Powieść
Wiktor Hugo.
Rzeczy widziane
1848—1849
z niewydanych rękopismów,
a.
A.
DRUKARNIA
„Bibl'ioteki Dzieł Wyborowych"
47. Nowy-Świat 47.
Powieść
Wiktor Hugo.
Rzeczy widziane
1848—1849
z niewydanych rękopismów,
a.
A.
DRUKARNIA
„Bibl'ioteki Dzieł Wyborowych"
47. Nowy-Świat 47.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 7 Декабря 1899 года.
PRZEDMOWA.
Jak tylko doszła nas wiadomość o wydaniu w Paryżu (a jednocześnie w Berlinie i w Londynie) drugiej seryi nieogłoszonych dotychczas drukiem pamiętników Wiktora Hugo p. t. Rzeczy Widziane, zamówiliśmy egzemplarz u wydawcy. Pokup jednak na tę książkę okazał się na miejscu tak wielkim, że po pierwsze, musieliśmy czekać parę tygodni zanim ją nam przysłano, a powtóre, chociaż żądaliśmy pierwszej edycyi, otrzymaliśmy ósmą. Winienem objaśnić, że wydawcy paryscy mają zwyczaj, gdy chodzi o rzecz z góry obiecującą powodzenie, drukować od razu kilka wydań i nazywają pierwszem wydaniem pierwszy tysiąc, drugiem drugi tysiąc egzemplarzy i t. d. Zatem przysłanie nam odrazu ósmego wydania dowodzi, że przeszło 7000 egzemplarzy rozchwytano na miejscu. Ta nowa serya pośmiertnych rękopismów Wiktora Hugo obejmuje okres czasu od 1825 do 1871. Ale nie są to rzeczy ściśle powiązane ze sobą. Właściwą całość stanowią tylko lata 1848 i 1849, wypełniające też większą część dzieła. A ponieważ w chwili obecnej z tą właśnie epoką chcielibyśmy, o ile to jest możliwem, wszechstronnie zapoznać naszych czytelników, zanim przejdziemy do innych, postanowiliśmy, i dla zgodności z planem redakcyjnym, i dla szybszego zaspokojenia ciekawości czytelników, zacząć od publikacyi wspomnień wielkiego poety z epoki 1848 roku. Są to kartki bezpretensyonalne, ale tak wyborne, tak świetnie odbijające i oryginalny talent i wielkie serce francuskiego romantyka, że nikt z pewnością nie pożałuje czasu, spędzonego na ich odczytaniu. Powiedziałbym nawet, że w owych pośmiertnych rękopismach, nieprzeznaczonych odrazu do druku, zacierają się wady a występują wybitniej zalety genialnego pisarza. Może właśnie dlatego, że wadami jego były, z jednej strony, zbyt wyszukane zestawienia kontrastowe, przy wykończaniu rękopismów, z drugiej, rażące niekiedy przeładowanie opisów szczegółami i cytatam i technicznemi — na które tutaj również nie było czasu. Natomiast pozostała nieporównana obrazowość, treściwość i plastyka opowiadań, oraz dowcip i podniosłość myśli. To, co Hugo widział w owych niecodziennych zdarzeniach, przedstawione jest z taką ścisłością, tak żywo i wyraziście, że gdyby czytelnik sam był świadkiem opisywanych wypadków, z pewnością nie zachowałby po nich jaśniejszych wrażeń, niż te, jakie wyniesie z przeczytania wspomnień autora. Widzi je bowiem przesuwające się przed oczyma duszy, nie jak w mniej lub więcej wiernej panoramie, ale jak w naocznej, tętniącej życiem rzeczywistości. Redakcya „Biblioteki” zapewniła sobie w dalszym ciągu relacye, dotyczące i bliższych nas zdarzeń z tej samej epoki, a między innemi wspomnienia H. Szumana, b. prezesa Koła Polskiego w Berlinie, o wypadkach w Berlinie i w Poznańskiem w r. 1848. Tymczasem zaś dajemy dzieje rewolucyi paryskiej, których sprawozdawca, chociaż poeta, umiał zachować należytą objektywność historyka, patrzącego z góry na współczesne kolizye. Życiorysu i oceny literackiego stanowiska Wiktora Hugo w piśmiennictwie europejskiem nie powtarzamy, ponieważ daliśmy je już w tomie 40 „Biblioteki”, skreślone obszernie kompetentnem a barwnem piórem J. A. Święcickiego.
I.
W Izbie Parów Francyi.
Wczoraj, 22 lutego, poszedłem do Izby Parów. Dzień był piękny, ale mroźny, pomimo słońca i południowej pory. Na ulicy Tournon ujrzałem człowieka, prowadzonego przez dwóch żołnierzy. Był to blondyn, blady, wynędzniały, o błędnem spojrzeniu, lat około trzydziestu; miał na sobie spodnie z grubego płótna, nogi bose i pokaleczone, w drewnianych chodakach, pookręcane zakrwawionemi szmatami; bluzę krótką, zabłoconą na plecach, co wskazywało, że spędzał noce na bruku; głowę odkrytą i potarganą. Pod pachą niósł bochenek chleba. Gromadka idących za nim gapiów objaśniała, że skradł ten chleb i że za to go aresztowano. Gdy doszli do koszar żandarmeryi, jeden z żołnierzy wszedł do gmachu, a człowiek pozostał pod strażą drugiego żołnierza. W tej chwili przed bramą koszar zatrzymał się powóz. Była to wielka kareta, zawieszona na pasach, pokryta herbami, z koronami książęcemi na latarniach, zaprzężona w dwa szpakowate konie, z dwoma lokajami w tyle. Pomimo podniesionych szyb, można było widzieć wnętrze landary, wybite biało-złotym adamaszkiem. Motłoch zaczął się przypatrywać tej karecie, co i mój wzrok na nią skierowało. Siedziała w niej kobieta w różowym kapeluszu i czarnej aksamitnej sukni, świeża, biała, piękna, olśniewająca, która śmiała się i bawiła ślicznem pótorarocznem dzieciątkiem, otulonem we wstążki, koronki i futra. Ta kobieta nie widziała patrzącego na nią obdartusa. Zamyśliłem się. Ów człowiek nie był już dla mnie człowiekiem, lecz nagłem, potwornem i grobowem widziadłem, zjawiającem się w biały dzień, w pełnem słońcu, widziadłem rewolucyi, pogrążonej jeszcze w ciemnościach, ale już niedalekiej. I dawniej biedak ocierał się na swej drodze z bogaczem, widziadło nędzy spotykało się z chwałą dostatku; ale nie patrzyli n a siebie, szli dalej. Mogło tak trwać bardzo długo. Od chwili, kiedy ten człowiek spostrzegł, że ta kobieta istnieje, podczas gdy ona nie domyślała się nawet, że obok niej stoi — przewrót zaczął być nieuchronnym.
Pan Markiz de Boissy jest śmiały, ma krew zimną, władzę nad sobą, głos odpowiedni, łatwość wysłowienia, dowcip niekiedy, nigdy nie daje się zbić z tropu — słowem, posiada wszystkie przymioty, potrzebne dla wielkiego mówcy. Brak mu tylko talentu. Męczy Izbę tak dalece, że ministrowie pozwalają sobie nie odpowiadać mu. Mówi tyle, że aż wszyscy milkną. Specyalnie zaś szameruje zwykle kanclerza, jakby głównego swego przeciwnika. Wczoraj, wychodząc z posiedzenia, które Boissy całkowicie wypełnił swojem miernem i małostkowem gadaniem, P. Guizot rzekł mi: — Ależ to powódź! Izba posłów nie wytrzymałaby go dziesięciu minut, po dwóch pierwszych próbach. Izba Parów znosi go, dzięki swej wysokiej uprzejmości, i źle czyni. Boissy nie zamilknie, chyba wtedy, gdy cała Izba, usłyszawszy, że żąda głosu, wstanie i pójdzie do domu. — Tak pan myślisz? — odrzekłem. — W takim razie pozostałby tylko on i kanclerz — byłby to więc pojedynek bez sekundantów.
