Read here

Tartarin z Tarasconu

Alfons Daudet · 1911 · Free in the US

22,249 words · about 1 h 33 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1911 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Tartarin_z_Tarasconu&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Alfons Daudet
Language
Polish
Published
1911
Length
22,249 words · about 1 h 33 min
Sections
13 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (13)

Continue:

Front matter

ALFONS DAUDET

TARTARIN Z TARASCONU

PRZEŁOŻYŁ

II. Ogólny Rzut Oka Na Poczciwe Miasto Tarascon

MYŚLIWI, POLUJĄCY NA KASZKIETY.

W epoce, którą opisuję, Tartarin z Tarasconu nie był jeszcze tym Tartarinem, którym jest dzisiaj, tym wielkim Tartarinem z Tarasconu, tak popularnym w całej południowej Francji. A jednak nawet w owych czasach był już królem Tarasconu. Należy opowiedzieć, jakim sposobem zdobył on ten monarszy majestat. Przedewszystkiem trzeba wiedzieć, że tam, na południu, każdy bez wyjątku jest myśliwym, począwszy od największych, aż po najbardziej maluczkich. Łowiectwo jest namiętnością mieszkańców Tarasconu, a jest nią jeszcze od owych niepamiętnych, przed historycznych, mitologicznych czasów począwszy, gdy potwór straszliwy, zamieszkiwał bagna podmiejskie i czynił spustoszenia straszliwe; wówczas już mieszkańcy Tarasconu urządzali łowy z nagonką, by ubić potwora. Dawne to czasy, jak widzicie. Otóż co niedziela rankiem każdy mieszkaniec Tarasconu, zbroi się i wyrusza za miasto, z torbą myśliwską na plecach, ze strzelbą na ramieniu. I rozlega się po ulicach hałas piekielny, szczekanie psów, gończych i jamników, ryk trąb i rogów myśliwskich. Wspaniały to widok!... Niestety, zwierzyny niema! Brak jej zupełnie! Aczkolwiek zwierzęta łowne są głupie i naiwne, jednak wreszcie po tylu latach obudziła się w nich nieufność i podejrzliwość. Na pięć mil wokoło Tarasconu wszystkie nory, gniazda i legowiska opustoszały. Niema ani jednej sroki, ani jednej przepiórki, ani jednego zajączka, ni najmniejszego bekasa. A przecież te małe dolinki wokoło Tarasconu są bardzo ponętne i urocze, pełne zapachów mirtu, lawendy, macierzanki! A przecież te piękne wonne, słodkie, pełne grona winne, porastające tarasy nad brzegami Rodanu, są szatańsko apetyczne... Tak, ale w pobliżu, tuż opodal, znajduje się Tarascon, a miejscowość ta ma bardzo złą opinię wśród małego światka porosłych sierścią i pierzem stworzeń. Nawet wędrowne ptactwo na mapach swych i marszrutach znaczyło dużym krzyżem nazwę tego miasteczka, a dzikie kaczki, ulatujące ku południowi w śladach tworzących wydłużone trójkąty, zauważywszy zdala wieżyce kościelne ojczyzny Tartarina, zaczynają krzyczeć wielkim głosem: — Oto Tarascon! Tarascon! Tarascon; I całe towarzystwo skręca w inną stronę, omijając starannie niebezpieczną miejscowość. Krótko mówiąc, w całej okolicy niema wcale zwierząt łownych. Istnieje tylko jeden-jedyny ogromny zając. Ten stary filut cudem jakimś ocalał przed pożądliwością myśliwską mieszkańców Taraskonu i uparł się, że nie opuści tych stron nigdy! Cały Tarascon zna tego zająca. Dano mu nawet imię, — nazwano go „bystronogim“ — Wiadomem jest, że zamieszkał na gruntach pana Bompart, wskutek czego wartość tych gruntów podniosła się wdwój- i trójnasób; ale nikt nie mógł jeszcze dotychczas położyć śmiałka trupem. Dzisiaj zaledwie dwóch czy trzech upartych nemrodów czyha na niego z niezłomną zaciętością. Inni dali już spokój, poddali się zrezygnowani, a „bystronogi“ stał się nawet mistyczną postacią, aczkolwiek mieszkańcy Tarasconu wcale nie są przesądni i nie mają skłonności do mistycyzmu, — nawet z gustem zajadają potrawkę z jaskółek, jeśli im ją kto poda. Zapytajcie mię, co robią myśliwi taraskońscy w każdą niedzielę, jeśli zwierzyna stała się w tamtych stronach taką rzadkością? Co robią? Mój Boże! Wędrują za miasto, o dwa albo o trzy kilometry, w czyste pole. Tam łączą się w gromadki, złożone z pięciu albo sześciu myśliwych i wygodnie rozkładają się obozem w cieniu wielkiej studni, starego muru, albo oliwnego drzewa. Następnie dobywają z torb olbrzymie kawały pieczeni wołowej, mnóstwo główek cebuli i czosnku, sporo kiełbasy - Rozpoczyna się śniadanie trwające w nieskończoność, podlewane obficie owem smacznem winem z nad brzegów Rodanu, budzącym wesołość i głośne śpiewy. Potem, gdy żołądki ich są już nieco obciążone, myśliwi powstają, gwiżdżą na swe psy, nabijają broń; zaczyna się polowanie. A odbywa się to w ten sposób, iż każdy z tych panów zdejmuje z głowy swój kasztet, ze wszystkich sił rzuca go wysoko w powietrze i strzela doń w lot, śrótem 5, albo 6, albo 2, — stosownie do umowy. Królem polowania ogłasza się tego, który najwięcej kul, czy śrótów wpakuje w swój kaszkiet. Wieczorem powraca on do Taraconu jako tryumfator, niosąc na lufie strzelby podziurawiony kaszkiet, a w około tryumfatora rozlega się szczekanie psów i głośne fanfary trąb i rogów myśliwskich. Wobec tego rozumie się, że handel kaszkietami myśliwskimi jest w Tarasconie wysoko rozwinięty. Są nawet kupcy, sprzedający kaszkiety podziurawione i podarte, dla użytku niezręcznych i pudłujących strzelców. Ale wiadomem jest, że, oprócz aptekarza Bezaquet, nikt tych z góry przygotowanych kaszkietów nie kupuje. Byłoby to hańbiące. Wśród polujących na kaszkiety myśliwych, Tartarin nie miał równego sobie strzelca. Trzyma on prym. Co niedziela rano szedł za miasto w zupełnie nowym kaszkiecie; wieczorem powracał, wioząc w tryumfie podartą, bezkształtną szmatę. Strych małego domku w ogrodzie z baobabem był zapełniony tymi trofeami, pełnymi chwały. To też wszyscy mieszkańcy Tarasconu, uznawali w Tartarinie mistrza nieporównanego. A ponieważ Tartarin umiał na pamięć kodeks praw i zwyczajów myśliwskich, przeczytał i przestudjował wszystkie możliwe podręczniki, traktaty, rozprawy, dzieła o myśliwstwie, począwszy od polowania na kaszkiety, aż po łowy na tygrysa birmańskiego, — panowie ci, uczynili go najwyższym prawodawcą we wszystkich kwestjach cynegetycznych i wzywali go na sędziego i rozjemcę we wszystkich sporach i dyskusjach w tej dziedzinie. Co dzień od godziny trzeciej do czwartej u rusznikarza Costecalde’a widzieć było można otyłego, poważnego jegomości z fajką w zębach, siedzącego w pośrodku sklepu na fotelu, obitym zieloną skórą. Około niego tłoczył się tłum polujących na kaszkiety myśliwych, kłócących się zawzięcie i hałaśliwie. Ale żaden z tych panów nie śmiał usiąść wobec otyłego, pełnego powagi jegomości. A jegomościem tym był Tartarin, ferujący wyroki, decydujący w kwestjach spornych, — Nemrod i Salomon w jednej osobie.

