Studyum
Pisma
TOM I
Ignacy Dąbrowski
ŚMIERĆ
STUDYUM
WARSZAWA
NAKŁAD JANA FISZERA
1900
Wydanie drugie
Дозволено Цензурою.
Варшава, 9 Марта 1899 г.
Warszawska Drukarnia i Litografja. Trębacka 11.
SPIS RZECZY
Studyum
Ignacy Dąbrowski
ŚMIERĆ
STUDYUM
WARSZAWA
NAKŁAD JANA FISZERA
1900
Wydanie drugie
Дозволено Цензурою.
Варшава, 9 Марта 1899 г.
Warszawska Drukarnia i Litografja. Trębacka 11.
Ustęp ten, wyjęty z „Sonaty cierpienia“ Ignacego Dąbrowskiego, to piękna i szlachetna, i głęboko pomyślana dewiza pisarza. Od niepamiętnych wieków pytamy ziemi i nieba, poco „to wszystko“ jest — i odpowiedzi nie znajdujemy. Przed czterdziestu wiekami pytano o to samo językiem filozofii, na co po upływie owych czterdziestu wieków język tejże samej filozofii odpowiedzieć nie jest w stanie. Ślad tych pytań znajdujemy przed czterema tysiącami lat w Rygwedzie: „Skąd wziął się ów świat? Stworzony — li on, czy niestworzony, to wie tylko Ten, którego źrenica czuwa nad wszystkiem, z najwyższych nieb spoglądając — a może i On tego nie wie?“. A po upływie onych czterech tysięcy lat stulecie nasze odpowiada Rygwedzie ustami Dubois-Reymonda: „Ignorabimus!“ Wiedza, wprowadzając zasadę przyczynowości, wygłosiła tylko właściwie aksyomat gołosłowny, postulat ludzkiego rozumu, ale nie rozwiązała zagadnienia. Odsuwała je tylko ustawicznie na plan dalszy, aż uderzywszy o mur „niepoznawalności“, zdobyła się na sformułowanie jednej z najważniejszych prawd: „Nie wiem i wiem, że nigdy wiedzieć nie będę“. Poecie aksyomat nie wystarcza, musi on go rzucić na szalę serca i poznać jego wagę uczuciową. Nauka szuka związku pomiędzy faktami, artysta bierze same fakty w stosunku do uczuć ludzkich. Nie pyta, co jest cierpienie, ale usiłuje zbadać, co począć na to serce ludzkie z owem . W jaki sposób ma się z niem pogodzić? W jaki sposób może się z niem pogodzić? I to nie pod całunem apatycznej rezygnacyi, ale pod znakiem bohaterstwa, walki, zmagania się z światem i z sobą samym, pod hasłem jakiegoś odległego, wymarzonego zwycięstwa, które uczyniłoby istnienie na ziemi znośniejszem. Artysta pyta i patrzy na życie. Szuka w jego labiryncie najniebezpieczniejszych zasadzek na serce człowieka. Następnie zagląda w serce ludzkie i szuka miejsc, w które najsilniej, najboleśniej można człowieka ugodzić. I nagle dostrzega z przerażeniem, że serce ludzkie, dusza ludzka, właśnie w punkcie najmniej bronionym najdotkliwiej ranione być może i że życie z ukrytej zasadzki w ów niebronny punkt najsilniej i najpewniej godzi. Człowiek drży przed Niebytem jak przed czemś potwornem, czego pojąć nie może, co stanowi sprzeczność z nim samym, co jest jego antytezą, przeczeniem. A przy tem — niepodobna „nie być“ i spojrzeć na to „z boku“ oczami obserwatora. Cała natura ludzka wzdryga się przed śmiercią, bo śmierć dla poszczególnego człowieka jest zarazem w jego pojęciu poprostu końcem świata, końcem wszechrzeczy, końcem o tyle straszniejszym, że się go właściwie nie spodziewał bo gdzieś na dnie duszy wierzył, że on jeden może... nie umrze. Wiadomość o śmierci jest dla większości ludzi tylko aksyomatem o charakterze aksyomatu naukowego; aksyomat ten, rzucony na wagę uczucia, przemawia dopiero do człowieka jak wyrok do skazańca, zbliża się do niego jak kat do osądzonego. Wiedzieć, że trzeba umrzeć, to bynajmniej nie to samo, co czuć, że trzeba umrzeć. Człowiek godzi się z tą wiadomością jak z legendą o żelaznym wilku, szklannej górze, lub Madejowem łożu; ilekroć jednak uczucie rzuci mu snop światła na tę wiadomość, ogarnia go lęk, przerażenie a częstokroć bunt; powoli, bardzo powoli oswaja się on z tem uczuciem, nawet godzi się z niem; nagle pada snop światła z drugiej strony; na nic całe opanowanie, na nic oswojenie się i dotychczasowe pogodzenie z nieubłaganą koniecznością; walka powtarza się na nowo z tą samą siłą, ni mniejszą, ani większą, się wciąż i wciąż, ilekroć uczucie z cięciwy swojej wypuszcza w tarczę naszej myśli strzałę tej wiadomości. Więc zadaniem poety jest „dać wyraz myślom i uczuciom milionów“, bo miliony czują potrzebę, „żeby im nazwano ich bóle: bo jest to dla nich ulgą“. Poeta, który tego dokonał, „dał właśnie wyrazy tym dręczącym każdego a nienazwanym uczuciom, co się zdawały z żył i kości podnosić, dopraszając się słowa; spełnił przeto zadanie i nie truciznę, ale ulgę dał ludziom“. Takiem dziełem Ignacego Dąbrowskiego jest jego studyum p. t. “. W wieku bojów nie mogłoby studyum takie powstać i — nie byłoby nawet potrzebnem. Ale inaczej rzecz się przedstawia w epoce, gdy drogą życia jest kilka ulic, zagadnieniami życiowemi to lub inne biurko, a tonem życia pracowita, szara, zarobkowa, rozdelikacona