Read here

Pieśniarz

Dante Alighieri · 1926 · Free in the US

14,007 words · about 59 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1926 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Pieśniarz&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1926
Length
14,007 words · about 59 min
Sections
5 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (5)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 48 min
  3. Przedmowa tłumacza about 1 min
  4. Dopisek about 1 min
  5. Uwagi about 9 min

Continue:

Front matter

ante lighieri

IEŚNIARZ

Przełożył i Uwagami Opatrzył

całość

ante lighieri

IEŚNIARZ

Przełożył i Uwagami Opatrzył

JULIUSZ FELDHORN

ITALICA

SZTUKA — KSIĄŻKA — WYDAWNICTWO

KRAKÓW

«Pieśniarzem» /Canzoniere/ Dantego nazywamy zbiór drobnych utworów, sonetów, kancon, ballat, sestyn, pisanych przez poetę w różnych okresach życia, a nie objętych zbiorem «Vita Nuova», ani nie wplecionych w osnowę «Convito».

Utwory te, zbierane i ogłaszane przez różnych ludzi i w różnym czasie, przeważnie późno po śmierci autora, przedstawiają chaos, w którym wiersze autentyczne mieszają się z nieautentycznemi. Krytyka toruje sobie przezeń z trudem drogę. Kwestja «Pieśniarza» nie jest tedy do dziś zamknięta, tembardziej, że przez czas długi «Boska Komedja» przysłaniała swą wielkością skromną wiązkę lirycznych utworów mistrza. Nic więc dziwnego, że nawet ostatnie, już w trakcie mej pracy opublikowane wydanie Società Dantesca Italiana /Barbi/, choć nazwane wydaniem krytycznem, roi się od luk, wątpliwości i niedopowiedzeń.

Miałem tedy, przystępując do pracy, względną wolność wyboru między niezliczonemi wydawnictwami dzieł Dantego. Wybrałem tekst Costéra /Milano/, zwięzły, o układzie i przejrzystym, ale nie pozbawiony omyłek i zaopatrzony w mierne uwagi. To też przywołałem w pomoc w dwu wyżej wymienionych zakresach tekst Fraticellego /Firenze/, bardzo obszerny, wolny od usterek formalnych i wzorowo objaśniony.

Przekład oparty na układzie Costéra i uwagach Fraticellego był już na ukończeniu, gdy otrzymałem wreszcie oczekiwany tekst Barbiego. tedy brzmienie przekładu w miejscach, w których tekst ten zbyt daleko odbiegał od poprzednich, gdzieindziej /n.p. sonet I./ zaznaczyłem w «Uwagach» warjanty, których uwzględnienie uważałem za niewskazane ze względów artystycznych, a wreszcie w «Dopisku» umieściłem trzy «posłania» /commiato, congedo/ kancony V, VI, i X, których w wydaniach wyżej wymienionych przy tych kanconach nie było.

Nie zmieniłem natomiast ilości utworów, zachowując te, które widnieją u Costéra, chociaż u Barbiego liczba ich zwiększyła się w dwójnasób. Z tego więc punktu widzenia uważać należy pracę niniejszą raczej za bogaty wybór «Pieśniarza», niż za jego przekład kompletny. Jedynie brak zupełny tłumaczenia tych utworów na język polski skłonił mię do tego, aby wydawnictwa na czas nieograniczony nie odkładać.

Rzucając w świat niniejszy przekład «Pieśniarza» Dantego, nie uważam tedy swej pracy za ukończoną. Tekst powiększony o szereg utworów tu nieumieszczonych i zbliżony we wszystkich szczegółach do wydania Soc. Dant. jest przedmiotem mej obecnej pracy i znajdzie się w nakładzie drugim «Pieśniarza».

W Krakowie 1925.

Utwory pokrewne Vita Nuova.

SONET I.

HCIAŁBYM, by Lapa i ciebie, Gwidonie, W cudowny sposób wraz ze mną porwano I przeniesiono w jakąś łódź nieznaną, Byśmy dowoli mknęli w morskie tonie.

Gdy nieprzychylny wiatr nas nie owionie I burz odmęty nie obmyją pianą, Te same myśli w pamięci powstaną I zapragniemy ostać się w swem gronie.

A monnę Vannę, oraz monnę Bice I ową, która cyfrę ma trzydzieści, Umieści z nami dobry ten czarodziej.

Gawędzić będziem długo w chwiejnej łodzi O snach miłości; słowa tej powieści Im i nam dadzą równą część słodyczy.

SONET II.

dzień Wszystkich Świętych minionego roku Widziałem w tłumie pań szlachetnych wiele, A wśród nich jedną, zda się na ich czele, Wiodącą Miłość u prawego boku.

A miała dziwny jakiś płomień w oku, Jakgdyby dusza jaśniała w jej ciele; Gdym spojrzał bystro, dostrzegłem aniele Skrzydła ukryte w źrenicach głęboko.

Godnym tej łaski słała pozdrowienie Anielskich oczu, cicha i łaskawa, A dziwną siłę miało jej spojrzenie.

Wierzę, że z nieba zstępuje jak zjawa, Aby na ziemi przynosić zbawienie Temu, przed którym w krasie swojej stawa.

