w meksykańskie spodnie i wełnianą bluzę, zprzodu rozpiętą, która ukazywała gołą pierś. Biodra owijał wąski pas skórzany. Tkwiły za nim dwa rewolwery i nóż. Strzelba, którą oparł o stół, wydawała się nic warta; całe ubranie wyglądało nędznie. Kto jednak przypatrzył się bliżej jego mocnym, melancholijnym nieco rysom, wielkim ciemnym oczom, ten z pewnością swego sądu nie wydałby na podstawie ubrania. Gdy przybysz odłożył na stół kapelusz o szerokich kresach, ukazała się nad jego czołem głęboka, ledwie zagojona blizna. — Jaki julep mam podać? — zapytał gospodarz ostro. — Z miętą czy z kminkiem? — Dajcie, sennor, z miętą — brzmiała odpowiedź. Gospodarz wszedł za ladę i przyniósł żądany napój, poczem usiadł znowu przy oknie. Gość popijał zwolna julep, całą uwagę zdawał się wytężać, tak samo jak gospodarz, w kierunku okna; bystry jednak obserwator dostrzegłby z pewnością, że wzrok gościa padał chwilami ukradkiem na dziewczynę, która, rumieniąc się, spuszczała oczy. Staremu milczenie wkońcu już nazbyt ciążyło. Chrząknąwszy, zakomunikował gościowi: — Straszliwy wiatr. Nieznajomy nie zwrócił na to uwagi; dopiero gdy gospodarz dodał po pauzie: — nieprawdaż? — odpowiedział obojętnie: — Niezgorszy. — I pył okropny. — Pah? Co przez to rozumiecie? Czy to nie pył? — Ależ owszem — pył. Cóż to jednak szkodzi? — Co to szkodzi? Co za pytanie! — zawołał gospodarz ze złością, — Gdy komu taki pył zasypie oczy, wtedy... — Wtedy będzie je musiał zamknąć — odparł nieznajomy. — Zamknąć? — Ach tak, toby było właściwie najmądrzejsze. Gospodarz poczuł się znowu pobitymi mimo to ciągnął dalej: — Ale ubranie się niszczy — ubranie. — Można przecież włożyć stare. Była to woda na młyn gospodarza. Odwrócił się w kierunku znienawidzonego gościa i rzekł: — Tak, sennor odział się dosyć podle. Czy nie ma pan lepszego ubrania? — Nie. Słowo to zostało wypowiedziane z takim spokojem i obojętnością, że stary się oburzył. Meksykanin zwraca wielką uwagę na swój wygląd zewnętrzny. Ubiera się w stroje jaskrawe, malownicze; nosi chętnie lśniącą broń i przybiera konia w złote i srebrne ozdoby. A nasz nieznajomy? Nic podobnego. Na ordynarnych butach nie miał nawet ostróg, mimo że specjalnością Meksykan są ostrogi olbrzymich rozmiarów. — A dlaczego? — zapytał gospodarz. — Bo za drogie dla mnie. — Ach tak, — więc jesteście biedakiem? — Tak — odparł zapytany obojętnie. Zauważywszy, że Rezedilla oblała się rumieńcem niechęci, postał jej spojrzenie proszące, aby wybaczyła mu to słowo. Gospodarz, nie zwracając uwagi na grę ich oczu, pytał dalej: — Kim właściwie jesteście? — Strzelcem. — Strzelcem? I z tego żyjecie? — Oczywiście. Stary obrzucił przybysza pogardliwem spojrzeniem. — W takim razie żal mi was bardzo — rzekł wyniośle. — Z czego teraz strzelec żyć może? Dawniej inne były czasy; byli śród strzelców ludzie, dla których człek musiał mieć szacunek. Czy słyszeliście kiedy o Niedźwiedziem Sercu? — Tak; był to sławny Apacz. — A o Bawolem Czole? — Był królem wśród łowców, polujących na bawoły. — A o Piorunowym Grocie? — Był to Niemiec. — To mój ziomek! — rzekł gospodarz z dumą. — Pochodzę z Pirny pod Dreznem. Ale największy strzelec to Władca Skał, również Niemiec. — Czy słyszeliście kiedy o Czarnym Gerardzie? — Oczywiście. A cóż się z nim stało? — Musi to być również wcielony szatan. Ugania się teraz tutaj dookoła granicy. Westman ten nazywa się Gerard i nosi podobno czarną brodę; stąd zowią go Czarnym Gerardem. Nie boi się nawet djabła. Strzał jego nigdy nie chybia; uderzenie noża trafia zawsze. Dawniej zapalczywie użerał się z bandami zbójeckiemi w Llano