Read here

Oyuki sierota japońska

anonimowy Anna Lewicka · 1925 · Free in the US

43,997 words · about 3 h 5 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1925 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Oyuki_sierota_japońska&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
anonimowy Anna Lewicka
Language
Polish
Published
1925
Length
43,997 words · about 3 h 5 min
Sections
14 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (14)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 32 min
  3. I about 8 min
  4. II about 13 min
  5. III about 7 min
  6. IV about 4 min
  7. V about 3 min
  8. VI about 4 min
  9. VII about 7 min
  10. VIII about 6 min
  11. IX about 16 min
  12. X about 9 min
  13. XI about 13 min
  14. XII about 2 min

Continue:

Front matter

OYUKI

SIEROTA JAPOŃSKA

Z ANGIELSKIEGO PRZEROBIŁA

całość

OYUKI

SIEROTA JAPOŃSKA

Z ANGIELSKIEGO PRZEROBIŁA

ANNA LEWICKA

LWÓW MCMXXV

NAKŁADEM KSIĘGARNI NAUKOWEJ

POLSKIE TOWARZ. PEDAGOG., LWÓW — M. ARCT, WARSZAWA

SPÓŁKA Z OGR. ODPOW.

FILJE W DROHOBYCZU I RÓWNEM

Z drukarni »Dziennika Polskiego«, Lwów, ulica Cicha l. 5. Tel. Nr. 288.

CZĘŚĆ PIERWSZA.

I.

Radość i smutek dziewczynki.

Był to dzień świąteczny. Tokio, stolica Japonji, wrzała wesołością, ale dygnitarz państwa Rekami-Samo nie dzielił tej wesołości. Siedział samotny w gabinecie, ozdobionym najwytworniejszemi dziełami sztuki japońskiej, jakaś troska przygniatała jego umysł i wyryła się na zasępionem czole. Ciszę, otaczającą dygnitarza, przerwał wesoły, dźwięczny głosik dziewczęcy, wołający: — Prędzej, prędzej! śpieszcie się! Dźwięk tego głosu rozpogodził, rozjaśnił twarz Rekamiego. Wstał, wyszedł z gabinetu i zeszedł ze schodów. W przedsionku, wiodącym na ulicę, spotkał dziewczynkę jedenastoletnią, która tupała niecierpliwie nóżkami, obutemi w prześliczne san- dałki, wykładane kością, spięte rzemykami haftowanemi, perłami i koralami. Śliczne to było dziewczątko z twarzą delikatną, białą prawie jak u europejki, z oczyma lekko tylko ukośnemi; mała pociągała ku sobie wdziękiem i elegancją, a ojciec patrzył na nią z tem większym zachwytem, że przypominała mu ukochaną nad wszystko, zmarłą przed dwoma laty małżonkę. Dookoła otaczała ją służba, która na plecach i rękawach miała wyszyty herb pana domu: smoka ognistego. Rekami zapytał: — Dlaczego to, córeczko, tak naglisz do pośpiechu? — Właśnie przyniesiono tę cudowną lalkę, którą sprowadziłeś mi, ojczulku, z Paryża. Patrz! jak ślicznie ubrana. W tej chwili służący wtoczył powóz dla lalki, prawdziwe cudo w swoim rodzaju. Wózek wyrobiony był z muszli, osadzonej na złoconych kółkach, ozdobiony na przodzie głową jakiegoś potworu, wyrobioną z kości słoniowej z oczyma z rubinów. Oyuki nie widziała w życiu równie pię- knego wózka, klasnęła w rączki i byłaby na pewno ucałowała ojca, gdyby w Japonii znano pocałunki.

Ochmistrzyni podała jej lalkę, którą obie posadziły w wózku — służba otworzyła szeroko podwoje pałacu, a Oyuki, pełna dumy i radości, popchnęła przed sobą wózek. Przed nią szła służba ojca, za nią ochmistrzyni, obok niej sam Rekami. Przechodnie rozstępowali się przed tym pocztem, witając dzieweczkę wesołym uśmiechem i życzliwem spojrzeniem, a ojcu składając wachlarzem głęboki ukłon. Cała ulica pełna była dzieci i wózków, bo było to jedyne w swoim rodzaju sławne japońskie „święto lalek“. W dniu tym wszystkie dziewczynki, czy to córki najuboższych nędzarzy, czy też najwyższych dygnitarzy państwa wyruszają na ulice z lalkami w wózkach. Rozmaite bywają lalki, począwszy od najzbytkowniejszych, skończywszy na nędznych, uwiązanych ze szmat, a wszystkie siedzą w wózkach, popychanych przez swe właścicielki. A te właścicielki także wyglądały zabawnie: ubrane w długie wzorzyste kimona, to jest suknie japońskie haftowane w kwiaty i ptaki z ogromnemi kokardami z tyłu u pasa, ufryzowane jak dorosłe damy, szły dumnie obok swych lalek. Lalka Oyuki budziła powszechny zachwyt,

tembardziej, że suknia jej była uszyta podług starej ryciny, przedstawiającej cesarzowę, sławną pogromczynię Chin i Korei, ubóstwianej przez Japończyków, którzy bałwochwalczo wielbią bohaterów narodowych. Po ulicach przebiegali przekupnie z ciastami, smażonemi owocami, cukierkami, wciskali się zręcznie i grzecznie pomiędzy tłumy i zachwalali uprzejmie i dowcipnie swoje przysmaki. W rogach ulic czekali gotowi do posług z malutkiemi wózkami dwukołowemi „dzin-riszisan“. Dziwni to ludzie, jedni mieli głowy, owinięte szmatami, inni zaś nakryte śpiczastemi kapeluszami, a jedni i drudzy mieli na bosych nogach słomiane sandały. Na każdej ulicy stali fotografowie z ustawionemi aparatami. W przenośnych bambusowych domkach rozstawiono teatrzyki marjonetek, tak ulubione przez dzieci japońskie. Pomiędzy publicznością zwracały uwagę strojne młode Japonki z twarzami umalowanemi, z fryzurami nadzwyczaj starannemi, najeżonemi błyszczącemi szpilkami z olbrzymiemi kokardami u pasa, w wzorzystych kimonach tkanych lub haftowanych w bociany i kwiaty,

