Front matter
EMIL ZOLA.
NOWELA.
TŁÓMACZYŁ
całość
EMIL ZOLA.
NOWELA.
TŁÓMACZYŁ
Z. NIEDŹWIECKI.
Lwów — Złoczów.
Nakładem i drukiem księgarni Wilhelma Zukerkandla.
I.
Tam, w Noumei, zapatrzony w pusty horyzont morski, doświadczał Jakób Damour niejednokrotnie wrażenia, że ma przed oczyma całą historyę swego życia: nędzę oblężenia, szały komuny, i to nagłe wywiezienie, które go przerzuciło tak daleko, rozbitego, jakby stratowanego tylu przejściami. Wspomnienia te, w których grzebał z takiem upodobaniem, nie miały kształtów wizyi wyraźnej, były to raczej mgliste majaki przyćmionej inteligencyi, powracającej machinalnie do pewnych zdarzeń z przeszłości, co same jedne zdołały w duszy przetrwać nietknięte wśród gruzów reszty. W dwudziestym szóstym roku życia Jakób zaślubił Felicyę, urodziwe dziewczę ośmnastoletnie, siostrzenicę owocarki z la Vilete, od której podnajmywał pokoik. Cyzeler z fachu, zarabiał do dwunastu franków dziennie. Ona była początkowo szwaczką, ale że mieli zaraz w pierwszym roku chłopaka, oddała się więc, rzecz prosta, całkowicie karmieniu dziecka i zajęła się domem. Mały Eugeniusz rozwijał się na podziw. W dziewięć lat po nim przyszła na świat córka, której dano imię Ludwiki; dziecię to było jednak przez długi czas tak wątłe, że sporo grosza poszło z jego powodu na lekarzy i lekarstwa. Mimo tego w małżeńskiem pożyciu stadła nie brakło szczęścia. Damour musiał wprawdzie od czasu do czasu odbyć blaumontag, był jednak w podobnych razach na tyle roztropny, że szedł zaraz spać, przebrawszy miarkę w piciu, a stając nazajutrz o zwykłej porze najprzykładniej do roboty, nazywał się bez ogródek nicponiem. Gdy Eugeniusz skończył lat dwanaście, oddano go do rzemiosła. Bęben zaledwie umiał pisać i czytać, gdy już zarabiał na życie. Felicya, kobieta w całem słowa znaczeniu dzielna, w prowadzeniu domu okazywała wiele sprytu, choć z drugiej i skąpstwa, jak twierdził ojciec; na stole bowiem daleko częściej niż mięso zjawiały się jarzyny, gospodyni zaś za to skrzętnie ciułała grosze, od wypadku. Najlepsze to były dla nich czasy. Zajmowali wtenczas w Menilmontant, przy ulicy des Envierges, mieszkanie, złożone z trzech pokoi: pokoju ojca i matki, pokoiku Eugeniusza i jadalni, gdzie umieszczono także warsztat, nie licząc kuchni i gabinetu Ludwiki. Apartament ten znajdywał się wprawdzie na tyłach podwórza, w nizkiej oficynce; mieli jednak pomimo tego podostatkiem powietrza, okna bowiem wychodziły na plac, zajęty pod składy drzewa z zburzonych budowli, gdzie zwożono od rana do wieczora stosy starych materyałów budowlanych i desek. W chwili wybuchu wojny Damourowie zamieszkiwali przy ulicy des Envierges od lat dziesięciu. Felicya, choć jej się już zbliżała czterdziestka, nie straciła uroków młodości, utyła nawet nieco, awansując w swej dzielnicy na piękność! dzięki swym krągłym ramionom i biodrom. Natomiast Jakób jakby się zasuszył i wyglądał już przy niej staro, choć różnica wieku obojga wynosiła zaledwie lat ośm. Ludwika, wydarta niebezpieczeństwu, zawsze jednak delikatnego zdrowia, wdała się więcej w ojca swą szczupłością dziewczęcą, podczas gdy Eugeniusz, w tym czasie dziewiętnastoletni, posiadał słuszny wzrost i szerokie barki matki. Wyjąwszy pewną ilość poniedziałków, przepędzanych przez ojca i syna w winiarni, żyli w największej harmonii. Felicya gderała oczywiście na te wybryki, gdyż nic jej nie mogło doprowadzić do takiej furyi jak marnotrawstwo grosza. Dwa czy też trzy razy przyszło nawet o to między małżeństwem do bójki, bez żadnych wszakże poważniejszych następstw, albowiem całą winę zwalało się na trunek. Nie było w całej kamienicy stateczniejszej rodziny. Podawano ich sobie za wzór. — W chwili, kiedy Prusacy ruszyli na Paryż i kiedy się zaczęło straszliwe bezrobocie, mieli Damourowie w kasie oszczędności z górą trzy tysiące franków. Sumka wcale nieszpetna, jak na rodzinę rzemieślniczą, co odchowała nie bez trudu dwoje dzieci. Pierwsze miesiące oblężenia nie były tedy zbyt przykre. W jadalni, obok drzemiących warsztatów, spożywano jeszcze chleb biały i mięso. Z litości nad nędzą jednego z sąsiadów, malarza pokojowego, nazwiskiem Berru, który formalnie ginął z głodu, zapraszali go Damourowie nawet do siebie na objad od czasu do czasu. Przyjaciel ten zaczął oczywiście niebawem przychodzić rano i wieczór. Był to jeden z tych dowcipnisiów, co to mają na zawołanie wesołe słówka, któremi udawało mu się rozbrajać Felicyę, buntującą się w duchu na widok przepaścistej gęby gościa, co pochłaniała u ich stołu niezmordowanie najlepsze kęski. Wieczorami, przy