Front matter
A
PRZEZ
KAROLA D HÉRICAULT.
całość
A
PRZEZ
KAROLA D HÉRICAULT.
Tłómaczyyła z francuskiego
E. Ż.
WARSZAWA
1892.
(Dodatek do „Niwy").
Дозволено Цензурою,
Варшава 8 Іюня 1892 года.
W drukarni L. Lubowskiego i S-ka, Mazowiecka 8.
CZĘŚĆ I.
Jakim sposobem zostałem obywatelem ziemskim.
I.
Opuszczam Paryż, dla pozyskania milionów.
A zatem opuszczamy nasze mieszkanko na piątem piętrze. Klotylda schodzi ze schodów z zaciętą, gniewną minką. Śliczną mam siostrzyczkę, ani słowa: zgrabna, wysmukła, kształty bogini Wirgiliusza, a ruchy markizy ośmnastego wieku, lecz bodaj nieba obdarzyły przedwczesną łysiną dansera, który pierwszy powiedział jej, że jest prawdziwym typem Paryżanki. Do twarzy jej w żałobie... a i mnie także; nosimy ją po wuju cioteczno-ciotecznym, który nas nigdy w życiu nie widział, a pozostawia nam okrągłą, bardzo nawet okrągłą posiadłość. A zatem schodzimy z naszego piątego piętra. Pani Limousin, nasza odźwierna, pompatyczna niewiasta, kłania nam się nisko — po raz pierwszy od lat trzech, to jest od chwili gdyśmy się
wdrapali z pierwszego piętra aż pod sam dach. Klotylda odwraca się do niej pogardliwie plecami. Moja siostrzyczka nie ma pojęcia o dyplomacji, napróżno sławiłem jej wszystkie zalety i piękności tej trudnej sztuki. Co do mnie, jestem bardziej jeszcze pompatyczny od pani Limousin. Otaczają ją wszyscy dostojnicy z parteru: pasztetnik, kupiec korzenny, szwaczka i inni arystokratyczni habitués salonu pani odźwiernej. Plebs, złożony z kuchcików i służących, trzyma się z daleka, wszyscy chcą się przyjrzeć odjazdowi pana i panny Huriel, którzy po wielkich dostatkach, zbiednieli nagle i teraz znowu odziedziczają 3 miliony. Nie uważałem za stosowne sprostowywać tej cyfry, lecz porządnym ludziom gotów jestem wyznać, że jest ona przesadzoną znacznie. Wyjmuję ostentacyjnie z kieszeni, dla olśnienia audytoryum i porażenia pani Limousin, dwa luidory, przekładam je z ręki do ręki, aby nie było wątpliwości, że jest ich dwa. Odźwierna wyszczerza żółty ząb we wstrętnym uśmiechu. — P. Lecan, mój architekt — mówię głosem lodowatym — porozumie się z właścicielem domu co do odnowienia lokalu, który zatrzymuję jeszcze przez pół roku. Listy, dzienniki będziesz pani odsyłała do dworu Sainte-Godeleine, w obwodzie , gmina Montreuil. Tu z wielką powagą i uroczystością wręczam hojny datek — całe dwa luidory. Klotylda, nie czekając na moje ramię, wsiada tymczasem do omnibusu, patrzę z przerażeniem na piętrzące się na jego pudle kufry i kuferki. — Są wszystkie, proszę pana — woła wesoło woźnica — wszystkie, siedmnaście, co do sztuki! Siedmnaście pakunków! A nie wyprowadzaliśmy się jeszcze zupełnie! Omnibus rusza. Gdybym był mężem, nie wykroczyłbym przeciwko godności tej korporacyi, lecz że jestem tylko bratem, zbliżam się pierwszy do Klotyldy. Mam na imię — nie wyznałem jeszcze tego dotychczas, lecz wcześniej czy później czytelnik dowiedzieć się o tem musi — otóż mam na imię Alfred. — Kochana siostrzyczko — mówię, ujmując ją za rękę — czyż mamy opuścić dom, w którym się urodziliśmy, w którym utraciliśmy ojca i matkę, gdzie przez długi czas jedyną pociechą było nam przywiązanie wzajemne, czyż go opuścimy nie pocałowawszy się serdecznie? Nikt na świecie nie może mieć lepszego serca od Klotyldy, lecz zarazem nikt, nawet infantka hiszpańska, nie posiada większej hardości i dumy. Siostra moja uroniła łez kilka, lecz niezadowolenie i dąsy wzięły znowu górę — odtrąciła moją rękę. — Zwyciężyłeś — rzekła gniewnie. — I czegóż ci jeszcze więcej trzeba? Czy się uskarżam na tyranię? Czy ci stawiam opór? Ha! śmieszny jesteś doprawdy z twoją dobrodusznością przybra- ną, z temi twojemi wyrażeniami. „Dwór!“...Odsyłajcie nam listy do „dworu.“ Tego tylko brakowało, aby się ostatecznie ośmieszyć. Nie mogłeś powiedzieć „do pałacu.“ — Ależ to nie jest żaden pałac; zresztą dwór brzmi daleko lepiej, bardziej dystyngowanie. Pewien jestem, że potwierdzi to twoja przyjaciółka panna Gerberoy. Gotów jestem obrać ją za sędziego w tej sprawie. Klotylda robi pogardliwą minkę. Na szali Temidy kładłem wagi fałszywe. Całemu światu było bowiem wiadomo, że panna Gerberoy dzieliła zawsze moje zdanie. — Pociesz się — ciągnąłem dalej z uśmiechem, który według mnie był dyskretnym, a według niej drwiącym i nieznośnym — pociesz się, bo jeśli przyćmiłem trochę splendor naszego przyszłego mieszkania, to natomiast, nie zaprzeczałem wcale, gdy nam przypisywano 3 miliony, wówczas gdy mamy ich 2 zaledwie. Zasunęła się w sam róg omnibusu i zaczęła patrzeć przez zapłakaną szybę. Był dżdżysty, posępny dzień październikowy. — Jaki brzydki ten Paryż — rzekłem. Nie odpowiedziała mi wcale, przybierając wyraz twarzy żałobno-wzgardliwy. Przybyliśmy na stacyę w milczeniu. Z pośród wszystkich