Read here

Rozmyślania nad zasadami filozofii

René Descartes · 1885 · Free in the US

51,510 words · about 3 h 36 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1885 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Rozmyślania_(Kartezjusz,_1885)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1885
Length
51,510 words · about 3 h 36 min
Sections
13 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (13)

Continue:

Dowodzące istnienia Boga i różnicy pomiędzy duszą ludzką i ciałem

Wydanie z zapomogi Kasy pomocy dla osób pracujących na polu naukowem imienia D-ra Józefa Mianowskiego.

z.

A

I,

dowodzące

m.

Przełożył z łacińskiego

Ignacy Karol Dworzaczek.

Pod redakcyą

HENRYKA STRUVEGO.

A

SKŁAD GŁÓWNY W KSIĘGARNI E. WENDEGO I S-KI.

1885. Cena kop. 70.

Дозволено Цензурою.

Г. Варшава, 2 Апрѣля 1885 года.

6.

Y.

Dowodzące istnienia Boga i różnicy pomiędzy duszą ludzką i ciałem

Wydanie z zapomogi Kasy pomocy dla osób pracujących na polu naukowem imienia D-ra Józefa Mianowskiego.

z.

A

I,

dowodzące

m.

Przełożył z łacińskiego

Ignacy Karol Dworzaczek.

Pod redakcyą

HENRYKA STRUVEGO.

A

SKŁAD GŁÓWNY W KSIĘGARNI E. WENDEGO I S-KI.

1885. Cena kop. 70.

Дозволено Цензурою.

Г. Варшава, 2 Апрѣля 1885 года.

6.

Y.

A.

W celu ożywienia u nas ruchu umysłowego na polu filozofii, powziąłem już od dawna zamiar wydania Biblioteki filozoficznej, któraby zawierała w sobie przekład polski główniejszych dzieł najznakomitszych myślicieli świata. Doniosłość takiego przedsięwzięcia nie potrzebuje zapewne dopiero bliższych objaśnień. Dość powiedzieć, że studyum klassyków filozofii jest konieczną szkołą przygotowawczą do wszelkich samodzielnych badań filozoficznych. Szkoły tej zastąpić nie mogą żadne referaty w najgruntowniejszych nawet historyach filozofii. Tylko bezpośrednia, że tak powiem, osobista znajomość z pierwszorzędnymi myślicielami wznosi umysł adepta filozofii na właściwe stanowisko i wskazuje mu drogę dalszego postępu w zakresie badań filozoficznych. Trudności, jakie się, niestety, u nas zawsze łączą z wydawnictwem prac poważniejszych, choćby najbardziej pożytecznych i najniezbędniejszych dla prawidłowego rozwoju umysłowości swojskiej, usunął tym razem Komitet Kassy pomocy dla osób pracujących na polu naukowem imienia ś. p. Mianowskiego, wyznaczając na ten cel odpowiednią summę, zabezpieczającą na pierwszy początek nie tylko sam druk odnośnych dzieł, ale i skromne honorarya dla tłumaczów. To też wkrótce znalazłem w różnych stronach wśród młodszej generacyi pewną liczbę chętnych podjęcia się pracy około urzeczywistnienia powyższego zamiaru. Kilka dzieł ważniejszych Platona tłumaczą pp. M. i K., trzy księgi o duszy Arystotelesa p. U., Organon Bakona p. Z. P., Rozmyślania Kartezyusza p. D., Etykę Spinozy p. A. P., dzieło Lokka o rozumie ludzkim p. I. B., kilka prac pomniejszych Leibnica p. S. B., O poszukiwaniu prawdy Malebranche’a p. S., kilka dzieł Kanta pp. G., F. K., N. i W., wreszcie wyjątki z Schopenhauera p. G. Nie jest to zbyt wiele, a w każdym razie nie wystarcza jeszcze do systematycznego zaokrąglenia Biblioteki filozoficznej; ale daje przynajmniej nadzieję należytego rozwoju przedsięwzięcia. O ile nadzieja ta się ziści, — przyszłość dopiero pokaże. Nie mogę jednak już teraz zataić, że tłumacze w spełnieniu swoich zamiarów napotykają na różnorodne trudności, wynikające nie tylko z samego przedmiotu pracy, ale i ze stosunków osobistych, w jakich się większość pracowników znajduje. Filozofia, jak wiadomo, bytu niezabezpiecza, przynajmniej nie u nas. Nawet pedagogiczna działalność na jej polu, zapewnia jej miłośnikom tylko wyjątkowo jakie takie utrzymanie. Podczas gdy historyk, filolog, matematyk, przyrodnik, połączyć mogą swe zajęcia zawodowe z pracą naukową, to adepci filozofii, — u nas przynajmniej, — poświęcić jej mogą zazwyczaj tylko czas wolny od innych zajęć chlebodajnego powołania. Jest to jedna z przyczyn zbyt małej liczby pracowników na tem polu u nas. Czy wzmiankowani tłumacze, którzy się ze szczerą gotowością do rzeczy wzięli, zdołają przezwyciężyć te trudności? czy znajdą dosyć czasu, aby dokonać rozpoczętego dzieła? — tego przesądzać nie mogę. Dotąd ze wszystkich projektowanych prac skończone zostały i doszły do moich rąk dla ich przejrzenia i przygotowania do druku tylko dwie, a mianowicie przekład Rozmyślań Kartezyusza przez p. Dworzaczka i przekład Platona obrony Sokratesa przez p. Maszewskiego. Pierwszy z tych przekładów obecnie na widok publiczny wydaję; druk drugiego już rozpoczętym został, więc i jego wydanie wkrótce nastąpi. Co do przygotowania reszty przekładów nie mam stanowczej pewności, — przynajmniej nie wiem, czy dokonane będą w takiej ilości, aby dawały prawo do nadania niniejszemu wydawnictwu zbiorowego tytułu Biblioteki filozoficznej. Dla tego też odstępuję od tego zbyt wiele obiecującego tytułu i zamierzam na przyszłość wydać każdy z projektowanych przekładów z osobna, w miarę ich dokonania. Już w roku 1878 zapowiedziano we Lwowie podobne wydawnictwo p. t. „Biblioteka filozoficzna. Zbiorek dzieł najznakomitszych myślicieli.“ Redakcya na wstępie zapewniała publiczność, że wydawać będzie Bibliotekę „bez pośpiechu, ale też bez przerwy, nie oglądając się na żadne trudności,“ i że „pomoc gorli- wych sił naukowych jest dla wydawnictwa zapewniona.“ Z tem wszystkiem jednak wydawnictwo skończyło się na pierwszym tomiku, zawierającym Rozprawę Kartezyusza o Metodzie, przełożoną przez p. Wojciecha Dobrzyckiego. Jest to, niestety, przestroga wymowna dla wszelkich dalszych przedsięwzięć na tem polu. Pomimo to mam nadzieję, że wydawnictwo niniejsze okaże się żywotniejszem.