kartach, drwiąc ile wlazło z Prusaków, Berru, zażarty patryota, rozprawiał o wierceniu min i podkopów za miastem, któremi dałoby się podejść pod same nieprzyjacielskie baterye w Chatillon i Montretout, i powysadzać je w powietrze. Przechodząc z kolei na rząd, tę zgraję tchórzów, gotowych każdej chwili otworzyć Bismarkowi bramy Paryża, aby osadzić napowrót na tronie Henryka V-go, wzruszał ramionami na rzeczpospolitą tych zdrajców. Ach! ta republika!... I rozparłszy się na stole obu łokciami, z fajką na krótkim cybuszku w ustach, roztaczał przed Damourem ustrój państwowy swojego pomysłu: wszyscy braćmi — wszyscy wolnymi — bogactwo dla wszystkich — sprawiedliwość i równość wszędzie, tak u góry, jak i na dole. — Jak w roku dziewięćdziesiątym trzecim! — dorzucał mężnie, nie bardzo wiedząc, co plecie. Damoura w czasie tych rozpraw powaga nie opuszczała ani na chwilę. I on przecie był republikaninem; zapewnienia, że rzeczpospolita będzie dniem tryumfu robotnika, dniem powszechnego szczęścia, obijały mu się o uszy od kolebki. Nie umiejąc jednak wyobrazić sobie sposobu, w jakiby rzeczy te mogły oblec się w ciało, przysłuchiwał się uważnie wywodom Berru, ponieważ znajdywał jego rozumowania nader trafnemi, przekonany, że rzeczpospolita zawita do Francyi tym właśnie sposobem, jaki koleżka kreślił. Zapalając się stopniowo, poczynał nawet wierzyć niewzruszenie, że gdyby cały Paryż, mężczyźni, kobiety i dzieci, wyruszyli na Wersal, z marsylianką na ustach, wyrzuconoby bez żadnego trudu za dziesiątą górę Prusaków, a podawszy sobie rękę z prowincyą, utworzonoby z łatwością rząd ludowy, to znaczy obowiązany płacić wszystkim obywatelom rentę. — Uważaj no ty, — powtarzała mężowi ze swej strony niedowierzająco Felicya, — bo to się gotowo niedobrze skończyć z tym twoim Berru. Karm go sobie ostatecznie, kiedy ci to sprawia przyjemność, ale mu pozwól, niech sobie sam, bez ciebie, idzie kark skręcić. I ona pragnęła rzeczypospolitej. W czterdziestym ósmym ojciec jej zginął na barykadach. Wspomnienie to jednak, miast drażnić, czyniło ją roztropną. „Gdybym ja była ludem — mówiła — wiedziałabym, jak zmusić rząd do sprawiedliwości: postępowałabym jaknajprzykładniej.“ Wywody Berru raziły ją i przestraszały, ponieważ wydawały się jej niegodziwemi. Widziała wszakże, że Damour staje się pod ich wpływem innym niż dawniej, że nabiera manier i poczyna używać słów, które nie podobały się jej wcale. Jeszcze bardziej jednak trwożyła ją pałająco-ponura mina syna Eugeniusza, kiedy się przysłuchiwał gadaninie Berru. Wieczorami, przy stole, po zaśnięciu Ludwiki, Eugeniusz, popijając zwolna z kieliszka wódki, wpatrywał się, bez jednego słowa, z rękoma skrzyżowanemi na piersiach, w malarza, który przynosił codzień nową historyę jakiejś niebywałej zdrady z Paryża: to o Bonapartystach, dających Niemcom znaki z wzgórza Montmartre — to o zatapianiu na dnie Sekwany worów z mąką i beczek prochu, by miasto wcześniej zmusić do poddania. — Co za banialuki! — odzywała się Felicya do syna, skoro Berru poszedł sobie wreszcie do domu. — Tylko też sobie nie daj w głowie przewracać. Wiesz przecie, że ten człowiek łże jak najęty. — Mama wie swoje a ja swoje — odpowiadał Eugeniusz z pełnym grozy giestem. Około połowy grudnia oszczędności Damourów były zjedzone do szczętu. Co godzinę jednakże nadchodziły wieści o klęskach Prusaków na prowincyi, to o zwycięzkim wypadzie, który miał nakoniec wybawić Paryż. To też małżeństwo nie martwiło się zrazu zbytnio swem położeniem, spodziewając się lada chwila wznowienia pracy po warsztatach. Ponieważ Felicya umiała wśród tego ciągle jeszcze dokazywać cudów gospodarności, więc żyli tak z dnia na dzień czarnym chlebem miesięcy oblężenia, którego jedna tylko Ludwisia nie była w stanie strawić. Wtenczas to jednak w głowie Damoura i Eugeniusza przewróciło się do reszty — jak mówiła matka. Próżnując przymusowo od rana do wieczora, wyrwani z koła swych zajęć i nawyknień, z rękoma osłabłemi, odkąd przestały się imać warsztatu, żyli obadwaj w stanie niezdrowego podniecenia, pełnego wizyj krwawych i dzikich. Zaciągnęli się obaj do oddziału piechurów, — cóż kiedy oddział ten, jak wiele innych zresztą, nie przekroczył ni razu nawet fortyfikacyj, ugrzązłszy na jednem z stanowisk, gdzie żołnierze spędzali dnie na grze w karty lub guziki. Tutaj to Damour, w żołądku i z sercem ściśniętem myślą o domowej nędzy, przysłuchując się nowinom, znoszonym przez tego i owego, nabrał przekonania, że rząd musiał sobie chyba poprzysiądz wytępić lud, w celu zawładnięcia rzecząpospolitą. Berru