naszych znajomych, zastaliśmy tam jedną tylko Krystynę Gerberoy. Jest to bardzo miła panienka, znajdują ją nawet ładną, również ładną jak Klotyldę, lecz ja nie lubię pię- kności paryskich, wiotkich, anemicznych. Powab mają dla mnie tylko rumiane, tryskające zdrowiem policzki, usta pąsowe i pełne, niekrępowane gorsetem kibicie. Klotylda, na widok przyjaciółki, rzuciła jej się z płaczem w ramiona. — Dziecinna jesteś doprawdy — rzekła jej panna Krystyna, spoglądając na mnie nawpół wyzywająco, nawpół nieśmiało. — Nie widzę wcale powodu do łez i zmartwienia. Jedziesz na wieś, będziesz panią u siebie, dziedziczką! — Powiedz raczej, wieśniaczką; grzebią mnie żywcem — mówiła Klotylda, zanosząc się od płaczu. — Będziesz miała tysiąc kur, pięćset owiec, nie wiem już ile cieląt, całe stada gołębi, mnóstwo tłustych, czerwonych dziewek i silnych parobków do uprawy ziemi, i jeszcze ci mało! Och! chciałabym być na twojem miejscu, Klotyldo. Tak, rozumiem, jesteś istotnie najpoczciwszą ofiarą anemii, droga panno Gerberoy, lecz czas już biedz do kasy dla kupienia dwóch biletów do stacyi Neufchâtel. Oto jesteśmy już w wagonie. Nareszcie! Evviva! Hurrah! Hip! hip! W głębi duszy wydaję okrzyki radosne, na zewnątrz jednak wyglądam flegmatycznie. Hypokryta ze mnie wielki, lecz trzeba udawać obojętność conajmniej; moje wybuchy zadowolenia doprowadziłyby Klotyldę do wściekłości. Gotowaby powybijać szyby w wagonie. W gruncie rzeczy tłómaczę ją i rozumiem. Być córką inżyniera, sławnego na całą Europę, wychowaną w Paryżu na milionerkę, podziwianą w stolicy świata dla niezrównanego wdzięku, piękności, talentów i dowcipu, i pomimo to zostać zmuszoną „zagrzebać się“ na wsi, na wsi głuchej, gdzie towarzystwo składa się jedynie z wdowy Montelahaut, zwanej „paryżanką,“ bo nieboszczyk jej mąż był kupcem korzennym przy ulicy Huchette i z Magloire Coquempoix’a, eks-poborcy podatków — zaiste jest nad czem płakać od rana do wieczora, jest nad czem rozpaczać, jest o co dokuczać i zatruwać życie bratu starszemu! Stawiłem dzielnie czoło tym desperacyom, jak przystało na męża nad wiek doświadczonego i dojrzałego, jakim się być szczycę; mimo to jednak zadrżałem z obawy, ujrzawszy, że jesteśmy sami w przedziale. Całą siłą duszy przyzywałem towarzyszki, a bardziej jeszcze towarzysza podróży. Życzeniu memu nie stało się jednak zadość. Przez chwilę panował spokój, ów spokój, brzemienny burzą. Nie trwało to jednak długo. Klotylda powstała, zdjęła z głowy czapeczkę futrzaną i podniosła się na paluszkach, aby ją na siatkę zarzucić. Chciałem jej w tem dopmódz, lecz mnie odtrąciła gniewnie. Usiadła znowu, wyjęła grzebień z ładnego woreczka, który jej ofiarowałem przed paru godzinami, i zaczęła przyczesywać i przygładzać niesforne włosy o barwie słońca zachodzącego, a mówiąc bez przenośni: z odcieniem rudawym. Zdjęła rękawiczki, przyglądała się białym swym paluszkom i ślicznym różowym paznokietkom, i nagle zwracając się do mnie, rzekła: — Więc jestem skazana na czyszczenie obór i paszenie nierogacizny? Przy słowach tych wybuchła znowu płaczem. — Namyślam się — mówiła wśród łkań — czy nie lepiej byłoby odrazu otworzyć drzwiczki i paść pod koła wagonu; bo wcześniej czy później, po długich męczarniach do czegoś podobnego dojść musi. Milczałem, wiedząc już, ze smutnego doświadczenia, iż wszelka odpowiedź drażni kobiety i budzi w nich wojownicze instynkta. — Postanowiłeś sobie — ciągnęła dalej — nie oszczędzić mi żadnego utrapienia. Dlatego to wybrałeś do podróży ten pociąg osobowo-towarowy, który się wlecze, jak żółw i potrzebuje siedmiu godzin do przebycia drogi, którą każdy inny przebiega w cztery godziny. — Wybrałem pociąg osobowy, bo na stacyi Neufchâtel takie tylko się zatrzymują. — Naturalnie — zawołała, uderzając nóżką o dywan — wyszukano dla mnie najmniejszą, najnieznaczniejszą stacyjkę na świecie całym; nie dość że jestem skazana jeździć przez całe życie pociągami towarowo-osobowemi i trawić w wago- nach krótkie chwile, które mi pozostają do życia, lecz jeszcze ta śmieszna, dwudziestorzędna stacya leży o trzy mile od wsi, na którą mnie deportujesz. Usiadłem w drugim końcu wagonu, z mocnem postanowieniem zdobycia sobie, przy pomocy najbardziej zachęcających przynęt, jakiegobądź towarzysza podróży. Zapaliłem cygaro; na każdej stacyi wysuwałem głowę przez okno, puszczając kłęby dymu. Zauważyłem, iż taki manewr przyciąga niechybnie pasażerów. Przyniósł jednak owoce dopiero po godzinnej podróży, w Creil. Tu usiłowania moje zostały nagrodzone. Ujrzałem jakiegoś grubego jegomościa z fajeczką fajansową, a ujrzawszy go zacząłem puszczać coraz gęstsze kłęby dymu. Gruby jegomość zbliżył się do mnie krokiem powolnym, majestatycznym. Otworzył drzwi. — Pan palić, jak fidzę? — rzekł. Miałem ochotę