Front matter
ALFONS DAUDET.
A
A.
całość
ALFONS DAUDET.
A
A.
d
Natalii Bogowolskiej.
A.
o.
2.
Дозволено Цензурою. Варшава, 31 Марта 1892 г.
W drukarni „Przeglądu Tygodniowego“ ul. Czysta Nr. 4.
I
Rozwiedziony od dwóch tygodni i upojony jeszcze rozkoszą zakończenia swojej troski, Régis de Fagan, stojąc od samego rana w otwartem oknie nowego kawalerskiego apartamentu, upatrywał ukazania się swoich córeczek, które za zezwoleniem trybunału mógł widywać dwa razy na miesiąc — co drugą niedzielę. Była to właśnie pierwsza ich niedziela a w tym stosie bilecików kobiecych, od dwudziestu lat napływających na biórko ulubionego i w modzie będącego wodewilisty, mało z nich tak silnie wstrząsnęło jego sercem, jak owe proste słowa otrzymane wczoraj:
„e!
„Przyjedziemy do Passy jutro rano pociągiem o godzinie dziesiątej; „mademoiselle” pozostawi nas na bulwarze „Beauséjour“ Nr. 27, i powróci zabrać nas wieczorem punktualnie o godzinie dziewiątej.
Poniżej wielkiemi i jeszcze trochę niekształtnemi literami, młodsza siostrzyczka podpisała „Ninetka“. Régis, wśród niepokoju oczekiwania, zapytywał sam siebie, czy rzeczywiście przyjadą i czy w ostatniej chwili, przebiegła i chytra matka, lub obłudna nauczycielka, nie wymyślą jakiejś podstępnej przeszkody dla zatrzymania dziewcząt w domu. Nie wątpił o przywiązaniu swoich dzieci — ale były jeszcze tak młode! Róża, miała zaledwie lat szesnaście, Ninetka niespełna czternaście. Obie tak jeszcze bezsilne — czy zdołają oprzeć się nieprzyjaznemu wpływowi? — zwłaszcza że opuściły klasztor w chwili przebiegu sprawy rozwodowej i odtąd pozostają li tylko pod opieką matki i nauczycielki. Słusznie adwokat mu powiedział: „Nierówne są wasze siły, mój biedny Régis — będziesz miał tylko dwa dni na miesiąc, dla zjednania sobie i utrzymania miłości twych córek”. Mniejsza o to! Régis czuł się dziś dość silnym, ażeby te dwa dni, dobrze użyte i zapełnione, zdołały utrzymać mu serce jego pieszczotek. Ale te dwa dni były dla niego konieczne wścisłem znaczeniu tego wyrazu — bez oszustwa — bez fałszywych przeszkód. W miarę zbliżania się godziny oznaczonej, co chwila stawał się niespokojniejszym — silniej wzruszonym, jak niegdyś w przeszłości, gdy szło o schadzkę miłosną lub jakiś ważny interes. Pan de Fagan, gwałtownemi ruchami przewieszając atletyczną swoją postawę przez parapet okna, zagłębiał wzrok w obadwa kierunki bulwaru dzielnicy, cichej, zagajonej i otoczonej z jednej strony linią kolei żelaznej, osłoniętej szpalerem i płotem, z drugiej, wydłużonym szeregiem wykwintnych pałacyków z balkonami przepełnionemi kwieciem i z trawnikami starannie utrzymanemi. — Dzień dobry, ojcze!... to my!... — Wy! ależ którędy?... jakim sposobem?... W gorączce czuwania nad godziną, nad ruchem pociągów i śledzeniem przechodniów —Régis niedopatrzył przybycia dzieci — i oto zjawiły się przed nim niespodzianie — wyrosłe niemal na kobiety, od czasu dwóch miesięcy, jak ich nie widział. Ręce jego drżały, dopomagając córkom do zdjęcia obcisłych paletocików i okrągłych kapeluszy okolonych piórami. Dziewczynki czuły się ró- wnież onieśmielone wobec tego nowego dla nich położenia. Bez zaprzeczenia, ojciec pozostał dla nich ojcem! Ten wesoły, kochany, miły papa, który tak chętnie bawił się z niemi i bujał na kolanach małe pieszczotki — ale nie był to już mąż ich matki!... Różnica ta, którą odczuwały, nieumiejąc określić, tkwiła zapytaniem w ich naiwnie zadziwionem spojrzeniu. Chwilowy przymus, jaki ich ogarnął, rozpraszał się powoli pod wpływem nowości i zwiedzania nieznanego im dotąd mieszkania. Okna, opromienione jasnem światłem majowego słońca, wychodziły jużto na bulwar, jużto na ogródek pałacyku, powiększony zadrzewieniem sąsiednich ogrodów. Prawie w każdym pokoju umeblowanie nowe. W jednym tylko gabinecie ojca, dzieci odnalazły dawną bibliotekę i owe wielkie biórko, którego kanciaste rogi tak były niebezpieczne dla małych główek igrających w „chowanego“ a które pan de Fagan w rodzicielskiej troskliwości, kazał niegdyś pozaokrąglać. Wieleżto wspomnień w każdej z kryjówek i szufladek tego olbrzymiego biórka, zdobnego do koła w cyzelowane bronzy!... — Czy pamiętasz, Ninetko, jak mama raz?... Mała Ninetka, odmiennej od starszej siostry natury — żywsza i przebieglejsza, przecina zapytanie znaczącem spojrzeniem, pomna na zalecenie matki! Pani Fagan, która powróciła obecnie do swego nazwiska panieńskiego — a więc pani Ravaud, zabroniła dziewczynkom wspominać o niej przy ojcu. Zabroniła również opowiadać szczegóły, dotyczące obecnego jej położenia, lub wyjawiać zamiary jej na przyszłość, w razie niedyskretnego badania. Znając roztargnienie Róży i lekkomyślne jej usposobienie, zwróciła się głównie w tej mierze do Ninetki. Dziwnie zabawną przedstawia się twarzyczka Ninetki, zwłaszcza, gdy się rozumie, co ukrywa po za tą hermetycznie zaciśniętą buzią i w tych mysich oczkach o ostrem spojrzeniu, tak strzelających z góry na dół. Czy podobna jednak, ażeby w tak krótkim przeciągu czasu pani Ravaud zapomniała o szlachetnym charakterze tego, który przez dwadzieścia lat był jej mężem — a co więcej, posądzała go dziś o szpiegowanie matki za pośrednictwem dzieci? Trudno zaiste zobojętnieć łatwo dla istoty zbratanej przez lat wiele z jasną naszą istnością. Istoty, z którą podzielało się codziennego życia troski i radości, oraz dotkliwe wzajemne niepowodzenie Ale Régis de Fagan, usiłuje o tem zapomnieć, unika wymówić nawet imię byłej swej żony. Dziewczynki stosują się do tej powściągliwości, co wywołuje bezustannie chwile chłodu, kłopotliwego milczenia i dziur, według teatralnego wy- żenia — a to wszystko wśród ożywionej przechadzki po apartamencie. I tak — w pokoju sypialnym Róża i Ninetka nie zdołały powstrzymać okrzyku przerażenia, stanąwszy