SONET III.

OWIEDZCIE, jeśli jest to waszą wolą, Skąd powracacie takie zamyślone, Bo niepokojem o mą panią płonę; Onaż przyczyną jest waszego bolu?

O najpiękniejsze, wy nad moją dolą Zlitujcie się i zwróćcie w moją stronę, By rzec biednemu wieści upragnione, Które mu chwilę szczęsnym być pozwolą!

Choćbyście miały smutną dla mnie wieść — I tak już miłość mi złamała życie, Że obojętną jest mi jego treść.

Jak nędzny jestem, dobrze to widzicie; Przyjdzie mi tedy to najgorsze znieść, Jeśli wy, panie, mnie nie pocieszycie.

SONET IV.

słodkie rymy, niosące orędzie, By precz od pani iść sny wijąc wieszcze, Ktoś przyjdzie do was, (jeśli nie był jeszcze), A wy powiecie: «Bratem naszym będzie».

Klnę was przez ową moc, co rządzi wszędzie, W dziewczęcych sercach pierwsze niecąc dreszcze, Precz go wypędźcie, bo dzisiaj wam wieszczę, Że nigdy nie stał z prawdą w jednym rzędzie!

Lecz jeśli mowa jego was nakłoni, By do swej pani znów powrócić skrycie, Niech stopy wasze rychło do niej kroczą.

Powiedzcie: «Pani, to nasze przybycie Ma dziś na celu wyzwolenie z toni Kogoś, kto płacze: Gdzie jest sen mych oczu?».

SONET V.

OZNAŁEM wcześnie, co Kochanie znaczy, Zanim dziesiąte me nadeszło słońce; Wiem jak owłada, jakie jest męczące, Wiem jak się pod niem chyli, śmieje, płacze.

Kto przeciwstawi mu rozum prostaczy, Lub cnotę, czyni jak ci, co tonące Łodzie ratują bijąc w dzwony grzmiące, By burzę zgłuszyć, która zgon im znaczy.

Kto wklęty w Miłość, tego nigdy jeszcze Wola nie była całkowicie wolna, Nic nie zdziałały sny doradców wieszcze.

Nową też strzałę w serce wbić jest zdolna I ująć w pragnień nieznajomych kleszcze, Gdy dawna Miłość utrudzi się zwolna.

BALLATA I.

pielgrzymim stroju mądrej posełkini Idź już ballato i nie zwlekaj w drodze, Do pięknej pani, której cię przywodzę, A która życie me tak biednem czyni.

Powiedz jej naprzód o smutku mych oczu, Co niegdyś patrząc w jej anielską postać Przywykły zdobić się wieńcem pragnienia. Dziś strachem śmierci tak wielkim się mroczą,

Od kiedy przy niej nie mogły pozostać, Że znają tylko girlandę cierpienia. Biada mi, nie wiem, jak wywieść je z cienia, Ni dokąd zwrócić, by oddać im radość; Wkrótce śmiertelna ogarnie je bladość, Gdy nie dosłyszysz moich próśb, bogini!

BALLATA II.

ESTEM dziewczynką ładniutką i młodą, Która przyszedłszy chętnie wszystkim wyzna, W jak pięknym kraju leży jej ojczyzna.

Wybiegłam z niebios i wrócę w nie jeszcze, By blask mój innym rozkosz wielką dawał; Kto mnie dostrzeże, już mu miłość wieszczę, Chyba, że nigdy uczuć nie doznawał: Wszystkich rozkoszy spłynął na mnie nawał, Odkąd spoiła mnie Natura żyzna Z tym, co wam, panie, moje służby przyzna.

Każda gwiazdeczka część swoich promieni I swojej mocy do mych ócz przelała. Ludzie pięknością moją są zdziwieni, Bo ona w niebie swój początek miała; Tutaj ją poznać, to trudność niemała, Bo ten, kto miłość taką pojął i zna, Że z poświęcenia jeno płynie, wyzna.

Wszystkie te myśli budzi anielica, Która niedawno nam się tu zjawiła: Mnie, żem zbyt długo patrzył się w jej lica, O mało życia moc nie opuściła; Ranę zadała mi miłości siła. Jęczeć wciąż będę — tak mnie pali blizna, Choć niepokoju dusza ma nie wyzna.

KANCONA I.

YŚL beznadziejna, która w przeszłość patrzy, W ten czasu okres, co minął na wieki, Z sercem mem biednem walczy z jednej strony; A chęć kochania drogę moją znaczy Ze strony drugiej w słodki kraj daleki, Kraj, co przeze mnie został opuszczony: Nie czuję w sobie tej siły szalonej, Bym mógł się dłużej w walce owej bronić, Chyba, że zechcesz, dobra pani, dać mi Siłę (ta wszystko zaćmi I mnie pozwoli w walce się osłonić). Racz mi więc przysłać swoje pozdrowienie, Które mnie wzmocni i da ocalenie.

Niechaj cię, pani, to błaganie skłoni, Byś przyszła w serce wziąwszy kształt anioła, W serce, co czeka twej pomocnej zjawy; Tak dobry władca nie wstrzymuje koni, Kiedy ma pomóc słudze, co nań woła, Nie jego broniąc, lecz swej własnej sławy.