parsknąć mu w oczy śmiechem, lecz się powstrzymałem, bojąc się stracić szacownej zdobyczy. Wśród arsenału znaków przytwierdzających wybrałem najuprzejmiejszy, najczulszy. — Pani posfala? — Naturalnie — odparłem. — Naturalnie — powtórzył. — Panie konduktor, pan słuchać: pan posfala, pani posfala. To todrze. Pan słucha. Wgramolił się do przedziału. Uśmiechałem się do niego, jak do zesłannika Opatrzności. Pociąg ruszył, gruby jegomość zdjął z ramion płaszcz z pelerynę, złożył go systematycznie i usiadł na nim. Po chwili wstał, zdjął drugie palto, złożył je i zarzucił na siatkę. Po raz trzeci podniósł się z siedzenia, zdjął gruby surdut i położył go na drugiej siatce. Został w sukiennej kurtce i czapce futrzanej, którą wkrótce zamienił na miękką haftowaną czapeczkę. Teraz dopiero mogłem mu się przyjrzeć. młody jeszcze, zaledwie trzydziestoletni człowiek, silnej budowy, o twarzy czerwonej, którą zdobiły, czyli raczej szpeciły, olbrzymie rude wąsy i oczy cebulaste, niebieskie, bez wyrazu, jak gdyby z porcelany. Nieznajomy wyjął z kieszeni jakiś papier, złożony we czworo i podniósł go w górę, poważnie, uroczyście niemal. — Basport ampasaty państwa niemieckiego — tu uderzył się pięścią w piersi — Wolf Chopenhaver, doktor Wolf Chopenhaver, młody szlofiek bardzo dystyngowany, podróżuje, szeby przyjrzeć się przytkim obyczajom francuskim. Młody szlofiek bardzo silny i ma broń przy sobie. Uderzył się w prawe ramię, o rozwiniętych mocno muskułach, potem uderzył po kieszeni kurtki, w której zarysowywał się rewolwer. Usiadł znowu, wyjął ogromny kapciuch z tytoniem, napchał porcelanową fajeczkę, zapalił ją i zaczął wciągać dym z widocznem amatorstwem. Z początku palił powoli, puszczając przezroczyste kłęby. Uśmiechałem się do mojego zbawcy, Klotylda siedziała wciąż zasępiona. Po pierwszej fajce, zapalił drugą, potem trzecią, czwartą, wreszcie piątą. W wagonie zrobiło się ciemno zupełnie, dym gryzł mnie w oczy. Klotylda pokaszliwała. — Jak możesz pan tyle palić? — rzekłem uprzejmie. — Pozwól mi pan zjeść kapusta — rzekł z pewnem zniecierpliwieniem. Klotylda odwróciła główkę i spojrzała na niego zaciekawiona. — Już zjadła kapusta — rzekł po chwili, nie wypuszczając z ust — Wy, Francuzy, wy nie umić palić, nic tobrze robić nie umić. Ja, jak palę, to jem obiat fyśmienity. Przy pierwsza fajka, ja myślę o moja „wasser suppe,“ niemiecka, przy druga fajka, ja myślę o moja kiełbasa niemiecka, i tak dalej, dopóki ja mam apetyt. Kat nasz zapalił jedenastą fajkę. — Teraz tobra szynka z Aachen. Tobra bardzo! Poczerwieniałem. Klotylda znała już objawy, zapowiadające mój gniew, rzadki bardzo, lecz niepohamowany w wybuchach. — Mam nadzieję — odezwała się do mnie po włosku — że nie rozpoczniesz kłótnią owej sie- lanki, którą mi tak dawno obiecujesz. Ty sam jesteś winien wszystkiemu. Po co było palić? Po co go było zapraszać? Pozwól temu idyocie spożywać obiad w spokoju. — Ja nie idyota — wtrącił z całą zimną krwią Chopenhayer, wypuszczając nowe kłęby dymu. Znał włoski język, niecnota. Klotylda otworzyła okno, lecz na dworze był wiatr ostry, deszcz padał coraz silniej. — Chciałabym też wiedzieć, czy ten gbur rozumie po angielsku — rzekła do mnie w tym języku. — Ja nie jestem kbur — odmruknął nasz towarzysz podróży. — Ha! — rzekłem do siostry, pragnąc ją rozweselić — skoro ten Niemiec zna wszystkie obce języki, mówmy więc po niemiecku, nie zrozumie nas może. Pomysł wydał się dręczycielowi naszemu nadzwyczaj oryginalnym i głębokim. Dla zastanowienia się nad nim lepiej, wyjął z ust fajkę i patrzał na mnie z pocieszną przenikliwością. Trwało to dobry kwadrans, wreszcie włożył powoli czapkę futrzaną, potem surdut, potem palto, potem płaszcz z pelerynkami. Znowu usiadł i zaczął myśleć i rozważać, w nadziei jakby, że ten nowy kostyum doda mu dowcipu i domyślności. Przybyliśmy do Amiens. Nasz towarzysz otworzył drzwiczki. — Miejmy nadzieję, że wyjdzie i już nie wróci — rzekła Klotylda po niemiecku. — Ja zrozumiała — zawołał, patrząc na moją siostrę ze zdziwieniem. Mówiąc to, wyszedł. Klotylda nie chciała iść ze mną do bufetu. Wróciłem po chwili i zająłem dawne miejsce. Rozległ się dzwonek. Zapaliłem cygaro i po raz pierwszy w życiu zacząłem czytać pismo rolnicze, nie wiele z niego rozumiejąc, gdy nagle do wagonu wpadł nasz potwór. Prześladowała nas fatalność. Niemiec rozebrał się, jak poprzednio, zdjął wszystkie swe okrycia i wlepił we mnie porcelanowe, zdziwione oczy. Godzina cała upłynęła spokojnie. Wreszcie nasz towarzysz wyjął znowu fajkę. — Niemiec głodna znowu — oświadczył, zapalając narzędzie tortury. Nie były to już kłęby dymu, lecz całe obłoki; powietrza nam brakło, a nie mogliśmy okna otworzyć, z powodu zimna i deszczu. Klotylda spojrzeniem hamowała przez czas