Read here

Ogrodnik

Rabindranath Tagore · 1921 · Free in the US

20,158 words · about 1 h 25 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1921 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Ogrodnik_(Tagore,_tłum._Dicksteinówna,_1921)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1921
Length
20,158 words · about 1 h 25 min
Sections
87 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (87)
  1. Front matter about 1 min
  2. całość about 42 min
  3. 1 about 1 min
  4. 2 about 1 min
  5. 3 about 1 min
  6. 4 about 1 min
  7. 5 about 1 min
  8. 6 about 1 min
  9. 7 about 1 min
  10. 8 about 1 min
  11. 9 under 1 min
  12. 10 about 1 min
  13. 11 about 1 min
  14. 12 about 1 min
  15. 13 about 1 min
  16. 14 about 1 min
  17. 15 under 1 min
  18. 16 about 1 min
  19. 17 about 1 min
  20. 18 under 1 min
  21. 19 under 1 min
  22. 20 under 1 min
  23. 21 under 1 min
  24. 22 under 1 min
  25. 23 under 1 min
  26. 24 under 1 min
  27. 25 under 1 min
  28. 26 under 1 min
  29. 27 under 1 min
  30. 28 about 1 min
  31. 29 under 1 min
  32. 30 under 1 min
  33. 31 under 1 min
  34. 32 about 1 min
  35. 33 about 1 min
  36. 34 under 1 min
  37. 35 under 1 min
  38. 36 under 1 min
  39. 37 under 1 min
  40. 38 under 1 min
  41. 39 under 1 min
  42. 40 under 1 min
  43. 41 about 1 min
  44. 42 about 1 min
  45. 43 under 1 min
  46. 44 about 1 min
  47. 45 under 1 min
  48. 46 about 1 min
  49. 47 under 1 min
  50. 48 under 1 min
  51. 49 under 1 min
  52. 50 under 1 min
  53. 51 under 1 min
  54. 52 under 1 min
  55. 53 about 1 min
  56. 54 under 1 min
  57. 55 about 1 min
  58. 56 about 1 min
  59. 57 under 1 min
  60. 58 under 1 min
  61. 59 under 1 min
  62. 60 under 1 min
  63. 61 under 1 min
  64. 62 under 1 min
  65. 63 about 1 min
  66. 64 about 1 min
  67. 65 about 1 min
  68. 66 about 1 min
  69. 67 about 1 min
  70. 68 about 1 min
  71. 69 under 1 min
  72. 70 under 1 min
  73. 71 about 1 min
  74. 72 about 1 min
  75. 73 about 1 min
  76. 74 under 1 min
  77. 75 under 1 min
  78. 76 under 1 min
  79. 77 about 1 min
  80. 78 under 1 min
  81. 79 under 1 min
  82. 80 under 1 min
  83. 81 about 1 min
  84. 82 about 1 min
  85. 83 about 1 min
  86. 84 under 1 min
  87. 85 under 1 min

Continue:

Front matter

Rabindranath Tagore.

OGRODNIK

Przekład

całość

Rabindranath Tagore.

OGRODNIK

Przekład

'

WARSZAWA — SUWAŁKI. 1921.

Drukarnia St. Milewskiego w Suwałkach.

RABINDRANATH TAGORE

OGRODNIK.

SŁUGA.

Zmiłowanie miej nad sługą twoim, królowo!

KRÓLOWA.

Przeminęło święto i rozeszli się wszyscy słudzy moi. Czemu przychodzisz o tej późnej godzinie?

SŁUGA.

Skoro oddaliłaś innych, moja nadeszła pora. Pytać przychodzę, co zaś czynić może ostatni twój sługa.

KRÓLOWA.

I czegóż doczekasz o tak późnym czasie?

SŁUGA.

Uczyń mię ogrodnikiem twojego ogrodu.

KRÓLOWA.

Jakieś wyrzekł szaleństwo?

SŁUGA.

Poniechać chcę dawnej pracy mojej. W proch rzucam miecz i włócznię. Nie ślij mię odtąd na dalekie dwory, nie każ na nowe wychodzić zwycięstwa. Uczyń mię ogrodnikiem twojego ogrodu.

KRÓLOWA.

Jakież by były obowiązki twoje?

SŁUGA.

Służyć ci w dni wczasów twoich. Pielęgnować będę ścieżkę różaną, po której błądzisz o poranku i gdzie kwiaty, schnące w śmiertelnej tęsknocie, każdy krok stóp twoich witają weselem. Kołysać cię będę na huśtawce pod konarami saptaparny. A księżyc, co wczesnym wypływa wieczorem, sączyć się zacznie skroś przez listowie żądny całować rąbek twojej szaty. Wonną oliwą nalewać będę lampę, która pali się u łoża twojego, a podnóżek stóp twoich zdobić sandałem i szafranem w przedziwne wzory.

KRÓLOWA.

Co ci będzie nagrodą?

SŁUGA.

Maleńkie piąstki twoje tulić módz jak śliczne pączki lotosu, sznurami kwiecia osnuwać postać twoją, stopki twe barwić szkarłatną oskołą aśoki i scałowywać ostatni kurzu pyłek, który lgnie do nich jeszcze.

KRÓLOWA.

Sługo mój, prośby twoje będą wysłuchane. Otoś jest ogrodnikiem mojego ogrodu.

