1
Wezbrana Ptycz lała się szeroko między leśnymi brzegami; snuła się płynną tkaniną, dzierganą z pasm i węzłów, przez kraj dziko zarośnięty, bez widoku na pola uprawne, ani na ludzkie siedziby. Woda lodowata, świeżo ze śniegów topiona, dyszała zimnym oparem. Las nagi jeszcze, okazywał bez osłon mietliste powikłania sosny, olchy i łozy, suto podlane wodą, w której mokły liczne zawały. Przez gęstwinę szarą świeciły jasne pnie brzozowe, tryskające tłumnie z kęp nawodnionych i wszechlas osnuty był mgłą zielonawą, zapowiedzią pory wesołej, a z brzegów rzeki i z pokrewnych jej łęgów leśnych budziła się już blada ruń wodna. Ptaki rozmaite ćwierkały, bąkały i gwizdały po bezmiarach pełnych nadziei. Aliści ku szczebiotom ptasim zbliżała się, głusząc je, pieśń większa, jęcząca akordem przewlekłym, jak zespół dud organowych. Na zakręcie rzeki ukazało się szerokie czoło ogromnego wodnego płazu o podłużnych, rudych łuskach; na łbie mu stanął pogromca w krótkim kożuchu, w siwej czapie; ciemna jego postać sunęła po wodzie bez ruchu, tryumfalnie. Za dowódcą uwijało się kilku pomocników, odpychając długimi drągami boki sosnowego węża od mielizn przybrzeżnych. Suną tratwy! Niby to niesie je sama rzeka, jednak ludzie muszą pilne dawać baczenie na prąd ujarzmiony. Zaskrzypiały wiązadła tratw na kolanie, wlały się rude kłody we wstęgę rzeki, i połyskując w płaskich przegubach, śpieszą daleko — ku Prypeci. Oniemiałe na chwilę sójki jęły znowu skrzeczeć rozgłośnie, że od starszych kurków słyszały o takich tratwach i ludziach, — a to znaczy niechybnie powrót wiosny. Wysłuchała puszcza tych krzyków zbytecznych, bo czuła sama na zziębniętych członkach lube przypiekanie skąpego wiosennego słońca, o południu. A tratwy posunęły się znacznie w dół rzeki i kraj się zmienił po brzegach nad poziom wody wyniesionych. Cofnęła się puszcza wstecz i w głąb, ustąpiły jej zarośla dzikie i bezładne; twarz ziemi zabarwiła się gładką, zdrową cerą; dęby, przyjaciele i sąsiady siedzib ludzkich, odwieczne, rozrastały się paradnym, rzadkiem szykiem, przez który zamigotała ruń drogocenna, ruń żytnia, karmicielka. Janko Szlacha, flis naczelny, pomyślał, że tutaj wypadnie przystanąć i kupić, co się da, na obiad: albo kartofli i słoniny, albo ryby, bo widać na brzegu rzeki rybaka przy węcierzu, a i kosz ma przy sobie, zapewne nie próżny. Ogień też przyjemnie rozłożyć, na suchej polanie, uważyć coś ciepłego ku uciesze gęby, odpocząć od odgarniających zadumą lasów, od przenikliwych aż do duszy wyziewów rzeki i bagien. Jakoż przybiły tratwy do , kierowane przemyślnie drągami i sterem, żeby przód nie utknął nadto w muły brzeżne, a prąd nie zawinął ogona pomostu w poprzek rzeki. Żwawo ogrodzili chłopcy tratwy drągami, zahamowali — stanęły. Ciżba falek, zbyt długo dźwigająca belkowe ciężary, wymknęła się teraz z pod nich, ciurkając ulgą i jakoby śmiechem. Wam tu, pasibrzuchy, wylegać się i popasać — nam tylko płynąć i płynąć! I nigdy już nas nie dogonicie... — Zdarou, Halimon — odezwała się Szlaha do rybaka po białorusku. — Zdarou Januk — odpowiedział rybak, nie powstając, podnosząc tylko przyjazne oczy na flisaka. Znali się od dawna ale widywali raz tylko na rok, kiedy wezbrana Ptycz przynosiła razem z kłodami — Janka. Patrzyli teraz na siebie uważnie i wesoło, miarkując, że się zmienili od przeszłego roku. Halimon był płowy i chuderlawy, mało upasiony przez skąpą ziemię i przemysł swój rybacki; zato “Janko” wyglądał raczej na rozrosłe wodne Janiesko, dumny w chytrych oczach, przysłoniętych ściągniętemi ku policzkom powiekami, ukłaczony na twarzy czarnym zarostem, jakoby zawsze obmokłym. — Jakże tego roku? ryba jest? — Idzie pomaleńku, idzie... — Ta w koszu pańska, czy twoja? — A już tak, jak wszystko teraz u nas — niczyje. Szlaha bystro w patrzył się w zatęsknioną twarz rybaka, zamyślił się, przypomniał — zrozumiał. Rzekł wreszcie, ni to pytając, ni twierdząc: — Stary Kotowicz umarł... — Kiedy to! — westchnął Halimon — pięć lat! — A młodemu nasz chleb nadto czarny — sarknął flisak pogardliwie. — Bój się ty