pewien moją niecierpliwość, lecz przebrała się wreszcie miarka. Gdy stanęliśmy na stacyi Pont-Remy przed Abbeville, rzekłem do mego dręczyciela: — Tego już za wiele. Doprowadzasz mnie pan do wściekłości. Za przybyciem do Abbeville albo palić przestaniesz, albo też wagon ten opuścisz; jeśli nie uczynisz pan tego dobrowolnie, potrafię cię zmusić, łamiąc ci laskę na grzbiecie. Potem gotów jestem udzielić wszelkich żądanych satysfakcyj. W chwili tej drzwiczki otworzyły się i do wagonu wszedł nowy towarzysz podróży. Nie wiem, dlaczego zdało mi się, że przybywa tu dla nas wyłącznie. Wyglądał na obywatela wiejskiego, zamożnego zapewne, lecz trochę zaśniedziałego na prowincyi. Miał twarz ogorzałą, brodę czarną, przystrzyżoną krótko, ubranie szare, źle dopasowane do figury, i ręce czerwone bez rękawiczek. Szczegół ten wpadł odrazu w oko Klotyldzie, to też wydęła usteczka pogardliwie. Mnie zaś uderzyła w nowoprzybyłym bystrość spojrzenia, wyraz twarzy otwarty, energiczny i trochę drwiący. Nasz towarzysz obejrzał się wokoło. Klotylda kaszlała i odganiała dym chusteczką, ja trząsłem się formalnie z gniewu. Nowoprzybyły skłonił się przed moją siostrą. — Ten pan — rzekł głosem dźwięcznym — jest zapewne gburem Niemcem, któremu się zdaje, iż jest w kraju zawojowanym i że mu tu wszystko wolno. — Ja kbur! — zawołał oburzony szwab — ja poczciwa Niemiec. Ambasador mnie bronić. Ja kpić sobie z Francya! — Ho! ho! — rzekł młodzieniec, otwierając okno z uśmiechem. — Ten pan pali; pani jemu posfalać, dlaczego mnie nie posfalać? — Ależ tu nie chodzi o panią! To mnie dym szkodzi... czasami i proszę pana grzecznie, pomimo nieprzystojnego odezwania się pańskiego o Francyi, abyś palić zaprzestał natychmiast, ale to natychmiast. Rozumiesz pan? — To szarty; my Niemcy nie lubić szarty, nawet najlepsze. Ja mam broń. Ja mam basport. Tylko panny, ładne panny nie lubić dymu, to nie zawsze. — Właśnie — odparł ze śmiechem czarnooki młodzieniec — czy nie widzisz pan, że jestem panną, ładną panną? Czy zaprzestaniesz palić? Raz, dwa, trzy. Nie? — Nie, idź pan do tjabła, ja mam bron, ja mam basport. Młody Francuz wyrwał mu z ust fajkę, która w mgnieniu oka znalazła się na plancie kolejowym. Niemiec wyjął rewolwer z kieszeni. — Ja mam broń — zawołał, podnosząc ją do góry. — I ja także — odparł tamten, chwytając lewą ręką uzbrojoną prawicę przeciwnika, poczem prawą wyrwał mu z pięści rewolwer i wyrzucił go przez okno. Stało się to w dwie minuty niespełna. — Pottaje się, pottaje się, jestem sfyciężony — wrzeszczał Niemiec. Młody Francuz w milczeniu puścił jego rękę i zajął miejsce naprzeciwko nieprzyjaciela. Ten siedział ponury, zgnębiony, aż do Abbeville. Zaledwie pociąg stanął na stacyi, sfyciężony wypadł na peron, wołając z całych sił: — Slodziej! Sbójca! zabili mnie. Basport! Basport! — i wymachiwał nad głową cennym dokumentem. Wszyscy podróżni rzucili się do okien wagonów, aby zobaczyć, co się dzieje. Naokoło wrzeszczącego Niemca utworzyło się zbiegowisko, przybiegł co tchu naczelnik stacyi, telegrafiści, konduktor. — To mój sabójca — wołał Niemiec, wskazując na młodzieńca, który z najzimniejszą krwią wysiadał właśnie z wagonu. — On ma jeszcze dfa fspólniki. Musiałem także wysiąść wraz z Klotyldą, która szepnęła mi na ucho: — Oto początek rozkoszy sielskich, które mi obiecywałeś. Naczelnik stacyi prosił nas uprzejmie, abyśmy przeszli do gabinetu komisarza. Za nami postępowała liczna eskorta, podziwiając zapewne w Klotyldzie tyle wdzięków przy takiej przewrotności. Komisarz był sobie poczciwym człowieczyną, dymisyonowanym kapitanem żandarmeryi, na pierwszy rzut oka wydał mi się formalistą, podszytym figlarzem zcicha-pęk. — Pociąg odchodzi — rzekł konduktor — nie mam czasu czekać na koniec tej sprawy, radźcie sobie państwo sami. Zbliżyłem się do niego i rzekłem półgłosem: — Zechciej pan oddać mi przysługę. Wysiadamy w Neufehâtel. Możebyś pan był o tyle uprzejmym i polecił tamecznemu naczelnikowi stacyi, aby kazał czekać do przyszłego pociągu służbie pana Huriel. — A jak pana wpakują do „ula“ — wtrącił stojący obok mnie jegomość. — W takim razie-odparłem — wybiorę z niego miód i panu go poszlę, zechciej mi pan tylko zostawić swój adres. Odciąwszy się tak, w niezbyt może dowcipny sposób, wszedłem do biura komisarza. Zamknięto drzwi za nami. — Nazwiska panów? — zapytał komisarz takim samym głosem, jakim niegdyś musiał zapewne komenderować: „na lewo zwrot!“ — Ja — rzekł pozywający, który wobec przedstawiciela Temidy nabrał znowu fantazyi i patrzał na nas z pogardą — ja jest mlody szlofik niemiecki, ambasator jest mój protektor. Oto mój basport. Nasyfam się Wolf Chopenhaver. — Dobrze — burknął komisarz — a pan? — Ja — rzekł, uśmiechając się nasz zbawca — nazywam się Jakób de Sains-le-Noble, właściciel ziemski z okolic Etaples. — Dobrze, a pan? — Ja jestem Alfred Huriel, właściciel ziemski z Sainte-Godeleine. Słysząc moje nazwisko, Jakób de Sains szepnął do siebie: „A więc się nie omyliłem.