z papierowemi wachlarzami w jednej ręce a takiemiż parasolkami w drugiej. Pomiędzy tłumem snuli się marynarze, oficerowie japońscy i obcy. A wśród tego mnóstwa ludzi szła Oyuki wyprostowana, dumna i szczęśliwa. Nagle w ten rozbawiony, wesoły, grzeczny tłum wpadli ludzie z twarzami wzburzonemi, z oczyma płonącemi i usłyszano wyrazy: — Rozruch! — Rewolucja! — Zburzono składy ryżu! — Grożą śmiercią kupcom, jeżeli nie zniżą cen ryżu. — To niemożliwe! — Zaburzenia w takim dniu! w dniu święta dzieci! — Straszne rzeczy! Służba ojca Oyuki otoczyła zwartym kołem córkę swego pana. — Musimy wracać — rzekła ochmistrzyni. — Ja nie chcę! Moja lalka i wózek są najpiękniejsze, wszyscy je podziwiają, a ja mam iść do domu! — Trzeba, trzeba koniecznie, mój wonny kwiatku jabłoni — nalegała ochmistrzyni. — W rozruchu może ci się stać co złego. A twój szlachetny ojciec nie przebaczyłby nam, gdyby jego promieniowi słońca przydarzyło się jakie nieszczęście.

Właśnie jakiś dżin-riszi-san nadszedł z wózkiem, wsadzono weń dziewczynkę razem z lalką, otoczono ją w koło i zaczęto szybko uciekać. W tej chwili rozległy się wołania: — Rekami! szlachetny Rekami! — Co się stało Rekamiemu? — Rzucił się w tłum, chcąc uśmierzyć bunt, ktoś strzelił, kula trafiła Rekamiego w pierś! Oyuki, usłyszawszy te wyrazy, zbladła, rzuciła lalkę i zawołała: — Mój ojciec! mój najlepszy ojciec!

W godzinę potem domownicy wnieśli na noszach rannego Rekamiego do domu. Lekarz i wierna służba czuwali przy chorym, ale rana była ciężka, mała była nadzieja utrzymania go przy życiu. Oyuki zapomniała o paryskiej lalce, o wózku ze złota i kości słoniowej, tylko skulona siedziała w kąciku i błagalne oczy wlepiała w doktora, w przyjaciół ojca, którzy go odwiedzali — ale nikt nie wyrzekł pocieszającego słowa, bo gorączka wciąż wzmagała się. Wtedy biedna Oyuki przytuliła się do swej starej piastunki i, płacząc, gorąco prosiła ją o radę. — Gołąbko moja — mówiła stara — lekarze nie robią nadziei, ale jest jeden lekarz mocniejszy nad wszystkich. — Gdzie on? — zawołało żywo dziewczę. — W świątyni w Saksa. Tam jest cudowny posąg Buddy. Trzeba tam pójść i prosić go o zdrowie dla twego szlachetnego ojca a naszego pana. — Jak prosić? — Dotykać ręką tej części posągu Buddy, która jest zagrożona u chorego. — Ojciec raniony w pierś. — Więc będziesz dotykać piersi Buddy. — A czy on wszystkich próśb wysłuchuje? Piastunka zawahała się — a po chwili rzekła cicho: — Nie, gołąbko, wszystkich próśb on nie może wysłuchać, bo niktby nie umierał, a ziemia nie mogłaby pomieścić wszystkich starców, i światu nie byłoby końca, a świat musi się skończyć, ale niektórych próśb wysłuchuje. Dziewczynka westchnęła, kazała zawołać dzin-riszi-sana i razem z piastunką pojechały do Saksa. Oyuki patrzyła obojętnie na mijające tramwaje, na wozy naładowane ciężarami, na wpół nagich kulisów, dźwigających ciężary i ciągnących wózki, na biegnące do szkoły dzieci, ubrane w narodowe kimona, zeszpecone niemieckiemi czapkami. Nie zwracała uwagi na otwierające się papierowe ściany domów, których wnętrza można było przejrzeć na wskróś. Tak przejechały przez rozmaite ulice Tokio, aż zajechały do dzielnicy świątyń. Wznosi się tam dużo świątyń starych i nowych, jedne są kamienne, ciężkie, inne znowu lekkie jak cacka z laki i złota. Wreszcie zatrzymały się przed olbrzymią, pięciopiętrową, czerwoną pagodą, pokrytą dachem, powyginanym w zęby, która górowała nad wszystkiemi innemi. — Otóż jest świątynia z cudownym posągiem — szepnęła piastunka. Wózek stanął, hojnie nagrodzony dżin-riszi san podziękował, błogosławiąc Oyuki, która z ciekawością i bojaźnią patrzyła na świątynię. Na wstępie spostrzegła wysoką bramę, a za nią na podwórzu mnóstwo drobnych kramów, w których sprzedawano mnóstwo rzeczy:

