Read here

Dziecko szczęścia i dziecko niedoli

Maria Bogusławska · 1921 · Free in the US

22,432 words · about 1 h 34 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1921 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Dziecko_szczęścia_i_dziecko_niedoli&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Maria Bogusławska
Language
Polish
Published
1921
Length
22,432 words · about 1 h 34 min
Sections
9 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (9)
  1. I about 15 min
  2. II about 8 min
  3. III about 11 min
  4. IV about 6 min
  5. V about 11 min
  6. VI about 7 min
  7. VII about 18 min
  8. VIII about 11 min
  9. IX about 7 min

Continue:

I

Pani radczyni Narzymska, według słów swej panny służącej »robiła się na piękną« tego wieczoru. Sztywny pancerz gorsetu doprowadził jej obfite kształty do modnego fasonu, w miarę wciętego i wydłużonego; bogata suknia z czarnej gazy lśniła kwiatami z dżetu i srebrnej łuski. Wiele sztucznych pasem i loków ręka fryzjera ułożyła w misterną piramidę, kryjącą dokładnie własne siwiejące i liche włosy. Do wykończenia tualety pozostała pani radczyni sama, zamknąwszy się na klucz. Na czem zasadzało się owo wykończenie, oko ludzkie nie oglądało nigdy, dość, że o godzinie siódmej drzwi się otworzyły i do salonu weszła pięćdziesięcioletnia pani Narzymska wyglądająca tak młodo, tak prawie bez śladu zmarszczek i żółtej skóry, że można jej było dać najwyżej lat trzydzieści. Pan radca, równie elegancki i wykwintny, ale nie ukrywający swej sześćdziesiątki, podniósł oczy z nad gazety, uśmiechnął się i rzekł zadowolony: — Piękna moja pani. A potem zsunął okulary na czoło, zmrużył lekko jedno oko i dodał nieśmiało: — Czy nie za dużo różu? — Ah, daj mi pokój! — żachnęła się pani domu i niespokojnie obejrzała się, czy kto nie stoi za nią. — Czesławostwo nie przyszli jeszcze? — zapytała. — Nie, duszyczko… No, mają jeszcze czas; dopiero siódma. — Co dziś w teatrze? — »Dziecko szczęścia.« — Komedja? — Nie, operetka. — Ah, to dobrze! — Zapewne, niema jak operetka!… — Bałam się, że znowu jaki dramat, jak przeszłym razem ten »Książę niezłomny«… Boże, co to były za nudy! — Mogłaś być spokojna, przecież ja kupowałem bilety, a nie jestem tak głupi, żebym skazywał nas na słuchanie przez cały wieczór Słowackiego lub Przybyszewskiego! — Powiem, ci, Zosia mówiła mi, że będą dawali jaki dramat, to wezmą tylko fotele dla siebie… Ona jest taka delikatna, dziecinka złota, nie chce skazywać nas na nudę! — Przedewszystkiem nie chce wstydzić się za ciebie, jak kiwasz się w loży, niby żyd nad talmudem. — O, to przedewszystkiem chyba za ciebie! Ostatnim razem chrapnąłeś na cały głos i to właśnie wybrałeś sobie chwilę jakiejś nastrojowej ciszy na scenie. — Proszę jaśnie państwa, kareta zajechała, — odezwała się w tej chwili pokojowa, wchodząc do salonu. — No widzisz, Piesiu, a ich jeszcze niema! — Może przyjdą wprost do teatru. — Wątpię, przecie wolą jechać powozem, aniżeli iść piechotą po błocie, zwłaszcza Zosiunia. — Mogli wziąć dorożkę. — Oh, te nasze dorożki! — Bądź co bądź, czekać na nich nie będziemy, bo jeśli idą ku nam, spotkamy ich po drodze. — Zapewne… Olesiu, podaj mi żółty szal i okrycie. W kwadrans potem pani Narzymska, wdzięcznie wychylona z loży, rozdzielała ukłony i uśmiechy między znajomych, zapełniających parter i pierwsze piętro. Pan radca zaś chodził po korytarzu, czekając »na dzieci« i gawędząc z kolegą z zarządu klubu obywatelskiego, wyglądającym spóźnionej żony. Uwertura została przegrana, kurtyna się podniosła, »dzieci«, to jest inżynier Tarner z żoną, panią Zofją z Narzymskich, nie pokazywali się jakoś. Pierwszy akt skończył się wśród rzęsistych braw, a w loży radców siedziały tylko dwie osoby. Pani Narzymska zaczęła się niepokoić. — Czy im się co nie stało? — Coby się miało stać! może goście ich zaszli. — Może Zosia niezdrowa. — Bardzo być może, że nie czuje się dobrze i wolała nie iść do teatru. — Tem więcej, że nie lubi operetki. Tym argumentem uspokoili się zupełnie i w drugim antrakcie zaprosili do loży malarza Smałę, któremu trafiło się krzesło »za słupkiem«. Wśród wybuchów wesołości zapadła kurtyna po raz ostatni. Pani radczyni, dyskretnie ocierając podczernione oczy, które załzawiły się od śmiechu, zabierała się do włożenia okrycia, podawanego jej przez pana Smałę, gdy do loży, bez ceremonji, bez zapukania, wtargnął chłopak szesnastoletni, zziajany mimo chłodu na dworze i ściągając z głowy wytartą czapczynę, zawołał: — Dziecko się u nas urodziło, proszę jaśnie państwa! — Dziecko?… co?… co ty gadasz? — Dziecko!… Boże!… Jakto… pani.… — A no, dopiero co urodził się pani synek. — Synek, Boże mój!… I ja pierwsza nie przycisnęłam go do piersi!… — Dużoby mu z tego przyszło!… Zresztą masz taki sztywny gorset, że nie byłoby mu wygodnie! — Ah! ty zawsze żartujesz!… Nawet w takiej chwili!… No, co pani?… — Nie widziałem pani, pan sam tylko wyszedł do kuchni i kazał mi iść z wiadomością do starszych państwa, a że w Alei powiedzieli mi, że państwo w teatrze, przygnałem tułaj. — Macie dziecko szczęścia! — zaśmiał się pan Smała. — Moja złota dziecina, jak ja już kocham to maleństwo! — Pomimo że czyni panią babcią! — Ha, trudno; trzeba będzie i z tem się pogodzić! — Kobieta, co tak wygląda jak pani radczyni, może jedynie wzbudzić zdumienie, gdy stosować do niej będą ten tytuł.