ń.“

Wiek XVI upamiętnił się w dziejach ludzkości reformą w religii europejskich ludów i w rozwoju nauki we właściwem tego słowa znaczeniu. Pole krytycznych, samodzielnych studyów po upadku Grecyi starożytnej, już w epoce rzymskiego cezaryzmu bujnym zarastało chwastem. Przewrót, który nastąpił po ostatecznym rozkładzie świata starożytnego, na długie wieki zniweczył owoce starożytnej cywilizacyi. Dopiero w drugiej połowie epoki, zwanej wiekami średniemi, Europa powoli zaczyna odczuwać swoją niemoc i ciemnotę; głębsze i silniejsze umysły z zapałem rozpoczynają studya nad zabytkami starożytnej literatury, i powoli nawiązuje się zerwana nić umysłowego rozwoju między minionym, zamarłym klasycznym, a współczesnymi średniowiecznymi ludami Europy. W dziedzinie nauki, literatura świata starożytnego posłużyła jako podkład do dalszej pracy na polu zdobyczy umysłowej. Między pionierami tej samodzielnej pracy i za- mierającym scholastycyzmem wieków średnich rozpoczęła się walka stanowcza, która w XVI wieku zakończyła się zupełnym tryumfem stronników samodzielnego rozwoju, tryumfem miłośników wiedzy i prawdy. To też u progu nowożytnej filozofii stoją dwaj wielcy myśliciele, Bakon i Kartezyusz, których wydał ten właśnie pamiętny swym przewrotem wiek XVI. Obaj oni stanęli już o własnych siłach, obaj założyli podwaliny dalszego samodzielnego rozwoju filozofii. Bacon rozwinął dalej empiryczną metodę Arystotelesa i wykazał konieczność jej zastosowania w nauce, starając się przytem usunąć z umysłów zabytki ciasnych przesądów scholastycyzmu. Kartezyusz zaś zwrócił się wprost ku zbadaniu samego człowieka, jego istoty, i czynił to w przekonaniu, że, zanim człowiek świat badać pocznie, powinien pierwej zbadać swoją zdolność poznawania rzeczy, swój rozum, odnaleźć kryteryum prawdy, ażeby módz się upewnić o prawdziwości wyników swej pracy. Kwestye, podjęte przez tych myślicieli, po dziś dzień są przedmiotem ścisłych i wszechstronnych badań w dziedzinie filozofii, ponieważ ludzkość zrozumiała całą ich doniosłość. René Descartes (Cartesius) urodził się we Francyi, w prowincyi Touraine, miasteczku la Haie roku 1596. Pochodził on ze starożytnej szlacheckiej rodziny, oddawna zamieszkałej w tej prowincyi. Od ósmego roku życia pobierał nauki w kollegium jezuickiem w la Flèche, gdzie zapoznał się z filozofią scholastyczną. Największe upodobanie znajdował w naukach. matematycznych. Po wyjściu z kollegium młody Kar- tezyusz udał się w roku 1613 do Paryża, gdzie spędził czas jakiś śród arystokracyi i życia dworskiego. Nie znajdując jednak w tej sferze zadowolenia usunął się nagle od tak zwanego wielkiego świata i najął na przedmieściu St. Germain skromne mieszkanie, poświęcając się w ciszy i samotności studyom naukowym. Odnaleziony po dwóch latach przypadkowo przez swych dawnych przyjaciół, opuścił zupełnie Paryż i w dwudziestym pierwszym roku życia zaciągnął się do służby wojskowej, najprzód w wojsku niderlandzkiem, a następnie w szeregach bawarskich i austryackich. W roku 1620, po wybuchu trzydziestoletniej wojny, brał udział pod rozkazami Tilli w pamiętnej bitwie pod Pragą. Po kilku latach, spędzonych na służbie wojskowej, Kartezyusz powrócił w roku 1622 do ojczyzny, dla załatwienia interesów familijnych. W następnym jednak już roku udaje się w podróż na południe, zwiedza Szwajcaryą, Tyrol i Włochy, i bawi kilka miesięcy w Rzymie. Sprzykrzywszy sobie wreszcie zupełnie taką włóczęgę po obcych krajach, wraca we środku 1625 roku do Paryża i oddaje się znowu z całym zapałem nauce. Rosnąca sława uczonego i częste odwiedziny znajomych i przyjaciół męczyły go jednak do tego stopnia i zabierały mu tyle drogiego czasu, że w roku 1629 opuścił znowu Francyą i przeniósł się ostatecznie do Hollandyi, gdzie w różnych miejscowościach, w Amsterdamie, Leydenie w okolicach Utrechtu i t. d. zamieszkał w jak największej tajemnicy i samotności przez lat dwadzieścia, z małemi tylko przerwami, poświęconemi bądź odwiedzi- nom kraju rodzinnego, bądź niedługim podróżom do Anglii i Danii. W Hollandyi dopiero wielki myśliciel mógł z całą swobodą i spokojem oddać się ulubionej pracy i studyom filozoficznym. Nikt z rodaków o miejscu jego pobytu nie wiedział, prócz serdecznego przyjaciela i dawnego kolegi szkolnego, uczonego ojca z zakonu Franciszkanów, Mersenne’a. Za pośrednietwem jego Kartezyusz utrzymywał listowne stosunki z wielu współczesnymi uczonymi i zaznajamiał się z całym ówczesnym ruchem umysłowym. W takiej to samotności, skupiając wszystkie siły swego ducha, napisał Kartezyusz wiekopomne swoje dzieła. W roku 1637 ogłosił drukiem „Discours de la Méthode;“ w których wyłożył swoją metodę badania i dociekania prawdy. Następnie w roku 1641 ukazały się jego „Meditationes de prima philosophia,“ a w 1644 roku, „Principia philosophiae.