2

Poeto, wieczór płynie na ziemię: włos twój szronieje. Czyli w dumaniach swoich samotnych słyszysz posłanie z zaświecia. „Wieczór jest — rzekł poeta — i nasłuchuję, albowiem we wsi może kto zawoła, lubo późna pora. „Czuwam żali się najdą dwa błądzące serca i dwie pary oczu roztęsknionych nie zaczną żebrać o muzykę, która przełamie ich milczenie za nie mówiąca. „Ktoby zaś prządł im pieśń rozgorzałą, gdy ja, u życia nabrzeży posiadły, w śmierć się i zaświat potopię? „Zachodzi wczesna gwiazda wieczoru. „Domiera zwolna syk pogrzebowego stosu nad milczącą rzeką. Wyje chór szakali w podwórcu osamotniałego domostwa pod nikłem światłem księżyca. „Jeśli wędrowiec porzucając strony rodzinne przyjdzie tu czuwać nocą i ze spuszczoną głową wsłucha się w szelest mroków, kto tajemnice życia poszepnie mu w ucho, gdy ja, zawarłszy drzwi moje, uwolnić się zapragnę od więzów ziemi? „Niema to wagi, że włos mój szronieje. „Zawsze lat mam tyle, ile najmłodszy i najstarszy człowiek tego sioła. „U jednych w oczach uśmiech życzliwy a słodki, u innych chytre mruganie. „Jednym łzy stoją, co wzbierają w dziennej jasności, innym łzy, które się tają w mrokach. „A ja im wszystkim potrzebny jestem i czasu nie mam w pozgonność się grążyć. „Wszem rówienny jestem, co znaczy, że włos mój szronieje?

3

O poranku zarzuciłem sieć moją w morze. Z czarnej topieli łupy dobyłem dziwnej postaci i o rzadkiej krasie, — te świeciły jak uśmiech, owe lśniły jak łzy, a inne jeszcze pałały niby jagody młodej narzeczonej. Kiedym z dnia plonem w domu progi wracał, umiłowana moja w ogrodzie, leniwie płatki obrywając z kwiatu. Wachałem się chwilę, poczem do stóp jej złożywszy całe moje brzemię, stałem w milczeniu. Spojrzenie jej padło na mój łup i rzekła: „Cóż za dziwotwory? Nie wiem zaiste gwoli czemu służą!“ Skłoniłem głowę w zamyśleniu, myśląc: „Nie walczyłem o to wszystko, na targowisku tegoć nie kupiłem, nie są to dla niej odpowiednie dary”. Przez całą długą noc jedno po drugiem wyrzucałem na ulicę. Nad ranem przechodzili pielgrzymi, pozbierali zdobycze i zanieśli w cudze kraje.

4

Ach czemu zbudowali dom mój na ulicy, co do rynku wiedzie. Ładowne czółna swoje uczepiają u moich drzew. Idą, biegną, wędrują, jako im się zwidzi. Siedzę i patrzę na nich, życie moje mija. Odprawić ich nie mogę. Jak mi dni się toczą. Dzień i noc krok ich tętni koło moich wrót. Na próżno mi wołać: „Nie znani was“. W jednych palce moje macają znajomych, innych czują nozdrza, krew w moich żyłach zna ich, jak się zdaje, a są i tacy, których widzę w snach. Odprawić ich nie mogę. Wołam ich i mówię: „Niech w dom mój wnijdzie, kto może. Tak — chodźcie“. Rankiem zadźwięka dzwonek w świątyni. Przychodzą oto z koszami w dłoniach. Stopy ich poczerwieniałe są niby róże. Wczesna jasność oświtu pada im na twarze. Odprawić ich nie mogę. Wołam ich i mówię: „Wejdźcie w ogrodzie kwiaty rwać. Przychodźcie“. W południe w dzwon biją w pałacowej bramie. Nie wiem dlaczego wstają od roboty, kupiąc się koło mego żywopłotu. Kwiaty w ich włosach pełzną i wiotczeją. Wątle gra ton ich fletni. Odprawić ich nie mogę. Wołam ich i mówię: „Chłodny jest cień drzew moich. Pójdźcie, przyjaciele“. Nocą ćwierkają świerszcze po lasach. Kto tak się wolno do drzwi mych zbliża i lekko stuka? Ledwo twarz widzę, nie padnie słowo, spokojność nieba nad wszystkiem leży. Odprawić mego milczącego gościa nie mogę. Patrzę w twarz jego poprzez mrok, i godziny marzenia się toczą.

5

Bezspokojen jestem. Czuje pragnienie rzeczy dalekich. Dusza moja rwie się w tęsknocie, by musnąć okraj ciemnej oddali. O wielki bezkresie, o fletni twoja natrętnie kusząca! Zapominam, zapominam wiecznie, iże nie mam skrzydeł ku lotom, że do tego ziemi skrawka przytroczono mię powszebytnie. Pełen pożądań jestem a czujny, jestem przybyszem w obcej krainie. Tchnienie twe dobiega mię i szepce nieziszczalne nadzieje. Mowa twoja dzwoni sercu mojemu jakoby własna. O celu w oddalach! o fletni twoja natrętnie kusząca. Zapominam, zapominam wiecznie, żem nieświadom drogi, że mi nie staje skrzydlatego bieguna. Bezspokojen jestem, pątnikiem jestem w sercu. W słonecznej omży bezruchych godzin jak potężnem widmem ściele się twa postać w błękitnej topieli nieba: O najdalszy kresie! o fletni twoja, natarczywie kusząca! Zapominam, zapominam wiecznie, że zewsząd zaparto bramy domu, w którym mieszkam samotny.