III

NAU! NAU! NAU! — DALSZY CIĄG OGÓLNEGO RZUTU OKA NA POCZCIWE MIASTO TARASCON.

Obok namiętności łowieckiej istnieje w duszach dzielnej rasy taraskońskiej jeszcze druga namiętność — zamiłowanie w . Zapotrzebowanie i romansów w tej małej krainie przechodzi wszelkie pojecie. Wszystkie sentymentalne, ckliwe stare piosenki, żółkniejące na półkach sklepów z nutami, odnaleźć można w Tarasconie. Tu są one w pełni swej młodości i blasku. Wszystkie się tam spotyka, wszystkie bez wyjątku. Każda rodzina ma swą ulubioną, własną pieśń, i o tem wie całe miasto. Wiadomem jest, że pieśń aptekarza Bézuquet, zaczyna się od słów:

rusznikarza Costenoble:

a poborcy podatkowego:

I tak dalej. Każdy mieszkaniec Tarasconu posiada swą pieśń. Dwa albo trzy razy na tydzień schodzą się wszyscy to w tym, to w innym domu, i wtedy śpiewa się owe pieśni. Najciekawsze jest, że są to zawsze jedne i te same pieśni, a chociaż śpiewa się je od niepamiętnych czasów, jednak żadnemu z dzielnych mieszkańców Tarasconu nie przychodzi na myśl, że możnaby te stare romanse zastąpić innymi, nowszymi. Nie mają do tego ochoty. Przechodzą one spuścizną z pokolenia na pokolenie, w jednej i tej samej rodzinie, z ojca na syna. I nikt nie odważy się tknąć ich, — nikt nie odważy się nawet pożyczyć. Nigdy rusznikarzowi Costecalde nie przyjdzie na myśl romans ani też Bézuquet nie odważy się zaśpiewać pieśń Castecalda, a przecież w przeciągu czterdziestu lat musieli chyba nauczyć się jeden od drugiego. Ale nie! Każdy ma swoją pieśń i wszyscy są z tego zadowoleni. Tak samo jak w polowaniu na kaszkiety, tak też i w śpiewaniu romansów, Tartarin był mistrzem nie mającym rywala w całem mieście. A wyższość jego nad współobywatelami polegała w tem, iż Tartarin z Tarasconu nie posiadał swej własnej pieśni. Wszystkie były jego własnością. Wszystkie! Tylko, że bardzo trudno było go skłonić do śpiewania. Zbyt wcześnie przesycony salonowymi tryumfami, bohater taraskoński wolał zagłębiać się w księgach opisujących łowy, albo spędzać wieczory w klubie, niż udawać przyjemnego, stojąc przy fortepianie. Był on wyższy te wszystkie muzykalne parady... Czasem jednak u aptekarza odbywał się wieczór pieśni. Tartarin wchodził tam, jakby przypadkiem i dawszy się długo prosić, decydował się wypowiedzieć razem z panią Bézuquet-matką, wielki duet z ... Kto tego nie słyszał, ten nic nie słyszał... Co do mnie, to choćbym żył sto lat, nie zapomnę nigdy tego widoku. Wielki Tartarin majestatycznym krokiem podchodził do fortepianu, opierał się łokciem, czynił minę i w zielonem świetle osłoniętej abażurem lampy, poczciwemu obliczu swemu starał się nadać wyraz szatański i dziki Roberta dyabła. Skoro tylko Tartarin stanął w pozycji, wszystkich w salonie przenikał dreszcz. Czuć było, że stanie się coś wielkiego... wtedy po chwili milczenia, pani Bezuquet - matka zaczynała, akompaniując sobie sama!