Dziś rozprawiano o adresie. P. de Boissy ma niekiedy przystępy dowcipu w swych ględzeniach. Wyraził się tak: — Nie należę ja do tych, którzy czują wdzięczność dla rządu za dobrodziejstwa Opatrzności... Sprzeczał się, jak zwykle, z kanclerzem. Urządził, nie wiem już jaką wycieczkę extrawagancką, gdy Izba zaczęła szemrać i wołać: — Do rzeczy! Kanclerz wstaje i mów: — Panie Markizie de Boissy, Izba wzywa pana do rzeczy. Wyręcza mnie w tym względzie. (Wtrąciłem do ucha Lebrun’owi: zamiast „wyręcza,“ mógł był powiedzieć „oszczędza.“) — Jestem jej za to wdzięczny... w pańskiem imieniu — odpowiada Boissy. A izba zaczyna się śmiać. W kilka chwil potem kanclerz oddał piękne za nadobne. P. de Boissy ugrzązł w jakiejś szykanie, dotyczącej regulaminu. Było późno. Izba niecierpliwiła się. — Gdybyś pan nie był się bawił w podkreślanie rzeczy niepotrzebnych, byłbyś już odawna skończył swoją mowę, ku własnemu i ogólnemu zadowoleniu. Izba w śmiech. — Nie śmiejcie się! — woła książę de Mortemart. — Te śmiechy ubliżają Zgromadzeniu. Na to zauważył p. de Pontécoulant: — Pan de Boissy przycina panu kanclerzowi, pan kanclerz przygryza panu de Boissy. Godności brak obu stronom! Na tem posiedzeniu książę d’Aumale, skończywszy lat dwadzieścia pięć, mógł po raz pierwszy zająć miejsce posła. Książę de Nemours i książę de Joinville siedli obok niego, za ławą ministrów, na zwykłych swoich miejscach. Śmieli się nie mniej od innych. Ponieważ książę de Nemours okazał się najmłodszym w swojem biurze, zgodnie ze zwyczajem, pełnił funkcye sekretarza. P. de Montalembert chciał mu oszczędzić tego trudu. — Nie — rzekł książę — to mój obowiązek. Wziął urnę i w charakterze sekretarza obchodził stół, zbierając głosy. Podczas posiedzenia książę de Mortemart przyszedł do mojej ławki i gawędziliśmy o cesarzu. P. de Mortemart uczestniczył w wielkich wojnach napoleońskich. Mówi o nich z uniesieniem. Był adjutantem cesarskim w r. 1812. — Tam to — mówił mi — nauczyłem się czcić cesarza. Widywałem go zblizka dniem i nocą. Widziałem go, gdy się golił rano, gdy zmywał gąbką podbródek, targał za ucho służącego, gdy rozmawiał z grenadyerem, stojącym, na warcie przed namiotem, gdy się śmiał, gawędząc o byle głupstwie — a jednocześnie, przy tem wszystkiem, wydawał rozkazy, kreślił plany, wybadywał więźniów, radził się genera- łów pewny, w ciągu kilku minut, nie tracąc ani najdrobniejszego szczegółu z przedmiotu, ani jednej sekundy z niezbędnego czasu. W tem życiu obozowem, codziennem i poufalem, jego umysł co chwila wyrzucał z siebie błyskawice. Ręczę panu, że ten zadawał kłam przysłowiu: „Żaden wielki człowiek nie jest wielkim dla swego służącego.“ — Ale bo też, mości książę — odrzekłem — przysłowie myli się. Wielki człowiek jest wielkim i dla swego służącego. W Izbie Parów panuje ten zwyczaj, że w odpowiedziach na przemówienie korony, nie powtarza się tytułów, jakie król daje swoim dzieciom. Jest również zwyczajem nietytułowanie książąt „ich królewską wysokością,“ gdy się mówi o nich do króla. Niema Wysokości wobec Majestatu.
Wychodząc z posiedzenia, na którem Izba Parów rozprawiała o Krakowie, a milczała o granicy nadreńskiej, zstępowałem po wielkich schodach Izby, gawędząc z p. de Chastellux. P. Décazes zatrzymuje mnie w drodze: — No i cóż, coś pan robił na posiedzeniu? — Pisałem list do pani de Dorval (trzymałem go w ręku). — Co za lekceważenie! Czemuś pan nie przemawiał? się trzymał starego przysłowia:
— Różniłeś się więc w zdaniu?... — Z całą izbą? Tak jest. — Czegóż pan chcesz? — Renu. — Tylko tyle! — Byłbym protestował i mówił bez echa — wolałem milczeć. — Ach! Ren! Mieć Ren! Tak, to piękna poezya, poezya! — Takie poezye nasi przodkowie układali siłą armat, a my je odrobimy siłą idei! — Mój kochany kolego — odparł p. Décazes — trzeba poczekać. I ja chcę Renu. Będzie temu lat trzydzieści, kiedym mówił do Ludwika XVIII: „Najjaśniejszy panie, byłbym w rozpaczy, gdybym pomyślał, że umrę, nie ujrzawszy Francyi panią lewego brzegu Renu.“ Ale zanim o tem będzie można mówić, zanim o tem będzie można myśleć, trzeba... płodzić dzieci. — A więc — odrzekłem — wszakże to już lat trzydzieści upłynęło od tej chwili. Dzieci już są zrobione.
Radzono w Izbie Parów nad niezbyt szczęśliwie sformułowanem prawem o zastępcach w wojsku. Dziś miał przejść artykuł główny. P. de Nemours przyszedł na posiedzenie. Jest w izbie osiemdziesięciu oficerów. Większość ich uważała artykuł za zły Tymczasem wszyscy wstali, pod przenikliwem spojrzeniem księcia, który zdawał się liczyć w stających. Urzędnicy, członkowie Instytutu, ambasadorowie, głosowali przeciw. Rzekłem do prezydenta Franck-Carre, siedzącego obok mnie: — Jest to walka odwagi cywilnej z tchórzostwem wojskowem. Artykuł został przyjęty.
Sprawa Girardin’a w Izbie Parów. Uwolnienie. Głosowano gałkami: białemi za skazaniem — czarnemi za uwolnieniem. Okazało się na 199 głosujących 65 białych i 134 czarne. Rzekłem, kładąc moją gałkę do urny: — Bielimy go, czerniąc. A kiedym pytał pani D... — Dlaczego Girardin i minister nie odwołają się do wyroku sądu — odpowiedziała mi: — Bo Girardin nie czuje się dość silnym, a minister dość czystym. PP. de Montaliver i Molé, i parowie z zamku głosowali, rzecz dziwna, za Girardin’em, przeciw rządowi. Gdy się o rezultacie dowiedział p. Guizot w Izbie posłów, zdawał się być wściekłym. Jeden z deputowanych rzekł mu: — A adjutanci, którzy panu głosowali?...
Przybywszy do izby, zastałem Franck-Carre’go w wielkiem wzburzeniu. Trzymał w ręku prospekt win szampańskich, podpisany przez hrabiego de Mareuil i ozdobiony płaszczem parowskim, koroną hrabiowską i herbami de Mareuil. Pokazał ten prospekt kanclerzowi, który rzekł: — Cóż ja na to poradzę! — Gdyby prosty radca — mówił do mnie Franck-Carre — zrobił coś podobnego w mojem biurze, wiedziałbym jak postąpić. Zwołałbym wydziały i dałbym mu upomnienie descypliparnę. Rozprawa nad adresem w biurach Izby Parów. Należałem do czwartego biura. Między innemi zmianami, proponowałem taką: — Było powiedziane: „Nasi książęta! ukochane dzieci wasze spełniają w Afryce obowiązki sług państwa! Radziłem zmienić: „Książęta! ukochane dzieci wasze, spełniają w Afryce swoje obowiązki sług państwa.“ Te drobne moje żądania wydały się dziką opozycyą.
Izba Parów nie pozwoliła panu Alton-Shée wymienić nawet nazwy Konwentu. Powstał straszliwy hałas, wywołany głośnem uderzaniem przecinaczek o pulpity i okrzykami: — Do porządku! Mówcę ściągnięto prawie przemocą z trybuny, Miałem wówczas ochotę zawołać: — Sam i robicie posiedzenie Konwentu; tylko, że z nożami drewnianemi! Ale powstrzymała mnie myśl, że uwagi tego rodzaju, w owym stanie rozdrażnienia, nie byliby przebaczyli nigdy, nietylko mnie, co mi było obojętnem, ale prawdom spokojnym, które miałem do powiedzenia i do których przyjęcia mogłem ich skłonić W
II.
1848.
I.
e.
