Read here

Panna z niedźwiedziem

Maria Bogusławska · 1921 · Free in the US

18,416 words · about 1 h 17 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1921 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Panna_z_niedźwiedziem&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Maria Bogusławska
Language
Polish
Published
1921
Length
18,416 words · about 1 h 17 min
Sections
6 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (6)
  1. I about 19 min
  2. II about 9 min
  3. III about 7 min
  4. IV about 10 min
  5. V about 14 min
  6. VI about 18 min

Continue:

I

o to, ciotuchno, czy masz jaką złą wiadomość od wuja, że taka strapiona siedzisz nad tym listem? — Nie, dziecinko, wiadomości, którą otrzymałam, nie można nazwać złą, ale kłopotliwą. Wyobraź sobie, wuj chce mi przysłać Lili dla skończenia edukacji w kraju. — I to cię zatrważa? A przecież tyle razy mówiłaś, że pragnęłabyś mieć ją bliżej. — Bliżej tak, ale nie u siebie. — Lili jest w jednym wieku ze mną, będziemy mogły razem się uczyć, razem bawić! — Zapewne, ale ja się Lili boję. — Boisz się? — Tak, obawiam się tej jedynaczki, córki miljonera, wychowanej tak daleko, w środowisku przeważnie rosyjskiem, a niezmiernie zbytkowem. Jak ona czuć się będzie w moim skromnym dworku!… Tem więcej, że tęsknota za ojcem, którego podobno fanatycznie kocha, będzie powiększać odrazę do ubogich warunków, jakie tutaj znajdzie. — Ach, ciociu, czyż tu jest ubogo? Z lubością powiodła wzrokiem po obszernym salonie, w którym nie było ani jednego mebla współczesnego, a portrety prababek o wykwintnych rysach i prześlicznych rękach, oraz panów w senatorskich kołnierzach i bogatych deljach zdawały się mówić o wytwornej kulturze i zamożności całych pokoleń. — Ubogo jest w stosunku do salonów mego bata i państwa gubernatorstwa gubernji jenisiejskiej. — Zobaczysz, ciociu, że tak źle nie będzie. Lili kocha ciebie, mnie polubi z pewnością, z Jurkiem również się zaprzyjaźni i prędko przyzwyczai się do życia w dworku. — Dałby Bóg, dałby Bóg! — Przecież tam w Jenisiejsku, czy Krasnojarsku nie może być pięknie! Toć to kraina lodów i kajdaniarzy! — Tak uogólniać przyrody gubernji jenisiejskiej nie można. Jest ona prawie tak rozległą jak Europa, więc i klimat ma dość różnorodny. — Bądź co bądź jest kacapską i zimną!… Ach, co to będzie za rozkosz pokazać Lili naszą wiosnę, nasze lato, nasze kwiaty i nasze motyle!… Moja ciotuchno, niech ciocia nie odmawia! — O odmowie nie myślę, nie odrzuca się propozycji brata, zamieszkałego na dalekiej obczyźnie, który godzi się na przykrą rozłąkę z jedyną córką, byle dać jej możność otrzymania wykształcenia w duchu narodowym. — Bardzo mądra konkluzja!… Oj, ciotuś, ty masz główkę nie tylko do kapelusza!… Pójdę zakomunikować tę wiadomość Jurkowi. Uściskała ciotkę i odbiegła w podskokach, pozostawiając panią Lewandowską w głębokiej zadumie. Była to kobieta lat czterdziestu, ale wyglądała na znacznie młodszą, pomimo włosów prawie zupełnie siwych i pełnych powagi ruchów. Bezmała połowę życia spędziła w stanie wdowim, utraciwszy w przeciągu czterech lat męża i dwoje dzieci. Z rozpaczy, w jaką pogrążyły ją jeden za drugim te ciosy, wyrwał ją przyjęty dobrowolnie obowiązek zastępczyni matki przy dzieciach brata, mieszkającego aż w gubernji jenisiejskiej, w charakterze dyrektora jednej z kopalń złota. Spędziła tam dziesięć lat, pomimo że brat niedługo nosił żałobę; poznawszy bardzo piękną Polkę, której ojciec dzięki wyzbyciu się uczuć patrjotycznych doszedł do stanowiska wice-gubernatora, ożenił się z nią pomimo różnicy wieku, czyniąc młodziutką kobietę macochą trojga dzieci, z których najstarsze miało lat osiem, najmłodsza zaś dziewczynka ledwie czwarty rok zaczęła. Młoda pani Murzińska nie rwała się do roli wychowawczyni sierot, chętnie przeto widziała p. Lewandowską, pozostającą na tem stanowisku. Gdy jednak w pięć lat potem w kraju zmarła kuzynka tej ostatniej, pozostawiając dwoje dzieci bez opieki i środków, pani Janina odjechała z , pozostawiając odchowane już dzieci brata pod opieką ojca i bardzo zacnej nauczycielki, a sama wróciła do Polski, jak sądziła, na czas krótki. Stało się jednak inaczej. Przedewszystkiem raz odnalazłszy się wśród rodaków, w rodzinnym majątku, podupadającym skutkiem niesumienności dzierżawców, przy dwóch zupełnych sierotach, garnących się do niej z całem zaufaniem, uczuła, że byłoby nad jej siły porzucić to wszystko, pozostawić sieroty na łasce obcego otoczenia i samej powrócić do środowiska, które, z wyjątkiem najbliższych, pozostało jej niesympatycznem. Słowem nie znalazła dość sił dla ponownego wyrwania korzeni z rodzinnego gruntu i pozostała na Litwie, w majątku ojców swoich, w Sołohubach, położonym o kilka mil od puszczy Białowieskiej. Z bratankami, a zwłaszcza z opiekunką ich p. Kazimierą Gostkowską, wymieniała często listy, śledziła za postępkami i postępami dzieci, ale wrócić na Syberię nie miała już odwagi. Zawsze jednak marzyła o tem, aby Lili przyjechała do niej na czas dłuższy, aby w kraju kończyła edukację. I oto gdy marzenie to stać się miało rzeczywistością, czuła więcej niepokoju niż radości. Niepokój ten podwoił się, gdy w dwa tygodnie potem otrzymała list oryginalnego