Robert, toi que j’aime Et qui recus ma foi. Tu vois mon effroi (bis) Grace pour toi méme Et grace pour moi!

I szeptem dorzucała: — Teraz na pana kolej. A Tartarin z Tarasconu, wyciągał prawice zacisnąwszy pięść, nozdrza jego drżały, trzy razy powtarzał straszliwym głosem, bijącym wnętrzności fortepianu jakby łoskot gromu: — Nie! Nie! Nie! A ponieważ był szczerym i uczciwym południowcem, więc to brzmiało w jego wymowie jako: — A wtedy pani Bézuquet-matka, zaczynała jeszcze:

Miej litość nad sobą! Miej litość nademną:

— Nan! Nau! Nan! — ryczał Tartarin jaknajenergiczniej i na tem wszystko się kończyło. Jak widać, nie trwało to wcale długo, ale wykonane było tak wspaniale, z tak świetna mimiką, tak szatańsko, iż dreszcz lęku przenikał wszystko w aptece, a na ogólne żądanie Tartarin powtarzać musiał cztery albo pięć razy z rzędu, swe: — Potem Tartarin ocierał spocone czoło, uśmiechał się do dam, mrugał żartobliwie powiekami w stronę mężczyzn i trymfujący wychodził do klubu. A tam z obojętnością i lekceważeniem mawiał: — Śpiewałem właśnie u Bézuquetów duet z . A co najważniejsze, że sam w to wierzył!...

IV. One!!!

Tym przeróżnym talentom Tartarin zawdzięczał swe wybitne stanowisko w Tarasconie. Zresztą jest to rzeczą pewną, że ten człowiek umiał podbić wszystkich. W Tarasconie armia stała po stronie Tartarina. Biedny ma-Bravida emerytowany komendant magazynu mundurów, mawiał o nim: — To tęgi chłop! A major znał się na tem, ponieważ tylu „tęgich chłopów“ ubierał ongi w mundury. Świat urzędniczy stał po stronie Tartarina. Stary prezydent Ladevére, mówiąc o nim powtórzył dwa albo trzy razy, i to wobec całego trybunału: — Ten człowiek ma charakter! Wreszcie i lud stał także po stronie Tartarina. Jego postawa, chód, mina, sława bohatera zdobyta nie wiadomo w jaki sposób, szczodrobliwość w rozdawaniu dzieciom drobnej monety, wszystko to uczyniło z niego lorda Seymoura miasteczka, króla przekupniów i małomiasteczkowych biedaków. W niedzielę wieczorem, gdy Tartarin powracał z polowania, przewiesiwszy podziurawiony kaszkiet na lufie strzelby, tragarze z nad Rodanu, kłaniali mu się z ogromną czcią i wskazując oczami gigantyczne bicepsy bohatera, szeptali z podziwem: — To siłacz!... on ma Podwójne muszkuły Tylko w Tarasconie można usłyszeć coś podobnego! A jednak pomimo wszystko, mimo swe liczne talenty, mimo swe podwójne muszkuły, mimo swą popularność tłumów, mimo tak drogocenny szacunek dzielnego majora Bravidy, emerytowanego komendanta magazynu mundurów, — mimo to wszystko Tartarin nie był szczęśliwy. To życie małomiejskie krępowało go, ciężyło na nim, dusiło go. Ten wielki człowiek Tarasconu, w Tarasconie się nudził. Faktem jest, że dla tak bohaterskiej duszy, dla duszy żądnej przygód i szałów, marzącej o wojnach i walkach, wędrówkach wśród pampasów, potężnych łowach, piaskach pustynnych, huraganach, trąbach powietrznych, burzach morskich — to, życie monotonne polowaniami na kaszkiety i ferowaniem wyroków w sklepie rusznikarza Costecalde, musiało być ciężarem... Biedny, drogi, wielki człowiek! Gdyby to dłużej miało potrwać, mógłby umrzeć z wycieńczenia. Daremnie, chcąc rozszerzyć swe widnokręgi, chcąc zapomnieć o klubie i o Placu targowym, otaczał się afrykańską roślinnością i hodował baobaby, daremnie gromadził zbroje i bronie, i coraz więcej zbierał kryszów, daremnie zaczytywał się w romantycznych księgach, chcąc jak nieśmiertelny Don siłą marzenia wyrwać się ze szpon bezlitośnej rzeczywistości!... Niestety! Wszystko co czynił, by ugasić pragnienie przygód, miało skutek wręcz . Zamiast gasić to pragnienie, podniecało je coraz bardziej. Widok nagromadzonej broni utrzymywał go w nieustannem podnieceniu i budził w nim gniew srogi. Repetjery, strzały, lassa wołały: — Walki! Walki! Wicher dalekich podróży poruszał liście baobabu i podsuwał złe rady. A w dodatku Gustaw Aimard i Fenimore Cooper... Ci go dobijali... Ileż razy w letnie upalne południa, samotny, wśród swego arsenału, Tartarin zrywał się z groźnym pomrukiem; ileż to razy rzucał książką o ścianę, chcąc strącić z muru trofea! Biedaczysko zapominał, że jest u siebie w domu, w Tarasconie, że jest w koszuli i bez pantalonów i głowę ma owiniętą fularem i podniecając się jeszcze bardziej dźwiękiem swego głosu, wymachując toporem czy tomahawkiem, krzyczał: — Ach! Niechby one teraz się tu zjawiły! Tartarin sam tego nie wiedział... Było to wszystko co napada, co walczy, co kąsa i szarpie, co skalpuje, co wyje, co wrzeszczy!... Były to hordy czerwonoskórych Indjan, czyniący pląsy wokoło pala, do którego przywiązany jest nieszczęsny biały jeniec. Były to szare niedźwiedzie Gór Skalistych liżące się zakrwawionymi jęzorami. Były to tłumy pustynnych Tuaregów, malajskich korsarzy, włoskich bandytów!... Zresztą — A więc wojny, podróże, przygody, — wszystko co daje sławę! Lecz — niestety — nieustraszony lew Tarasconu wzywał je wyzywał je... a nie zjawiały się nigdy... ! — Cóżby robiły w Tarasconie? A tymczasem Tartarin wyczekiwał zawsze zjawienia się ich, szczególnie wieczorem, idąc do klubu.