Osłonięty szalem gazowym, wśród pięknych haftów podłużnej poduszki, z piąstkami zaciśniętemi przy malutkiej, różowej buzi, spał nowonarodzony, obojętny na objawy radości i zachwyty rodziców i dziadków. Wszyscy mówili o niem »dziecko szczęścia« i zdawało się, że szczęście samo ciśnie się do tej drobnej istotki, syna rodziców rozumnych, zacnych i bogatych. A jednak w trzy tygodnie potem około jego kolebki przesunął się cień śmierci, zabierając śliczną, ubóstwianą przez męża i rodziców panią Zofję, matkę dziecięcia. Chłopczyka przeniesiono do dziadków. Trudno było wymagać od zrozpaczonego ojca drobiazgowej opieki, jakiej wymagało niemowlę. Przeniesiono z niem wózek obity różowym jedwabiem i kapiącą od koronek i haftów wyprawkę, i białe, lakierowane, lilipucie mebelki; przewieziono przedewszystkiem Stefkę, młodą, tęgą mamkę, troskliwą karmicielkę maleńkiego Henia. Stefka jest bardzo ładna i zdrowa; pochodzi z Bronowic z pod Krakowa, skąd przybyła przed trzema laty, gdy po śmierci matki wypędzona przez wuja, zgodzona została przez jakąś panią na letnisko i przewieziona do Warszawy. Na miejskim bruku tęskniła bardzo za rodzinną wioską i towarzyszkami, z żalem widziała idący w strzępy wyszywany gorset i kwiaciastą spódnicę; z zaciśniętemi zębami znosiła ciągłe wymysły i popychania swej chlebodawczyni; uciekała wystraszona przed częstemi zaczepkami i bez chwili namysłu zdecydowała się oddać rękę pierwszemu, który ją o to poprosił. Był nim Franciszek Czereśnicki, poczciwy, niemłody wyrobnik, który dał Stefie rzecz niesłychanie ponętną dla każdej opuszczonej sieroty — własny kąt i serdeczną opiekę. Niestety nie trwało to długo. W pół roku po ślubie Franciszek utonął w czasie przejażdżki łódką na Wiśle, Stefa została wdową w dziewiętnastym roku życia, bez żadnych zasobów, bez możliwości zapłacenia czynszu za mieszkanie, i gdy w sam dzień Nowego Roku przybył jej na świat synek, nie miała już własnego dachu nad głową, musiała jak jaka nieszczęsna włóczęga szukać przytułku w szpitalu. Tadzik przeto jest »u podrzutków«, które to określenie Stefa wymawia z najwyższą przykrością, boć ona nie podrzucała swego maleństwa, przeciwnie od pierwszej chwili jego przyjścia na świat kocha go bezgranicznie i radaby na jedną chwilę z niem się nie rozstawać, ale musi przecie zarobić na życie, na ubranie swoje i opłacić utrzymanie Tadzia. W następnym roku, gdy przeszedł już »na garnuszek« umieściła go u Augustowej, poczciwości kobiety, która z powodu podeszłego wieku siedzi ciągle w domu, więc dziecko ma nieustanną opiekę, za którą nawet zapłacić nie trzeba, ale musi dać pieniądze na mleko, kaszkę, bułeczki. Stefa bardzo starannie zgarnia zawsze w mały garnuszek wszystką mannę, której nie doje Henio, wszystkie biszkopciki, które rozkruszy, i zanosi je swemu Tadzikowi, ale to niedosyć. Szczęście, że pani radczyni jest bardzo hojna i nie spodziewa się drugiego wnuka po złożeniu do grobu córki, wszystko przeto, z czego wyrasta Henio, oddaje Stefie dla dziecka. Tadzio jest większy i tęższy od Henia, ma więc zawsze koszulki nie okrywające brzuszka, majteczki nie sięgające kolan, paltociki z przesuniętemi guzikami, kurtki nie dopinające się i sweterki przylegające jak gips do formy, ale przez to tem zgrabniej wygląda. Henio sypia w lakierowanem łóżeczku, malowanem w kwiaty; Tadzio w koszyku od bielizny, połamanym na wszystkie boki. Henio dostaje nowe buciki co kilka tygodni; Tadzia stale uciska dodzierane po Heniu obuwie. Henio ma pełen pokój zabawek; Tadzio dostaje od czasu do czasu jakie zwierzątko z odłamaną nóżką lub przetrąconą szabelką. Henia otacza pokój jasny, biało malowany, z porozwieszanemi na ścianach obrazkami, przedstawiającemi wesołe scenki ze świata dziecięcego; Tadzio mieszka w ciemnej suterenie, o brudnych, wilgotnemi plamami znaczonych ścianach. Henia nazywają dzieckiem szczęścia, Tadzia dzieckiem niedoli… A jednak… Henio jest zawsze chmurny i znudzony, Tadzio wesół i rozdokazywany. Henia nie cieszą już liczne zabawki, bo je dostaje zbyt często; Tadzio ze swoim sztabem oberwańców codzień nową wymyśla zabawę… Ale bo jest ich wielu, a Henio wiecznie sam! Ta samotność i obcowanie jedynie ze starszymi stanowi tragedję dziecka szczęścia. Pani radczyni do dziwactwa posuwa obawę o zdrowie ukochanego wnuka. Nietylko, że strzeże go od chłodu, więc nie wypuszcza na dwór, gdy