w czterech ścianach jednostajność. Dąbrowski przedstawia nie śmierć w ogóle, ale śmierć mieszczanina, który myślowo i uczuciowo, cywilizacyjnie i etycznie tak życie sobie urządził, aby w tej próbie ogniowej jego charakteru przegrywać zawsze i na całej linii. Ludzie ci, którzy tak żyją i tak umierają, stanowią dziś jądro społeczne, około którego kształtuje się wszystko. Z nich promieniują te czynniki, które nadają charakter i barwę wszelakim urządzeniom społecznym, prawom, przywilejom i ograniczeniom, dążeniom i zwalczaniom dążeń. Dziś ich dzień na globie. Czy ten dzień ma jakieś jutro, to inna sprawa, z chwilą jednak, gdy go posiedli, gdy na ich życie przeniósł się punkt społecznej, trzeba im zajrzeć do duszy. W Dąbrowskim pod maską modnego nowelisty ukrywa się głęboki myśliciel; pod osłoną lekkiego stylisty serce uczuciami wszechludzkiemi wezbrane. Dowodzi tego następna jego praca. Od wrót ostatecznego zagadnienia Dąbrowski zwrócił się, by spojrzeć, czem jest samo życie i to życie owych, , nie secin, nie tysięcy; w jakiem uzbrojeniu owe miliony stają w jego szrankach do zapasów z losem i jak z tych zapasów wychodzą. W poecie-prozaiku drgnęło ludzkie, sprawiedliwe serce, spojrzał na dolę maluczkich, ciemnych, bezradnych, owych pszczół, brzęczących ustawicznie niepopłatnym trudem, owych dobrze nam „nieznanych“. Szukał i znalazł go. Z drobnych, maluchnych kamyków, niedojrzanych przez innych, zbudował charakter tego typu, usunął rusztowania, zerwał zasłonę — i oto stanęła przed nami jedna z najwypuklejszych postaci, najsumienniej pomyślanych, stanęła żywa, że nawet ci, którzy z tym typem rzadko się w życiu spotykają, odbierają wrażenie, że odnajdują w niej dobrą znajomą. Bo „Felka“ nie jest tylko typem szwaczki, ale jest przedewszystkiem typem swego gatunku. Trudniej doprawdy o bardziej objektywny sposób pisania, o większe roztopienie siebie samego w temacie. Gdybyśmy zamiast wytwornie wydanej książki mieli w ręku pomięte kartki listowego papieru, zapisane koślakami i zakrętasami „panny z magazynu“, niepodobna by chyba przypuścić, że owe listy są podrobione. Tak „podrobić“ życie może tylko niepośledni talent. Wyobraźnia Dąbrowskiego weszła poprostu w mózg Felki, spostrzega jej spostrzeganiem, odczuwa jej nerwami, kocha jej sercem, jest naiwna jej naiwnością. Szwaczka jest przytem szwaczką zawsze i wszędzie, gdy pisze do matki, gdy kocha, gdy idzie do teatru. Widzi na scenie dramatyczną śmierć „Damy kameljowej“ i pisze o tem w ten sposób do matki: „On był wicehrabią, więc się w żaden sposób nie mogli pobrać. Ona się rozchorowała i w ostatnim akcie umarła na suchoty. Bardzo dużo osób płakało. Jak umierała, miała na sobie biały peniuar koronkowy z długim trenem i kontrafałdą z tyłu, wolno puszczoną od samej szyi...“ Dlatego szwaczka ta jest takim pysznym typem szwaczki, gdyż jest przedewszystkiem pysznym typem kobiety. Wszelako nader smutną rzeczą jest ze stanowiska społecznego podobna „pyszność typu“. Taka naiwność, taka łatwowierność, taki niedorozwój jest istotnie tragicznym i tragicznym tem bardziej, że się w zwykłem życiu nikt owej tragiczności nie domyśla, odczuwa ją tylko niewyraźnie, jak gdyby przez przestrzeń. Felce nikt nie deklamował o kapłańskiem powołaniu kobiet, o świętości macierzyństwa, o życiowem zadaniu niewiasty, ale zato odprowadza ją co wieczór z magazynu do domu jakiś pan w futrze o bobrowym kołnierzu, zabierają jej czas, oszczędności, ukochanego, zabierają jej jednem słowem wszystko, obrabowali „kapłankę“ jak opuszczony okręt i odtrącili na falę życia. A jeżeli się tam rozbije o jaką ukrytą skałę w kołnierzu bobrowym?... Prawda! Owe Felki z magazynu są niejako naczyniami, w których musi się przysłowiowo wyszumieć młode piwko kawalerskie, by potem dało możność jakiej Felce z drugiego piętra spełnić misyę kapłaństwa macierzyńskiego przy świętem ognisku rodzinnem. Świat jest doprawdy największym cynikiem, kiedy deklamuje o różnych kapłaństwach. Takie myśli budzi Dąbrowski, gdy się czyta jego „Felkę“. Mimo obawy przed zarzutem uszczypliwości zmuszeni jesteśmy stwierdzić, że „Felka“ bardziej się podobała naszym , niż naszym kobietom, i usiłować wyjaśnić, dlaczego to miało miejsce. Jeżeli Felka stanowi typ kobiety, to kto wie, czy powodem owej niełaski czytelniczek ze sfer intelligentnych nie była wierność literackiego portretu. Podobno mało kto jest zadowolony ze swego portretu, gdy ów portret jest doprawdy wierny. Czyżby zatem kobiety „z intelligencyi“ naszej tak mało „odstały“ od typu Felek, iż czują, że w ramkach opowiadania tego widnieje właściwie ich własny portrecik? Jesteśmy o tem aż nadto przeświadczeni, gdy jakaś prawdziwa Felka wzięła do ręki „Felkę“ Dąbrowskiego, to nie uwierzyłaby nigdy autorowi, iż jest tak tragicznie naiwną. Nie uwierzyłyby i nasze Felicye z trzeciego, drugiego i pierwszego piętra, chociaż — ileż to razy po bolesnym zawodzie, po dramacie rozczarowania, rzucają się z płaczem w ramiona matek, szlochając: „Ja nic od nich nie chcę, nigdy do nich nie pójdę... Tylko co ja teraz, moja mamo zrobię?...