Read here

Panna Maliczewska

Gabriela Zapolska · 1925 · Free in the US

16,214 words · about 1 h 8 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1925 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Panna_Maliczewska_(Zapolska,_1925)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Gabriela Zapolska
Language
Polish
Published
1925
Length
16,214 words · about 1 h 8 min
Sections
3 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (3)
  1. Sztuka w 3 aktach under 1 min
  2. Sztuka w 3 aktach about 1 h 8 min
  3. Sztuka w 3 aktach under 1 min

Continue:

Sztuka w 3 aktach

A

TOM VI

A

A

H

WYDAŁ WARSZAWSKI O „R“,

WARSZAWA — — POZNAŃ KRAKÓW — LUBLIN

Osoby Akt pierwszy Akt drugi Akt trzeci

Sztuka w 3 aktach

f|style=max-width:400px|

A

A

H

OSOBY:

DAUM.

FILO.

EDEK.

BOGUCKI.

1 | koledzy.

2

3

4

PANNA MALICZEWSKA.

DAUMOWA.

HISZOWSKA.

ŻELAZNA.

MICHASIOWA.

SEKWESTATOR.

AKT PIERWSZY.

SCENA PIERWSZA.

EDEK — ŻELAZNA.

ஐ ஐ

EDEK. No! (szuka na stole przy którym uczy się Edek). Ty... no... EDEK. Proszę nie przewracać!.. ŻELAZNA. Niech Kulesza się ustąpi. EDEK. Nie przewracać! ŻELAZNA. Tu była farbka do bielizny, gdzie jest? EDEK. A mnie co do tego? ŻELAZNA. Tu była farbka? gdzie jest. EDEK. Niech mnie Żelazna da spokój — ja muszę się uczyć. ŻELAZNA. A ja muszę prać. Moje pranie więcej warte jak Kuleszy nauka, bo za pranie płacą, a za naukę Kuleszy pies grosza nie da. Dzie farbka? EDEK (z pasją, bijąc w stół). Proszę stąd iść! ŻELAZNA. A! A! to co? Kto tu pani? ja, czy Kulesza? Kto to na stancji — ja, czy Kulesza? Kto komu winien za trzy miesiące? ja, czy Kulesza? co? co? (Kulesza milczy). A no... a no... teraz trza pyska nie rozwierać, jak się na to nie ma i Bogu dziękować, że jeszcze trzymam, bo inna dawno by porządek zrobiła. EDEK (cicho). Sie zapłaci. ŻELAZNA. Spodziewam się. Ukrzywdzić się nie dam, ja ciężko pracuję.

(Odchodzi do balji. Znowu słychać plusk wody i monotonny głos Edka).

EDEK (odwraca się ku Żelaznej). Już ciemno ŻELAZNA (sucho). Dopiero trzecia. EDEK. To cóż, ale tu ciemno! ŻELAZNA (sucho). To trzeba się do pałacu wynieść i elektrykę sę fundnąć.

SCENA DRUGA.

EDEK — FILO.

ஐ ஐ

FILO. Siawus.

(Edek mamrocze).

FILO. Kujesz Demostenesa?

(Edek mamrocze w dalszym ciągu).

FILO. Ta przestań, idziesz?

(Edek rozkłada ręce).

FILO. Szkoda. EDEK (bije się po głowie). Ciężko, nie idzie — cholera, jakby kto zaciągnął tuman. FILO. Już wszyscy poszli.

(Edek macha ręką).

FILO (zagląda do wnętrza). A... niema? EDEK (ciągle się uczy). Nie. FILO. Ja tu dla niej coś przyniósł. EDEK (machinalnie wyciąga rękę). Dawaj! FILO. Nie, ja sam (zagląda). A twojej wiedźmy nie ma? (wchodzi przez okno, leci do łóżka Stefki, wydobywa z pod peleryny bukiecik kwiatów, stawia na koszu i wraca do Edka zadowolony). Tak! do kobiet tylko z kijem Nietschego albo... z kwiatami... Mówię ci to z doświadczenia. Zapamiętaj to sobie Kulo! EDEK. idź, mnie to nie w głowie. FILO. Ale... jak nie teraz, to później; zawsze cię to napadnie. EDEK. Nie będę miał czasu. FILO. Na to czasu nie trzeba. EDEK. Właśnie. FILO (siada na stole). Naturalnie. Jesteś młody, to nie potrzebujesz się długo wysługiwać. Raz, dwa, kobieta wpada ci w objęcia. EDEK. Wielkie szczęście. FILO. No, nie jest to główny czynnik życia — ale konieczny (siada na stole i zapala papierosa). Chcesz. EDEK. Dobrze.

(bierze; palą chwilę w

FILO (patrzy na kąt Stefki i Edka). Wiesz, ja przecie nie mogę uwierzyć, żebyś tak był blizko niej i tak... nic... tego. EDEK (z wybuchem). Tobie tylko świństwa w głowie. FILO. Wcale nie świństwa, bo musisz przyznać, że ta Stefka to szampańska dziewczyna. EDEK. Ja mam inne zapatrywania w tym względzie. FILO. No... wiem... wiem, nie potrzebujesz mi imponować, każden z nas uznaje w kobiecie człowieka, e!.. po jakiemu ty palisz — zaciągaj się... słyszysz? EDEK. Daj mi spokój.

(rzuca papierosa i idzie do chleba, kraje, zaczyna jeść i pisze przy stole).

FILO (siada na sofie). Najlepiej — jak nie umiesz palić, to nie pal... (po chwili). Ona pali? EDEK (przy stole). Kto? FILO. Maliczewska. EDEK. E! FILO. Widziałem raz — wychodziła z próby, ktoś, jakiś chórzysta czy co, palił, ona wyrwała mu z ust papierosa i sama paliła. EDEK. Dla hecy. A zresztą, niech ją djabli, masz tu twoje polskie... (podaje mu kilka kartek). Na... przepisz sobie, tylko byków nie rób. FILO (szuka po kieszeniach). Tu jest dwadzieścia centów. EDEK (twardo). Słuchaj ty? a reszta? jeszcześ mi winien za poprzednie 40 centów. FILO (z przymileniem). Kula, nie szalej! Kupiłem kwiatów dla niej! EDEK. Lepiej było dać jej gotówką. FILO. Tyś oszalał? jej? artystce? EDEK. Taka ona artystka, jak ja doktór filozofji. No, niech cię djabli... FILO (machinalnie kraje kawałek chleba i je). Ja mam swoje zapatrywania na kobiety. Powinno się nie zdzierać poezji. Ja nawet napisałem do niej wiersze. O tam... na tej karteczce w środku bukietu.