nad małem, wązkiem Żelaznem łóżkiem — prawdziwie studenckiem posłaniem, bez obicia i firanek. Dziewczynki spojrzały po sobie, jedną tknięte myślą, jednem i tem samem wspomnieniem owych poranków w dniu Bożego Narodzenia i Nowego Roku! Przybiegały wówczas, plącząc nóżki swe w długich nocnych koszulkach i zaspane — rozczochrane, wsuwały się do łóżka mamy i papy, dla wymiany pocałunków i podarunków. Oczy Róży i Ninetki opowiadały sobie więcej jeszcze szczegółów, dostrzegłszy pozawieszane tuż po nad łóżkiem portrety, które znikły od dnia rozwodu z wspólnego rodziców pokoju, przy ulicy Lafitte. Najprzód wielki pastel Besnarda, na którym obie w wieku lat sześć i dziewięć, trzymają się za rączki, w kostiumach à la Greenaway, utopione w wielkich batystowych kapotkaoh i wysokich, angielskich rękawach. Następnie za szkłem portret babuni Fagan w ramach owalnych — tej babuni, której nie znały — a o której matka opowiadała im zawsze, jako o osobie bardzo — oh! bardzo surowej. Wieleż spostrzeżeń nurtuje te małe główki — jaki zamęt w ich myślach, a jednocześnie wieleż to wspomnień o istotach lub rzeczach, dawniej połączonych — a dziś rozproszonych, jakby nazajutrz po pożarze lub rozbiciu okrętu. Jak to wszystko jest dla nich zawikłane — niepojęte — odurzające — w braku własnego sądu, szczęśliwego przywileju nadzwyczajnej młodości. Na szczęście przeszli do sali jadalnej, gdzie przez okna szczodrze oświecone słońcem, buchały wszystkie wonie ogrodu. Przybranie stołu staranne, wykwintne, wesołe dla oka. Dla każdej z dziewczynek bukiet, obok nakrycia dla niej przeznaczonego. Była to osobista uprzejmość pani Hulin. — Pani Hulin? — zapytała Ninetka a okrągłe jej oko zaiskrzyło się ciekawością. — Właścicielka domu, w którym mieszkam. Zajmuje dół a ja wynajmuję pierwsze piętro, ażeby nie być tak osamotnionym w tej ustroni. Jest wdową i mieszka z swoim małym synkiem i ze starą guwernantką. — Flirt na cześć papy!... — Odezwała się Róża bez namysłu, gładząc włosy i przyglądając się w małem ręcznem lusterku. Pan de Fagan, smutny wzrok zwrócił ku Róży. — Jedno z tych głupich wyrażeń, zwyczajnych matce.... — pomyślał. Jednakże z tych dwóch córek, Róża najmniej przypominała panią Ravud fizycznie. Z swą wysmukłą i nieco pochyloną figurką, z ciemną, mato- wą cerą kreolki, z wyrazem twarzy poważnym i rzewnym — zdradzała typ swego ojca. Odezwał się do niej tonem słodkiej wymówki. — Nie mam zupełnie serca do flirtu, moje dziecko i sądzę, że biedna pani Hulin, tak samo, jak i ja, nie dba o tę zabawkę. Jest to bardzo czuła matka. Dowiedziawszy się, że moje córki przybędą dziś rano, zerwała te kwiaty na waszą intencyę. Lokaj wniósł na pierwsze danie jajecznicę z grzybami — ulubioną potrawę Ninetki. Przyjęty został okrzykiem podziwiania i uciechy. — Patrzcie... to Antym... Dzień dobry, Antym! Chłopiec pozostawał w służbie u państwa Fagan od kilku już lat. Zmieszany niespodzianką i cały zaczerwieniony wybąkał: — Dzień dobry panience! Był to wieśniak nieokrzesany. Włosy płasko ułożone na calowej wysokości czole — głowa miała kształt spłaszczony, jak gdyby mu wierzchnią jej część odjęto z wszystkiem, co się w niej mieściło. Nieporównana chłopska głupota drażniła panią Fagan. Régis, po rozwodzie, zatrzymał go przy sobie — być może z powodu tej antypatyi a prędzej dlatego, że Antym pozostawał w stosunkach z kuchnią przy ulicy Lafitte i w każdej chwili mógł mieć ztamtąd wiadomości. Znajoma ta postać, odnaleziona tutaj w całej swej wieśniaczej gburowatości, uprzyjemniała dziewczynkom śniadanie co wywołało serdeczniejszą i poufalszą wesołość. A jakież to było wyborne śniadanie! Każda potrawa, obmyślona, ogadana, roztrząsana przez pana i przez kucharza, ażeby upewnić się, czy panna Róża lubi cukier w jarzynkach a panna Nina czy woli krem czekoladowy lub też waniliowy. Oczarowane wykwintną biesiadą i nowemi swemi wiosennemi toaletami, dziewczynki ożywiały się coraz więcej — a wśród rozkosznej paplaniny, zapominały po trochu o przestrogach matki — zwłaszcza Róża, której Ninetka dawała bezustannie, tajemnicze znaki porozumienia. Tym sposobem, pan Fagan dowiedział się niechcący, że w ostatni piątek „kuzynek“ zaprowadził je na operę komiczną. Właśnie ów „kuzynek“ był jednym z zabronionych przedmiotów do rozmowy — ale Róża nie umiała oprzeć się pokusie. Ojciec, pragnąc uniknąć tych pomimowolnyoh niedyskrecyj, za które dziewczynki otrzymałyby naganę po powrocie do domu, usiłował rozmawiać o rzeczach obojętnych. Napomknął o klasztorze, w którym się jakiś czas chowały a który widać było z okien i o pięknych jego ogrodach, gdzie tyle lat biegały szczęśliwe. Czy nie tęsknią do tych miejsc?... czy powróciłyby tam chętnie?... — Oh! co do tego — to nie!... odezwały się dwa głosiki chórem. — A dla czego nie, moje aniołki? Byłyście niegdyś bardzo zadowolone, wszedłszy do zakładu. Zawahały się w odpowiedzi, którą pan de Fagan odgadł doskonale. Od dnia rozejścia się rodziców, dom przybrał dla dzieci zupełnie inną postać. Żyły bowiem przedtem wśród bezustannych małżeńskich nieporozumień i kłótni, co ich nieraz zmuszało brać stronę jednego lub drugiego: „Czy słyszycie, dzieci, w jaki sposób wasz ojciec przemawia do mnie?” „Pani zapominasz się wobec swoich córek”. Chcąc oszczędzić dzieciom tych przykrości, postanowiono umieścić je w klasztorze. Po usunięciu się ojca i zatwierdzeniu rozwodu, matka pośpieszyła zabrać córki do siebie, przejęta nagle czułością, nie licującą z jej naturą oschłą i dziwaczną. Zapragnęła bądź co bądź, zdobyć sobie miłość dziewczątek. Dopomagała jej w tem „mademoiselle“, łagodząc potrochu cierpkość i surowość swojej roli, jako dozorczyni i wychowawczyni. Miłe dla oka, ale pozorne to przeistoczenie uwydatniało się nawet w sposobie ubierania