formatu, napisany sztucznie ułożoną ręką, pełen wykrętasów i zamaszystych ogonów, a wonny jak sklep kosmetyków. Zaniepokoił on ją i całą zewnętrzną oryginalnością, i treścią więcej niż niezwykłą: „Droga Cioteczko, papa zakomunikował mi, że ciocia godzi się wziąć mnie do siebie, abym ze trzy lata jeszcze uczyła się z Krysią Stewnicką. Ja nie cierpię się uczyć, ale ponieważ gramatykę w pięciu językach już umiem, mam nadzieję, że z tem świństwem dadzą mi już pokój. Arytmetyki też, zgodnie z obietnicą papy, uczyć się już nie będę, bo i poco?! Dodawać i odejmować umiem do miljona, a więcej jak miljon mieć nie będę. W mnożeniu i dzieleniu jestem kiepska, ale mnożyć będzie mój mąż, a bez dzielenia się obejdę. Wobec zatem zastrzeżeń co do gramatyki i rachunków, może obecnie nauki nie będą takie strasznie nieznośne. No, trzeba i to uwzględnić, że tu dobór profesorów z pod ciemnej gwiazdy. Poczciwa panna Ziuta Gostkowska jest nudna jak lukrecja i ma dwie lewe nogi (nie mogę patrzeć jak chodzi po pokoju!), Anglik tak cedzi słowa, że między jednem a drugiem mam czas trzy razy pokazać mu język (za książką lub kajetem), Niemiec nosi krawaty żółte z zielonem, które sprawiają mi mdłości, i czuć go cynamonem, a Moskal, który mnie uczy nauk ścisłych, jest byłym fałszerzem weksli i rewolucjonistą; zresztą ten byłby najzabawniejszy, gdyby nie robił do mnie czułych oczu, ile razy panna Ziuta zapatrzy się na swoje lewe nogi. „Cieszę się na Krysię i Jurka, choć pewnie będę kłóciła się z nimi, tak jak z moimi braćmi. Toć ja raz Leonkowi w złości wylałam flaszeczkę atramentu na głowę, a pamięta cioteczka, że ma włosy jak albinos; było mu wcale do twarzy na pstrokato! „Papa ma pisać osobno, żeby cioci podziękować i omówić finansową stronę, która jest dość skomplikowaną ze względu, że przyjedzie nas troje pensjonarzy: ja, Mikołaj Drugi i Gałganek. Ale z nimi będzie mniejszy kłopot niż ze mną. „Całuję ciotuchnę w koniec noska, tak jak za dawnych czasów, Krysię i Jurka także. Ah, Jurka nie! ma już dwadzieścia dwa lata, a panny szesnastoletnie nie całują kawalerów w tym wieku, choćby byli spokrewnieni tak, jak my ze sobą.

P. s. Zapomniałam objaśnić, że Gałganek to śliczny kot angora, a Mikołaj, czyli Niko, to mój oswojony niedźwiedź.“ Pani Janinie, która list ten czytała głośno swoim wychowańcom, opadły ręce z przerażenia. Jerzy i Krysia porwali się z miejsca. — Co! niedźwiedź! Schwycili list, odczytując ostatni ustęp, aby się upewnić, czy nie zachodzi tu jaka pomyłka. Poczem Krysia rzuciła się na fotel, a Jerzy na kanapę, śmiejąc się do łez. — Będziemy mieli pannę z niedźwiedziem, to ciekawe! — wołał Jerzy, nakładając binokle na załzawione od śmiechu oczy. — Czy on będzie spał z nią w jednym pokoju? — Prawdopodobnie!… faworyt pokojowy! — Ależ ja się będę go bała! — Napiszę do brata, żeby nie pozwolił tej warjatce zabierać ze sobą całego zwierzyńca. — Owszem, to będzie bardzo zabawne, ja zamawiam sobie kozicę do spacerów, a Jurek pewnie wybierze nosorożca do swych ciągłych kąpieli. — Żartujcie sobie, ile chcecie, ale ja dziś jeszcze piszę do Józia. Pani Janina napisała rzeczywiście, usilnie prosząc brata, aby wyperswadował Lili zabieranie zwierząt do Sołohub. Pomimo to, w dwa tygodnie potem, gdy stała z Krysią na peronie dworca w Białymstoku, wypatrując wśród przybyłych sybiryjskiego gościa, zrobił się zgiełk przy zwierzęcym wagonie, z którego tragarz wyprowadził okazałego niedźwiedzia, szerzącego popłoch wśród publiczności, zwłaszcza żydowskiej. Pani Janina z rozpaczą potrząsnęła głową. — Ciociu, to musi być Lili — zawołała w tej chwili Krysia, ukazując biegnącą ku nim panienkę w wykwintnym kostjumie podróżnym, niosącą przepysznego angorę na ręku, a której promienny wyraz twarzy wskazywał, że poznała ciotkę. Za chwilę była już w jej objęciach. — Niech ciocia pozwoli, że zapoznam ją z moimi opiekunami z drogi, — rzekła Lili po przywitaniu — mają bowiem polecone zatelegrafować do papy, że oddali mnie do własnych rąk cioci. To rzekłszy, zwróciła się w prześlicznym francuskim języku do postępującego za nią starego oficera: — Panie pułkowniku, zwalniam pana ze służby z orderem pour le mérite! Ze śmiechem przylepiła mu do munduru papierową foremkę od pomadki. Pan pułkownik Aleksander Teodorowicz Afrasimow — dodała, przedstawiając go ciotce. — Dziękuję panu bardzo za opiekę nad moją bratanicą — rzekła pani Janina, zmuszając się do uśmiechu. Pułkownik złożył głośny pocałunek na jej ręce. — Prelest taka opieka — rzekł z przekonaniem. — Ah to pewnie Krysia! poczekaj, zaraz się z tobą przywitam, ale wprzód muszę zaprowadzić ciocię do pani pułkownikowej, która jest taka gruba, że musi bokiem wyciskać się ze drzwi wagonu… A gdzie Jurek? — Został w domu. — Szkoda, bo we dwóch z pułkownikiem mogliby zrobić „stołeczek“ i przynieść panią pułkownikową. Zbliżyły się właśnie do drzwi wagonu pierwszej klasy, które rzeczywiście zatarasowała sobą ogromnej tuszy kobieta z wesołą, czerwoną twarzą. — Wybaczy pani, — rzekła uprzejmie — że nie wychodzę na jej spotkanie, ale Pan Bóg pokarał mnie taką tuszą, że wyjście z wagonu jest dla mnie niezmiernie uciążliwe i krępujące. Jadę na kurację do Karlsbadu, może uda mi się tam pozostawić