jest mróz poniżej 5°, nietylko strzeże od zgrzania, wzbraniając dużo biegać, nietylko od przejedzenia, ograniczając do minimum przysmaki, które jak na oskomę stawiają przy deserze na stole, ale przedewszystkiem strzeże go od zarażenia jaką chorobą przez zetknięcie się z dziećmi, zwłaszcza z temi z »ulicy«. Dlatego nie prowadzi się Henia do kościoła ani do kina, ani na poranki dla i na obchody św. Mikołaja, lub choinki w klubie, którego dziadunio jest prezesem. Dlatego Stefa, która pozostała przy Heniu w charakterze piastunki, ma surowo zakazane dopuszczanie do chłopczyka jakich dzieci w ogrodach publicznych i na ulicy. Przedewszystkiem zaś nie wolno, aby Stefę odwiedzał jej synek, a gdy ona idzie do niego czasem, musi za powrotem brać kąpiel i dezynfekować suknie. Pomimo tak surowego zakazu poznali się Henio z Tadziem pewnego wiosennego popołudnia. Wracała Stefa z Łazienek, prowadząc za rękę czteroletniego Henia, ubranego w białe flanelowe ubranko i czapeczkę z ryżowej słomy; była zmęczona, biegała bowiem przez dwie godziny, udając konia, a teraz niosła paltocik Henia, ogromną skórzaną piłkę w siatce, lejce z dzwonkami, bat i kółko, każdy przedmiot sam w sobie nieciężki, ale wszystko razem niewygodne do niesienia, a i Henio uwiesił się jej u ramienia, ciężąc całą siłą. Raz po raz podnosiła Stefa głowę i patrzała na wieżyczkę ich domu, widną zdaleka, z którą łączył się pożądany odpoczynek. Nagle jakaś maleńka istotka przypadła jej do nóg, obejmując je powyżej kolan z radosnym z okrzykiem: Mama! Stefa pochyliła się wzruszona: — Tadzik, a ty tu skąd? Z rąk potoczyło jej się kółko i upadł bacik. Tadzik już go pochwycił. — To dla mnie? — pyta, patrząc proszącemi oczyma, jakby błagał o twierdzącą odpowiedź. — Nie, syneczku, to Henia. Tadzio ściągnął buzię w podkówkę. — A balon mój? — pyta, wskazując na ogromną piłkę. — Nie, Tadzinku, te wszystkie zabawki są paniczka — odzywa się Augustowa, która przyśpieszywszy kroku, przybyła zadyszana za chłopcem, co się jej wyrwał z rąk, biegnąc pędem naprzeciw matki. — Dla mnie nic? — pyta Tadzio i ma minkę bardzo smutną. Stefie ścisnęło się serce. — Ja mam w domu trąbkę dla ciebie. — Daj tlombke, bede glal. — Trąbka zepsuta, ale w nią można dmuchać… — Daj, bede dmuchal. Henio przez ten czas stoi trochę na boku, spogląda nieufnie na Tadzia; ma ubranko sprane, niezdecydowanego koloru i buciki ze startemi końcami, ale twarzyczkę wesołą i bardzo miłą. Henio zdziwiony jest, że Tadzio tak łatwo rezygnuje z zabawek, o które prosi, i że wogóle mu odmawiają. Stefę nie dziwi to, ale bardzo smuci. Żałuje, że nie schowała czerwonych lejcy z dzwoniącemi kulkami, bo Tadzio wyciągnął do nich ręce z upragnieniem, że biednej matce nie może wyjść z gardła: — Nie ruszaj Tadziu, to Henia. Wyręczyła ją w tem Augustowa. — Tadzik niegrzeczny, wszystko chce brać w rękę, a to paniczkowe. — Ja tylto dotne laz. I prosi tak błagalnym wzrokiem, że Stefa, rzuciwszy okiem na Henia, jakby chciała go przeprosić za tę samowolę, składa na wyciągniętych rękach dziecka czerwoną taśmę z dzwonkami. — Ale tylko na chwilkę — zastrzega — tylko chwilkę. Tadzio wziął lejce, podniósł je do uszka, zadzwonił nad niem kilka razy, potem pocałował je i oddał matce, grzecznie, jak przystało na dobre dziecko. A w sercu Henia po raz pierwszy rodzi się pragnienie ucieszenia kogoś, złożenia daru, oddania tego, co mu było bardzo miłem dotychczas. — Niech niania da! Bierze czerwone lejce i zwraca Tadziowi. — Weź!… — Mode sie jesie bawić? — Baw się, to twoje… — Heniu, babunia może nie pozwoli oddać ci tych lejcy — robi uwagę niania. — Ja chcę, żeby on wziął. — Heniu, babunia nie pozwała żebyś… I nagle orjentuje się, że oto od kilku chwil postępuje wbrew rozporządzeniu pani, rozmawiając »z dzieckiem z ulicy« przy Heniu, odsuwa więc gwałtownie Tadzia i woła, wydzierając mu z rąk lejce. — Idź, Tadziu, idź, nie wolno ci zadawać się z Heniem. Ale Tadzio czuje doniosłość otrzymania zabawki z rąk jej prawego właściciela, nie wypuszcza jej przeto, tuli do piersi i woła z płaczem: — Nie dam, to moje, chopcyt mi dal! — Oddaj, Tadziu i idź! — powtarza matka, coraz bardziej zdenerwowana. Ale w Heniu budzi się jakaś stanowczość. — Ja mu dałem, — mówi — to niech mu niania nie zabiera — i dodaje, podnosząc z ziemi elegancki bacik z gwizdawką i jedwabną — przy lejcach i bat ci potrzebny. Tadzio chwyta za bacik i w obawie, żeby matka nie zechciała go odebrać, zaczyna biec naprzód, tuląc do siebie oba dary. — Tadzio nie podziękował grzecznemu chłopczykowi — woła za nim zgorszona Augustowa. Tadzio jest bardzo grzeczny i nauczony dziękować za najmniejszy drobiazg, wraca się przeto natychmiast i z lejcami w jednej, z batem w drugiej ręce, podbiega do Henia i całuje go w policzek. Taka radość maluje się na jego twarzyczce, że aż zagrała ona na nerwach zblazowanego dziecka szczęścia. Henio obejmuje go za szyję i pocałunek. Niania struchlała!