estacado. Odkąd przybył z gór północy drogi zostały niemal oczyszczone z rozbójników. Mam mu bardzo wiele do zawdzięczenia, gdyż dawniej zbóje często rabowali mi towar. Taki człowiek byłby mi się... — opamiętał się i urwał, nie skończywszy słowa. Nie można przecież w obecności tego gościa wpadać na ulubiony temat. Po chwili mówił dalej: — Chciałbym wiedzieć, jakiej narodowości jest ten człowiek. Może pochodzi z Pirny? Mieszkańcy tego miasteczka są wszyscy niesłychanie waleczni. A z jakiego kraju wy pochodzicie, mój panie? — Z Francji — odparł strzelec. — O rety, więc jesteście Francuzem? — Oczywiście. — Tak. Hm, hm. No, to dobrze. Pirnero odwrócił się, nie myśląc podtrzymywać rozmowy. Po chwili wstał i opuścił pokój, dawszy przedtem znak córce, aby za nim wyszła. Usłuchała. — Słyszałaś — rzekł Pirnero, gdy znaleźli się w śpiżarni, — kim jest ten człowiek? — Tak; jest Francuzem — odparła. — W takim razie muszę cię przestrzec. Przypuszczam, że ci wiadomo, iż Francuzi przywieźli nam niemieckiego, a raczej austrjackiego księcia, który ma zostać cesarzem Meksyku? — Owszem, to tajemnica poliszynela. — Chcę ci powiedzieć, że zdaniem mojem Austrjacy to poczciwi ludzie. Liczą wprawdzie na guldeny, które warte są tylko siedemnaście groszy, ale cóż mnie obchodzą te pozostałe trzy grosze? Nic nie mam przeciwko Austriakom, zwłaszcza, że książę Maks ma być prawym człowiekiem. Meksykanom nie podoba się jednak to, że popierają go Francuzi i dlatego nie chcą o nim słyszeć. Powiadają, że Napoleon III jest kłamcą, że nie dopełnił obietnic i że księcia Maksa wystrychnie również na dudka. Nie chcą żadnego cesarza; chcą prezydenta, którym ma być Juarez. — Ten, który bawi teraz w Paso del Norte? — Tak. Francuzi chętnieby go schwytali. Obsadzili kraj cały i omal Juareza nie dostali w Chihuahua. Uciekł im szczęśliwie do Paso dei Norte, Nie będą mieli wprawdzie odwagi gonić go aż do dalekiej granicy indjańskiej, rozeszła się jednak wieść, że wyślą patrole, które go mają szukać. Dlatego trzeba być ostrożnym i strzec się tego Francuza. — Cóż ciebie to obchodzi? Co tobie do Juareza? — O, bardzo wiele, — odparł z poważną miną. — Dotychczas nie zdradzałem się przed tobą, że mam wyjątkowy talent do polityki. — Ty? — przerwała Rezedilla, zdumiona do najwyższeqo stopnia. — Tak, ja, wszyscy bowiem mieszkańcy Pirny są wielkimi politykami. Mam w Presidio jeszcze kilka posiadłości. Na tej podstawie posiadam prawo głosu, nie jest mi zatem obojętne, czy będziemy mieli księcia Maksa, czy Juareza, Maks poczciwy, ale nie utrzyma się, zależny jest bowiem od Francuzów. Aby stworzyć cesarstwo Meksyku, zaciągnął Napoleon dwie pożyczki. Meksyk otrzymał marne czterdzieści miljonów, pięćset zaś miljonów wzięła Francja. Jest to najoczywistsze oszustwo, na które biedny Maks nic poradzić nie może. Tymczasem Juarez zna nasz kraj; chce wyrzucić Francuzów, dlatego popieramy go. Potrzeba jednak pieniędzy. Wysłał więc posłów do prezydenta Stanów Zjednoczonych, aby się z nim połączyć i zaciągnąć pożyczkę. Przed kilkoma dniami poseł wrócił z wiadomością, że Stany Zjednoczone nic wiedzieć nie chcą o cesarzu meksykańskim, popieranym przez Francuzów, i że udzielają pożyczki w wysokości trzydziestu miljonów dolarów. Część tej sumy jest już w drodze; przewożą ją do Juareza lądem. Francuzi zwąchali pismo nosem i rzecz bardzo prawdopodobna, że zechcą zrabować przesyłki pieniężne. Gdyby pieniędzy nie można było transportować dalej, zostaną ukryte w Guadelupie, u nas w domu. Juarez wyśle wzmocnioną straż; musimy się więc mieć tem bardziej przed Francuzami na baczności. Pchną