toaletowe, karteczki z modlitwami, zabawki dziecięce, amulety, laseczki do kadzenia. Dziewczynki dźwigały na plecach małe dzieci wesołe, śmiejące się, rozbawione. Wkoło było pełno młodych dziewcząt i starych kobiet, a wszystkie uśmiechają się do siebie, witają się wachlarzami, lub nawet klękają i uderzają czołem o ziemię w dowód szczególnego szacunku lub uprzejmości. Wnętrze świątyni otwarte, u wejścia wisi dzwon. Pobożni, wchodząc, uderzają o dzwon, aby zwrócić na siebie uwagę bóstwa, a wszedłszy do świątyni, klaszczą w dłonie w tym samym celu. Oyuki zakupiła laseczkę do kadzenia, zadzwoniła u wejścia świątyni i weszła do środka pełna trwogi i przygnębienia. Piastunka wiodła ją za rękę, nie zatrzymując się przed żadnem z bóstw, zapełniających świątynię i zdążając wprost do niszy, w której znajdował się sławny posąg Buddy. Ale o tem trzeba było wiedzieć — bo obecnie był to bałwan bez kształtu i barwy. Od wieków ocierano o niego chore członki i nietylko starto z niego zupełnie złocenia, ale zatarto też i kształty, tak, że dziś wygląda jak niezgrabny kloc drewniany bez oczu, uszu, nosa, palców. Oyuki zbliżyła się wzruszona, wrzuciła do skarbony bogatą ofiarę, zapaliła kadzidło i z uszanowaniem dotknęła piersi Buddy, później, pochyliwszy się do stóp bóstwa, klasnęła w ręce i modliła się długo i gorąco, a mimoto nie doznała ulgi, nie zyskała nadziei i wróciła do pałacu ojca pełna smutnych przeczuć.

Rekami, czując, że zbliża się koniec, cierpiał niewypowiedziane męki. Nietyle go bolała rana, ile myśl, że swą ukochaną, wypieszczoną Oyuki zostawi na świecie samą. Trapiło go jeszcze to, o czem dotychczas nie wiedział nikt, że jego majątek był wskutek ostatniej wojny z Chinami zupełnie zrujnowany. Gdyby żył, wielka pensja, którą pobierał od rządu, wystarczyłaby na dogadzanie wszystkim zachciankom rozpieszczonego dziecka, które teraz zostanie sierotą bez majątku. Matka Oyuki, także niegdyś sierota, nie miała krewnych. Rekami miał tylko daleką kuzynkę, z którą nie widywał się już od lat dwudziestu i nie znał jej prawie zupełnie.

tylko, że była niezamężna i mieszkała w Kioto. Kazał tedy napisać do niej, prosząc, ażeby przybyła i objęła opiekę nad jego córką, która zostanie sierotą. Kiku-San, otrzymawszy list kuzyna dygnitarza, zdumiała się i pochlebiło jej niezmiernie, że jej właśnie chciał poruczyć opiekę nad jedynem dzieckiem, a że była to osoba skąpa i chciwa, ucieszyła się nadzieją zysku, jaki będzie mogła ciągnąć z bogatej pupilki. Pośpieszyła tedy do Tokio na wezwanie krewnego, a czas był najwyższy, bo siły opuszczały chorego coraz bardziej. Wszedłszy do pokoju Rekamiego, Kiku-San zwyczajem japońskim podbiegła ku niemu, upadła na kolana, uderzyła kilkakrotnie czołem o podłogę i z wyrazem doskonale udanego smutku podniosła twarz. Rekami spojrzał w twarz przybyłej, a jakkolwiek wyraz jej nie budził zaufania, to jednak umierający, nie mając wyboru, rzekł do niej słabym głosem: — Dziękuję ci, kuzynko Kiku, że usłuchałaś mojej prośby i przybyłaś objąć opiekę nad moją biedną Oyuki. — Nie mów tak, potężny Budda może ci jeszcze wrócić zdrowie. — Nie, czuję, że koniec się zbliża... Oyuki niema nikogo z rodziny... a w dodatku... jest zupełnie uboga... mój majątek zniszczyła ostatnia wojna... Łzy, co zasłoniły wzrok umierającego, nie dozwoliły mu dojrzeć złego wyrazu, który zeszpecił twarz Kiku, a zanim chory mógł go spostrzec, ona zdołała już zapanować nad sobą. Tymczasem Rekami ciągnął dalej: — Ale chociaż majątek mój zniszczał, to jednak ziemia po kilku latach wróci do wartości... a cenne, kosztowne i wysokiej wartości przedmioty, zapełniające dom mój i klejnoty jej matki, wystarczą aż nadto na dostatnie utrzymanie i wychowanie Oyuki. Kiku odetchnęła, wiedziała ona, że żona Rekamiego posiadała wysokiej wartości szpilki do włosów i inne klejnoty i że kimona, tkane złotem, parawany, wazy, szkatułki i inne arty- styczne przedmioty, stanowią także niemałe bogactwo. —...Przyrzeknij mi tylko, że otoczysz ją sercem, że będziesz ją kochała jak własne dziecko, bo to dziecię pieszczone, kochane, a nawet psute... Przyrzekasz na cienie przodków?... — szeptał ledwie dosłyszanym głosem umierający. Kiku nic nie odpowiedziała, a Rekami, wyczerpany długiem mówieniem, osłabiony upływem krwi, opuścił głowę na stołeczek zastępujący poduszkę i utracił przytomność. Nazajutrz o zachodzie słońca zakończył życie w ramionach swej ukochanej Oyuki, która była wprost nieprzytomna z wielkiego żalu. Stara piastunka złożyła martwą głowę pana na macie, dziecko zaś wzięła na ręce i wyniosła z pokoju. Kiku z nadzwyczajną przytomnością umysłu kazała służbie oddać klucze od wszystkich skrzyń, kasetek, zaglądała w każdy kąt, schowała klejnoty, nie troszcząc się ani o dziecko, ani o nieboszczyka. Służba zajęła się obrzędem pogrzebowym. Ogolono głowę zmarłego, ubrano go w nowy biały płaszcz, posadzono w rodzaj lektyki, z dwóch stron ciała ustawiono dwa wazony kwiatów lotosu, zasypano nieboszczyka wonnościami, potem dajmonowie otoczyli lektykę, odprowadzając ciało kolegi na miejsce wiecznego spoczynku. Do orszaku pogrzebowego przyłączyły się tłumy ubogich, bo zmarły był człowiekiem dobroczynnym i pomagał chętnie potrzebującym. Potem ciało Rekamiego spalono na stosie, popioły zebrano w urnę i oddano je Oyuce.

II.

Wyjazd z domu ojca.