“ Słowa te dałyby mi do myślenia, gdybym nie był zajęty czem innem. — Dobrze — powtórzył po raz trzeci komisarz — a pani? — Ja, nazywam się Klotylda Huriel, jestem także właścicielką ziemską — odparła siostra moja z goryczą. — Dobrze. Po co pan tu przybywasz? — Ja jestem młody szlofik, toktor; potróżuję, szeby poznać przydkie opyczaje francuskie. — Dobrze — mruknął kapitan, rzucając Niemcowi groźne spojrzenie. — Mów pan, jak było. Niemiec opowiedział przygodę swą z widoczną wprawą do kłamstwa i niezwykle bujną wyobraźnią. Gdy na nas przyszła kolej, zeznaliśmy, jak było istotnie. — W tem wszystkiem widzę dwa fakta niezaprzeczone — orzekł wreszcie komisarz, uśmiechając się pod wąsem — najprzód, że pozywający miał broń. Uważam tę broń za skonfiskowaną, a uwzględniając nieświadomość przepisów p. Chopenhavera, skazuję go na wypłacenie 30 franków na biednych w Abbeville, lub na odsiedzenie tygodnia w areszcie. Drugim faktem stwierdzonym jest, iż p. Jakób de Sains wyrzucił przez okno i, według wszelkiego prawdopodobieństwa, rozbił fajeczkę porcelanową pozywają- cego. Ze względu na okoliczności, towarzyszące temu nadużyciu; ze względu na upór przeciwnika, który nie chciał zaniechać palenia, pomimo ustanowionych przepisów — radzimy wyż wymienionemu p. Jakóbowi de Sains zapłacić pozywającemu, tytułem odszkodowania, sumę 5 franków. Twarz Chopenhavera wyrażała ogłupiałe zdziwienie. — Zgadzam się — oświadczył Jakób de Sains — lecz natomiast wnoszę nową skargę, istnieje bowiem trzeci fakt niezaprzeczony, a mianowicie, że p. Wolf Chopenhaver miał zamiar mnie zamordować i gdyby mi się nie udało wyrwać mu z garści rewolweru, byłbym w tej chwili, tak jak on, pozbawionym mózgu. — Dobrze — rzekł komisarz z niezmąconą powagą — przechodzi to jednak granice mojej kompetencyi. To rzecz prokuratora republiki. Zechcesz może, młody cudzoziemcze, złożyć 500 fr. kaucyi dla pewności, że na pierwsze wezwanie stawisz się przed sąd? — Jakto! Jakto! mnie samego bić, i jeszcze mnie kazać płacić 30 franków; mnie mortować i jeszcze ja potrzebuję składać 500 franków... Ja wypowiadać wojna w imię cesarza niemieckiego. — Zawołaj pan dyżurnego żandarma — rzekł komisarz, zwracając się do swego sekretarza. Chopenhaver widocznie miał wstręt do żandarmeryi. — Ja składać już, składać — zawołał skwapliwie. Jakób szepnął kilka słów na ucho komisarzowi, który spojrzał na niego ze zdziwieniem. — Dobrze — rzekł wreszcie — żandarmie, odprowadzisz mi tego jegomościa do prokuratora republiki. I nachyliwszy się, dodał półgłosem: — Powiesz mu, że podejrzywam to indywiduum o szpiegostwo. Gdyby więzień stawiał opór, nałożysz mu kajdanki. Ale Chopenhaver nie myślał o stawianiu oporu. Postępował za żandarmem krokiem chwiejnym, jak gdyby był nietrzeźwym. — Mnie zabijać, samordofać, a potem mnie kazać składać pieniędze; ja chcę składać, a mnie prowadzić do więzienia! Ja nieszczęśliwy szlofiek! Wyszliśmy z biura. — Łaskawy panie — rzekł Jakób, skłoniwszy się wpierw Klotyldzie z wielką wytwornością, odbijającą od jego ogorzałej cery i rąk ceglastych — okolica nasza zyskuje w panu nowego obywatela, doświadczonego człowieka a i rolnika zapewne. Wesoły chłopiec drwił ze mnie najoczywiściej, lecz były to drwiny dobroduszne. — Tak — odparłem — doświadczony jestem nad wiek, tylko nie w zakresie rolnictwa, niestety. Pod tym względem w pojęciach moich panuje zamęt zupełny. Mogę wprawdzie odróżnić bef- sztyk z kartoflami od pieczeni z kapustę, lecz dalej wiadomości moje nie sięgają. Mam jednak pełen kufer dzieł rolniczych, a wszystkie noszą tytuł: „Najlepszy rolnik,“ spodziewam się więc, że przy ich pomocy zostanę nim wkrótce. — Ceniłem wysoko — rzekł młody ziemianin z większą niż dotychczas powagą — Atanazego Huriel, po którym państwo dziedziczycie. Był także i moim krewnym. Ostatnie te słowa wymknęły mu się widocznie mimowoli, skłonił się bowiem pospiesznie i oddalił. Poszliśmy na obiad do pobliskiej restauracji. Przy obiedzie panował dobry apetyt i głuche milczenie. Dzwonek oznajmił przybycie następnego pociągu. Wsiedliśmy do wagonu. Była siódma. W Neufchâtel mieliśmy stanąć około dziewiątej dopiero. Bojąc się dalszych objawów złego humoru mojej siostry, udawałem że śpię. Od czasu do czasu jednak spoglądałem, z pod spuszczonych powiek. Klotylda zasunęła się w ciemny kącik wagonu. Twarz jej była ostra i gniewna! Biedaczka! Po raz pierwszy w życiu działo się inaczej, niż chciała, po raz pierwszy stawiałem jej opór. Wszystko przeciwko mnie się sprzysięgło. Deszcz ulewny uderzał w szyby wagonu.