A wtedy cięższym zda się los mój łzawy, Gdy wspomnę miłość, która ręką boską Wskrzesiła w sercu obraz twój wyryty: Powinnaś tedy i ty Większą niż zwykle otoczyć je troską; Bo ta potęga, która szczęście stwarza, Obrazem owym mocniej mnie rozżarza.

A jeśli pragniesz, słodka ma nadziejo, Zadośćuczynić temu, o coć proszę, Wiedz, że już dłużej czekać cię nie mogę, Ostatki mocy mojej już widnieją. I to rozumiesz już zapewne, — wnoszę, — Jaką szukając ciebie czuję trwogę; Bo każdy ciężar, idąc w życia drogę, Człowiek na barkach swoich zniesie raczej, Nim wypróbuje pośród ludzi wiela Dobrego przyjaciela; Bo gdy u niego hardość złą obaczy, A jemu oddał miłość swą rozrzutną, Śmierć dlań nie będzie bardziej złą i smutną.

Ty jesteś ową, którą ja miłuję, Która największy dar mi złożyć może, Ku tobie każda ma nadzieja leci; By tobie służyć, życia przędzę snuję, Zaszczytów, które w twem imieniu mnożę, Chcę i pożądam; wszystko inne nieci

Mą niechęć; jeno ty mi dasz na świecie, Czego nikt nie mógł; Tak i Nie w twe dłonie Złożyła Miłość; duma moja ninie I wiara w ciebie płynie Stąd, że poznałem duszy twojej tonie Tak przeźroczyste, że kto na cię spojrzy, Ten zaraz dobroć twą litosną dojrzy.

Więc pozdrowienie niech nadejdzie twoje, Zagości w duszy, która nań czekała, Jakom ci rzekł już, szlachetna ma pani: Lecz wiedz, że innym święte te podwoje Na klucz zamknęła ta Amora strzała, Która oddawna moje serce rani, Od dnia, gdym tobie położył je w dani — Teraz zamknięte są mocą Miłości I rozwierają się jeno jej wolą. Dlatego też mnie bolą Twe pozdrowienia, gdy ich dech zagości Bez towarzystwa potężnego pana, W którego mocy dusza ma skowana.

Kancono, lot twój niechaj będzie szybki! Wiesz przecie, jaki przeciąg czasu mały Ostał tym ustom, które cię posłały.

KANCONA II.

IERPIENIE moje urasta tak bardzo, Że tyleż samo bolu Sprawia mi litość, co straszna tortura, Niestety! Czuję, że westchnienia gardzą Moją niemocną wolą I dech ich wzbiera w duszy biednej, która Oczu twych blaskiem trafiona, jak chmura W dłoniach Miłości rozwarła się cała, A ta ją wiodła w kres śmiertnego losu. Jakaż słodka, wspaniała, Łagodna byłaś, gdy oczy wzniesione Spojrzały w moją stronę I od jednego zgubiły mnie ciosu Mówiąc: «Spojrzenia nasze pokój niosą».

«Dałyśmy sercu spokój, wam rozkosze» — Mówiły wiele razy Oczy mej pięknej pani do mych oczu; Bowiem wiedziały o tem dobrze, wnoszę, Że piękność ich bez skazy Zdobywa duszę moją mgłą uroczą.

Dziś wraz z Miłością precz odemnie kroczą, Aby zwycięskie źrenic tych spojrzenie Ostało zawsze dla mnie niezbadane. Nie dziw, że spadły cienie Na serce, które nadzieję straciło. Uczuć śmiertelną siłą Jej poślubione przez moce nieznane, W śmierć powędrować musi rozkochane.

Więc rozkochana idzie teraz płacząc, Rzuciwszy precz to życie, Niepocieszona dusza, którą goni Miłość, boleścią ślad jej drogi znacząc, Tak, że sam Stwórca skrycie Patrząc się na nią, łzę litości roni. W najgłębszej serca zamknęła się toni Z tą resztką życia, którą jej zachować Jeszcze udało się, gdy szła swą drogą. Tam pragnie lamentować Nad tą, co z świata ją wypędza marnie; Potem ręką przygarnie Duchy, co płaczu powstrzymać nie mogą, Na zawsze z nią się żegnając niebogą.

I przecie ciągle obraz owej pani Sny we mnie budzi łzawsze, Wciąż mi króluje, ma miłość ją widzi. Ból jej nie cięży, co mnie przypadł w dani;

Jest piękniejsza niż zawsze I zda się śmiechem swym wesołym szydzi I zabójczemi oczyma zohydzi Duszę, co płacze nad tem, że odchodzi: «Precz idź, nieszczęsna, możesz odejść śmiele!» Żądza ten wrzask rozwodzi, Ta sama żądza, która wciąż mnie męczy, Choć serce już nie jęczy, Bo czucie jego jest już słabsze wiele I koniec męki wnet się przed niem ściele.