...Gdym przybył do Izby Parów, była punkt trzecia — generał Rapatel, wychodzący z ubieralni, mówi mi: — Posiedzenie skończone. Udaję się więc do Izby posłów. W chwili, gdy kabryolet mój wjeżdżał w ulicę Lille, spostrzegam wysuwający się z ulicy Bellchasse zbity i nieprzebrany tłum ludzi w kamizelkach, bluzach i czapkach robotniczych, zmierzający ku Izbie. Drugi koniec ulicy zajęty był i zagrodzony szeregami piechoty liniowej, z bronią na ramieniu. Mijam tłum mężczyzn w bluzach, pomieszanych z kobietami i wołających: — Niech żyje reforma! Niech żyje wojsko! Precz z Guizotem! Stanęli mniej więcej na odległość strzału od szeregów piechoty. Żołnierze rozstąpili się, aby mnie przepuścić. Śmieli się i rozprawiali. Jakiś młodzieniaszek wzruszał ramionami. Doszedłem tylko do sali Straconych Kroków. Była zapełniona gromadkami zaaferowanych i zaniepokojonych. Thiers, Remusat, Vivien, Morreau (z Constitutionel’u) w jednym końcu; w drugim: Emil de Girardin, d ’Alton-Shée, de Boissy, Franck-Carré, d’Houdetot, de Lagrenée. Armand Marrast wziął d’Altona na stronę. Girardin zatrzymał mnie w przejściu, potem d’Houdetot i Lagrenée. Franck-Carée i Vigner przyłączyli się do nas. Rozprawialiśmy. Mówiłem im: — Gabinet jest ciężko winnym Zapomniał, że w takich czasach, jak nasze, są przepaści na prawo i na lewo i że nie trzeba rządzić zbyt blizko brzegu. Powiedział sobie: to tylko zamieszka! I niemal sam sobie dał brawo. Zdawało mu się, że się tem powiedzeniem wzmocnił: upadał wczoraj, dziś stoi znów. Ale najprzód, kto to może przewidzieć, jak się skończy zamieszka? Zamieszki wprawdzie wzmacniają gabinety, ale rewolucye przewracają dynastye. A czyż to roztropnie: ryzykować dynastyę dla ocalenia gabinetu? Położenie naciągnięte zacisnęło węzeł i niepodobna go dziś rozplątać. Łańcuch może pęknąć i wtedy wszystko pójdzie na cztery wiatry. Lewica manewrowała nieopatrznie, a gabinet wyprost szalenie. I tu i tam są odpowiedzialności. Lecz cóż za waryactwo ze strony gabinetu mieszać kwestye policyi z kwestyą wolności, i przeciwstawiać ducha przekory, duchowi rewolucyi! Wygląda on w moich oczach tak, jakby posyłał lwu rozjątrzonemu wezwanie przez komornika, na stemplu. Subtelności p. Heberta — wobec zaburzeń ulicznych! Ładna historya! Gdym tak mówił, któryś z posłów, przechodząc koło nas, rzekł: — Marynarka zdobyta. — Chodźmy zobaczyć! — mówi do mnie Franc d’Houdetot. Wyszliśmy. Minęliśmy pułk piechoty, zagradzający wejście na most Zgody. Konnica najeżdżała wśród placu Ludwika XV na gromady nieruchome i ponure, które jednak za zbliżeniem się szarży, rozpryskiwały się w różne strony. Na moście pusto. Stoi tylko jeden generał konno, w mundurze, z krzyżem komandorskim u szyi — generał Prévot. Przejechał koło nas galopem, wołając: — Atakują! Gdyśmy doszli do wojska, zajmującego drugi koniec mostu, dowódca batalionu, konno, w burnusie galonowanym, tęgi, z dzielną miną, ukłonił się panu d’Houdetot. — Cóż się dzieje? — pyta Franc. — Dzieje się to, że chwała Bogu przybyłem w porę! — Ten to dowódca batalionu opróżnił pałac Izby, którym tłum owładnął od szóstej rano. Zaszliśmy na plac. W rogu mostu jakiś dragon podnosił szablę na człowieka w bluzie. Zdaje się, że go nie dosięgną!. Zresztą Marynarka nie była „zdobyta.“ Tłum rzucił kamieniem w okno pałacu, z którego wyglądał jakiś ciekawy. Nic więcej. Ujrzeliśmy powozy zatrzymane i jakby ustawione w barykady w wielkiej alei Pól Elizejskich, na wysokości Okrągłego Placyku (Rond Point). d ’Houdetot mówił: — Tam się zaczyna ogień. Widzisz dym? — Ba — odpowiedziałem — to para z fontanny. Ten ogień jest wodą. I zaczęliśmy się śmiać. Jednakże była tam utarczka. Lud ustawił trzy barykady z krzeseł. Straż policyjna z wielkiego kwadratu Pól Elizejskich przyszła zniszczyć barykady. Lud odparł straż kamieniami i wtłoczył ją napowrót do odwachu. Generał Prévot posłał oddział gwardyi miejskiej celem opróżnienia budynku. Oddział został otoczony i zmuszony do schronienia się na odwach razem ze strażą. Wtedy tłum rozpoczął oblężenie. Jakiś człowiek przystawił drabinę, wszedł na dach, wyrwał chorągiew, podarł ją i cisnął ludowi. Trzeba było całego batalionu, ażeby odwach oswobodzić. — Do dyabła — rzekł Franc d’Houdetot do generała Prévot, który nam opowiedział te szczegóły — sztandar zdobyty! Generał odpowiedział żywo: — Zdobyty, nie! Skradziony, tak! Wtem nadszedł Pèdre Lacaze z Napoleonem Duchâtel, pod rękę, obaj bardzo weseli. Zapalali swe cygara od cygara Franca d’Houdetot, mówiąc: — Wiecie co? Genoude składa akt oskarżenia sam, na swoją rękę. Nie pozwolono mu podpisać aktu oskarżenia lewicy. Nie chciał, żeby mu kłam zadano i oto ministeryum było wzięte we dwa ognie: na lewo, cała lewica; na prawo pan de Genoude. Poczem Napoleon Duchâtel dodał: — Mówią, ze Duvergiera de Hauranne noszono w tryumfie! Wróciliśmy na most. Przechodził Vivien i zbliżył się do nas. W swoim starym kapeluszu z wielkiem rondem i w paltocie, zapiętym aż pod szyję, były strażnik pieczęci miał minę policyanta. — Gdzież idziemy? — rzekł do mnie. — Co się dzieje, to nie przelewki! Nie ulega wątpliwości, że w tej chwili cała maszyna konstytucyjna drży w posadach. Niema już stałego gruntu pod nogami, trzęsie się i skrzypi. Przesilenie zaś potęguje się tem, że cała Europa jest w porozumieniu. Podobno z tem wszystkiem król jest spokojny, a nawet wesoły. Ale gra to niebezpieczna. Wszystko, co się w nią wygra, pokryje zaledwie stawki. Vivien opowiedział nam, że król schował do szuflady projekt reformy wyborczej, mówiąc: — To dla mojego następcy! — Mówił, jak Ludwik XV-y — dodał Vivien w przypuszczeniu, że reforma znaczy potop. Podobno prawdą jest, że gdy p. Sallandrouze przyniósł mu skargi progresistów, król przerwał mu nagle pytaniem: — Sprzedajesz pan dużo dywanów? Na temże przyjęciu progresistów, król spostrzegłszy pana Blanqui, zbliżył się do niego uprzejmie: — No i cóż, panie Blanqui, co tam mówią? Co się dzieje? — Najjaśniejszy panie — odrzekł Blanqui — muszę powiedzieć królowi, że w departamentach, a szczególniej w Bordeaux są rozruchy. — Ach, jeszcze rozruchy — przerwał król. I odwrócił się od Blanqui’ego. Dalszy ciąg rozmowy przerywa naraz Vivien: — Czekajcie, zdaje mi się, że słyszę strzały karabinowe! Jakiś młody oficer generalnego sztabu zwrócił się z uśmiechem do generała d’Houdetot, pytając: — Mój generale, długo tam tego jeszcze będzie? — Albo co? — Bo mam obiad proszony na mieście — objaśnił oficer. W tej chwili grupa kobiet w żałobie i czarno ubranych dzieci przechodziła szybko po drugim chodniku mostu. Mężczyzna trzymał za rękę najstarsze z dzieci. Przypatrzyłem się i poznałem księcia de Montebello. — Patrz! — rzekł d’Houdetot — minister marynarki. Podbiegł i rozmawiał przez chwilę z panem de Montebello. Księżna była w strachu i cała rodzina skierowała się na lewy brzeg Sekwanny. Wróciliśmy do pałacu izby, Vivien i ja. D ’Houdetot odszedł. W jednej chwili otoczono nas. Boissy mówił do mnie: — Nie byliście w Luksemburgu? Próbowałem mówić o położeniu, w jakiem się Paryż znajduje. Zakrzyczano mnie. Zaledwie usłyszano wyrazy: „stolica w niebezpieczeństwie,“ przerwano mi, i kanclerz, który umyślnie przyszedł prezydować, przywołał mię do porządku. A wiecie, co mi powiedział Gourgaud? „Panie Boissy, mam sześćdziesiąt armat, razem z należącemi do nich powózkami, które są pełne kartaczów. Ja sam je napełniałem!