“ Dzięki zarówno tym pracom filozoficznym jak i wielu innym z zakresu matematyki i fizyki, rozgłos znakomitego uczonego i głębokiego myśliciela rozszedł się wkrótce po całym świecie. Doszedł też do królowej szwedzkiej Krystyny, córki Gustawa Adolfa, jednej z najbardziej wykształconych i nawet uczonych kobiet swojego czasu. Głęboko zainteresowana pracami Kartezyusza, królowa powołała go do Sztokholmu z proźbą, aby ją osobiście zapoznał ze swoją filozofią. Kartezyusz po dość długiem wachaniu się, udał się do Szwecyi we wrześniu 1649 roku i po przybyciu do Sztokholmu w przeciągu kilku miesięcy, prawie codziennie, w godzinach wolnych dla królowej od zajęć rządzenia państwem t. j. od godziny piątej z rana, miewał z nią rozmowy filozoficzne. Klimat jednak szwedzki szkodliwie oddziałał na zdrowie Kartezyusza i tak już podkopane nadmiarem pracy umysłowej. Zaziębiwszy się mocno zachorował niebezpiecznie i po upływie kilku dni umarł dnia 11 lutego 1650 roku. Cały systemat filozoficzny Kartezyusza streszcza się zasadniczo w jego „Rozmyślaniach nad zasadami filozofii“ (Meditationes de prima philosophia). W dziele tem Kartezyusz wyraźnie zaznacza swój czysto racyonalny kierunek myślenia i wyłuszcza gruntownie główne zasady swojej teoryi filozoficznej. Nie ulega też wątpliwości, że dzieło to może jak najdokładniej zaznajomić czytelnika z filozofią Kartezyusza, i w skutek tego z pośród wszystkich dzieł jego najodpowiedniej było najprzód to właśnie przyswoić naszej literaturze filozoficznej. Ponieważ autor w swoich „Rozmyślaniach“ jasno zupełnie przedstawia swoją teoryą, zbytecznem więc byłoby streścić ją tutaj. Natomiast wypada poczynić niektóre uwagi co do samego tłumaczenia. Tytuł łaciński dzieła, Meditationes de prima philosophia, brzmi w dosłownym przekładzie polskim Rozmyślania nad pierwszą filozofią. Tą nazwą „pierwszej filozofii“ Kartezyusz, za przykładem Arystotelesa, pragnął oznaczyć badania, dotyczące zasad i podstaw wszelkiej filozofii, punktu wyjścia wszelkiego filozoficznego rozmyślania. W języku zaś polskim to wyrażenie „pierwsza filozofia“ nie oddaje bynajmniej owej myśli, lecz, oznaczając raczej jakiś po- rządkowy czysto układ filozofii, każe przypuszczać istnienie drugiej, lub trzeciej filozofii, co trąciłoby dziwactwem. Sądziliśmy więc, że lepiej było przełożyć tytuł mniej dosłownie, a za to więcej w myśl autora i zrozumiałej dla czytelnika. To też wskutek tych powodów zmieniliśmy w przekładzie tytuł dosłowny na: Rozmyślania nad zasadami filozofii. Zaznaczyć musimy, że wyraz łaciński „idea,“ przez Dekarta często używany, ma kilka znaczeń, które w polskim języku różnie oddawać należy. „Idea“ może znaczyć: wyobrażenie, pojęcie, idea i myśl. Wyobrażenie jest to myśl, która w umyśle naszym odtwarza przedmiot materyalny, zewnętrzny, oddziaływający na nas za pomocą zmysłów. Pojęcie ma znaczenie w logice ściśle określone, jako obejmujące w sobie cały szereg przedmiotów, których główne i niezmienne tylko własności w sobie jednoczy. Idea jest to pojęcie, zawierające w sobie pewną doskonałość, wyższość. Myśl zaś oznacza w ogóle wszelki objaw działalności umysłowej, za pomocą którego zdajemy sobie świadomą sprawę z naszych stanów i wrażeń wewnętrznych. W tem znaczeniu myśl obejmuje w sobie zarówno wyobrażenie i pojęcie, jak i ideę. Dla uniknięcia jednak nieporozumień, mogących wyniknąć wskutek używania wyrazu myśli w tem ogólnem znaczeniu, tłumaczyliśmy wyraz „idea,“ używany w znaczeniu myśli w ogóle, przez wyraz „pojęcie,“ którego w takich razach nie należy brać w ścisłem, logicznem znaczeniu, lecz w znaczeniu ogólnie psychologicznem. Tak np. „idea caloris“ — tłómaczyliśmy „pojęcie zimna,“ jako bezpośrednia myśl o zimnie, wywołana zaraz po doznaniu wrażenia zimna. W skutek ścisłości języka łacińskiego, okazała się też niejednokrotnie potrzeba omawiania pojedyńczych wyrazów całemi zdaniami. Wymagało tego jasne i dobitne odtworzenie myśli autora. Tym sposobem, nie odstępując od tekstu, staraliśmy się urobić go w przekładzie podług wymagań składni i stylistyki języka polskiego. Często także trzeba było, dla jasności przekładu, dzielić długie łacińskie peryody na krótsze zdania. Ale i w takich razach zawsze mieliśmy na uwadze wierność przekładu i zgodność jego z łacińskim tekstem. Przekład niniejszy dokonany został z oryginału łacińskiego, edycyi wiedeńskiej 1866 roku, wydanej przez Dr. Zygmunta Baracha, docenta filozofii c. k. Uniwersytetu w Wiedniu.

a.