Boga, Januk — rozgadał się rybak — jaki tu czarny chleb?! Za nieboszczyka marszałka kucharze codzień wołowinę w rosole gotowali, a od limonów aż się w kuchni złociło — ot jak było! I cóż to? Turowicze nie starczą na pańskie jedzenie? Przy samym tym folwarku dwieście dziesięcin ziemi ornej i jeszcze ze dwieście wykarczowane w puszczy... Aa?... Halimon przerwał, miarkując, czy pognębił flisaka wyliczeniem bogactw dziedziców, którym służył od dziecka. Ale Janko nie dziwił się, bo, wędrując po świecie, widywał znacznie jeszcze większe państwa. Zapytał znowu: — A lasu dużo u was? — Lasu... jest — odpowiedział rybak niedbale — jedni mówią: piętnaście tysięcy dziesięcin, drudzy: dwadzieścia pięć. Dawniej tego nie liczyli, ale dzisiaj już i drzewo swoją cenę ma... — Ho, ho! — zaśmiał się Janko, obeznany z ceną towaru — tylkoby te dęby spuścić, byłyby grosze. — Nawet i nie rąbią — objaśniał dalej Halimon — smołę pędzą; cała to u nas w lesie robota. I komu tu dobra przysparzać? nikt u nas nie mieszka! — Tak on durny chyba, wasz dziedzic? — Bóg jego wie, jaki. I nie znamy jego. Dwa, trzy razy ja jego na oczy widział; człowiek do naszych niepodobny, chudzieńki, jak łuczywo; butów porządnych nie obuje; tylko po lesie w pończochach ryska, jak baba. Taki on! Ogień, podsadzony pod kupę chrustu, zaczynał prażyć surowe gałęzie, skarżące się bolesnym trzaskiem; dym siny, obfity, wystrzelił obłokiem i powlókł się z wiatrem, przekreślając pnie dębów mgłą wonną i gorącą, do której pokwapili się z tratwy zziębnięci flisacy. — Chleb majesz, Halimon? a suchy? — Suchy, suchoputny — chwalił się rybak — warz przyniosę. — No i sława Bogu! Jeszcze nie powrócił rybak z niedalekiej chaty, jeszcze ogień nie zwyciężył surowizny chrustu, kiedy wszyscy flisacy zastanowili się nad niepospolitością dźwięku, który ich trącił lekuchno, wypływając z ogromnej ciszy okólnej, bo i ptaki umilkły na południe. To jeden, to drugi flisak mrugnął przebiegle, palec wzniósł do góry na znak baczności... aż słuchali wszyscy... I bez słów porozumieli się łatwo, że w oddali jęczy dzwonek poczty konnej. Skoczył jeden młody do wizówki przerzedzonej między dębami i dającej widok w głąb kraju, na przypuszczalną drogę wypatrywał długo i nie mógł nic dopatrzeć. Aż Janko dowódca przypadł do ziemi, przyłożył ucho, i wysłuchawszy pilnie podziemnego telegrafu, — Czwórką albo i sześciórką jadą — ziemia dudni, jak pod tabunem. Dzwonek zbliżył się nieco, siekał teraz wyraźnie taktem kłusa; kierunek pojazdu miał ukośne ciążenie ku Ptyczy, zdążał widocznie główną drogą do Turowicz. Wtem Halimon, zdyszany od pośpiechu i wzruszenia, z bochenkiem chleba i garnkiem w ręku, dopadł flisaków. — Jadą do nas! pocztową kolasą pany jadą! — A kto taki? wiesz? widziałeś? Hamilon głowę wtulił w ramiona, rozczapierzonemi rękami tłumaczył się z niewiadomości, ale twarz jaśniała mu radością i nadzieją. — Tak czegoż ty cieszysz się, koli nie znajesz? — Zawsze to ludzie... i do nas!
Pocztowa landara, umorusana, w błocie, najeżona tu i ówdzie zadrami, jak dzik, który dopiero co przedarł się przez gąszczary, stanęła przed podjazdem dużego, drewnianego domu. Czwórka koni zdrożona zatrzymała się bez wszelkiego wysiłku woźnicy, bez parsknięcia na dobrą wróżbę. Nikt też nie witał od progu, żaden nawet pachołek nie pośpieszył z pomocą gościom przy wysiadaniu. Jeden z podróżnych powodził zmęczonemi i gorączkowo błyszczącemi oczyma po ciemnym froncie dworu, po trawniku nie oczyszczonym z zimowych nawałów... wreszcie westchnął, a raczej parsknął pogardliwie. Od gorzkiego namysłu oderwało go spostrzeżenie, że jego towarzysz drzemie, zasunięty w kąt powozu i, znęcony spokojem, układa się jeszcze wygodniej do snu na dobre. — Kamil!... Dojechaliśmy... Z pod daszka czapki błysnęły oczy niebieskie, mętne, niby pijane — Kamil wyprostował się szybko i ochoczo. — Patrzajcie! myślałem, że to dużo dalej... — Kto ma takie, jak ty, zdrowie, dojechałby drzemiąc aż na Syberyę. — Nie dogaduj mi do zdrowia, Edziu, bo gotówem zachorować. I cóż? wysiadamy? — Nie widzę