„I tylko dziwię się, że kwiaty Pod twemi stopami nie rosną“.

EDEK (z ironją, przy stole).

„O ty! mój ptaku skrzydlaty, Ty raju!... ty maju... ty wiosno!...

FILO. O! o! EDEK. Tak, tak brachu, Sienkiewicz! Sienkiewicz! FILO. Może ona nie czytała? EDEK. Nie czytała? Ona wszystko już pożarła, całą bibułę — ona ciągle czyta. Bez wyboru. Chciałem to jakoś pokierować, ale djabła tam. FILO (zadowolony). Taka inteligentna? EDEK. Nie inteligentna, ale oczytana. A zresztą nie piłuj mnie nią. Ja mam już tego wyżej uszów. FILO. Kiedy wróci? EDEK. Nie wiem. FILO. Nie jesteś uprzejmy. EDEK (smutno). Jak byś miał dziury w butach, dziury w portkach, dziury w mózgu, jak by ci było niewesoło i ciężko, to byś także nie był uprzejmy. FILO (serdecznie). Ja bym cię, Kula, do siebie zaprosił, jak Boga kocham i wszystko ci dał, ale moi starzy to taka para Dulskich, że aż w nosie kręci. EDEK. Ja wiem, tyś dobry w gruncie rzeczy, ale twoje środowisko — bagno! FILO. No — a ja romantyk. EDEK. Djabła tam! pozujesz na romantyka. Szczerości ani grdynia. No.. idź już... FILO. Zostawię dla niej papierosów. EDEK. Także coś. Idź już. FILO. Aha! tu masz! Etykę.

(wchodzi Żelazna i patrzy ze złością na Fila).

EDEK. Kiedy oddać? FILO. Weź całkiem. Nie krępuj się. Ja i tak bym spuścił.

SCENA TRZECIA.

CIŻ I ŻELAZNA.

ஐ ஐ

ŻELAZNA. Nie lubię wizytów. FILO. Siawus Edek! ŻELAZNA. Proszę po papierach, bo podłoga świeżo umyta. FILO. Nikt by się tego nie domyślił.

(wychodzi).

ŻELAZNA. Wymawiam sobie wizyty, i żeby mi przez okno nie wpuszczać. Bo to jakby do jakiej nory złodziejskiej, a nie chrześcijańskiego domu. EDEK. Nie żadne wizyty, tylko kolega. ŻELAZNA. Nie chcę. Jak ma się przyjmować kolegów, to pałac se wynająć.

SCENA .

CIŻ — MICHASIOWA.

ஐ ஐ

ŻELAZNA. Skończyło się! MICHASIOWA. A jakże. ŻELAZNA. No, a gdzie ona? MICHASIOWA. Terkocze ze swoimi. Mówiła żeby mleko było gorące. Właśnie, pieniądze się rodzą. MICHASIOWA. I tak się pali. ŻELAZNA. No to co?

(Michasiowa milczy).

ŻELAZNA. Nie pada tam? MICHASIOWA. Nie jeszcze. ŻELAZNA. Dałby Bóg; będzie deszczówka na kolory. MICHASIOWA. I śnieg może. ŻELAZNA. No, to już nie! MICHASIOWA. Zima idzie. ŻELAZNA. Niech się skręci po drodze. MICHASIOWA. E, co tam pani — ale ja. ŻELAZNA. A jakże! ja, właśnie. MICHASIOWA. Zemgliło mnie (pije wodę). Znów dostała cukierki i za dużo se podjadłam. ŻELAZNA (z pogardą). Cukierki! MICHASIOWA. A no, taki teraz widać zwyczaj! (spogląda na Czyj to chleb? ŻELAZNA. Daleko by zajechała z tymi cukierkami. MICHASIOWA. Czyj to chleb? ŻELAZNA. A no... tego...

(Michasiowa ułamuje kawałek i je).

ŻELAZNA. Tak sobie... ot... MICHASIOWA. Ta my z jednej wsi. ŻELAZNA. O! jakże to? MICHASIOWA. A no z Biedoty, (śmieje się gorzko). To jest jedna taka wieś, gdzie się takie rodzą. Idę! jeszcze trza przynieść. Nie dała psia krew od razu wszystkiego zabrać, żeby się jej kiecki nie pogniotły. Ach! niech ją!... (miarkuje się). A niech pani Żelazna nic jej nie mówi. ŻELAZNA. Niby co? MICHASIOWA. Że ja... trochę... ŻELAZNA. Ja chrześcijanka, plotków nie robię.

SCENA PIĄTA.

ŻELAZNA. — EDEK. — DAUMOWA. — HISZOWSKA.

ஐ ஐ

ŻELAZNA. Co za djabeł? DAUMOWA (wsuwa głowę przez drzwi).. Niech będzie pochwalony! ŻELAZNA. Na wieki wieków!

DAUMOWA. Czy tu mieszka praczka? ŻELAZNA. To ja, do usług wielmożnej pani. DAUMOWA. Dobrze, dobrze... cóż tu tak ciemno? HISZOWSKA. I duszno. ŻELAZNA. Wiadomo... w pralni... wiadomo... zaraz zapalę. DAUMOWA. Tak. Bo to my chcemy się porozumieć co do koronek... nie wiem, czy pani też umie prać koronki? ŻELAZNA. W lot... w lot... HISZOWSKA. A gipiury? lot... w lot...

DAUMOWA (spostrzega nogi Edka wiszące u okna). O! o! a to czyje? ŻELAZNA. To... zaraz (ściąga Edka) proszę na dwór — ja tu mam interesa.