Odkąd wstąpiła w okrąg mego świata, Według słów, które pisze Blednąca z czasem pamięci mej księga, Nikłe me ciało, tak ubogie w lata, Pragnieniem nowem dysze. Tak przeraziła mnie owa potęga, Że, gdy po wszystkie me zalety sięga, By je ujarzmić, ciało me się chyli I padam słysząc jej głos drżący w głuszy. I (wszak księga nie myli) Najwyższy duch mój drżał jak mara blada, A teraz w śmierć zapada I towarzyszyć będzie mojej duszy A miłość dawna już go nie poruszy.

Szlachetne panie, mój głos niech was wzruszy! Na jedną ja się żalę

Piękność niezmierną; gdy ta się zjawiła, Najszlachetniejsza z wszystkich władz mej duszy W niemym patrzyła szale, Nie wiedząc, jaka zgubna jest jej siła. A przecie czuła, że w niej się budziła Żądań potęga w tym wielkim podziwie; Więc innym władzom skarżyła się na nią: «Oto już piękność żywie, Na której widok czarami zaklęty, Strach nas ogarnia święty. Odtąd nam wszystkim będzie władną panią I kędy zechce, tam pójdziemy za nią».

Mówiłem do was, szlachetne dziewczęta, Mające oczy zdobne powabami I umysł skłonny miłość śnić uroczą! Niechaj więc idą z wami Te słowa moje, gdy utracę życie, A może wybaczycie Śmierć mą dla owych najpiękniejszych oczu, Które me serce bezlitośnie toczą.

KANCONA III.

MIERCI, iż nie mam poskarżyć się komu, Że mi nie wtórzą westchnienia prostacze, Gdzie się popatrzę — i gdziekolwiek stanę, Że jesteś ową, która z mego domu Wzięła nadzieję, że dziś nic nie znaczę, Gdy wokół płacze — morze klęsk nieznane, Że moc lwa, Śmierci, życie me na zmianę Szczęściem i nędzą wedle woli winie, Do ciebie zwracam twarz mą bladą ninie, Na której zgonu płomienie już gorą. Idę do ciebie, ulecz moją ranę! Błagam cię, Śmierci, niechaj mnie nie minie To szczęście słodkie i niechaj nie zginie Ta, co odwiodła mnie z błędnego toru; Z niej wszystkie cnoty swój początek biorą.

Śmierci, nie powiemć, jaką niszczysz ciszę, Kiedy przybędę płacząc przed oblicze Twoje zwodnicze; — kto oczy me zbada Od łez wilgotne, kto dojrzy jak dyszę Smutkiem i twoje stygmaty już liczę, Pojmie, co życzę. — O biada mi, biada! Gdy tak mnie zwodzi mgła przestrachu blada,

Jak jęczeć będę, gdy męki mnie drasną? Skoro jej oczu gwiazdy piękne zgasną, Wiem, że ostatnia ma chwila wybije, Bo przewodniczki nikt mi już nie nada A ciebie męki uradują moje Tak, że się teraz tego tylko boję, Że, gdy chcąc wreszcie zgnieść boleści żmije Zapragnę umrzeć, nikt mnie nie zabije.

Śmierci, jeżeli zabijesz tę piękną, Co wszystkie cnoty, któremi świat włada, W pełni posiada — jak to każdy widzi, Zabijesz cnotę, więc więzy jej pękną; W miejsce wyśmianej zapanuje zdrada; Dłoń, co cios zada — litości się wstydzi. Dlaczego gniew twój piękna nienawidzi, Co świeci jaśniej, niźli te światłości, Których blask gwiezdny gościńce wymości Promieniom z nieba na ziemskie stworzenia? Czyn twój rozłamie, zniszczy i zohydzi Szlachetną wiarę prawdziwej miłości. Śmierci, gdy zgasisz jej światło w swej złości, To miłość, która nigdy się nie zmienia, Powie: «Znikł symbol mojego istnienia».

Śmierci, to straszne nieszczęście cię wzruszy, Które nastąpi, jeśli ona zginie, Bo niema ninie — zła większego dla mnie.

Niechaj zwrócona w stronę mojej duszy Strzała się z łuku twojego wywinie I mnie ominie — lub nie wyjdzie na mnie! Na łaskęć Bożą klnę! Nie działaj kłamnie! Okiełznaj nieco żądzę nieskiełznaną, Co ci kazała straszną zabić raną Tę, której Bóg słał łaskę swoją wszędzie. Zlituj się, Śmierci, jeśli możesz! A mnie Pozwól obaczyć to radosne rano, Kiedy anieli niebiańscy tu staną, Aby jej świętej duszy nieść orędzie, Że tam, na niebie, nagrodzona będzie.

Kancono, widzisz jaka nić cieniutka, Do której moją przytwierdzam nadzieję: Niechże się dzieje — ze mną co z mą panią! A więc ma pieśni cicha, skromna, krótka, Nie zwlekaj w drodze i przejdź swe koleje, Bom zwierzył dzieje — swe twemu śpiewaniu. Do Śmierci wędruj, ma pieśni! Spójrz na nią Z ową skromnością, którą wszyscy znamy, Tą, co srogości przełamuje bramy, Aby plon łaski wzięły pieśni twoje. A gdy tak pięknie prosić będziesz za nią, Że zrezygnuje nawet z chęci samej, Leć z dobrą wieścią do swej pięknej damy! Niechaj daruje światu blaski swoje Ta dusza piękna, o której ja roję.