kilkanaście funtów syberyjskiego tłuszczu. — Państwo dawno w podróży? — Czwarty dzień. — Jakież to musi być uciążliwe i nudne. — Nudy zaczną się dopiero od tej stacji, — rzekł pułkownik z galanterją, zwracając się do Lili. — O tak, kto ma Lili w towarzystwie, nudzić się nie może — powtórzyła pułkownikowa. — Pan Murziński to geroj, że rozstaje się z taką córką! — Ba, potomek walecznego Murzy, hana krymskiego — zaśmiała się Lili. — Państwo zatrzymają się w Warszawie? Pani Janina nie otrzymała odpowiedzi, rozległ się bowiem w tej chwili krzyk przeraźliwy. To niedźwiedź wyrwał się z rąk tragarza i sunął ciężkiemi susami ku gromadce, stojącej przed wagonem, drogą uprzątniętą natychmiast z ludzi, pobrzękując łańcuchem, który wlókł za sobą. — Niko stęsknił się za panienką — zawołała Lili, wybiegając naprzeciw niego i ująwszy za obrożę, stanęła wsparta o olbrzymi łeb niedźwiedzia, jakby w najzwyklejszych warunkach. Wszystko co było na peronie zwróciło się w tę stronę i stanęło, patrząc na »pannę z niedźwiedziem«, jedni zgorszeni, drudzy przerażeni, większość ze śmiechem. — Wiesz, Lili, pisałam do twego ojca, że o ile pragnę mieć ciebie pod swym dachem, o tyle wypraszam się od niedźwiedzia — mówiła pani Janina, zwracając się w stronę dworca, po odejściu pociągu. — Widocznie ojciec listu tego nie odebrał jeszcze. — Tak, papo tego listu nie odebrał, bo go spaliłam. — Ty spaliłaś list pisany do ojca? — Tak jest; papo pozwala mi wszystkie listy od rodziny otwierać i czytać pierwszej, bo sam tak dużo jest poza domem. Tak było i z tym listem, a gdy przeczytałam, że ciocia pisze takie niemożliwości, wolałam nie oddać mu listu. Zrobiłam to przez delikatność, przez wzgląd na papę, bo wiem, że byłoby mu przykro odmówić cioci, a odmowa była nieuniknioną, bo ja z moim Nikiem nie rozstanę się nigdy; był mało co większy od Gałganka, gdy mi go przyniesiono. Nazwany był przez tego, co go wziął po zabiciu matki: Nikołaj… bo to był rewolucjonista… nie niedźwiedź, tylko ten robotnik, osiedleniec… Wykarmiłam go własnym smoczkiem, który papa chował jak relikwję… Odstąp, ty brudasie! — krzyknęła w tej chwili na jakiegoś żydka, który, bojąc się zbliżenia z niedźwiedziem, otarł się o panienkę. — Hej, czelawiek! masz kwit od bagaża… A tu rubel za fatygę… Jedziemy, ciociu? — Musimy zaczekać, aż bagaż odbierze. — Przecież taki numerowy musi być człowiekiem odpowiedzialnym, złoży go na wóz bez naszego dozoru. — Nie kazałam wysłać wozu, licząc, że kufer można przywiązać z tyłu do powozu… Czy masz więcej? — Ależ ja mam siedem sztuk na bagażu! nie licząc Miszki, Gałganka i drobnych sakwojaży, które miałam w wagonie. — Siedem sztuk? — Naturalnie: dwa kufry, dwie walizy, biureczko… — Biureczko? — Tak, mam bardzo piękne biureczko japońskie z siedemdziesięciu czterema szufladkami, nie umiałabym obyć się bez niego!… Paka z dywanami i paka z grobem Nika. — Z czem? — Z garderobą Nika?… Jakąż on ma garderobę? Lili wybuchnęła śmiechem. — Ja nie mówię: z garderobą tylko: z grobem; tak nazywamy pakę, w którą, gdy wyjeżdżamy na lato, wkładamy Nika i zabijamy gwoźdźmi, przesypawszy naftaliną, żeby go mole nie zjadły! — Zabijacie Nika gwoźdźmi? — Przysypujecie naftaliną? — To wasze niedźwiedzie odbywają sen letni, jak nasze zimowy? Lili zanosiła się od śmiechu. — Ale bo to Nik nr. 1, poprzednik Nika tu obecnego, czyli Mikołaja Drugiego. Otóż Mikołaj Pierwszy był także od dziecka u nas, niedługo po wyjeździe cioci przyniósł go Trafim, pozostawał w domu naszym sześć lat, aż pewnego dnia wściekł się z gorąca. — Z gorąca w Jenisiejsku? — Ale bo to był niedźwiedź z Alaski, a ja uparłam się jednego lata, żeby pojechał z nami na daczę. A u nas w Sajańskich górach bywają upały, zwłaszcza na południowym stoku. Takich upalnych kilka dni przypłacił biedny Mikołaj Pierwszy życiem. — Dobrze, że on tylko! — Czy nie pokaleczył kogo z ludzi? — Nie… tylko pogryzł dwóch Kałmuków, którzy także się wściekli i umarli w szpitalu. A biednego Nika trzeba było zastrzelić. To było okropne; wypuścili go na podwórze, ze wszystkich stron zamknięte, a z kilku okien strzelano. Leoś i Artur także strzelali, okrutnicy… Wtedy to Leon dostał kałamarzem w głowę. Boć przynajmniej on, jako starszy, powinien był uchylić się od roli oprawcy! Nieprawda? — Bez kwestji! — Potem wypchano go i stał zawsze w przedpokoju, mając lampę elektryczną w jednej łapie, a tackę na bilety w drugiej. Ludzie podziwiali jego kolosalny wzrost. — I takiego olbrzyma zabrałaś z sobą? — Tak, papa pozwolił mi zabrać, bo od dzieciństwa lubiłam się z nim bawić… Zabranie go stawiałam jako warunek mojej zgody na wyjazd tutaj… O, właśnie niosą skrzynię z moim portjerem! — Rzeczywiście, że kolosalna!