HISZOWSKA. Czy to synek pani? ŻELAZNA. Gdzie zaś... to sierota... przygarnęłam... przytuliłam za swego... DAUMOWA. To pięknie, to bardzo pięknie... ŻELAZNA. To obowiązek chrześcijański, proszę wielmożnej pani. Ta matką jestem mu rodzoną. Co robić! Może wielmożne panie siądą...

(podaje stołki).

DAUMOWA. Dziękujemy! Trochę tu ciasno u pani! HISZOWSKA (cicho do Daumowej). Niech pani mecenasowa wprost... DAUMOWA (do Hiszowskiej). Pst... nie zdradzić... Tu jeszcze ktoś sypia... ŻELAZNA. A! to już lokatorka... panna Maliczewska. DAUMOWA. Zdaje mi się, ona z teatru? ŻELAZNA. Tak, ale to takie dopiero coś nie coś, bo to młode jeszcze. DAUMOWA A ona co? sierota? ŻELAZNA. Ta... zdaje się... nie wiem... HISZOWSKA. Dużo wam płaci? ŻELAZNA (podejrzliwie). Ta... różnie... DAUMOWA. Ale przecie... ŻELAZNA. Dwadzieścia guldeny... z wiktem... a jakże... DAUMOWA. A... więc ma mieszkanie i wikt? (do Hiszowskiej): No... więc tu wszystko w porządku... HISZOWSKA. Zapiszę do sprawozdania... DAUMOWA (dyktując). „U Stefanji Maliczewskiej statystki teatralnej znaleziono mieszkanie odpowiednie, wikt i... a!... (do Żelaznej): Moja pani, bo my tu właściwie w najlepszym celu... My jesteśmy delegatki towarzystwa podnoszenia kobiet... ŻELAZNA (trochę zaniepokojona). Wielmożne panie mają pozwolenie z policji? DAUMOWA (z uśmiechem). Nie, ale sumienie nam wydaje pozwolenie! My spisujemy i dowiadujemy się z czego jaka dziewczyna żyje... no... Zresztą chodzi o oto... Czy panna Maliczewska dobrze się prowadzi? ŻELAZNĄ (po chwili). Ta ja się nią opiekuję. DAUMOWA. Właśnie, właśnie i to bardzo, bardzo dobrze... Ale zawsze... HISZOWSKA. Tak, czy nie... ŻELAZNA Nie! (po chwili). Ja, proszę wielmożnych pań, jestem gdowa, chrześcijańska gdowa i nigdy bym czegoś takiego pod dachem nie trzymała. DAUMOWA. To bardzo piękne... HISZOWSKA. Więc pani ręczy za prowadzenie się panny Maliczewskiej. ŻELAZNA. A, na co to? Ja ręczyć nie ręczę. Tylo mówię, że niby teraz... DAUMOWA. No mniejsza... (do Hiszowskiej:) Niech pani napisze: „Panna Maliczewska zostaje pod opieką zacnej kobiety...“ (do Żelaznej:) Nazwisko... bo zapomniałam... ŻELAZNA. Anna Żelazna. DAUMOWA (patrzą się na siebie i śmieją). Anny Żelaznej! Tak! Możemy dodać, że panna Maliczewska nie okazuje skłonności do upadku... ŻELAZNA. Do czego, proszę wielmożnej pani? DAUMOWA (z uśmiechem). Do upadku... To... taka przenośnia. To potrzebne do aktów towarzystwa. HISZOWSKA. Co tu tak pachnie? DAUMOWA. Gdzie? HISZOWSKA. A! to ten chleb! to czarny chleb... J’en rafolle... już dawno nie jadłam. ŻELAZNA. Może wielmożne panie pozwolą? HISZOWSKA. Ależ... DAUMOWA (pobłażliwie). Nie trzeba odmawiać.

(Żelazna kraje kromeczki i podaje na spodku).

HISZOWSKA. Doskonały. DAUMOWA. Jakie z pani dziecko! (śmieją się) reasumując, panna Maliczewska jest uczciwa, porządna dziewczynka i ma byt zabezpieczony! HISZOWSKA. No, to my nie mamy tu co robić. DAUMOWA. Naturalnie. Skoro jeszcze nie...

(śmieją się).

HISZOWSKA. Tak, skoro jeszcze nie... (patrzy w książeczkę) mamy teraz być gdzie? zaraz... u tej co ma kamienicę na rogu Piasecznej. DAUMOWA. To będzie cięższy orzech do zgryzienia. Nie chwyta... nie chwyta... Mówię jej, tłomaczę, cóż? ona odpowiada iż jej tak dobrze... z tą kamienicą... i... że jej tak dobrze z kamienicą. HISZOWSKA. Straszne! straszne! o! (patrzy na zegarek) Już późno, chodźmy! nasi mężowie się niecierpliwią! DAUMOWA. A mój się domyśli, to byłoby najgorsze. HISZOWSKA. Zawsze przeciwny? DAUMOWA. Strasznie. HISZOWSKA (nakładając rękawiczki). Trzeba mu wytłomaczyć. że to jest obowiązek poprostu. DAUMOWA. Ale on ma swoje zasady. On poprostu nie może pojąć czegoś takiego i lęka się, ażebym ja nie przeszła mimo takich kobiet. On mówi, że to ściera puch... HISZOWSKA. E! to przesada! Więc... z panną Maliczewską skończyłyśmy... DAUMOWA. Chyba że... HISZOWSKA. Ah! broń Boże! Zresztą po co? ma wszystko... chyba przez moral insanity. DAUMOWA (wzdycha). To też to... właśnie... to... HISZOWSKA do łóżka Stefki). Jedno tylko... tak to wszystko w jednym pokoju. Moja pani Żelazna, tu jest jedna izba? ŻELAZNA. Jedna... I tak co to kosztuje... to... HISZOWSKA. Więc i ten młody człowiek także tutaj? ŻELAZNA. Jaki młody człowiek? HISZOWSKA. No... sierotka... ŻELAZNA. A, Kulesza! A no tak! HISZOWSKA. To jakoś... DAUMOWA (bierze parawan rozkłada). Zaraz to zaaranżerujemy. Tu jest parawanik. Trochę podarty... To my tu przyślemy wollatlasu parę metrów... HISZOWSKA. Tak, wollatlas! nieprzezroczysty... DAUMOWA. I pani Żelazna będzie łaskawa kazać obić parawanik i pilnować... żeby zawsze... tego...