6

W klatce mieszkał oswojony ptak, wolny mieszkał w lesie. Kiedy przyszła im pora, spotkały się, tak chciał los. Wolny ptak woła: „Lećmy w las najdroższy!“ Ptak w klatce świegoce: „Chodź do mnie, w klatce będziem żyły społem“. Mówi ptak wolny: „Gdzież przestrzeń między prętami, abym skrzydła prężył?“ „Biada — ptak w klatce woła — i gdziebym w chmurach spocząć mógł bez grzędy?“ Mówi ptak wolny: „Luby zanuć pieśni leśne“. Ptak w klatce rzecze: „Siądź przy mnie, chcę ci prawić w języku uczonych“. „Nie, o nie — odpowie ptak lasu, nie nabyć nigdy pieśni uczeniem“. Mówi ptak w klatce: „Gorze! ja nie wiem, co są pieśni leśne“. Miłość ich płonie i pragnieniem dyszy, lecz skrzydeł nigdy nie złożą na skrzydła. Patrzą na się przez pręty klatki i płonne są ich zabiegi, by się poznać wzajem. Biją skrzydłem w tęsknocie i śpiewają: „Zbliż się ukochanie“. Wolny ptak wola: „Darmo! zamknięte drzwi klatki mię trwożą“. Ptak w klatce świegoce: „Biada, pomdlałe i martwe mam skrzydła“.

7

„O matko, młody królewicz musi przejechać przed naszemi drzwiami. I jakże mi dziś baczyć roboty? Powiedz mi, jak mam włosy pleść jaką przywdziać sukienkę? Czemu tak zdziwiona patrzysz na mnie, matko? Wiem, że jednego spojrzenia w okno moje nie zwróci wiem, że w mgnienie jedno zniknie oczom moim, tylko gasnąca fletów pieśń będzie westchnieniem dobiegać mię z dali. Ale królewicz młody musi przejechać koło naszych wrót i na to mgnienie wdziać chcę najpiękniejsze stroje. O matko, królewicz przejechał koło naszych drzwi, a słońce poranne przeglądało się w jego kolasie. Zdarłam zasłonę z twarzy, łańcuch rubinów stargałam na szyi i rzuciłam na jego drogę. Czemu tak zdziwiona patrzysz na mnie, matko? Wiem dobrze, że nie podniósł mojego łańcucha, że prysł w kruszyny pod kołami karocy, czerwony ślad znacząc w kurzawie gościńca, i nikt nie zgadnie, czem był mój, dar ni komu niesiony. Ale młody królewicz przejechał koło naszych wrot i jam mu klejnot z piersi rzuciła na drogę.

8

Kiedy zgasła lampa u mojej pościeli, przebudziłam się razem z ptaszętami. Składam przy oknie świeże równiańce na spuszczonych włosach. Młody pielgrzym szedł drogą w różanej mgle poranka. Sznur pereł miał na szyi, a promienie słoneczne w blask mu, brały głowę. Stanął u drzwi moich i natarczywie pytał się: „Gdzie ona“? A mnie zawstydzenie nie dało odrzec mu: „Ja nią jestem, młody pielgrzymie, ja to nią jestem“. Zmierzch już był, a lampa jeszcze nie płonęła. Nie myśląc o niczem zaplatałam włosy. Podjechał młody pielgrzym w łunach gasnącego słońca. Rumaki jego były spienione, kurz bielił mu szaty. Wysiadł u drzwi moich i zapytał znużonym głosem: „Gdzie ona“? A mnie zawstydzenie nie dało odrzec mu: „Ja nią jestem, zdrożony pielgrzymie, ja to nią jestem“. Jest noc kwietniowa. W pokoju moim lampa się pali. Wpływa powiew południowy. Krzykliwa papuga już zasnęła w klatce. Tułubek mam barwy pawiego podgardla, płaszcz mój jest zielony jak młoda murawa. Przysiadłam na ziemi u okna, wbita okiem w pustą ulicę. I nie przestaję powtarzać w noc ciemną: „Ja nią jestem, zwątpiały pielgrzymie, ja to nią jestem“.

9

Gdy spieszę nocą na wodzenie z kochanym, nie śpiewają ptaki, wiatr się nieco ruszy, domy z dwu stron drogi stoją oniemiałe. Tylko sprzączki u nóg moich dzwonią przy każdym kroku. Tak mi wstyd... Gdy nasłuchuję z ganku jego kroków, liście nie szeleszczą na , a woda cichnie w rzece, jak miecz na kolanach śpiących wartowników? Tylko serce moje bije oszalałe i jak je uspokoić — nie wiem. Gdy przyjdzie miłowany i przy mnie posiądzie, drży ciało moje, tulą się powieki, ciemność gęstnieje, wiatr zdmuchuje lampę, a chmury zasłoną nadchodzą na gwiazdy. Tylko drogi kamień lśni i światło sieje na mojej piersi. A jak go ukryć — nie wiem.

10

Poniechaj roboty, oblubienico. Patrz gość twój nadchodzi. Słyszysz jak lekko kołace w łańcuch u bramy? Bacz, aby u stóp twych nie dzwoniły zbyt donośnie, i by nie nadto spieszny był krok, jakim mu wyjdziesz naprzeciw. Poniechaj roboty, oblubienico, gość twój nadszedł wraz z wieczorem. To nie wiatr z siedziby duchów, oblubienico, nie trwóż się. Jest pełnia w noc kwietniową. Cienie mdleją w dziedzińcu, nad nimi światłe niebo. Zapuść na twarz zasłonę, gdy inaczej nie możesz i idź z lampą do bramy, jeżeli lęk tobie. Nie, to nie wiatr z krainy duchów, oblubienico, nie trwóż się. Nie mów doń słowa, jeżeliś nieśmiała, odstąp od drzwi, gdy go spotkasz. Kiedy cię zagadnie, możesz, jeśli zechcesz, spuścić oczy, milcząca. Niechaj nie dzwonią twoje, gdy go wprowadzać będziem z lampą w dłoni. Nie mów doń słowa, jeżeliś nieśmiała. Jeszcześ nie zbyła pracy swej, oblubienico? Słuchaj, gość twój przybył. Czyś nie zaświeciła lampy w oborze? Czy kosz ofiarny nie gotów na wieczorne modły? Czerwony znak szczęścia złożyłaś-li na głowie i na noc gotowaś? Oblubienico, słyszysz, gość twój przybył. Niechaj roboty.