… Henio pocałował dzieciaka z ulicy, dzieciak z ulicy pocałował panicza! Zapomina, że to jej własne dziecko, ogląda się trwożnie, czy kto nie widział zuchwałego postępku jej synka i woła nerwowo: — No idź już, Tadzik! idź, idź! Tadzik odchodzi, ale ogląda się kilkakrotnie i, gdy »mama« z Heniem zadzwoniła do żelaznej furtki, zamykającej niewielki, lecz wytworny ogródek jednego z pałacyków w Alejach Ujazdowskich, zatrzymuje się przy niej i patrzy z zachwytem na piękne kwiaty, na ścieżynę wysypaną drobnemi kamyczkami i na biało ubranego chłopczyka, wchodzącego marmurowemi schodami do drzwi mieszkania. A gdy drzwi te otwarły się przed dzieckiem, woła jak może najdonioślej: — Chłopecu, chłopecu, ja psyjde bawić się z tobo — jutlo! I dotrzymał przyrzeczenia. Augustowa, nie znając zakazu radczyni, na prośby Tadzia zaprowadziła go nazajutrz pod furtkę pałacyku w Alejach. Stefa siedziała na ławeczce, plecami zwrócona do ulicy, cerując pilnie skarpetki Henia, który opodal na basenie, otaczającym wodotrysk, znudzonym wzrokiem gonił przewijające się złote rybki. — Chłopecu! — woła Tadzio — psysłem! Stefa drgnęła, ogląda się; tak, nie omyliła się, to jej synaczek stoi za bramką w spłowiałem ubranku z niebieskiego trykotu i w czerwonym berecie, który mu uszyła ze starego, krótkiego fartuszka Henia; Stefę ogarnia strach. — Ten dzieciak będzie tak codzień przyłaził, — myśli — trzeba go raz przegnać! Ale jak to przegnać własne dziecko i to takie miłe, takie dobre, wołające »psysłem« z tą pewnością siebie, co czuje się wolnem dzieckiem, mającem prawo do ogrodu, kwiatów, oka i serca macierzyńskiego. Jak to odegnać taką dziecinę? Przecie on to odczuje jak krzywdę!… Zresztą to dopiero pół do dziesiątej, pani radczyni nie wstaje nigdy przed jedenastą, do tej pory szczelnie zapuszczone rolety i firanki nie dopuszczają nietylko promienia, ale i szmeru do sypialni. Na ten jeden, jedyny raz, wpuszczę dziecko do ogrodu, myśli sobie matka i otwiera furtkę, mówiąc do Augustowej: — Niepotrzebnie przyprowadzacie tu Tadzika, pani radczyni nie pozwala, żeby tu przychodziły dzieciaki z ulicy. — A cóż to, ubędzie jej ogrodu? — Jej o to nie idzie, tylko żeby się Henio z byle kim nie bawił. — A co to, Tadzio byle kto! Fe, nawet brzydko, żeby rodzona matka tak mówiła. Chłopczyk grzeczny jak mało które pańskie dziecko. — Ja to wiem, ale widzicie, tu idzie o zarazę! — Rany Boskie, to ten mały chory na jaką zarazę? — A niech Bóg broni, idzie tylko o to, aby mu jaki dzieciak nie przyniósł zarazy z ulicy. — Ot, zawracanie głowy!… Jak Pan Bóg mu przeznaczy, to choćby był na puszczy i tak zachoruje!… A gdybyś słyszała, jak Tadzik prosił! — No tak, tak, dziś zostańcie, pani jeszcze śpi… Ale to ostatni raz! No chodź, syneczku, do Henia… siądźcie sobie, Augustowo… Heniuś chce, żeby się z nim mój Tadzio pobawił? Henio kiwnął głową z miną prezesa parlamentu, podchodzi do Tadzia, bierze go za rękę i prowadzi do basenu. — Chodź, pokażę ci akwarjum. — Cio to waljum? — pyta Tadzio. Tadzio jest o trzy tygodnie starszy od Henia, ale mówi daleko gorzej od niego i ma stokroć mniej wiadomości niż on, któremu w zimowe wieczory ciągle pokazują obrazki i opowiadają powiastki, lub przerabiają pogadanki z wszechświata. — Widzisz, to są złote rybki — mówi Henio, wsuwając główkę miedzy wysmukłe trzciny — ale naprawdę one nie są złote, tylko takie żółte, albo czerwone… brzydkie! — dorzuca z przekonaniem. Ale Tadzio nie dzieli tego poglądu bynajmniej! Przeciwnie złożył rączki i woła z zachwytem: — Jakie cudne!… jak duzo!