(rozsuwa ręce nad łóżkiem Maliczewskiej, jak anioł stróż).

. Dobrze, dobrze. DAUMOWA. No zostańcie z Bogiem pani Żelazna — dziękujemy za chlebuś. HISZOWSKA. A pannę Maliczewską opiece polecamy. ŻELAZNA. Jak matka... jak matka... (kłania się). Całuję rączki... niech Pan Bóg prowadzi. (odprowadza w ukłonach obie panie i gdy wyjdą, mruczy do siebie przez zęby): Bodajście karki skręciły! (idzie do okna, uchyla i woła): Można przyjść!

SCENA SZÓSTA.

ŻELAZNA — EDEK później MICHASIOWA.

ஐ ஐ

ŻELAZNA. Która też to godzina? (krzyczy) Która godzina? EDEK. Nie wiem.

ŻELAZNA. Nie tu! nie tu! nie wolno mi chlewa z izby robić. MICHASIOWA. A cóż to, wielkanocne święta, czy co, że takie czystości? ŻELAZNA. Co jest, to jest... nie wolno... Do sieni. MICHASIOWA. Moja siostra płaci, to nie wolno. ŻELAZNA. Płaci za wikt i za spanie, ale nie za brudzenie podłogi. (Michasiowa wyjmuje suknie lekkie i rozwiesza, potem śliczną bonbonierkę i stawia na koszu). (Żelazna oglądając bonbonierkę). To musi kosztować! MICHASIOWA. A musi!... proszę postawić... ŻELAZNA. O wa! jakbym to ja nie umiała z takiem pudełkiem się obejść.

SCENA SIÓDMA.

CIŻ — STEFKA.

ஐ ஐ

MICHASIOWA. Tu są cukierki. STEFKA (cicho). Dobrze! zostaw! a psia krew! a psia krew. MICHASIOWA. Dałaby Stefka parę szóstek. STEFKA (cicho). Właśnie. Z czego? gryźnij się. MICHASIOWA. Dałaby Stefka parę szóstek. STEFKA. Ta idź do cholery... jak mówię że nie mam, to nie mam... (kładzie się na Tom zharowana! MICHASIOWA. To ja pójdę. STEFKA (leży jak martwa). A nie spóźnij się o siódmej po rzeczy! MICHASIOWA. Znowu dziś Stefka gra? STEFKA. No — ta przecież opera wieczór. MICHASIOWA. Ta musieli po południu zapłacić. STEFKA. Rozenthalowa czekała i wzięła ratę. A zresztę co u djabła, nie mam!

ŻELAZNA. Podwieczorek! STEFKA (cicho). Zaraz, tylko odsapnę. ŻELAZNA. Dolałam trochę kawy. STEFKA. Jaj! a to co się stało! No tak, trochę... panna Stefka o której idzie do teatru? STEFKA. O siódmej. ŻELAZNA. A teraz? STEFKA. Wpół do szóstej. ŻELAZNA. No... STEFKA. Co? ŻELAZNA. Nic... Nic... STEFKA (zrywa się). Już odsapnęłam (biegnie do Edka, zasłania mu oczy). Siawus! EDEK. Ta daj mi pokój! STEFKA. Ta joj! nie ugryzę cię djable nietykalny! (patrzy na chleb). Cóż się ten twój chleb tak skurczył. (kraje sobie kawałek i je). Może chcesz cukierków? (Edek nie przerywając sobie nauki wyciąga rękę w tył, Stefka mu wkłada parę cukierków śmiejąc się). Na masz! spożywaj! to są owoce mojej hańby! (zaśmiewa się). A wiecie co, że mnie pedały dziś bolą. ŻELAZNA. Bo się panna Stefka zapracowuje. STEFKA. Co się pani Żelazna taka słodka dziś zrobiła. ŻELAZNA. Ja taka zawsze. STEFKA. Właśnie! (do Kuleszy). To nie ten chleb co zawsze. EDEK. Bo to komyśniak, kupuję teraz od żołnierzy, to dłużej potrwa. STEFKA. I więcej napcha. Cóż dziś spietrasił. Dużo? EDEK. Trzy. STEFKA (siada na stole gdzie Edek pisze). A na celujący miałeś? EDEK. Jedno, ale mi nie zapłacił. Jeszcze dwa mam na bardzo dobry i dostateczny. STEFKA. A o czem dziś? EDEK. Wściec się. Trza opisać boleść ojca zadżumionych. STEFKA. Nie gadaj! EDEK. Jak Boga kocham! Takie ci Kakuś daje temata. STEFKA. I ty trzy razy takeś bolał ojcowsko? EDEK. Cztery. Na obstalunek trzy, a dla siebie czwarty. STEFKA. Ty za mało bierzesz. EDEK. Nie dadzą... No... usuń się... Jeszcze Demostenesa połknę... STEFKA (pakuje się coraz więcej na stół). Ty, co to jest Spinoza? EDEK. Filozof. STEFKA. Żyd — bo Baruch. EDEK. Żyd. STEFKA. Co on zrobił? EDEK. Fi-lo-zof! Skąd ci przyszło. STEFKA. To Osterlo — ta z chórów dostała taką rolę. My bardzo się naradzały, co to. Żadna nie wiedziała. Ty mi napisz na kartce co to — to ja im powiem. Dobrze? Ja ci dam cukierków. Ta Osterlo ma szczęście. Ona mówiła, że to przez to, że ona ma proste nogi do trykot, to jej dali. Ale to nieprawda, bo ja mam jeszcze prościejsze... Tylko ona ma kochanka, co jest z dyrektorem na ty i przez to ma protegę. Ah, psia kość słoniowa, żeby mi znaleźć kogo, co by był z dyrektorem na ty! (przewala się na stole). Żeby mi to znaleźć! EDEK. Uważaj co robisz! STEFKA (leży na stole). Żeby mi jedną rolę dali, to by się przekonali że mam talent... żeby jedną rolę... (podnosi nogę, patrzy z uwagą na bucik). O!... byłabym wtedy bogata! Co dzień bym piła kawę, jeździła na gumach i tobie bym dała dużo monety — pedam ci byłoby no! (ogląda bucik). A to... a to... (nagle). Masz tekturę? (zrywa się na środek sceny). EDEK. Weź jaką okładkę. Ja zawsze okładkami zeluję — grube.., STEFKA. Dziś gram damę, to muszę mieć swoje buciki — a klękamy do publiczności. ( bucik, i pakuje tekturę). Dawaj atrament.