nic lepszego do zrobienia, chociaż nikt się nie rzuca na nasze przyjęcie. Uprzedziłem cię, że to dzicz odludna. Edward Kotowicz, siedzący od strony dworu, zaczął otwierać drzwiczki landary, których klamkę obluzowaną umacniał dla pewności sznurek dodatkowy. Sznurek był gdzieś tak misternie zaczepio- ny, że Edward, po chwili poszukiwania, wywalił drzwiczki nogą i wysiadł. Podążył za nim Kamil Werda, ostrożnie stąpając po niegracowanej ziemi, aby nie zabłocić żółtych trzewików, do połowy przykrytych jasnem suknem. Przystanęli na schodach przed zamkniętemi drzwiami. Kamil rozejrzał się po froncie domu i rzekł wesoło: — Styl niby... szwajcarski. Czy to dawno budowane? — Kiedyś... mój pradziad. Rudera niemożliwa. I tu mi radzą mieszkać! — No tak... domek potrzebuje trochę... tego. Ale co tu za powietrze! czujesz? — Co mi tam! Nie samem powietrzem żyje człowiek... Tymczasem drzwi wchodowe otworzyły się powoli i w progu ukazał się człowiek stary, lecz mocny, oszyty sprawnie szarym samodziałem z zieloną wypustką, wysokich butach. Nie wypatrywał długo, poznał odrazu pana bystremi, przymkniętemi oczyma i w pas się ukłonił... — No, przecież znajoma dusza! — poznał go i Kotowicz. jak się masz? — Pomaleńku... a wielmożny panoczek zdrów? Stary ujął dłoń Kotowicza i do ust przycisnął namiętnie. Na Werdę rzucił tylko okiem, jak na przedmiot dodatkowy i obojętny. — Prowadź-że nas, Moroz, do naszych pokojów. Pan Juchniewicz odebrał przecie mój list? — O wysokim przyjeździe nastąpiła wiadomość, ale godziny my nie wiedzieli. Tak jednak wszystko gotowe. Obiad wielmożny pan każe sobie podać? — Mój przyjaciel, pan Werda, pewnie także głodny? zwrócił się Edward do towarzysza, chcąc go ubocznie przedstawić staremu strzelcowi. Ale Moroz kiwnął tylko głową pobieżnie, jakby chciał powiedzieć, że może być i taki dopuszczony do pańskiego stołu. Poczem rzucił się do zdejmowania płaszcza z ramion Edwarda, ale gdy i Kamil nadstawił mu swe plecy, Moroz nie ruszył nawet ręką, tak, że płaszcz Kamila, strząśnięty z ramion, a nie przytrzymany, upadł na podłogę. Gładki zawsze Werda sam go podniósł i powiesił na kołku. Przyjaciele weszli do pokojów ciekawych, jak każde stare gniazdo ludzkie, ale niczem nie przypominających miejsc, które jeszcze trzy dni temu zamieszkiwali ci wytworni panowie, wspólnicy różnych uciech, a nawet dramatów, od lat co najmniej dziesięciu. Teraz jechali prosto z wybrzeży morza Śródziemnego przez Paryż. Nagle przenieśli się w kraj i wrażenia, które nie były im wprawdzie obce, bo urodzili się na Litwie i czasem do niej wracali, ale te zapadłe, odludne strony przejmowaly ich odrazą, jak obowiązek wbrew przeciwny pokusom i upodobaniom. Każdy po swojemu utyskiwali na los: Edward tragicznie, Kamil żartobliwie. — Jaki tu zapach pleśni w całym domu — narzekał Edward. — Nie powiem — pocieszał go Kamil — pachnie trochę śpichrzem, jak stara wódka. Pewno jest gdzieś starka w pobliżu? — Poczekaj... pamiętam, że chwalono starkę mojego ojca. Może jej całej starzy nie wytrąbili? Trzeba było odszukać Moroza, który się oddalił. O dzwonieniu na służbę nie mogło być mowy, bo starożytne dzwonki nie działały. Wołali, klaskali w dłonie, aż nareszcie poszli do kuchni, gdzie znalazł się Moroz i — co ważniejsza — klucze przy nim od piwnicy, gdzie dojrzewały pękate beczki i omszałe butle złotego płynu. Gdy Moroz przyniósł butelkę zabłysły oczy weselem życia, a gdy skosztował, zaszły mu rosą rozrzewnienia. — Cudowności, słowo honoru! Przypominają się najlepsze koniaki. W Paryżu sprzedawaliby to po pięć franków kieliszek. Spróbuj tylko, Edziu. — Nie; wódki nie pijam; rozdrażnia mi nerwy. — Mnie także, ale tymczasem miło się napić na frasunek. Nalał sobie drugi kieliszek i cedził wódkę przez przymknięte wargi, jakby ją całował. Tymczasem nadjechał z kuframi służący Karol, któremu zaraz polecono nakrywać stół do obiadu. Jednak obiad nie udał się tak dobrze, jak starka: kwaśna zupka z kaczki zatłusta, ale jadalna, ryba rozgotowana doszczętnie i ptaki jakieś pieczone. — To chyba wrony? — sarkał