V. Tartarin Idzie Do Klubu

Rycerz wojen krzyżowych, gotujący się do wycieczki przeciw oblegającym go niewiernym, chiński żołnierz, stający do boju, wojownik plemienia Komanszów idący na wyprawę wojenną, wszystko to niczem nie jest wobec Tartarina zbrojącego się od stóp do głów, aby wieczorem o dziewiątej, w godzinę capstrzyku pójść do klubu. Tartarin lewą rękę zbroił w kastet, w prawą rękę brał laskę z ukrytym w niej sztyletem, w lewej kieszeni drugi kastet, w prawej kieszeni rewolwer. A na piersiach, pod surdutem, krysz malajski. Ale nigdy nie nosił strzał zatrutych! to broń nieuczciwa! Przed wyjściem z domu ćwiczył się trochę, aby nie wyjść z wprawy. Przybierał różne pozy bokserskie, zasłaniał się, atakował. Strzelał kilka razy do celu. Potem wychodził i wolnym krokiem poważnie szedł przez ogród. — Po angielsku panowie, po angielsku! Oto prawdziwa odwaga. Doszedłszy do skraja ogrodu, otwierał ciężką żelazną furtę, wiodącą na ulicę. Otwierał ją gwałtownie, nagłem szarpnięciem, tak, że rozwarłszy się na zewnątrz, ogromnie silnie uderzała o mur gdy tam stał ktokolwiek, to furtka zgniotłaby go na marmoladę!... Ale, niestety, nikogo tam nigdy nie było. Otworzywszy furtę Tartarin wychodził. Spoglądał szybko w prawo i w lewo, a potem nagłym ruchem zamykał furkę na dwa spusty. I potem puszczał się w drogę. Na ulicy awiniońskiej ani żywej duszy. Drzwi pozamykane; w oknach ciemno. Wszędzie czarno. Latarnie daleko do siebie, światła ich przysłonięte mgłą Rodanu... Wspaniały i spokojny Tartarin z Tarasconu szedł wśród nocy, rytmicznie uderzając o bruk i krzesząc z kamienia iskry okutym końcem swej laski... Zawsze szedł on środkiem ulicy, gdyż jest to najpewniejszy sposób zabezpieczenia się od napadu: wróg ukryć się nie może. A zresztą, w ten sposób najłatwiej uniknąć można płynów wylewanych w Tarasconie przez okna. Tartarin nie lękał się niczego, ale był roztropny i ostrożny. Najlepszym dowodem, że Tartarin nie lękał się niczego, było to, że nie szedł on do klubu, główną, najbardziej uczęszczaną ulicą, ale wybierał drogę dłuższą znacznie poprzez zaułki i małe uliczki, nad wybrzeżem ponuro lśniącego Rodanu. Biedaczysko spodziewał się zawsze, że go ktoś napadnie, że pojawią się nagle w ciemności i rzucą się nagle na niego. Przyjąłby on dobrze tych napastników, zbójców! Ręczę wam za to! Ale — o dziwna ironio losu. — Tartarin nie miał szczęścia. Nigdy nikogo nie spotkał! Ani psa nawet, ani pijaka! Nic, nigdy! Czasem jednak zdarzały się fałszywe alarmy. Odgłos kroków. Szepcące głosy. Tartarin powiada sobie: — Baczność! Staje nieruchomy, śledząc zbliżające się cienie, nasłuchując, to znów — jak to czynią indjanie — przykładając ucho do ziemi... Kroki się zbliżają... Głosy stają się wyraźniejsze... Niema już wątpliwości! To ! — ! Tartarin dziwne blaski ma w oczach, koncentruje wszystkie swe siły, zbiera się sam w sobie, gotuje się do skoku by z okrzykiem wojennym rzucić się na wroga. Pierś jego dyszy... Nagle z ciemności dobywa się spokojny, tarascoński głos. — Té... To Tartarin! Dobry wieczór! Przekleństwo! To aptekarz Bezuquet, z rodziną powraca z wieczoru u rusznikarza Costecalde’a, gdzie śpiewał pieśń. Tartarin mruczy: — Dobry wieczór! Dobry wieczór! I rozwścieczony zawodem, który go spotkał, wymachując dziko laską, ginie w ciemnościach nocy. Przed klubem nieustraszony Tartarin staje na chwilę, przechadza się trochę po ulicy i czeka... Ale znudziwszy się i pewny że się nie zjawią, rzuca w ciemności jeszcze jedno spojrzenie, pełne pogardy i mruczy rozgniewany: — Nic!... Nic!... Nigdy nic! A potem wchodzi do klubu, aby z majorem zagrać partyjkę taroka.