“ Felka cierpi dlatego, że jest dobra, oszukali ją haniebnie dlatego, że jest , wyzyskali ją dlatego, że nikt na wielkim świecie nie ujmie się za nią, że każdy „ma prawo“ pobawić się nią. Jest to w swojem rodzaju res nullius. Mniemamy, że nasze kobiety powinny właściwie uważać Dąbrowskiego za pisarza, upominającego się o ich prawa i o ich krzywdy społeczne, czyniącego to sumienniej od innych, i co ważniejsza, z większym talentem. U najsławniejszych naszych pisarzy spotykamy się z apoteozą „gąski“ i ku niepomiernemu zdziwieniu spostrzegamy, że to apoteozowanie bardziej się podoba naszym „wyzwalającym się“, niż uczciwa działalność Dąbrowskiego. On nie apoteozuje swej bohaterki. Posługuje się przytem ciekawą metodą pisarską, polegającą na mimowolnem samooskarżaniu się Felki, na której to metodzie oparł się potem z takim skutkiem Weyssenhoff w „Podfilipskim“. Prace te stoją bliżej siebie, niżby się nawet na pierwszy rzut oka zdawało. Sposób pisania, styl, architektonika, maniera — identyczne; różnica tkwi jedynie w obiorze postaci i jej środowiska, co powoduje odpowiednie rozszerzenie lub zwężenie ram tła. Czyż Podfilipski ma być typem ujemnym a Felka dodatnim? Społecznie biorąc oba typy należą do rzędu ujemnych; lecz w jednym wypadku wina leży po stronie osobnika, w drugim po stronie ogółu. Podfilipski grzeszy przeciwko swojemu społeczeństwu, przeciwko Felkom grzeszy samo społeczeństwo. Który grzech jest bardziej szkodliwy? Kto wie, czy nie drugi, bo jest wprost grzechem społeczeństwa przeciw sobie. I grzech podobny jest zarazem bardziej tragicznym, przeto bardziej do artystycznego traktowania nadającym się. Kto nas powinien więcej obchodzić, Felka, czy Podfilipski? Ilekroć odczytuję ów pamiętnik Ligęzy, tylekroć odczuwam mimowolnie wrażenie, że z tego środowiska, w którem „kwitną“ owi Podfilipscy, wieje na mnie jakaś społeczna stęchlizna. A przecież rzecz ta scharakteryzowana z dużym talentem. Gdy czytam „Felkę“, bije na mnie jak gdyby prąd świeżego powietrza, świeżego, czystego, odczuwam jakąś żywiołową, siłę, może naiwną, może ślepą jeszcze, ale siłę która przedziera się do przyszłości, wywalcza, wyswobadza, do której „jutro“ należeć musi. Tu widzę dążenie, tam rozkład, tu wizerunek społecznego tam podobiznę społecznego bakcylusa. Ale niezależnie od wszelkich krytycznych uwag i zestawień wypada zaznaczyć i podkreślić, że mamy do czynienia bądź co bądź z dwiema niezmiernie indywidualnemi organizacyami twórczemi autorów tych wizerunków, tymi samymi środkami artystycznymi, tą samą formą, powiedzmy, formą pamiętnika i listu, tworzą dzieła tak odrębnego charakteru, barwy i obrazów. Literatura spełnia swoje zadanie względem społeczeństwa, wydając podobne owoce; jest w nich gorycz, jaką mają zioła uzdrawiające. Z dumą o naszej literaturze powiedzieć możemy, że wszystko, co jest w niej wielkie, do historyi wchodzące, piękne i głębokie, co społeczeństwo nasze w dzielności i sprawności utrzymuje, z łona samegoż społeczeństwa wyjęte zostało, dlatego jest tak ludzkie i dlatego do duszy tego społeczeństwa wciąż trafia. Ignacy Dąbrowski pisze od niedawna, ale wystąpił odrazu z rzeczą dojrzałą. W roku 1891 się jego „Śmierć“, w roku 1892 „Felka“, w roku 1893 „Sonata cierpienia“ i „Legenda o promyku sobotnim“, w roku następnym , wreszcie „Jedna łza“. Następnie nie odzywa się przez kilka lat. Jest to u nas rzadka wstrzemięźliwość pisarska. Ileż wody pociekło tymczasem z innych piór autorskich! To nowe wydanie prac Dąbrowskiego dokonywa się w czasie, kiedy nasza niwa pisarska bujniejszą cieszy się wiosną. Talenty czerpały z życia, przeto życie, jak gdyby odwdzięczając się, wydaje znowu talenty. Nowe hasła, nowe myśli, nowe uczucia bo i dusze nowe a serca świeże. Zmienia się ustawicznie kąt patrzenia na świat i odchyla się cyrkiel uczucia, obejmującego warstwy. Nie dziś nam mówić, kto z młodych jest pierwszym, kto drugim. Niech przyszłość zajmie się klasyfikacyą, niech natomiast teraźniejszość tylko czerpie. Dąbrowski jest człowiekiem młodym. Pióro jego nie miało czasu spisać się. Wierzymy w to, że będzie niem ogarniał coraz szersze widnokręgi, że opowie nam jeszcze wiele, bardzo wiele i że będziemy jego opowieści słuchali zawsze z napiętą uwagą i poruszonem sercem.