… laz, dwa, pięć, tsy! Jak one plęciutto, plęciutto pliwają. — Ciągle wkółko — mówi Henio ze znudzeniem. — Pac jat odonem pacnela tamto po jbie! — wola zabawiony Tadzio — a tamta jo doni, pewnie cie jo udliźć za to, ze jo bez leb pacnela! Henio pochyla się znów nad akwarjum, zainteresowany słowami Tadzia, śledzi oczyma rybki i ze zdziwieniem dochodzi do przekonania, że odkrycie chłopczyka jest słusznem, że rybki nietylko pływają wkółko, ale mają swoje czynności i zabawy. Pół godziny obserwują je, i Tadzio coraz zaznacza jakiś nowy zwrot, jakiś manewr, sprzeciwiają się nawet rybkom, podsuwając im pod pyszczek kawałek bułeczki na nitce i uciekając z nim dalej, lub odrzucając go wtył, i bardzo się cieszą widokiem ogłupiałej miny rybki, gdy jej tak smaczny kąsek nagle zniknie z przed oka. O dziesiątej niania przerwała im tę piękną zabawę, przynosząc drugie śniadanie. Henio dostał jak zazwyczaj: mleka, bułeczkę i czekoladkę. Tadzio także bułkę, którą matka wsunęła mu nieśmiało. — To nie będzie państwu krzywda — myśli sobie i wnet dodaje rozpromieniona: — Paniby mu sama dała, gdyby pozwoliła mu bawić się z Heniem. I zapomniawszy, że przedewszystkiem przekracza ten zakaz, spokojna wraca do roboty i do rozmowy z Augustową. Tadziowi ogromnie smakuje biała, drożdżowa bułeczka, posypana słodką kruszonką, Henio przeciwnie zaczyna zwykłe grymasy: — Mleko za gorące! — woła. Niania wstaje i spokojnie, długo przelewa mleko do pustej filiżanki. — Kożuch na mleku! fe! Niania zdjęła kożuch łyżeczką i dała go zjeść Tadziowi. — Czekolada ciemna! ja chcę jasnej! — Wczoraj mówiłeś, że jasna mdła! — Chcę jasnej! — To daj, tę odniosę, a wezmę ci jasną. Henio zniecierpliwiony rzuca czekoladkę na ławkę. — Klowa! — woła w tej chwili Tadzio z zachwytem, pokazując malowaną krowę na papierku stanowiącym opakowanie czekolady. — Chcesz? — pyta Henio. Tadzio kiwnął ciemną główką. — Masz, ale to paskudna, gorzka, smakuje kawą. Ale Tadzio i w tym względzie nie podziela zdania Henia, z przyjemnością przewraca w buzi pierwszy kąsek, pomimo że mama uderza w lament: — Co Henio zrobił? czemu Henio oddał czekoladkę! Były w kredensie tylko dwie, ciemna i jasna! Co ja powiem, jak się pani zapyta, co się stało z drugą czekoladką? — Powie niania, że oddałem chłopcu. — Ale niech Pan Bóg broni! babcia nie pozwala ci zadawać się z chłopcami. — No, to powie niania, że zjadłem. — I to źle; Henio wie, że nie wolno zjeść więcej niż jedną czekoladkę na śniadanie, boby Henia brzuszek bolał. Chyba niech Henio powie, że czekoladka upadła w wodę. — Dobrze, powiem, że czekoladka wpadła w wodę — powtarza chłopczyk, bardzo rad z podsuniętego mu kłamstwa, patrząc jak Tadzio lubuje się każdym kąskiem. — Chodź, Tadziu, umyję ci buzię, bo umazałeś się czekoladką, a poco mają inne dzieci wiedzieć, że dostałeś tu coś dobrego, znarowiłyby się i przychodziłyby pod bramkę prosić Heńka o przysmaczki, a on taki głupi, że zarazby oddał. I szoruje różową buzię rogiem fartucha, umaczanym w basenie: — Poco tu przychodzisz na moje umartwienie! I całuje czule swego jedynaka. Ale ściągnięte brewki i wyraz oczu chłopczyka wskazują wyraźnie, że rozmyśla głęboko nad znalezieniem argumentu, któryby go ocalił w tej trudnej sytuacji. Wreszcie gdy mama wytarła mu też rączki, odzywa się poważnie: — Powiem dzieciom, że ciocia mi cetoladte tupila. — To byłoby kłamstwo, Tadziku, lepiej nic nie mówić, bo kłamać to brzydko. — Tamać to bzidto — powtarza Tadzik z głębokiem przekonaniem i zaraz pytające spojrzenie zwraca na Henia, który przecie przed chwilą ucieszył się z podsuniętego kłamstwa. — Heniu tez bzidto. Ale w tej chwili w głębi domu rozlega głos dzwonka elektrycznego, długi, przeciągły. — Laboga, pani się zbudziła! prędko Augustowo, zabierajcie dziecko i idźcie, bo jak pokojówka będzie podnosiła rolety, gotowa powiedzieć, że tu jest obce dziecko, i miałabym piekło, bo paniby nie uwzględniła, że to tylko ten raz, żeście nie wiedzieli, że to wzbronione…. No, ostańcie z Bogiem, dziękuję za odwiedzenie. Pa, Tadziku; pożegnaj się z Heniem, podziękuj mu, że się z tobą bawił i że ci dał czekoladkę…. Na miłość Boską, nie całuj, ukłoń się tylko i powiedz: dziękuję paniczowi! Ale Tadzio z takim zapałem pochwycił Henia w swe pulchne ramiona i wpił się usteczkami w jego delikatną twarzyczkę, że nie słyszy nawet słów matki, która przemocą musi go oderwać i popychać przed sobą za toczącą się zwolna i opierającą się na kiju Augustową. — A zajrzyjcie tu jutro na chwilkę, o tej samej porze — woła niania przez kraty za oddalającą się, słuchając tym razem tylko głosu macierzyńskiego serca.