11

Przyjdź jako jesteś, nie późnij się strojeniem. Mogą się rozwiać zaplecione kosy, mogą ci pukle zwichrzyć się na skroni, i rozsznurować może się katanka, — ty nie bacz na to. Przyjdź jako jesteś, nie późnij się stojeniem. Szybkiemi kroki przebieżaj darninę. Cóż że rosa spłócze ci barwiczkę ze stopek, dzwoniące zaponki u nóg się rozluźnią, że z naszyjnika perły ci opadną, ty nie bacz na to. Szybkiemi kroki przebieżaj darninę. Widzisz, jak chmury tłoczą się po niebie? Stada żórawi ciągną z dalekich porzeczy, wiatr nawiewami bije w połoninę. Strwożone trzody się do obór chronią. Widzisz, jak chmury tłoczą się po niebie. Daremnie zapalasz lampę na gotowalni, migoce i gaśnie na wietrze. Kto dostrzeże wtedy, żeś nie poczerniła powiek? Oczy twe czarniejsze niż chmury deszczowe. Daremnie zapalasz lampę na gotowalni, migoce i gaśnie na wietrze. Przyjdź, jako jesteś, nie późnij się strojeniem. Cóż, że wieniec nie splecion jeszcze na twe kosy, żeś nie owiodła ramienia zaponą? Niebo się w chmury otuliło, — pora-ć. Przyjdź jako jesteś, nie późnij się strojeniem.

12

Gdy ci gorliwa powie myśl, by dzban napełnić, przyjdź, o przyjdź nad moje jezioro. Woda łasić się będzie do stopek twoich, bając swe tajemnice. Cień nadciągającego deszczu leży na piasku, chmury wiszą nisko na modrych obrysach drzew, jak ciężkie sploty nad twojemi brwiami. Znam dobrze rytym twych kroków, — w sercu mi uderza. Przyjdź, o przyjdź nad moje jezioro, gdy wola będzie ci napełnić dzbanek. Gdy wczasu zapragniesz i dzbanek puściwszy na wodę potonąć zechcesz w zadumie, przyjdź o przyjdź nad moje jezioro. Trawiaste zbocze uśmiecha się zielenią, a kwiecia polnego bezlik się mai. Myśli z twych czarnych oczu wybiegną, jak ptaki z gniazd. Zasłona z twarzy twoja do stóp ci upadnie. Przyjdź, o przyjdź nad moje jezioro, gdy zapragniesz wczasu. Gdy znudzisz sobie igraszki i ponurzyć się w wodzie zachcesz, przyjdź o przyjdź nad moje jezioro. Płaszcz twój błękitny złożysz na brzegu, a modra woda opłynie cię i osłoni. Fale się na palce, by ci całować szyję i szeptać w uszko. Przyjdź, o przyjdź nad me jezioro, gdy zechcesz ponurzyć się w wodzie. Jeśli szał cię owieje i o śmiertelny skok się pokusisz, przyjdź, o przyjdź nad moje jezioro. Chłodne jest i bez dna głębinne... Czarne jest jak sen bez widzeń. W jego gibielach noc i dzień są jednem, jednem pieśń i głusza. Przyjdź o przyjdź nad moje jezioro, jeśli w śmierć grążyć się zechcesz.

13

O nicem nie prosił; u skraju lasu stanąłem za drzewem. Tęsknota czaiła się jeszcze w oczach zmierzchu, w powietrzu stała rosa. Rozleniwiający zapach wilgotnej trawy unosił się w rzadkiej mgle nad ziemią. Pod krzewem figi ujrzałem ciebie, doiłaś krowę rączkami jak kwiaty. Patrzałem niemy. Nie rzekłem słowa. To ptak niewidzialny śpiewał w gęstwinie. Drzewo mangowe strzęsało płatki na wiejską drogę, przelatywały z pobrzękiem pszczoły. W świątyni Siwy, za stawem, otwarte były wrota i pobożni rozpoczęli pienia. Ze skopkiem u kolan widziałem ciebie zajętą udojem. Ja stałem zawsze jeszcze z pustem wiadrem. Nie podszedłem do ciebie. Niebo wstrzęsło się odgłosem świętynnego dzwonu. Drogą pędzono stado i z pod kopyt jego buchnął obłok dymu. Od rzeki wracały kobiety z czubatemi dzbanami, wspartemi o biodro. Naramienniki brzęczały, przelał się dzban. Tak minął ranek — nie podszedłem ku tobie.