miał racyę! nikomu przecie nie było tajnem, iż Henryk V. znajduje się w Saint Germain, w domu, nad którym powiewa biała chorągiew. Lecz to się musi raz skończyć. Któregokolwiek ranka pójdzie się i wystrzela tych opojów i obżartuchów, co ogładzali i pozwalali bombardować lud roboczy, poprostu, aby przestrzeniej było księżom i szlachcie. Kiedy wracał na noc do domu z synem, obaj, w gorączce szału, unoszącego się w powietrzu, nie mówili o niczem więcej jak tylko o uśmiercaniu ludzi, wobec bladej i niemej Felicyi, pielęgnującej Ludwisię, która skutkiem złego pożywienia rozchorowała się obłożnie. Tymczasem przyszedł kres oblężeniu, zawarto zawieszenie broni i wojsko pruskie przedefilowało przez Pola Elizejskie. Przy ulicy des Envierges ukazał się nakoniec znowu chleb biały, po który Felicya chodziła aż na Saint-Denis. Nastrój tego obiadu wszakże był posępny. Eugeniusz, który się uparł był zobaczyć koniecznie Prusaków, kreślił właśnie poczynione przy tej okazyi spostrzeżenia, gdy naraz Damour zawołał, że wszyscy jenerałowie powinni by pójść na gilotynę. Wymachiwał zaś przy tych słowach widelcem tak wojowniczo, że Felicya, zgorszona, widziała się zmuszoną mu go odebrać. W dniach następnych, kiedy po warsztatach ciągle jeszcze nie podejmowano pracy, zdecydował się rozpocząć robotę na własny rachunek i zaczął naprawiać kilka połamanych przedmiotów metalowych, lichtarzy i tym podobnych gratów, w nadziei spieniężenia ich po dokonanej reparacyi. Eugeniusz, nie mogąc wytrzymać w jednem miejscu, rzucił warsztat już po upływie godziny. Co się tyczy Berru, zniknął on od chwili zawieszenia broni; najprawdopodobniej trafił mu się gdzieś lepszy wikt. Jednego ranka wszakże zjawił się bardzo ożywiony, opowiadając epizod z armatami na Montmartre. Na wszystkie strony wznoszono barykady, nakoniec miał zawitać dzień tryumfu ludu, przyszedł zatem po Damoura, gdyż, jak oświadczył, w podobnej chwili obecność wszystkich dobrych obywateli była niezbędną. Damour wstał od warsztatu, pomimo wyrazu wzburzenia na twarzy Felicyi; — była to komuna. Potoczyły się teraz dni marca, kwietnia i maja. Kiedy Damoura opadło znużenie a Felicya poczęła go zaklinać, aby w domu pozostał, odpowiadał: — A moje trzydzieści sous?... Jeżeli je stracę, kto nam da jeść? Felicya musiała to przyjąć milczącem spuszczeniem głowy. Nie mieli w rzeczy samej na życie ani grosza prócz owych trzydziestu sous ojca i trzydziestu syna, stanowiących żołd gwardyi narodowej, do którego dodawano niekiedy porcyę wina i solonego mięsa. Zresztą Damour był najszczerzej przeświadczony o słuszności swej sprawy; strzelał na Wersal, jak byłby strzelał do Prusaków, w przekonaniu, że zbawia przez to rzeczpospolitą i wywalcza ludowi szczęście. Po trudach i nędzy oblężenia wskutek wstrząśnień wojny domowej, nad życiem jego zawisł, jak zmora, upiór tyranii, pod którego wpływem bił się z heroizmem bohatera z gminu, gotowego życie oddać w obronie wolności. Nie wchodził on w teoretyczne komplikacye idei . W jego oczach komuna była poprostu ziszczeniem wróżb złotego wieku, powszechnego szczęścia; równocześnie zaś wierzył z jeszcze większym uporem, że gdzieś, w Saint Germain czy też w Wersalu, znajduje się w tej chwili król, gotów zaprowadzić we Francyi inkwizycyę i wskrzesić wszystkie bezprawia władców, jeśliby się go tylko wpuściło w bramy Paryża. I tenże sam Damour, który u siebie w domu nie potrafiłby zabić muchy, na stanowisku uśmiercał żandarmów bez skrupułu. Ile razy powrócił zmordowany, czarny od prochu, zlany potem, przepędzał całe godziny u łóżeczka małej Ludwisi, wsłuchując się w jej oddech. Felicya, przekonawszy się, że próby zatrzymania go w domu do niczego nie doprowadzą, z spokojem kobiety roztropnej poczęła wyczekiwać końca strasznego przewrotu. Pomimo to dnia pewnego nie potrafiła się wstrzymać od uwagi, że ten hultaj Berru, chociaż tak dużo wykrzykiwał, nie głupi był jednak narażać się teraz na kule karabinowe. Miał tyle sprytu, że się postarał o niezgorsze miejsce w , co swoją drogą nie przeszkadzało mu wcale, gdy przyszedł, cały lśniący od galonów i piór, do Damourów, rozdmuchiwać pożar w zapalnej głowie Jakóba hałaśliwemi dyskursami, w których była mowa o rozstrzelaniu ministrów, Izby, całej budy, w niedalekim dniu szturmu i wzięcia Wersalu. — Dlaczego on sam nie pójdzie, zamiast innych namawiać? — mówiła potem Felicya. Damour jednak na to: — Cicho bądź!... Ja spełniam moją powinność. Tem gorzej dla tych, co swojej nie spełniają. Pewnego ranka pod koniec kwietnia przyniesiono na ulicę des Envierges, na noszach Eugeniusza, ugodzonego kulą, pod Moulineaux, w sam środek piersi. W chwili, gdy go na schody wnoszono, wyzionął ducha. Kiedy Damour wieczorem wrócił z miasta, zastał Felicyę strażującą w milczeniu przy zwłokach syna. Cios to był straszny; pod jego obuchem upadł Damour na ziemię, a żona, słowa nie rzekłszy, nie przeszkadzała mu szlochać, skurczonemu cierpieniem, pod ścianą, bo i cóż mogłaby mu innego powiedzieć, jak tylko: — „Twoja to wina!