Dawniej już nieco, w rozprawie o Metodzie prawidłowego rozumowania i dochodzenia prawdy w naukach, wydanej w roku 1635 w języku francuzkim, dotknąłem pobieżnie kwestyj o Bogu i duszy ludzkiej. Nie miałem wówczas zamiaru szczegółowego ich rozbioru, lecz dotknąłem ich tylko dla tego, aby ze sądów czytelników wyprowadzić wnioski co do dalszego traktowania tych kwestyj. Zdawało mi się nadto, że kwestye te tak wielkiej są wagi, iż należało więcej, niż raz jeden tylko nad niemi się zastanawiać. Dla wyjaśnienia zaś tych kwestyj wybrałem obecnie drogę tak mało utorowaną i tak niedostępną dla ogólnego użytku, że nie uważałem za pożyteczne pisać to dzieło w języku francuskim i tem samem dać je w ręce całego czytającego ogółu, aby słabsze umysły nie zechciały podążyć tą samą drogą. W powyższem dziele prosiłem, aby każdy z czytelników, któremu zdarzyłoby się w mej pracy napotkać coś godnego zarzutu, raczył zwrócić na to moją uwagę. Z uczynionych mi zarzutów co do tych kwestyj dwa tylko zasługują na uwagę, i na nie też w krótkich słowach odpowiem, zanim przystąpię do bliższego rozwoju samego przedmiotu. Pierwszy zarzut stara się wykazać, że z tej okoliczności, iż dusza ludzka, zwracając się ku sobie samej, pojmuje siebie tylko jako istotę myślącą, nie wynika bynajmniej, aby jej natura, czyli istota na tem tylko polegała, że jest myślącą. Tutaj bowiem wyraz „tylko“ wyłącza z pojęcia duszy wszystko inne, o czem dałoby się może powiedzieć, że także należy do natury duszy. Na ten zarzut odpowiadam, że niechciałem wyłączać tego wszystkiego ze względu na rzecz samą (o której tutaj bynajmniej nie było mowy), lecz tylko ze względu na moje wrażenie. Myślą moją było, że nie znam nic innego, coby się mogło odnosić do mojej istoty, prócz tego, że jestem istotą myślącą, czyli istotą, posiadającą zdolność myślenia. W moich „Rozmyślaniach“ zaś wykażę następnie, jakim sposobem z tego, że nieznam nic innego, co by mogło się odnosić do mojej istoty, wynika bezpośrednio, że i rzeczywiście nic innego do niej się nie odnosi. Drugi zarzut opiewa, że ztąd, iż posiadam ideę istoty doskonalszej odemnie, nie wynika bynajmniej, aby idea ta była rzeczywiście doskonalszą odemnie; a tem mniej nie wynka ztąd, aby to, co idea ta oznacza, istniało. Na to odpowiadam, że w słowie idea zawiera się dwuznacznik: można ją pojmować materyalnie, jako czynność umysłu, a biorąc ją w tem znaczeniu, nie można powiedzieć, aby była doskonal- szą odemnie; albo też można ją pojmować objektywnie, jako rzecz przedstawioną przez ową czynność, a wtedy to rzecz może być doskonalszą odemnie ze względu na swoją istotę (essentia), nawet nie przypuszczali jej istnienia po naszego umysłu. Jakim sposobem jednak z tego tylko, że posiadam ideę istoty doskonalszej odemnie, wynika, że ta istota rzeczywiście istnieje, — to obszernie wyłożę w dalszem rozwinięciu moich poglądów. Prócz tych dwóch zarzutów otrzymałem dwa inne jeszcze dosyć długie listy, które nie tyle występują przeciw moim dowodom w tych kwestyach, ile raczej przeciw moim wnioskom, posiłkując się przytem dowodami, czerpanymi ze zwyczajnych komunałów ateuszowskich. Ponieważ argumenty tego rodzaju nie mogą mieć żadnego znaczenia dla tych, którzy rozumieją moje dowody, a sądy wielu ludzi tak są przewrotne i słabe, że łatwiej dają się powodować pierwotnymi, choćby nawet fałszywymi i przeciwnymi rozumowi poglądami, aniżeli przyznawać słuszność zdaniu późniejszemu, opartemu na prawdziwem i gruntownem zbadaniu ich poglądów; przeto nie chcę tutaj na te zarzuty odpowiadać, abym nie potrzebował dopiero zdawać z nich sprawy. Ogólnie tylko zaznaczę, że to wszystko, co ateusze zazwyczaj przytaczają dla zaprzeczenia istnienia Boga, zawsze do tego się sprowadza, że albo przypisują Bogu namiętności ludzkie, albo też nadają umysłowi naszemu taką mądrość i siłę, jakoby zdolnym był określić i pojąć, co Bóg uczynić może lub powinien. Wszystkie te zarzuty jednak nie przedstawią nam żadnej trudności, jeśli tyl- ko będziemy pamiętać o tem, że umysł nasz jest ograniczony, Bóg zaś niepojęty i nieograniczony. Zapoznawszy się tedy ze zdaniami ludzi, przystępuję teraz na nowo do zbadania kwestyi o Bogu i duszy ludzkiej, a zarazem i do rozpatrzenia pierwszych początków całej filozofii. Nie oczekuję przytem bynajmniej ani poklasku tłumu, ani wielkiej liczby czytelników, gdyż tym tylko radzę czytać moje dzieło, którzy są w stanie i chcą o tem wszystkiem poważnie ze mną rozmyślać i oderwać umysł od zmysłów i wszelkich przesądów. Wiem dobrze, że takich czytelników niewielu się znajdzie. Ci zaś, którzy, nie dbając zupełnie o następstwo i logiczną łączność moich dowodów, przyczepiać się będą tylko, według dość rozpowszechnionego zwyczaju, do pojedynczych zdań, nie wielki pożytek odniosą z przeczytania mego dzieła. A chociaż tacy czytelnicy znajdą w niem może sposobność do dowcipnych przycinków, nie uda im się jednak tak łatwo uczynić zarzutu poważnego, a godnego odpowiedzi. Nie obiecuję również, że zadowolnię odrazu resztę czytelników, bo nie jestem tak zarozumiałym, abym sądził, że przewidziałem wszystkie trudności, jakie się komukolwiek nasunąć mogą. W niniejszych „Rozmyślaniach“ wyłożyłem najprzód tylko te myśli, przy pomocy których, jak sądzę, doszedłem do pewnego i oczywistego poznania prawdy, i chciałbym zobaczyć, czy dowodami, które mnie przekonały, zdołam przekonać i innych. Następnie dopiero odpowiem na zarzuty mężów, słynących rozumem i wiedzą, którym „Rozmyślania“ te przesłałem do rozpatrzenia przed oddaniem ich do druku. Uczeni ci poczynili mi tak wiele najrozmaitszych zarzutów, iż nie sądzę, aby ktokolwiek mógł mi przytoczyć inne jeszcze, których by oni nie dotknęli. Dla tego też proszę bardzo czytelników, aby nie wydali prędzej sądu o tych „Rozmyślaniach,“ aż nie przeczytają tych zarzutów i wszystkich moich na nie odpowiedzi.