Po pogrzebie nastąpił czas żałoby, obchodzony u Japończyków bardzo surowo. Przez siedm tygodni rodzina i domownicy nie mogli wychodzić z domu. Biedna Oyuki przez cały ten czas przesiedziała razem z piastunką bądźto w swoim pokoju, bądź w pokoju, w którym umarł jej ojciec. Kiku-San nudziła się śmiertelnie, ponieważ nie czuła żalu po nieznanym prawie krewnym, więc gniewał ją widok dziecka i służby, opłakujących Rekamiego. Czekała tylko, żeby minął czas, który spędzić musiała w Tokio. Nareszcie jednego dnia zawezwała starą piastunkę i tak rzekła do niej: — Wiesz zapewne, że sprzedałam pałac i wraz z moją pupilką wyjeżdżam do Kioto. Za ośm dni musisz i ty wyjechać. — Dobrze pani, pojadę wszędzie za moją panienką. — Ani myślę brać ciebie ze sobą. Dosyć już psułaś małą. Pojedziesz, skąd przyjechałaś. — A gdzież ja pojadę? Nie mam nikogo na świecie prócz mojej panienki — rzekła piastunka, zanosząc się od płaczu. — Bez awantur, nie znoszę tego. Powiedziałam, że za ośm dni masz opuścić pałac i tak się stanie. Bądź zadowolona, że nie wyrzucam cię natychmiast. A teraz przyszlij mi tu małą. Biedna piastunka odeszła z sercem przepełnionem żalem, a po chwili przed groźnem obliczem ciotki stanęła drżąca Oyuki. — Ciągle jeszcze płaczesz? Powinnaś wiedzieć, że kobieta silna umie panować nad cierpieniem. Biedna, mała, pieszczona, jedenastoletnia Oyuki miała być kobietą silną i zapanować nad strasznem nieszczęściem, które spadło na nią jak grom. Kiku-San mówiła dalej: — Przedewszystkiem musisz wiedzieć, że możesz mi być tylko wdzięczna za to, że rozłączyłam cię z twoją niańką. Zanadto psuła cię ta kobieta — a widząc, że Oyuki przerażona jej słowami, zaczyna się cofać, zawołała: — Stanowczo nie chcę, żebyś nadal widywała się z twoją niańką. Ośm dni, które dzieliły Oyuki od wyjazdu, minęły szybko. Nadeszła smutna godzina rozstania. Dziecko musiano oderwać przemocą od ukochanej, dobrej, piastunki, która odjechała do swego rodzinnego Moito. Było to śliczne miasteczko, położone na przeciwległym krańcu wyspy. W krainie tej, zwanej ziemskim rajem, trwa wieczna wiosna. Nie wesoło jednak stara kobieta podążała w rodzinne strony, gdzie miała żyć sama, zdala od ukochanego dziecka. Na drugi dzień po odjeździe niańki, Oyuki musiała na zawsze pożegnać drogie miejsca, gdzie żyła szczęśliwa przy dobrym ojcu. Niebawem dojechano do Kobe, skąd do Kioto prowadzi malutka wąskotorowa kolejka, która robi wrażenie zabawki. Oyuki pierwszy raz jechała koleją. Ostre głosy świstawek, stuk kół wagonu o szyny, świst pary i ruch rozerwały ją i zachwyciły. Długo wyglądała oknem; przed jej oczyma przesuwały się kwitnące łąki, pola uprawne ryżem, stare świątynie, których powyginane dachy podtrzymują całe armie potworów. Zwolna wszystko to zaczęło ją nużyć i Oyuki usnęła, ukołysana rytmicznym ruchem kół wagonu. Zbudziło ją niebawem silne uderzenie wachlarza. Pociąg zbliżał się do Kioto, tajemniczej stolicy dawnych mikadów, która przez bardzo długi czas zamknięta była dla Europejczyków. U bram dworca tłoczyli się kulisi, którzy noszą dżin-riki-sza, zwane krócej dżinkami. Ciotka umawiała się, targowała, wreszcie ugodziła jednego i zaczęła się jazda nadzwyczaj szybka. Kulis, wiozący ten mały pojazd, jest dumny, jeżeli mu się uda wyprzedzić inną dżonkę, to też nie zwraca uwagi na nic, przechodzi wezbrane strumyki i nigdy nie skarży się na zmęczenie. Dom ciotki Kiku był zawieszony na wzgó- rzu, pośród ślicznej zieleni drzew szpilkowych i bambusów, jakby go tam umyślnie wzniesiono, aby z niego można widzieć całe Kioto. Oyuki, patrząc z góry na starą stolicę Japonji, była zdumiona jej ogromem. Z pomiędzy kroci tysięcy małych, szarych daszków wysterczały wielkie, ciężkie, potężne dachy starych świątyń. Ale to ogromne miasto wywarło na niej wrażenie bardzo smutne i ponure. Otoczone dookoła