Kotowicz — nigdy nie jadłem takiej ptasiej spalenizny! — Nie; to muszą być gołębie. Naturalnie! zakochane gołąbki: dlatego trochę schudły. Służącego zaś, Karola, srodze gorszyło tutejsze barbarzyństwo, zwłaszcza w kuchni. Był to służący prawie z łaski, bywalec po wielkich domach i zagranicą; miał zdanie wyrobione w sprawach komfortu. Pozwolił sobie wmieszać się do rozmowy panów przy obiedzie, a żeby nie być zrozumiany przez chłopca, pomagającego w usłudze, przemówił po francusku: — “Ci panowie” nie będą mogli jadać z tutejszej kuchni, jeżeli nie sprowadzi się kucharza, albo przynajmniej inteligentnej kucharki. Gotuje ten sam stary strzelec, który wszystko robi, w kuchni niema stosownych urządzeń, a przypraw nie znają żadnych, oprócz masła, soli i traw miejscowych. Mięsa tu nikt nie kupuje; jedzą tylko rybę i zwierzynę... — odetchnął i zakończył tragicznie: kawy niema w domu! Edward, aby przerwać tę jeremiadę, zwrócił się do Kamila: — Nie będziesz mógł mi podziękować, jak ten stary sybaryta, którego zaproszono na zły obiad. Milczał przez cały czas, aż gdy podano kawę, spróbował jej i odezwał się: „No, obiadek się udał, bo i kawa pod psem!” Kamil zaledwie na śmiech się zdobył, bo liczył na kawę poobiednią, a już dotkliwie odczuwał brak czerwonego wina francuskiego. W piwnicy, oprócz starej wódki, był tylko węgrzyn i jakieś wina nieokreślone, deserowe. Jednak, aby smakował deser, trzeba uprzednio zjeść porządnie. Pomimo to dzień upływał jako tako. Przyjaciele przestali oglądać dom, aby nie stwierdzać dalszych braków wygody i cywilizacyi; wyszli na powietrze. Było im chłodno w tej wiośnie, bo skóra ich nawykła już tego roku do zaperfumowanych, odurzających pocałunków wiosny nicejskiej. Ale kraj był po swojemu dosyć wspaniały i mógł nawet uraczyć zdrowe zmysły. Skoro tylko wyszli za parkan ogrodu, przyjęło kwietniowe słońce, nieśmiałe i różowe dziewiczym swym urokiem. Na blady jeszcze kobierzec runi żytniej szykowna dąbrowa wystawiła pikietem dęby co najtęższe, nie szumne, radujące oczy doskonałością swych rozgalęzień. A przez pnie ich rzadko rozstawione, za polem, połyskiwała płynna wstęga Ptyczy, nabrzmiałej wiosną, bujnej kochanicy kraju. Sięgał aż do dworu bachiczny zapach jej fal rozhulanych; ona jedyna żyła tu dzisiaj w powietrzu nieruchomem, w krainie próżnej ludzi, wśród milczenia zwierząt zaczajonych, lub zaspanych po jej brzegach lesistych. Towarzysze milczeli także, postępując wolno ku rzece. Powaga przyrody oniemiła zgryźliwą krytykę Edwarda i żarty Kamila. Ale obaj nie dosyć byli prości i zdrowi, aby się czuć tu silnie, jak te dęby, nadziejnie, jak ta ruń, ochoczo do dzikiej gonitwy, jak ta rwąca rzeka. Gdy do niej doszli i napili się odurzającej woni leśnej wody, Kamil przypomniał sobie, że wypadałoby coś stosownego powiedzieć. — Ca a du cachet, cependant — rzekł magistralnie. Edward nic nie odpowiedział. Wietrzyk się tylko obruszył na takie gadanie, zaszeleścił w galęziach, chudo jeszcze i gdzieniegdzie tylko omglonych zielenią, a razem przyniósł zdaleka gruby głos gderliwy, nawalny. — Czy jest tu gdzie wodospad? — spytał Kamil. — Zdaje się, że to młyn o parę wiorst stąd; już nie pamiętam. Niebo miedziane za żywopłotem lasów zwiastowało blizki zachód. Chłód się zaostrzył, zatęskniła się kraina. Gdziekolwiek spojrzeć — za rzeką i za osadą dworską — taką maleńką — od krańca do krańca świat był zamknięty murem lasów. Kamil rozglądał się wokoło i nic już stosownego nie mówił, tylko rozmyślał, jak tu dłu go jechało się przez te lasy i koleją i pocztą, aby dotrzeć do siedziby w Turowiczach, gdzie niema nawet butelki francuskiego wina, a Bóg wie jeszcze, czego tam brakować może człowiekowi kulturalnemu?.. Edward zaś patrzył na rzekę. Nurt jej sprawiał dziką świeżość i głuchą muzykę; groza i spokój lały się wezbraną powodzią. Edward uśmiechnął się smutnie: — Tak muszą wyglądać zaświatowe rzeki, Styx i Lete... — Sądzisz? — odbąknął Kamil. I skrzywił się, bo nie lubił przypomnień o śmierci, na ziemi zaś wybierał sobie miejsca najpełniejsze słońca i gwaru życia. Ale Edward brnął dalej w melancholię: — Lekko się zapewne umiera w tym kraju? — Daj pokój, Edziu! Mieliśmy wcale nie wracać do gawędy o... ostatnich wypadkach, przynajmniej przez miesiąc. Chwycił się Kamil obiema rękami za wyłogi wierzchniego ubrania i obciągnął je ruchem energicznym, swoim własnym, wyrażającym niby gotowość do wszelkich uciech życia strojnego, balowego, do zapomnienia o wszelkich, mącących radość namysłach. — Powróciłbym chętnie do twojej “marszałkowskiej” starki, Edziu. Chłodno przy rzece. — To wracajmy.