VI. Drugi Tartarin

Jakże się to stało, że mimo to szalone pożądanie przygód, mimo tę potrzebę potężnych wrażeń, to namiętne pragnienie podróży, dalekich wędrówek po szerokim świecie, Tartarin z Tarasconu nigdy nie opuścił murów swego rodzinnego miasta? Bo to jest faktem niezaprzeczonym. Aż do czterdziestego piątego roku życia, nieustraszony Taraskończyk ani jednej nocy nie przespał po za murami swego rodzinnego miasta. Nie był on nawet w Marsylji, a wiadomo, że każdy prawie prowansalczyk puszcza się przynajmniej raz w życiu na sławną wyprawę do Marsylji. Tartarin nie był nawet nigdy w Beaucaire, a to przecież bardzo blizko Tarasconu, bo jedną miejscowość od drugiej dzieli tylko most. Niestety ten przeklęty most kołysze się szalenie pod uderzeniami wiatru, a w dodatku jest niezmiernie długi i bardzo niepewnie zbudowany. — Zresztą Rodan jest w tem miejscu tak szeroki, że ostatecznie... No, przecież to zrozumiałe... Tartarin wolał mieć pod nogami stały ląd. Bo trzeba otwarcie wyznać, że w piersiach naszego bohatera były dwie dusze. Był to właściwie podwójny człowiek. Moźnaby powiedzieć, że Tartarin miał w sobie duszę Don Quichotte’a, miał w sobie rycerskie porywy, ten sam bohaterski ideał, to samo szalone umiłowanie romantyczności i wzniosłości co rycerz z La Manszy. Niestety, nie posiadał on ciała sławnego hidalga, tego ciała chudego i kościstego, tego pozoru ciała, któremu dzielny rycerz zawdzięczał, iż mógł przez dwadzieścia nocy nie zdejmować pancerza, a garścią ryżu karmić się na dwadzieścia cztery godzin... Tymczasem ciało Tartarina było bardzo poczciwe, bardzo tłuste, ciężkie, bardzo zmysłowe, bardzo mięciutkie, bardzo leniwe, pełne mieszczuchowskich wymagań zamiłowania wygódek, — , oparte na krótkich nóżkach ciało nieśmiertelnego Sancho-Pansy. Don Quichotte i Sancho-Pansa połączeni w jednym i tym samym człowieku! Czyż trudno sobie wyobrazić, jak źle musiało im być razem! Ile walk? Ile rozpacznych zmagań się wynikało z tego połączenia? Jaki piękny djalog napisałby na ten temat Lukyan, — djalog między dwoma Tartarinami, — Tartarinem Don Quichotem i Tartarinem-Sancho-Pansa! Tartarin-Sancho Pansa (myśląc li tylko o swym reumatyzmie). Nie ruszam się z domu. Tartarin-Don Quichoite (bardzo podniecony i rozegzaltowany). Okryj się sławą Tartarinie! Tartarin-Sancho Pansa (bardzo spokojny i zimny). Tartarinie, okryj się flanelą. Tartarin-Don Quichotte (jeszcze bardziej podniecony i coraz większej egzaltacji). Ach! Te cudne dubeltówki o ciągniętych lufach! Te sztylety, lassa, mokassiny! Tartarin-Sancho Pansa (jeszcze spokojniejszy i zimniejszy). Ach! Te doskonałe trykotowe kamizelki! Te pyszne, ciepłe pończochy! Te szlafmyce! Tartarin-Don Quichotte (traci panowanie nad sobą). Topora! Dajcie mi topora! Tartarin-Sancho Pansa (dzwoni na Żanetto! podaj mi czekoladę. I w tej że chwili Żanetta zjawia się, niosąc wyborną czekoladę gorącą, wonną, gęstą i znakomite sucharki z anyżem. A Tartarin Sancho Pansa wybucha śmiechem przygłuszającym okrzyki Tartarina-Don Quichotta. I w ten sposób Tartarin z Tarasconu nigdy nie mógł zdobyć się na to, by wychylić głowę po za mury rodzinnego miasta.

EUROPEJCZYCY W SZANGAJU. — HANDEL NA WIELKĄ SKALĘ. — TATARZY. — ZALI TARTARIN BYŁBY BLAGIEREM I OSZUSTEM? — MIRAŻ.

