Powieść fantastyczna
'
POWIEŚĆ FANTASTYCZNA.
WYDANIE DRUGIE POPRAWNE.
SPIS ROZDZIAŁÓW.
Powieść fantastyczna
SZKICE
OBYCZAJOWE
I HISTORYCZNE
J. I. KRASZEWSKIEGO.
Powieść Trzecia.
Wydanie Adama Zawadzkiego.
nakładem i drukiem
'
POWIEŚĆ FANTASTYCZNA.
WYDANIE DRUGIE POPRAWNE.
to jedna z powieści, które w młodości mojéj wylęgły się, więcéj z marzeń o świecie, niż z postrzeżeń nad światem. Przebiegając ulice Wilna wieczorem, gdy padał mrok nocny, wpatrywałem się ciekawie w przesuwające postacie, starałem się odgadnąć dokąd, po co, z jaką myślą dążyły? Nieraz goniłem za posępną twarzą, pod której brwią nawisłą szukałem dziwacznéj powieści. Wróciwszy potém do samotnego mieszkania rozplatałem moje marzenia, rozrzucałem je, i wiłem z nich powieści tak dziwaczne, jak postacie sunące się po ulicy o zmroku, jak myśl młodego, gdy ją co daleko od świata rzeczywistego uniesie. Tak się urodził i ', ze światła w oknach na Skopówce, z przechadzki na Antokol, z ujrzanych śmiesznych figur kilku w traktyerze. Darujcie surowsi czytelnicy, rozbujanéj młodéj fantazij; starszy i chłodniéjszy, proszę was o przebaczenie za grzech młodości; któren zmażę kiedyś dziełem tak poważném, mądrém i głęboko pomyślaném, że nikt go pewnie czytać nie będzie.
I.
PRZECHADZKA.
była chłodna, wiatr świszczał po pustych ulicach Wilna, xiężyc blady, jak upior, obwinięty białych chmur całunem, kołysać się zdawał na niebie. Było blisko północy, może po północy; dawno już nie słychać było bicia zegarów, bo wiatr szumny je głuszył i dźwięki ich w drobne cząstki rozrywał. W Sapieżyńskim ogrodzie na Antokolu przechadzały się dwie osoby wielką środkową ulicą. Jedną z nich był mężczyzna, drugą
— pobrawszy się pod ręce szli i zbliżali się właśnie ku drugiéj fontannie, bliższéj bramy ogrodu, gdy mężczyzna jakby mimowolnie odezwał się przez zęby:
— Kochana Amalciu! Co za zimno! Kości mi przejmuje. Usiądźmy trochę, tyś się zmęczyć musiała, tobie także, moja droga, musi być zimno? — O! nie. — Umyślnie tylko tak mówisz. Proszę cię, masz mój płaszcz, obwiń się nim. — Nie chcę. — Dla czegoż masz marznąć? Jesień już, noc chłodna, do ranka jeszcze daleko — noc teraz długa. — To nic. — Ale kiedy cię proszę, moja droga. — Nie chcę! — Prawdziwie, rzekł po chwilce nieznajomy, narzucając znowu na siebie płaszcz z trochą gniewu — to zimno, jeśli nie przejęło ciała, to oziębiło serce twoje; odpowiadasz mi tak krótko, tak zimno, jak gdybym był tylko mężem twoim. — Proszę cię, mój Karolu, zawołała się kobiéta, raz na zawsze cię proszę, nie wspominaj mi nigdy męża. Jest to jedyna łaska, o którą cię błagam. Zrobiłam dla ciebie wiele, poświęciłam ci głos mego sumienia, — jest to największa kobiéty ofiara; oszukuję mego męża; a ty, nielitościwy przypominasz mi moje błędy? Toż to jest miłość? Karolu! Dodała tęskniéj po chwili: — Ale biada, biada téj kobiécie, która kochankowi poświęca wszystko — raz nasycony ofiarami, rzuca ją i miłość jego zagasa w téj chwili, gdy nasza może najmocniéj wybucha, podbudzona, wymodlona! — Amalko, cóż za myśli! krzyknął mężczyzna. Wyrzuty! i komuż? twemu Karolowi — i gdzież? tu — w tym ogrodzie, w którym z nim noc przepędzasz. Bo Karol, przypomnij sobie, Karol nie ma domu, nie ma kątka, gdzieby swoją i ukochaną przytulił głowę. Ty jedną chwilę tego mizernego życia chcesz podzielić, rozjaśnić, i gorzkiemi zatruwasz je wymówkami! Kochana Amalciu! uściśnij mnie, proszę! — i dajmy wszystkiemu pokój. Ten ogród, dodał, byłby niebem dla mnie, gdyby — gdyby nie takie zimno przeklęte. To mówiąc pocałowali się i