wywiadowców, aby nas wybadać; przeczuwam, że ten łotr, który tam siedzi, jest jednym z takich szpiegów. Mówi mało, nie spuszcza oka z okna, aby widzieć dokładnie, co się dzieje na dworze, Nawet na ciebie nie spogląda. Rezedilla wiedziała, że się stary myli. Nie chciała się jednak zdradzić, że czuje sympatję do tego człowieka. — Nie sądzę, aby miał oko szpiega, — rzekła. — Nie? Mylisz się. Po dyplomacie poznać można zawsze, że jest wielką figurą. Dlatego wolę, aby mnie nie widział ten Francuz. Gotów jeszcze zmiarkować po wyrazie, twarzy, jakie jest moje istotne powołanie i nabrać podejrzeń. Dlatego wolę, abyś go obsługiwała sama. Ale błagam na litość Boską, nie wygadaj się, że jestem zwolennikiem Juareza. Rezedilla odparła, z trudem panując nad śmiechem: — Nie troszcz się o to; odziedziczyłam po tobie żyłkę dyplomatyczną. Nie złapie mnie. — Jestem pewien, że masz tę żyłkę. To przechodz1 z ojca na córkę zupełnie bezwiednie. Wracaj więc do gospody i załatw dobrze sprawę. Bądź nawet dla niego uprzejma, aby nie budzić podejrzeń. Dobry dyplomata musi sidłać swych wrogów uśmiechem, znam się na tem. Gdy Rezedilla wróciła do gospody, gość siedział jeszcze. Na twarzy Rezedilli pojawił się miły, łobuzerski wyraz. Siadła przy oknie, nie mówiąc ani słowa. Nieznajomy milczał również. Po chwili przerwała milczenie zapytaniem: — Czy jest pan naprawdę Francuzem, sennor? — Tak — odparł. — Czy wyglądam na człowieka, któryby panią chciał okłamywać, sennorita? — Nie — odparła szczerze. — Myślałam tylko, że pan żartuje. Francuzi bowiem nie są w tych okolicach lubieni. — Ja ich również nie lubię. — Ah, — rzekła zdumiona — a przecież jest pan sam Francuzem. — Tak, urodziłem się we Francji, ale nie wrócę nigdy do ojczyzny. — Czy ją pan opuścił pod przymusem? — Nie, dobrowolnie; w każdym razie nic mnie nie łączy z moją ojczyzną. — To musi być smutne. — Mniej smutne, niż inne rzeczy, naprzykład niewierność i zdrada. — Czy doznał pan tego? — Niestety tak. Po tych słowach wystąpił mu na twarz wyraz melancholji. Odpowiedź nieznajomego wzbudziła ciekawość pięknej dziewczyny. Zapytała: — Ukochana pana zdradziła? — Niestety. — Musiała to być zła, bezduszna dziewczyna, sennor. — Męczyła mnie bardzo i zatruwała życie. — Kochał ją pan bardzo? — Tak — odparł krótko i prosto. Ten ton właśnie najbardziej pociągał Rezedillę. Była pewna, że ktoś inny wobec kobiety nie odpowiadałby w ten sposób. — Musi się pan starać zapomnieć o niej, sennor. — Nie mogę. Nie kocham jej wprawdzie, ale tak mnie unieszczęśliwiła, że nie jestem w stanie wyrwać jej z pamięci. — Tego nie rozumiem. Jakże pan może być nieszczęśliwym, skoro jej pan nie kocha? — Ponieważ nieszczęście moje nie jest skutkiem jej niewierności, lecz zdrady. — Ah, powiedziała o panu coś złego? Było to kłamstwo? — Nie, sennorita, była to, niestety, prawda. Rezedilla doznała przy tych słowach dziwnego uczucia obcości. Nie panując nad sobą, zapytała: — Żartował pan? — Dlaczegóż miałbym żartować, sennorita? Nie, nie, powiedziałem szczerą prawdę. Pochyliła głowę; na twarz jej wystąpił wyraz rozczarowania. Rzekła chłodniejszym, niż dotychczas, tonem: — Niech mi pan wybaczy, że go dręczyłam pytaniami. Ale przychodził sennor do nas zawsze taki cichy i smutny, że było mi pana żal. Miałam wrażenie, że z oczu pańskich popłyną łzy. — Tak, bywają ludzie, którzy noszą w sobie całe morze łez, za dumni są jednak, aby dać im upust. — Ale ja to zauważyłam. I pomyślałam sobie, że przyjazne jakieś słowo byłoby dla pana wielką pociechą. Bywają ludzie, którzy nawet w pierwszej chwili nie wydają się nam obcy. Czy