Utwory pokrewne Convito.

KANCONA IV.

E Miłość całkiem mnie już opuściła, Nie ma to siła Zrobiła; — chętnie mnie nie odwiedzała, Ale że litość znała, Bolejąc nad mem sercem, Słuchać nie mogła długo jego płaczu; Więc śpiewać będę, zimny jak mogiła, Nie jak mówiła Ta siła, — co złe w dobre zmienić chciała: Zdawać mi się przestała Złość wszelkich cnót kobiercem, Odblaskiem wdzięków, które tyle znaczą, Że kogo zdobić raczą, Czynią go godnym cesarskiej purpury. Lecz wdzięk prawdziwy z góry Oznacza miejsce, gdzie cnota przebywa: Więc jeśli w pieśni, tak jak mam ochotę, Tę chwalić będę cnotę, Powróci do mnie Miłość ma szczęśliwa.

Zdarza się taki, co na wszystkie strony Pracy swej plony, Szalony — rzuca sądząc, iż w tych rzędzie Po śmierci stawion będzie, Co jawią się w wspomnieniu Tym, którzy prawdy istotę zgłębili; Lecz mądry jest mu źle usposobiony; Za skromność czczony, Z ich strony — widzi straty, które wszędzie Ponosi, kto orędzie Ich w swem doświadcza mieniu; Boć pogląd błędny wielu głupich zmyli. Któż nie zgani w tej chwili Tych, którzy żyją dla żeru, rozpusty, I zdobni jak w zapusty, Swą cenę podnieść chcą odzieniem świetnem? Mędrzec człowieka nie ceni z odzieży, Lecz wartość jego mierzy Mądrością wielką i sercem szlachetnem.

I bardzo często taki człowiek bywa, Co śmiechem skrywa, Że żywa — prawda jeszcze mu nieznana, A głupcy gną kolana, Kiedy się śmieje z rzeczy, Których myśl żadna dotąd nie poznała. Człek taki górnej wymowy używa, Twarz jego bywa

Szczęśliwa — skoro tłum zeń czyni pana; Lecz nigdy ukochana Nie odda jego pieczy Serca, gdy pozna, że błazna spotkała; Jego też myśl nieśmiała, Niezdolna pojąć wdzięku ni piękności, Jak złodziej drży w ciemności, Polując w nocy za podłą rozkoszą; Staje się bliskim bezmyślnym zwierzętom, Choć wdzięku nie odjęto Tym pięknym paniom, co go dawno noszą.

Choć niebios siła zguby jej nie chciała, Rycerskość cała Skonała — dzisiaj u rozlicznych ludzi; Mnie jednak to nie brudzi Dzięki szlachetnej pani, Której czyn każdy posiadł łaskę cnoty. Więc o niej śpiewać pragnie pieśń ma śmiała: Gdyby milczała, To zdała — by się tą, co zdradą łudzi. Niech więc ma myśl się trudzi, By cnocie przynieść w dani Najmilsze rymy, choć niema nikogo, Kto pieśń mą przyjmie drogą. Na tego klnę się, co Miłością zwie się I szczęście z sobą niesie, Że cnotą jeno dobyć można chwały;

Ponieważ ową tylko mam na pieczy, Tedy nikt nie zaprzeczy, Że z cnotą złączon będzie śpiew mój cały.

Rycerskość nie jest przecie czystą cnotą, Bo źli jej złotą Nić plotą, — ale gardzą nią wytrwale Ci, co nie dbają wcale O blask doczesny bytu, Lub ci, co wiedzy życie ślubowali. Więc choć jest chwałą rycerskiego lotu, Nie umknie grotu, Gdyż oto — kryje w swe powiewne szale Szlachetność wprawdzie, ale Także i złość ukrytą; Lecz cnota wszystkim się zarówno chwali. Gdy z nią się razem pali Miłość płomienna, oraz jasna Radość, Tedy uczynią zadość Warunkom wdzięku, których nic nie zwarzy; Podobnie słońcu łączyć rozkazano Ciepło i jaśń świetlaną, By lśniły z jego doskonałej twarzy.

Wdzięk jest podobny owemu planecie, Co we wszechświecie Blask nieci — niknąc co dnia na zachodzie I promieni powodzie

Śle na życie i cnotę; Całą materję przenika to lśnienie, A gardzi człekiem, który niby dziecię Fałsz z prawdą plecie, A przecie — drzewo, co z słów jego wschodzi, Owoców nie urodzi; Więc choćby miał ochotę, Szlachetni jeno zdobędą to mienie, Bo wszędy nikną cienie, Gdzie przyjdzie owa dobroczynna pani, By radość przynieść w dani; Kto jej ślubuje, zazdrościć mu trzeba, Choć źli rycerze, marni i fałszywi Będą jej zawsze krzywi, Że jest podobna do gwiezdnego nieba.