A jednak raz Tartarin o mało co nie puścił się w drogę w bardzo daleka drogę. Trzej bracia Garcio-Camus, pochodzący z Tarasconu, a zamieszkali w Szangaju, ofiarowali Tartarinowi kierownictwo jednego ze swych kantorów w tym kraju. Tam pędzićby mógł życie najlepiej odpowiadające jego usposobieniu. Wielkie interesy, komenda nad olbrzymim tłumem urzędników i służby, stosunki z Rosją, Persją, Turcją azjatycką, wreszcie handel na wielką skalę. W ustach Tartarina te słowa: „handel na wielką skalę“ stawały się czemś olbrzymiem!... W dodatku zakłady braci Garcio-Camus miały jeszcze i tę jedną, szczególną, wielką zaletę, że od czasu do czasu Tatarzy składali mu wizytę. Wtedy z piorunującą szybkością zamykano bramy. Urzędnicy i służący chwytali za broń. Wywieszano chorągiew konsulatu, przez okna obsypywano Tatarów morderczym ogniem. Rozumie się, że Tartarin-Don Quichotte przyjął tę propozycję z niezmiernym entuzjazmem. Ale niestety, Tartarin-Sancho Pansa nie chciał o tem słyszeć, a ponieważ był silniejszy, więc postawił na swojem. W mieście mówiono o tem dużo. Pojedzie? Czy nie pojedzie? Zakładano się o to. Jedni trzymali tę, drudzy inna stronę. Było to wydarzenie ogromnie ważne. Ostatecznie Tartarin nie pojechał, ale wyszedł z całej tej historji z niemałym zaszczytem. Mieć jechać do Szangaju, czy też być w Szangaju, to w pojęciu mieszkańców Taruasconu było wszystko jedno. Tyle i tak długo mówiono o podróży Tartarina, iż w końcu wszyscy uwierzyli, że on już stamtąd powrócił, a wieczorem w klubie, wszyscy bywalcy wypytywali Tartarinu o wiadomości co do stosunków w Szangaju, trybu życia, obyczajów i zwyczajów, klimatu, o przemyśle i handlu na wielką skalą. Tartarin był doskonale poinformowany, wiedział o wszystkiem z jak największą uprzejmością udzielał żądanych wyjaśnień i wiadomości, których domagano się od niego, aż wreszcie poczciwiec sam nie wiedział, czy był kiedykolwiek w Szangaju, czy nie był. I doszło do tego, że opowiadając po raz setny o napadzie Tatarów, zupełnie naturalnie mówił: — Urzędnikom i służbie kazałem wziąć broń do ręki. Wywiesiłem flagę konsulatu. A gdy wróg się zbliżył, obsypaliśmy go przez okna morderczym ogniem. Słuchając tego opowiadania wszyscy w klubie drżeli... — A więc w takim razie pański Tartarin jest obrzydliwym łgarzem. — Ależ nie! Nigdy w świecie! Tartarin nie kłamał... — A jednak powinien był pamiętać, że nigdy nie był w Szangaju!... — Ależ bez wątpienia! On o tem pamiętał. Tylko... Tylko o jednem trzeba pamiętać. Trzeba raz wreszcie skończyć z tą opinją łgarzy, jaką mieszkańcom południa wyrobili mieszkańcy północy. Niema łgarzy na południu, ani w Marsylji, ani w Nimes, ani w Tulusie, ani w Tarasconie. Mieszkańcy południa nie kłamią; oni się tylko mylą. Oni nie zawsze mówią prawdę, ale zawsze wierzą w to co mówią... Ich kłamstwo nie jest kłamstwem, ale jest tylko rodzajem mirażu. Tak jest, — mirażu. Aby zaś to zrozumieć, należy być na południu i na własne oczy to zobaczyć. W tym dziwnym kraju słońce przemienia wszystko, i wszystkiemu nadaje nadnaturalną wielkość. Małe dolinki Prowansji wydają się czemś olbrzymiem; e w Nimes, mały klejnocik jakby na etażerkę, wydaje się olbrzymem równym kościołowi e w Paryżu. Jedynym łgarzem na południu — jeżeli wogóle można mówić o kłamstwie — jest słońce. Zmienia i przesadza we wszystkiem, czego się dotknie!... Czemże była Sparta, za czasów swej potęgi? małą mieściną... Czemże były Ateny? Miasteczkiem co najwyżej takiem, w jakiem u nas mieszczą się podprefektury... A jednak w historji wydają się one olbrzymiemi stolicami. A wszystko to jest ramą słońca. Czyż można więc dziwić się, że to samo słońce, rzucając swe promienie na Tarascon z emerytowanego komendanta magazynu mundurów Bravidy uczyniło dzielnego majora Bravidę, z buraka baobab, a z człowieka, który miał jechać do Szangaju, uczyniło człowieka, który tam już był?

VIII. Menażerja Mitaine’a. — Lew W Tarasconie

STRASZNE I UROCZYSTE SPOTKANIE.