dzieci. Dotąd matka zajęta była tylko sobą i swoją toaletą, pochłaniającą czas i pieniądze. Dość było panu Fagan jednego rzutu oka, skoro weszły te dwie cudne winietki, strojne w ostatnie słowo mody, ażeby je zestawić z owemi małemi zakonniczkami zaczesanemi gładko, w su- kienkach kroju prostego, przepisanego regułą, w jakich ukazywały się zwykle w sobotę w domu. Zrozumiał, że ta matka, tak mało matka do tej pory, zostanie nią teraz w sposób okrutny! Będzie dzieciom dogadzać, pochlebiać — pieścić je i psuć, nie z powodu zaślepienia miłości macierzyńskiej, ale z powodu niskiej zazdrości i z potrzeby dręczenia swego niegdyś męża. Przewidywał też całe pasmo zgryzot — wojnę szpilkowych pocisków — ale pocóż dręczyć się przed czasem? Czyż nie miał swoich córek obok siebie — tuż około swego serca — i to do wieczora! Po śniadaniu zamierzył zaprowadzić je na ranne przedstawienie do teatru francuzkiego, gdzie miano grać jedną z jego sztuk, nieznaną im dotąd. Jakąż radość im sprawi! Jakże dumne będą, zasiadłszy w jednej z pierwszorzędnych lóż, słyszeć i widzieć najznakomitszych artystów paryzkich, grających wobec publiczności przepełniającej salę komedyę, której autorem jest ich ojciec! Pani Ravaud, z współudziałem nawet „mademoiselle’l“, nie byłaby w możności dostarczyć im podobnej rozrywki... Po teatrze, przejażdżka powozem po lasku — a obiad w jednej z wykwintnych i najbardziej w modzie restauracyj. Otóż jeszcze jedna przyjemność, której matka dać im nie może — chyba tylko w towarzystwie „kuzyna“. Oh! co za rozkosz dla dziewczątek — wydawać garsonom rozkazy, wybierać najwytworniejsze przysmaki i podsłuchiwać pochlebne szepty sąsiadów, o postaci będącej na widowni w Paryżu: „Patrzcie! to Régis de Fagan z dwoma swemi córkami”. Nareszcie, po zachodzie słońca powracać wsparte na ramieniu ojca przez opustoszałe aleje lasku, przepełnionego balsamiczną wonią, tuż około zaciemnionego jeziora, dosięgnąć następnie Passy i bulwaru, „Beauséjour”, gdzie zastaną oczekującą na nich „mademoiselle” i powóz. Otóźto, co się nazywa — pięknie dzień przepędzić! Przedstawienie projektu tych wszystkich rozkoszy, w połączeniu z wyśmienitem śniadaniem, wywołało różowy płomień na bledziutkich twarzyczkach paryżanek. Przez otwarte okna wdzierały się do pokoju wonie róż i konwalij. Kos, usadowiwszy się na szczycie starego wiązu, darł się na całe gardło. Ninetka zbliżyła się do okna, chcąc go dostrzedz wśród zarośli. Usłyszała na dole szczebiot, srebrzystego dziecinnego głosu. — Zejdź pobawić się ze mną! Co, czy chcesz? Był to mały Maurycy Hulin. Cudnej urody chłopaczek, dziewięć do dziesięciu lat. Cera kameliowa — długie spadające loki, koloru czerwonej hematyny. Dziecko ze ska- leczoną nóżką podskakiwało na trawniku, dopomagając sobie krótką kulą. Pani Hulin, zajęta tuż obok czytaniem, podniosła głowę i rzekła:, Przepraszam i dziękuję“ z uśmiechem na ładnych i młodych jeszcze ustach. — Nie zapomnij Ninetko, że idziemy do teatru! — zawołała starsza, nieco rozdrażniona powolnością Niny, do zrobienia nowej znajomości. Mała wybiegła, nie słysząc słów siostry. — A gdybyśmy także zeszli? Zapytał ojciec. Zobaczysz — to bardzo miła osoba. Róża oparła się stanowczo. Nie zna tych ludzi... W odcieniu zaś głosu młodej dziewczyny, opartej o okno, tuż około ojca, przebijała rodząca się nienawiść do pani Hulin. Okiem biegłej znawczyni oceniała postać i strój siedzącej w o grodzie kobiety. Postawa pani Hulin była bardzo skromna. Ubranie pół żałobne, rozjaśnione białym ogrodowym kapeluszem z koronki. Kokarda lila, w odcieniu irysu, kwitnącego wśród klombu na trawniku.
II.
Pomiędzy autorem i sąsiadką zawiązał się zażyły przyjacielski stosunek — sympatya nieokreślona jeszcze analizą, wynikła z podobieństwa życiowjch okoliczności. W dniu dzisiejszym przepędzili wieczór we dwoje, w małym saloniku na dole. Dziecko już spało. Paryż huczał w oddali a spokój odludnego bulwaru, przerywany był tylko chwilami szczekaniem stróżujących psów, lub szybkim przebiegiem lokomotywy, wstrząsającym murami domów, od samej ich podstawy. Stary, pamiątkowy, familijny zegar, pokrewny konsoli i krzesłom w stylu „Empire“, wydzwonił godzinę dziesiątą. Pani Hulin, przecinając białemi ząbkami nitkę swojej roboty, uśmiechnęła się łagodnie. — Dlaczego pani śmieje się? Zapytał Régis, z tym wiecznym niepokojem mężczyzny, wobec kobiecej zagadki, zdradzonej nagle pomimowolnem szyderstwem — spuścizna niesfornego dziecka, nawet u kobiet ustalonej równowagi. Zwróciła ku niemu swe wielkie, niebieskie źrenice, pływające na tle perłowej białości, wśród dziwnej czystości rysów w pełni już wykształconych — kobiety lat około trzydziestu. — Śmieję się — odrzekła — ponieważ jest już godzina dziesiąta i że znów nie wyjdziesz pan tego wieczoru — a dla pana Régis de Fagan, podobne życie — to coś nadzwyczajnego. Fagan uśmiechnął się. — Jakże pani wyobrażasz sobie życie artysty? Sądzisz, że każdy z nich bez wyjątku, jest zapa- miętałym światowcem — hulaką i lunatykiem? Paulina Hulin zawahała się a po chwili rzekła: — Myślę o kulisach teatralnych, tak zdradnych a tak pełnych uroku... Gdybym wyszła za którego z waszego grona — obawiałabym się niesłychanie. — Obawiałabyś się pani?... czego?... kobiet z teatru? — cóż znowu? Tu Fagan, autor dramatyczny, człowiek pełen doświadczenia, rozpoczął analizę strony sztucznej i zrobionej tych dziwnych postaci, z wiecznie przygotowanem zdaniem i z góry obmyślanem uczuciem. Porwane blichtrem sztuk, które grały — przyswajają sobie w życiu realnem, pewne odcienia głosu, tak jak lalki, za pomocą mechanicznej sprężyny. — Kobiety z teatru! jeżeli je kiedy ogarnie szczery zapał uczucia prawdziwego i wymknie się im z ust słowo „kocham“ wymówione nie podług zasad konserwatoryum — wnet zastanawiają się „jak ja to dobrze powiedziałam“ i szczęśliwie zachowują tę intonacyę dla publiczności — w najpierwszej obyczajowej komedyi. A jak dobre towarzyszki!... serca na dłoni... nic nie odmawiają swoim przyjaciołom.. Trzeba widzieć teatralne kuluary wówczas, gdy artyści są pomiędzy sobą, w nieobecności autora i dyrektora — śledzić sąsiedztwo lóż i podsłuchiwać, co się mówi z jednej do drugiej. Istny omnibus ku- glarzy — prawdziwe wnętrze zaczarowanego koła. Wyjąwszy młodzieniaszków, który z uczciwych i szanujących ludzi znajdzie tam pokarm dla swego ducha? Pani Hulin słuchała z wielką uwagą — jakkolwiek na pozór, zdawała się cała zajęta swoją robotą, rozłożoną na kolanach. Po chwili odezwała się zwykłym sobie spokojnym tonem: — Robię ustępstwo z aktorki, jakkolwiek przesadzasz pan trochę — ale wiele innych pokus pozostaje dla człowieka sławnego — autora z uznaniem. Zachwyty dam salonowych — przygody miłosne za pośrednictwem „poste-restante“ i owe wszystkie nieznajome wielbicielki — kochające z daleka i objawiające swoje uczucia piśmiennie. — Oh! i ten rodzaj nie zbyt ponętny! ani też niebezpieczny — odrzekł Régis. Najprzód, piszą zawsze jedne i te same... pół tuzina historyczek i pewna liczba polujących na autografy. Przekonałem się o tem co najmniej ze dwadzieścia razy porównywając listy, otrzymywane przez moich kolegów. Ich nieznajome — były i mojemi nieznajomemi! Paulina podniosła głowę. — Jednakże może się zdarzyć że kobieta przejęta przedstawieniem — piękną deklamacyą — radaby podziękować autorowi... — Może być, że napisze — ale jeżeli jest istotą wytworniejszych uczuć, nie odeśle listu. Nie wyzywaj mnie pani i nie zaprzeczaj temu, co powiedziałem — dodał Régis, patrząc w głąb jej oczów. — Oh! co do mnie, bynajmniej nie jestem skłonną do zwierzeń i uniesień. Żałosny głos dziecka przerwał jej mowę. Przeszła do pokoju sąsiedniego, zkąd powróciwszy za chwilę do swej roboty, rzekła półgłosem: — Jest trochę dziś niespokojny. Przedmiot rozmowy wpłynął na ton łatwy i poufały, Régis mówił dalej: — Więc pani sądzi, że ów Fagan jest birbantem i hulaką?... Myli się pani. Życie, jakie prowadzę obecnie jest takiem, o jakiem marzyłem w małżeństwie — i właśnie to moje lenistwo do wychodzenia — to zamiłowanie domowego zacisza, ile moją żonę usposobiało i było pierwszym powodem moich z nią nieporozumień a głównym stanowczego z nią zerwania. Czyja tu wina?... Żenię się, mając dwadzieścia osiem lat — znany i oceniony na wszystkich już scenach — przesycony przyjemnościami, jakie teatr dać może — i — natrafiam na kobietę szalejącą za pierwszemi przedstawieniami — za benefisami i za wolnemi biletami od autorów... Mówiono mi i o dziadku Ravaud, który dobił się znacznego majątku na fabryce i wynajmowaniu teatralnych kostiumów. Być może atawizm wpłynął na tę słabą główkę w upodobaniu błyskotek, blaszek, szychu, peruk i kamizelek w kwiatki... Czy pojmuje pani nieporozumienie?... Mężczyzna, który się żeni, ażeby uciec od życia sztucznego — aby utworzyć sobie ognisko odmienne od ogniska teatru franonzkiego i opery komicznej — kobieta zaś — szukała tylko nazwiska znanego — sposobności uczęszczania na wszystkie próby ogólne i pozyskania pierwszej stronnicy w gazetach. — Straszny zawód! — masz pan słuszność... — Odrzekła pani Hulin, ale bez głębszego przekonania. Drgała jakaś wątpliwość w szczerości jej głosu i w wyrazie twarzy. Fagan zrozumiał to i dalej usiłował przekonywać. — Poddałem się jej wymaganiom, jako silniej kochający — bo byłem w niej szalenie zakochany — nie tak, jak ona — w drukowanych tylko odgłosach i w głupiej czczej chwale... Każdego wieczoru przez długie lata, ciągano mnie po najróżnorodniejszych widowiskach. Należeliśmy do tego wstrętnego „Tout Paris“, ukazującego się wszędzie, jak trupa aktorów wędrownych — większych od nich samych tułaczy — bo bez chwili wypoczynku. We wszystkich teatrach na pierwszych przedstawieniach, zajmowaliśmy jedne i te same miejsca. Patrzałem na łysiny krytyków, coraz więcej odsłaniające czaszkę — widziałem coraz to głębiej żłobiące się zmarszczki na czołach moich sąsiadów i moich „vis à via” a zawsze te same postacie i na tych samych zawsze miejscach — słyszałem spostrzeżenia żony mojej: „patrzcie! pani X. zmieniła wstążki do wiązania przy swoim kapeluszu różowym, dla tego, by myślano, że to no- wy” albo „spojrzyj na małżonków Z., jakże się postarzeli!” Następnie, podczas antraktów, wodziła lornetką po sali, wyliczając nazwiska znajomych, sprawdzając drobne ploteczki i owe małe skandale, które są pokarmem Paryża — bawią go przez zimę — zaostrzają przyjemności i są dla niego najrozkoszniejszym oddźwiękiem. Wlokłem więc to życie, zbrojny od stóp do głów — jak owa figurka na wieżach zegarowych, machinalnie wybijająca godziny — wlokłem go dopóty — dopóki mi sił starczyło i nie zakrwawiło się serce. I oto tajemnica naszego rozłączenia!... Pani Hulin z ruchem głowy niedowierzającym, odrzekła: — Opowiadano jednak pewną historyjkę... — Ah! tak... o schwytaniu mnie w hotelu Hiszpańskim na gorącym uczynku.. Dzienniki rozpisywały się o tem szeroko. Przyznaj pani, że na tem gruntujesz złe wyobrażenie swoje o mnie. A gdybym powiedział, że to schwytanie na uczynku, było komedyą ułożoną na współkę z moją żoną?... Ciągnął dalej wobec osłupienia Pauliny: — Trzy tylko osoby do dnia dzisiejszego wtajemniczone są w tę farsę. Dawna pani Fagan, ja i radca Malville... Znasz go pani?... Paulina odpowiedziała potwierdzającym ruchem głowy a Fagan jednym tchem opowiedział swoją przygodę małżeńską: — Byliśmy już wspólnie sobą zmęczeni do niemożliwych granic; ale to nie wystarczało. „Trzebaby nam stanowczego faktu, mówił do mojej żony przyjaciel jej Malville, zapamiętały muzyk, przebiegając