… Tak, tego się do powozu nie zabierze! Nie pozostaje więc nam nic innego, jak samym odjechać, a po rzeczy przysłać jutro wóz w cztery konie. — Ależ ja się nie obejdę bez mego bagażu! — Zabierz zatem to, co najpotrzebniejsze. — Niemożliwy wybór, w każdych z moich sunduków mam coś niezbędnego. i w skrzyni z Mikołajem? — Nie, ten bezwzględnie może pozostać. Bez biurka też obejdę się do jutra. — A reszta? — Żółty kufer muszę zabrać, bo mam w nim bieliznę, a już cztery dni nie zmieniłam jej. W czarnym mam suknie, więc też konieczny. W tej większej walizie mam obuwie, przynajmniej to, które zabrałam, szesnaście par tylko, a przecież w tych półbucikach zostać nie mogę, bo są już straszne! W małej walizce mam swoją srebrną kapliczkę, która zawsze wisi nad moją głową, a między dywanami znajduje się sobolowa skóra z przed łóżka, do której tak przywykłam, że nie potrafię postawić bosych nóg na czem innem. Dużo trzeba było użyć perswazyj, aby zdecydować Lili do zrezygnowania z dywanu, kapliczki, zmiany sukni i obuwia. Kufer z bielizną został przymocowany za powozem, drobne bagaże umieszczono na koźle, Mikołaja Drugiego powierzono tragarzowi, który miał go przytransportować na łańcuchu, i rącze konie poniosły trzy panie po kamienistej, wyboistej i zakurzonej drodze. Lili mówiła dużo, przeskakiwała z przedmiotu na przedmiot, interesowała się wszystkiem, ale, ku rozczarowaniu Krysi, nie zachwycała się pejzażem i nie dziwiła się ani kwiatom, ani motylom, twierdząc, że takie same jak „na daczy“ w Sajańskich górach. Pani Janina, wciśnięta w kąt powozu, nie mówiła nic, przenosząc oczy z jednej na drugą, porównywając między sobą te dwie przybrane córy. Były rzeczywiście bardzo różne w typie. Krysia, nieładna dla przeciętnego gustu, przedstawiała ciekawy typ dla każdego lubiącego urodę oryginalną. Miała obfite złoto-rude włosy, cerę białą i przezroczystą, choć zlekka usianą piegami. Brak regularnych rysów wynagradzały oczy nietyle duże i piękne, ile pełne wyrazu. Lili natomiast miała rysy regularne, bardzo piękne szafirowe oczy, a przedewszystkiem niesłychany wdzięk w uśmiechu, odkrywającym jej śliczne ząbki i tworzącym dołki w obu policzkach. Przytem w wyrazie twarzy Krysi było pewne piętno nieśmiałości i wyczekiwania, właściwe istotom, które w dzieciństwie nie miały różanej doli. Każdy zaś ruch, spojrzenie i odezwanie się Lili cechowały istotę przywykłą do stawiania wymagań i do podziwów, które stały się zwykłą strawą podlotka. W ganku dworu stał Jerzy, który bardziej jeszcze odcinał się typem. Włosy miał jasne, układające się w samorodne pukle, rysy energiczne, krótki wzrok powodował przymrużanie oczu, nadając mu wyraz ironiczny, cała postać nacechowana była siłą i spokojem. Lili, wyskakując z powozu, oparła się rękoma na jego ramionach, pozwalając mu wynieść się aż na próg ganku. — Toś ty taki duży! — zawołała, podając mu rękę. — No, no!… Ty jesteś wyższy od Leona dobrze o głowę. — Zmęczona jesteś, kuzynko? — Przedewszystkiem nie lubię formy: kuzynko! Mów mi Lili — przecież jesteśmy bliscy krewni! — O bardzo dalecy… w czwartym stopniu! — Przeciwnie, jesteśmy krewnymi w pierwszym stopniu! — Mylisz się! Moja babka… — Moja babka twojej babce podawała gruszki w czapce!… To niczego nie dowodzi!… Jesteś synem cioci Janki, a ciocia Janka jest rodzoną siostrą mego papy! — W tym wypadku masz rację! — Mój Jurku, — odezwała się pani Janina — przyprowadzą tu niedźwiedzia; uprzedź o tem ludzi w podwórzu, żeby nie zrobiła się jaka awantura. — Prawda, żeś ty panną z niedźwiedziem! Musisz starać się o dobre stosunki ze mną, bo zarządzam majątkiem i jak będę chciał, nie wydam twemu faworytowi paszy! — To jej sobie kupię w okolicy! Dla interesu nigdy z nikim nie bywałam w dobrych stosunkach! Zrobiła łobuzerską minkę i schwyciła Krysię pod rękę, prosząc, by poprowadziła ją do przeznaczonego dla niej pokoju. Przez całą godzinę Krysia biegała jak tkackie czółenko od jadalni do pokoju Lili. W pierwszym przytulała się do ciotki, w drugim całowała Lili we włosy, twarz lub szyję, wołając: — Czekamy na ciebie z podwieczorkiem! albo: Kawę wzięli do odegrzania! albo: Jurek nazwał cię Małą Niedźwiedzicą! — To znowu zachwycała się rozmaitemi przedmiotami wyjmowanemi z kufra przez Lili. W jadalni zaś komunikowała, o ile postępuje tualeta gościa, jak piękne są jej szczegóły, szczególniej zachwycał ją neseser podróżny z przyborami z kości słoniowej i złota. Po kilkunastu różnej treści komunikatach wbiegła ze słowami: Lili już idzie! I przytrzymując drzwi, wpuściła do pokoju kuzynkę, która biegła pędem rozśmieszona, roztaczając wokoło silną woń doskonałych perfum. Ubrana była w biały batystowy penjoar, przybrany koronkami. — Nie pozwoliła mi ciocia zabrać kufra z sukniami, — wołała — par conséquent musi przyjąć mnie w negliżu. — Negliż ten wygląda jak strojna suknia i jeżeli czem razi, to zbytkiem koronek i wstążek. — Dobrze, że ciocia się tak zapatruje, bo bardzo pragnęłabym nie gorszyć nikogo; niestety nie udaje mi się to często, szczególniej w stosunku do starszych pań. — A w jaki sposób usiłujesz nie gorszyć nas? — z uśmiechem zapytała pani Janina. — O, ja nie usiłuję wcale! chcę tylko! Ale robię to wszystko, co panie gorszy: zawsze mówię co myślę, kupuję przerażające oryginalności… Czy wie ciocia, że ja nosiłam przez długi czas japońskiego bożka na łańcuchu na szyi!