Jej ulubieniec, czy daje, czy bierze, Nie płacze szczerze; Wszak w mierze — równej słońce blask śle wszędzie, Lecz wołać gwiazd nie będzie, By światło mu wróciły; Zysk i utrata jest mu równie miła. Gniewnym wyrazom zamknął w sercu dźwierze, Silny w swej wierze Obierze — zawsze prawdziwe orędzie I pośród tych zasiędzie, Którym skronie owiły — Mądrość niezmierna i duchowa siła.

Gdy głupi mówi wiła, Chwalić nie będzie, ale szczerze zgani, Zaszczyt niesiony w dani Przyjmie bez dumy, lecz skromnie, naiwnie, A tam szlachetność okaże wrodzoną, Gdzie godnie ją ceniono: Ci, co dziś , działają przeciwnie.

KANCONA V.

MUTEK w mem sercu obudził pragnienie, Abym wam pełną prawdę opowiedział; Choć więc głęboki przedział Dzieli me słowa od słów innych ludzi, Nie dziwcie się, me panie, Ale przyznajcie, jak złem wasze chcenie! Prawom Amora piękność żądzę budzi, Lecz nigdy cnót nie łudzi; Że o tem prawie umysł wasz nie wiedział, Stąd wasze obłąkanie. Wam, którym dziś się śmieje z ócz kochanie, Wiele piękności dano, Lecz cnotę nam przyznano; A więc, gdy Amor z dwojga czyni jedno, Zatraćcie miłość biedną I skryjcie piękna dar bezużyteczny, Bo nam brak cnoty jasnego stygmatu. Ach! Cóż ja wieszczę światu? Że wam się godzi za to Ku chwale cnoty i prawdy odwiecznej Porzucić piękność i żal wziąć serdeczny.

Człowiek, co cnotę od siebie oddali, Jest tylko zwierzem podobnym do człeka. Jakaż droga daleka, Zmienić się w sługę, gdy się było panem I w śmierć pójść ciemną z życia! Cnota swojego stwórcę zawsze chwali I przed nim tylko chyli się kolanem, Gdy łaski lśnieniem znanem Amor ją podnieść raczył po wiek wieka W niebiański dwór z ukrycia. Lecz chętnie rzuca raju boskie śnicia I do swej pani wraca; Radośnie lot swój skraca, Wesoło wszczyna swą służbę wasala, Ozdabia i ocala Wszystko co spotka podczas krótkiej drogi I nie dba o śmierć, bo ta nią nie włada. Dzieweczko czysta, blada, Niebiańską jest twa rada! Przez ciebie człowiek panem jest; jak bogi Wiecznie się cieszy, kto ma dar twój drogi.

Rabem nie pana, lecz podłego sługi, Kto jej poddanym zostać się nie zgodzi, Bo wiele zła się rodzi, Gdy kto na żadne szkody nie uważa I pójdzie precz z jej służby. Taką jest władza tego pana — sługi,

Że oko, które jasność myślom stwarza, Moc jego niszczy wraża I każdy potem w mgle szaleństwa brodzi Pod jego wodzą. Któżby Nie pojął przestróg mojej dobrej wróżby? Lecz, że jest rzeczą żmudną Pojąć myśl nazbyt trudną, Więc treść i formę w prostsze ujmę słowa; Boć każda myśl ma nowa Pod tą osłoną ciemną wszystkim będzie. Otwarcie powiem, co mi dobrem zda się, A mówić nie chcę dla się, Lecz tej złych ludzi masie, Która uczynki złe popełnia wszędzie: Przestrogą winnym chce być to orędzie.

Kto niewolnikiem jest, za swoim panem Nie wiedząc dokąd, śpiesznie stawia nogi Pośród bolesnej drogi; Tak skąpca pędzi żądza posiadania I włada nad nim wszędzie. Biegnie więc skąpiec za szczęściem nieznanem, (Ślepy rozumie, któż ci dojrzeć wzbrania Marność tego starania?) Lecz liczby rosną, skarb najbardziej drogi Zbyt małym wkrótce będzie, Aż śmierć go zrówna z wszystkiem i zdobędzie. Mów, cóżeś zyskał w świecie,

Skąpcze, ślepy jak dziecię? Cała twa zdobycz niczegoć nie zyska. Przeklęta twa kołyska, Nad którą sny ci takowe śpiewano; Przeklęty chleb twój i stracone jadło, Lepiejby psom przypadło, Nim tyś niem pasł swe sadło, Iżeś oburącz, i wieczór, i rano Rwał, zbierał to, coć teraz odebrano.

To, co z chciwością zbytnią jest zebrane, Rozsypie się też wkrótce niemniej chciwie. A przecie tylu żywie Chciwości rabów; wiele trudów zniesie Ten, kto się jej opiera. Fortuno, śmierci, ciosy wasze znane Nie błysnąż w skarbów nieprzebranych lesie? Lecz komuż to przyniesie Korzyść? Wszak wszystkich nas nielitościwie Otacza jedna sfera, Rozum z nią nawet przymierze zawiera I mówi: «Jam jej sługa». Ach! Marnaż to zasługa, Kiedy niewolnik lepszym jest od pana; Toć hańba jest nieznana, Jeśli myśl moją dobrze rozumiecie. Złe bestje, których oddech wszystko brudzi! Widzicie jak się trudzi

Tylu bezgrzesznych ludzi Wśród wzgórz i bagien z łachmanem na grzbiecie, A wy zgniliznę w skarbach ukryć chcecie.