(zasmarowuje).

EDEK. Czekaj!

(smaruje sobie także dziurę w bucie).

STEFKA. Ta co — ta prosto na skarpetkę? EDEK (smutno). Durnaś! to ciało! — Tam masz kwiaty! STEFKA. E! niech się wypcha z zielskiem! Dziś mi się już nic nie chce. EDEK. Trza mieć odwagę. STEFKA (smutno). Ty Edek, to masz zawsze duże słowa w pogotowiu... EDEK (gorzko) Choć to...

(Żelazna ten czas złożyła bieliznę do kosza).

ŻELAZNA. Idę na strych.

(wychodzi).

STEFKA. A idź na złamanie karku. EDEK. No... wstawaj, muszę pozbierać papiery.

(Stefka się podnosi ze stołu powoli).

STEFKA. Uf... jakby mnie kto zbił!

(pukanie).

SCENA ÓSMA.

STEFKA, EDEK, SEKWESTRATOR.

ஐ ஐ

SEKWESTRATOR. Czy tu mieszka Stefanja Maliczewska? STEFKA. A co pan sobie winszuje? SEKWESTRATOR. Ze sądu... mam opisać. STEFKA (w lansadach). Pan się trudni literaturą? SEKWESTRATOR. Zajęcie ruchomości. STEFKA (do publiczności robi oko). Oj! to ze sądu! SEKWESTRATOR. Sprawa Icka Ejzensztejna. Należność 27 koron, 58 halerzy... proszę nie utrudniać... (idzie do stołu). Muszę opisać... STEFKA (obojętnie idzie do łóżka, kładzie się na niem). Ano to se pan opisuj!

(wpada Żelazna).

ŻELAZNA (zasłania meble). Co to? ze sądu? nie pozwolę. To wszystko moje. Panna Maliczewska nie ma nic. Jest u mnie sublokatorką... SEKWESTRATOR. Nie wiem nic... proszę nie utrudniać! ŻELAZNA. Ja przysięgnę. Meble moje, wszystko moje! STEFKA (zanosi się od śmiechu). No wiecie... no wiecie... ŻELAZNA. I to moje! i to moje! (Edek zabiera papiery i wychodzi. — Żelazna do Edka). Proszę nie wracać przed siódmą, bo ja mam interesa. SEKWESTRATOR. Kredens sosnowy. ŻELAZNA (pędzi do kredensu). To mój, przysięgnę! SEKWESTRATOR. Można zrobić reklamację w sądzie. Nie utrudniać.

(dochodzi do łóżka i bierze spódniczkę baletową).

STEFKA (zrywa się). Proszę położyć, to są narzędzia pracy. (bierze Nie ruszać.., narzędzia pracy... Ty... ty... moje marzenie... SEKWESTRATOR (spisując). Stół sosnowy kanapa ceratą kryta wypchana trawą... dość, starczy... (formalizuje, lepi marki). Tak. STEFKA (tańczy po scenie). Pan żonaty? SEKWESTRATOR. Nie utrudniać! STEFKA. I dzieciaty? SEKWESTRATOR. Nie utrudniać! Opiekę i odpowiedzialność nad zajętemi ruchomościami zdaje się tejże Stefanji Maliczewskiej, pod grozą odpowiedzialności paragrafu... STEFKA. Pan ma wprawę.

(kładzie stare pantofle baletowe, Sekwestrator wychodzi).

STEFKA. Żonie moje uszanowanie, dziateczki proszę ucałować, a niech pan uważa, bo tam trochę błoto... (tańczy przed Żelazną). Babciu morowa, mam opiekę nad twojemi gratami. ŻELAZNA. To nie zabawne. Mogła panna Stefka tego żyda zapłacić STEFKA (odrazu smutnieje). Widać nie mogłam. ŻELAZNA. To źle, to trzeba mieć. STEFKA. Ta z czego? ŻELAZNA. Ja nie wiem, ale tak nie można. STEFKA (nagle posępniejąc). Ja sama wiem, że nie można. (rzuca się na łóżko). Spać chcę! Żelazna! ma pani trochę spirytusu do maszynki — nie mam czem się dziś ufryzować. ŻELAZNA. Nie mam. STEFKA. Co to będzie. Ja ciągle od innych pożyczam. ŻELAZNA. Ja ta nie wiem.

(wygląda do sieni).

STEFKA (zwłóczy się z łóżka). Pójdę do grajzlerki — może mi zborguje.

(wywłóczy się z izby, otuliwszy czemkolwiek).

SCENA DZIEWIĄTA.

ŻELAZNA — DAUM.

ஐ ஐ

DAUM. No? ŻELAZNA. Całuję rączki. DAUM (odrzuca ją laską od siebie). Dobrze już dobrze... no... gdzie? ŻELAZNA. Wyszła, za chwilę wróci. DAUM. Może nie wróci. ŻELAZNA. Ale... wróci... wróci... Jaki to wielmożny pan niecierpliwy. Może se wielmożny pan przysiądzie. DAUM (siada w futrze i kapeluszu). Dobrze, już dobrze (chwila milczenia). A uprzedzona? ŻELAZNA. A jakże... a jakże. DAUM. Zgodziła się? ŻELAZNA. Naturalnie. DAUM. No, to nie bardzo tam z tą cnotą, skoro tak zaraz... ŻELAZNA. Ta gdzie zaraz? Ta wielmożny pan nie wie co to było... Ta aż mglała... ta aż krzyczała... ale powoli.., ta wielmożny pan rozumie... ta panienka to uczciwa dziewczyna... to musi pogrymasować... DAUM (odsuwa ją lekko). No już dobrze... dobrze.., ŻELAZNA. Ale ona będzie tak z początku udawała, że niby nie wie o niczem. Wielmożny pan rozumie, taka komedja... DAUM (skrzywiony). Po co to? ŻELAZNA. I wielmożny pan także tak będzie, że niby nic. To tak żeby nie poznała, że ja tak wielmożnemu panu dobrze życzę. Aż się jej wielmożny pan spodoba... tak za kwadransik!... DAUM. No już dobrze, dobrze! ŻELAZNA (z uśmiechem cicho). A... co do tego...