… Gorszą się i tem, że nigdy nie słuchałam papy, który bon gré mal gré musi udawać, że się tem bardzo zachwyca. — I mamę gorszysz także? — O, mamę niełatwo zgorszyć! Ona jest większy łobuz ode mnie i także papy nie słucha, ale nic dziwnego, papę trzyma pod pantoflem, a stamtąd do ucha daleka droga. — A projekt twego wyjazdu do kraju, to czyja inicjatywa? Twoja, ojca czy mamy? — Na to zgodziliśmy się wszyscy troje. Papa chciał mnie wysłać z Krasnojarska, bo uważa, że wszystkie tamtejsze panny, moje przyjaciółki, są przeraźliwe. Mama życzyła sobie, żebym jechała, bo będzie to pretekstem dla niej do wyjechania każdego roku do Europy, dla spędzenia ze mną paru miesięcy u jakich wód, a ja rwałam się z Krasnojarska, bo tam okropne nudy. Wyborna kawa! — Oh, spóźniona i odgrzewana, smakuje ci jednak, bo musisz być ogromnie głodna. — O nie! Ciocia wie, co to jest podróżowanie z Rosjanami; siedzi się prawie ciągle w restauracyjnym wagonie. W dodatku ja musiałam dotrzymywać towarzystwa pułkownikowi, który nazywał mnie też swoją dame de compagnie. Bawiło go ogromnie, że mam taką mocną głowę; mieszałam wino, piwo, wódkę i likiery, i nic mi nie było. Aż się oficerowie dziwili. Pani Janina aż pobladła i ręce jej opadły na kolana. — Czemu ojciec powierzył cię tak niestosownemu opiekunowi? — zapytała. Z kolei zadziwiła się Lili. — Ależ pułkownikostwo Afrasimowie należą do najporządniejszych i najtaktowniejszych ludzi w Krasnojarsku. — Nie można nazwać taktem rozpajania młodej panienki w towarzystwie oficerów. — Ciekawy jestem, jacy są ci gorsi? — wtrącił po raz pierwszy Jerzy. Lili wybuchnęła długą gamą śmiechu. — Znasz, Jurku, rosyjskie wyrażenie: — Niestety znam, bo zdarza mi się nieraz posyłać je w duchu pod adresem tutejszych reprezentantów władzy. — Otóż w Krasnojarsku, to wszystko swołocz. A im wyżej sięgnąć, tem gorsi. Jeździ po Rosji znakomity tresurzysta zwierząt ze swym cyrkiem, nazywa się Durow. Otóż raz zademonstrował tresowaną świnię; przyniesiono platformę, Durow krzyczy: Świnja wajdi! — Mów po polsku, bo Krysia nie umie ani słowa po rosyjsku. — Dobrze. Więc mówi Durow do świni: wejdź tu! Weszła posłuszna. Przyniesiono wyższą platformę, Durow woła: Wejdź! Świnia nic! Durow dodaje: Pażałujsta wajdite: Proszę wejdź! Dopiero usłuchała. I tak przynoszono coraz wyższe stopnie, a Durow stosował coraz wyższe tytuły: błagorodje, wysoko-błagorodje, prewoshoditelstwo, sijatelstwo. Aż kiedy znalazła się na najwyższej platformie, a on użył najwyższego tytułu, zwrócił się do publiczności i rzekł: wot czem wysze postawlena świnia, tiem nada byt’ sniej wieżliwiej. Oto im wyżej świnia, tem trzeba zwracać się do niej uprzejmiej. Dostał olbrzymie brawo i wszyscy orzekli, że to stosuje się zupełnie do krasnojarskiego towarzystwa. — I tak się ludzie tem cieszyli? — Cieszyli się przedewszystkiem tem, że gubernator musiał to wziąć do siebie, a to był… największa swołocz w naszem mieście. To był poprzednik dziadka Jucewicza… Bo że łapownik, to mniejsza, tam wszyscy łapownicy… dziadek Jucewicz też… ale on wprost wpisywał na rachunki olbrzymie sumy, które jakoby wydawał na potrzeby gubernji, a których nie wydał wcale. — A panie jakie? — zapytał Jerzy. Ciotka zgromiła go okiem. — Lepiej mówmy o czem innem — rzekła. — O, ma cioteczka rację, mówmy o czem innem, bo jakbym zaczęła mówić o paniach, zgorszyłabym nie tylko ciocię, ale i Krysię. — Powiedz mi, kuzynko, — zaczął Jerzy — czemu przeto ojciec twój tkwi w tem trzęsawisku? — Przecież on ma tam stanowisko dyrektora kopalni złota, które daje mu olbrzymie dochody. — Ależ o ile wiem, ojciec twój jest już bardzo bogaty. — Wiadomo. — Mógłby wrócić do kraju. — A coby tu robił? Za młody na emeryta! Jerzy skoczył jak oparzony. — Coby robił… Pytać się w naszym kraju, coby robił! Ależ tu pracy jest wbród i pięknej i dającej nieskończoną satysfakcję! — Papa pracować nie lubi. Na Syberji to co innego, tam ma wielkie dochody za nic. Ot, przejeżdża od miejsca do miejsca, gdzie wydobywają złoto, i rzuci czasem okiem… za to mu płacą. Jerzy żachnął się. — Czy twoi bracia będą także dozorowali tylko białych murzynów, wyławiających złoto? — O nie, Leon jest w szkole paziów i zostanie prawnikiem, żeby potem objąć posadę w jakiem ministerjum, a Artur poświęci się karjerze wojskowej. — Karjerze wojskowej!… Jerzy zgryzł i rzucił na ziemię niedopalonego papierosa, poczem zaczął chodzić po pokoju z rękoma wtył złożonemi, monologując ze złością: — Powinszować, powinszować ci braci! Jeden będzie przepisywał w ministerjum ukazy podkopujące nasz byt narodowy, drugi przy okazji będzie wybijał współbraci, którzy znajdą się w wojsku niemieckiem, austrjackiem, albo we własnym legjonie! Lili ruszyła ramionami. — Poco to wszystko brać tak dramatycznie? Leon, choć dostanie się do ministerjum, ukazów przepisywać nie będzie, bo on nigdy nie nauczy się ortografji rosyjskiej, to taki głąb, który nigdy: jat’ od je nie odróżni. On wogóle nigdy nic umieć nie będzie. Ciocia pamięta, jak mu szły ciężko początki nauk? Ale papa grubo zapłaci, to będzie figurował w ministerjum. A Artur, to taki tchórz, że nikogo nie zabije, bo jakby przyszło do bitwy, to cały czas przesiedzi pod jaszczykiem jakiej armaty. Całe towarzystwo parsknęło śmiechem. — Czemu zatem nie zamienią się rolami? Czemu Leon nie zostanie oficerem, a Artut dyplomatą? — pytała całkiem rozbrojona szczerością Lili pani Janina. — Bo Leonowi bardzo podobają się mundury ministerjalne, a Turek przepada za czerwonemi spodniami i szamerunkami huzarów. — Ładne numery! — syknął Jerzy. Lili zapałały oczy. — Tylko bardzo proszę nie odzywaj się obelżywie o moich braciach. — Nie nazywam ich obelżywie, tylko podziwiam ich krawieckie ideały. — O przepraszam, to nie są ich ideały!