Licho wie, co mi tam znów w piersi wlazło: kręci, wierci, kłuje i strzyka, że odetchnąć porządnie nie można. I z czego się to złe przyplątało? Jedno głupie przeziębienie nie powinno chyba takich breweryi z człowiekiem wyprawiać. A tu naprawdę wszyscy dyabli piknik sobie w moich płucach wyprawiają. Dalibóg cierpliwości braknie. Bo żeby to jeszcze była jakaś poważniejsza choroba, tak n. p. jaka dżuma, cholera, a choćby i suchoty, no, toby człowiekowi i nie żal fatygi było pomocować się trochę z taką grubą sztuką, — a choćby w końcu i klapnąć trzeba było, — to i wielka rzecz!... Ale ja przecież czuję doskonale, że to tylko jakaś przemijająca faiblesse, i nic więcej. Influenca, czy co, u licha?! Bo że Stach przesadza, to więcej niż pewno. Do dziś nie mogę mu tego darować, że mnie wtedy do łóżka zapakował. Gdybym się był uparł i na swojem postawił, byłaby się ta cała choroba moja rozeszła jakoś. Alboż to raz tak było? Wieczorem wracam z lekcyi, zmoczony do nitki, nogi pływają, coś mię w piersiach gniecie i kłuje, — a ja na drugi dzień, zdrów jak ryba, znowu od świtu do nocy po błocie maszeruję. A że tam kaszlu trochę było, to i wielka rzecz! — ale nigdy tego suchego, najbardziej męczącego. Ot, — odchrząkiwałem tylko może więcej od innych, ale to już widać natura moja taka. I trzebaż nieszczęścia, żem mu tę krew wtedy pokazał. Boże! jaką on miał minę! Malować, słowo honoru, malować tylko! Oczy wytrzeszczone, ręce dygocą; aż mi się go żal zrobiło, doprawdy, bo my się ogromnie z sobą kochamy. Więcej się jego przerażenia zląkłem, niż tej swojej krwi. Naturalnie zmiękłem od razu, jak masło. Dałem mu już wyprawiać ze mną, co mu się tylko spodobało; a że przytem i te szelmowskie piersi piekielnie, jak nigdy, mię bolały, zmiękłem do reszty. To i naturalnie stało się straszne głupstwo. Zaczęliśmy się rozczulać wzajemnie (niech licho porwie wszelkie czułości!), ja się nie wiadomo z czego i po co rozmazałem, jak stara histeryczka, — potem w nocy gorączka, majaczenie, krwotok, historye, — rano doktór, bańki, lód, — jednem słowem taka chryja, jakiej świat nie widział. No i jak też szczęśliwie z kochanym doktorkiem zapakowali mię do łóżka, tak czwarty tydzień prawie się z niego nie podnoszę. Rozmazali tylko chorobę nic więcej, a to wszystko funta kłaków nie było warte. Stach zaraz pompatycznie nazwał moją chorobę zapaleniem płuc i kazał mi w to wierzyć, jak w ewangelię, co nie przeszkadzało, żem się śmiał z tego od początku do końca. Niegodziwiec, chciał mi nawet papierosy skonfiskować: wyprawiłem mu o to taką awanturę, że się na mnie pół dnia dąsał. A wreszcie, — co mi do tego: wiem, że to wszystko farsa; a że się oni tam pokłopocą trochę o moje zdrowie, nic im to, co prawda, nie zaszkodzi. Niepotrzebnie mię tylko na babę wykierowali. Ale i to głupstwo jeszcze. Ciekawa jednak bardzo rzecz, co to się z lekcyami mojemi stanie? Marne one, prawda, ale w braku innych i te dobre; choć na jakie takie życie wystarczały i uniwersytet opłacałem; no, a teraz co będzie? Oni tylko jedno potrafią powtarzać: „zdrowie! zdrowie!“ — a co jeść będzie owo zdrowie, jak się na siłach bardziej wzmocni? Co dzień Stachowi kładę w głowę jedno i to samo, a on tylko: „kpij tam sobie z tego.“ Dobrze, kpij sobie z tego, kiedy masz ochotę, ale mnie dalibóg, wszelka chęć do kpin odchodzi, jak o tem pomyślę. Bo te wszystkie moje elewy — piramidalne osły: piecem przełażą, każda trójka wymodlona, wyproszona, i bez pomocy korepetytora ani rusz. Niepodobieństwo, żeby moi pryncypałowie na moje szacowne zdrowie oczekiwali; i tak pełno miałem zawsze wymówek: „panie Rudnicki, Kazio znów ma dwójkę z extemporaliów,“ — „panie Józefie, Stefanek znów dziś w kozie siedział,“ — „Jasio ma pałkę z algebry!“ — „Michasiowi oko podbili!“ Przezacni chlebodawcy! a tożbym ja gagatkom waszym same piątki, nawet rzymskie, z plusami, podawał, słowo daję, gdybym tylko mógł. Dlaczego nie? — to wszystko zapoznane geniusze te wasze Kazie, Jasie i Michasie. Jabym im od razu promocye do ósmej klasy podawał, bo i cóżby mi to szkodziło? Tylko, niestety, ja profesorem nie jestem, a oni... tacy wymagający! Nic nie zważają, że Kazio ma wrodzony wstręt do łaciny, że Stefanek lubi od czasu do czasu, zresztą rzadko, wesołe psikusy płatać, że Jasiowi nie nauka już w głowie i t. d. — a poza tem to wszystko niezmiernie genialne i doskonałe robaczki. Co, u dyabła, znów widać mam gorączkę. Głowa rozpalona, oczy pieką. No... co oni mi narobili! co oni mi narobili!