14

Błądziłem drogą, nie wiem dlaczego, kiedy przeszło południe i gałęzie bambusów szemrały na wietrze. Nadchodzące cienie wyciągniętemi rękami czepiały się stóp uciekającego światła. Słowiki utrudziły się śpiewaniem. Błądziłem drogą, nie wiem dlaczego. Zwisłe drzewo ocienia chatynkę u wody. Krzątała się w niej młódka przy robocie, naramienniki dzwoniły muzyką. Stałem przed chatą ową, nie wiem czemu. W zakosy drożyna się wije śród pól gorczycy i gajów mangowych. Koło świątyni wiejskiej przebiega i koło targu u rzecznej przystani. Stałem przed chatą ową nie wiem czemu. Przed laty to było, w wietrzny dzień marcowy, w szmerach wiosennych niosła się tęsknota, drzewa mangowe w kurz roniły kwiecie. Swawolna woda w pryskach lizała mosiężne wiaderko, porzucone na schodkach przystani. Myślę o owym wietrznym dniu marcowym — nie wiem czemu. Gęstnieją cienie i trzody ciągną do zagród. Szarość leży na osępiałych błoniach, a chłopi czekają na prom u przejazdu. Zawracam zwolna drogą moją — nie wiem czemu.

15

Biegam jak biega w cieniu lasu piżmowiec, oszalały od własnego zapachu. Noc dzisiaj, to noc majowa, powiew to dech południa. Lubię drogę i błądzę, szukam, czego naleść nie mogę, najduję, czegom nie szukał. W sercu w zbiera mi i wiruje obraz własnej tęsknoty. zjawa rozpływa się. Staram się ją przychwytać, wysmyka mi się i ciągnie na bezdroża. Szukam, czego naleść nie mogę, najduję czegom nie szukał.

16

Dłonie zadziergują się o dłonie, źrenice zwisają u źrenic, tak się poczyna naszych serc historja. Jest miesięczna noc marcowa, słodką wonią henny dyszy wiew, flet mój zapomniany wala się po nizanka kwiecia twa niedopleciona. Miłość między nami prosta jest jak pieśń. Twa szafranowo złota zasłona upaja moje oczy. Wieniec jaśminów, któryś mi uwiła, przejmuje dreszczem serce me jak chwała. Gra to mieniąca darów i wyrzeczeń, odsłonień i powrotnych utajeń, odrobin uśmiechu, onieśmielenia i kilku słodkich, bezpotrzebnych zwad. Miłość między nami prosta jest jak pieśń. Niema w niej tajemnic za dzień dzisiejszy wymkliwych, niema gonów w nieziszczalność, powab nie włóczy za sobą cienia i nie macamy po głębiach omroczy. Miłość między nami prosta jest jak pieśń. Nie odbijamy od każdego słowa w wieczyste milczenie, nie wznosimy rąk w próżnię ku rzeczom niezespolnym z nadzieją. Nam starczy to, co dać możemy i otrzymać. Nie wycisnęliśmy radości po ostatek, aby z niej wytłoczyć wino cierpienia. Miłość między nami prosta jest jak pieśń.

17

Złocisty ptak śpiewa w jej gaju, a moje serce uderza weselem. Oboje w jednem mieszkamy siole i to jest cała radość nasza. Dwa jagnięta, jej ulubieńce, przychodzą paść się w cieniu naszych drzew. Gdy w jęczmień pobłądzą, wynoszę je na rękach. Imię naszej wioski jest Khanjana, a Anjana zowią naszą rzekę. Moje imię zna całe sioło, a jej imię jest Ranjana. Tylko jedno pole nas rozdziela. Pszczoły, co w naszym lasku mają ule, lecą miodu szukać w jej ogrodzie. Kwiaty rzucone ze schodków jej przystani, woda niesie do miejsca, gdzie się kąpiemy. Koszyki z suszonych kwiatów kusumbhy na nasz targ przychodzą z jej pól. Imię naszej wioski jest Khanjana, a Anjana zowią naszą rzekę. Imię moje zna całe sioło, a jej imię jest Ranjana. Ścieżka, co się wije do jej pachnie wiosną mangowem kwieciem. Kiedy len u niej dojrzewa pod żniwo, na naszem polu żółcą się konopie. Gwiazdy, co śmieją się nad jej chatą, i nam tem samem mrugają spojrzeniem. Deszcz, co wypełnia po brzeg jej cysternę, orzeźwia i nasz lasek kadambowy. Imię naszej wioski jest Khanjana, a Anjana zowią naszą rzekę. Moje imię zna całe sioło, a jej imię jest Ranjana.

18

Dwie siostry, kiedy po wodę chodzą, na to miejsce przyszedłszy, uśmiechają się obie. Snadź dostrzegły, że za drzewami ktoś się ukrywa, ilekroć one idą po wodę. Szepcą dwie siostry do siebie, skoro tędy przechodzą. Odgadnąć musiały tajemnicę człowieka, który za drzewami staje, ilekroć one idą po wodę. Dzbanki przechylają im się i woda rozlewa, skoro tędy przechodzą. Wykryć musiały, że bije serce człowieka, który za drzewami staje, ilekroć one idą po wodę. Dwie siostry patrzą na siebie, skoro tędy przechodzą. I chichot jest w chyżem miganiu ich stopek, co mąci myśli człowiekowi, który za drzewami stoi, ilekroć one idą po wodę.

19

Szłaś nadrzeczną drogą, dzban pełen wody oparłszy o biodro. Dlaczego szybko odwróciłaś głowę, śledząc mię z za powiewnej zasłony? Ten promienny wzrok dobiegł mię z ciemności, jak podmuch, który dreszczem marszczy wodę i dalej pomyka na cienisty brzeg. Przyszedł do mnie niby ptak wieczorny, który w mroczną izbę wpadnie, od okna do okna przeleci i w ciemność zatonie. Ukrytaś jest jak gwiazda za wzgórzami, a ja jestem przechodniem na drodze. Ale dlaczego przystanęłaś chwilę, patrząc skroś zasłon w twarz moją, kiedy nadrzeczną przechodziłaś drogą, dzban pełen wody oparłszy o biodro.