“ Zawarłszy drzwi sąsiedniej izdebki, zachowywała się jak najciszej, aby nie niepokoić Ludwisi. Kiedy po chwili poszła zajrzeć, czy się dziecko nie przebudziło na odgłos ojcowskiego płaczu, Damour, podniósłszy się, wziął w rękę fotografię Eugeniusza w mundurze gwardyi narodowej i długo się w nią wpatrywał. Następnie ujął za pióro i nakreślił u spodu kartonu: „Ja cię pomszczę!“ — dodając obok datę i podpis własny. Sprawiło mu to dużą ulgę. Nazajutrz karawan, udekorowany ogromnemi chorągwiami z szkarłatu, odwiózł ciało na cmentarz Père Lachaise, odprowadzony przez wielki tłum ludzi. Ojciec kroczył za ciałem z obnażoną głową, a serce jego wzbierało od srogich myśli na widok czerwonych sztandarów, których krwawa purpura jeszcze posępniejszemi czyniła kiry karawanu. Felicya pozostała na ulicy des Envierges, przy Ludwisi. Wieczorem Damour wrócił między przednie straży strzelać do żandarmów. Nakoniec zawitały dni maja. Armia wersalska była w Paryżu. Damour nie pokazywał się w domu od dwóch dni, nie odstępując na krok swego oddziału, broniąc barykad w samem zarzewiu walki. Przestawszy sobie zupełnie zdawać sprawę, co się z nim dzieje, strzelał na oślep w dym, ponieważ taki był jego obowiązek. Trzeciego dnia wreszcie zjawił się w domu, zataczając się, cały obszarpany i osłabły, jak opój. Felicya, zdjąwszy zeń ubranie, umyła mu ręce serwetą umaczaną w wodzie, gdy wtem jedna z sąsiadek wpada do nich z wieścią, że komunardzi trzymają się jeszcze na Père-Lachaise, skąd Wersalczycy w żaden sposób nie są w stanie ich wyprzeć! — Idę tam! — zawołał w tejże chwili Jakób, zrywając się. Zarzucił na siebie odzież i ujął za strzelbę. Ale ostatnich obrońców komuny nie było na równinie, wśród tych smutnych pól, gdzie Eugeniusz spoczywał. W duszy Damoura zamajaczyła nadzieja śmierci na grobie syna. A nie mógł dotąd ani razu odwiedzić mogiły. Granaty padały naokół, otłukując nagrobki. Wśród wiązów garstka gwardzistów narodowych, ukrytych za grobowcami, których marmur bielił się w słońcu, strzelała jeszcze do żołnierzy, rzucających się w oczy pałającym kolorem czerwonych spodni. Damour stanął na miejscu akurat w chwili, w której nie mogło go minąć aresztowanie. Trzydziestu siedmiu jego towarzyszy rozstrzelano, on sam cudem tylko uszedł masowemu wymiarowi kary. Ponieważ miał ręce umyte przez żonę i ponieważ nie strzelał, ułaskawiono go. Zresztą oszołomiony z utrudzenia, zdruzgotany tylu okropnościami, nie zdołał sobie nigdy później przypomnieć dokładnie dni, które teraz nastąpiły. Pozostałe one dlań widmem zamglonem: i te długie godziny spędzone w ciemnych miejscach, i te męczące marsze wśród najdokuczliwszego skwaru, wrzawa, razy, rozdziawiający gęby tłum, środkiem którego przechodził, wszystko. Kiedy się zdołał nareszcie otrząsnąć z tego stanu ogłupienia, ujrzał się w Wersalu jeńcem. Felicya przyszła go raz odwiedzić, zawsze spokojna i blada, ale po oznajmieniu Jakóbowi, że Ludwisi się polepszyło, zamilkli oboje, nie mając sobie nic więcej do powiedzenia. Na odchodnem dorzuciła jeszcze, dla dodania mu odwagi, że sprawa jego jest na dobrej drodze i że wkrótce wolność odzyska. — A Berru? — spytał. — O! — odrzekła — Berru jest w bezpiecznem miejscu. Drapnął na trzy dni przed wkroczeniem wojsk; nie będzie miał najmniejszych kłopotów. W miesiąc później Damour odpłynął do Nowej Kaledonii, skazany na deportacyę. Ponieważ nie miał żadnej szarży, sąd wojenny byłby go prawdopodobnie uwolnił zupełnie, gdyby nie był z całym spokojem zeznał, że strzelał od pierwszego dnia. Widząc się po raz ostatni z Felicyą, oświadczył jej: — Czekaj mnie z naszą małą. Powrócę. Oto były słowa, najwyraźniejszem rozbrzmiewające echem w zamazanych wspomnieniach Damoura, gdy z ciężką smutkami głową pogrążył się w zadumie w obliczu niedosiężnego wzrokiem widnokręgu morza. Zapadająca noc zastawała go często tak. W dali majaczyła na powierzchni morza długa jasna smuga, niby ślad statku, przebijającego się przez mrok coraz grubszy, jemu się zaś zdawało, że powinien wstać i pójść przez tę świetlaną drogę wierzchem fal do kraju, skoro doń przyrzekł powrócić.
II.