Jak babkę kocham, to dosyć przyjemna rzecz tak sobie niby pochorować . Ostatecznie człowiek nic nie robi, je (co prawda, nie zbytnio ja się i objadam znowu), pije, mógłby spać, gdyby mógł, niby się o nic nie troszczy, a zato wypoczywa za wszystkie czasy. Jak pamięcią sięgnę, nigdy takich długich i swobodnych nie miałem wakacyi. A przecie już żyłem trochę. Jedenaście lat zeszło w gimnazyum, bo to rozmaicie się tam z tem przechodzeniem z klasy do klasy przytrafiało, i poprawki były, i zimowało się coś ze trzy razy w jednej klasie; a zawsze była praca, pośpiech, termin. Brrr... jak mi to wszystko obrzydło! A przedewszystkiem łaciny i greckiego nie cierpiałem, całą antypatyą mej duszy nie cierpiałem i z rozkoszą zapominałem wszystkich gramatycznych wyjątków tych językowych szpargałów. Teraz znów trzeci rok na prawie mija. Na trzecim kursie najwięcej pracy, egzaminów coś z mendel chyba, a wszystko jeden od drugiego nieznośniejsze. I znów praca i praca. Wreszcie nie o pracę chodzi, bo i sambym chwili na próżno nie zmarnował, — ale ta terminowość, ten mus, ta nędza, co mi pracę potraja, — to nuży i wściekle męczy. A! wypoczywam za wszystkie czasy! Pal już licho korepetycye: nie myślę teraz o tej zmorze. Przecież dostanę skądkolwiek choćby najmarniejsze; wreszcie to tylko cztery miesiące do końca roku, to się byle czem obędę. Aby tylko egzamina zdać, a na lato mam już kondycyę zapewnioną. No, nie zginę; nie nowość dla mnie, jak czterdziestówki na tanią kuchnię zabraknie, kawa i dwa serdelki na obiad; żeby choć na to starczyło, — a przecież i gorzej bywało. Tylko czy te niegodziwe kamasze przetrzymają jako przyzwoicie te parę miesięcy? Tak się bezwstydnie roztrzęsły po błocie, że mi raz z nogi jeden o mały włos nie zleciał, kiedym się na psa zamierzył. Da Bóg może ładną, suchą wiosnę, to przekołacę w nich jeszcze jako tako, bo o nowych niema co marzyć nawet. Skądżebym ja teraz pięć rubli gotówką wydobył? A więc pozbywszy się już z głowy takich ciężarów, jak troska o lekcye i buty, nie mam na niej żadnych innych zaległości. Hm... — słowo daję, mógłbym się nazwać szczęśliwym teraz... Tylko znów ta choroba, a raczej ten przeklęty ból w piersiach. Naprawdę, że jak na farsę, to już go za wiele. Świdrowanie ciągle takie, że wytrzymać trudno. Cała lewa strona piersi obolała do tego stopnia, że głębiej odetchnąć nie sposób. Naturalnie jest to tylko skutkiem choroby serca, gdyż i krwotok podobno tylko z powodu jakiejś nieprawidłowości serca nastąpił. Tak Starzecki mówi. Bo i z czegóżby innego? Nie z płuc chyba, boć ja przecie suchot nie mam. No, no... ładnaby była historya, żeby to były suchoty. Kiedy się to jednak wszystko skończy? ciekawym bardzo. Z sił opadłem już zupełnie, że i przez pokój przejść trudno, a przecież najdalej za trzy tygodnie muszę być zdrów jak ryba: trzeba będzie generalną bibę na swoje imieniny wyprawić. Można przecież choćby raz w rok, około swoich imienin, zabawić się trochę. Aby tylko ten nieznośny ból z piersi ustąpił, — aby on ustąpił i sił odrobinę przybyło, to i wszystko dobrze pójdzie.
Kiepsko jakoś ze mną. Wczoraj, rad nie rad, musiałem całe popołudnie w łóżku spędzić, pomimo, żem się już zarzekł leżenia, jak grzechu śmiertelnego. Naturalnie, że jeżeli siły tracę, to tylko przez leżenie; tożby najzdrowszego chłopa ścięło z nóg takie przykucie do łóżka. Muskuły się tylko rozleniwiają i, jak przyjdzie do pracy, odmawiają posłuszeństwa. Bezwarunkowo trzeba będzie choćby przemocą podnosić się z łóżka. Rozpieściłbym się do reszty i możeby przyszło z miesiąc jeszcze pokutować. Od dziś zacząłem racyonalną kuracyę: sam się ubrałem (pomimo komiczno-rozpaczliwych protestów Stacha), przywlokłem się do stolika i ot piszę sobie spokojnie; a choć mi głowa tańcuje na wszystkie strony i czuję, jak mi krew nieraz aż oczy zasłania, tak do głowy uderza, przesiedzę jednak do samego wieczora, żeby się umyślnie
sprezentować, jak po lekcyach wróci. Naśmieję się porządnie z jego tragicznych poglądów na moją chorobę.
Tylko co była u mnie Zosia i musiałem przerwać pisanie. A zrobiła, że przyszła, bo ją ogromnie lubię za jej niewyczerpany nigdy humor. Gdyby nie była moją siostrą, wyśmienitaby z nas była para małżeńska; przynajmniej nigdyby nam smutno nie było. I skąd się u niej ten humor bierze? Nie ze zbytku szczęścia chyba, bo pracuje biedaczka od rana do nocy, lata po lekcyach, musi znosić czyjeś grymasy i fantazye, a mimo to wiecznie wesoła i zadowolona. Ot i teraz wpadła do mnie taka rozradowana, jakby ją Bóg wie co radosnego spotkało. Słucham, słucham, co takiego, aż tu raptem tyle tylko, że jedna z jej uczenic zakrajała się w okrutny sposób w palec i nie będzie mogła co najmniej przez tydzień grać na fortepianie, a że lekcye nie na bilety, tylko miesięcznie, więc i wytrącać nie będą, a ona będzie mogła co dzień wpaść do mnie na godzinkę. Poczciwa, kochana dziewczyna, przyniosła mi w prezencie od dawna upragniony słownik niemiecki i... parę serdelków na śniadanie: biedaczka, zapomniała; że jestem na dyecie. Ona często takie bąki strzela. Przez cały czas nie dała mi przyjść do słowa, opowiadając, jak zwykle bezładnie, najrozmaitsze historye, a wszystkie ogromnie naiwne. Podziwiam zawsze, skąd, przy takiej wietrzności i braku poważniejszego poglądu na życie, ta dziewczyna bierze natchnienie