… Ideały mają całkiem inne. — Naprzykład? — Leoś przepada za kobietami, a Turek za końmi. — Ideał młodszego przewyższa Leonowy aż o dwie nogi. Lili się roześmiała. — To ci się udało; napiszę chłopcom ten aforyzm. — Czemu twój ojciec nie pomyślał o przysłaniu też chłopców na studja do kraju? — zapytała ciotka. — Jak Leoś zeszłego roku miał wyjeżdżać do Petersburga, chciał go ojciec wysłać raczej do Krakowa, ale mama wyperswadowała papie, że wróciwszy z patentem krakowskiego uniwersytetu, miałby wszelką karjerę zamkniętą. — Jest w tem racja, — odparł Jerzy — z tą jednak różnicą, że brat twój nigdy nie zdobyłby patentu krakowskiego uniwersytetu, bo tam za łapówki go się nie wydaje. — Szkoda! — ze spokojem zakończyła Lili. — Może Arturka przyśle ojciec na wyższe studja do kraju? — zapytała ciotka. — Co to, to z pewnością nie! Artur jest dużo zdolniejszy od Leona, ale większy od niego leń. On rad, że w tym roku skończy gimnazjum i za wstąpi do konnicy. — Mam nadzieję, Lili, że jak pokochasz nasz kraj, to będziesz potrochu wpływała na ojca, żeby pomyślał o przesiedleniu się do Polski — mówiła pani Janina. — O nie! — Nie wierzysz, żeby się to stać mogło? — Jabym papy nie namawiała; straciłby stanowisko, a chłopcy nigdy w kraju nie zrobiliby tak świetnej karjery jak na Syberji. Pani Janina westchnęła głęboko i wymieniła z Krysią wymowne, pełne smutku spojrzenie, a stanął naprzeciw Lili i założywszy ręce po napoleońsku, mówił dobitnie: — Zatem widzę, że jesteście rodziną straceńców!… Twój ojciec i twoi bracia należą do tych wyrodków, którzy wyparli się kraju za wór srebrników i patrzą, paląc najlepsze cygara, jak tu w kraju biorą nas na tortury, radzi, że im jest dobrze i wygodnie. — Jerzy! — cicho upomniała go ciotka. Lili podniosła się z miną obrażoną. — Nie upoważniałam cię do sądzenia mojego ojca i braci. A widzę tylko z tego, że należysz do rzędu tych zwarjowanych rewolucjonistów, którzy zawsze plują na ludzi, co porobili karjery. — Wiesz, ty jesteś taka daleka od nas, jak ta Mała Niedźwiedzica, której nosisz przezwisko. — Bardzo mi to pochlebia, że mnie do gwiazd zaliczasz. — Mylisz się bardzo, nazywam cię Niedźwiedzicą, zaliczam cię jednak do zwykłych gąsek. Lili pobladła. — Pamiętaj, Jurku, że masz we mnie wroga do śmierci. I tegoż wieczora pisała do ojca, zraszając papier łzami: „Nigdy, nigdy nie przyzwyczaję się do tego kraju i do tych ludzi, oni tacy surowi, wymagający, sami rewolucjoniści. Szczęście, że choć Mikołajów mam tu na pociechę…“

II

Upłynął dobry tydzień, zanim się Lili rozpakowała i urządziła. Jak ona sama, tak i pokój, który zajęła, odskakiwał od charakteru dworu w Sołohubach; znajdowały się w nim wyroby wszystkich ludów w Azji: strzyżone dywany smyrneńskie i zszywane z różnorodnych kawałków futer — jakuckie; przecudne, subtelne makaty indyjskie i jaskrawe o wyraźnym deseniu — chińskie, oryginalne malowidła japońskie, parawany i poduszki najróżnorodniejszych stylów, rzeźby z hebanu i kości słoniowej, lakowe inkrustowane mebelki, wazony i cacka z porcelany chińskiej; liczne kindżały, sztylety, karykaturalne bożki, dziwne instrumenty muzyczne, zatrzymywały oko na każdej ścianie, na każdym meblu. Dla Mikołaja zbudowano klatkę w najbardziej cienistej części parku, od północnej strony, w której dnie całe przesypiał z łbem ukrytym w łapach. Lili sama spuszczała go, zabierając ze sobą na spacer, oraz na noc, uprosiła bowiem u ciotki pozwolenie, żeby nocował w przyległym gościnnym pokoju, dowodząc, że jest to warunkiem spokoju jej na wsi. Mieszkańcy Sołohub, zwłaszcza dzieci, z przerażeniem spoglądały na olbrzyma, ale że zachowywał się spokojnie i pokornie, a jak pies szedł krok w krok za swą panią, zaczęto niebawem przywykać do niego, i po kilku tygodniach panienka i niedźwiedź przestali być przedmiotem ogólnej ciekawości. Najbliższe jej otoczenie również zaczęło przywykać do ekscentryczności dziewczęcia. Pani Janina tylko z niepokojem przysłuchiwała się opowiadaniom jej o życiu towarzyskiem Krasnojarska, które pozwoliło panience zaobserwować wiele rzeczy niemal skandalicznych. Nie wzbraniała jednak tych wynurzeń, przeciwnie rada była, że Lili mówi o tem przy niej, mogła bowiem oświetlić te opowiadania ze swego punktu widzenia. Bardziej surowo od ciotki odnosił się do tego Jerzy, traktując towarzystwo krasnojarskie bardzo dosadnemi określeniami. Wyradzały się stąd ciągłe sprzeczki między dwojgiem młodych, ale że oboje mieli żartobliwe usposobienia, dawały one pole do dowcipnych popisów, które wnosiły dużo wesołości w poważne ściany dworu w Sołohubach. Pierwszy miesiąc, stanowiący letnie wakacje, przeszedł Lili szybko i miło. Czuła, że w tym cichym, zapadłym zakątku Europy, przyjazd jej — Azjatki — sprawił nie lada sensację; zgadywała, że dla niej były jedna po drugiej wizyty znajomych, nawet z najdalszych okolic, a ciekawe oglądanie w parafji jej bogatych tualet i podziwiania przedmiotów, stanowiących jej własność, mile łechtały jej ambicję. Niedźwiedź również popisywał się ku uciesze młodej trójki.