(Daum wyjmuje z pugilaresu 50 koron i daje jej).

ŻELAZNA. Ta to tylko pięćdziesiąt. DAUM (cicho). Drugie pięćdziesiąt... jutro... ŻELAZNA. Całuję rączki... całuję rączki!

(chwila milczenia).

DAUM. Coś nie ma. ŻELAZNA. Przyleci... przyleci... tylko tu do szynku, w tej kamienicy... DAUM (skrzywiony). Pije? ŻELAZNA. Jezus Marja takie dziewcząteczko! Tylko po spirytusik do kręcenia włosów... wiadomo... młode, kokietka... DAUM. Ile ma lat? ŻELAZNA. Dziewiętnaście. DAUM. Czy tylko pewne? ŻELAZNA. Najpewniejsze. Wywąchałam metrykę.

(chwila milczenia).

DAUM (wstaje). Zdaje się, że ktoś idzie. ŻELAZNA (zagląda do sieni). To somsiad. A jakby co, to wielmożny pan powie, że przyszedł oglądać kamienicę bo kupuje. DAUM. Najlepiej niech nikt nie przychodzi. ŻELAZNA. Zarządzę, zarządzę. Jak ona przyjdzie to zamknę drzwi, sama se przysiądę na dziedzińcu (chwila milczenia). Idzie! (Daum siada przy kominie ciągle ubrany, wchodzi Stefka). Idę do trafiki.

SCENA DZIESIĄTA.

STEFKA — DAUM.

ஐ ஐ

STEFKA. Pan sobie winszuje? DAUM. Nic. STEFKA. To niewiele.

DAUM (ciągle siedząc). Z czego się panienka śmieje? STEFKA. Pan ma dobrą głowę (chwila milczenia, Stefka siada i zaczyna fastrygować na baletowej spódnicy wstążki. Jest odwrócona tyłem do Dauma, nareszcie odwraca się i patrzy na niego). Właściwie — co pan tu chce? DAUM. Kamienicę kupuję. Oglądam. STFEKA. Kamienicę? to pan musi być bogaty. DAUM. Tak sobie. STEFKA. Niema „tak sobie“. Albo bogaty, albo nie bogaty. Trza porządnie gadać. (po chwili). Pan żonaty? DAUM. Tak. STEFKA. A dzieciaty. DAUM. Tak. STEFKA. A jakie żona ma imię? DAUM. Ewa. STEFKA (do publiczności grubym głosem). Jak „w dziejach grzechu“. DAUM. Gdzie? STEFKA. E! pan nie czytał. Pan nie wygląda na takiego coby książki czytał. DAUM (ubawiony). A na co ja wyglądam? STEFKA. No... w każdym razie na dobry numer. Która godzina? DAUM. Wpół do siódmej. STEFKA Psia kość słoniowa, nie zdążę. DAUM. Co? STEFKA. A to... DAUM. Po cóż sama? co nie mamy krawcowej? STEFKA. Ta z czego? tyż!

(wstaje, idzie do komina, bierze mleko, pije).

DAUM. Co panienka pije? STEFKA. Podwieczorek i kolację (biegnie do chleba Edkowego, kraje kawałek i rzuca w przechodzie resztę Daumowi). Może pan też — komiśniak... DAUM. Co? STEFKA (dziecinnie, śmiejąc się). Pstro...

DAUM (wabi ją papierosem, jak zwierzątko). Proszę! (Stefka bierze papierosa, ale się go boi i wraca do szycia spódnicy). Pani dziś występuje? STEFKA. Właśnie! taki występ! statystuję... już trzy lata, ale co? ani protegi... ani nic... a przecież ja mogłabym grać. (nagle zrywa się i idzie do Dauma). Pan zna dyrektora? DAUM. Znam. STEFKA. Ale tak: „per-ty“! DAUM. Tak. (idzie do komina, klęka i grzeje żelazko od włosów). Pan nie cygani? DAUM. Nie! (patrzy na żelazko). O! ho!

(gasi papierosa, słychać zgrzyt klucza w

(obojętnie, ciągle przy piecu). Co to? zamknął ktoś... DAUM. No... dość tych komedji... (przykręca lampkę, ciemność zalega norę, ledwo przez okienko mdłe smugi światła, Daum rzuca się na Stefkę z tyłu). No... STEFKA (bezradnie zdziwiona, z opuszczonemi rękami, nie rozumiejąc narazie). Czego? co? DAUM. Cicho! cicho! STEFKA (krzycząc — zrozumiała). Dać mi spokój! precz! precz! (wydziera mu się, on ją dopada, chwyta za włosy, pociąga w tył). Jezus! boli! DAUM. Cicho! (Stefka rzuca się ku oknu, wskakuje na stół, bije ręką w szyby, tłucze okno, krwawi sobie ręce). Oszalałaś! STEFKA. Ratujcie! ludzie! ratujcie! DAUM. Milcz szelmo!