20

Dzień dnia przychodzi do mnie i odchodzi. Pójdź i kwiat z włosów mych mu daj, o bracie. Jeśli zapyta, kto mu go przysyła, nie mów mu, proszę, mojego imienia, — bo on przychodzi i odchodzi znowu. Siedzi w kurzawie drożnej pod drzewem. Z kwiatów i liści zrób mu tam usłanie, o przyjacielu. Smutne są jego oczy i smętek niosą mojemu sercu. Nie mówi o czem myśli, przychodzi tylko i odchodzi znowu.

21

Czemu on, wędrowiec młody, do drzwi zapragnął podejść mych, gdy dniało. Kiedy z domu idę, albo w dom powracam, mijam go zawsze, i oczy moje więzną w jego licach. Nie wiem-li, mówić winnam mu, czy milczeć? Czemu zapragnął podejść pod me wrota? Ciemne są chmurne noce lipcowe, niebo jest blado-błękitne w jesieni, dni wiosny powiew południa zamąca. On z nowych wiecznie melodyi dzierga swoje pieśni. Odwracam się od roboty i oczy zachodzą mi mgłą. Czemu zapragnął podejść pod me wrota?

22

Kiedy mijała mię szybkiemi kroki, musnął mię rębek jej szaty. Z nieznanej wyspy czyjegoś serca przebiegł nagły ciepły podmuch wiosny. Musnęło mię przelotne dotknięcie i znikło, jako zerwany liść, który wiatr pędzi. Na serce padło mi niby westchnienie z jej ciała i szept z jej serca.

23

Dlaczego siedzisz tu, naramiennikami dzwoniąca, dla płonnej jeno igraszki? Napełnij dzbanek. Czas ci w dom powrócić. Dlaczego wody dotykasz rękoma i raz w raz za kimś pozierasz na drogę dla płonnej jeno igraszki? Napełnij dzbanek. Czas ci w dom powrócić. Mijają ranne godziny, — ciemna woda płynie a płynie. Śmieją się fale i szepcą ze sobą dla płonnej jeno igraszki. Chmury wędrowne zbiły się u widnokręga, aby się znowu unieść ponad ziemię. Zwłóczę i w twarz twą patrzę się i śmieję, dla płonnej jeno igraszki. Napełnij dzbanek i wracaj do domu.

24

Nie chowaj dla siebie tajemnicy serca twojego, o miły. Mnie ją powierz, mnie tylko, i skrycie. Ty, co masz takie wabne uśmiechy, szeptaj pocichu, serce moje słyszeć będzie, nie uszy. Noc jest głęboka, dom stoi niemy, gniazda ptaszęce spowił sen. Przez niepłynące łzy, przez tamowane uśmiechy, przez słodkie zawstydzenie i udrękę, powierz mi tajemnicę twego serca.

25

„Chodź do nas, młodzieńcze, mów szczerze, dlaczego obłęd z oczu ci wyziera?“ „Nie wiem z jakiej makówki dzikiej wino piłem, i że ten obłęd z oczu mi wyziera“. „O wstydzie“. Tak, ludzie mądrzy bywają i głupi, pieczołowici i niefrasowliwi“. „Uśmiech jest w jednych oczach, w innych łzy — a z moich źrenic obłęd wyziera“. „Młodzieńcze, czemu tak cicho stoisz w cieniu „Stopy moje omdlały od ciężaru serca mojego i stoję cichy w cieniu“. „O wstydzie“. „Tak jedni ludzie idą swoją drogą, inni zwlekają, jedni są wolni, inni okowani, a moje stopy omdlały od ciężaru serca mojego“.

26

„Co z twych ochoczych płynie rąk to biorę. O nic zresztą nie proszę“. „Tak, tak znam cię, żebraku skromny, o wszystko prosisz, co się tylko ma“. „Jeśli się znajdzie kwiat uroniony, będę go nosił na sercu“. „Ale jeżeli mieć będzie ciernie?“ „Potrafię znieść je”. „Tak, tak, znam cię, żebraku o wszystko prosisz, co się tylko ma“. „Gdybyś raz jeden oczy kochające podniosła ku mej twarzy, życie by mi słodkie było aż za zgon“. „Lecz gdyby miały tylko surowe spojrzenia“. „Pozwoliłbym im przeszyć moje serce“. „Tak tak, znam cię, żebraku skromny, o wszystko prosisz, co się tylko ma“.

27

„Zaufaj miłości nawet, gdy zgryzotę niesie. Nie zamykaj serca swojego“. „O nie, naimilszy, słowa twe są ciemne, zrozumieć ich nie mogę“. „Serce mamy, byśmy je składali w darze, ze łzą lub pieśnią, o ukochanie“. „O nie, najmilszy, słowa twe są ciemne, zrozumieć ich nie mogę“. „Rozkosz wiotka jest jak kropla rosy, gdy się uśmiecha — kona“. „Ale zgryzota twarda jest a długa. Niech troski pełna miłość straż w twych oczach trzyma“. „O nie najmilszy, słowa twe są ciemne, zrozumieć ich nie mogę“. „Lotos kwitnie w obliczu słońca i wszystko, co ma, roni. Nie miałby mocy pąków nieść w wieczystej mgle zimowej“. „O nie, najmilszy, słowa twe są ciemne, zrozumieć ich nie mogę“.