Pewnego dnia, gdy panienki szły szosą, eskortowane przez Nika, jadący konno dwaj wojskowi zwrócili się ku nim z dość niesmacznym komplementem. — Niko, bieri miod! — zawołała Lili, wskazując ręką jadących. Niedźwiedź pomknął ku nim, konie oficerskie zestraszyły się, rzuciły się naoślep, jeden z jeźdźców spadł na ziemię, a potem porwał się czem prędzej i cały zabłocony, biegł za koniem, krzycząc wnieboglasy. Lili „ukarawszy winnych“ odwołała Nika, obdarzyła go piernikiem i obie z Krysią, zachwycone przygodą, powracały do domu. Innym razem o szarej godzinie przyszła Lili z figlarną miną do siedzących na ganku Jerzego i Krysi. — Chcecie zobaczyć komedję? — zapytała. — Oj, jakby się chciało… — westchnęła Krysia — naprzykład Fredrę, lub Bałuckiego. — Stylowe to nie będzie. — To może… — O i nie współczesne!… Przeciwnie całkiem archaiczne! — Arystofanes? — I nie klasyczne!… Komedia to na tle leśnej sielanki. — Intrygujesz nas. — Chodźcie, zobaczycie! Szli lipową aleją w stronę budy niedźwiedzia. — A może ona już się rozegrała? — O nie… ja jestem reżyserem! Widzicie, dziś przybył nowy sadowy… widziałaś go, Krysiu? — Widziałam, pyszny typek… — Starozakonny!… Otóż scena rozegra się między Mikołajem II a Lajbusiem Judaszko. — Już wiesz, jak się nazywa sadowy! — Poznaliśmy się z nim dziś w ogrodzie; jak przystoi na dżentelmena, przedstawił mi się, a potem powiedział: — Ja wiem, jak się panna nazywa. — No jak? — Panna z niedźwiedziem… Panna przyjechała z Czerwony dół… — Tak przerobił Krasnojarsk. Doszli właśnie do klatki Nika. Niedźwiedź, spostrzegłszy ich już zdaleka, podniósł się na tylne łapy i wstrząsnął kratami, mrucząc radośnie. Lili otworzyła altanę i odjęła łańcuch. Nik obszedł ją kilka razy, otarł pieszczotliwie łeb o jej drobną kibić, polizał rękę i nie zajmując się nią więcej, szedł ciężko w stronę sadu. Znalazłszy się w nim, zatrzymywał się raz po raz, patrząc po drzewach z miną znawcy. Gdy doszedł do jabłoni, pokrytej pięknemi papierówkami, stanął na tylnych łapach, objął pień w przednie i zatrząsł, zrazu lekko — spadły dwa jabłka. Nik skonsumował je za jednym zamachem i potrząsł znowu. Gdy uczynił to po raz trzeci, z gęstych krzaków wychyliła się wąska twarz o kobuzim nosie, a za nią postać chuderlawa, uzbrojona w kij sękaty. — Ty chamie! — krzyknął — ja czy dam jabki! I wyciągnąwszy dłoń, uchwycił za kark, jak sądził, jakiegoś chłopa w kożuchu. Ale w tejże chwili ozwały się dwa ryki; jeden gruby, niski, niedźwiedzi, drugi cienki, piskliwy, w którym „aj waj mir“ zadźwięczało doniośle. Jednocześnie żyd rzucił się na lewo, niedźwiedź na prawo i zmykali wzajemnie przed sobą, co sił było w nogach. Trójka, stojąca w alejce, zanosiła się od śmiechu. — A co, nie warto było tu przyjść? — pytała Lili triumfująco. — Dobre to było, — potwierdził Jurek — ale na nazwę komedji nie zasługuje, to tylko obrazek z kinematografu. — Ale pyszny! — Uśmiałam się, aż mnie boki bolą — mówiła Krysia. — Jak to ty przewidziałaś, gdzie się Nik skieruje, spuszczony z łańcucha. — Ba, znam obyczaje mego pupila. — Trudno zaprzeczyć, że jest weselej, odkąd ta Mała Niedźwiedzica ukazała się na naszym horyzoncie — mówił Jerzy. — Pewnie, że wniosłam urozmaicenie, dotąd wasz Zodjak stał ciągle w znaku Panny i Raka. — Pierwsze to dla Krysi, ale czemu ja mam być pod znakiem Raka? — Bo czepiasz się wszystkiego, szczypiesz złośliwie i jesteś czerwonych przekonań jak rewolucjonista. — Że też ty dotąd nie nabrałaś zielonego pojęcia o tem, co to jest rewolucjonista! — A wszak Jurek wczoraj w tak interesujący sposób tłumaczył nam wszystkie odcienie różnych grup sejmowych i rozgałęzienie partyj. — Tak, ale panna Lili cały czas, gdy ja wykładałem, niańczyła kota i wiązała mu kokardki nad uszami. Żeby ten Gałganek raz gdzie kark skręcił! Rozerwały psy zeszłego roku poczciwego Milona, co tak umiał być użytecznym, łowiąc myszy, a tego darmozjada żadna katastrofa dosięgnąć nie może. Jerzy nie znosił angory od czasu jak udusił mu oswojoną kawkę. — Czemu ty się zawsze czepiasz mego Gałganka? Udusił ci kawkę, ale gdy dostał za to w skórę, nie tknie teraz nawet pieczonego kurczątka, póki nie położę przed nim. — Nie za kawkę nie znoszę go, ale za to, że to typ próżniaka i narzędzie rozpróżniaczania ludzi. Ile ty godzin dziennie przepróżnujesz, tuląc to bydlę i zanurzając ręce w jego kędziory! — Trudno cały dzień pracować! Ty grywasz w tenisa po kilka godzin dziennie… — Z wyjątkiem pory żniw… — Choćby, a przecież z twego grania w tenisa ludzkość nie ma żadnego pożytku! — Ale jest pożytek dla mego zdrowia, a im jestem zdrowszy, tem lepiej mogę pracować dla siebie i drugich. — Mnie pieszczenie Gałganka także dobrze działa na organizm, bo uspakaja mi nerwy. — Złudzenie! próżnowanie psuje nerwy — rzecz dowiedziona! — A co ja mam robić? Chodzić z kąta w kąt i ziewać. Czy pluć i łapać? U nas na północy gubernji jenisiejskiej to możliwe, bo ślina marznie w powietrzu!… Żebym nie miała Gałganka… — Krysia nie niańczy żadnego faworyta, a jednak nie nudzi się wcale. — O, ja to co innego! Ja lubię robótki! — Właśnie! Krysia lubi dłubać igłą, igiełką i igliczką. A co jabym robiła, zwłaszcza gdy przyjdzie jesień i zima? — Boże! ona kłopocze się o to, co robić na wsi jesienią i zimą! — Pewno, że tak. — Pomóż mi w pracy. — Mam za ciebie młocki pilnować, czy sprzedawać zboże? — Pomóż mi w mojej szkole. — W jakiej szkole? — Słuchaj ty, nieświadoma ziemskich spraw, Mała Niedźwiedzico, czyż nie mówiono przy tobie kilkakrotnie o zaścianku rakowiczańskim? — Wiem, chodziłyśmy tam nawet z Krysią odwiedzać tę dziewczynkę, co złamała nogę. — No, przecie! — Więc co? — Więc co?!