II
Stary dwór milczał, słuchając narzekań na swe niedostatki, drwin ze swych zalet. Ciepły był przecie i obszerny, gościł przez wiek w swych zrębach pokolenia panów. A że tam nie zawierał w sobie różnych wymysłów, jak łazienka, albo inne ustronia specyalne — ot, wielka bieda! Przez wiek panowie bez tego się obchodzili. Był tego zdania Moroz, strzelec, klucznik i kucharz “pałacowy” w jednej osobie, jednak miał uszanowanie dla wymagań marszałkowicza; tylko zachcianki Kamila traktował z pogardą, a nawet nie taił się z wyraźną niechęcią do tego eleganta, jakby mu chciał pobyt w Turowiczach obrzydzić. Werda, człowiek wysokich manier, nie chciał zwracać uwagi na dąsy famulusa, próbował go dobrze usposobić datkiem, ale gdy się to nie udało, wtrącił do rozmowy z Edwardem prośbę, aby mu dano do usługi jakiego młodzieniaszka, który przy tej sposobności niejednego się nauczy. Karol, kamerdyner, poczuwał się tylko do dyrygowania służbą; był zresztą na miejscową gospodarkę mocno oburzony, uważał ją za barbarzyńską, kłócił się już z Morozem, który nie wypuszczał z rąk kluczy od piwnicy i od śpiżarni. Sam zaś Kotowicz nadto był zadumany i obcy tutejszemu życiu domowemu, aby w niem zaprowadzić reformy. Na upomnienie się Kamila o nowego chłopca do usługi, odpowiedział: — Wybierz go sobie sam, mój drogi, z kuchni albo z folwarku. Ja ich tak mało znam, jak ty. A Moroz do niczego? co? niedźwiedź? — Nie powiem... dużo ma typu, charakteru... dużo. Tylko figura trochę leśna — i stary; trudno go formować. — Ma to być sławny strzelec, majster do łosi, do głuszczów — rzekł Kotowicz niedbale. — O! widzisz! osadź go w lesie, postaw na czele łowiectwa. “Grand veneur de Turowicze!” brzmi to ładnie. — Co ja tu mam urządzać, mój Kamilu?! Dobyć stąd tylko pieniądze potrzebne na zażegnanie kalaputryny... Niech sobie po mnie rozdrapią Turowicze... — Aa! tak nie można mówić, Edziu — odrzekł Werda szlachetnie. — Najprzód długi honorowe! następnie... te tam inne. Masa tu pieniędzy leży w lesie. Takie dęby! — a przecie i sośnina coś warta. — Tak — tłumaczył Kotowicz niechętnie — ale Turowicze zastawione w banku; są zastrzeżenia co do rąbania lasu. — Phi... to się daje zrobić... Kolacyjka z dyrektorami, układzik z lichwiarzem jednym i drugim... Czasy są antysemickie, można nastraszyć. Daj mi tylko Turowicze, ja ci to urządzę! — Kiedy zaraz potrzeba pieniędzy. — Zaraz?... poczekaj; jest w salonie kilka obrazków; nawet jeden szkoły francuskiej; wiesz? taka “fete champetre”. Jabym ci to mógł spławić w Paryżu? — Zauważyłem te obrazki, tych szkoda — wyrwało się Edwardowi. — Ach, ten Edzio najdroższy! — uściskał Kamil Edwarda — pożąda nirwany, a żałuje obrazków! Masz poprostu do życia ochotę, tylko do życia wolnego, z pełnemi kieszeniami, w naszym świecie. Coś, tego... mnóstwo światła, Cygany rżną, buteleczka... — O, nie! — przerwał Kotowicz gorzko i z przekonaniem — wierz mi, że to mi obrzydło, aż do mdłości, aż do nienawiści. To zresztą łatwo porzucić, nie tak, jak inne... omyłki. Werda podniósł palec ostrzegawczo: — O tej “omyłce” obiecaliśmy sobie nie mówić. Ale naprzykład, żeby jaki szlachetny krewny — tacy wymarli niestety! — żeby choć lekkomyślny lichwiarz dał ci dzisiaj potrzebną sumę, cóżbyś ty robił, Edziu? — Właśnie, że nie wiem — odrzekł Kotowicz szczerze i tragicznie — mieszkać tu i beczki smoły przerabiać na kupy miedziaków, to śmierć najgorsza, bez szczypty estetyki. A tam powrócić? niepodobieństwo, najprzód materyalne, potem... wogóle niepodobieństwo. Po