z nią przy fortepianie ostatnią partycyę Wagnera. Dostarcz mi pani skandalu, schwytania go na gorącym uczynku a podejmę się sprawy pani“. — Być może, nie szukając daleko, znalazłbym ów konieczny dowód w stosunku pani Fagan z kuzynem La Posterolle, ale powstrzymywały mnie dwie przyczyny: Najprzód, przez moje lenistwo i wstręt do świata, sam ułatwiłem tę zażyłość z „kuzynem“, młodym referendarzem rady stanu. Sam zezwoliłem, ażeby towarzyszył żonie i córkom do teatru i na koncerta. Drugą przyczyną — stokroć ważniejszą — moje dwie córki — wydanie ich za mąż — ich przyszłość, jedyny mój dziś bodziec do życia... Jeżeli zbłądził mężczyzna — świat mu przebacza — grzech kobiety spada na rodzinę i piętnem wstydu naznacza jej dzieci. Otóż, dla czego chciałem być tylko sam winnym i dlaczego zgodziłem się na uchwycenie mnie w wiadomych pani warunkach. — I pan de Malville dopomagał w tej komedyi?... — wykrzyknęła pani Hulin oburzona. — Widzę, że pani nie znasz dobrze tego symfonisty, zabłąkanego w sąsiedztwie. Co tylko nie jest Beethovenem lub Wagnerem, pozostaje dla niego zupełnie obojętnem. Bardzo zresztą uczynny, bo sprawa ta dała mu się we znaki o tyle, o ile i nam. Jużto w porę — jużto moja wspólniczka nie stawiła się na „rendez-vous“ — bo potrzebowałem wspólniczki — pani to rozumiesz? Należało więc na nowo wszystko rozpoczynać. Trudno wyobrazić sobie coś śmieszniejszego, nad tajemne schadzki męża z żoną w oddali Paryża i to w zamiarze umówienia się co do dnia i godziny owego upragnionego przez oboje, przyłapania na gorącym uczynku. Obraliśmy w tym celu najmniej uczęszczany zakątek alei obserwatoryum, na wzgórzu zacienionem kasztanami. Żadnej obawy, żeby nas kto tam spotkał — a rzecz to była konieczną. Zastanów się pani nad oryginalnością faktu — małżonkowie w procesie rozwodowym — na — postępują tuż około siebie, naradzając się i obmyślając środki wspólnego wyzwolenia. Ja, który bezustannie szukam nowej sytuacyi — zdaje mi się, że miałem ją w ręku! „W poniedziałek bez zawodu — hotel Hiszpański — byleby księżniczka stawiła się na „rendez-vous“. Rzekła pani Fagan, opuszczając mnie i przyjacielsko ściskając rękę. Ja niemniej serdeczny oddając uścisk i gotów na wszystko, odpowiedziałem: „w poniedziałek moja droga — rzecz ułożona!“ — I rzeczywiście w następny poniedziałek — w hotelu Hiszpańskim — komisarz sądowy zszedł mnie rano... — Z Amy Férat!... — Przerwała pani Hulin, przymuszając się do uśmiechu. — Opuść pan szczegóły. Znane mi są... — Niezupełnie!... Dzienniki nie wszystko powiedziały. Biedna Amy Férat!... nie domyślała się przebudzenia, jakie ją oczekiwało — a jakkolwiek nie ubiega się o wieniec cnoty, przykro mi było mieszać ją w sprawę, o której cały Paryż miał mówić. Nad ranem, silne stuknięcie w nasze drzwi i słowa: „Otworzyć w imię prawa“, wstrząsnęły nią jak grom. Zrywa się przerażona: „mój mąż, jesteśmy zgubieni!...“ „Jakto twój mąż?...“ „Tak!... jestem zamężną!... „Wybacz, że ci tego niepowiedziałam!... Uciekaj... ukryj się...“ Przyznaję, że przebyłem chwilę trwogi — niepewny, czy idzie o moją, czy o jej winę. Na szczęście rzecz się prędko wyjaśniła. W skutek tej przygody, nakazano mi wypłacać pani Fagan miesięcznie tysiąc pięćset franków i pozostawić przy niej córki... z warunkiem, że będzie im wolno odwiedzać mnie co dwa tygodnie w niedzielę. Bardzo to mało wprawdzie — ale jestem przekonany, że w krótkim czasie — matka złagodzi ten ostatni warunek i będzie mi częściej przysyłać dzieci, w miarę jak będą starsze i w każdej chwili, gdy zechce się ich pozbyć... — Przestań pan mówić o tym rozwodzie — to niegodny żart!... Pani Halin odłożyła na bok robotę. Ręce jej drżały i odmawiały posłuszeństwa. — Zawdzięczam mu jednak moje szczęście — uwolnił mnie od najwstrętniejszej istoty. — Oh!... panie Fagan!... Wyrażać się w ten sposób o osobie, której całą winą, że niezupełnie pana zrozumiała... Nieporozumienie, pochodzące jedynie z niezgodności usposobień... — Daleko więcej — daleko więcej. Mówiłem już nieraz, jak wiele cenię w pani tę prostotę — tę szczerość jej słowa i spojrzenia. Otóż co mnie do najwyższego stopnia drażniło w tej kobiecie — to kłamstwo — kłamstwo z upodobania, z instynktu, z próżności i dla szyku — do tego stopnia, że wcieliło się w jej ruchy, w brzmienie jej głosu i tak zręcznie zmięszało z jej niebezpiecznemi i nizkiemi postępkami, że już nie byłem w stanie rozróżnić fałszu od prawdy. „Dlaczego tak się głośno śmiejesz?“ — zapytałem ją raz w gabinecie restauracyjnym, gdzie zaszliśmy na kolacyę po operze. „Ażeby ci, co są obok nas, myśleli, że się tak dobrze bawimy“. Cała jej natura w tych słowach zawarta! Nie pamiętam, żebym ją kiedy słyszał mówiącą do osoby z którą rozmawiała — zawsze dla innej — tam gdzieś — dla tej co weszła, dla lokaja, który usługiwał, lub dla przechodzących, gdy chciała zwrócić na siebie uwagę. Nagle wobec dziesięciu lub więcej osób (głos i oczy wzruszone) odzywa się nieraz do mnie: „O drogi Régis! wyspy Boromeusza! Nasze pierwsze tygodnie po ślubie... pamiętasz?