usiedli znowu blisko siebie na ławeczce, przytulając się jedno do drugiego, jakby się serc swych biciem ogrzać chcieli. Uszła chwila — Amalija ciężko choć po cichu westchnęła. — Wzdychasz, odezwał się Karol, ręczę, żeś sobie przypomniała, iż gdyby nie ja, gdyby nie przeklęta miłość, w którą ciebie uwikłałem, spałabyś teraz wygodnie, spokojnie, w ciepłym pokoju, na szérokiem i miękkiém łożu małżeńskiém. — Ach! precz z tą myślą, krzyknęła przeraźliwie kobiéta porywając się — precz z tém przeklętém — Karolu! ucieknę, jeśli słowem jeszcze przypomnisz mi, żem żoną — i nie twoją —! Karol bardzo nieznacznie ruszył ramionami i zamilkł. Nowe westchnienie wyrwało się Amalij. — Mogliżeśmy się kiedy spodziewać, odezwała się ona po chwili — że my, my dwoje, my będziem musieli takie nocy przepędzać, aby choć chwilę być razem. Pamiętasz Karolu; — ten wesoły balik dziecinny na twoje imieniny? — Amaljo! cóż to znowu! Proszę cię, żadnych wspomnień, żadnych — ty wiesz jak mnie one dręczą — Ucieknę! Oboje zamilkli, po chwili znowu zbliżyli się do siebie w milczeniu. Zimno coraz to mocniéj dojmowało, rosa jesienna chłodna padała, wiatr dął mocny. — Ach, jak zimno! zawołała mimowolnie Amalja. — Weźże teraz mój płaszcz! — O! za nic! — Proszę cię, proszę cię na kolanach! — mnie ciepło, ja go nie chcę, nie potrzebuję, ja go rzucę, jeśli ty nie weźmiesz; proszę cię. — Nie, nie, to napróżno! Przyszłam tu dzielić twoje cierpienia, ale nie pomnażać, za nic, za nic! — Cha! cha! zabrzmiał głos P. Karola, to ty myślisz, że ja cierpię? Broń ! czegoż mi brak? nie jestemże szczęśliwy, tak jak tylko być mogę! Co mi tam zimno, mam surdut ciepły! A na jutrzejsze szczęście dnia, po dzisiejszém szczęściu nocy, mam jeszcze całe półróbla w kieszeni! Jutro będę się miał za co upić! — i będę znowu szczęśliwy! — A! Karolu! co ty mówisz! ty nie wiesz ile ja cierpię słuchając tego. — Że ty cierpisz, to nic dziwnego, odpowiedział uśmiechając się mężczyzna. Jesteś kobiéta, to, droga moja, wasze przeznaczenie; naszém jest, zatruwać wam ile możności życie, starać się o to wszystkiemi sposoby. Tyś jednak, moja Amalko, na pozor nierównie ode mnie szczęśliwsza, masz zawsze co jeść; a ja — bywają dni, dni nierzadkie, kiedy woda tylko jest mi napojem i pokarmem razem. Wstydzę się żebrać, nie umiem pracować — i umiéram z głodu! — Byćże to może! ty! toś ty wszystko stracił? — Wszystko! ty nie wiesz jak my prędko tracim. — O! mój drogi! dla czegoż ja nic nie mam! Na ci! na — to jest mój — pierścionek ślubny, jedyna rzecz, warta cokolwiek z tych, które mam przy sobie, weź go, przeżyjesz za to dni kilka, może się postaram tymczasem. Więcéj nic nie mam przy sobie, ani pół grosza. Mam prawda jeszcze złoty łańcużek od matki, ale tego nawet tobie oddać nie mogę. Ślubny pierścionek jest , ale, moich, na cóż go mam ! Spuściła oczy, opadły ręce i się. — Biedna! zawołał Karol z udaną czułością, niosąc niby rękę do otarcia łez, których oczy jego nie wylały — do czegożeśmy przyszli! — ja nędzarz, a ty — — Ach! i nie kończ Karolu, krzyknęła kobiéta zatulając mu usta, nie kończ — chcesz że mnie tém zabić? — Doprawdy! chciałbym, ale nie mogę, nie mam na to siły! Byłabyś szczęśliwszą. Pomyśl, jutro rano, co za chwila dla ciebie okropna, musisz wesoło udawać, opisywać kłamliwie dzisiejszéj nocy zabawy. Musisz go uścisnąć! myśląc o twoim Karolu, który zgrzytając zębami, bije gdzieś o kamień głową! mi co warto takie życie? Amalja spójrzała na niego, i łzy płynęły jéj po twarzy, zaświecił xiężyc i przejrzał się w téj czystéj rosie
II.