chudej, znękanej twarzy Edwarda przemknął niby to uśmiech, ale groźny w oczach ciemnych i gorączkowo błyszczących. Dodał: — Dlatego przemyślam o najodpowiedniejszem zniknięciu ze świata... — Wiesz co, Edziu, że to nawet niegościnnie zapraszać mnie na takie rozmowy! Już kilka dni mieszkali przyjaciele w Turowiczach, ale ani jeden, ani drugi nie nabierał ochoty do przyszłości swojej w tem zaciszu. Edward miewał narady z Juchniewiczem, beznadziejne, bo rządca rozumiał tylko “status quo” w gospodarstwie, a o zrealizowaniu doraźnem ogromnych sum potrzebnych mówił, jak o bajce. To znowu Kotowicz zamykał się sam w pokoju, robił zapewne rachunki, pisał listy, a może nawet testament. Kamil zgodziłby się łatwo na taką willegiaturę, bo całe życie spędzał właściwie w gościnie u bliźnich — lepszej lub gorszej — gdyby miał tu przynajmniej zadowolenie fizycznego dobrobytu. Przypominał sobie miesiące, spędzone na wsi u możniejszych przyjaciół, którzy posiadali albo plac tenisowy, albo bilard, albo wyborną stajnię, wszyscy zaś dobrą kuchnię i ponęty towarzyskie pań domowych. Tutaj brakowało tego wszystkiego. Nawet porządnej łódki nie było na rzece, same tylko rybackie, niebezpieczne “duszehubki”. Oprócz spotkań z Edwardem przy stole jadalnym, nie dosyć rozkosznym, pozostawałaby partyjka w “ecarte” lub w pikietę, z którego to przemysłu miewał Kamil stały dochodzik od przyjaciół, ale Edward, po niedawno przegranych wielkich sumach, nabrał takiego obrzydzenia do kart, że nie chciał ich brać do rąk. Doświadczenia życia nie zawsze łatwego wyrobiły w Kamilu stoicyzm, równość humoru i delikatność manier, któremi opłacał uprzejmości świadczone mu przez bogatszych przyjaciół, ale te zalety towarzyskie nigdy nie zostały wystawione na cięższą próbę, jak w Turowiczach. Z rozpaczy wziął się Werda do czytania; skończył romans “wagonowy”, który miał z sobą, potem zaczął szukać po szafach, gdzie było sporo książek zapylonych i niemodnych. Pewnego dnia wynalazł “Listopad” Henryka Rzewuskiego i w nim odkrył zamach na Stanisława Augusta, w listopadzie roku 1771, co mu dało sposobność rozwodzenia się przy wieczerzy o rewolucyach wogóle, a specyalnie o zamachach na życie osób koronowanych; o spisku 1771 roku dowiedział się dopiero co, ale o ścięciu Karola I w White-Hall i Ludwika XVI w Paryżu wiedział już dawniej. Edward nie słuchał, nie odpowiadał, był fatalnie smutnym towarzyszem. Kamil przebaczał mu ze względu na przygnębiające wypadki. Zresztą dla Edwarda, jako dla dawnego i cennego przyjaciela przybył tutaj Kamil, poświęcił się. Dopiero zdarzenie dość pospolite rozproszyło na parę godzin ponurą zadumę Edwarda i regularną nudę Kamila. Po obiedzie, lepiej udanym, niż poprzednie, przyjaciele skosztowali jakiegoś wina, które okazało się wybornym maślaczem, wypróżnili butelkę i tęgo sobie podpili. Chociaż otaczała dwór noc pochmurna, stało się tak, jakby zapanowała nad światem sztuczna, przenikająca radosnem zaufaniem do życia, pogoda. Zapadły się gdzieś mroki i bole, znikły tragiczne trudności, puściły więzy postanowień i zakazów. Przyjaciele rozmawiali gorąco o “niej”, o tej, która była samym rdzeniem dramatu, szarpiącego duszę Edwarda. — Ona ciebie jednego naprawdę kocha, Edziu. Słowo honoru... no, słowa dać nie mogę za nią, ale wierz mi: ona cię kocha... — Po co ty mnie tumanisz, Kamilu? Nie jestem dzieckiem, anim pijany. Gdybym nawet w to wierzył kiedyś, to bym stracił wiarę teraz, gdy tak sobie ze mną postąpiła. — Przesadzasz, Edziu! Cóż tak strasznego w tem jej wyjeździe? Wyjechała z mężem. — Drwisz chyba, Kamilu? Ona wszędzie jeździ z mężem. Ale dlaczego powlokła za sobą tego Sanchez Toledo, tego przybłędę?!... — Sanchez Toledo?... bardzo dobra rodzina. A pojechał za nią?... no, bośmy się wszyscy trzymali w jednej paczce. Myśmy wrócili do kraju, on pozostał — to naturalne. — Et, gadasz! Wiedziała przecie w jakie ja wpadłem tarapaty, wiedziała jeszcze więcej... I wyjechała na przejażdżkę po Hiszpanii, bo ją namówił ten markiz! To niegodne. — Prosiła nas przecie, żebyśmy razem