II.
Pierwszy krok na drodze życia wiejskiego.
Jakże ponury przedstawił nam się obraz w ! Gotów byłem zaprzeczyć, gdyby to oświadczyła Klotylda, lecz zaprzeczenie takie nie byłoby szczerem. Ujrzeliśmy stacyę w szczerem polu, oświetloną tak skąpo, jak jaskinie w melodramatach ludowych; dwie osoby stały na platformie. Naczelnik stacyi, człowiek widocznie uprzejmy, widząc że Klotylda nie może sobie poradzić z wiatrem, wzdymającym jej płaszcz i suknię, zbliżył się do drzwiczek wagonu i podał rękę siostrzyczce, poczem zaprosił nas, abyśmy przeszli do jego biura.. Błogosławiłem tego gentlemana. W biurze, oświetlonem gazem, palił się ogień na kominku. Klotylda mogła się przynajmniej rozgrzać. Pozostawiwszy ją w sali, puściłem się sam na poszukiwanie jej siedmnastu kufrów i kuferków, które przybyły tu poprzednim pociągiem, i na odnalezienie „moich ludzi.“ Ekwipaże i służba czekały na nas u podjazdu. „Ekwipaże“ składały się ze starej jednokonnej karyolki z latarniami i z olbrzymiego wozu, zaprzężonego w piątkę koni. Moje serce właściciela ziemskiego i posiadacza tych skarbów po raz pierwszy zabiło żywiej. Konie wydały mi się daleko lepszemi, niż były istotnie. Stało przy nich trzech ludzi rosłych, miłej powierzchowności. Spojrzeli na mnie roztropnie, starając się ukryć swe zaciekawienie. Na koźle siedziało czwarte indywiduum. Był to człowiek już niemłody, istny dziadek kościany, o twarzy zmarszczonej, wystającej brodzie i wpadłych ustach; miły wyraz oczu łagodził jednak ostrość rysów. „Kościany dziadek“ zeskoczył z kozła ze zwinnością młodzieńczą i zbliżył się do mnie, zdejmując kapelusz ceratowy, pod którym miał na głowie wełnianą czapeczkę. — Dobry wieczór — rzekł — to p. Huriel zapewne? Macie państwo pakunki, nieprawdaż? Piotrze, idź z Ludwikiem, pomóżcie tragarzowi. Marek pozostanie przy koniach. A przykryjcie dobrze kufry ceratą. My pojedziemy naprzód. Tylko nie marudźcie, moi wy! Piotr da 5 soldów tragarzowi na piwo. — Dobrze, Florymondzie. A więc dziadkowi kościanemu było na imię Florymond! Wśród innych okoliczności ubawiłoby mnie to bardzo, lecz teraz o niczem innem nie myślałem, jak o deszczu i o Klotyldzie. Przyprowadziłem ją do owego „ekwipażu.“ Na widok tej zgrabnej postaci, Florymond zdjął już nietylko kapelusz, ale i myckę wełnianą. — Niezbyt przyjemnie, panienko, przyjeżdżać na wieś w taką pogodę — rzekł, nie domyślając się, że słowami temi rozgorycza jeszcze i tak już gorzki stosunek rodzinny. — Nakryjcie głowy, moi przyjaciele — rzekła siostra, zwracając się uprzejmie do Florymonda i trzech chłopaków. — Przykro mi, że musieliście na nas czekać tak długo. — Oh! to nic nie szkodzi — odezwał się Piotr z wesołym uśmiechem. Pomogłem Klotyldzie wsiąść do karyolki, otuliłem ją w pledy i szale, Florymond uprzedził mnie bowiem, że przez całą godzinę będziemy jechali przeciwko wiatru. Zająłem miejsce na koźle obok staruszka, narzuciwszy na ramiona olbrzymi płaszcz z pelerynkami, po „nieboszczyku panu.“ Tak otulony, mogłem jechać do północnego bieguna, na poszukiwanie szczątków Laperouse’a. — Hejże, Belotte — zawołał Florymond na klaczkę, poganiając ją biczem. — Poczciwe to i silne zwierzę — rzekł do mnie, w drodze objaśnienia — lecz potrzebuje zachęty. Istotnie Belotte popędziła szybko. Osie karyolki zgrzytały, co się nie przyczyniało bynajmniej do rozproszenia smutnych myśli Klotyldy. Nie skarżyła się jednak, przeciwnie, zdaje mi się, że rada była, iż wszystko się tak źle składa, czując, że mnie to gniewa. Pragnęła może nawet, dla ostatecznego zgnębienia swego biednego brata, aby się karyolka przewróciła. Była chwila, w której zdawało mi się, iż życzeniu jej stanie się zadość. Dojechawszy na szczyt wzgórza