W Noumei prowadził się Damour jaknajlepiej. Znalazł sobie zajęcie, robiono mu nadzieję ułaskawienia. Dobre bo z niego człeczysko było w gruncie rzeczy. Lubił się bawić z dziećmi. Przestał się obecnie zajmować polityką, niewiele się wdawał z towarzyszami, żyjąc samotnie, jedyną rzeczą, jaką można mu było zarzucić, było, że się upijał czasami; i wtenczas jednak zachowywał się spokojnie, płakał tylko, a potem z dobrej woli szedł spać. To też ułaskawienie jego nie ulegało najmniejszej kwestyi, gdy wtem pewnego dnia zniknął. Wiadomość o ucieczce Damoura z czterema towarzyszami wzbudziła zdumienie powszechne. Od lat dwóch otrzymywał on wiele listów od Felicyi, zrazu regularnie, wkrótce jednak coraz rzadziej. Sam pisywał dość często; gdy naraz całe trzy miesiące przyszło mu spędzić bez wieści, rozpacz się go chwyciła na myśl, że może jeszcze drugie dwa lata czekać mu przyjdzie na obiecane ułaskawienie. Wówczas to zaryzykował za jednym zamachem wszystko w jednem z tych gorączkowych uniesień, których się tak żałuje nazajutrz. W tydzień potem znaleziono na wybrzeżu w oddaleniu mil kilku strzaskaną barkę i trupy trzech uciekinierów, obnażone i już nadpsute, między któremi obecni rozpoznawali z uporem ciało Damoura. Wzrost topielca był istotnie ten sam, i tak samo zarośnięta twarz. Po sumarycznem dochodzeniu zatem i dopełnieniu obowiązkowych w takich razach formalności, wystawiono akt zejścia, który przesłany został do Francyi na żądanie wdowy, zawiadomionej o wszystkiem przez władze. Cała prasa zajmowała się przez dni kilka tym wypadkiem, a dramatyczny opis ucieczki i tragicznego jej zakończenia przesunął się przez szpalty wszystkich dzienników całego świata. Tymczasem Damour żył, pomieniany z jednym z swych zmarłych towarzyszy, co było tem , że między obydwoma nie było ani śladu podobieństwa. Tyle tylko, że tak jeden, jak drugi, mieli duże brody. Damour i czwarty z jego towarzyszy, który także cudem pozostał przy życiu, rozstali się za przybyciem na jedno z terytoryów angielskich i nie spotkali się więcej. Zmarł pewno na żółtą febrę, która i Damoura również o mało nie sprzątnęła. Pierwszą jego myślą obecnie było, rzecz prosta, zawiadomić Felicyę, że zbiegł. Wtem wpadła mu w ręce gazeta z opisem ucieczki i doniesieniem o utonięciu. Wobec tego pisanie zamierzonego listu wydało mu się rzeczą nieroztropną; mógł go ktoś przejąć, odczytać, wpaść tym sposobem na ślad prawdy. Nie byłoż lepiej pozostać nieboszczykiem dla całego świata? Przestaną się o niego troszczyć, dzięki czemu będzie mógł najspokojniej powrócić do Francyi i czekać, przycupnąwszy, na amnestyę, aby się wówczas dopiero dać poznać. W tym czasie straszliwy paroksyzm żółtej febry zatrzymał go na całe tygodnie w jakimś zajeździe zapadłym. Doczekawszy się dni rekonwalescencyi, uczuł się jednak Damour opanowanym przez nieprzezwyciężone lenistwo, tak go choroba wyniszczyła. Długie miesiące jeszcze trwało to osłabienie i ten brak woli. Zdawało się przytem, że gorączka strawiła w nim wszystkie dawne namiętności. Nie pragnął obecnie niczego, zapytując sam siebie co chwila: po co?... Nawet wizerunek Felicyi i Ludwisi zatarł się w jego pamięci. Miał wprawdzie obiedwie i dziś jeszcze przed oczyma, lecz w bardzo wielkiem oddaleniu, za mgłą, z po za której trudno je było czasem rozeznać. Bezwątpienia, wyzdrowiawszy zupełnie, pojedzie do nich. Lecz kiedy wrócił ze wszystkiem do siebie, inny plan go pochłonął całkowicie. Począł marzyć o zrobieniu majątku, zanim pójdzie odszukać żonę i córkę. Cóż go obecnie czekać mogło w Paryżu? Śmierć głodowa. Trzeba będzie powrócić do warsztatu a łatwo się zdarzyć może, że nie zdoła już znaleźć pracy, gdyż czuł się, po prawdzie, starym. Natomiast wybrawszy się do Ameryki, mógłby w kilku miesiącach, jeźli szczęście dopisze, zebrać jakie sto tysięcy franków — skromna kwota, na której poprzestawał w chaosie nadzwyczajnych historyj o deszczu milionów, jakie szumiały mu w uszach. W jednej z kopalń złota, jakie mu polecono, każdy pracownik, aż do najlichszych kopaczy ziemi, miał wszelkie szanse jeździć we własnej karecie przed upływem pół roku. Obmyślał już naprzód, jak sobie urządzi życie; powróciwszy do Francyi z swemi stu tysiącami, nabędzie przedewszystkiem mały domek w stronach Vincennes i z trzema albo czterema tysiącami renty będzie w nim żył z Felicyą i Ludwisią, zapomniany ale szczęśliwy, zerwawszy ze wszystkiem, co się zowie polityką. W miesiąc potem był w Ameryce. Zaczęła się opłakana egzystencya na łasce i niełasce przygód i zdarzeń dziwnych i pospolitych zarazem. Poznał po kolei wszystkie nędze i widział wszystkie uśmiechy szczęścia. Trzy razy zdawało mu się, że już, już ma owe wyśnione sto tysięcy; wszystko jednak znikało mu z rąk jak dym za każdym razem; ograbiano go, niszczył sam siebie w ostatnim wysiłku. W rezultacie dużo przecierpiał, dużo się