A teraz, gdyśmy już poznali Tartarina i wejrzeli w jego życie prywatne za czasów, gdy blaski sławy nie opromieniły jeszcze jego czoła i nie ozdobiły go laurem, — teraz poznawszy bohatera w skromnem środowisku, dowiedziawszy się, jakie były jego radości i bóle, marzenia i nadzieje, wejrzyjmy w wielkie karty jego historji i poznajmy wypadek, który stał się przyczyną tak niezrównanych losów. Pewnego wieczora, w sklepie rusznikarza Costecalde’a Tartarin z Tarasconu wyjaśniał zebranym około niego amatorom mechanizm iglicówki, broni w owe czasy dopiero wynalezionej. Nagle, drzwi się otwierają i do sklepu wpada jeden z myśliwych, polujących na kaszkiety i wrzeszczy przestraszony: — Lew! Lew! Ogólne przerażenie, osłupienie, krzyk, tłok. Tartarin pochyla karabin do strzału. Costecalde zamyka sklep. Wszyscy otaczają owego myśliwca, wypytując go przyciskają do muru i wreszcie dowiadują się, że menażerja Mitaine’a, powracając z jarmarku w Beaucairé raczyła się na dni zatrzymać w Tarasconie i rozlokowała się na placu Zamkowym. Są w niej różne foki, lwy, krokodyle a jest i wspaniały lew afrykański. Lew w Tarasconie! Nigdy, jak daleko sięga pamięć ludzka, nic podobnego nie było w Tarasconie! To też myśliwi, polujący na kaszkiety, spoglądali na siebie z dumą; męskie ich oblicza promieniały, a we wszystkich kątach sklepu Costecalde’a w milczeniu ściskano sobie dłonie. Wzruszenie było tak wielkie, tak niespodziewane, iż nikt nie mógł ani słowa przemówić. Nawet Tartarin milczał. Blady i drżący stał oparty o ladę i marzył, trzymając wciąż jeszcze iglicówkę w ręku... Lew afrykański, tu, w pobliżu, o dwa kroki zaledwie! Lew!... A więc owo zwierzę najbardziej bohaterskie i najdziksze, król czworonogów, zwierzyna jego marzeń, coś podobnego do bohatera owej idealnej trupy aktorskiej, grywającej w jego wyobraźni tak piękne dramaty... Lew! Na Boga! I to lew afrykański w dodatku!!! Było to zbyt potężne! Tego nawet wielki Tartarin znieść nie mógł spokojnie. Nagle fala krwi zalała jego oblicze. Oczy jego zabłysły. Konwulsyjnym ruchem zarzucił iglicówkę na ramię i zwracając się do dzielnego majora Bravidy, emerytowanego komendanta magazynu mundurów, rzekł grzmiącym głosem: — Chodźmy to zobaczyć, majorze! — Tak... tak... tak... ale moja iglicówka... Pan ją zabiera! Roztropny Costecalde wołał to bojaźliwie za Tartarinem, ale Tartarin skręcił już za róg ulicy, a za nim kroczył dumnie orszak myśliwych polujących na kaszkiety. W menażerji zastali już mnóstwo ludzi. Mieszkańcy Tarasconu, — rasa bohaterska, ale zbyt dawno pozbawiona sensacyjnych widowisk, — rzucili się na menażenję Mitaine’a i wzięli ją szturmem. To też gruba pani Mitaine była bardzo zadowolona. Sławna i ta dama była ubrana w kabylski kostjum, ramiona aż do łokcia miała nagie i ozdobione żelaznemi bransoletkami, w jednej ręce trzymała bat, a w drugiej żywe jeszcze, choć oskubane już kurczę. Czyniła ona mieszkańcom Tarasconu honory domu, a ponieważ i ona również miała , więc sukces jej był niewielce mniejszy, od sukcesu zwierząt w menażerji. Pojawienie się Tartarina z iglicówką na ramieniu, ochłodziło nieco zebranych. Wszyscy ci dzielni mieszkańcy Tarasconu przechadzali się przed klatkami zupełnie spokojni, bezbronni ufni, nawet nie myśląc o jakiemkolwiek grożącem im niebezpieczeństwie. Ujrzawszy swego wielkiego Tartarina, wchodzącego do budy ze strasznem, śmiercionośnem narzędziem na ramieniu, przelękli się. Widocznie grozi jakieś niebezpieczeństwo, skoro on.., ten bohater... oka przestrzeń przed klatkami opustoszała. Dzieci zaczęły krzyczeć ze strachu; damy spoglądały ku drzwiom. Aptekarz Bezuquet wymknął się, mówiąc, że idzie po swą strzelbę... Jednak zwolna poczęto nabierać odwagi widząc postawę Tartarina. Zimny, spokojny, z głową wzniesioną wysoko, przeszedł przez całą budę, nie popatrzył nawet na wanienkę, w której kąpała się foka; rzucił pogardliwe spojrzenie na długą, pełną słomy skrzynię, w której boa trawił surowe kurczęta i wreszcie stanął przed klatką lwa... Straszne i uroczyste spotkanie!... Lew taraskoński i lew afrykański patrzący sobie w oczy. Z jednej strony Tartarin, wyprostowany, napinając muszkuły łydek, obie ręce wspierając na strzelbie, — z drugiej strony lew, lew olbrzymi, wyciągnięty na słomie, mrugający oczami, jakby ogłupiały i zmarniały, opierający na przednich łapach olbrzymi łeb zdobny w żółtą perukę... Obaj spokojnie i zimno patrzyli sobie w oczy. Dziwna rzecz! Niewiadomo czy iglicówka podrażniła nieco lwa, czy też przeczuł on wroga swej rasy? Dosyć, że lew, który dotychczas z bajeczną pogardą patrzył na mieszkańców Tarasconu i ziewał całkiem swobodnie, nagle poruszył się jakby rozgniewany. Z początku zaczął węszyć, potem głucho zamruczał, ukazał swe pazury, wyciągnął łapy; potem powstał, podniósł głowę, potrząsł grzywą, otworzył niezmierny pysk i zwrócony ku Tartarinowi zaryczał straszliwie. Odpowiedziano mu okrzykiem przerażenia. Przerażony Tarascon rzucił się ku drzwiom. Wszyscy: kobiety, dzieci, tragarze myśliwi polujący na kaszkiety, nawet waleczny major Bravida... Tylko Tartarin z Tarasconu nie ruszył się z miejsca... Stał stanowczy i zdecydowany przed klatką, w oczach miał błyski, a na ową straszną minę znaną całemu miastu... Po chwili, gdy myśliwi polujący na kaszkiety uspokojeni trochę postawą Tartarina i silnymi drutami klatki zbliżyli się znowu do swego mistrza, tenże patrząc na lwa rzekł: — Tak! To są łowy! Tego dnia Tartarin z Taraeconu nie wypowiedział ani słowa więcej...