28

Smutne są twoje pytań pełne oczy. Pragną myśl mą zgłębić, jak księżyc, kiedy przeniknąć chce morze. Obnażyłem życie moje przed twemi oczyma od końca do końca, nic nie ukryłem, nicem nie utaił. Przeto nie znasz mię. Gdyby ono było tylko drogim kamieniem, rozbić bym je mógł na sto bryzgów i na nić nawlec na twoją szyję. Gdyby było tylko kwiatem świeżym, drobnym, miodowym, je z łodygi, by wetknąć ci w warkocze. Ale to serce jest, umiłowana. Gdzie jego brzegi są, gdzie jego dno? Nie znasz granic tego królestwa, a jednak jesteś jego królową. Gdyby ono było tylko chwilą rozkoszy, zakwitłoby w uśmiech wdzięczny, a tybyś dojrzeć je mogła i czytać w tej jednej chwili. Gdyby było bólem jedynie, rozpłynęłoby się w jasne łzy i bez słowa odbiło najgłębszą tajemnicę swoją. Ale to miłość jest, o ukochana. Jej radość i jej ból są bez granic, a nieskończone są roszczenia jej i skarby. Tak bliska ciebie jest jak życie twoje, a jednak nigdy całej poznać jej nie zdołasz.

29

Mów do mnie, luby! Słowami powiedz to, co śpiewałeś... Noc czarna leży. Gwiazdy poginęły w chmurach. Wiatr wzdycha w liściach. Rozpuszczę włosy. Błękitna opończa opłynie mię jak noc. Przycisnę głowę twą do piersi mojej, daj w samotności słodkiej mówić sercu. Ja oczy przymknę, słuchać chcę. Nie będę w twarz twą patrzała. A kiedy skończysz, pomilkniem oboje. Tylko drzewa szeptać będą w ciemności. Noc spłowieje. Dzień zaświta. Spojrzymy sobie w oczy i każde pójdzie swoją drogą. Mów do mnie, luby! Słowami powiedz to, co

30

Jesteś chmura wieczorna, która niebem moich marzeń. Barwię cię i stroję zawsze w pragnienia mojej miłości. Mojaś jest, moja, mieszkanko moich nieskończonych snów! Stopki twoje różane kraśnieją od żaru rostęsknionego serca mojego, żniwiarko moich wieczornych pieśni. Wargom twym dało gorzki i słodki posmak wino cierpień moich. Mojaś jest, moja, mieszkanko moich samotnych snów! Cień namiętności mojej pociemnił ci oczy, gościu codzienny w głębinach mego spojrzenia. Pojmałem cię i wsnułem, miłowana, w sieć mej muzyki. Mojaś jest, moja, mieszkanko moich nieśmiertelnych snów!

31

Serce moje, ptak puszczy, niebo znalazło w twych oczach. One są kołyską poranku, one są królestwem gwiazdzistem. Pieśni moje zagubiły się w ich bezdniach. Daj im wyfrunąć w to niebo, w jego samotne bezmiary. Niechaj rozcinam jego chmury i skrzydła prężę w jego słoneczności.

32

Powiedz, czy to wszystko prawda, miłowany, powiedz, czy to wszystko prawda? Kiedy te oczy ciskają błyskawice, ciemne chmury w twej piersi odpowiadają burzą. Prawda-li, że wargi moje są słodkie jak rozchylający się pąk pierwszej wyznanej miłości? Czy w postaci mojej tają się wspomnienia przeminionych majów? Drży-li ziemia, jak arfa pieśnią, pod dotknięciem stóp moich? Prawdą-że jest, iż krople rosy padają z oczu nocy, kiedy się jawię, i że ranna zorza raduje się, opływając ciało moje? Czy prawdą jest, jest-li prawdą, że miłość twoja wędrowała samotna skroś wieków i światów, mnie szukająca? Że gdyś mnie spotkał wreszcie, długa tęsknota przystań ostatnią znalazła w cichej mojej mowie, w oczach mych i wargach, w falujących splotach? Prawda-li, że tajemnica nieskończoności tkwi wypisana na tem drobnem czole? Powiedz, czy to wszystko prawda, miłowany?

33

Kocham cię, najdroższy. Wybacz mi miłość moją. Pojmana jestem jako ptak, co zatracił drogę. Zadrżało serce me, zgubiło zasłonę i nagie oto stoi. Okryj je spółczuciem, kochany, i wybacz mi miłość moją. Jeśli nie możesz mię kochać, najdroższy, wybacz mi moje cierpienie. Nie pogardzaj mną z oddali. W kącik się zaszyję, w cieniu siedzieć będę. Obiema rękami wstyd mój nagi okryję. Odwróć odemnie twarz, ukochany, i wybacz mi mękę moją. Jeśli nie możesz mię kochać, najdroższy, wybacz mi moją radość. Kiedy fale szczęścia serce mi unoszą, nie śmiej się z niebezpiecznego mego odosobnienia. Gdy na tronie siadam i tyranią miłości mej nad tobą rządzę, kiedy, jak bogini, zlewam ci łaski moje, znieś mą dumę, najdroższy i wybacz mi radość moją.

34

Nie odchodź odemnie bez pożegnania, luba. Czuwałem całą noc i teraz senność oczy ścięża. Ale się lękam stracić cię, gdy zasnę. Nie odchodź odemnie bez pożegnania, luba. Zrywam się, wyciągam, ręce, by cię dotknąć. Pytam: „Czy to sen“? O, gdybym mógł zaczarować sercem twoje stopy i do piersi mojej je przytroczyć! Nie odchodź odemnie bez pożegnania, luba.