górami, wydało się jej więzieniem, w którem będzie musiała przeżyć długie lata smutnego, sierocego życia. O ile smutny i ponury widok przedstawiało miasto, o tyle milutki był dom ciotki, cały tonący w powodzi zieleni i kwiatów, otoczony ślicznemi i delikatnemi, jak cacko, sztachetkami bambusowemi. Pomiędzy kwiatami stał ogrodnik Sato-San, ubrany, jak zwykle ubierają się robotnicy w Japonji. Nogi powyżej kolan miał nagie, a całe jego ubranie stanowił kaftan, sięgający prawie do kolan i śpiczasty kapelusz, obwieszony białą bawełnianą szmatą, która chroniła kark od słońca. Poczciwy człowiek, ujrzawszy dziewczynkę, spojrzał na nią z serdecznem politowaniem, jakby jej chciał wyrazić swoje współczucie. Dom pani Kiku był podobny do wszystkich domów zamożnych Japończyków; było w nim mnóstwo ścianek papierowych, które można było przestawiać wedle potrzeby, wsuwając je w rowki podłogi, jedynej nieruchomej części domu. Zagłębienia pomiędzy ścianami, także zasuwane papierowemi przegrodami, służyły za schowki na ubrania i inne rzeczy mieszkańców domu. Co rana wszystkie papierowe ściany i przegrody japońskiego domu wysuwają na zewnątrz a drzewne myją mydłem. Mebli prawie niema, z wyjątkiem parawanów, stołeczków z wycięciem na kark, które służą zamiast poduszek, etażerek, kilku niskich stołeczków i mnóstwa prześlicznych i kosztownych wazonów, pełnych najpiękniejszych kwiatów, bo sztuka robienia bukietów stoi u Japończyków bardzo wysoko — a młode panny uczą się jej u specjalnych nauczycieli. Te wazony i flakony z kwiatami stoją na ziemi na ślicznych, delikatnych matach, które służą i za dywany, za materace, za obrusy i za serwety; na nich Japończycy śpią, siadają, je- dzą. Maty te są nadzwyczaj czyste, skoro zjawi się na nich jedna plamka, już je wyrzucają. Japończycy nie znoszą w swych domach najmniejszego pyłu. Wchodząc do mieszkania, zostawiają sandały w przedsieniu, a wchodzą tylko w białych bawełnianych skarpetkach. Ale milutki ten dom stał się straszną kaźnią dla Oyuki. Cały dzień rozlegał się w nim ostry głos ciotki: „Oyuki, nie śmiej się!“ „Oyuki, nie mów głośno!“ „Oyuki, nie jedz tak dużo!“ Po paru miesiącach ciotka kazała jej zdjąć kosztowne kimona, w których dziewczynka chodziła w domu ojca, i sprawiła jej grube bawełniane ubranie i ciężkie ordynarne sandały. Budziła ją o świcie i kazała szorować podłogi i schody lub kopać i plewić w ogrodzie. Tu jej było najprzyjemniej, tu spotykała dobrego Sato, który wyręczał ją w robocie, mówił o kwiatach, uczył wszelkich znanych mu tajemnic hodowli roślin ogrodowych. Ale poczciwy ogrodnik musiał to robić skrycie, bo ciotka gniewała się bardzo, jeżeli kto ze służby zbliżył się do dziewczynki. Była w domu ciotki jeszcze jedna istota, która tuliła się do sieroty, a istotą tą byt kot Jikało. Takie smutne życie wpłynęło na powierzchowność Oyuki. Zbladła, schudła, straciła swobodę ruchów, śmiałość wejrzenia, drżała ciągle z obawy przed ciotką, a oddychała tylko wtedy swobodniej, gdy pani Kiku wychodziła z domu. Strach przed ciotką potęgował się coraz bardziej, biedna sierota drżała na jej widok, aż raz na dźwięk tego ostrego głosu opuściła naczynie, które trzymała w ręku. Wtedy rozgniewana ciotka chwyciła ją za rękę i uderzyła silnie. Wówczas stało się z dzieckiem coś strasznego. Nie bicie ją bolało, ale to, że ją bito, że sponiewierano tak strasznie ją, córkę szlachetnego rodu, ją ubóstwianą w domu ojca. Straszny krzyk bolu wyrwał się z piersi dziecka. Na krzyk ten zbiegła się służba, a pani czuła, że chociaż nikt nie śmiał stanąć w obronie sieroty, to jednak wszyscy mieli dla niej współczucie, postanowiła więc pozbyć się wychowanicy. W każdem mieście japońskiem znajdują się zakłady kształcące młode dziewczęta na t. j. śpiewaczki i tancerki publiczne. Śpiewają one i tańczą w restauracjach, w