A

nad zasadami filozofii, dowodzące istnienia Boga i różnicy pomiędzy duszą ludzką i ciałem.

Treść sześciu następnych rozmyślań.

Pierwsze zawiera wykład przyczyn, na mocy których o istnieniu wszystkich rzeczy, szczególnie materyalnych, wątpić możemy, rozumie się dopóty, — dopóki nie nabędziemy innych podstaw wiedzy prócz dotąd posiadanych. A chociaż pożytek tak rozległego wątpienia nie jest widoczny na pierwszy rzut oka, polega on jednak głównie na tem, że uwalnia nas od wszelkich przesądów i toruje najłatwiejszą drogę do oderwania umysłu od zmysłów, a w końcu ma za skutek, że już nie będziemy mogli wątpić o rzeczach, które potem uznamy za prawdziwe. W drugiem rozmyślaniu umysł, przypuszczający z własnej woli, że nie istnieje to wszystko, o istnieniu czego posiada najmniejszą wątpliwość, uznaje jednak za niemożliwe, aby sam podczas tego wątpienia nie istniał. Ztąd zaś wypływa ten wielki pożytek, że umysł tym sposobem łatwo odróżnia, co się odnosi do niego samego, to jest, do istoty myślącej (natura intellectualis), a co do ciała. Ktoby zaś na tem miejscu oczekiwał dowodów nieśmiertelności duszy, tego proszę zauważyć, że zamierzałem pisać tylko o rzeczach, które ściśle dowodzić się dają. Dla tego też nie mogłem posiłkować się inną metodą, niż używaną przez Matematyków, to jest, przed wyprowadzeniem wniosków z pewnego założenia, przytaczałem najprzód wszystko, od czego założenie zawisło. Pierwszem zaś i najważniejszem wymaganiem przy uznaniu nieśmiertelności duszy jest wytworzenie jasnego o niej pojęcia i dokładne wyróżnienie takowego od wszelkiego pojęcia ciała. A to właśnie tutaj uczyniono. Nadto potrzeba do tego jeszcze wiedzy, że wszystko, co jasno i dokładnie pojmujemy, wskutek takiego pojęcia, jest prawdą. Tego zaś przed czwartem rozmyślaniem nie można było dowieść. Należy również mieć wyraźne pojęcie o przyrodzie materyalnej (natura corporea). To pojęcie zaś rozwinąłem po części w tem drugiem, po części w piątem i szóstem rozmyślaniu. Z tych danych dopiero można było wyprowadzić wniosek, że wszystkie substancye, których różność jasno i dokładnie pojmujemy, — a tak pojmujemy różność umysłu i ciała, — są rzeczywiście substancyami, wyłączającemi się nawza- jem. Do tego wniosku doprowadza nas rozmyślanie szóste. Tutaj zarazem ów wniosek znajduje potwierdzenie w tej okoliczności, że wszelkie ciało pojmujemy tylko jako podzielne, gdy tymczasem umysł może być pojętym tylko jako niepodzielny; nie możemy bowiem wyobrazić sobie części środkowej umysłu, a uczynić to możemy odnośnie do każdego najmniejszego nawet ciała. Tak więc wyznać należy, że istota ciała i duszy nie tylko jest różną, lecz nawet niejako przeciwną. Więcej jednak o tym przedmiocie w niniejszem dziele nie traktowałem dla tego, że z jednej strony było to wystarczającem do wykazania, że rozkład ciała nie pociąga za sobą zniszczenia duszy, i że zatem śmiertelnicy mogą mieć nadzieję przyszłego życia, a z drugiej strony dla tego, że przesłanki, z których wyprowadzić można nieśmiertelność duszy, zależą od rozwinięcia całkowitej Fizyki. I tak najprzód wiedzieć należy, że wszelkie w ogóle substancye, czyli rzeczy, które Bóg na to tworzy, aby istniały, z natury swojej są niezniszczalne, nie mogą wcale przestać istnieć, jeżeli ich nie unicestwi tenże Bóg, odmawiając im swojej pomocy. Dalej należy uznać, że ciało, w ogóle wzięte, jest substancyą, a tem samem nigdy nie ginie; ciało zaś ludzkie, o ile się różni od innych ciał, jest tylko pewnem połączeniem członków i innych tym podobnych dodatkowych własności (accidens). Dusza ludzka natomiast nie składa się w ten sposób z żadnych dodatkowych własności, lecz jest czystą substancyą, bo chociaż