Lods, wehikuł zatrzymał się nagle; wiatr wstrząsał nim tak silnie, iż sądziłem, że go obali i że stoczymy się z góry; lecz silny koń, zachęcany energicznie przez Florimonda, oparł się prądowi powietrza i zaczął zjeżdżać powoli, ostrożnie. Noc była ciemna, naokoło ani jednego światełka, jak na pustyni; od czasu do czasu rozlegał się tylko turkot kół przejeżdżających mimo nas wózków i wozów. O dwie mile za Neufchâtel zjechaliśmy z gościńca królewskiego, ciągnącego się pomiędzy Paryżem i Boulogne, i skręciliśmy na boczną drogę, która wiodła już prosto do Sainte Godelaine. Losy sprzyjały tajemnym życzeniom Klotyldy, droga ta bowiem, niedawno usypana kamieniami, była niesłychanie trudną do przebycia, karyolka podskakiwała co chwila. Po raz ostatni przed wejściem do tego domu, który ukochana moja siostra uważała za straszne więzienie, po raz ostatni chciałem objąć przeszłość naszą spojrzeniem. Ojciec nasz, człowiek niezwykle zacny i rozumny, był sławnym inżynierem. Zarabiał przeciętnie 50,000 franków na rok. Matka nasza, najsłodsza, najlepsza w świecie kobiet: — mówię to, przepraszając w myśli świętą jej pamięć — była jednak bardzo nieopatrzną. Wniosła ona mężowi majątek, wynoszący kilkakroć sto tysięcy franków. Ojciec myślał o popchnięciu syna na drogę dyplomatyczny, matka — o wydaniu córki za milionera. Otrzymaliśmy wykształcenie wyższe, o którem czytelnik mógł już powziąść pewne pojęcie: do znajomości wszystkich języków cywilizowanych łączyliśmy jeszcze liczne talenta. Gdy ojciec nasz umarł, ja miałem lat szesnaście, Klotylda ośm zaledwie. Matka nie zdawała sobie dokładnie sprawy, jak wielkim ubytkiem w naszych dochodach jest utrata 50,000 franków, które pracą swą przyczyniał ojciec, i prowadziła w dalszym ciągu ten sam tryb życia, odsuwając od dzieci wszelkie troski i kłopoty pieniężne. Droga mateczka, umierając, jeszcze uśmiechała się do nas. Miała w Bogu nadzieję, że udręczenia jej i troska o przyszłość, którą ukrywała przed nami tak starannie, poczytane jej będą w niebie za zasługę i że wyjedna tem dla nas szczęście i spokój. Święta, kochana watka! Ponosiła ofiary wielkie, lecz bezowocne, niestety. I tak, dla ratowania pozorów, sprzedała znaczną część swej posiadłości ziemskiej, a że ziemia w owym czasie spadła w cenie, więc ją sprzedać musiała za połowę wartości, a resztę wydzierżawić za pół darmo. Koniec końców, z 70,000 fr. rocznej renty pozostało nam zaledwie 5,000 fr. Zwiększyliśmy ją do 6,000 fr., sprzedawszy po śmierci matki kosztowniejsze meble i sprzęty. Z pierwszego piętra przenieśliśmy się na piąte; chciałem się z tego domu wyprowadzić, lecz Klotylda oparła się temu. Ustąpiłem jej, jak zwykle. Liczyłem wówczas lat dwadzieścia trzy, Klotylda niespełna piętnaście; miała złote serce, umysł lotny, duszę szlachetną, lecz charakter kapryśny i samowolny. Wciągu następnych trzech lat doznałem wszelakich upokorzeń. Musiałem kołatać do dawnych znajomych i przyjaciół o protekcyę, lecz najserdeczniejsi nawet zbywali mnie obietnicami, nigdy nieziszczonemi. Niewierny czy byłem próżny, hardy, niezręczny, niezdolny, czy tylko nieszczęśliwy, dość, że nie zdarzyły mi się nigdy posady wyższe nad 1,500 franków rocznie, których przyjąć nie mogłem, lub bardzo korzystne, lecz podejrzane, których przyjąć nie chciałem. Te rozmyślania nad przeszłością przerwał mi Florymond. — Jesteśmy już na miejscu, proszę pana — oświadczył. — Zejdę, żeby bramę otworzyć, może pan lejce potrzyma. Podprowadził kabryolet przed ganek. Zeskoczyłem i pomogłem Klotyldzie wysiąść. — Niech państwo drzwi sobie otworzą — mówił Florymond — ja muszę odprowadzić Bellotę do stajni, przemokła biedaczka do kości.
III.
Przestępuję próg mojego domu.