“ Odpowiedziałem: Generale, jestem zachwycony z poznania tajemnych myśli Zamku. Duvergier de Hauranne bez kapelusza, z głową nastroszoną, blady, ale zadowolony, przechodził w tej chwili i wyciągnął do mnie rękę. Porzuciłem Duvergiera i wszedłem do Izby. Dyskutowano tam w dalszym ciągu prawo o przywilejach Banku w Bordeaux. Jakiś człeczyna, przez nos mówiący, zajmował trybunę, a p. Sauzet czytał artykuły prawa z miną zaspaną. Pan de Belleyme, wychodzący w tej chwili, uścisnął mi rękę, mówiąc: — Niestety! Wielu deputowanych zbliżyło się do mnie, pp.: Marie, Roger (du Loiret), de Remusat, Chambolle i inni. Opowiedziałem im o wyrwaniu chorągwi, jako o fakcie groźnym ze względu, że działo się to „na gładkiej drodze. “ Jeden z nich odpowiedział: — Najgroźniejszem jest to, że nie jest to fakt oderwany. Tej nocy kilkanaście bogatych domów paryzkich znaleziono poznaczonych krzyżami na drzwiach, między innemi pałac pani de Talhouët. — Jesteś pan tego pewnym? — spytałem. — Widziałem sam krzyż na drzwiach pani dc Liéven. Prezydent Franck-Carre spotkał dziś rano pana Duchâtel. — I cóż? — spytał tenże. — Wszystko dobrze — odpowiedział minister. — Cóż zrobicie z zamieszką? — Pozostawiam ją na schadzce, jaką sobie sama wyznaczyła. Cóż oni tam mogą zrobić na placu Ludwika XV i na Polach Elizejskich? Pada deszcz. Będą dreptali po błocie cały dzień. Wieczorem będą mieli tego dosyć i pójdą spać. P. Stefan Arago, wchodzący w tej chwili, nie zatrzymując się, rzucił nam te słowa: — Już jest siedmiu rannych i dwóch zabitych! Są barykady na ulicach Beaubourg i Saint-Avoye. Po zawieszeniu posiedzenia przybywa Guizot. Wchodzi na trybunę i oznajmia, że król wezwał p. Mole i powierzył mu misyę utworzenia gabinetu. Okrzyki tryumfu opozycyi, okrzyki oburzenia większości. Posiedzenie kończy się wśród straszliwego zgiełku. Wyszedłem razem z innymi posłami i wracałem brzegiem rzeki. Na placu Zgody ciągle jeszcze szarżowała konnica. Próbowano w dwóch miejscach zabarykadować ulicę św. Honoryusza. Na sąsiednim targu powyrywano bruki. Wojsko podnosiło omnibusy, które poprzewracano na barykady. Na ulicy św. Honoryusza tłum przepuścił gwardyę miejską, a potem obrzucił ją kamieniami z tyłu. Na bulwarze nad brzegiem roiło się ludzi jak mrowia, gniewny szmer dolatywał od tłumu. Widziałem bardzo ładną kobietę w zielonym, aksamitnym kapeluszu, z wielkim szalem, idącą wśród gromady bluz i gołych ramion. Starannie unosiła swoją suknię z powodu błota, i była bardzo zaszarganą, padało bowiem co chwila. Tuilerye były zamknięte. Przy bramie Carrousel’u tłum stał i przypatrywał się przez arkady konnicy, rozmieszczonej w szyku bojowym przed pałacem. Koło mostu Carrousel spotkałem Juliana Sandeau. Pytał mnie: — Cóż pan o tem myślisz? — Że ruchawka będzie pokonana, ale że rewolucya zwycięży. Na Quai de la Ferraille inne spotkanie. Ujrzałem przed sobą mężczyznę, zabłoconego po uszy, z krawatem wiszącym, w kapeluszu zmiętoszonym. Poznałem w nim mego dobrego przyjaciela, Antoniego Thouret. Thouret jest gorącym republikaninem. Chodził od rana z dzielnicy do dzielnicy, przemawiając od gromady do gromady. Pytam go: — Powiedz mi, czego wy ostatecznie chcecie? Czy republiki? — O! nie — rzecze — nie teraz, jeszcze nie. Ale chcemy reformy, i nie tylko praw, o ba! prawa — nam trzeba całkowitej , rozumiesz mnie? A choćby i głosowania powszechnego? — To i dobrze! — odrzekłem, ściskając dłoń Thouret’a. Przez całą długość wybrzeża snuły się patrole, a tłum krzyczał: Niech żyje wojsko! Sklepy były pozamykane, a okna pootwierane. Na placu Châtelet słyszałem człowieka, mówiącego do gromady: — To rok 1830! Skręciłem ku Ratuszowi przez ulicę de Saint-Avoye. W Ratuszu wszystko spokojne. Dwaj gwardziści narodowi stali przed kratą, a na ulicy Saint-Avoye barykad nie było. Na ulicy Rambuteau kilku gwardzistów przechodziło się tam i napowrót przy szablach. W dzielnicy du Temple bębniono do apelu. Aż do tej chwili rząd próbował obejść się bez gwardyi narodowej. Byłoby to może rozsądnie. Gwardya narodowa w wielkiej liczbie miała przyjąć udział w uczcie. Dziś rano postój gwardyi w Izbie posłów odmówił wyruszenia na ulicę. Mówią, że jeden gwardzista z 7-ej legii został zabity w , gdy starał się pośredniczyć między tłumem a wojskiem. Ministeryum Mole’go nie było oczywiście Reformą, ale ministeryum Guizot’a było tak długo zaporą Reformy. Zapora została złamana i to wystarczyło, aby ukoić, aby zadowolić dziecięcą duszę tego szlachetnego ludu. Wieczorem Paryż był pełen radości; ludność wyległa na ulice; zewsząd dolatywał odgłos popularnej zwrotki: Des lampions! Des lampions! W jednej chwili w całem mieście zajaśniała illuminacya, jakby w wielkie święto. Na placu Królewskim przed merostwem, o dwa kroki od mego domu, zgromadzał się tłum, coraz to gęściejszy, coraz to głośniejszy. Oficerowie i gwardziści narodowi, aby odsłonić merostwo, wołali: — Do Bastylii! I trzymając się pod ręce i stanąwszy na czele kolumny, pomaszerowali. A tłum za nimi deklamując wesoło: — Do Bastylii! Do Bastylii! Orszak ten okrążył kolumnę lipcową z okrzykiem: „Niech żyje Reforma! pozdrowił wojsko, stojące na placu nieruchomo, wołając: „Niech żyje armia! i sunął ku przedmieściu św. Antoniego. W godzinę potem tłum wracał znacznie większy, już z pochodniami i sztandarami, i cisnął się ku Wielkim Bulwarom, z zamiarem okrążenia wybrzeży, roznosząc po całem mieście radość ze zwycięztwa. W tej chwili bije północ. Wygląd ulic zmienił się. Ulica Marais ponura, przechadzałem się po niej i wróciłem. Na bulwarze Bourdon, tak dobrze nazwanym „czarnym bulwarem,“ latarnie powywracane i pogaszone. Sklepy tego wieczoru otwarte były tylko na ulicy św. Antoniego. Teatr Beaumarchais’go zamknięty. Ulica Królewska strzeżona, jak obóz. Wojska porozkładane pod arkadami. Przy ulicy św. Ludwika, w ciemności, poznajesz przyparty do murów milczący batalion piechoty. W tej chwili, gdy północ wybiła, podnieśliśmy się na balkonie, słuchając. Rozlegał się dzwon alarmowy. Nie mógłbym zasnąć w łóżku. Spędziłem noc w moim salonie, pisząc, rozmyślając, nasłuchując. Od czasu do czasu wyglądałem na balkon, potem chodziłem po pokoju, lub rzucałem się na fotel i drzemałem, niepokojony gorączkowem marzeniem. Śniło mi się, że słyszałem gniewny pomruk tłumu, daleki ogień rotowy; że w kościołach bito na alarm we wszystkie dzwony. Obudziłem się i rzeczywiście po raz drugi usłyszałem dzwon alarmowy. Rzeczywistość przewyższyła w okropności marzenie senne. Tłum, który widziałem upojony na bulwarach, przez jakiś czas posuwał się w spokoju, śpiewając. Pułki piechoty, artyleryi, konnicy rozstępowały się przed nim. Lecz na Bulwarze des Capucines masa wojska, piechoty i kawaleryi, skupiona na obu chodnikach i pośrodku ulicy, strzegła ministeryum spraw zagranicznych razem z niepopularną osobą ministra, pana Guizot. Wobec tej nieprzebytej przeszkody, czoło kolumny ludowej chce się zatrzymać i zawrócić; lecz niepowściągliwy napór dalszych tłumów ciśnie na pierwsze szeregi. W tej chwili pada strzał nie wiadomo zkąd i jakim sposobem. Dość, że naraz powstaje panika i zamieszanie. Wojsko, w przekonaniu napadu, daje ognia. Osiemdziesiąt trupów i rannych zalega ulicę. Podnosi się straszny, ogólny okrzyk: zemsty! Trupy ofiar nakładają na wóz pogrzebowy, oświetlony pochodniami. Tłum zawraca w przeciwną stronę, teraz już ponury i wściekły, roznosząc przekleństwa. W kilka godzin potem cały Paryż pokryty był barykadami.