wszystkie jej dodatkowe własności podlegają zmianom, tak że co chwila o czemś innem myśli, czegoś innego chce i inne ma wrażenia, to jednak przez to sama dusza inną się nie staje. Ciało ludzkie przeciwnie, staje się innem już dla tego, że zmienia kształt swoich części składowych. Z tego wszystkiego wynika, że ciało ludzkie bardzo łatwo ginie, dusza zaś z natury swej jest niezniszczalną. W trzeciem rozmyślaniu wyłożyłem, jak sądzę, dosyć obszernie, mój najgłówniejszy dowód istnienia Boga. Ponieważ jednak, dla jaknajwiększego oderwania umysłu czytelników od zmysłów, nie chciałem brać żadnych porównań ze świata materyalnego, być więc może, wynikną z tego powodu pewne niejasności (obscuritates), które jednak następnie, spodziewam się, że dadzą się zupełnie usunąć odpowiedziami na (możliwe) zarzuty. Tak naprzykład, miedzy innemi dowodzę, że idea najdoskonalszego bytu, którą posiadamy, zawiera w sobie tyle rzeczywistości, że może tylko pochodzić od najdoskonalszej przyczyny. Myśl ta wyjaśnia się bliżej przy pomocy porównania z doskonale zbudowaną maszyną, której pomysł znajduje się w umyśle jej twórcy. Tak samo bowiem, jak przedmiotowe urzeczywistnienie tego pomysłu (artificium objectivum), musi mieć jakąś przyczynę, a tą przyczyną jest nauka jej twórcy, lub też kogoś innego, od którego pomysł przejął sam twórca, tak też i idea Boga, która jest w nas, musi mieć samego Boga za przyczynę. W czwartem rozmyślaniu dowodzę, że to wszystko, co jasno i dokładnie pojmujemy, jest prawdą, a zarazem objaśniam, co jest powodem fałszu. Wie- dzieć o tem dokładnie potrzeba zarówno dla potwierdzenia poprzednich wywodów, jak i dla zrozumienia następnych. Zauważyć jednak należy, że tu bynajmniej nie ma mowy o grzechu, czyli błędach, w wykonywaniu dobra i zła, lecz chodzi tu tylko o błędy w rozróżnianiu prawdy od fałszu. Nie mam tu również na względzie wiary, ani tego wszystkiego, co dotyczy życia, lecz tylko prawdy spekulacyjne, dostępne jedynie dla przyrodzonego nam światła rozumu. W piątem rozmyślaniu, oprócz wyjaśnienia natury ciała w ogóle (materyi), przytaczam nowy dowód istnienia Boga. W zrozumieniu tego dowodu czytelnicy napotkają, być może, także pewne trudności, które jednak również usunięte będą w odpowiedziach na zarzuty. Nakoniec udawadniam tutaj prawdę, że nawet pewność matematycznych dowodzeń zależy od poznania Boga. W szóstem nakoniec rozmyślaniu oddzielam czyste myślenie od wyobraźni i zaznaczam cechy, wyróżniające te objawy (signa distinctionum). Dowodzę, że dusza istotnie różną jest od ciała, i że pomimo to tak jest z niem ściśle połączoną, że stanowią razem jedność. Przytaczam też wszystkie błędy, które zwykle wynikają z wrażeń zmysłowych, i zarazem wskazuję środki unikania tych błędów. Wreszcie przytaczam wszystkie dowody, z których wynika istnienie świata materyalnego. O tych dowodach nie mówię dla tego, żebym je miał uważać za bardzo potrzebne do dowiedzenia tego, czego one dowodzą, a mianowicie, że rzeczywiście istnieje jakiś świat, że ludzie mają ciała, i tym podobne rzeczy, o których żaden czło- wiek przy zdrowych zmysłach nigdy nie wątpi. Lecz przytaczam te dowody dla tego, że rozpatrzywszy je, przychodzimy do przekonania, iż nie są one ani tak pewne, ani tak oczywiste, jak te, za pomocą których dochodzimy do poznania naszej duszy i Boga. Te bowiem dowody są najpewniejsze i najoczywistsze ze wszystkich, które umysł ludzki zrozumieć jest w stanie. Wykazanie tej właśnie prawdy miałem głównie na celu w moich rozmyślaniach. Dla tego też nie wspominam już tutaj o różnych innych kwestyach, które przy danej sposobności w niniejszych rozmyślaniach również rozważam.

e.

O rzeczach, o których wątpić można.