do muzyki? Bo przy fortepianie przeistacza się w zupełności: gra całą duszą, całą swoją istotą i dochodzi do zupełnego zapamiętania się. Dawniej nigdy nie wierzyłem ani w jej talent, ani w powodzenie, jakie miała w konserwatoryum. Dopiero 3-cia symfonia Haydna i sonata księżycowa Beethovena pogodziły mię z jej talentem i nakoniec uwierzyłem, że go posiada. Wiele, bardzo wiele chwil upojenia jej zawdzięczam. Szkoda tylko, że się ten talent na pięćdziesięciogroszowych lekcyach tak marnuje. Być może, iż większą tem korzyść przynosi społeczeństwu, niż gdyby miała po Europie na koncertach rozbijać fortepiany, — zawsze to jednak przykro widzieć tę iskrę bożą tak zaprzedaną za kęs chleba. Zresztą Zosia nie wiele sobie z tego zdaje sprawy. Nie dostrzegłem w niej dotąd ani cienia zarozumiałości, a przez to niezadowolenia z życia. Ona przyjmuje wszystkie przymusy losu tak spokojnie, tak chętnie, jakby je uważała za spełnienie własnych marzeń. Dziecko z niej jeszcze takie, że nie zadaje sobie trudu nad dociekaniami w kwestyach życia. Przypuszczam, iż gdyby kto w nią wmówił, że powinna się wyrzec i muzyki nawet, zdołałaby się zastosować do takiego przymusu, choć z wielkim żalem, ale bez cienia goryczy i pretensyi. I nie dlatego, żeby ta muzyka nie była dla niej niemal niezbędnym warunkiem umysłowej egzystencyi, — bo jest ona dotąd jedyną rozkoszą jej życia, — ale po prostu dlatego, że w jej głowie nie postała nigdy myśl jakiegoś oporu względem tego, do czego zniewala życiowa walka. Do jednego tylko los nie potrafiłby jej nagiąć: — do samodzielności. Ta jej bierność i uległość dla wszystkiego i wszystkich nie pozwala mi zrobić nawet najdalszych przypuszczeń, coby to dziecko poczęło samo, pozostawione zupełnie bez opieki, bez poddawania myślowego, co ma robić i jak sobie radzić. Często zadaję sobie pytanie, o ile to dziecinne jej usposobienie jest stanem przejściowym młodego wieku, a o ile wrodzonym i stale się już przejawiającym temperamentem życiowym. Jej lat 18-cie bardziej za tem drugiem przypuszczeniem przemawia. Co ją czeka? Z takiem usposobieniem może przejść przez życie, jak przez raj rozkoszy, — ale może też paść ofiarą pierwszego wypadku, który wstrząśnie jej umysł swoją bezwzględnością, tem brutalniej, im mniej będzie do niego przygotowaną. Oby tylko miała zawsze obok siebie jakieś serce kochające, o któreby się wesprzeć mogła! Z niego zaczerpnie sił do zniesienia wszystkiego. Zresztą ja nie opuszczę jej nigdy. Dotychczas ja jestem dla niej tym bożkiem, przed którym ona unicestwia się w zupełności. Kocha mię tak ślepo, tak , iż jej do głowy nie przyszła dotąd myśl, że mogę się mylić w czemkolwiek. Ja wiem o tem i dlatego mimowoli tyranizuję ją nieraz. Znosi wszystkie moje kaprysy i dziwactwa z taką cierpliwością, prawie namaszczeniem, jak gdybym miał z góry udzielony patent nieomylności. Jestem dla niej ostatnią instancyą we wszystkiem, jej sumieniem i wyrocznią stanowczą. Mnie to śmieszy czasami, szczególniej kiedy się mnie radzi, jakiego koloru ma sobie suknię sprawić — bo i tych kwestyi nie mogłaby bez mojej porady rozstrzygnąć. Dotychczas uczuwałem trochę jakby wyrzutów sumienia za to mimowolne zgodzenie się służenia mojej Zosi za punkt oparcia w życiu, choć Bóg widzi, żem się nie starał zupełnie łudzić jej co do siebie. Teraz pozbywam się tych skrupułów, ponieważ dzielę moją rolę opiekuna ze Stachem, a on jest taką antytezyą mojej istoty, że gdzie u mnie wada, tam u niego zaleta, — gdzie u mnie nadmiar czego lub brak, u niego, przeciwnie, brak lub nadmiar. Gdyby z duszy mojej i Stacha można było zrobić jaką mieszaninę, a z tej sfabrykować nową duszę, sądzę, iż byłaby ona najwszechstronniejszą w świecie. Zastanawiam się nieraz nad tem, co mnie ze Stachem, a raczej jego ze mną, wiązać może; bo rzeczywiście, od lat siedmiu, jak się znamy, a od trzech, jak wspólnie mieszkamy, trzymamy się razem, jak wierzch i podszewka jednego ubrania. Ja często tę kwestyę poruszam w rozmowach ze Stachem, ale on nie lubi roztrząsać podobnych subtelności i nazywa to głupstwem. Może ma i słuszność, ale mnie, nie wiem czemu, kwestya ta interesuje niezmiernie. Może dlatego, że i ja kocham go bardzo, — a ja lubię sobie zdawać sprawę ze wszystkich moich czynów i uczuć. Ale tu, dalibóg, analiza moja nic poradzić nie umie. Bo nie było chyba nigdy dwóch natur tak zupełnie różnych, jak on i ja. On — powaga chodząca, wypchana dogmatami, człowiek olbrzymiej woli, dla siebie nieubłagany, — przytem natura z gruntu poczciwa, prosta, przedewszystkiem prosta, i szczera aż do naiwności. Nerwy, rozczarowania, pesymizm, subtylizowanie uczuć i wrażeń nie istnieją dla niego. Uznaje je chyba we mnie i mnie jednemu, jako wyjątkowi, pozwala być takim, jakim jestem i chcę być. Całą resztę świata mierzy swoim łokciem i gwałtem chciałby ją mieć według swego modelu. Wypływa to u niego z tej niewzruszonej siły przekonań, jaką się szczyci. Tak niezachwianie wierzy w te prawdy, które zdaje mu się, że posiadł, iż kwestyę istnienia odmiennych przekonań spycha zawsze na grunt patologii umysłowej, jeśli naturalnie zechce uwierzyć w szczerość sądów stron przeciwnych. Inaczej — obwinia wszystkich o uprzedzenia kastowe, o nieszczery upór bronienia interesów osobistych i swojej kliki i t. d. Ach, te kasty, te kasty! Ileżem ja się nasłuchał