, na przedstawieniach, podczas uroczystości świątecznych i narodowych. Śpiewaczki te i tancerki, dokąd młode, wesołe, zgrabne stroją starannie w piękne i kosztowne kimona, fryzują i malują, ale gdy się postarzeją, gdy stracą urodę, schodzą do coraz podrzędniejszych restauracyj, a na starość żyją w nędzy i pogardzie. W Kioto, obok szkoły gejsz, istnieje osobny oddział, do którego wybierają najpiękniejsze dziewczynki i kształcą je tam na śpiewaczki i tancerki, które mają później występować w uroczystościach dworskich lub na wielkich przyjęciach w domach najwyższej arystokracji. Do zakładu tego biorą zwykle dziewczątka od lat ośmiu, a nazywają je „Hang-Gyokon“ czyli Zwykle są to sieroty z klas uboższych. Dziewczynki te, wszedłszy do zakładu, pozostają pod opieką starszych koleżanek, które je pieszczą, stroją i uczą mnóstwa zabawnych pantomin, sztuczek, ruchów, piosenek i biedne te stworzenia już w dziesiątym roku występują publicznie. Gdy dziewczynka taka wchodzi do zakładu, zmieniają zaraz jej imię i nadają jej jakieś na- zwanie poetyczne n. p.: „Promień słońca“, „Uśmiech jutrzenki“ i t. p. Życie tych dziewczynek, ustrojonych w prześliczne kimona, ufryzowanych jak dorosłe osoby, noszących błyskotliwe nazwy, nie jest wcale swobodne i beztroskie, a praca ich jest często cięższa i żmudniejsza niż uczniów i uczenic szkół publicznych. Do tego to zakładu pani Kiku postanowiła oddać swoją wychowankę, nie uprzedzając jej o tem. W śliczny poranek wiosenny cała ludność Kioto dążyła do dzielnicy trzystu świątyń. Ubodzy, bogaci, starzy, młodzi, dzieci, wszyscy szli wesoło, jak w onym dniu, gdy poznaliśmy córkę Rekamiego. Mała Oyuki, wyszedłszy na ulicę, ubrana w piękne kimono, które przywiozła z domu, przypomniała sobie ów dzień pamiętny, gdy wyjeżdżała z kosztownym wózkiem w święto lalek. Łzy spłynęły jej z oczu, ale wnet jakiś cudaczny latawiec zwrócił uwagę dziewczynki, potem drugi i Oyuki, zapomniawszy o swej niedoli, patrzyła wkoło na otaczających ją ludzi i latawce. Gdy razem z ciotką weszła na trawnik, okalający świątynię, spostrzegła mnóstwo przekupniów, zachwalających uprzejmie swój towar; publiczność tłoczyła się prawie, ale nikt się tem nie irytował, wszyscy uśmiechali się do siebie uprzejmie i usuwali się sobie wzajemnie, o ile na to pozwalał ogromny natłok publiczności. Witano się skinieniem głów i wachlarzy, bo na padanie do nóg nie starczyłoby czasu ni miejsca. Dzieci i starsi nieśli na sznurkach najdziwaczniejsze latawce, przedstawiające to dziwaczne potwory, to twarze ludzkie, to tarcze, księżyce i rozmaite inne figury. Jedni zagryzali ciasta, owoce, cukry, inni, tak mężczyźni jak i kobiety, palili malutkie fajeczki, dzieci bawiły się na trawniku, procesje przechodziły wokoło świątyń, trębacze i muzykanci torowali im drogę wśród tłumu. Oyuki stała oparta o poręcz, oddzielającą świątynię od tłumu, i patrzyła na otaczające ją mrowie ludzkie, a w myśli przesuwały się wspomnienia minionych lat, kiedy to i ona brała udział w podobnych uroczystościach z ojcem i piastunką Dede. Wtedy ukochany ojciec, pan możny, dumny, przed którym wszyscy padali na twarz, niósł za nią latawce i zapominając o swem wysokiem dostojeństwie, cieszył się radością dziecka i bawił się z nią, jakby sam był małym, swawolnym chłopakiem. — Ojcze, Dede! — szepnęło dziecko, a łzy błyszczały w jej oczach. Tymczasem z za świątyni wychyliła się twarz księżyca. Zejście jego było hasłem do powrotu. Zaczęto więc ściągać latawce, zapalono barwne latarnie, zbierano drobiazgi i plac przed świątynią zaczął się opróżniać. Oyuki wciąż stała zapatrzona i zamyślona. Wtem uczula szorstkie trącenie w ramię i usłyszała ostry głos: — Cóż się tak gapisz? Czas już do domu! Biedne dziewczę, obudzone ze słodkich marzeń, spojrzało niechętnie na ciotkę i milcząc, poszło za nią. A wokoło rozlegały się wesołe śmiechy, śpiewy i roztaczał się korowód barwnych lampionów. Gdy weszły do domu, służba zaświeciła lampy, na matach ustawiono niziutkie stołeczki, a na nich filiżaneczki z herbatą. Kiku-San milczała chwilę, jakby w myśli szukała wyrazów na wypowiedzenie swej myśli, nareszcie rzekła krótko: — Jutro się rozstaniemy. Oyuki podniosła na ciotkę wzrok westchnienie ulgi wyrwało się z piersi dziewczynki, która z wielkiej radości nie wiedziała, co powiedzieć. Po chwili ciotka zaczęła znowu: — Nie jesteś nawet ciekawa, dokąd cię wyszlę? Oyuki nic nie odpowiedziała, ale pomyślała, że wszędzie będzie jej dobrze, gdzie nie będzie widziała surowych oczu ciotki i nie będzie słyszała jej gniewnego, ostrego głosu. Tymczasem ciotka mówiła dalej: — Jutro o godzinie ósmej rano zaprowadzę cię do zakładu gejsz. Wejdziesz tam jako uczenica. Już ułożyłam się z przełożoną. Na te słowa dziewczynka zerwała się z maty, skoczyła na równe nogi, krew napłynęła jej do twarzy, oczy zabłysły najwyższem oburzeniem i zawołała: — Ja! ja! córka szlacheckiego rodu, który wydał tylu bohaterów, sławnych w ojczyźnie! Ja, córka czcigodnego senatora! Ja mam być publiczną tancerką i bawić tłumy w herbaciarniach i na ulicach. Ciotka przyzwyczajona do cichego posłuszeństwa dziewczynki, nie spodziewała się takiego wybuchu, więc w pierwszej chwili oniemiała z podziwu, ale wnet rzekła z ironią: — Tak, potomku sławnego rodu, tak, córko senatora, której ojciec, dygnitarz, nie myślał o przyszłości dziecka, lecz cały majątek rzucił w ofierze krajowi... Przecież musisz żyć, a bohaterzy-przodkowie, nie wrócą na ziemię i nie będą cię karmili. Musisz więc sama zarobić na życie. — A więc dobrze! — zawołało dziewczę — każ mi ciotko pracować w gorącem słońcu na polu, każ mi zbierać i suszyć herbatę, każ mi uprawiać pole ryżowe, dźwigać ciężary... będę robiła wszystko, ale nie każ mi być publiczną tancerką, co za pieniądze bawi publikę. — Zapewne — rzekła ciotka drwiąco — temi niedołężnemi rękami będziesz kopała ziemię, będziesz