ŻELAZNA (szeptem). Jezus Marja! Na dziedzińcu słychać! STEFKA (płacze serdecznie, zanosi się, rzuca się na swoje łóżko płacząc). Łajdak! łotr! łotr! ŻELAZNA (szeptem, rozjaśnia lampę). Cicho, nic się nie stało. DAUM (do Żelaznej). A to ładna historja! a tom się wplątał... ŻELAZNA (pół gł.). Wielmożny panie, ta ja nie wiedziałam... DAUM (wściekły). Mówiła pani że uprzedzona... Ładnie uprzedzona! ŻELAZNA. Wielmożny panie, klnę się na sumienie! DAUM. Proszę mi dać się czem obetrzeć... (Żelazna daje mu wody, on ściera z rąk krew ruchem Pontskiego No... temu nie jestem winien. (wyjmuje portfel i wyciąga angielski papierek, zalepia ranę i gubi 10 koron, gdy już ubrany do wyjścia, mówi). A teraz oddajcie. ŻELAZNA (kłania się). Wielmożny panie! ta wydatki!... DAUM (odrzuca ją). Dobrze już, dobrze... (Już przy wyjściu zatrzymuje go). A za szybę, wielmożny panie? DAUM. Idźcie do djabła!

(wychodzi trzaskając drzwiami).

SCENA JEDENASTA.

STEFKA — ŻELAZNA później EDEK.

ஐ ஐ

ŻELAZNA (idzie do łóżka, bierze poduszkę, włazi na stół i zatyka okno). Panna Stefka zbiła szybę, proszę, żeby jutro zapłaciła... STEFKA (cicho). Zapłacę! ŻELAZNA. Szyba lagrowa... Dwie korony... STEFKA. Zapłacę!

EDEK. A tu co? jak po spaleniu! Moje zeszyty o! wypisy i to pożyczone. Czy to ty? STEFKA (cicho). Ja! EDEK (płacze). A no! to wiesz, wiesz, to świństwo! STEFKA (nagle zrywa się). Daj mi spokój Żebyś ty wiedział co tu było. EDEK. O! to świństwo! mnie tak ciężko. STEFKA. Durnyś... ci to odkupię... Żebyś ty wiedział... albo ci niepowiem... bo się wstydzę...

(płacze).

EDEK (zainteresowany zbliża się). No co? STEFKA (rzuca mu się na piersi i płacząc mówi). Bo tu był taki stary... koń... taki... w futrze... i aż mnie złapał za włosy... i ciągnął po ziemi... EDEK (głupowato). Czego chciał? STEFKA. A to tuman! EDEK. Aha! (po chwili). A ty co? STEFKA (z dumą.) A no wydarłam mu się. EDEK (podaje jej rękę). To dzielnie! Wreszcie widzę w tobie człowieka... STEFKA. Ta daj mi spokój, rękę sobie skaleczyłam. EDEK. To nic! to chrzest... z tego wyjdziesz dzielniejsza. STEFKA. Ładne nic! (idzie w stronę komina, aby podkręcić lampkę i spostrzega na ziemi banknot dziecięciokoronowy). To on zgubił... nic innego... o! powalany krwią... EDEK. Rzuć to! STEFKA. Ale także pieniądze! EDEK. Rzuć to! Spal!... STEFKA. Ta ty do warjatów idź!... EDEK. To są nieczyste pieniądze. STEFKA. Nie. Troszkę obłocone i troszkę krwi... ale... (wyciera). O! ani nie znać! dobra!

EDEK. To chodzi o moralny brud. STEFKA. E! wypchaj się... jak przyjdzie Michasiowa, niech bierze kosz i niesie do garderoby...

(biegnie ku wyjściu).

EDEK. Poczekaj! gdzie idziesz. STEFKA (z triumfem, już na schodach). Idę długi płacić.

(wylatuje).

EDEK (sam, patrzy na nią z pogardą, pluje i macha ręką). Ot... kobieta... (idzie do stołu, szuka chleba, potem pod sofą, wreszcie z płaczem). Co się u djabła z moim chlebem stało?

Zasłona spada.

KONIEC AKTU PIERWSZEGO.

AKT DRUGI.

SCENA PIERWSZA.

MICHASIOWA — DAUM.

ஐ ஐ

MICHASIOWA (uniżenie ale złośliwie). Wielmożny pan... całuję rączki... całuję rączki... DAUM (odsuwa ją laską). No już dobrze, dobrze... niema panienki? MICHASIOWA. Panienka na próbie. DAUM. A z czego? MICHASIOWA. Jakieś coś smutnego. Panienka tam będzie za Hiszpana... DAUM. Stół trzeba przysunąć... MICHASIOWA (złośliwie). Ta... noga odlatuje. DAUM (wściekły). Znowu? ja płacić za wasze szkody nie będę. MICHASIOWA. Ta wielmożny panie! to z tandety, nic nie warte, samo próchno. DAUM. Nieprawda. MICHASIOWA. Ta na wypożyczenie nic porządnego nie dadzą... DAUM. Cicho! nakryć stół! (do Michasiowej, która zapala lampę). Ja sam! (zdejmuje surdut i włazi na krzesło). Po co to palić? Szkoda nafty! MICHASIOWA (odchodząc do kuchni). Panienka ze swoich pieniędzy na naftę daje!