II

Przez cały tydzień Tadzio codziennie o godz. 9-ej stał już pod furtką ogródka radczyni. Dwa razy przyszedł »z ciocią«, potem przybiegał sam, poznawszy drogę z Solca w Aleje, zatrzymując się na rogach ulic i bardzo uważnie rozglądając się, czy nie nadjeżdża skąd dorożka. Henia cieszyły te odwiedziny, a słysząc od niani, że mogą mu być odjęte, nie zdradzał się słówkiem przed kimkolwiek z domowników. Przeciwnie, pragnąc obdarzać przyjaciela zabawkami i przysmakami, coraz udatniejsze wymyślał kłamstwa o zgubionych zabawkach, o brzydkim chłopcu, co mu porwał piłkę, gdy się daleko potoczyła, o dozorcy ogrodu, co pewnie zabrał pozostawiony na ławce wagonik. I coraz częściej ściągał przysmaki z kredensu i ze stołu, choć tego nigdy nie robił dla siebie. Tadzio odwzajemniał się za hojność Henia, odkrywając mu nowe zabawki, wśród jego własnych cacek i w ogrodzie. Nauczył go paść muchami żółwia, który okazał się przytem bardzo zabawnym, a nie ciężkim ospaluchem, za jakiego uchodził dotychczas. Wpuścił parę żabek do akwarjum i ułożył na powierzchni szerokie liście, któremi posługiwały się one jak tratwami. Z drewnianego domeczku i kółka od zepsutego wózka zrobił młyn, którego koło obracało się, puszczane w ruch przez wodotrysk. Uprząż z konia na biegunach założył na Flirta, ładnego foksterjera, który biegał z trzymającymi lejce chłopczykami, skacząc i . Gdy Henio dostał małą straż ogniową z beczką, sikawką i wysuwaną drabiną, Tadzio przyniósł kilkanaście pustych pudełeczek od zapałek i papierosów, ułożył je na blaszanem wieczku od kubełka w dwa rzędy, jako domy na ulicy, a potem podpalił z jednego końca. Toż to była radość, gdy trzeba było sprowadzić straż do prawdziwego pożaru! — opłaciło się Tadziowi dostać klapsa od matki za wymyślanie »głupich Henio zachwycał się pomysłami Tadzia i bawił się właściwie tylko przez te dwie godziny dziennie. Wszystko jednak ma swój koniec. Pewnego dnia, o godzinie ledwie dziesiątej, rozległ się w głębi ogrodu głos Olesi pokojówki: — Stefka! Stefka! Niania porwała się z miejsca i biegła co tchu, aby nie dać pokojowej dotrzeć do miejsca, w którem dzieci bawiły się ładowaniem piasku na malutkie wagoniki. — Chodź do pani! — zawołała Olesia, ujrzawszy ją zdaleka, i odbiegła. Stefa zmierzała do sypialni pewna, że zastanie panią jeszcze w łóżku, gdy spostrzegła ją w drzwiach przedpokoju w bogatym szlafroku i czepeczku koronkowym na nieufryzowanych włosach. — Stefko, — rzekła — wybierz białe ubranka Henia, Karol idzie do miasta, to odniesie je do pralni chemicznej. — Dobrze, proszę jaśnie pani, tylko wrócę na chwilkę do ogrodu, bo tam Henio… sam… — Ja tam idę — odrzekła pani radczyni. Stefa pobladła. — Ja tylko wezmę z ogrodu… — Mówię ci, idź natychmiast wybrać ubranka, bo Karol odchodzi, a ja tylko chwilę mogę zabawić z dzieckiem, bo czekam na doktora. I biorąc z kąta parasolkę, zeszła pompatycznie ze schodów. Stefa z zapartym tchem stała w oknie, patrząc i nadsłuchując. Pani radczyni przeszła krótką alejkę i ledwie minęła klomb róż, wykrzyknęła zgorszona: — A to co!… co ten chłopak tu robi?… — Zwil zwozimy, panie nacelniku — odrzekł rezolutnie Tadzio, niezmieszany wcale, podczas gdy Henio pobladł nagle i stanął ze spuszczonemi oczyma jak winowajca. — Co to za chłopiec? — To mój przyjaciel — z wielką powagą odezwał się Henio. — Zwarjowałeś!… Czyj on? — Niani! — I odkąd to on tu przychodzi? — Dziś dopiero — gładko skłamał Henio. — Kłamiesz!… zanadto jest on tu jak u siebie! Czy pierwszy raz tu jesteś? Tadzio potrząsnął głową. — Od kiedy tu przychodzisz? — Wcolaj i jesce wcolaj i jesce wcolaj, duzo wcolaj. Henio mi ciastya daje i cettoladty. — A ty zuchwalcze! — krzyknęła pani radczyni — I ta bezczelna kobieta, która go tu , żeby z nim dostała się tu szkarlatyna albo dyfteryt. Przecie to na porządku dziennym wśród tej hołoty! Idź precz! Popędzała go parasolką w stronę furtki. Tadzio dopiero teraz zmieszał się, spojrzał z wyrzutem na damę, łzy mu błysnęły w oczach, ręce wsunął w kieszenie i dobrowolnie już zmierzał ku furtce. Nagle przystanął i zawrócił się: — Pozegnać się tsa! Wyciągnął