IX. Dziwne Skutki Optycznego Złudzenia

Tego dnia Tartarin z Tarasconu nie wyrzekł ani słowa więcej, a jednak nieszczęśliwy, powiedział za wiele... Na drugi dzień w całem mieście nie mówiono o niczem więcej, jak tylko o blizkim wyjeździe Tartarina do Algieru, na polowanie na lwy. Wzywam wszystkich czytelników na świadków, że on sam nic o tem nie powiedział, ani słowa... Ale cóż robić?... To są skutki optycznego złudzenia... Dosyć, że w Tarasconie o niczem nie mówiono, jak tylko o wyjeździć Tartarina. Na ulicach, w klubie, u Costecalda, ludzie zaczepiali się wzajemnie, z przerażonemi minami: — Wie pan już o najświeższej nowinie? — Rozumie się! — Tartarin wyjeżdża! — Prawda? Najniespodziewaniej wieść o wyjeździć do Algieru, zaskoczyła samego Tartarina. Ale tu w grę weszła próżność! Zamiast odpowiedzieć po prostu, że wcale nie ma i nigdy nie miał zamiaru wyjechać, biedny Tartarin, pierwszemu co go o to zaczepił, odpowiedział wymijająco: — No! Może być... Nie przeczę... Pogodziwszy się trochę z tą myślą, odpowiedział drugiemu: — Prawdopodobnie... A trzeciemu: — Tak to rzecz postanowiona! Nareszcie wieczorem, w klubie i u Costecalde’a, rozgrzany ponczem, oklaskami i światłem, upojony powodzeniem wywołanem w mieście zapowiedzią wyjazdu, nieszczęsny Tartarin, oświadczył zupełnie formalnie, że ma już dosyć polować na kaszkiety i ma zamiar wkrótce wyjechać do Algieru, by polować na lwy... Straszliwem „hurra" powitano to oświadczenie. Potem świeża waza ponczu, uściski dłoni, pocałunki i trwająca do północy serenada, przy pochodniach, przed małym domem w ogrodzie z baobabem. Tartarin-Sancho Pansa nie był wcale zadowolony, dreszcz go przenikał na samą myśl o tej podróży do Afryki i o tych łowach na lwy. Wróciwszy do domu, podczas gdy pod oknami rozlegały się dźwięki serenady, zrobił on straszną scenę Tartarinowi-Don Quichottowi, wymyślając mu od warjatów, lunatyków, nierozważnych głupców, wyliczając wszystkie katastrofy i niebezpieczeństwa grożące mu podczas tej podróży! rozbicia statków, reumatymy, żółte febry, dysenterje, dżumy, elefantiasis itd. itd. Daremnie Tartarin-Don Quichotte przysięgał, że nie będzie robić żadnych głupstw, że będzie uważać na siebie, ubierać się jak należy i weźmie ze sobą wszystko co potrzebne, Tartarin-Sancho Pansa nie chciał go wcale słuchać. Biedakowi zdawało się, że jest już poszarpany przez lwy, pochowany pod piaskami pustyni jak nieboszczyk Kambizes. Drugi Tartarin uspokoił go dopiero trochę wyjaśnieniem, że nic nie nagli, że zaraz nie trzeba jechać, i że ostatecznie jeszcze nie wyjechali. Rzeczywiście jest to zupełnie jasne, że nikt nie puszcza się na taką wyprawę bez odpowiednich przygotowań. Trzeba przecież wiedzieć dokąd się jedzie, a nie można puszczać się w drogę jak ptak. Przedewszystkiem Tarascończyk postanowił przeczytać wszystkie dzieła i opisy najwybitniejszych podróżników po Afryce, a więc Mungo-Parka, de Caillé, Livingstona, Henryka Duveyrtier. Dowiedział się stąd, że ci nieustraszeni podróżnicy puszczali się w drogę dopiero po odpowiednich długich przygotowaniach, przyzwyczaiwszy się do znoszenia głodu, pragnienia, do dalekich marszów, do najrozmaitszych niewygód. Tartarin postanowił pójść ta samą drogą i od tego dnia jedynem jego pożywieniem była „gotowana woda“. „Gotowaną wodą“ nazywają w Tarasconie zupę robioną w ten sposób, że do wody rzuca się kilka kromek chleba, główkę czosnku, nieco tymianku i bobkowych liści. Wszystko to gotuje się razem. Pierwszy krok był więc bardzo poważny, to też nic dziwnego, że biedny Sancho-Pansa skrzywił się mocno. Prócz przyzwyczajenia się do skąpego pożywienia, Tartarin z Tarasconu zaczął przyzwyczajać się do dalekich marszów. W tym celu codzień rano przymuszał się do wędrówki w około miasta i to siedem albo ośm razy bez przerwy, raz krokiem powolnym, potem krokiem przyśpieszonym, wreszcie biegiem trzymając łokcie na piersiach, a w ustach mając — wedle starożytnego przepisu — dwa białe kamyczki. Aby zaś przyzwyczaić się do nocnych chłodów, mgły, wilgoci, rosy, codziennie wieczorem schodził do ogrodu i pozostawał tam do dziesiątej, albo jedenastej godziny, sam jeden a jeden, z fuzją po za baobabem, jakby w zasadzce na zwierzynę. Wreszcie dopóki menażerja Mitaine’a pozostawała w Tarasconie, myśliwi polujący na kaszkiety, widzieć mogli ze sklepu Costecalda, jak o zmroku po przez plac Zamkowy, tajemnicza jakaś postać przechadzała się wzdłuż budy menażeryjnej. Był to Tartarin z Tarasconu przyzwyczajający się w ten sposób do ryków lwa wśród nocy ciemnej i do słuchania ich bez trwogi i drżenia.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…