uprawiała pole, zbierała herbatę! Wtedy dziewczynka rzuciła się do nóg ciotki, błagała ją, płakała, wołała: — Bij mnie, zabij, ale nie dawaj do zakładu gejsz! Ale Kiku nie miała litości, cofnęła się, wyrwała kimono z rąk czepiającej się jej dziewczynki, rzekłszy raz jeszcze: Jutro o ósmej bądź gotowa! — wyszła z pokoju. Oyuki, wypłakawszy się serdecznie, usnęła snem spokojnym, głębokim, a gdy obudziła się, ranne słońce oświecało już jasno szczyty gór. Dziewczynka nie była w stanie pojąć, jak się to stało, że mogła spać tak wybornie, mając tak ciężkie zmartwienie. Zerwała się szybko, wyjęta ze szufladki, umieszczonej w stołeczku, co jej służył za poduszkę do spania, prześliczny, malutki zegareczek, który jej ojciec sprowadził z Genewy, i przekonała się, że była godzina szósta rano. Złożyła matę, na której spała i wraz ze stołeczkiem złożyła ją w niszy ściany, potem zbiegła z poddasza, gdzie był jej pokoik, zanurzyła się cała w kadzi, napełnionej wodą i znowu wróciła na górę. Z dołu dochodził ją ostry głos ciotki, łającej, jak zwykle, służbę i wydzielającej śniadanie. Po chwili na poddasze weszła służąca, niosąc lakową tacę, na której była malutka filiżaneczka herbaty i dwie śliwki smażone w occie i cukrze. W drugiej przyniosła najpiękniejszą suknię, jaką Oyuki miała, tę samą, w której poznaliśmy ją w dniu święta lalek i sandały, wykładane kością słoniową, złotem i koralami. — Pani kazała, ażeby panienka włożyła dziś tę sukienkę, kazała też ufryzować panienkę jak najpiękniej. Biedna Oyuki nic nie odpowiedziała, usiadła na macie, naprzeciw otworu okiennego, z którego było widać piękne niebo i jasne słońce. Służąca uklękła poza nią, a ustawiwszy lusterko na niziutkiej skrzyneczce, czesała i układała starannie włosy dziewczynki, upinając je szpilkami z korali i drogich kamieni. Fryzura trwała przeszło godzinę, przez cały ten czas Oyuki trzymała w ręku zegarek i śledziła ruchy wskazówek. — Jeszcze półtorej godziny — myślała — jeszcze pięć kwadransów, jeszcze godzina, jeszcze pół... — i w miarę, jak czas upływał, zaciskała silniej usta i brwi. Ani spostrzegła, kiedy służąca przestała ją czesać, pozbierała przybory i odeszła. Wpatrzona w zegarek, rachowała już nie kwadranse, ale minuty. — Już tylko dziesięć minut — szepnęła. Wtem z dołu doszedł ją ostry głos ciotki: — Chodź Oyuki! Dziewczynka zacisnęła jeszcze silniej usta, zbladła i powoli, spokojnie zeszła na dół. Ciotka, spojrzawszy na nią, zdziwiła się zmianą, jaka zaszła w twarzy Oyuki. Nie była to twarz dziecka, ale twarz osoby, która przecierpiała wiele; usta i czoło zdradzały jakieś energiczne postanowienie. I w rzeczy samej, w tych dwóch godzinach rannych, podczas gdy służąca czesała i ubierała panienkę, a ona uparcie śledziła wskazówki zegarka, w biednej główce zrodziła się myśl: nie będę gejszą, ucieknę stamtąd! Jak to uskuteczni? kiedy? dokąd ucieknie? — o tem nie myślała jeszcze. Postanowiła tylko uciec. Na rozkaz ciotki usiadła w dżinkę, a gdy ciotka wróciła jeszcze do domu, poczciwy Sato-San przystąpił do dziewczynki i podając jej najpiękniejszą chryzantemę, rzekł do niej życzliwie: — Niech wielki Budda ma cię w swojej opiece! Oyuki spojrzała wdzięcznie na ogrodnika, wzięła kwiaty z jego rąk i omal nie rozpłakała się. Ale widząc z daleka schodzącą ciotkę, zacisnęła znowu usta, bo postanowiła nie pokazywać cierpienia. Milcząc, przebyły drogę, prowadzącą do zakładu. U bramy wjazdowej czuwały dwie osoby: ogromny dozorca i malutka, ruchliwa kobiecina. Na widok przybyłych oboje padli na kolana i pochylili głowy do ziemi, poczem kobiecina zaprowadziła panią Kiku i Oyuki do sali gościnnej, gdzie czekała na nią przełożona zakładu. Przechodząc obok rozsuniętych ścian domu, Oyuki ujrzała kilkanaście dziewczątek, trzymających się za ręce. Wykonywały one ruchy rytmiczne, kłaniając się i wywijając wachlarzami, inna znowu grupa siedziała przy niziutkich stołeczkach i pisała tuszem na długich kawałkach papieru, przyśpiewując półgłosem wyrazy, które pisały. W całym zakładzie wiedziano, że w dniu tym ma przybyć do szkoły gejsz panna znakomitego rodu arystokratycznego, córka Rekamiego. Skoro więc Oyuki weszła do sali, a przełożona i pani Kiku zwyczajem japońskim uklękły przed sobą, chyląc ku ziemi czoła, wszystkie dziewczynki pośpieszyły ku parawanom, oddzielającym szkołę od sali przyjęć, a Oyuki ujrzała wyglądające z każdej szparki czarne oczka i twarzyczki wesoło uśmiechnięte. One zaś dziwiły się na widok bladej, smutnej twarzy przybyłej. — To tak wyglądają arystokratki? — szeptały do siebie „małe klejnociki“. — Taka smutna. — Biedna. — Rozweseli się wśród nas. — Może nami pogardzi? — Będzie taką samą gejszą, jak i my; jak i my będzie bawić publiczność — rzekła najstarsza. Tymczasem przełożona, powitawszy Kiku-San, zasiadła z nią na macie, poczem przybyła przedstawiła swą kuzynkę w ten sposób: — Droga pani, dla łatwiejszego kierowania małą, muszę pani powiedzieć, że jestto dziecko dumne, uparte, leniwe... — Łaskawa pani mówiła mi już to wszystko — rzekła spokojnie przełożona — będę się starała poprawić małą, która wydaje mi się bardzo miłem dziewczątkiem. Potem, zwróciwszy się do Oyuki, rzekła: — Przybliż się dziecko i popatrz mi w oczy. Nie drżyj, nie bój się, nikt cię tu nie zje — o widzisz... uśmiechasz się, będziesz widziała, że cię tu pokochamy. Pani Kiku nie podobały się słowa i zachowanie przełożonej, pochyliła więc głowę do ziemi i wstała. — Bądź zdrowa — rzekła do Oyuki — a nie rób tu takich awantur, jak robiłaś wczoraj. „Gwiazda opiekuńcza“ — takie imię nosiła przełożona zakładu — odprowadziła panią Kiku z oznakami szacunku aż do bramy wchodowej — tymczasem „klejnociki“, wyskoczywszy z za ścianek ruchomych, otoczyły płaczącą Oyuki. — Nie płacz — mówiły dobre dziewczynki — tutaj nie będzie ci źle, będziemy cie kochały, będzie ci wesoło, dostaniesz śliczne sukienki,