napracował i ciągle był bez koszuli. Nawłóczywszy się na wszystkie cztery strony świata, ujrzał się wreszcie zapędzonym wypadkami aż do Anglii. Stąd pognało go znów do Brukseli, nad samą granicę francuską. Ale nie myślał już teraz o powrocie. Przybywszy do Ameryki, zdecydował się był napisać do żony, lecz kiedy na trzy listy nie otrzymał żadnej odpowiedzi, począł kombinować: albo listy zostały przejęte, — albo Felicya umarła — albo wreszcie i ona wyniosła się z Paryża. Po upływie całego roku przedsięwziął jednę jeszcze próbę, również bezowocną. Aby się nie zdradzić na wypadek, jeźliby listy przejmowano, pisywał pod przybranem nazwiskiem, zmyślając przed Felicyą jakąś niebywałą historyę, w tej myśli, że poznawszy jego pismo, zrozumie podstęp. Absolutne milczenie Felicyi jak gdyby uśpiło jego wspomnienia. Umarł; nie miał odtąd nikogo na świecie; nic go od tej chwili nie obchodziło. Rok cały blizko pracował w pewnej kopalni węgla pod ziemią, nie oglądając wcale słońca, złamany zupełnie, obojętny na wszystko prócz jadła i snu. Pewnego wieczora usłyszał w gospodzie człowieka, opowiadającego, że amnestya dla przestępców politycznych z 1871 została przez parlament francuski uchwaloną i że wszyscy komunardzi, skazani na deportacyę, wracają do ojczyzny. Wstrząśniony potężnie doniosłą wieścią, uczuł Jakób naraz niepowściągnioną chęć powrotu wraz z innymi do kraju, ujrzenia miasta, ulicy, domu, w którym mieszkał. Zrazu miało to formę instynktownego jakiegoś parcia. Wszelako w wagonie, który go unosił, mózg jego począł pracować i zajaśniała przed nim myśl radosna, iż będzie teraz mógł napowrót zająć należne sobie miejsce w pełnem świetle dnia, bez ukrywania się, jeżeli tylko zdoła odszukać Felicyę i Ludwisię. W sercu jego poczęła zakwitać nadzieja. Będąc wolnym, zwróci się do nich całkiem otwarcie, nie wątpił zaś, że je zastanie w tem samem, co dawniej, mieszkanku przy ulicy des Envierges, siedzące najspokojniej u nakrytego stołu, jakby czekały na niego. Wszystko się wówczas wyjaśni, usunięte zostaną nieporozumienia. Następnie uda się do mera, powie kim jest, i potoczy się życie jak dawniej... Dworzec północny w Paryżu przepełniony był tłumem i wrzawą. Raz wznosiły się pełne entuzyazmu okrzyki na widok przybyszów, wyciągnięte w górę ramiony potrząsały kapeluszami, rozwarte usta wykrzykiwała imię czyjeś. Na chwilę owładnął Damourem strach; nie pojmował, co by to wszystko mogło znaczyć; miał wrażenie, że cała ta ciżba zebrała się, by mu urągać swoim wrzaskiem, gdy będzie szedł. Po dłuższej chwili dopiero zrozumiał dźwięk nazwiska będącego na ustach wszystkich, nazwiska jednego z przywódców komuny, przybyłego tym samym co i on pociągiem, znakomitości, dla której lud urządzał owacyę. Damour poznał go w przechodzie; utył, miał łzy w oczach, uśmiechał się, wzruszony tem przyjęciem. Kiedy bohater wsiadł do fiakra, zaczęto wołać w tłumie, aby wyprządz konie. Ludzie zaczęli się wzajemnie tratować, fala tłumu przewaliła się w ulicę Lafayette i utworzyła tam morze głów, ponad któremi długo było widać dorożkę, posuwającą się zwolna jak wóz tryumfalny. Tymczasem Damour, zgnieciony, z potłuczonymi bokami, zdołał się, acz z nielada mozołem, wydostać na bulwary zewnętrzne. Nikt nań nie zwracał uwagi. I oto wszystkie przebyte cierpienia, Wersal, przeprawa do Noumei, deportacya, przesunęły się teraz przed jego oczyma w wezbraniu goryczy. Atoli na bulwarach zewnętrznych owładło nim rozrzewnienie. Zapomniawszy o wszystkiem, uległ naraz złudzeniu, że odniósł właśnie robotę do Paryża i wraca oto z zarobkiem spokojnie na ulicę des Envierges. Dziesięć minionych lat egzystencyj spłynęło się już po za nim we mgle pamięci tak, że były jakby tylko dalszym ciągiem trotoaru, którym kroczył. Pomimo tego dziwiły go trochę te wszystkie dawne rzeczy, do których oto powracał tak łatwo jakoś. Wydało mu się na przykład, że bulwary zewnętrzne powinnyby być trochę szersze; stawał dla odczytania napisów, dziwiąc się ich widokiem. Nie było to w nim samo rozradowanie tem, że znów stąpa po tym zakątku ziemi, za którym tak tęsknił; była to mięszanina czułości o romantycznych refrenach, z głuchą obawą, obawą przed nieznanem, w obliczu tych rzeczy starych i znajomych, jakie odnajdywał. Wzruszenie jego spotęgowało się jeszcze, kiedy się zbliżał do ulicy des Envierges. Uczuł, że słabnie. Miał ochotę nie iść dalej, jakby go tam czekało nieszczęście. Po co wracać? I cóż tam będzie robił? Znalazłszy się nakoniec przed swym domem, przeszedł przed bramą trzykrotnie, nie mając siły wejść. Sklepiku węglarza naprzeciwko nie było, miejsce jego zajęła grajzlernia, stojąca zaś w progu tejże kramarka wydała mu się tak opływającą we wszystko osobą, tak na swych śmieciach pewną siebie, że nie miał odwagi zwrócić się do niej z pytaniem, jak w pierwszej chwili zamierzał. Wolał, ryzykując wszystko, udać