doznał pan tego kiedy? — Tak. Pierwszy raz doznałem dzięki pani. Zarumieniła się. Mówił dalej, jakby na usprawiedliwienie: — Niech mi pani nie bierze za złe tych słów. Jeżeli zabolały panią, odejdę i nie wrócę już nigdy. — Nie, tego pan czynić nie powinien, sennor, — odparła szybko. — Byłoby mi jednak bardzo miło, gdyby pan rozchmurzył czoło, a jeżeli nie chce sennor już nic powiedzieć o sobie, chciałabym przynajmniej usłyszeć, jak się pan nazywa. — Niech mnie pani nazywa Mason, sennorita. — Mason? To francuskie nazwisko. A imię pana? — Gerard. — Gerard? Pan jest imiennikiem Czarnego Gerarda, o którym przedtem mówił mój ojciec. Ma pan również taką brodę, jaką on podobno nosi. Czy nie może mi sennor powiedzieć, co właściwie oznacza imię Gerard? — Gerard, to siłacz i obrcńca, tak mi niegdyś powiedział nauczyciel. — Siłacz? To podobne do pana. A kto jest silny, potrafi być również obrońcą. — Niestety, nie byłem nim, wprost przeciwnie. — Jak pan to rozumie, sennor? Zapytany popatrzył ze smutkiem odparł: — Byłem garrotteur’em. — Garrotteur’em? Nie rozumiem, co to znaczy? — Z pewnością nie spotkała się pani nigdy z tym wyrazem. Niechże więc pani dowie się, sennortta, że w wielkich miljonowych miastach wieczorami tysiące ludzi nie wie, skąd znajdą chleb na następny ranek. Jeszcze gorzej dzieje się jednak z tymi, którzy wieczorem powiadają sobie: — Jeżeli w nocy nie ukradniesz chleba, rano będziesz się wił z głodu. — Ci ludzie to niewolnicy zbrodni. Większość ich jest niemal bez winy, część zupełnie niewinna. Ojciec syna wychowuje na zbrodniarza, matka córkę; poczucia prawa nikt w nich nie rozwija i tak żyją ci ludzie, jak dzikie bestje, których żywiołem jest rabunek i kradzież. Są zwierzętami drapieżnemi wśród ludzi. — Mój Boże, jakie to smutne. — Smutniejsze, niż pani sądzi. — Ale, sennor chciał przecież mówić o sobie? — Oczywiście. Sam byłem takiem drapieżnem zwierzęciem. — Być nie może! — odparła przerażona. — A jednak tak jest. Nie oskarżam nikogo, wyznaję tylko, że byłem posłuszny ojcu. Byliśmy biedni, nauczyliśmy się pogardzać pracą. Ojciec mój miał naturę słabą i gardził kradzieżą; ja, przeznaczony na kowala, byłem silny i stałem się garrotteur’em, to znaczy wychodziłem nocami na ulice, zarzucałem na przechodniów pętle i, związawszy im szyję, gdy tracili przytomność, odzierałem z wszystkiego. — O mój Boże, jakie to straszne! — zawołała Rezedilla, drżąc na carem ciele. Była trupio blada. Siedział przed nią człowiek, jedyny, którego mogłaby pokochać, i opowiadał jej, że jest zbrodniarzem. Jaka straszliwa szczerość. Drżała, jak w febrze. — Tak, to okropne, — mówił dalej z obojętnością człowieka, który przeżył już najgorsze. — Ale to jeszcze nie wszystko. Poznałem dziewczynę, kochaliśmy się, oddawałem jej wszystko, co zdobyłem rabunkiem. Później spotkałem łotra z pod ciemnej gwiazdy. Dał mi złoto, abym dla niego popełnił zbrodnię. Zgodziłem się pozornie, lecz obroniłem ofiarę i za karę zabrałem mordercy całe pieniądze. Chciałem zostać po tym fakcie uczciwym człowiekiem, oddałem wszystko Mignon — zdradziła mnie jednak z pewnym wytwornym panem, który ją zabrał. Gdy zacząłem grozić, oświadczyła, że mnie zadenuncjuje. — Cóż pan wtedy uczynił? Zabił ją pan? — Nie — odparł pogardliwie. — Odszedłem i zacząłem pracować. Och, cierpiałem wtedy wiele i walczyłem sam ze sobą, jako ze swym najgroźniejszym przeciwnikiem. Ponieważ jednak postanowiłem sobie, że zostanę człowiekiem uczciwym, pozostałem nim, gdyż zwyczajem moim jest spełniać to, co zamierzyłem. W towarzystwie jednak porządnych ludzi uświadomiłem sobie grzechy; ta