DAUM. Proszę dać trzy nakrycia. MICHASIOWA. Ta jakie. DAUM. No... mamy trzy widelce... trzy noże... MICHASIOWA. I nie rozchodźcie się. DAUM. No, to na trzy osób starczy... MICHASIOWA. To ma być ktoś na kolacji? DAUM. Proszę nie rezonować, tylko nakrywać... Tu sardynki... tak... a tego nie ruszać... to kawior... MICHASIOWA. No... no... DAUM. Wina to za okno... za okno... MICHASIOWA. Ta jakie wina? jedna butelka i tyle awantur... DAUM. No już dobrze, dobrze... (idzie do pieca). Co tu tak zimno? MICHASIOWA. No, bo się raz na dzień w piecu pali, a tam mróz. DAUM. Powinno być cieplej. MICHASIOWA. A zdało by się. A u mnie w kuchni to trza lód rano z ganku ode drzwi odrębywać... Ale jak trzeba szparować na wszystkiem to inaczej być nie może. DAUM (pali papierosy, po chwili). Nikt tu nie przychodzi? MICHASIOWA. Ta Jezu! ta wielmożny pan wiecznie się o to samo pyta. Ta kto miałby przychodzić? Ta panienka się już tak nudzi jak ten pies... DAUM. Niech czyta. MICHASIOWA. O jej! a co będzie na starość robiła? DAUM. Ja widzę, że Michasiowa jej w głowie przewraca! MICHASIOWA (urażona). Też coś!... co mnie do niej. Ona se tak życie układa jak chce... (po chwili). No a co będzie na kolację! DAUM. Musi tam przecie być coś z obiadu. MICHASIOWA. Właśnie. Tak się dużo robi. DAUM. Zresztą to nie kolacja, to tylko przekąska... MICHASIOWA. Bo ja bym może jeszcze polędwicy dostała. DAUM. Nie trzeba... nie trzeba... to tylko przekąska.. MICHASIOWA. Niech będzie. DAUM (wstaje i widzi na stoliku pozew sądowy). A to co? MICHASIOWA. A to znów ze sądu. DAUM (wściekły). Co? jeszcze? nie zapłacę! Jak Boga kocham nie zapłacę! MICHASIOWA. Ta niech wielmożny pan nie płaci... Ojej! DAUM. Na ileż to? MICHASIOWA. Na osiemdziesiąt... DAUM. Czego? guldenów. MICHASIOWA. Ta nie! ta koron! joj!... DAUM. Za co to! MICHASIOWA. Ta panienka musi się na scenę ubrać. Ta na jutro dwie suknie — niby za to. (chwila milczenia — Daum siedzi przy ogniu). Herbaty zrobić? DAUM. Tak, ale się zaparzy tę co ja przyniosłem w papierku, a nie waszą...

SCENA DRUGA.

MICHASIOWA, DAUM, STEFKA.

ஐ ஐ

(Stefka wpada, jest ubrana trochę lepiej, ma wielki kapelusz z piórami).

STEFKA (śpiewając). Platz da! jetzt kommt die Grette! DAUM. No, nareszcie! STEFKA. Niby co — nareszcie? próba trwała... przez alembik... to oni z dramatu tak nazywają, zdawało się, że będziemy nocować. (do Michasiowej, rzucając kapelusz). No, bierz to szutro! (układnie). A ja z nim mam na pieńku. DAUM. Ze mną? STEFKA (pudrując się i przyczesując). A z nim, z nim... dlaczego się nie zobaczył z dyrektorem? Ciągle mnie zwodzi. DAUM. Co Stefka chce? przecież ma rolę. STEFKA. To nie jest rola, to jest skandal. A potem to nie przez niego, tylko przez wypadek, że Bóg tak dał, że Milowicz pedał se zwichnęła i mnie dali zastępstwo. DAUM (leży na sofie). Ale dali. STEFKA. Ale ja prosiłam, żeby iść do dyrektora i prosić żeby mnie dali na afisz, a oni zostawili Milowicz. DAUM. Mnie się tam nie spieszy. STEFKA. Ale mnie się spieszy. Ale on się boi skompromitować. DAUM (skrzywiony). A cóż? mam się z czem chwalić? Zresztą ja jestem w porządku. Ja nic nie obiecywałem. STEFKA (smutno). Ale ja sobie obiecywałam! (do Michasiowej). Co się śmiejesz? MICHASIOWA. Panience się zdaje. STEFKA. Widzę dobrze. Idź do kuchni. (z udaną grozą) i naostrz nóż... MICHASIOWA. Chryste Panie! na co? STEFKA (śmiejąc się). Pozarzynam was! No dalej! hop! A on niech Bogu dziękuje, że ona ma taki anielski charakter, bo inna to by takie piekło zrobiła, że... no! DAUM. To by mnie tyle widziała. STEFKA. Ojoj! wielkie nieszczęście! (Michasiowa wychodzi, Daum pociąga Stefkę do siebie. Stefka delikatnie mu się wysuwa i aby coś leci do stołu). Cóż to za bufet pierwszej klasy? DAUM (na sofie). Jak Stefka przyrzeknie, iż będzie się przyzwoicie zachowywać, to może jeden z moich przyjaciół przyjdzie dziś na herbatę. STEFKA. Jeżeli podobny do niego... DAUM. O to nie chodzi. Ale — że ona zawsze się skarży, że się nudzi, więc jeżeli (powtarzam) potrafi zachować się przyzwoicie, języka nie pokazywać... (Stefka język pokazuje) na nosie nie grać... (Stefka gra na nosie) nie robić pajaca... słowem — mieć jakąś godność... STEFKA. Wypchać się z godnością! Jak ten twój przyjaciel tu przychodzi, to on wie co ja jestem i jaka moja sy-tu-acja! DAUM. W każdej sytuacji można zachować się godnie i przyzwoicie. Niech patrzy na mnie czy ja kiedy wyprawiam takie łamańce jak ona? Nie — a dlaczego? bo wiem co to jest godność. STEFKA. On może tak długo gadać? DAUM. Chodzi mi o to ażeby ten mój przyjaciel wyniósł stąd wyobrażenie odpowiednie. STEFKA. Jak to także nudna trąba to niech zostanie gdzie jest. Ja niemam ochoty z nudów posiwieć. (milutko). A teraz — proszę stąd iść... DAUM. Gdzie? STEFKA. Na ulicę czy gdzie — bo tu zaraz przyjdą moi goście DAUM. Co za goście? STEFKA. Moi. Klaka. Jutrzejsza. No co? Jak on się nie zatroszczy żeby mi wyrobić stanowisko, to ja się muszę troszczyć. Będę miała jutro po kuplecikach szmerek i brawko. Muszę to sobie urządzić — i udało mi się po wielu trudach i staraniach. Zaraz tu przyjdą moje klakiery muszę ich czemś przyjąć... (ogląda się smutno że niema nic — nagle dostrzega stół — do kuchni). Michasiowa! — dyguj tu tacę! Tak! z tego będą kanapki ef ef... DAUM. Bardzo proszę — to jest moja przyjacielska przekąska. STEFKA. Gwiżdżę na to!... (Michasiowa wnosi tacę. Stefka stawia to na stole). Tak! sardynki; szynka... prutek... masełko... ef... ef... DAUM. Proszę nieruszać, to kawior!... STEFKA. Pycha! dawać kawior!... musi być zatrzęsienie kanapek... DAUM. Czekać! ja sam!...

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…