jechali. — Jakże, skoro musiałem powracać do siebie? Mówiłem jej o tem. — Nie skombinowała, Edeczku. Ona jest niepraktyczna, nie widzi ziemi, po której stąpa... “wygnanka z raju”, jak ją dobrze nazywa don Alfonso, choć go nie lubisz. Istota prawie bezcielesna... — Ona bezcielesna? — parsknął nagle Kotowicz spazmatycznie — ta kobieta, gdy wpadnie w szał, gra na nerwach całe zmysłowe!... Jakaś Afrodyta nubijska... — Aa, nie wiedziałem — wtrącił Werda zaskoczony przez to wyznanie. — Poczekaj, nie myśl, żebym ja z nią... Gdzież tam!... Zawahał się na chwilę, poczem przemówił, przysuwając się do Kamila: — Liczę na twoją dyskrecyę, Kamilu i lepiej powiedzieć wyraźnie, niż niedomawiać. Więc wyobraź sobie: na pięć dni przed tym jej wyjazdem, kazała mi przyjść do siebie wieczorem. Mąż wyjechał gdzieś na parę dni, gości nie było dosłownie żadnych — byliśmy we dwoje. Przywitała mnie bardzo mile, cała drżąca, z nozdrzami chodzącemi, jak różowe skrzela. I zapowiedziała, że chce mnie uczynić coś bardzo wyjątkowego, po pełnić szaleństwo... no, ale muszę poczekać tu i obiecać, że się nie ruszę z krzesła, które mi wskazała, aż ona sama — pozwoli kazała mi przyrzec to pod słowem honoru. — Zgodziłeś się? — Naturalnie. Każdyby się zgodził. — No, cóż dalej? — Przeszła do swego sypialnego pokoju, zamknęła drzwi za sobą, a ja siedzę i czekam. Jakieś tam szelesty, szepty zapewne z panną służącą — i niby daleka muzyka. Ale tego nie jestem pewien. Przed ukazaniem się pani Teofili i podczas następującej sceny ciągle coś tam grało cudownie; skąd to płynęło, czy to były chóry sykstyńskie, czy akordy — nie wiem. — Może ci tak w uszach grało? krew miałeś w głowie. — Może. — Więc słuchaj. Nagle otwierają się drzwi na rozcież, z sypialni bucha do mnie światło, śniado zabarwione, niby bijące... od niej. Bo pośrodku pokoju stała Teo naga, jak dłoń, bez żadnej przepaski, tylko dyadem brylantowy na włosach i w ręku długi welon, trzymany wysoko nad głową. — A to bestya! — zawołał bez namysłu Kamil. — Tak... bestya kobieca, ale na najwyższym szczeblu stylizowania rozkoszy... bez żadnego mocnego zarysu, potężna przez swą słabość, groźna przez ogień, który zdawał się ją trawić wewnętrznie, a błyskać przez oczy, przez zęby i węglić się na włosach... — A niech-że cię! — zawołał Kamil rozpłomieniony — to szczęśliwiec z ciebie! — no i poeta! Zdrowie twoje i jej! — wychylił duszkiem dziesiąty chyba kieliszek. — Jej zdrowie! — zapamiętał się i zapomniał Edward. — Więc w stroju... jak ci mówiłem, zaczęła tańczyć. Powoli najprzód, jakby się przeciągała po śnie... coraz żywiej, biodrami i kibicią — ale nie jak niewolnica, mimująca dla sułtana poddańczą przynętę — figlarnie, drażliwie i dumnie — taka królewna, która się bawi oglądaniem własnej piękności w zwierciadle. Ja byłem tylko zwierciadłem... Potem wpadła w rytm spieszny, w obroty... przesłaniała się mgłą welonu, aby się znowu odsłonić... Co mi tam nieruchome rzeźby, albo obrazy Gracyi! To było rzeźbienie ruchu — nie podobnego nie widziałem. Myślisz może, żem był szczęśliwy podczas tej wizyi? — Gdzie tam! cierpiałem. Każdy jej ruch wrzynał mi się w mózg bolesnym ciosem, smagał mnie, jak bicz haniebny, choć rozkoszny. Możem przeczuwał?... — To z ciebie, mój najdroższy, także dekadent! — Nie wiem, jak się to nazywa. — Dręczyła mnie piekielnie: nie poczułem ani razu jej wzroku na sobie, dobrego, kobiecego spojrzenia; nie wyciągnęła do mnie ramion. Rzeźbiła te cudowne pozy coraz szaleniej, jakby oddając uściski niewidzialnemu kochankowi, który ją ogarniał... może był ukryty w chmurze welonu? — aż rzuciła w tył głowę, otworzyła usta, zamknęła oczy i obłędnie upadła na dywan. — W tej chwili drzwi się zamknęły — wszystko zgasło i znikło. — Jakto? nie miałeś czasu rzucić się do niej przez ten próg? — Dałem przecie słowo honoru. — Prawda... no, ale w tak wyjątkowej sytuacja dyabli mogą ponieść człowieka. — Powiem ci prawdę. Kamilu: nie pragnąłem tam wejść. Czułem zbyt dobrze, że to widowisko nie dla mnie, lecz dla niej. I prawie rad byłem gdy mi oznajmiła jej służąca, że