świadomość wypędziła mnie z ojczyzny w dalekie kraje, gdzie chcę za nie odpokutować i umrzeć. Nastała głucha cisza. W oczach Rezedilli zakręciły się łzy. Trudno określić, czy były to łzy bólu, rezygnacji, czy też płakała nad biblijnym grzesznikiem, gotowym do pokuty, z którego niebo bardziej się cieszy, aniżeli z dziewięćdziesięciu dziewięciu . Westchnęła pełną piersią, podniosła wzrok, popatrzyła na niego z powagą i zapytała: — Sennor, dlaczego opowiada mi pan to wszystko? — Zaraz pani usłyszy — rzekł. — Gdy mnie zdradziła Mignon i zawędrowałem do Ameryki, gdy tu zacząłem przebiegać góry, pustynie i sawany, jako myśliwiec, czyli scout, który zdobył sobie dobre imię, poznałem, co to samotność. Lecz gdy ujrzałem panią, uświadomiłem sobie, czem jest prawdziwa miłość, i nie mogłem już żyć bez pani widoku. Coś pociągało mnie do pani, podobnie jak wiernego pociąga do swych stóp obraz Matki Boskiej. Skoro spostrzegłem, że patrzy pani na mnie ze współczuciem, zrodziło się we mnie poczucie obowiązku. Nie chciałem aby pani oddawała serce niegodnemu i dlatego, sennorita, tylko dlatego opowiedziałem, kim byłem, by się pani nauczyła mną pogardzać. Ponadto miałem uczucie, że mówię do spowiednika, lub do Boga samego. Kto przyznaje się do swych grzechów i żałuje ich, temu zostaną darowane. Odchodzę teraz i nigdy już nie wrócę. Pani zaś uchroni się od nieczystego dotknięcia człowieka przeklętego. Proszę jednak, aby sennorita nie mówiła nikomu o tem, co opowiedziałem. Mogłaby pani w ten sposób zaszkodzić wielu ludziom — dla których jestem teraz użyteczny — ponieważ musiałbym opuścić te strony. Gerard wstał, wziąwszy strzelbę w rękę. Rezedilla również podniosła się z krzesła i zastąpiła mu drogę. Zbladła jeszcze bardziej. — Sennor, — rzekła — był pan ze mną cały czas taki szczery, niechże mi pani powie, czy pan jest szpiegiem francuskim, czy nie? — Nie, nie jestem nim. — I nie sprzyja pan Francuzom? — Nie. Nienawidzę cesarza, który panuje przez krew i kłamstwo. Potrafiłbym Napoleona zabić za to, że skazuje na zagładę poczciwego księcia. Sercem jestem z Meksykanami; kocham Juareza. Czy to pani wystarczy, sennorita? — W zupełności. Jestem teraz spokojna. — Żegnam więc panią. — Odchodzi pan naprawdę, sennor? — Tak. Odchodzę od pani na zawsze. Ale w Guadelupie pokażę się jeszcze kiedyś. Spojrzenia ich spotkały się. Obojgu łzy przesłoniły oczy. Gerard miał wrażenie, że może ją teraz objąć, nie robiąc tem krzywdy. Ale opanował się; nie miał przecież prawa łączyć losu dziewczyny ze swoim. Gdy opuścił pokój, Rezedilla ukryła twarz w dłoniach i wybuchnęła głośnym płaczem. — Nazywa się Gerard — łkała. — Tak, zasługuje na to imię; jest naprawdę mocarny, zwyciężył bowiem samego siebie. Jest obrońcą, bo sam się przed sobą broni. Jakże musiał cierpieć. I jak ciężkie będzie moje życie. Nie, to stać się nie może, nie może. Gerard usłyszał pode drzwiami jej łkanie, nie zawrócił jednak, tylko dosiadł konia, przewiązał kapelusz taśmą pod brodę, zarzucił strzelbę na ramię. Omijając bramę, przesadził śmiałym skokiem wysokie ogrodzenie i pognał pełnym galopem ku zachodowi. Nie zważał na huragan, który ryczał wkoło niego. Nareszcie, pośród prerji, zatrzymał konia, zeskoczył, rzucił się na ziemię. Uciekł od miłości. nie zastanowiwszy się nawet, czy ucieczka taka jest możliwa. — Z człowieka, który był niegdyś grzesznikiem, stał się pokutnik. Nie był to jednak flagelant przybrany w worek, z głową posypaną popiołem, spędzający dni swoje w rozpaczy, lecz myśliwiec, który pokutował za winy ze strzelbą w ręku, który postanowił wyplenić bandy zbójeckie