już o nich! Taka uparta niewyrozumiałość, zdawałoby się, powinnaby go uczynić oschłym i obojętnym względem ludzi innych przekonań, — a tymczasem nie. Potrafi zasiekać, pognębić, zbić na miazgę słowami swego przeciwnika; ale niech tenże sam przeciwnik powie, że go brzuch zabolał, potrafi także pobiedz dla niego na dziesiątą ulicę po rumianek. Słowami nienawidzi niemal całego świata, rzuca przekleństwa, groźby, złorzeczenia, — a w gruncie kocha go pewnie lepiej od wielu filantropów i dobroczyńców ludzkości. Sądzę nawet, że właśnie dlatego tak nienawidzi głośno, bo kocha po cichu, i boli go, że ta umiłowana z głębi duszy ludzkość tak się nie umie poznać na jego jedynie zbawiennej recepcie szczęścia i kroczy drogą, którą on za mylną uważa. Takim jest mój Stach. A ja? Ja właściwie nie jestem jeszcze niczem w porównaniu z jego wyrobionemi już i niezmiennemi przekonaniami, — a więc właśnie dlatego jestem jeszcze wszystkiem po trochu, i wszystkie wady i cechy całego świata znajdują we mnie swój odblask. Chociaż nie głęboko ale choćby w zarodkach lub szczątkach tkwią we mnie te w wszystkie piętna świata, jakie mój Stach tak niezmordowanie zbija. Jestem niby tymczasowo bez żadnych przekonań, tak społecznych, jak filozoficznych; nie przeszkadza mi to jednak w dysputach ze Stachem przybierać rozmaite role i zbijać jego dowodzenia, to ze stanowiska arystokraty, to bourgeois, to postępowca, to konserwatysty, to znów panteisty lub ateusza. W gruncie rzeczy nie dowierzam sam sobie i za prawdziwość swoich twierdzeń nie dałbym i trzech groszy, ale mnie coś krusi zawsze do prowadzenia z nim zażartych dysput, kończących się naturalnie na niczem, — bo lubię bardzo słuchać Stacha, kiedy mówi w zapale, a tę lub inną rolę przyjmuję ot tak sobie, dla podtrzymania dyskursu, stosownie do tego, z jakiej on beczki zacznie. On wie, naturalnie, co sądzić o stałości mych przekonań, bo mu sam zawsze przy końcu dysputy powtarzam, żem mu przeczył tylko dla zasady przeczenia, byle i na słońcu znaleźć plamę, i że nie wierzę zarówno temu, co on mówi, jak i temu, co sam wygłaszam. To nam jednak nie przeszkadza zupełnie, na drugi dzień wszcząć podobnego sporu i obadwaj w zapale (chociaż ja unoszę się rzadziej) prawie że wierzymy we własne słowa. Chętnie prowadzę z nim te dysputy — raz dlatego, że nie mogę znieść tej ciasnoty jego poglądów i bezwzględnej wiary w siebie, i ciągle pracuję nad rozszerzeniem jego punktu widzenia rzeczy, — a po drugie, że lubię niesłychanie wszelkie subtelności i analizę odcieni myśli, a już pod tym względem dochodzę nieraz do artyzmu, i każda dysputa zaostrza mi tylko język i myśl. Ostatecznie skutek w zupełności nie odpowiada zamiarom. Punkt widzenia rzeczy u Stacha nie tylko się nie rozszerza, ale, przeciwnie, kurczy coraz bardziej, — a ja znów, wbrew jego pragnieniom, nie tylko się nie wciskam do jego klatki przekonań, ale coraz więcej rozprzestrzeniam swoje stanowisko obserwacyjne. Stąpamy po wprost odwrotnych drogach. On się zacieśnia i potęguje wiarę w swoje idées fixes, ja się rozszerzam i uczę obalać wszystko, choćby ot tak sobie, aby dokazać sztuki. W przekonaniach więc naszych niema żadnej zgody. Ale kto wie, czy i w usposobieniach naszych niema większej różnicy. Ja jestem straszny fantastyk, wiem o tem; ale cóż mi z tego, że wiem kiedy to nie zdoła powstrzymać w niczem moich wybryków. Czy to choroba już taka, czy zbytnia wrażliwość nerwów, licho tam wie, — dość, że jestem nieraz wprost nieznośnym. Przychodzą na mnie takie chwile rozdrażnienia jakiegoś, że umyślnie, świadomie, staram się wkoło siebie robić piekło. A że mieszkamy razem, on więc jest jedyną istotą, na którą mogę wyładować cały zapas złośliwości i sarkazmu. Cóż dziwnego, że mnie nieraz na czem świat stoi przeklina? Nazywa mię babą, histeryczką, idyotą, hipochondrykiem, roznerwowanym czortem i licho tam jeszcze wie jak, — ale to, niestety, nic a nic nie pomaga. Dawniej próbował w takich chwilach kłócić się ze mną i wymyślać; teraz jednak, jeśli mu nie zanadto dokuczę, nie odzywa się nic, tylko flegmatycznie słucha, albo się zabiera do czytania. Ja sam wiem o tem najlepiej, jakie ze mnie ziółko, i dlatego też nieraz staram się wszelkimi sposobami wynagrodzić mu te zatrute chwile. Jestem wtedy, doprawdy, ogromnie dobry. Stach tylko czeka takiej chwili. Kładziemy się wówczas obadwaj na łóżkach — bo to dla na najdogodniejsze locum z całego mieszkania, — i długo, długo w noc rozmawiamy, marząc o przyszłości, rozważając sprawy ludzkości całej i społeczeństwa. On jakoś realniej, prawdopodobniej, — ja się zatapiam w jakieś rojenia mistyczno-idealne, niemożliwe do urzeczywistnienia. Ale dobrze nam tak razem i poczciwe, choć ułudne, mamy myśli. Tak nam noc nieraz do brzasku schodzi. Kiedym się pytał raz Stacha, dlaczego, pomimo mojego nieznośnego usposobienia, nie stara się zerwać ze mną stosunków, on mi odpowiedział, że właśnie dla tych bezsennych nocy, strawionych na marzeniach. One mu wynagradzają wszystko. A i ja je kocham, te nasze noce romantyczne. Od czasu do czasu gniewamy się na siebie po kilka dni nieraz. Naturalnie wina zawsze leży po mojej stronie: przyznaję się do tego bez żadnych zastrzeżeń. Utarczka najczęściej zaczyna się wieczorem. Wracam zły z lekcyi, zmordowany, rozdrażniony, przygnębiony do reszty niepogodą. Byle