pani czuje się zmęczona i spać się położyła. — No-no... awantura! — dziwił się Kamil. — Nazajutrz spotkałem ją zimną, jak lód. Nietylko ani uśmiechem nie przypomniała mi dnia wczorajszego, ale wydała mi się obrażoną. — Naturalnie! obraziła się, żeś nawet nie próbował wejść. — Dlaczegożby mi solennie zakazywała? — Ha... kobiety są już takie. Gdybyś dla niej złamał słowo honoru, toby jej pochlebiło. — Wolę wierzyć, że nie... Ale co mi tam! pożegnałem ją na zawsze. Kamil przełknął ślinę razem z wątpliwością, która mu się na język nasuwała, a może dlatego, że wina już nie było w butelce. Moroz przyniósł nową. — Jeszcze lepsza! — wykrzyknął z zapałem — skarby masz tutaj i sam o nich nie wiesz! Mówię ci, Edziu najdroższy, wszystko dobrze będzie. Zaraz! — mówka... Werda powstał, jakby wśród licznego zebrania i niepewny na nogach, w oczach zaś komicznie promienny, zaczął pleść trzy po trzy jakiś toast, w którym były hołdy dla szlachty i dla jej marszałków, dla cennych tradycyi, jak oto wino węgierskie — rewolucya z krwawymi zamachami na osoby koronowane — i hymny na cześć przyjaźni — wreszcie zdrowie Edwarda i Teo... — A prawda! — poprawił się — mieliśmy o niej nie mówić. — Mówimy przecie od godziny! — zawołał Edward, śmiejąc się szczerze po raz pierwszy oddawna. Przypomniał bowiem beztroskie chwile przeszłości, nie dające się ująć w obraz, ani w kronikę, to “młode oślęctwo”, puste co do treści, lecz bogate w nastrój i energię życiową. Paradny Kamil! Zawsze ten sam. Niby pijaczyna i niecnota, ale nawet w pijaństwie swem nie spuszczający z oka dobrego wychowania i uprzejmości towarzyskiej... Nie taki on zresztą głupi, jak się wydaje... Może też naprawdę coś pocieszającego o Teo?... — Więc co ona ci mówiła takiego, że masz przekonanie o jej dobrych uczuciach dla mnie? — Aha... dobrze, żeś mi przypomniał... Co ona mówiła?... jak ci to powtórzyć? Kobieta nigdy nie spowiada się mężczyźnie ze swego uczucia dla innego mężczyzny, chyba, że tego, z którym mówi, chce podrażnić... rozumiesz, Edziu? — Ale ona ze mną, to co innego — bezinteresowna przyjaźń. Tylko gadałem z nią dużo i wiem, że jest tobą zajęta. Doprawdy, Edziu... — Więc jakże sobie tłómaczysz jej postępowanie? Po takich scenach... no, poufnych, jak ta, którą ci opowiedziałem — pamiętaj, Kamil, że nic o tem nie wiesz! — porzuca mnie bez słowa tłómaczenia i to w chwili, gdy wie, a przynajmniej przeczuć powinna, żem się zrujnował z jej powodu! — To coś nowego. Jak to: z jej powodu? — Związek nie matematyczny, ale psychologiczny. Zrozumiesz mnie, Kamilu. Jak wiesz, grałem ciągle i nieszczęśliwie, trochę dla uśmierzenia gorączkowego nastroju, którym mnie ta kobieta od początku naszej znajomości przejmowała, trochę i dla zyskania pieniędzy potrzebnych na takie szalone życie. Wiesz, ile kosztuje codzienna uczta i dogadzanie fantazyom kobiety, która nie ma pojęcia o cenie rzeczy? — Tak, tak — kiwał głową Kamil, umyślnie, czy przypadkowo szczery — życie na Rivierze jest drogie, gdy się z kieszeni za wszystko płaci... — No właśnie. Ostatnia schadzka z Teo doprowadziła mnie do szaleństwa nerwów i pomysłów. Wdałem się w tę paczkę milionerów: albo im wydrę takie sumy, które mi dadzą absolutną swobodę działania, podróżowania, olśniewania tej dziwnej kobiety jakimiś pomysłami z bajek, albo... Co prawda, nie przewidywałem, że się zgram tak do naga... I te przy grze idyotyczne przesądy! Zdawało mi się, że ponieważ jestem nieszczęśliwy w miłości, więc muszę wygrać. Pięknie się to sprawdziło! — Bo też ty wcale nie jesteś nieszczęśliwy w miłości, Edziu! Tak ci się tylko zdaje. Czyżby ona naprzykład pokazała się komu tak, jak tobie, w tym tańcu? Pomyśl, Edziu! Każda kobieta kocha po swojemu. — Ta kocha... okrutnie, w każdym razie — westchnął Kotowicz, a twarz zbiedzoną skurczył tak boleśnie, że się Werdzie zebrało na rzewność i rozpłakał się. To znowu rozśmieszyło Edwarda i przeprowadziło Kamila od łez do śmiechu. Pili i śmiali się na stypie pogrzebanego wesela.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Puszcza.