z sawany. Uważał za konieczne zamilczeć przed Rezedillą, że jest tym, którego wszyscy nazywali Czarnym Gerardem. — Przeleżał tak długi czas. Koń najadł się trawy i leżał spokojnie na ziemi. Nagle, z grzywą wzburzoną, zerwał się, nastawił uszu i zaczął rżeć, co dla właściciela było nie omylnym znakiem, że zbliża się człowiek, albo jakaś wroga istota. Natychmiast podniósł się Gerard i ostrym wzrokiem obrzucił szeroką prerię. Zobaczył jeźdźca, który galopował w jego kierunku. Na ten widok twarz mu się rozpogodziła. — Uspokój się, — zawołał do konia — to Niedźwiedzie Oko, nasz przyjaciel. Koń zrozumiał doskonale. położył się momentalnie w trawle, nie zdradzając już — żadnych oznak niepokoju. Widać było, że pędzący na koniu człowiek jest czerwonoskórym. Nie miał wprawdzie na sobie ubioru indjańskiego, ani też na głowie dzikich ozdób z piór, — był ubrany na modłę Meksykan — ale sposób jego pochylenia się na szyi konia w leżącej niemal pozycji nie pozostawiał wątpliwości, że to czerwonoskóry. Tak jeździć może na koniu tylko długoletni znawca sawany. Zatrzymawszy się przy Gerardzie, przybyły jednym susem zeskoczył z konia, pędzącego jeszcze w pełnym galopie. Był pewien, że zwierzę wróci do niego, zatoczywszy łuk. Miejsce spotkania widocznie było wyznaczone zawczasu. Miejsce to było dowodem, że obydwaj orjentują się świetnie w warunkach topograficznych, jeżeli mogli tak dokładnie określić punkt spotkania w otwartej prerji. Mniej doświadczeni strzelcy napróżnoby się o to kusili. Indjanin był jeszcze młodzieńcem. Ktoś, kto widział Niedźwiedzie Serce, byłby z pewnością dopatrzył się między nim a Indjaninem wielkiego podobieństwa. — Mój czerwony brat pozwala długo czekać na siebie — rzekł Francuz. — Czy biały mój brat przypuszcza, że Schoschintä nie umie jeździć konno? — odparł Indjanin. — Spóźniłem się, ponieważ długo musiałem czatować. — Czatować? I gdzież to? — Byłem u Juareza, wodza Meksykan, w Paso dei Norte. Zameldowałem, że przyprowadzę pięciuset dzielnych wojowników Apaczów, aby odebrać zpowrotem Chihuahua. Oświadczyłem również, że umówiłem się tutaj na spotkanie z moim białym bratem. Juarez prosił, abyś odwiedził w Chihuahua sennoritę Emilję. — Odwiedzę ją natychmiast, ponieważ sam uważam to za konieczne. — Jak długo w Chihuahua zabawisz? — Nie wiem; może tydzień. — Od dziś za tydzień, dokładnie w południe, spotkasz mnie i moich wojowników pod wielkim dębem na górze Tamises. — Dobrze, zabiorę dużo koni; teraz daję ci mego, aby był później świeży mocny. — Niechaj Wielki Duch ochrania mego białego brata. Ugh! Rozstali się. Niedźwiedzie Oko odjechał na zachód z koniem Gerarda, którego prowadził na linie, Gerard zaś udał się pieszo w kierunku Guadelupy. Po drodze schwytał nieosiodłanego konia, pasącego się na polach, wskoczył nań zwyczajem prawdziwych vaquerów i ruszył, z początku truchtem, potem zaś pełnym galopem. Zabrania wierzchowca nie uważano za kradzież. Na zachodzie bowiem konie biegają wolno w prerjach; można schwytać pierwszego lepszego. Kiedy zaś puszcza się konia swobodnie, wraca na miejsce, skąd go uprowadzono. Każdy właściciel poznaje swoje konie po znakach, wypalonych na skórze. — Nasz były kowal i garrotteur star się z biegiem lat świetnym znawcą prerji. Gnał na obcym koniu aż do południa, potem zabrał innego z pierwszego lepszego stada, które spotkał na drodze. Tak pędził cały czas galopem, aż następnego dnia, przed wieczorem, zobaczył przed sobą Chihuahua. Nie mógł się odważyć na wjazd do miasta za dnia, ani też na przejście przez posterunki wieczorem. Musiał skradać się z narażeniem życia. Dlatego