O świcie widzę z mego balkonu gromady ludu, zmieszane z gwardzistami narodowymi, dążące ku merostwu. Urzędu tego strzegło trzydziestu gwardzistów municypalnych. Tłum żąda od nich wydania broni. Gwardya odmawia, tłum grozi i huczy. Między stronami spornemi ukazują się dwaj oficerowie gwardyi narodowej, którzy przemawiają do żołnierzy: — Chcecież doprowadzić do rozlewu krwi? Po co, na co? Opór wasz byłby bezcelowym. Gwardziści municypalni składają broń i ładunki i odchodzą nienapastowani. Mer VIII okręgu, p. Ernest Moreau, prosi mnie, żebym przyszedł do merostwa. Udziela mi straszną wiadomość o gwałtach na Bulwarze Kapucynek, a potem co kwadrans nowe napływają wieści, coraz to groźniejsze. Tym razem gwardya narodowa staje jawnie przeciw rządowi i woła: — Niech żyje Reforma! Wojsko, przestraszone własnym czynem wczorajszym, zdaje się opierać tej bratobójczej walce. Na ulicy Sainte-Croix-la-Brettonnerie armia cofa się przed gwardyą narodową. Przychodzą nam donieść, że w sąsiednim IX okręgu żołnierze buntują się i odbywają patrole z gwardyą. Przybywają, jeden po drugim, dwaj inni posłańcy w bluzach: — Koszary w Reuilly zdobyte! — Koszary des Minimes poddały się! — A ja od rządu nie mam ani instrukcyi, ani nowin! — woła zrozpaczony p. Ernest Moreau. — Żebym choć wiedział, kto jest rządem? Czy Ministeryum Mole’go istnieje jeszcze? Co tu robić? — Chodźmy do prefektury Sekwanny — radzi mu p. Perret, członek Rady Generalnej; — Ratusz o dwa kroki. — A więc chodźcie za mną. Poszli. Wychodzę na zwiady, na plac Królewski. Wszędzie ruch, podniecenie, niepokój, gorączkowe wyczekiwanie. Wszędzie pracują nad wzmocnieniem barykad i tak bardzo groźnych. To jest coś więcej, niż zamieszka — to jest powstanie. Wracam. Żołnierz z piechoty, stojący na warcie u wejścia placu Królewskiego, rozmawia przyjaźnie z placówką barykady, zbudowanej o dwadzieścia kroków od niego. Ernest Moreau wrócił z Ratusza o kwadrans na dziewiątą. Widział pana de Rambuteau i przy- nosi nieco lepsze nowiny. Król powierzył utworzenie gabinetu Thiersowi i Odilon Barot’owi. Thiers nie jest bardzo popularnym, ale Odilon Barot, znaczy Reformę. Na nieszczęście, ustępstwa to zmniejsza pogróżka: marszałkowi Bugeaud powierzono naczelne dowództwo nad gwardyą narodowy i nad armią. Odilon Barot — to Reforma, ale Bugeaud — to ucisk. Król wyciąga prawą rękę, pokazując pięść lewą. Prefekt prosił pana Moreau, żeby ogłosił i upowszechnił tę wiadomość w swojej dzielnicy i na przedmieściu Św. Antoniego. — Tak też uczynię — mówi mer. — Dobrze! — odpowiadam — ale wierz mi pan: ogłoś ministeryum Thiersa i Barrota, ale zamilcz o marszałku Bugeaud. — Masz pan słuszność. Mer przywołał do siebie oddział gwardyi narodowej, wziął dwóch adjunktów, oraz obecnych radców miejskich i wyszedł na Plac Królewski. Na odgłos bębna ludność zaczęła się zbiegać. Ogłosił nowy gabinet. Lud zaczął klaskać, wołając: — Niech żyje Reforma! Mer dodał kilka słów, zalecających spokój i porządek, i jeszcze raz doznał owacyi. — Wszystko ocalone — mówił ściskając dłoń moją. — Tak — odrzekłem — jeśli Bugeaud zrzeknie się roli ocalającego. Moreau, razem ze swym orszakiem, poszedł po- wtarzać obwieszczenie na placu Bastylii i na przedmieściu, a ja wróciłem do domu uspokoić swoich. Pół godziny potem mer i jego orszak wracali w nieładzie i bardzo wzruszeni do merostwa. Oto, co się stało: Plac Bastylii zajęty był na obu końcach wojskiem, które stało z bronią na ramieniu, nieruchomo. Lud krążył swobodnie między dwoma szpalerami wojska. Mer, podszedłszy do kolumny lipcowej, wygłosił swoje obwieszczenie i tłum ponownie dał mu brawo. Wówczas, p. Moreau skierował się ku przedmieściu św. Antoniego. W tejże chwili rzemieślnicy podchodzili przyjaźnie ku żołnierzom, proponując im oddanie broni. Słysząc wszakże energiczny zakaz kapitana, żołnierze odmawiają. Naraz pada strzał, potem drugi i trzeci, i zdawało się, że się ponowią też same straszne sceny, co wczoraj na Bulwarze Kapucynek. Moreau razem ze swym orszakiem zostaje potrącony i przewrócony. Strzały ponawiają się z jednej i drugiej strony i pada pięć, czy sześć ofiar. Szczęściem, było to w biały dzień. Na widok rozlanej krwi wśród wojska powstaje reakcya i po chwili zdumienia i przerażenia żołnierze wydają okrzyk: Niech żyje gwardya narodowa! Generał, nie czując się na siłach utrzymania wojska w karbach, zakomenderował marsz ku wybrzeżu, w stronę Vincennes. Lud pozostał panem Bastylii i przedmieścia. — Wynik ten mógł kosztować drożej, mnie zwłaszcza — mówił Moreau i pokazał nam swój kapelusz, przestrzelony kulą. — Całkiem nowy kapelusz! — dodał z uśmiechem. Godzina wpół do jedenastej. Trzej uczniowie Szkoły Politechnicznej przybyli do merostwa. Opowiadają, że koledzy ich wyłamali drzwi Szkoły i oddali się na usługi ludu. Pewna ich liczba rozdzieliła się wskutek tego po merostwach paryzkich. Powstanie robi postępy co godzina. Żąda ono obecnie dymisyi marszałka Bugeaud i rozwiązania izby. Uczniowie Szkoły idą dalej i żądają abdykacyi króla... — Co się dzieje w Tuileryach? Brak również nowin z ministeryum, brak rozkazów ze sztabu generalnego. Postanawiam pojechać do Izby, zbaczając najprzód do Ratusza, a Moreau chętnie mi towarzyszy. Znajdujemy ulicę św. Antoniego nastroszoną barykadami. Dajemy się poznać i powstańcy ułatwiają nam przeprawę przez stosy kamieni kostkowych. Zbliżamy się do Ratusza, z którego dolatuje nas gwar tłumu i przeszedłszy plac budującego się domu, spostrzegamy biegnącego naprzeciw nas p. de Rambuteau, prefekta Sekwanny. — Hej! a co pan tam robisz, panie prefekcie? — wołam do niego. — Prefekcie? Alboź ja jeszcze jestem prefektem — odpowiada z krzywą miną. Gromadki ciekawych, nie czyniących w rażenia zbyt grzecznych, zaczęły się już skupiać koło nas. P. Moreau upatrzył jakiś pusty dom do wynajęcia i wprowadził nas do niego. Wówczas p. de Rambuteau opowiedział nam swoje przygody: — Siedziałem w moim gabinecie z dwoma, czy trzema radcami miasta. Z korytarza dolatuje gwar. Naraz drzwi otwierają się z hałasem: wchodzi jakiś drab, kapitan gwardyi narodowej, na czele mocno rozjątrzonej gromady. — Panie — mówi do mnie ów człowiek — masz pan się ztąd wynosić. — Przepraszam pana, tu, w Ratuszu, jestem u siebie i pozostanę. — Wczoraj może pan byłeś tu u siebie, ale dziś lud jest w Ratuszu u siebie. — Ależ... — Idź