Już przed kilku laty zauważyłem, ile to ja od dzieciństwa fałszów przyjmowałem za prawdę, a tem samem, jak wątpliwem jest to wszystko, co na nich opierałem. To też przekonałem się, że muszę raz w życiu zupełnie odrzucić wszystkie poprzednie mniemania, i zacząć znowu od pierwszych fundamentów, jeśli pragnę utrwalić w nauce coś pewnego i stałego. Lecz zadanie to wydało mi się ogromnem, i dla tego też wyczekiwałem owych dojrzałych lat, po których odpowiedniejsze do studyów naukowych już nie następują. Ale w skutek tego zwlekałem już tak długo, że popełniłbym w końcu wielki błąd, gdybym strawił na namyślaniu się resztę czasu, pozostałego mi do działania. To też dzisiaj, uwolniwszy umysł od wszelkich trosk i mając czas wolny po temu, odszukałem ustronie, aby poważnie i swobodnie oddać się temu ogólnemu burzeniu mych dotychczasowych mniemań. Nie idzie wprawdzie za tem koniecznie, abym tutaj wykazał fałszywość wszystkich tych mniemań, gdyż, być może, nigdybym tego nie mógł uczynić. Ale w każdym razie wymaga, abym w równej mierze nie uznawał za prawdziwe ani tych mniemań, które nie są zupełnie pewne i niewątpliwe, ani tych, które są zupełnie fałszywe. Wystarcza to do odrzucenia wszystkiego, w czem odnajdę jakikolwiek powód do wątpienia. Nie będę jednak w tym celu rozważał każdej rzeczy z osobna, gdyż taka praca nie miała by końca, lecz ponieważ podkopanie fundamentów pociąga za sobą upadek tego, co na nich było zbudowanem, więc też od razu przystąpię do rozbioru zasad, na których opierają się dotychczasowe moje mniemania. Wszystko to, co do dziś dnia uważałem za najpewniejszą prawdę, otrzymywałem od zmysłów czyli przez zmysły. Zauważyłem jednak, że zmysły często w błąd wprowadzają, a mądrość wymaga, abyśmy nigdy nie wierzyli tym, którzy choćby raz jeden nas oszukali. Lecz chociaż zmysły mylą nas co do bardzo małych lub też zbyt oddalonych zjawisk, o wielu jednak innych rzeczach wątpić zupełnie nie mogę, chociaż je poznaję za pośrednictwem zmysłów. Tak naprzykład wiem za pomocą zmysłów, że znajduję się tutaj, siedzę przy kominku w zimowej odzieży, dotykam się rękami tego tu papieru, i tym podobne. Z jakiej racyi mógłbym zaprzeczyć, że posiadam te oto ręce i to ciało? Zaprzeczając temu, byłbym podobnym do owych obłąkanych, których mózg, wskutek wyziewów czarnej żółci, tak jest roz- strojony, iż uporczywie utrzymują, że są królami, chociaż w największej znajdują się nędzy, lub, że są odziani w purpurę, chociaż są nadzy, lub, że mają glinianą głowę, lub, że są dyniami, albo wreszcie, że są szklanni. Lecz są to waryaci, i mnie miano by również za szalonego, gdybym ich naśladował. Tak by się zdawało. A jednak, czyż nie jestem człowiekiem, który w nocy śpi, a we śnie widzi też same, czasem jeszcze mniej prawdopodobne rzeczy, aniżeli te, które obłąkani widzą na jawie? Jakże często śni mi się w nocy, że siedzę sobie ubrany w tem miejscu, gdy tymczasem spoczywam w łóżku, a obok mnie leży zrzucone ubranie? Jednak teraz otwartemi oczami patrzę na ten papier; głowa moja, którą poruszam, nie jest we śnie pogrążona; wyciągam rękę świadomie i z celem, i czuję, że śpiącemu to wszystko nie przedstawia się tak wyraźnie. Ale czyż nie przypominam sobie, że podobne myśli i we śnie w błąd mnie wprowadzały? Gdy się uważniej nad tem zastanawiam, widzę, że nie mogę odróżnić na pewno snu od jawy, a to wprawia mię w takie zdumienie, że teraz właśnie, w skutek tego zdumienia, zdaje mi się, iż śpię. Przypuśćmy więc, że teraz właśnie śpię, i że wszystkie te pojedyńcze zjawiska są złudzeniem, a mianowicie, iż nieprawdą jest, że mam oczy otwarte, że wstrząsam głową; co więcej, że nie mam ani takich rąk, ani takiego ciała, jak mi się zdaje. Pomimo to, przyznać jednak musimy, że senne widziadła są jakby malowanemi obrazami, które wytworzyć się mogły tylko na podobieństwo przedmiotów rzeczywistych. Zatem takie rzeczy ogólne, jak oczy, głowa, ręce, i całe ciało istnieją nie w wyobraźni, lecz w rzeczywistości. Nawet malarze, gdy malują Syreny i Satyrów, starając się nadać im jak najwyszukańsze kształty, nie mogą stworzyć nowych pod każdym względem istot, ale właściwie łączą tylko oddzielne członki najrozmaitszych stworzeń. Gdyby nawet malarze wymyślili coś tak nowego, że nigdy nic podobnego nie widziano, — co jednak jest przypuszczeniem zupełnie fikcyjnem i nieodpowiadającem rzeczywistości (falsum), — to w każdym razie przynajmniej barwy, których do obrazu użyją, muszą być prawdziwe. Zupełnie tak samo, gdyby nawet takie ogólne rzeczy, jak oczy, głowa, ręce i tym podobne były wytworami wyobraźni; to jednak koniecznie przyznać by należało prawdziwe istnienie jakichś innych, prostszych i ogólniejszych jeszcze rzeczy, na podstawie których, niby z barw rzeczywistych, wytwarzają się w naszej myśli wszystkie prawdziwe lub fałszywe wyobrażenia o rzeczach. Zdaje się, że do tego rodzaju najogólniejszych rzeczy zaliczyć należy przyrodę materyalną (materyą) w ogóle i jej rozciągłość, a zarazem kształt przedmiotów rozciągłych, ich ilość, czyli wielkość i ich liczbę; nadto miejsce, w którem ciała istnieją, czas, w którym trwają, i tym podobne. Z tego więc wszystkiego, jak się zdaje, możemy