przywiązał konia w lesie do jednego z drzew i czekał aż się zupełnie ściemni. Potem zbliżył się do miasta, w którem znał każdy dom, każdą uliczkę. Tylko taki człowiek, jak Gerard, mógł się przekraść przez posterunki i usypane szańce. Wkrótce znalazł się pośród ogrodów, znanych mu doskonale. Przesadził ostrożnie płot i, skulony, trzykrotnie zakrakał krakaniem czarnogłowego sępa w chwili, gdy się budzi ze snu. Na znak ten nie było odpowiedzi; musiał go powtórzyć; dopiero wtedy otworzyła się jakaś furtka. Wyszła powoli ciemna postać kobieca i, stanąwszy w nieznacznej od niego odległości, zapytała: — Kto tu? — Meksyk — odparł. — Kto idzie? — Juarez. — Czekajcie chwilę. Po tych słowach postać znikła. Wróciła po upływie jakiegoś kwadransa. Podeszła teraz zupełnie blisko do Gerarda ze słowami: — Oto szata. Droga już wolna. Powiedziawszy to, wręczyła mu habit mnicha. Kiedy go wdział, mówiła dalej: — Dziś musicie być podwójnie ostrożni. Zamówiła do siebie majora. — To dobrze. Czy jest już u niej? — Nie. Przybędzie dopiero za dwie godziny. — Oto moja strzelba. Pilnujcie jej dobrze. — Kiedy powrócicie? — Tego nie wiem. Obudzę was, wróciwszy. Gerard zawinął się w habit i poszedł na lewo, gdzie w murze widniała otwarta furtka. Wszedł do podwórza. Wąskie schody prowadziły z najciemniejszego zakątka tego podwórza. Wdrapał się po nich i znalazł w kącie uchylone drzwi. Wszedł, minął w ciemnościach jeszcze kilka otwartych drzwi, aż stanął wreszcie przed zamkniętemi. Zapukał. Odpowiedziano mu głośno: — Wejść! W tej samej chwili odsunięto rygiel i drzwi się otworzyły. Uderzyła go oślepiająca fala światła; wśród morza blasku stała postać kobieca niezwykłej piękności. Wyszła naprzeciw strzelca prerji, który w ostatnim pokoju odrzucił swój habit. — Nareszcie, drogi mój Gerardzie, nareszcie jesteś znowu, — zawołała. Pociągnęła prerjowca na otomanę i usiadła obok. Tak siedzieli przez chwilę, on ubrany w starą, brudną, przepojoną krwią, bluzę, ona — w kosztownej sukni jedwabnej. — Chciała pani, jak widzę, wyjść? — przerwał milczenie. — Tak. Miałam zamiar pójść na dwie godziny na tertulię. potem spodziewam się majora. Rezygnuję jednak chętnie z tej przyjemności. — Z jakiej przyjemności chce pani zrezygnować? — zapytał z uśmiechem. — Z tertulii, czy z majora? — Z pierwszej; odwiedziny majora nie są żadną przyjemnością. — Wyobrażam sobie. — Zato pańskie towarzystwo będzie mi tem bardziej miłe. — Zależy, o czem się dzisiaj dowiem. Mam wrażenie, że przygotowują się ważne sprawy, do których może tu w Chihuahua klucz znajdę. — Jak? przedstawia się obecnie sprawa prezydenta? — Dotychczas niedobrze. Juarez był aż do tej chwili skazany na obronę, czeka jednak tylko na pomyślny moment, by przejść do ataku. Stanie się to, gdy tylko nadejdzie posyłka której oczekuje. — Posyłka pieniężna? Ach, gdyby tu już była. Musicie wiedzieć, że prezydent jest mi od trzech miesięcy winien pensję. Uchodzę za bogatą, muszę prowadzić dom na wielką skalę, abym mogła załatwiać wasze sprawy. Tymczasem kasa moja opustoszała. Wiem, że Juarez jest w kłopotach; byłam zmuszona pozaciągać pożyczki. Nimb, którym się umiałam otoczyć, niedługo będzie się mógł utrzymać. — Tak, prezydent jest pozbawiony niemal wszystkich środków. Jeżeli przysyła pani pieniądze, to dowód, że umie szanować korzyści, które nam pani przynosi. — Przysyła pieniądze? — zapytała z radością. — Tak; przeze mnie. Od dwóch tygodni noszę je przy sobie. Niech mi pani wybaczy — naprawdę nie mogłem przybyć wcześniej. — Nie usprawiedliwiaj się, kochany Gerardzie; znam waszą troskliwość dla mnie. Mówcie, ile