pan do okna i spojrzyj na plac. Plac zapełniały tłumy gwarliwe i gestykulujące, w których pospólstwo, gwardye narodowe i żołnierze mieszali się z sobą. W rękach ludu można było widzieć karabiny żołnierzy. Zwróciłem się ku napastnikom i powiedziałem im: — Macie panowie słuszność, jesteście panami. — A więc, w takim razie — rzecze kapitan — przedstaw mnie pan swoim urzędnikom. — Tego już za wiele! — odpowiedziałem — tegoby tylko brakowało!... Zabrałem niektóre papiery, wydałem kilka poleceń — i oto mnie widzicie. Ponieważ idziecie do Izby, jeśli istnieje jeszcze Izba, powiecie ministrowi spraw wewnętrznych, jeśli istnieje taki minister, że niema już ani Ratusza, ani prefekta, ani prefektury. Musieliśmy przedzierać się z wielkim trudem przez burzliwy ocean ludzki, zalewający plac przed Ratuszem. W nadbrzeżnej ulicy de la Mégisserie wznosiła się olbrzymia barykada; dzięki wstędze mera, pozwolono nam przejść. Po za barykadą wybrzeża były prawie puste. Dostaliśmy się do Izby posłów lewym brzegiem. W Pałacu Burbonów (Izbie posłów) brzęczało jak w ulu, pełno tam było deputowanych, parów i wyższych urzędników. Z dość licznej grupy doszedł mnie cierpki głos Thiersa: — A! otóż i Wiktor Hugo! Zbliżył się ku nam, pytając o nowiny z przedmieścia św. Antoniego. Dodaliśmy do nich wiadomości z Ratusza: Thiers ponuro potrząsał głową. — A tu co? — spytałem. — Przedewszystkiem, czy jesteś pan jeszcze ministrem? — Ja? Ach, już mnie przegoniono, dawno przegoniono! W tej chwili Odilon Barrot jest prezesem ministrów i ministrem spraw wewnętrznych. — A marszałek Bugeaud? — Zastąpiony również przez marszałka Gerard’a. Ale to jeszcze nic. Izba rozwiązana; król abdykował; jest na drodze do Saint-Cloud. Księżna Orleanu jest Regentką. A! fala rośnie, rośnie, rośnie... Thiers radził nam porozumieć się, panu Moreau i mnie, z Odilon’em Barrot. Nasza czynność w naszej, tak ważnej dzielnicy, mogła być wysoce użyte- czną. Wybraliśmy się przeto w drogę do ministeryum spraw wewnętrznych. Lud opanował ministeryum i zajął nawet gabinet ministra, przez który przelewały się tam i napowrót tłumy, nieskłonne do uszanowania czegokolwiek. Przy wielkim stole, na środku olbrzymiej sali, pisali sekretarze. P. Odilon Barrot z zarumienioną twarzą, zaciśniętemi usty, z rękami założonemi w tył, stał oparty plecami o kominek. Spostrzegłszy nas, rzekł: — Wiecie o wszystkiem, nieprawdaż? Król abdykuje, księżna Orleanu Regentką... — Jeśli lud pozwoli — wtrącił jakiś człowiek w bluzie, przechodzący koło nas. Minister pociągnął nas ku wgłębieniu okna, rzucając dokoła niespokojne spojrzenia. — Co myślisz pan czynić? Co robisz w tej chwili? — pytam. — Wysyłam depesze do departamentów. — Czy to tak pilno? — Trzeba objaśnić Francyę o tem, co się dzieje. — Ale w tej chwili co się dzieje, dzieje się przez Paryż, a niestety, nie wiadomo, czy Paryż już skończył swoją robotę. Regencya, dobrze, ale trzeba jeszcze, żeby była sankcyonowaną. — Tak, przez Izbę. Księżna Orleanu powinnaby zaprowadzić hrabiego Paryża do Izby. — Jakże? skoro Izba rozwiązana? Jeśli księżna ma iść gdziekolwiek, to chyba do Ratusza. — Tak pan sądzisz? A czy to będzie bezpiecznie? — Nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Matka, dziecko! Odpowiadam za lud. Uszanuje on kobietę w Księżnej. — Skoro tak, idź pan do Tuileries, zobacz księżnę Orleanu, poradź jej, oświeć. — A czemużby pan sam nie miał iść? — Przychodzę właśnie ztamtąd. Nie wiadomo, gdzie jest księżna; nie mogłem się z nią widzieć, Ale powiedz jej pan, jeśli ją zobaczysz, że jestem dc jej rozporządzenia, że czekam na jej rozkazy. Ach, panie Hugo! oddałbym moje życie za tę kobietę i za to dziecko! Odilon Barrot jest najzacniejszym i najbardziej poświęcającym się człowiekiem, jakiego, znalem, ale jednocześnie jest on przeciwieństwem męża czynu; we wszystkiem, co mówił, w każdem jego spojrzeniu, w całej jego osobie, znać było brak decyzyi. — Słuchaj mnie pan, najważniejszą rzeczą w tej chwili jest, żeby lud wiedział o wielkich zmianach, jakie zaszły, o abdykacyi, o regencyi. Przyrzecz mi, że pójdziesz rozgłosić te nowiny w swojem merostwie, na przedmieściu, wszędzie, gdzie tylko będziesz mógł. — Zgoda. Idziemy z p. Moreau w kierunku Tuileries. Na ulicy Bellechasse galopują konie. Szwadron dragonów przebiega jak błyskawica, jak gdyby uciekał przed człowiekiem, który goni za nim, trzymając w ręku tasak od siekania kapusty. Tuilerye są jeszcze zajęte przez wojsko. Mer okazuje swą wstęgę i puszczają nas. Przy drzwiach bramy szwajcar objaśnia, że Księżna Orleanu, w towarzystwie księcia de Nemours opuściła pałac, udając się prawdopodobnie do Izby Posłów. Należało więc iść dalej. Przy wejściu na most du Carrousel kule zaczynają nam świstać koło uszu. To powstańcy z placu strzelają ku powozom dworskim, wyjeżdżającym z małych stajni. Jeden stangret zabity, spada z kozła. — Byłaby głupia historya — mówił Moreau — gdybyśmy się dali zabić w charakterze ciekawych. Przejdźmy na drugą stronę rzeki. Przechodzimy wzdłuż Instytutu i wybrzeża Mennicy. Przy Nowym Moście mijamy się z gromadą uzbrojoną w piki, siekiery i strzelby, prowadzoną, bębnem na czele, przez człowieka wywijającego pałaszem i przybranego w galową liberyę królewską. Było to ubranie stangreta, zabitego przy ulicy Saint-Thomas-du-Louvre. Przybywszy na Plac Królewski, spostrzegamy, że zajmuje go tłum niespokojny. Natychmiast otaczają nas, wypytują i ledwie z wielkim trudem docieramy do merostwa. Masa ludu jest zbyt gęstą, żeby można było przemawiać do niej z placu. Wchodzę więc z merem, kilku oficerami gwardyi narodowej i dwoma uczniami Szkoły Politechnicznej na balkon merostwa. Podnoszę rękę, robi się cisza, jak na zaklęcie, i zaczynam mówić: — Moi przyjaciele, czekacie na nowiny. Oto co możemy wam powiedzieć: pan Thiers nie jest już ministrem, marszałek Bugeaud nie jest komendantem (Oklaski). Zastąpieni są przez marszałka Gerard’a i przez Odilona Barrot (Oklaski, ale rzadsze). Izba jest rozwiązana. Król abdykował (Aklamacya powszechna). Księżna Orleanu jest Regentką (kilka odosobnionych oklasków wśród głuchych pomruków). Mówię dalej: — Nazwisko Odilona Barrot jest dla was poręczeniem, że nastąpi jaknajszersze odwołanie się do narodu i że otrzymacie rząd reprezentacyjny, w najszczerszej formie. Z kilku stron dochodzą nas