ten słuszny wyprowadzić wniosek, że Fizyka, Astronomia, Medycyna i inne nauki, które badają rzeczy złożone, podlegają wątpliwości; gdy przeciwnie Arytmetyka, Geometrya i inne nauki tego rodzaju, które traktują o rzeczach najprostszych i najogólniejszych, nie zajmując się przytem pytaniem, czy one istnieją w rzeczywistości, są pewne i niewątpliwe. Bo czy śpię, czy czuwam, dwa a trzy będzie zawsze pięć, a czworobok nie ma nigdy więcej boków, niż cztery, i zdaje się, że tak oczywiste prawdy nie mogą ulegać podejrzeniu fałszywości. Oddawna również tkwi w moim umyśle przekonanie, że jest Bóg wszechmogący, który mię stworzył takim, jakim jestem. Zkąd jednak wiem, że Bóg nie zechciał, abym, w razie nawet gdyby ziemi, nieba, ani żadnej rzeczy rozciągłej, ani kształtu, ani wielkości, ani miejsca nie było, nie ulegał jednak złudzeniu, jakoby to wszystko tak istniało rzeczywiście, jak mnie się wydaje? Mogę również sądzić, że i inni ludzie mylą się w takich rzeczach, o których mniemają, że je rozumieją doskonale. Tak samo może i ja się mylę, gdy dodaję dwa do trzech, lub, gdy liczę boki czworoboku, lub, gdy wydaję sąd o czemś jeszcze łatwiejszem. Ale może też być, że Bóg nie chciał mię w błąd wprowadzać; nazywają go przecie nieskończenie dobrym. Gdyby zaś się sprzeciwiało jego dobroci stworzyć mię takim, abym się zawsze mylił, to również niezgodnem byłoby z dobrocią jego dopuścić, abym się mylił czasami; chociaż zaprzeczyć temu nie można, że tak jest. Są zapewne tacy, którzy woleliby zaprzeczyć istnieniu tak potężnego Boga, aniżeli uwierzyć temu, że wszystkie inne rzeczy są wątpliwe. Nie będziemy teraz z nimi się sprzeczali, przypuszczamy nawet, że to wszystko, cośmy o Bogu dotychczas mówili, jest zmyślone. Niech nawet powiedzą, że stałem się tem, czem jestem, czy to na mocy przeznaczenia, czy też wypadkiem, czy wreszcie w skutek naturalnego następstwa zjawisk; — w każdym jednak razie, przypuszczenie, że ulegając złudzeniom i błędom, nie mogę z powodu tej niedoskonałości być dziełem wszechmocnego twórcy, doprowadza do tem prawdopodobniejszego wniosku, że jestem z natury swej tak niedoskonałym, iż zawsze muszę się mylić. Na te dowody nie mam odpowiedzi, lecz przeciwnie, zmuszony jestem przyznać, że z tego wszystkiego, czemu dawniej wierzyłem, nie pozostało nic, o czem by wątpić nie można było. Nie przez lekkomyślność więc lub niebaczność, lecz na mocy silnych i obmyślanych dowodów doszedłem do tego przekonania, że jeśli pragnę odkryć coś pewnego, nie powinienem uznawać za prawdę ani rzeczy podlegających najmniejszej wątpliwości, ani dowiedzionego fałszu. Nie dosyć jest jednak wiedzieć o tem wszystkiem, lecz należy to sobie utrwalić w pamięci. Dawne bowiem mniemania, do których przywykłem, uporczywie powracają i, nawet wbrew mej woli, odzyskują moją wiarę, jak gdyby ona do nich przywiązaną była w skutek długiej wprawy i blizkiej zażyłości. Nie przestanę tedy dowierzać i ufać tym mniemaniom, póki będę je uważał za takie, jakiemi są rzeczywiście, to jest, za wątpliwe pod pewnym względem, — jak się to pokazało — ale zarazem i za prawdopodobne o tyle, że daleko jest rozsądniej ufać tym mniemaniom, aniżeli im zaprzeczyć. Dla tego też, jak sądzę, dobrze zrobię, jeśli postępując wprost odwrotnie, wprowadzę w błąd samego siebie i przy- puszczę, że wszystkie te mniemania są zupełnie fałszywe i zmyślone, aż do chwili, gdy nie wyrównają się szale moich uprzedzeń i żadne złe nawyknienie nie będzie mię już odwodzić od prawdziwego poznania rzeczy. Wiem bowiem, że nie będzie to miało żadnych niebezpiecznych następstw, ani też nie doprowadzi mię do błędu, a nadto, nie mogę wcale zbytnio ulegać memu niedowiarstwu, ponieważ nie chodzi tu o działanie, lecz tylko o poznanie prawdy. Przypuszczam więc, że nie jest dla mnie źródłem prawdy najdobrotliwszy Bóg, lecz, że jakiś złośliwy, podstępny i wszechpotężny zarazem geniusz zużytkował całą swą przemyślność, aby mię oszukać. Będę myślał, że niebo, powietrze, ziemia, barwy, kształty, dźwięki i wszystkie przedmioty objektywne są tylko igraszką sennych marzeń, za pomocą których ów geniusz podszedł zdradziecko moją łatwowierność. Wyobrażę sobie, że nie mam rąk, oczu, mięsa, krwi i żadnego ze zmysłów, i że mi się tylko zdaje, iż to wszystko posiadam. Pozostanę stale wierny temu przypuszczeniu i, jeśli nie w mojej mocy poznać coś prawdziwego i pewnego, to przynajmniej, umocniwszy się na duchu, strzedz się będę według sił moich, aby mię nie mógł w błąd wprowadzić ów oszust, pomimo całej swej potęgi i przebiegłości. Postanowienie to wymaga natężonej pracy, a przytem pewne lenistwo zwraca mnie znowu do dawnych nawyknień życia; i tak staje się podobnym do niewolnika, który używa we śnie złudnej wolności, a gdy potem zaczyna podejrzywać, że śni tylko, obawia się przebudzenia i jaknajdłużej oddaje się uroczym złudzeniom. Również i ja mimowolnie wpadam w dawne poglądy i obawiam się przebudzenia, aby po przyjemnym wypoczynku nie nastąpiło pracowite czuwanie, które spędzić muszę nie w świetle, lecz wśród nieprzeniknionych ciemności, spowodowanych przez wspomniane powikłania.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…