macie pieniędzy. — Pensja za pół roku, za trzy miesiące ubiegłe i za trzy przyszłe. Zadowolona pani? — Bardzo, bardzo. Czy to banknoty? — Tak. Jakżebym mógł nosić przy sobie tyle monet? — Jakie to banknoty? Amerykańskie mogłyby mnie zdemaskować. — Angielskie. — To bardzo przezornie. — Służę pani. Gerard wyciągnął z buta myśliwskiego zwitek, który jej podał. Otworzyła, przeliczyła i rzekła: — Wszystko w porządku. A więc jestem znowu bogata. No, ale teraz, kochany Gerardzie, musi mi pan zrobić tę łaskę i zjeść co. — Z największą przyjemnością; jestem głodny jak wilk. Wyszła i zarządziła, aby podano wystawną kolację. Gerard jadł z apetytem. Gdy skończył, usiadła obok niego i zaczęła mówić: Przejdźmy do naszych spraw. Wiadomo panu z pewnością, że mamy nowego prezydenta. Mamy raczej kogoś, kto chce zostać prezydentem. Ale nic o tem nie słyszałem. Któż to taki? — To niejaki Pablo Cortejo z Meksyku. Zarządzał dobrami hrabiego Fernando de Rodriganda. Jeżeli jest w Meksyku, jakże się może spodziewać, że zostanie wybrany? Stolica przecież dostała się w ręce Francuzów. — Powiedziałam, że pochodzi z Meksyku, nie mieszka tam jednak. Chwilowo przebywa w prowincji Chiapas. — Czy ma jakich zwolenników? — Jeden z pierwszych opowiedział się przeciw Francuzom, podczas gdy Pantera Południa jeszcze się waha. Dopóki Juarez był potężny, nie miał ten Cortejo odwagi ujawnić swych zamiarów, teraz jednak sądzi, to stosunki ułożyły się dlań korzystnie. Stara się przeciągnąć na swoją stronę południowe prowincje, w których Francuzi nigdy nie stali zbyt mocną stopą. — Czy osiągnął dotychczas jakieś rezultaty? — Nie wydaje mi się, aby były zbyt wielkie. Lecz Pantera Południa waha się ciągle. A to okoliczność niebezpieczna, wiadomo wam bowiem z pewnością, że posiada wielu zwolenników. Mimo to sądzę, że Cortejo niewielką nam wyrządzi szkodę. — Kto to wie. Może posiada pieniądze, które przecież u Meksykan tak wielką odgrywają rolę. Najdziwniejsze jest jednak to, że zwolenników werbuje raczej jego córka, aniżeli on sam. — Ma córkę? Piękną, młodą? — Dlaczego piękną i młodą? — Ponieważ są to dwa przymioty, którym tak trudno się oprzeć. Pani naprzykład jest stworzona do tego, aby kaptować zwolenników. — To też kaptuję ich dla Juareza. Co się jednak tyczy córki Corteja, to nie jest ani młoda, ani piękna. Przeciwnie, sennorita Józefa wygląda poprostu, jak strach na wróble. — Pani ją zna, widziała ją pani kiedy? — Nie. Widziałam tylko fotografję. Powiadają, że sennorita Józefa uważa się za piękną. Musi to być prawda, inaczej nie kazałaby fotografować się w tysiącach odbitek i nie rozdawałaby ich na prawo i lewo. — Ma pani jej fotografję? — Owszem. — Proszę, niech mi pani pokaże. Emilja wyciągnęła z szufladki fotografję i podała Gerardowi ze słowami: — Ten chudziel to właśnie ona. Zwrócił na fotografję zaciekawiony wzrok i roześmiał się głośno: — Wspaniałe studjum brzydoty. Trudno wprost pojąć te zachwyty własną urodą. — No cóż, zostawmy jej to szczęście, że tysiące patrzeć na nią mogą i śmiać się z niej do rozpuku. Jakież nowiny ma pan pozatem? — Napoleon zaczyna wreszcie paktować ze Stanami Zjednoczonemi o losie Meksyku. — W takim razie dla karjery arcyksięcia Maksymiljana, który miał zostać cesarzem, zbliża się początek końca. Ameryka nie dopuści do utrwalenia w Meksyku cesarstwa. — Oczywiście. Wynika to wyraźnie z noty, wręczonej w roku 1864 przez sekretarza Stanów Zjednoczonych Sewerda posłowi amerykańskiemu w Paryżu Daytonowi. — Jakie jest jej brzmienie? — Brzmi tak:
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Rapir i tomahawk.