Po wysokich schodach weszliśmy do oświetlonej izby, służącej za kuchnię, salę jadalną, rozmównicę i miejsce spoczynku dla jakich czterdziestu włościan i włościanek; z izby tej dolatywał nieznośny zapach gotowanej kapusty. Przekroczyłem progi naszej rezydencji w niezbyt miłem usposobieniu, Klotylda szła za mną. Wyobrażani sobie, jakich musiała doznawać wrażeń. Izba mogła pomieścić sześćdziesiąt osób; w czasie żniwa mieściła ich nawet więcej. Od pułapu z belkami, zwieszała się pośrodku duża lampa, w ścianie na lewo był komin, na prawo stół zastawiony naczyniem. Dwie włościanki z czepcami na bakier drzemały po obu stronach komina, chrapiąc przeraźliwie; przy stole siedziała chuda staruszka, która na nasz widok zerwała się na równe nogi, ukazując twarz pomarszczoną, rozczochrane siwe włosy i oczki czarne, przenikliwe. Żwawo bardzo zbliżyła się do Klotyldy i ogarnęła ją spojrzeniem, w którem przebijała macierzyńska niemal troskliwość. — O moja panienko! — zawołała żywo — żal mi was, doprawdy, przyjechaliście tutaj po takiej okropnej pogodzie!... No, dalejże, próżniaczki! — wołała, zwracając się do chrapiących dziewcząt — gotoweście spać do rana; no dalejże, Romania, Argentynia, obudźcie się wreszcie! Na imię im było Romania i Argentynia! Staruszka zaczęła wstrząsać niemi, co sił starczyło. Na takie wezwanie odpowiedziały mruknięciem, potem ziewaniem, wreszcie, przeciągając się, powstały ze stołków. Rozlegała się od nich woń róży i jaśminu. Poczciwe dziewczęta upomadowały sobie głowy na przyjęcie młodej pani; Romania wybrała różę, Argentynia — jaśmin. — Brzydkie są, jak czupieradła — mówiła staruszka — lecz naumyślnie wybieram takie. Pani rozumiesz — zwróciła się do siostry mojej, mrugając oczyma — jest tutaj ze czterdziestu chłopców. Zawsze powiadałam nieboszczykowi panu, że niema jak brzydota, dla utrzymania cnoty. Ale pomimo szpetności, poczciwe to dziewki, czyste i chętne. Pod okiem pani wyrobią się i takie głupie nie będą. Słyszycie, co? Ta oto nazywa się Romania, będzie służyła panu; Argentynia będzie do posługi dla pana i do grubszych robót. Obie dziewczyny nie wydawały się bynajmniej o swojej brzydocie, lecz nie zaprzeczały staruszce. — Przykro mi bardzo — rzekłem z uśmiechem, który miał być uprzejmym — przykro mi, że musiałyście na mnie czekać. Niebyłem zbyt pomysłowy, zdanie to powtarzałem już po raz wtóry w ciągu paru godzin. — Oh! proszę pana — odparły wszystkie trzy chórem — wszak to nasz obowiązek. W chwili tej wszedł Florymond. — To moja żona, Klarymonda — przedstawił. A więc staruszce było Klarymonda na imię! Spojrzałem na nią ze zdziwieniem. Zdało mi się, że się znajduję w teatrze na parodyi Estelli i Nemorina. Klarymonda zapaliła świecę. Każda ze służących uczyniła to samo i ruszyły za nią; wyglądało to na procesyę. Przebyliśmy w ten sposób długi korytarz, na końcu którego był pokój jadalny, duży, ciepły. Pośrodku stał stół, przykryty białym obrusem, zastawiony prostemi, fajansowymi talerzami, od których dziwnie odbijał prześliczny serwis srebrny, takiż półmisek i dwa świeczniki. Patrzałem z lubością na piękne cyzelowania — Klotylda widziała tylko szczerby w talerzach. Ściany pokoju jadalnego nie były wyklejone, na jednej z nich wisiała wspaniała panoplia, przy drugiej stało biurko z pięknemi staroświeckiemi bronzami. Podczas, gdym przyglądał się, tym osobliwościom, Romania zaprowadziła Klotyldę do jej pokoju. Na dziedzińcu rozległ się jakby huk grzmotu. To wóz z naszemi pakunkami przybywał ze stacyi. W chwilę potem wszedł Florymond. Nie miał już wełnianej mycki na głowie, kosmyki siwych włosów okalały twarz o wyrazie zrezygnowanym i wylęknionym, jaki mają zazwyczaj mężowie zawojowani przez żony. Oświadczył, że każe wsunąć naładowany wóz do wozowni i że go wypakuje nazajutrz dopiero. Wilią przysłaliśmy dwa małe kuferki, zawierające wszystko, co nam było potrzebne na noc. Do pokoju weszła niebawem Klotylda i z nadąsaną minę usiadła przy płonącym kominku; wszelkie moje uprzejmości pozostawiały ją niewzruszoną. Za chwilę wrócił Florymond z Romanią, która wniosła ser i masło. Argentynia ukazała nam się, jako Hebe, z dzbankiem jabłeczniku i karafką piwa. Florymond z wielką powagę niósł wazę srebrną na czterdzieści osób, wazę prześliczną, staroświecką, na której widok oczy mi się zaśmiały, byłem bowiem wielkim miłośnikiem wszelkich zabytków. Spytałem z ciekawością Florymonda, skąd się wzięły tutaj te piękne srebra. — Ha — odpowiedział mi dumnie — rodzina Huriel osiadła tutaj od trzech wieków z górę, a że była zawsze dostatnią, więc i nagromadziło się kosztownych rzeczy co nie miara. To, co pan widzi, to nic, w porównaniu ze srebrami, które są teraz pod pieczęcią. Obiad był tak obfity, że mogłoby się nim pożywić dwunastu myśliwych. Po zupie, wniesiono sztukę mięsa, po sztuce mięsa — kurczęta osmażane w cieście, potem gołąbki pieczone, potem schab z sałatą i groszkiem, szynkę, ciastka, krem, w przyrządzaniu którego celowała Klarymonda; ser, wspaniałe gruszki, jabłka i kwaśne nieco winogrona uzupełniły ucztę, która zeszła ze stołu nietknięta prawie. Ja zjadłem tylko skrzydełko kurczęcia, Klotylda trochę sera i owoców. Obie dziewki nie mogły wyjść z podziwu. — Będziesz głodna, siostrzyczko — rzekłem, ujmując ją za rękę, lecz wysunęła ją z mojej dłoni i skinąwszy na Romanię, wyszła z pokoju. Zły humor i ponure usposobienie Klotyldy oddziałały także i na mnie, choć zazwyczaj skłonny byłem do patrzenia na świat przez różowe okulary. Miałem już ochotę pobiedz za siostrą i oznajmić jej, że wracamy jutro do Paryża, lecz rozsądek wziął górę. Usiadłem przy kominku, zapaliłem cygaro i odczytałem list, który nas tutaj sprowadzał. Z kancelaryi p. Planterose, rejenta w Montreuil-sur-Mer (Pas de Calais). Do wielmożnego Alfreda Huriel
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Sielanka (d'Héricault, 1892).