Cnota, co z wrogiem pokój zawrzeć pragnie, Do skąpca nawet przychylnie się zwraca, Lecz na nic jest jej praca; Wejść w służby jej nie myśli ani chwili I gardzi wciąż jej strawą; Gdy jej zaklęcie jeszcze go nie nagnie, Rzuca mu strawę (długo tak się sili), Choć on się po nią schyli Dopiero, gdy się już odeń odwraca; Tak przykrą to dlań sprawą. A gdy coś daje, zda mu się, że prawo Powszechnej zyskał chwały. Na każdy datek mały, Czyto zwlekaniem, czy też obietnicą, Czy w żal odziawszy lico, Taką sprzedaży cenę ustanawia, Że ten, co wziął go, zawsze się już wzdraga. Tak tego, który błaga Zbezcześci i osmaga, Że lepszem zda się, gdy datku odmawia. Sobie i drugim skąpiec smutek sprawia.

Odkryłem wam więc, panie, podłość całą Tych ludzi, których godne są spojrzenia

Waszego potępienia; Lecz przemilczałem wiele z owej rzeczy, Bo wstyd mi mówić o niej. Grzechów się siła w każdym uzbierało, Boć rzecz pokrewna krewną ma na pieczy; Miłości kwiat się leczy Ssąc wszystkie cnoty ze swych cnót korzenia, By zawitały do niej. Nim pieśń się skończy, jeszcze wam odsłonię Tę prawdę: Niechaj żadna Nie mówi, że jest ładna, A więc w kimś takim miłość wzbudzić zdoła, Bo trzebaby już zgoła Przestępstwa nazwę nadawać piękności, Jeżeli miłość jest zwierzęcą żądzą. Ach! Jak te panie błądzą, Które swą piękność sądzą Od cnót odrębną w niepoprawnej złości I oddzielają rozum od miłości.

KANCONA VI.

RZY panie weszły w serca mego progi I usiadły u dźwierzy, Bo Amor się w niem szerzy I w ręku swojem dzierży moje życie. A cnót i piękna zasób w nich tak mnogi, Że nawet on nie wierzy, Ten, który w sercu leży I mówić o nich śmie zaledwie skrycie. Zbolałe, biedne teraz je widzicie, Jakby samotne i skądś wypędzone Wracały umęczone, A ich szlachetność nic już nie znaczyła. Był niegdyś czas, gdy miła Zdała się światu ich anielska cnota; Teraz je ludu moc znienawidziła, Dlatego je ochota Przywiodła własna przed dom przyjaciela, Gdzie jest pan znany z pieśni moich wiela.

Jedna się gorżko na swą dolę skarży I niby róża ścięta Pochyla głowę, święta,

A naga ręka, boleści podpora, Czuje łez strumień spływający z twarzy, Druga zaś kryje zgięta Twarz, którą boleść pęta; Nieopasana idzie, bosa, chora, Przez zdartą szatę widzi wzrok Amora To, o czem raczej zamilczeć wypada. A on podstępnie bada O to, skąd przyszła, o powód cierpienia: «Ach! Trochę pożywienia!» (Ona mu na to z westchnieniem odrzecze) «Natura moja tak me losy zmienia I w twą oddaje pieczę. Biedna i bosa, w pstre odziana szmatki, Ja jestem Prawość, siostra twojej matki».

Skoro skończyła smutną swoją powieść, Boleść i żałość chwyta Pana mego, że pyta Kim są dwie inne, które wraz z nią kroczą. A ona skargą chcąc cierpienia dowieść, Gdy tę w nim myśl wyczyta, Mówi żalem przybita: «Niczegoż moim nie oszczędzisz oczom?» Potem zaczyna: «Wiesz przecie, uroczą Rzeczką wypływa Nil ze swego źródła Tam, kędy ziemi strzegą Przed silnym blaskiem słońca wierzb korony,

W dziewiczej fali onej Tę urodziłam, co w jasne warkocze Zbiera łzy, idąc u mej prawej strony. To dziecię me urocze, Patrząc w swą postać ponad jasną strugą. Zrodziło cudną tę dzieweczkę drugą».

Wzdychając Amor milczał chwilę małą I oczy łzą wezbrane, Tak przedtem roześmiane, Do kobiet zwrócił i twarz swą zasępia. A potem smutnie przyjrzał się swym strzałom I rzekł: «Nieużywane I rdzą poogryzane Strzał moich ostrze daremnie się stępia. Umiarkowanie zżarła zazdrość sępia A Hojność wdziała żebraczy strój biedy; Lecz kiedy tak jest, tedy Niech płaczą oczy tych, których to boli, Niech skarżą się dowoli Usta skazanych żyć pod gwiazdą taką. Lecz my, co wiecznej zażywamy doli, Wzlecim podobni ptakom, Ból zniósłszy, aby przezeń znaleść właśnie Tych, którym strzała moja byt rozjaśni».