oklaski, ale zarazem jest rzeczą oczywistą, że tłum pozostał w niepewności i że nie jest zadowolony. Cofamy się do sali merostwa. — Trzeba teraz — mówię do p. Moreau — iść na plac Bastylii, powtórzyć ogłoszenie. — Widzisz pan dobrze, że to na niewiele się przyda — odpowiada Moreau ze smutkiem. — Regencya nie zrobiła wrażenia. A mówiłeś pan tu, gdzie cię znają, gdzie cię kochają! Na placu Bastylii znajdziesz zreweltowany tłum przedmieść, który może cię przyjąć wcale nieosobliwie. — Z tem wszystkiem pójdę, przyrzekłem Barrot’owi. — Mam już inny kapelusz — wtrącił z uśmiechem Moreau — ale przypomnij pan sobie mój poranny... — Rano wojsko i lud stali naprzeciw siebie, była więc obaw a starcia; w obecnej zaś chwili lud jest sam, lud jest panem... — Panem, i to nieprzychylnym, strzeż się więc! — Mniejsza z tem! Przyrzekłem i dotrzymam. Powiedziałem merowi, że jego miejsce w merostwie i że powinien tu zostać. Lecz wielu oficerów gwardyi narodowej zgłosiło się dobrowolnie z chęcią towarzyszenia mi, a między nimi poczciwy p. Launay, mój dawny kapitan. Przyjąłem ich ofiarę i całą bandą ruszyliśmy przez ulicę Pas-de-la-Mule i Bulwar Beaumarchais’ego na plac Bastylii. Tam znaleźliśmy tłum gorąco usposobiony, w którym panowali rzemieślnicy. Wielu uzbrojonych w karabiny, zabrane wojsku z koszar. Krzyki i śpiew Żyrondystów: Monrir pour la patrie! Liczne grupy dysputujących i kłócących się zawzięcie. Zwracają się ku nam, przypatrują, pytają: A co tam nowego? I idą za nami. Słyszę moje nazwisko, wymawiane w różnym nastroju: Wiktor Hugo! To Wiktor Hugo! Niektórzy kłaniają mi się. Gdyśmy stanęli u stóp kolumny lipcowej, otaczał nas już orszak zbity. Włażę, ażeby mnie lepiej słyszano, na podstawę kolumny. Przytoczę z mojej mowy tylko to, co mogło dojść do uszu mojego burzliwego audytoryum. Była to nie tyle mowa, ile rozmowa, albo raczej utarczka jednego głosu z dziesięcioma, dwudziestoma, stoma mniej lub więcej nieprzychylnie usposobionymi. Zacząłem przedewszystkiem od zawiadomienia o abdykacyi Ludwika Filipa, i, podobnie jak na placu Królewskim, oklaski prawie ogólne przyjęły moje słowa. Co prawda wołano także: — Nie! nie abdykacya! Zrzucenie z tronu! Zrzucenie! Zrzucenie! Stawało się widocznem, że mam twardy orzech do zgryzienia. Gdym obwieścił Regencyę Księżnej Orleańskiej, ozwały się gwałtowne protesty: — Nie! nie! Nie chcemy Regencyi! Precz z Burbonami! Ani króla, ani królowej! Nie chcemy panów! Odpowiedziałem: — Nie chcecie panów! I ja ich nie chcę, na równi z wami; broniłem całe życie wolności... — Czemuż więc ogłaszasz pan Regencyę? — Bo Regentka nie jest panem. Zresztą nie mam żadnego prawa proklamowania Regencyi, obwieszczam ją tylko. — Nie! Nie! Nie chcemy Regencyi! Jakiś człowiek w bluzie zawołał: — Milczeć, panie parze Francyi! Precz z parami Francyi! I zaczął mierzyć do mnie swoją strzelbą. Patrzyłem mu bystro w oczy i podniosłem głos tak silnie, że w tłumie przycichło: — Tak, jestem parem Francyi, i mówię jako par Francyi. Przysiągłem wierność, nie jednej osobie królewskiej, lecz monarchii konstytucyjnej. Dopóki nowy rząd nie będzie ustalony, obowiązkiem moim jest być wiernym temu, jaki jest. A sądziłem zawsze, że lud nie pochwala tych, którzy zdradzają swoje obowiązki! Rozszedł się w koło mnie szmer uznania, a nawet tu i owdzie klaśnięto w dłonie. Lecz gdy chciałem mówić dalej: — Jeśli Regencya... Zaprzeczenia podwoiły się i na jedno z nich tylko, mogłem dać jaką taką odpowiedź. Jakiś rzemieślnik zawołał: — Nie chcemy, żeby nam i rządziła kobieta! Odparłem żywo: — I ja też nie chcę być rządzony przez kobietę, ani nawet przez mężczyznę. Właśnie dlatego, że Ludwik Filip chciał rządzić, dlatego dziś abdykacya jego stała się konieczną i słuszną. Ale kobieta panująca w imieniu swego dziecka nie jestże to gwarancya przeciwko wszelkiej myśli rządów osobistych? Weźcie królowę Wiktoryę w Anglii... — My tam jesteśmy Francuzi! — wołano. — Nie chcemy Regencyi! — Nie chcecie Regencyi? A więc co? Nic nie jest gotowe, nic! Jestto przewrót zupełny, ruina, nędza, wojna domowa może; w każdym razie nikt nie wie, co będzie... W tem miejscu odezwał się jeden głos, jeden jedyny: — Niech żyje Republika! Ale nikt za nim tego okrzyku nie powtórzył. Biedny ten wielki lud, nieświadomy i ślepy! Wie, czego nie chce; ale nie wie, czego chce! W tej chwili hałas, krzyki, pogróżki doszły do takiej siły, że zrezygnowałem z dalszego ciągu mowy. Mój dzielny Launay odezwał się do mnie: — Zrobiłeś pan, coś chciał, coś obiecał; nie mamy tu nic więcej do roboty. Tłum rozstąpił się przed nami, ciekawy ale niegroźny. Zaledwieśmy jednak odeszli ze dwadzieścia kroków od kolumny, człowiek, który mi przedtem groził strzelbą, wziął mnie znów na cel, wołając: — Śmierć parowi Francyi! — Nie! szanuj wielkiego człowieka! — zawołał jakiś młody rzemieślnik i szarpnął strzelbą ku ziemi. Podziękowałem zdala ręką temu nieznanemu przyjacielowi i poszliśmy dalej. W merostwie p. Ernest Moreau, który, jak się okazało, bardzo był o nas niespokojny, przyjął nas z radością i winszował mi serdecznie. Ale ja wiedziałem, że nawet w namiętności lud ten jest sprawiedliwym i nie przyznawałem sobie najmniejszej zasługi, skorom nie miał najmniejszej obawy. Gdy się to odbywało na placu Bastylii, oto co się działo w pałacu Burbonów: Jest w tej chwili człowiek, którego imię spotyka się na wszystkich ustach, a myśli we wszystkich duszach: jest nim Lamartine. Jego wymowna i pełna życia Historya Żyrondystów po raz pierwszy opowiedziała Rewolucyę Francuzom. Dotychczas był tylko cenionym, teraz stał się popularnym i, rzec można, iż trzyma on Paryż w swojem ręku. W ogólnym chaosie wpływ jego mógł się stać decydującym. Zoryentowano się co do tego w National’u, w którym zaczęto ważyć szanse republiki i gdzie naszkicowano projekt rządu tymczasowego) chociaż bez udziału Lamartine’a. W r. 1842 w czasie dysput o Regencyę, skończonych wyborem księcia de Nemours, Lamartine popierał gorąco księżnę Orleanu. Czy był i teraz podobnie usposobiony? Czego teraz chce, coby uczynił? Należało o tem wiedzieć. P. Armand Marrast, redaktor naczelny National’u wziął z sobą trzech zdeklarowanych republikanów: pana Bastide, wydawcę Hetzel’a i pana Bocage, wybitnego artystę dramatycznego, który stworzył rolę Didiera w Marion de Lorme. Wszyscy czterej udali