35

Ażbym cię nie odgadł zbyt snadnie, igrasz ze mną. Oślepiasz mię błyskawicami śmiechu, aby łzy utaić. Znam, znam, chytrość twoją. Nigdy nie mówisz słowa, które winnaś. Ażebym nie zdołał rychle cię osądzić, wymykasz mi się na tysiąc sposobów. Ażebym ciebie nie łączył z wieloma, stronisz od ludzi. Znam, znam chytrość twoją. Nigdy nie idziesz drogą, którą winnaś. O więcej kusisz się, niż inne, przetoś milcząca. Z udaną obojętnością unikasz mych darów. Nigdy nie chcesz przyjąć, co winnaś.

36

Szeptał: „Najdroższa, podnieś oczy!“. Złajałam go ostro, rzekłam: „Odejdź!“, ale się nie ruszył. „Stał przedemną i trzymał obie moje dłonie. Mówiłam: „Puść mię!”, ale nie odchodził. Przysunął mi twarz do ucha. Spojrzałam nań i rzekłam: „Wstydź się“, lecz on się nie przejął. Wargi jego musnęły mi policzek. Drgnęłam i rzekłam: „Nazbyt jesteś śmiały“. Ale on się nie wstydził. Wpiął mi kwiat we włosy. Rzekłam: „Nic to nie pomoże“, ale on nie drgnął nawet. Wziął z mojej skroni wianek i odszedł. Płaczę i pytam serca: „Czemu nie powraca?“.

37

Czy twój wonny wianek włożysz mi na skronie o Ale wiedz, że wieniec, który ja uwiłem należy do wiela do tych, co mijają przelotnie, co niezbadane zamieszkują kraje, lub żyją w piersiach poety. Zapóźno już żądać zamiany serc naszych. Był czas, gdy życie moje było jak pąk kwiatu, i zapach cały zamykał się w ziarnie. Dzisiaj na wszystkie rozwiał się dale. Kto zna zaklęcie, ażby go zgarnąć i zamknąć na nowo? Serce moje nie do mnie należy. Zbyt wielu z niego czyniłem podarek, ażebym mógł je ofiarować jednej.

38

Najdroższa, kiedyś, dawno, poeta twój wielki wyśpiewał poemat. Biada, niebaczny byłem; do nóg ci upadł pod sprzączki dzwoniące. Prysł na piosenki i rozsypany leżał u twych stóp. Całe woziwo mojego okrętu, dzieje starych wojen rozchełbały się na śmiejących falach, nasiąkły łzami i poszły na dno. Tę stratę musisz mi umilić, luba. Zgasły marzenia o pozgonnej; sławie, ty nieśmiertelnym czyń mię póki żyję. A nie będę opłakiwał straty mej, ni ciebie winił.

39

Przez całe rano próbuję spleść wianek, lecz kwiaty wysnuwają mi się i spadają. Przyglądasz mi się chyłkiem kącikami uporczywych oczu. Zapytaj tych oczu, co ciemne knują usidlenia, czyja w tem wina. Pieśń próbuję zanucić ale daremnie. Przyczajony uśmiech drży na twoich wargach. Spytaj go, czemu pieśń mi się nie składa. Niech pod przysięgą wargi twe uśmiechnięte powiedzą, jak głos mój zagubił się w ciszy, niby upojona pszczoła w lotosie. Wieczór jest, pora kwiatom stulić kielichy. Daj mi sięść przy boku twoim i zwól mym wargom pracę czynić, która w milczeniu czyniona być może i w słodkiem świetle gwiazd.

40

Uśmiech niedowierzania przemyka ci przez oczy, gdy cię przychodzę żegnać. Tylekroć to czyniłem, iż mniemasz, że wkrótce powrócę. Wyznam ci — ja tę samą niepewność mam w myśli. Bo dni wiosenne wracają w kolei czasów, pełnia ponika, ażeby znowu zawitać na niebie, kwiecie powraca i rok za rokiem różowi się po gałęziach, może więc także ja żegnam się z tobą, abym wrócił jeszcze. Ale przez chwilę tul marę zwodniczą, nie odganiaj jej z wrogim pośpiechem. Kiedy mówię, że porzucam cię wiecznie, miej to za prawdę, i niech mgła łez na chwilę pogłębi czarny cień oczu twoich. A potem uśmiechnij się przebiegle, jakoś rada wynucić, kiedy się zjawię znowu.

41

Pragnąłbym mówić ci najgłębsze słowa, jakie powiedzieć mogę, ale nie ważę się z lęku, że je wyśmiejesz. Dlatego sam śmieję się siebie i tajemnicę moją zdradzam w żarcie. Lekceważę ból własny z trwogi, byś ty go nie lekceważyła. Pragnąłbym mówić ci najwierniejsze słowa, jakie powiedzieć mogę, ale nie ważę się z lęku, że nie dasz wiary. Dlatego oblekam je w nieprawdę i mówię to, co przeczne z myślami mojemi. Jak głupi przedstawiam mój ból, z trwogi, byś ty tego nie uczyniła. Pragnąłbym najkosztowniejsze mówić słowa, jakie mam dla ciebie, ale nie ważę się z lęku, że mi nie będzie równo odpłacone. Tedy ci szpetne daję imiona i chełpię się mą szorstkością. Krzywdzę cię z trwogi, że nie poznasz, czem jest ból. Pragnąłbym milcząco siedzieć przy tobie, lecz się nie ważę, bo serce wybiegłoby na wargi moje. Dlatego bajam i bredzę bezmyślnie i ukrywam serce za słowami. Bezwzględnym czynię mój ból z trwogi, że ty go takim zrobisz. Pragnąłbym odejść od twego boku, lecz się nie ważę z lęku, że tchórzostwo moje jawnem ci będzie. Dlatego głowę noszę wysoko i wesół stawam przy tobie. Przez ukłucia twych źrenic, ból mój się jątrzy wiecznie.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…