różowe usteczka i ramiona do Henia. — Ani mi się waż zbliżać do niego! Potrąciła go parasolką, pchnęła w otwartą furtkę i zatrzasnęła ją z impetem. — Zna drogę — pomyślała Stela i zrezygnowana już poszła wybierać ubranka do prania, a potem pokornie wysłuchała ostrych wymówek pani, zarzucającej jej niesumienność i grożącej wydaleniem ze służby, gdyby się to powtórzyło. To też gdy nazajutrz o dziewiątej rano Tadzio znowu znalazł się u furtki, nie otworzyła jej z klucza jak zazwyczaj. — Odejdź, syneczku, — prosiła — odejdź. Nie wolno ci bawić się z Heniem. — Tadzit byl dziecny — tłumaczył chłopczyk. — Tak byłeś i jesteś grzeczny i dlatego pójdziesz i nie będziesz tu przychodził więcej, nawet do furtki, bo jakbyś drugi raz przyszedł, toby pani cię wybiła, a mamę wyrzuciła na ulicę i mamę dziadby wziął, albo tramwaj przejechał. Tadzio patrzy, bardziej zdziwiony niż zasmucony tem, co słyszy. — Ty nie cies bawić się ze mną? — pyta Henia. A Henio trzyma się sukni niani, buzię ma ściągniętą w podkówkę i bródka drży mu lekko; nie odpowiada nic, nie podnosi oczu, wstyd mu, że nie może zaprotestować, że nie może zawołać: — Chodź do mnie, Tadziu, chodź do mnie! I dopiero, gdy Tadzio, na powtórny rozkaz mamy odchodzi zasmucony, Henio chowa twarz w suknie niani i płacze cichutko… długo. Smutek Tadzia zaś minął dziwnie szybko. Zaraz po odwróceniu się od furtki spostrzegł, że kilka tramwajów stoi, jeden za drugim, a pierwszy, co był z szyn zeskoczył, dźwigają ludzie i usiłują wepchnąć zpowrotem na tory. Tadzio założył ręce wtył, nóżki rozstawił szeroko i otwiera buzię przy każdym większym wysiłku robotników. Jakiś pan, stojący na platformie tramwaju, zwrócił na niego uwagę ze śmiechem. — Hej, chłoptaś, chcesz się przejechać tramwajem? — Zepsiuty! — odpowiada rezolutnie. — A jak go naprawią? Kiwnął główką i dalej obserwuje pilnie. — Proszę państwa siadać, — woła konduktor — jedziemy. Tadzik pytająco patrzy na pana z platformy. — No, chcesz jechać, to siadaj! Chłopczyk pośpiesznie wskakuje do tramwaju i zajmuje miejsce w pierwszej klasie. — Ależ pan zbija dziecko z drogi, potem zabłąka się w innej dzielnicy — odzywa się jakaś gderliwa pani. — To okólny tramwaj — odpowiada z uśmiechem pan z platformy i płaci za Tadzia dwa kursy, przykazując konduktorowi pozostawić dziecko w tem samem miejscu zpowrotem. Siedzi Tadzio na aksamitnej poduszce, bosemi nóżkami buja, pogwizduje przez zęby i patrzy na przeciwległe kamienice, migocące mu się przed oczyma. Jakaś pani pogłaskała go po buzi, jakiś pan dał dwa miętowe cukierki, a inny jeszcze poradził mu, żeby ukląkł na kanapie. Teraz wygodniej jeszcze patrzy Tadzio na przesuwające się kamienice, wystawy sklepowe, konie, ludzi i »żydów«. Ani mu w głowie afront, jaki go spotkał ze strony babci Henia! Konduktor polecił mu opuścić tramwaj w miejscu, w którem go zabrał. Tadzio spojrzał na pałacyk przyjaciela, ale ujrzawszy panią radczynię w oknie, nie zbliża się do furtki, przeciwnie przyśpieszonym krokiem zmierza w stronę Solca. Na placu św. Aleksandra widzi kilkanaście karet przed kościołem i słyszy piękną muzykę, płynącą z otwartych drzwi świątyni, wbiega więc prosto na schody, wchodzi do głównej nawy, pustej i wysłanej czerwonym dywanem, ściąga beret z główki, przyklęka na środku i bije się co sił w piersi: — Boze, bądź mościw mnie gzecnemu! — mówi głośno. Stanął między dwoma drzewami pomarańczowemi, słucha cudnej muzyki, patrzy na pannę młodą, płynącą od ołtarza w białej sukni z długim, długim trenem, i myśli sobie, jakby się to dobrze jechało, gdyby mógł siąść na nim z wyciągniętemi przed siebie nóżkami. A potem patrzy na inne panie pięknie poubierane, a gdy organy zagrały marsza, zawraca za ostatnią parą i idzie w takt muzyki, wysoko podnosząc bose nóżki. Ale że w prezbiterjum zakrystjan usunął go na bok, wchodzi do kaplicy i klęka przed figurą św. Antoniego, miłośnie tulącego do siebie małe dziecię. Dziecko ma długie włoski i smutną twarzyczkę, tak jak Henio, składa przeto Tadzio rączki i prosi gorąco: — Daj Boziu, żeby nie plakał. A Henio płacze. Siedzi na balustradzie