błahostka wywołuje prawdziwy atak. Ot, choćby klucza zapomniałem i muszę czekać kilka minut w sieni, póki Stach nie nadejdzie. Wina, naturalnie, tylko moja, — ale właśnie, że moja, właśnie, że do nikogo nie mogę mieć o to pretensyi, wywołuje już we mnie to wzburzenie. Szukam zaczepki i heca gotowa. Stach ogromnie zagniewany; ja się uspokajam wkońcu, ale najczęściej za późno, kiedym mu już porządnie dojechał. Kładziemy się spać, nie mówiąc sobie dobranoc. Rano Stach już żałuje swojej porywczości i szuka zaczepki do pojednania; tu znowu ja mam do niego pretensyę, że się mógł na mnie gniewać. Znów schodzi wieczór w milczeniu. Ale już na trzeci dzień strasznie nam jakoś głupio się robi. Ja nie zacznę nigdy pierwszy, Stach wie o tem i dlatego z góry już obmyśla sposoby pojednania. Ja już go znam tak dobrze, tak potrafiłem wystudyować tę niebogatą zresztą w objawach naturę, że z miny jego, z gestów, domyślam się, czego chce, lub co ma powiedzieć. Chodzi zwykle w takich razach z kwadrans po pokoju, paląc papierosa, spoglądając z boku na mnie, jakby się prosząc, żebym się domyślił jego zamiarów i ułatwił zadanie. Ale ja udaję, że nic nie widzę. Wtedy on podchodzi, bierze mnie rękoma za głowę, wykręca do swej twarzy i mówi: — No, słuchaj Józik, nie bądź głupim... co tam... jesteś rozgrymaszony dzieciak; ja źle robię że się unoszę... co tam... daj pyska. Dajemy sobie pyska i gniew skończony. Ja się bardzo rozczulam, przyznaję do winy — i znów nam wieczór i noc na marzeniach schodzi. A on to ogromnie lubi. Nieraz w nocy, kiedy nas bezsenność tłucze, on podchodzi do mego łóżka na pogawędkę niby, ale w istocie żeby pomarzyć trochę. Nie zawsze jestem w usposobieniu do tego i zaczynam wtedy drwić z jego romantycznych zachcianek. A on się tego boi, bo się i wstydzi zarazem. Jest zawsze trzeźwym bardzo i chce za takiego uchodzić; tylko te bezsenne noce są plamą na jego rozsądnem życiu, jak je sam nazywa. Gdym go się raz pytał, jak on może pogodzić tę trzeźwość życia z romantycznemi zachciankami, odpowiedział tylko: — Ja wiem, ja wiem, że to strasznie głupio; cóż chcesz... to już widać w naturze mojej leży: trudno mi się jeszcze wszystkich nabytków przeszłości. Ale ja czuję że to głupio, i będę się starał odzwyczaić. Tego odzwyczajenia się nie bardzo dostrzegam jakoś. Przeciwnie chyba... On ma wszelkie warunki do zostania reformatorem jakim. Jego porywająca nieraz wymowa, zapał i wiara w to, co mówi, zjednywają mu wielu stronników. Przez kolegów jest nadzwyczajnie cenionym i uchodzi wśród nich za tęgą głowę. Jeden ja nie ulegam mu zupełnie i, o dziwo, dostrzegłem już dawno że on się mnie jakby boi. W naszym stosunku nie on, lecz ja jestem panem. Jego najwznioślejsze wyrazy obijają się nieraz o mój upór; wygaduje na mnie głupstwa, złości się, ale zawsze moje jest na wierzchu. Nie mówię tu naturalnie o sferze przekonań, — gdyż tak daleko wpływ mój nie sięga, i nawet w głębi duszy przyznaję, że nie chciałbym go pozbawić tych dogmatów w jakie tak ślepo uwierzył, — ale w sferze czynów, codziennych spraw i objawów życia, ja zawsze nim powoduję. Mówiłem już, że on mnie wyłącza z świata i pozwala być takim, jakim jestem. Widzę to doskonale, że on mię uważa jakby za dziecko, choć cudackie i fantastyczne, ale w gruncie niezłe i patrzy na mnie jak na istotę jakąś zupełnie wyjątkową, do której w żaden sposób nie możnaby i nie należy stosować ogólnych praw życia. Powiem wprost, jestem dla niego takim samym bożkiem, jak i dla Zosi. Poczuwa się do obowiązku opiekowania się mną i pielęgnowania, jakbym był jego synem i ojcem zarazem. Ja wiem o tem dobrze i nadużywam też często jego przywiązania. A i o tem wiem także, że mu niezmiernie chodzi o mój szacunek dla niego, i że pierwszą jego myślą po każdym postępku jest: co ja na to powiem. Zresztą wywdzięczam mu się tem samem, bo także się zawsze liczę z jego zdaniem; tylko, co prawda, dużo też liczę na jego wyrozumiałość, czasem aż nadto, zawsze pewien dobrego przyjęcia. Takeśmy się już zżyli z sobą, że mimowoli układając projekta życiowe, opieramy je na jednym, niezmiennym warunku — że zawsze mamy być razem. Teraz, dalibóg, nie wiem, czy ja pierwszy, czy on rzucił projekt wyjazdu za granicę po skończeniu uniwersytetu. Zresztą wszystko jedno. To wiem, że mamy wyjechać, a dokąd właściwie i po co, to już sprawa albo jego przekonań, albo mego widzimisię. Tak czy owak, jedziemy, bośmy sobie poprzysięgli celować bardzo wysoko. On już ma cel, idzie do niego bardzo wytrwale; ja może też we włóczędze życiowej wynajdę sobie cel jaki i tak będziemy się piąć obadwaj. Czy dojdziemy i dokąd dojdziemy, — któż wie? On nie wątpi, ja mam tylko jakieś instynktowne poczucie, że iść trzeba, — i pójdę, — a los nam koniec pokaże. Ach, życie, życie! — co ono z nas porobi? Takby się teraz chciało podnieść rąbek tej zasłony, co nam przyszłe lata zasłania, żeby choć tyle ujrzeć, aby się przekonać, czy ta praca teraźniejsza jakiś owoc wyda. Doświadczenie uczy, że żadna chwila życia nie jest zupełnem ziszczeniem pokładanych w niej nadziei. Staramy się niby korzystać z doświadczenia, kurczymy się i ograniczamy w rojeniach, zdaje się, żeśmy już zniżyli do minimum skalę pragnień i , a jednak... życie nie ziszcza tej drobnej cząsteczki.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Śmierć.