się do Izby Posłów. Zastali tam Lamartine’a i wzięli go na konferencyę do jednego z bocznych pokojów. Mówili jeden po drugim, wypowiedzieli swoje przekonania i swe nadzieje: byliby szczęśliwi, gdyby mogli myśleć, że Lamartine jest z nimi, w kwestyi natychmiastowego urzeczywistnienia Republiki. Gdyby wszakże był zdania, że przejście przez Regencyę jest konieczne, żądaliby od niego przynajmniej, żeby ich wspierał, w zamiarze otrzymania wszelkich możliwych gwarancyj, że nie będzie zwrotu wstecz. Czekali, nie bez wzruszenia, na to, co im odpowie Lamartine. Lamartine słuchał w milczeniu ich wywodów, wreszcie poprosił, żeby mu pozwolili skupić myśli przez chwilę. Usiadł na uboczu przed stołem, objął czoło dłońmi i myślał. Tam ci czterej stali przez ten czas w milczeniu, przypatrując się Lamartinowi z respektem. Uroczysta to była chwila. — „Słyszeliśmy przechodzącą koło nas Historyę“ — mówił mi potem Bocage. Lamartine podniósł głowę i rzekł: — Będę zwalczał Regencyę. W kwadrans potem, księżna Orleanu przybyła do Izby, trzymając za ręce obu swoich synów: hrabiego Paryża i księcia de Chartres. Odilon Barrot nie był przy niej. Towarzyszył jej książę de Nemours. Deputowani przywitali ją aklamacyą. Lecz, ponieważ Izba była rozwiązaną, czyż to byli deputowani? P. Crémieux wszedł na trybunę i proponował uznanie rządu tymczasowego. Odilon Barrot, po którego posyłano do ministeryum, ukazał się wreszcie i przemówił za Regencyą, ale niezbyt gorąco. Naraz fala narodu i gwardyi republikańskiej z bronią i sztandarami wdarła się do sali. Księżnę Orleanu razem z dziećmi uprowadzili przyjaciele. Wówczas Izba Posłów rozpłynęła się w powodzi, niby jakiegoś nowego zgromadzenia rewolucyjnego. Do tego tłumu przemawiał Ledru-Rollin. Po tem wystąpił Lamartine, oczekiwany i oklaskiwany. Zwalczał, według obietnicy, Regencyę. Wszystko było powiedziane. Nazwiska proponowanych członków Rządu Tymczasowego rzucano ludowi, a on okrzykami tak lub nie odbywał głosowanie, W ten sposób zostali wybrani kolejno: La- martine, Dupont de L’Eure, Arago i Ledru-Rollin, jednomyślnie; Crémieux, Garnier-Pagès i Marie, większością głosów. Nowi władcy ruszyli natychmiast w drogę do Ratusza. W Izbie Posłów, w rozprawach mówców, nawet w mowie Ledru-Rollin’a, wyraz Republilca nie był wcale wypowiedziany. Ale teraz, po za Izbą, na ulicach, ten wyraz, ten okrzyk, wybrańcy ludu spotykali na każdym kroku, wybiegał on ze wszystkich ust, wypełniał powietrze Paryża. Siedmiu ludzi, którzy w tych dniach wzniosłych i krańcowych, trzymali w swych rękach los Francyi, byli sami zarazem młotem i kowadłem w rękach tłumu — co nie oznacza narodu, i losu — co nie znaczy Opatrzności. Pod naciskiem mas, w olśnieniu i w grozie swego tryumfu, który ich zalewał, ustanowili rzeczpospolitą, nie mając nawet czasu do zastanowienia się nad wielkością dzieła. Gdy rozdzieleni i rozproszeni gwałtownem pchnięciem fali ludu, mogli znów odnaleźć się i złączyć, albo raczej ukryć, w jednej z sal ratuszowych, wzięto ćwiartkę papieru z drukowanym nagłówkiem: Prefektura Sekwanny. Gabinet Prefekta (drugą ćwiartkę oddartą od arkusza zużytkował prawdopodobnie p. de Rambuteau dziś rano, na liścik miłosny do jednej z tych, które nazywał „swemi małemi mieszczkami”), i Lamartine nakreślił na niej następujące zdanie, pod dyktandem strasznych krzyków z ulicy: „Rząd tymczasowy oświadcza, że rząd tymczasowy Francyi jest rządem republikańskim, i że naród zostanie niezwłocznie wezwany, do uprawomocnienia uchwały rządu tymczasowego i ludu paryzkiego“. Miałem w ręku ten dokument, tę kartkę pobrudzoną i poplamioną atramentem. Gorączka chwili odbija się na niej dziś jeszcze, pulsuje w niej. Wyrazy kreślone gwałtownie, zaledwie są wykończone. „Appelee“ napisano (niewłaściwie) przez dwa l. Skończywszy te sześć wierszy, Lamartine podał ćwiartkę Ledru-Rollin’owi. Ten odczytał głośno zdanie: „Rząd tymczasowy oświadcza, że rząd tymczasowy jest rządem republikańskim”. — Dwa razy „tymczasowy“ — zauważył. — To prawda — odezwali się inni. — Trzeba przynajmniej w jednem miejscu wyrzucić — dodał Ledru-Rollin. Lamartine zrozumiał doniosłość tej gramatycznej uwagi, która była ni mniej, ni więcej, tylko rewolucyą polityczną. — Należałoby jednak zaczekać na sankcyę kraju — rzekł. — Obejdę się bez uchwały Francyi, skoro mam uchwałę ludu — zawołał Ledru-Rollin. — Ludu Paryża. Ale któż może wiedzieć w tej chwili, jaką jest wola ludu Francyi? — zauważył Lamartine. Nastało milczenie. Tłum szumiał jak morze. Ledru-Rollin podjął: — Lud chce Republiki, zaraz, nie czekając! — Republiki bez apelacyi? — rzekł Lamartine, kryjąc zarzut w tem tłómaczeniu słów Rollin’a. — My jesteśmy tymczasowi, my — odparł ten ostatni — ale Republika nie! P. Crémieux wziął pióro z rąk Lamariine’a, wykreślił słowo tymczasowy w trzecim wierszu i napisał obok: obecny. — Rząd obecny? Niechże będzie — rzekł Ledru-Rollin, lekko wzruszając ramionami. Pieczęć miejska leżała na stole. Od 1830 okręt pływający, pod niebem zasianem liliami, z dewizą: Praclucent clarius astris, zniknął z pieczęci miasta. Był to już tylko prosty krążek, woybrażający wielkie zero i kryjący wewnątrz te tylko słowa: Miasto Paryż. Crémieux wziął pieczęć i wycisnął ją u dołu kartki, tak pospiesznie, że wyszła odwrotnie. Ale nie podpisali tego brulionu. Odkryto ich; rozkiełznany tłum walił we drzwi gabinetu, do którego się skryli. Lud wolał ich, domagał się ich, w sali posiedzeń Rady Miejskiej. Powitano ich tam okrzykiem: — Republika! Niech żyje Republika! Lamartine, zagłuszony najprzód temi okrzykami, zdołał wszakże potężnym swoim głosem uspokoić gorączkę wyczekujących. Dzięki temu członkowie rządu tymczasowego mogli powrócić na naradę. Gorętsi chcieli, żeby napisano tak: „Rząd tymczasowy ogłasza Republikę”. Umiarkowani zaś proponowali: „Rząd tymczasowy pragnie Republiki...” P. Crémieux poradził i przeprowadził wyrażenie pośrednie: „Rząd tymczasowy chce Republiki...“ Ktoś dodał: „Z zastrzeżeniem uprawomocnienia przez naród, który niezwłocznie będzie zapytany“. Nowinę natychmiast ogłoszono, w sali i na ulicy, tłumowi, który chciał słyszeć i słyszał tylko jeden wyraz: Republika i przyjął go burzą oklasków. Zrobiono tedy Republikę. Alea jacta, jak mówił później Lamartine.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Rzeczy widziane 1848-1849.