akwarjum, spoglądając raz po raz na złote rybki, których pływanie wkółko zdaje mu się znowu monotonnem jak dawniej. Dnia tego popołudniu wywiązała się dysputa między panią radczynią a jej zięciem, który, jak codzień, przyszedł odwiedzić syna. — Henio mizerny — rzekł przygarniając do siebie chłopczyka. — I ja to uważam — dodał dziadek — i nie wiem, czemu to przypisać, żołądek ma zdrów, nie zakatarzony. — Ma nieczyste sumienie, ot co jest przyczyną złego wyglądu Henia — odzywa się babka z uroczystą miną. — Cóż się stało? — zapytał się ojciec. — Daj pokój, nie rób wymówek dziecku, kiedy tu tylko Stefka winna. — Cóż zaszło? — Wyobraź sobie, żona odkryła, że sprowadzała do ogrodu swojego chłopaka. — Mlecznego brata Henia? — Tak… — No i co? — No i narażała nasz dom, w który mógł taki dzieciak wnieść jaką zaraźliwą chorobę. W tej chwili twarz Henia staje się smutna, tak smutna, że aż zastanawia to ojca. — Lubiłeś bawić się z tym małym? — Tak… — On ładnie bawi się z tobą? — Ślicznie… — A w co się bawiliście? — We wszystko: i w konie i w wojsko i w straż ogniową. Tadzio tak wszystko obmyśli, jak…, jak…, jak sam Kopernik, a bez niego to tak nudno w ogrodzie. — Henio potrzebuje towarzystwa… — Być może, ale dlatego nie mogę narażać go na niebezpieczeństwo choroby. — Samotność, w jakiej przebywa Henio, jest zgubną dla jego nerwów, a ciągłe obcowanie ze starszymi źle się odbija na charakterze. — To trudno, nie moja wina, że jest jedynakiem. — Przecież tylu jest jedynaków na świecie, nieskazanych przez to na ciągłą nudę jak nasz Henio… Odwiedzają się wzajemnie z innemi dziećmi, bawią się wspólnie w publicznych ogrodach… — I wspólnie chorują na dyfteryt i umierają jak Gucio Lesińskich! — To nie argument. — Proszę cię, nie traktuj mnie jak głupią. — Bynajmniej tak nie jest, uważam tylko, że mama stosuje zacofane metody w wychowaniu dziecka. Pani radczyni porywa się oburzona. — Więc za moje poświęcenie, za zastępowanie matki niemowlęciu, za tyle nocy nieprzespanych taka mnie z twojej strony wdzięczność spotyka!… Następują łzy, spazmy, wymówki, z drugiej strony tłumaczenia się, zaklęcia, słowem jedna ze scen powtarzających się często między opiekunami Henia, od której chłopczyk ucieka do ogródka zdenerwowany i przerażony. — Heniuś, Heniuś! — woła ktoś z ulicy. Henio poznaje głos Tadzia i biegnie wzruszony ku furtce. Stoi tam bosonogi przyjaciel, tuląc do siebie małe, szare kocię, pokazujące raz po raz różowy języczek i ostre ząbki przy miauczeniu. Tadzio zawiązał mu na chudej szyjce czerwony gałganek, do którego przyczepił jedną z grelotek, odjętych od lejcy. — Mas, psyniosem ci tota, nazywa się Fajka. Idź, Fajka, nie bój się, Heniuś dziecny, nie będzie cię dusil jat opaki… Siakjew!… — dodaje energicznie, wkładając jednocześnie do buzi udrapany paluszek. — Dziękuję ci — woła Henio, przytula kota do siebie i biegnie ku domowi, patrząc z niepokojem na okno jadalni, do którego zbliża się babcia z lornetką przy oczach. W jadalni jest już pani radczyni sama, dysząca jeszcze i spoglądająca raz po raz w srebrne lusterko, wiszące na łańcuszku przy boku, dla skontrolowania śladów łez. — Buniu, — woła Henio — dostałem ślicznego kotka. Pani radczyni robi przerażoną minę. — Rzućże to brzydactwo; podrapie cię. — Ja się będę z nim bawił. — Mówię, że cię podrapie, aniołeczku! — To nic — decyduje Henio, choć zazwyczaj na ból i krew wrażliwy, bo przypomina sobie, że przed chwilą Tadzio, udrapany nie płakał i nie krzyczał, tylko syknął siakjew i paluszek włożył w buzię. Ale pani radczyni nie ustępuje. — Nie można, aniołeczku, kotem się bawić, koty przenoszą różne choroby, miewają robaki, i robią okropne nieporządki w domu, zanieczyszczają więc powietrze!… Karolu, weź tego kota i wyrzuć na ulicę… Wstydź się, Heniu, płakać o byle kota, gdy masz tyle pięknych zabawek… ojca i dziadków, którzy cię tak kochają!… Prawda, że Henio ma ojca i dziadków, którzy go bardzo kochają, a jednak w tej chwili czuje się taki sam, taki sam, wśród martwych, zimnych zabawek, wypełniających jego pokój!

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…