się odrazu do loży odźwiernego. Ileż to razy w życiu skręcał na końcu alei w lewo, aby pociągnąć za dzwonek. — Pani Damour, jeźli łaska? — Dani Damour?... Nie znam. Nie ma tu nikogo takiego. Stanął bez ruchu. W miejsce dawnej , kobiety-olbrzyma, miał przed sobą małą, suchą babinę z miną kłótnicy, która patrzyła nań podejrzliwie. — Pani Damour mieszkała w oficynie dziesięć lat temu... — ponowił. — Dziesięć lat!... wykrzyknęła odźwierna. — Ba! ba! niemało wody upłynęło tymczasem... My tu zresztą jesteśmy od stycznia dopiero. — Musiała przecie zostawić swój adres? — Nie. Nie wiem o niczem. A kiedy nie przestawał wracać ciągle do swego, zniecierpliwiona burknęła nań wreszcie, że pójdzie zawołać męża, jeżeli nie przestanie jej nudzić. — Cóż to za jakieś szpiegowanie po domu?... Także moda, wkręcać się gwałtem, gdzie nie trza... Zaczerwieniony odszedł spiesznie, bełkocąc coś pod nosem, wstydząc się stanu swoich podartych spodni, swej starej, steranej bluzy. Z zwieszoną głową powlókł się trotoarem, wnet jednak zawrócił, nie mając siły odejść w ten sposób. Tożby to było niby pożegnanie na zawsze, jakże rozdzierające duszę!... Zlituje się przecie może kto nad nim, zdobędzie jakieś wskazówki?... I podniósłszy wzrok, zaczął się rozglądać po oknach, przypatrywać się sklepom, starając się je rozpoznać. W tych domach dla biednych ludzi, gdzie wypowiedzenia sypią się jak deszcz, dziesięciu lat było aż nadto by zmienić co do jednego wszystkich czynszowników. Pozostała w nim zresztą szczypta roztropności, zmięszanej z wstydem, rodzaj lękliwego zdziczenia, pod których wpływem uczuwał dreszcze na myśl, że mógłby zostać przez kogoś poznanym. Zawróciwszy napowrót w ulicę, zauważył nakoniec parę znajomych twarzy: trafikantkę, właściciela korzennego sklepu, praczkę, piekarkę, u których się niegdyś zaopatrywali w towary. Cały kwadrans się jeszcze wahał, defilując tam i napowrót przed sklepami i nie mogąc się zdecydować, do którego z nich wejść, a walka, jaką wśród tego w duszy staczał, oblewała go potem. Z zamierającem już sercem odważył się wreszcie wstąpić do sklepiku piekarki, trochę zaspanej, bielutkiej zawsze kobiety, jakby co tylko wyszła z woru z mąką. Rzuciwszy wzrokiem na wchodzącego, nie ruszyła się nawet za ladą. Z pewnością musiała go nie poznać, zważywszy jego opaloną cerę, wyłysiałą czaszkę i brodę długą, kłaczastą, która mu pochłaniała pół twarzy. To mu jednak wróciło pewność siebie, to też płacąc za dwusousowy bochenek, zdobył się na odwagę zapytania: — Nie bierze tutaj u pani pieczywa pewna kobieta, mająca przy sobie córeczkę: pani Damour?... Piekarka zamyśliła się, poczem odrzekła miękko: — Ach, dawniej... tak jest... Ale to już bardzo dawno... Ledwie sobie coś, coś przypominam... Widzi się tyle ludzi... Musiał się zadowolnić tą odpowiedzią. Jednego z najbliższych dni wrócił śmielszy, rozpytywać ludzi; wszędzie jednak napotykał tę samą obojętność, to samo zapomnienie i sprzeczność informacyj, która go w jeszcze większy wprawiała ambaras. W okazało się rzeczą prawie pewną, że Felicya wyprowadziła się z tej dzielnicy mniej więcej w dwa lata po jego odjeździe do Noumei, to znaczy w chwili, kiedy stamtąd uciekł. Nikt nie znał jej adresu. Jedni wymieniali Gros-Caillou, inni Bercy. Małej Ludwisi nikt prawie nie pamiętał. Było więc po wszystkiemu. Usiadłszy jednego wieczora na ławce, na bulwarach zewnętrznych, rozpłakał się i powiedział sobie, że więcej szukać nie będzie. Lecz co teraz pocznie! Paryż wydał mu się tak pusty!... Odrobina grosza, o której zdołał wrócić do Francyi, była na wyczerpaniu. Czas jakiś nosił się z zamiarem powrotu do Belgii, do swojej kopalni węgla, gdzie było tak czarno, gdzie przeżywał dnie bez wspomnień, w bezmyślnem zadowoleniu zwierzęcia, jakby przygnieciony wieczystym snem ziemi. Pozostał jednak w Paryżu, skazany na nędzę i głód, nie mogąc w żaden sposób znaleźć pracy, odprawiany zewsząd z niczem, ponieważ się wydawał za stary. Miał wprawdzie dopiero pięćdziesiąt pięć lat, wyglądał jednak na siedmdziesiąt, wychudły na szczapę po dziesięciu latach tylu przejść bolesnych. Tułał się niby wilk; chodził pod rusztowania monumentów zburzonych przez komunę, chwytał się robót, powierzanych kalekom i dzieciom. Kamieniarz, zajęty w magistracie, przyrzekł mu był miejsce nocnego dozorcy narzędzi, spełnienie jednak obietnicy odwlekało się a on tymczasem z głodu przymierał. Jednego dnia na moście Notre Dame, kiedy się właśnie w płynące nurty wpatrywał z osłupieniem nędzarzy, kuszonych myślą samobójstwa, cofnął się naraz raptownie od poręczy i o mało nie przewrócił tym ruchem jakiegoś przechodnia, kolosalnego dryblasa w białej bluzie, który nie zaniedbał sypnąć klątwami. — Cóż za bestya... Damour jednakże rozdziawił gębę w tej chwili, wpijając oczy w krzykałę, aż, pozbywszy się wszelkiej wątpliwości, zawołał: — Berru! Był