“ Nie znaliśmy zupełnie tych wysp — nigdy tam nie byliśmy — wyobraź pani sobie moje zadziwienie!... Pani Hulin w dalszym ciągu usiłowała łagodzić sprawę. — Niewinna słabostka w gruncie rzeczy! — Tak!... ale jak nużąca — w jaki kłopot nieraz wprowadzająca! Zapytać towarzyszki swego życia „skąd powracasz? co robiłaś“ i być przekonanym, że słowa prawdy nie odpowie i że traf, tysiączne drobne okoliczności dowiodą, że skłamała i to bez żadnego powodu, z tym zapamiętałym uporem, niezwalczonym ani prośbą, ani faktami. Oh! ten słodko ostry głosik! „ale zapewniam cię... ale niezawodnie! to ty, mój drogi, mylisz się — albo mnie oszukujesz“. Oh!... Najsmutniejsze, że z wiekiem z tą pewnością siebie, jakiej nabiera kobieta, kłamstwa jej stawały się coraz zjadliwsze i niebezpieczniejsze jak dla mnie tak i dla drugich. Na nieprzyjazne sobie osoby z towarzystwa, obmyśla niestworzone plotki — potwarze najniedorzeczniejsze, najszkaradniejsze, i w końcu sama w nie wierzy. A wszystko to czyni z powagą i godnością, bynajmniej nie zdradzającą neuropatki, jaką jest bez zaprzeczenia. Ujawnia się to tylko w automatycznym ruchu ręki, która palcami mnie, szczypie i dręczy całemi godzinami wstążkę, koronkę, lub fałdę swojej sukni. Świat przyjmuje bez kontroli wszelkie oszczerstwa — a złe, jakie może wyrządzić bezkarnie, tak piekielne, jak ona stworzenie, jest nieobliczone i nieprzewidziane. Wieleż razy na proszonych obiadach w wielkim świecie, przechylałem się niespokojnie z poza koszów z kwiatami i wieńców z orchidei, ażeby czuwać i strzedz mojej żony!... Co mówi? co obmyśla nowego? Jaką truciznę podaje swemu sąsiadowi, ten mały potwór tak wdzięcznie utrefiony i tak strojny? W końcu padłem sam ofiarą jej kłamstwa. Rozeszła się po salonach pogłoska o jakiejś rozpustnej szwedce, dziewczynie szesnastu do siedmnastu lat. Opowiadano, że to nędzne stworzenie zawróciło mi głowę do szaleństwa — pchnęło do zbrodni i wzbudziło we mnie wstręt i nienawiść do żony i dzieci. „Gdybym umarła w tych dniach — mówiła smętnie do swoich przyjaciółek, ta wytworna osoba moje imię nosząca — gdybym umarła... będziecie wiedziały kto mnie zabił...“ Paulina Hulin, wydała okrzyk oburzenia. — Ależ to okropne! — Tak jest! okropne!... Może pani wyobrazić sobie, jak mnie zaczęli traktować przyjaciele moi! Wieleż rad niedyskretnych obiło się o moje uszy... wiele spojrzeń litości lub wzgardy, zwróconych ku nam... ku mnie... Bronić się?!.. nie próbowałem nawet — i kogóż przekonałbym, że nie znam żadnej szwedki rozpustnej i że cały ten dramat małżeński jest wymysłem bujnej imaginacyi histeryczki! Zgodziłem się więc z moim losem i nie przestałem ukazywać w świecie i na „premierach“, krwawej „Sinobrodego“ maski, w którą mnie przybrano a tuż przy moim boku — niewinna ofiara, wzdychając — omdlałe spojrzenia wznosiła ku niebu. Przyjaciele jej mniemali, że jest bardzo i pomimo wstrętu do rozwodów, w wyższem towarzystwie w Paryżu, namawiano ją na krok stanowczy. „Nie! odpowiadała. Nie! wytrwam do końca — do śmierci... wytrwam dla swoich córek“. W gruncie rzeczy nie miała, tak jak i ja nie miałem, dość uzasadnionej skargi a bez porady Malville’a... Powtórny krzyk dziecka, przeraźliwszy niż pierwszy, przerwał na nowo rozmowę. Matka wybiegła i powróciła po chwili bardzo blada, z wyrazem niepokoju w oczach. — Co mu jest? zapytał Fagan. — Drobnostka — prawie nic. — Powtarza się to często. Budzi się raptownie z krzykiem — z krzykiem boleści i przerażenia. Biedny jej mały Maurycy! tak wątły — tak nerwowy. Zaczęła mówić o dziecku, o jego zdrowia i o jego chorej nóżce. — Czy to od urodzenia? — zapytał Fagan, przejęty do głębi tą macierzyńską troskliwością — i troską o dziecko, najdotkliwszą ze wszystkich na świecie. — Nie... wypadek... gdy był jeszcze maleńkim. Przestała mówić, przejęta bolesnem wspomnieniem.
III.
— Nie, moje drogie dzieci, nie, moje córeczki — prosicie mnie o rzecz niemożliwą. Nie nalegajcie, zrobiłybyście mi przykrość. Nalegać! w obec odmowy ojca? Obie powstrzymały się od tego. Ninetka wzięła książkę — Róża dziennik mód. W mgnieniu oka, niewinny wyraz ich twarzyczek przybrał odcień zimny, niemal oschły. W milczącej odległości rzucały z ukosa spojrzenia chytre, złośliwe, jakby zaczajone na zdobycz. Nie dwoje dzieci miał Fagan przed sobą w tej chwili — ale dwie kobiety, uzbrojone tym anielskim uporem, który doprowadza mężczyznę do najwyższego rozjątrzenia. Walczył biedny ojciec — usiłował te dla niego święte główki, przekonać o rzeczywistych powodach odmowy — odmowy dodatku do miesięcznej pensyi. Od siedmiu miesięcy rozłączenia, daje on punktualnie dwa tysiące franków — zamiast tysiąc pięćset, przyznanych przez trybunał. I to nie wystarcza? I odważają się prosić go o więcej, wówczas, gdy całym jego majątkiem jest tylko dochód z teatru. Nie użala się w tym roku — sztuki jego cieszą się powodzeniem, ale dochody mogą się zmniejszyć, stosownie do kaprysu publiczności. Oprócz tego musi myśleć o posagu dla Róży — a wreszcie, moje drogie dzieci, pozwólcie sobie powiedzieć, że jak na niedzielę — tę moją biedną niedzielę, w której cieszyć się mogę wami — podjęłyście się bardzo nieprzyjemnego zlecenia. Czyż nie można było przysłać do mnie „mademoiselle“ a jeszcze lepiej, poprostu list, na który umiałbym odpowiedzieć? Trzeba było tego wyraźnego szturmu — wmięszania matki w rozprawę, ażeby zwalczyć obłudne milczenie dziewczynek. — Ależ ojcze — rzekła Ninetka, nie podnosząc oczu z książki. — Nie dano nam żadnego do ciebie zlecenia... a ten mały dodatek, o który prosiłyśmy — to dla nas osobiście. — Na nasze ubranie... dodała cierpko Róża, zastawiona jak parawanem wielkiemi rycinami mód. — Na wasze ubranie! — zawołał Fagan. — Ale przecież ten dodatek pięciuset franków, przeznaczyłem na wasze potrzeby a nie dla pani Ravaud. Panienki waszego wieku i położenia, powinny się tem zadowolnić. Zaczął się rozwodzić nad szczegółami wydatków na suknie, bieliznę, obuwie, nie spostrzega- jąc się, że powraca do jednego z tych dawnych, nudnych epizodów pożycia małżeńskiego — z tą różnicą, że wówczas stawiał czoło jednej kobiecie a dziś miał dwie przeciwko sobie. Odpowiedzi sypały się jak grad, złośliwe, trafne — młodszej siostry, a niemal oburzające w swej niepowściągliwości i słodyczy — starszej. Nagle napomknęła o zamierzonem małżeństwie w ich kółku, co zapewne ich zmusi... — Jakie małżeństwo!... wykrzyknął de Fagan, zrywając się gwałtownie z krzesła. Uchwycił w przelocie