A ja, com słyszał ową mowę boską Wygnankom ku pociesze,

Radość objawić śpieszę, Że i mnie dano zaszczytne wygnanie. A jeśli los chciał, o odwieczna trosko, By białych kwiatów rzesze Rzuciły swe pielesze, Toć śmierć wśród dobrych szczęściem mi się stanie. Gdyby nie oczu moich rozkochanie W tym pięknym znaku, który mnie zapala I wciąż czaruje zdala, Lekkiem byłoby to, co jest nad siły; Lecz żar ów moje żyły I kości wszystkie spalił już na próchno; Już klucze śmierci pierś mą otworzyły. Więc żale moje głuchną, Bowiem lat piętno mnie już rozgrzeszyło, Jeśli się wina maże skruchy siłą.

Kancono! Niechaj nie tknie nikt twej szaty, By odkryć to, co skromna pani kryje! Niechaj ręce niczyje Nie uszczkną jabłka, co im słodkiem zda się. Gdy ktoś po długim czasie W przymierzu z cnotą przyjdzie i wybłaga, Byś mu zjawiła się w swej całej krasie, Stań przed nim wtedy naga I niech rozkwitną kwiatów twych kobierce, Wnosząc pragnienie w rozkochane serce.

KANCONA VII.

IŁOŚCI, widzisz przecie, że ma pani Przykazań twoich nie zna po wsze czasy, A przecie wszystkiem pięknem rządzisz, pani. Odkąd me serce woła na nią: Pani! — Jako chciał blask twój, co mym oczom świeci, W złą okrutnicę zmieniła się pani; Serce jej pewnie, to nie serce pani, Ale zwierzęcia, — dla miłości zimne. Czy upał dysze, czy-li wichry zimne, Zda mi się zawsze postać owej pani W natchnieniu kutą z najpiękniejszej skały Przez tego, który martwe rzeźbi skały.

A ja, co trwalszy byłem, niźli skały, Wiernie ci służąc dla piękna tej pani, Cierpię bezwolnie z winy owej skały; Jak rzecz szkodliwą rozbiłaś o skały Serce, coć wiernem było długie czasy; I pozostało martwe, jak ze skały. A nikt nie znajdzie tej cudownej skały, Co Słońca blaskiem, albo własnym świeci

I taką moc ma jaśń jej, że gdy świeci, Zbawić mnie może z mocy owej skały, Która zawiedzie mnie w krainy zimne, Gdzie serce moje w śmierć odejdzie zimne.

Panie, ty wiesz, że wichry bardzo zimne Zmieniają wodę w kryształowe skały Tam na północy, kędy kraje zimne Powietrze tworzą, co z natury zimne Tak zmienia się, że wilgoć jest jak pani W dalekich krajach, gdzie tak wszystko zimne. Dziś krwi mej strugi w żyłach równie zimne, Popłyną wolno już po wszystkie czasy I myśl, co wszystkie me zapełnia czasy, Cała się zmieni w łzy wilgotne, zimne. Tyle ich jeszcze w oczach mych zaświeci, Bo pamięć o niej wciąż w nich jeszcze świeci.

W niej wszelkie piękno blaskiem jasnym świeci, Lecz w głębi serca okrucieństwo zimne Śpi w mroku, kędy promień twój nie świeci; Oto dlaczego piękność jej mi świeci Kędy się zwrócę — na odłamach skały I wszędy, wszędy, gdzie słońce się świeci. A wdzięk jej oczu tak słodko mi świeci, Że żadnej innej nie pokocham pani: Gdyby litosną była mi ta pani, Którą przyzywam w noc i kiedy świeci

Słońce, służyłbym jej po wszystkie czasy I w tem pragnieniu długie przeżył czasy.

A więc Miłości, której życia czasy, Jak Ruch odwieczne i jak Blask, co świeci, Litość miej wielką i zmień smutne czasy! Wnijdź dziś w jej duszę po najdalsze czasy, Wypędź z jej głębin dech śmiertelnie zimny, Który mi niszczy najpiękniejsze czasy! Bo gdy nie miną beznadziejne czasy, Tedy w obliczu onej pięknej skały Polegnę martwy pod brzemieniem skały, By wstać, gdy wszystkie ukończą się czasy I wtedy ujrzeć, czy jest jaka pani Piękniejsza od mej bezlitosnej pani.

Kancono, myśl mą wciąż zajmuje pani, Która, choć była dla mnie nakształt skały, Pomogła przecie strach mi zabić zimny, Tak, że dziś pragnę zmienić kształt jej zimny W pieśń, co nieznaną formą swoją świeci I nikt jej dotąd nie znał w żadne czasy.

KANCONA VIII.

ten punkt przyszedłem niebieskiego koła, Gdy o zmierzchaniu gdzieś na horyzoncie Jawi się w niebie dwójka gwiazd bliźniacza, Gwiazda miłości jeno wzejść nie zdoła, Bo jej promienie przemoc słońca mąci I jak w zasłonę, w blaski swe otacza. A ów planeta, który mróz roztacza, Zjawia się cały w południowym łuku, Gdzie wszystkich siedem mało daje cienia. A przecie się nie zmienia Myśl ani jedna z tych, które się tłuką W pamięci mojej silniejszej od skały I wiecznie tkwi w niej jej posąg ze skały.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…