błyszczące jak promienie słońca, jak zorza poranna... a gdy będziesz już umiała śpiewać i tańczyć, dostaniesz klejnoty, kwiaty, śliczne szpilki i będziesz tańczyć publicznie, a widzowie będą się tobą zachwycali. Ale „klejnociki“ nie mogły pocieszyć nowej koleżanki, im bardziej wychwalały los gejsz, tem bardziej zasmucały senatorską córkę, którą w rozpacz wprawiało samo przypuszczenie, że kiedyś mogłaby zostać publiczną tancerką.

III.

Wizyta Sato-Sana.

Po kilkutygodniowym pobycie w zakładzie gejsz, Oyuki przyznała w duchu, że gdyby nie była córką wysokiego rodu, gdyby od wczesnego dzieciństwa nie przyzwyczaiła się uważać zawodu tancerki publicznej za ubliżenie, mogłaby się tu czuć szczęśliwą, bo przełożona była osobą naprawdę dobrą, a przekonawszy się, że biedne dziecko przecierpiało dużo, chciała Oyuce nagrodzić krzywdę, wyrządzoną przez ciotkę, a małe „klejnociki“, pełne humoru i wesołości, starały się ją rozweselić. Pani Kiku z początku zaglądała do zakładu, ale każdego razu przełożona zapewniała ją, że mała jest bardzo miłą, bardzo dobrą i bardzo grzeczną dziewczynką i że przywiązała się do niej serdecznie. Ciotka niezadowolona pochwa- łami dziewczynki, przestała ją odwiedzać i — rzecz dziwna — dziewczynkę martwiło to bardzo, bo ta niedobra opiekunka była jedynym węzłem, który ją łączył z dawną świetną przeszłością. Razu jednego, gdy Oyuki skończyła lekcję muzyki, usłyszano jakiś hałas koło bramy. Widocznie ktoś chciał się dostać do wnętrza zakładu, a dozorca, czuwający przy wejściu, nie chciał go wpuścić. „Klejnociki“, zaniepokojone tem nadzwyczajnem zdarzeniem, zbiegły się u otworów w ścianach, które zastępowały okna, jedna tylko Oyuki nie pobiegła za niemi. Naraz dziewczęta zaczęły wołać wszystkie razem: — Oyuki! jakiś człowiek przyszedł i chce widzieć się z tobą. — Ze mną? — rzekła zdziwiona dziewczynka — a któż to być może? — Jakiś człowiek w ubraniu ogrodnika i z pakunkiem na plecach. Dozorca nie chce go wpuścić. Hałasem tym zwabiona przełożona zakładu wyszła z domu i zapytała: — Co tam się stało? — To jakiś ogrodnik koniecznie chce wejść do środka, nadaremnie mu mówię, że bez wyraźnego zezwolenia, nikt nie może wejść do zakładu — powiedział odźwierny. — A czegoż on chce? — zapytała przełożona. — Chce widzieć Oyuki-San. A tu już przybiegła Oyuki i prosiła: — To dobry Sato, ogrodnik ciotki Kiku, pozwól mi pani wyjść do niego. Przełożona skinęła, a wpuszczony przez dozorcę Sato wszedł na werandę domu, kłaniając się wszystkim do ziemi. Oyuki podbiegła ku niemu. — Dzień dobry! Czy to ciotka przysłała cię do mnie? — Nie, panienko, pani nigdy nie wspomina o tobie, to ja sam zatęskniłem za panienką i przyszedłem cię zobaczyć, a także przyniosłem ci coś. — Cóż takiego? — Kota Jikito. — A cóż to za koncept strzelił ci do głowy? — Bo mi go żal. Pani nie każe mu nic da- wać jeść, powiada, że powinien się żywić myszami, ale on już dawno wyjadł wszystkie myszy i teraz prawie umiera z głodu. — Czy pani pozwoli zatrzymać tego kota? — zapytała Oyuki, zwracając się do przełożonej. — Dobrze moje dziecko — odparła „Gwiazda opiekuńcza“ — jest już w domu kilka kotów, więc jeden więcej nie zrobi różnicy. Wtedy Sato zdjął z pleców worek i wypuścił chudego, wystraszonego kota, który wyskoczył wprost na głowę przełożonej. „Klejnociki“, przerażone takiem zuchwalstwem, krzyknęły piskliwie, ale przełożona ani drgnęła, pomimo, że jej wspaniałej fryzurze groziło wielkie niebezpieczeństwo. Kazała przynieść kawałek ryby, na widok której kot zeskoczył z głowy przełożonej. Wszystkie dziewczynki śmiały się wesoło z przygody, jedna tylko Oyuki była zajęta czem innem. Od dnia wejścia do zakładu ani na chwilę nie przestawała myśleć o ucieczce. Co noc, gdy wszystkie koleżanki spały na matach, ona obmyśliwała sposoby ucieczki, ale nic nie mogła wymyśleć. Dziś dopiero, po raz pierwszy, zja- wił się ktoś, komu mogła powierzyć swą tajemnicę. Postanowiła więc skorzystać ze sposobności, jedynej może, jaka się nadarzyła i rzekła do przełożonej: — Niech pani będzie łaskawa pozwolić Satowi oglądnąć wspaniały ogród zakładu, a mnie napisać list do mojej starej piastunki, której nie widziałam od śmierci ojca i posłać go przez ogrodnika. Przełożona zezwoliła Oyuce napisać list a Satowi poczekać w ogrodzie. Oyuki pobiegła do sypialni, w mgnieniu oka usiadła przy niziutkim stołeczku, wydobyła długi kawałek papieru i delikatnym pendzelkiem, umoczonym w tuszu, tak pisała:

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…