… Więc wiesz, że w Rakowiczach mieszka dwadzieścia sześć rodzin polskich. — Że tam jest dużo Polaków wiem; że tam jest jeszcze więcej psów też się przekonałam, bo bardzo na mego Nika napadały. — A wiesz, ile tam jest dzieci w wieku od siedmiu do czternastu lat? — Pewnie dużo, bo w chałupach jest zawsze wiele dzieci i pcheł. — Tylko proszę bez złośliwych porównań. Trzeba było urodzić się w Krasnojarsku, żeby tak pogardliwie odnosić się do polskich dzieci! Otóż tych naszych polskich dzieci w wieku szkolnym, a nie umiejących nawet dobrze mówić rodzinnym językiem, jest czterdzieści. — Czy mam się z tego cieszyć, czy smucić? Powiedz, bo muszę przygotować odpowiednią minę. — Et, z tobą nie warto nawet mówić! — No, Juraś, nie ciskaj się. Już słucham poważnie… Więc cóż te dzieci? — Więc te dzieci winny umieć czytać i pisać po polsku, poznać choć pobieżnie nasz kraj, nasze dzieje, arcydzieła naszej literatury. — Bardzo słusznie… więc? — Więc gdy roboty w polu skończone, przychodzą do mnie na naukę, codzień na dwie godziny. — Jurek bardzo się tem naraża — wtrąciła małomówna z natury Krysia. — Jakby władze dowiedziały się o tem, zaaresztowałyby go z pewnością. — Ah wiem, już rozumiem! — zawołała Lili — to ty jesteś rewolucjonistą! Jerzy trzepnął szpicrutą, aż szereg badyli legł przetrącony. — Co to mówić z kobietą, co ma taki mózg, który zmieściłby się w jej naparstku!… Więc w twojem przekonaniu wszyscy, którzy żyją w niezgodzie z rządem rosyjskim, są rewolucjonistami? — Ah nie!… Są jeszcze anarchiści, robotnicy i zbrodniarze! — A to zestawiła… Powinszować! — Przypomnij sobie, Lilusiu, — odezwała się znowu Krysia — co Jurek mówił wczoraj o Polakach patrjotach, narodowcach. — O tych to przecież słyszałam i u nas na Syberji!… Powstanie listopadowe, powstanie styczniowe!… Toć papa dotychczas wspomaga tak zwane ofiary obu powstań. — No chyba nie listopadowego? — Czy listopadowe, czy styczniowe to wszystko jedno. — Wszystko jedno? — No przecie — kilka miesięcy różnicy! — Rozstąp się ziemio! Co ty wygadujesz, dziewczyno!… Trzydzieści lat upłynęło między jednem a drugiem. — Mniejsza z tem, historji tych powstań nie czytałam, choć panna Ziuta ofiarowała mi ilustrowanego »Sokołowskiego«, próbowałam czytać, ale to się zaczyna tak nudno, o różnych partjach. Rzuciłam okiem dalej, to tam był ciekawy kawałek, jak gdzieś ktoś Moskalom zabrał kasę, strzelając do nich ładunkami wykupionemi od ich własnych żołnierzy. Ale potem znowu: Biali — Czerwoni — Czerwoni z białem, Biali z czerwonem, w paski, w kratki, w kropki, jak chcecie! — Czy to ma być dowcipne? Powiedz mi, a zacznę się śmiać. — Impertynent jesteś!… Ja wiem tylko tyle, co papa zawsze powtarza, że oba powstania były głupstwem i szaleństwem, że skutkiem nich zaczęto stosować do Polaków różne represje i że odtąd poczęli oni zapełniać katorgi Sybiru. Jerzy splunął. — Moja droga, mówmy o czem innem, bo ja nie mogę słuchać takich sądów. — Jesteś niesprawiedliwy, Jurku, — wmieszała się znowu Krysia. — Toć nic dziwnego, że Lili, wychowana w Krasnojarsku, ma tego rodzaju zapatrywania. Zamiast kłócić się z nią przy każdej sposobności, lepiej przeprowadź porządny kurs naszych dziejów porozbiorowych. Należy jej się tyle, jako naszej rodaczce i naszej siostrzyczce. Jerzy przegarnął palcami czuprynę i rzekł z westchnieniem ulgi: — Masz rację, Krysiu… Więc słuchaj, Lili. — Tylko na miłość boską nie zacznij wykładać o partjach! — A ty nie zaczynaj żartów, bo widzisz, gdybyś zamiast przerzucać książki i czytać ustępy przy ciekawszych obrazkach, przeczytała je od początku do końca, to wiedziałabyś, że naród polski był tak deptany i poniżany we wszystkich swych szlachetnych jednostkach, a upodlony przez swych wynaradawiających się synów, że gdyby powstanie 63-go roku nie zmyło krwią i łzami całej naszej ziemi, byłaby ona przedmiotem ohydy innych krajów, które przedstawiałyby ją sobie jako kraj zaprzańców. Ulec przemocy i takbyśmy ulegli, tylko zamiast być wdeptanymi w ziemię jak nikła trawa, padaliśmy jak podcięty bór, który utworzył interesujący zwał wśród Europy, na którym porasta bujny, młody las, ściągający na siebie uwagę jednych, niepokój innych narodów. Lili, zrób mi jedną łaskę, poświęć godzinkę codziennie — możesz na początek nawet pieścić kota, i pozwól, żebym ci opowiedział dzieje naszych powstań, szczególniej ostatniego, oraz jak się do dziś chronią i bronią Polacy. Uprzyjemnię ci te chwile, pokazując arcydzieła ilustracji, szczególniej Grottgera, który wżywając się w cierpienia ojczyzny, szedł za upadającą na polską Golgotę, by jak w chuście Weroniki odbić rysy w cierniowej koronie i przekazać je potomności. — Jakiś ty poetyczny! — próbowała żartować Lili, choć widocznie słowa Jerzego zrobiły na niej wrażenie. — I nie myśl, Lili, — odezwała się Krysia — że na bohaterach powstań skończył się szereg męczenników, kładących życie, lub wolność w obronie ducha narodowego wbrew zakazom rządu. — Musiałaś spotykać takich, lub przynajmniej słyszeć o nich na Syberji. — Tak, to pewnie ci, których określają ogólną nazwą »polityczni«. Ale ja myślałam, że to wszystko socjaliści, a ja socjalistów nie lubię, bo wszak to sami robotnicy, a robotnicy są zawsze biedni. — Kobieto, kobieto… co ja mówię!… Niedźwiedzico, przestań, bo uszy więdną od tych nonsensów. — Zobaczysz, Juraś, jak ona inaczej zacznie o tem mówić za kilka tygodni!… Bo Juruś naprawdę będzie miał te wykłady. — Ty zgadzasz się na to, Lili? — Dobrze, ale ja z Gałgankiem. — Niech będzie. — W moim pokoju. — Czemuż nie! — Ja będę siedziała na dywanie oparta o Mikołaja Drugiego, bo to najwygodniej. — W tych warunkach uśniesz przy poważniejszych ustępach. — Inaczej ucieknę. — Robimy na początek wszelkie ustępstwa rozpieszczonemu dziecku, — rzekła Krysia — w nadziei, że z każdym dniem będzie wymagało mniej wygód, a więcej wykładu.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…