błyskawiczne spojrzenie Ninetki, rzucone roztrzepanej siostrze. Zbladł i głosem cierpkim i ochrypłym rzekł: — Zrozumiałem!... tak!... doskonale zrozumiałem!... Pani Ravaud wychodzi za mąż!... ha!... jest w swojem prawie... ale za kogo? Czy mogę się dowiedzieć, za kogo?... Kuzyn?... wszak nie mylę się?... Rozczerwienione twarze dziewczynek, dwuznaczne ich ruchy i nieme zakłopotanie — były dla niego dostateczną odpowiedzią i podwajały uniesienie. To nie zazdrość o żonę — ale zazdrość o córki. Oh! dawniej już dręczyła go poufałość ich z tym La Posterolle! Zdobywał je sobie pochlebstwem, podarunkami, łakociami i nęcił ku sobie, jak dwie małe papużki zalotne i łakome. Cóż będzie teraz, gdy zamieszkają pod jednym z nim dachem i gdy pozyska władzę i przywileje ojczyma? Nadskakiwaniem, pobłażaniem i ciągłą obecnością w domu — zdobędzie sobie prawa ojca — będzie ich ojcem, więcej niż on!... Myśl ta do wściekłości go doprowadzała — a zwłaszcza obawa, ażeby mu dzieci nie wywieziono z Paryża. — Dobrze!... dobrze!... Bąkał przez zęby, uniesiony złością — rzucał się — machał rękami — pięści zacisnął brutalną groźbą. Ale uniesienia de Fagan, kreola z wyspy Bourbon, były jak cyklon — gwałtowne lecz krótkotrwałe. Chwilka czasu na popchnięcie kilku krzeseł — gwałtowne zatrzaśnięcie kilku drzwi, niby w zamiarze wyjścia — oto wszystko! Uspokoił się — wyciągnął nogi na swym długim amerykańskim fotelu — odetchnął silnie i jak zwykle w swoją niedzielę, poprosił Róży o otworzenie fortepianu, umyślnie dla niej kupionego: Na nieszczęście Róża miała migrenę. Oh! tak silną migrenę!... — Proszę cię, Różo... bagatelkę — kilka taktów Chopina lub Mendelssohna. — Bardzo mi przykro, ojcze — ale nie mogę. Wobec tego tonu kwaśnego i nieubłaganego — ojciec przestał nalegać. Niepodobna walczyć z migreną. Zwrócił się ku Ninetce. — Czy nie zejdziesz do ogrodu, pobawić się z Maurycym? — Nie! dzisiaj nie!... jestem zmęczoną. Ściskała obydwoma rękoma książkę — czoło zachmurzone — twarzyczka nadąsana — bródka wsunięta głęboko w męzki stojący kołnierzyk. Ninetka nie dałaby się w tej chwili rozbroić ani prośbom ojca, ani też rozczulić błagalnym oczkom, wzniesionym ku niej, biednego małego kaleki. Chłopczyna wlókł za sobą kulę po ogrodzie smutny i znudzony. Za nic nie odstąpiłaby od swego postanowienia. Pan de Fagan przez cały dzień walczył z złym humorem córek — humorem — wywołanym wpływem „nieobecnej“ a ztąd groźniejszym. Na cóż było rozwodzić się? — ażeby powrócić do tych kwasów domowych a w ślad za tem do tego upartego milczenia, którego tak dobrze znał wpływ rozstrajający?... Podczas tak długo i smutnie wlokącego się popołudnia, de Fagan napisał kilka listów do pani Ravaud — ale wnet je darł, jedne bowiem wydawały mu się zbyt umiarkowane; drugie nadto uszczypliwe. Ku wieczorowi, gdy dzieci opuszczały go, żegnając chłodnym pocałunkiem, wręczył Róży karteczkę do pani Ravaud, którą prosił o rendez-vous nazajutrz rano. W tejże samej alei obserwatoryum, gdzie kilka miesięcy temu knuli spisek co do rozwodu, dziś de Fagan oczekiwał na swoją ex-małżonkę i wyznać należy nie bez pewnego zaciekawienia. Często wśród samotnie przepędzanych wieczorów, myśląc o niej, usiłował przedstawić so- bie jej postać. Nie posiadając żadnego jej portretu, te znane mu dobrze rysy mięszały się w jego pamięci. Krzywdził lub przeceniał jedne kosztem drugich. Obraz kobiety już w nim nie istniał! Skoro zobaczył ją zdaleka, sunącą się lekko w brązowej sukni, po nagromadzonych stosach pożółkłych liści, wydała mu się wyższą niż sobie wyobrażał — a podczas gdy ona, bacznie mu się przypatrywała, zauważywszy, że utył, że cerę ma żywszą, chód złagodzoną srebrzystą barwą skroni i wąsów — on ze zdziwieniem patrzał na jej włosy, niegdyś popielato blond a dziś ognisto-rude. Barwa ta nadawała jej fizyonomii ciepłe kolory pięknego obrazu szkoły włoskiej. Blask oczu był wyrazisty — cera rozjaśniona — jednem słowem miał przed sobą piękność odrodzoną — poprawioną, pochlebioną i być może, uzupełnioną dyskretnie różem i blanszem. Strój wykwintny jak dawniej. Wdzięk jego podniesionym był tą zalotnością właściwą kobiecie, która kocha i pragnie być kochaną — oraz tą nabytą od chwili rozwodu swobodą i pewnością siebie kobiety, odpowiadającej za swoje czyny i nie ulegające żadnej kontroli. Rozwód dyabelnie jej do twarzy!... pomyślał Fagan i śmiało odezwał się: — Dlaczego nie uprzedziłaś mnie o tem małżeństwie? Wszak zawarowałem sobie to wyznanie? Wdzięczny uśmiech obłudny i spojrzenie ukośne z pod na wpół uniesionej powieki, uprzedziły odpowiedź! — Mój Boże! ależ to jeszcze nie ułożone!... Zawahała się... Jak uważasz to małżeństwo dla mnie?... Czy stosowne? Znasz mnie dobrze, mój drogi, i znasz pana La Poaterolle. Cóż mi radzisz? Mówiła te słowa tonem szczerego zaufania i przyjaźni; idąc tuż około niego, bezwiednie chciała go wsiąść pod rękę; usunął się również bezwiednie a chcąc uniknąć zapytać, tak niewłaściwej natury, przypomniał jej warunki rozwodu: „nie opuszczać nigdy Paryża, nigdy dzieci z Paryża daleko nie wywozić“. Stłumiony głos jego drżał ze złości wśród płowych wąsów. Uspokoiła go natychmiast. Córki twoje miałyby opuścić Paryż? a to już chyba nie z matką, ani też z powodu tego małżeństwa... La Posterolle jest urzędnikiem w radzie stanu i lada dzień zostanie członkiem rady — wszystko więc wiąże go z Paryżem. Ona sama zbyt jest paryżanką. Argument ten uspokoił go więcej, niż wszystkie inne. Nie mógł bowiem wyobrazić sobie pani Ravaud, osiedlonej na prowincyi — pozbawionej teatru, cyrku, świetnych „premier“ i wszelkiego rodzaju wystawy, gdzie uczęszczała nie po to, ażeby „widzieć“, ale aby być widzianą. W dalszym ciągu opowiadała o swoim La Posterolle i o korzyściach, jakie osiągnie z