to Berru w rzeczy samej, zmieniony wprawdzie, ale zmieniony na korzyść, z obliczem kwitnącem, rzeźki, odmłodniały. Od czasu swego powrotu myślał o nim Damour często, jak tu jednak odszukać towarzysza, który się przeprowadzał co dwa tygodnie? Tymczasem malarz pokojowy wybałuszył nań oczy a kiedy mu Damour głosem drżącym przypomniał swoje nazwisko, nie chciał zrazu uwierzyć. — To być nie może!... Blaga! Poznał go jednak wreszcie i wśród okrzyków, które wznieciły formalny popłoch na trotoarze, wrzasnął: — Toż ty przecie umarłeś!... No! nigdybym się był czegoś podobnego nie spodziewał... Ale — wiesz, — tak sobie zakpić z ludzi... Tylko czy ty naprawdę żyw jesteś?... A kiedy go szeptem poprosił, by mówił nieco ciszej, Berru, któremu się to wszystko w gruncie rzeczy dyabelnie komicznem wydało, ujął starego druha pod ramię i zaciągnąwszy do winiarni przy ulicy St. Martin, zasypał go tam pytaniami, spragniony wszystkiego się dowiedzieć. — Natychmiast — pohamował go Damour, skoro usiedli obaj za stołem w gabinecie. — Wpierw jednak powiedz mi: co się dzieje z moją żoną? Berru spojrzał na niego zdumiony. — Jakto: z twoją żoną? — Gdzie jest? — Znasz jej adres? Zdumienie malarza rosło. Odrzekł zwolna: — Ma się rozumieć, że znam... Czyż tobie w rzeczy samej zupełnie nie wiadoma jej historya? — Co takiego? Jaka historya?... Wówczas Berru jak nie wybuchnie: — Nie!... to przecież kapitalne!... Jakto?... To ty nic nie wiesz?!... Ależ twoja baba poszła drugi raz za mąż, mój stary! Damour, który trzymał właśnie szklankę w ręce, postawił ją na stole, trzęsąc się tak mocno, że wino spłynęło mu na palce. Wycierając je o bluzę, powtórzył głucho: — Co ty powiadasz?... Wyszła drugi raz za mąż? Czy jesteś tego pewny?... — Do dyabła!... ty zadarłeś kopyta, ona miała prawo wyjść za mąż!... I co tu tak dziwnego?... Tylko że teraz rzecz staje się śmiechu wartą przez twoje zmartwychwstanie... I począł opowiadać szczegóły nieborakowi, który siedział przed nim w milczeniu, blady, z drżącemi usty. — Felicya była teraz bardzo szczęśliwa. Wyszła za rzeźnika przy ulicy de Moines, na Batignolles, wdowca, któremu bardzo porządnie prowadzi interes. Rzeźnik ów zwie się Sagnard, grubas lat sześćdziesięciu, ale doskonale zakonserwowany. Jatka przy ulicy Nollet należy do najliczniej w całej dzielnicy odwiedzanych, ma czerwono malowane kraty i pozłacane łby wołowe na obu narożnikach szyldu. — Cóż wobec tego zamierzasz uczynić? — pytał Berru po każdym opowiedzianym szczególe. Biedaczysko, zgnębiony opisem wspaniałej jatki, w miejsce odpowiedzi czynił nieokreślone ruchy ręką. Zobaczy jeszcze. — A Ludwika? — zapytał naraz. — Mała?... Ach! nie wiem... Pewno ją gdzieś umieścili, żeby się jej pozbyć, bo przestałem ją widywać z nimi... Prawda, mogliby ci teraz oddać to dziecko, skoro się niem sami nie zajmują. Tylko znowu... cóż tybyś począł z dziewczyną dwudziestoletnią, nie śmierdząc, jak się zdaje, groszem?... Bo, wiesz bracie, bez urazy, ale wyglądasz tak, że człowiek gotów ci dać dwa sous na ulicy... Damour zwiesił głowę, zgnębiony, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Berru zadysponował jeszcze litr wina, aby go trochę pocieszyć... — E! co tam... do stu dyabłów... Skoro jesteś przy życiu, rozruszajże się przecie... Nie wszystko jeszcze stracone, urządzisz się jakoś... Co myślisz robić? Zabrnęli teraz w gawędę bez końca, w której te same argumenty co chwila wracały na stół. Jednę tylko rzecz malarz przemilczał, a mianowicie, że zaraz po odjeździe skazanego na deportacyę starał się zawiązać stosunek z Felicyą, której pełne ramiona pociągały go mocno. Zachował też ku niej głuchą urazę z tego powodu, że przeniosła nad niego rzeźnika Sagnarda, naturalnie dla jego majątku. Zamówiwszy jeszcze jeden litr, wykrzyknął: — Na twojem miejscu poszedłbym, nie wiele się namyślając, do nich, rozgościłbym się tam jak u siebie, a jegomość pana Sagnarda wyrzuciłbym jeszcze za drzwi, jeżeliby mi się spróbował stawiać!... Koniec końców ty jesteś górą... Prawo przy tobie! Damour był coraz więcej pijany. Wino rozpaliło ognie na jego bezkrwistych policzkach. Powtarzał ciągle: „Zobaczę jeszcze...“ Berru nie przestawał go jednak zagrzewać, klepiąc kamrata raz w raz po łopatce i pobudzając jego ambicye pytaniem: czy nie jest mężczyzną?! — Oczywiście, że jest mężczyzną... Tak przytem tę kobietę kochał — kocha ją jeszcze dzisiaj — że gotów podpalić Paryż, aby ją ujrzeć... Lecz w takim razie na cóż zamyśla czekać?... „Ponieważ jest twoja, odbierz mu ją i basta.“ Pijaniuteńcy obadwaj nos w nos sobie ciskali te słowa, wśród gwałtownej intonacyi. — Idę tam! — ozwał się naraz Damour, dźwigając się od stołu z trudnością. — Doskonale!... Boby też było tchórzostwem... — wycharczał Berru. — Ja z tobą! Ruszyli obaj na Batignolles.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Radykał.