tego małżeństwa. Słuchał coraz spokojniejszy — bez nie- zadowolenia — a nawet chwilami objawiał swoje zdanie. Zaczął padać deszcz, grożący już od samego rana — jesienny, drobniutki, przejmujący. Ciemne chmury piętrzyły się po nad pałacem Luksemburskim. Otworzyli parasole — po chwili zbyt od niego oddalona do poufnej pogawędki, złożyła swój parasol i szła tuż obok niego, rozmawiając o córkach. Małżeństwo jej — jeżeli się na nie zdecyduje — nastręczy dzieciom stosunki w świecie urzędowym — partye bardzo korzystne... Starsza miała już lat szesnaście. Nie łatwo by jej przyszło wydać Różę za mąż, wśród swego osamotnienia i jako rozwódka. Samotnej kobiecie trudno wdzierać się w towarzystwa a tembardziej przyjmować u siebie. Obie dziewczynki ucierpiałyby na tem... — Ale ty, Régis — czy nie czujesz się bardzo osamotnionym? Mówiła ciągle półgłosem, tuląc się coraz bliżej ku niemu — ażeby uchronić się przed wzmagającym się deszczem. Potoki wody zalały aleję, drzewa rdzą jesienną powleczone i piękną grupę Carpeaux, z jej ruchomą kulą ziemską, podtrzymywaną przez cztery nimfy z bronzu, prześlicznego wykończenia. Od czasu do czasu, jakaś para ulewą spłoszona, zrywała się z ławki, przechodziła tuż obok nich, z uśmiechem porozumienia, rzuconym ukrad- kiem — bo któż mógłby się domyśleć, po co tu przyszli i czem byli jedno dla drugiego? Powoli twarz pana de Fagan łagodniała. Ten jesienny poranek — ta niespodziewana rozmowa — przyda mu się do jakiej teatralnej sceny. Słuchał więc z uwagą tego głosu, pomimo, że znał jego obłudę. Powiedziawszy „poradź mi“, ona właśnie dawała rady i sprytnie nakłaniała go do nowego związku małżeńskiego. „Nie oddawaj swego życia na pastwę samotności i opuszczenia“. Dowodziła, że będzie doskonałym mężem dla innej kobiety, więcej uległej niż ona i łatwiej zgadzającej się z jego usposobieniem. Rozbawiony obrotem, jaki przybrała rozmowa, de Fagan odpowiadał chętnie i uprzejmie — niemal wesoło. Nagle zagadnęła: — Jaka szkoda, że pani Hulin... — Tak jest! — pani Hulin, właścicielka domu w którym mieszkam... W kącikach drobnych usteczek drgnął odcień chytrości. Zadrżał. — Znasz ją więc? — O tyle, ażeby wiedzieć — że jest stworzoną dla ciebie na żonę. — Więc cóż znaczy to „jaka szkoda“? — Ah! taki... jaka szkoda, że nie jest wdową. Spostrzegłszy zdziwione jego spojrzenie, dodała: — Powiedziałeś dzieciom, że jest wdową — a tymczasem jest tylko z mężem w separacyi... — Zkąd wiesz o tem? — Moja policya!... Roześmiała się złośliwie a de Fagan ruchem ramion zdawał się dowodzić, że ani pani Hulin, ani jej wdowieństwo nic go nie obchodzi. Postępowali dalej w milczeniu Deszcz wzmagał się a hałaśliwe grono uczniów, wychodzących z sali fechtunku ożywiło w mgnieniu oka pustą aleję śmiechem i wesołością, co przerwało urok tego oryginalnego „rendezvous“. Ex małżonkowie rozeszli się na pierwszej stacyi dorożek. Dla czegóż powracał z tej wycieczki z sercem ściśniętem?... Wiedział i był pewnym, że córki jego nie opuszczą Paryża i że to małżeństwo nie wpłynie na zmianę jego obecnego życia, tak spokojnego i szczęśliwego. Czyżby zadrgały w nim wspomnienia — tęsknota nieokreślona na widok tej odmłodzonej blondynki — dziś rudowłosej — a może wpływ woni werweny, którą tak długie lata lubił?... Nie, sto — tysiąc razy nie! Po pierwszem zdziwieniu, sam jej chytry uśmiech wystarczył, aby mu przypomnieć owe lata zdenerwowania i męki. A więc cóż?... jakiż niepokój go dławi?... Pomimo tysiącznych wykrętów, któremi sam siebie oszukiwał, musiał w końcu przyznać, że smutek ten ogarnął go w chwili, gdy się dowiedział, że przyjaciółka jego jest zamężną. W głębi jego serca, jakby w oddali zarysowała się postać Pauliny Hulin. Niezbyt wysoka — piękne rysy, oczy szeroko rozwarte, jak magnes pociągające, i ten wyraz szczerości, dobroci, spokoju, który ogarnia całą jej istotę. Co za różnica z tą, z którą w tej obwili się rozstał?... Widocznie, niezdając sobie sprawy z swoich wrażeń, od tygodnia już tworzył w sercu plany, które jak grom rozbiła wiadomość: „Pani Hulin jest zamężną“. Czy to prawda?... Czy to nie jedna z tych romantycznych ploteczek, tak zręcznie obmyślanych przez tę rozkoszną panią Ravaud?... Zastanawiając się jednak lepiej, przypomniał sobie niezwykłą ostrożność swojej sąsiadki w przedmiocie tego męża, zmarłego lub żyjącego, gdy tymczasem pod innemi względami spójnia ich dusz była zupełną. Niektóre wyrazy małego Maurycego zastanawiały go już nieraz... Ale w jakim celu to kłamstwo? kłamstwo, które w jego oczach, odejmowało większą część uroku tej kobiecie uosobionej prawdy. A więc wszystkie kobiety kłamią — żadnej nie trzeba wierzyć — nieprzywiązywać do ich słów więcej wagi niż do świadectwa dziecka przed trybunałem. W tym chaosie myśli szalonych i sprzecznych powrócił do domu, zdecydowany na natychmiastowe wyjaśnienie tajemnicy. Powiedziano mu na wstępie, że nóżka dziecka zaogniła się od dni kilku i że pani Hulin sprowadziła znakomitego chirurga, który w tej chwili właśnie przewodniczy konsultacyi. Po śniadaniu pan de Fagan poszedł dowiedzieć się o zdrowie chłopczyny, lecz nie został przyjętym. W progu mieszkania, piastunka dziecka, Anusia, z zapuchniętemi od płaczu oczami, uwiadomiła go, że operacya bardzo dolegliwa i niebezpieczna, oznaczoną została na jutro i że wszyscy w domu zajęci są przygotowaniami do niej a pani Hulin nie chce widzieć nikogo. Zapytał, czy nie mógłby w czemkolwiek być nazajutrz użytecznym — trzymać dziecko, lub je dozorować. Pani Hulin kazała odpowiedzieć, że dziękuje serdecznie, ale nic niepotrzebuje. Jakże czuł się oddalonym w obecnej chwili od tej uroczej kobiety! Dziecko w niebezpieczeństwie — cóż on znaczył w sercu matki!
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Róża i Ninetka.