PIERŚCIONEK.
o! za zdrowie twojéj żony, panie Sędzio! A! że sliczną to sliczną masz żonkę, niech mnie diabli wezmą, jeśli nie najpiękniejszą ze wszystkich Sędzin na świecie. Uf! gdybym ja miał taką! — I znowu, i znowu, proszę, bardzo proszę, kiedy już prosiłem, żeby ani słowa o mojéj żonie, ani słowa. Facećje! — Cóż tam za drażliwość u licha? Na tożeś się ożenił, żebyś się wiecznie lękał nawet wspomnieć nawet jéj imienia? E to już żarty panie Sędzio, nie bądź bo zazdrośnym po furmańsku. Naléwam ci nowy kieliszek, za zdrowie twojéj żony — Pijcie panowie! — Vivat! vivat! Pani Sędzina! — W istocie panie Sędzio, rzekł piérwszy współbiesiadnik, ja nie pojmuję jak ty możesz bydź i potrafisz bydź smutny, nasępiony. Nie jest żeś szczęśliwy? — Ba! szczęśliwy! a zaraz szczęśliwy! facećje! — Ciekawyż jestem wiedzieć, co ci do szczęścia braknie? — Braknie, a zaraz braknie! facećje! — Ja nie pojmuję! Liczmy twoje dostatki wszelkiego rodzaju. Naprzód masz lat pięćdziesiąt i — — I zaraz, panie Józefie! Kiedy wasan zawsze głupstwa prawisz! Co to nie wiész niby że w Lipcu na S. Ignacy zaczynam rok trzydziesty dziewiąty, a ty, facećje! — Praw to komu chcesz, ale ja nie wierzę. — Ot! i znowu, nie wierzę, kiedy mówię! Jak dziś dzień; pokazałbym ci metrykę, ale kościół parafjalny, w którym chrzczony byłem, spłonął razem z metrykalnemi — xięgami! — No! więc mijam lata; powtóre masz piéniądze, a przy twoim wieku jeszcze — — I znowu! wieku, facećje! Panie Józefie, opamiętaj się wać, dalibóg ja nie jestem w wieku. Czego ty chcesz — no, patrz; raz, dwa, trzy, jeszcze ci wytnę hołubca i przysiudy, patrz. Albo łydki, albo nogi, to nie tak jak u starego, facećje! — No, w wieku czy nie w wieku, zawsze to drugi dostatek, ładna, młoda, miła, i kochająca żona. — I zaraz! facećje! Panie Józefie! Gdzie tam ładną! po co to gadać! Proszęż cię ani słówka o żonie, kiedy mówiłem że o niéj ani słówka — — A więc, sza! Ale jeszcze kieliszeczek panie Sędzio! doskonały markebrüner. — Upadam do nóg, facećje, markebrüner i niósł do ust kieliszek, a potém zawołał. — A! a! a toż co za figura? Gdy to mówił, wchodził do traktjeru, człowiek młody, blady, blondyn, dość wysokiego wzrostu, nie wykwintnie odziany lecz dość czysto. Płaszcz zrzucił w piérwszym pokoju i posunął się daléj, wszyscy przytomni spójrzawszy na niego, cofnęli się mimowolnie. Nadzwyczajna, śmiertelna prawie, sina bladość okrywała twarz jego całą, oczy miał wielkie, czarne, rysy wszystkie skupione, usta szerokie i otwarte, tak, że dwa rzędy zębów białych, długich, wysuwały się z pod warg bladych. Spójrzenie jego było dzikie i , a tak przejmujące, że spotkanie tego wzroku na długo humor popsuć mogło. Wyraz całéj twarzy godził się z wejrzeniem i uśmiéchem; dziwaczną tajemnicą człowiek ten mimowolnie wzrok ku sobie pociągał, choć przykro było patrzeć na niego. Długie jasne blond włosy, kręcące się niedbale spadały mu na ramiona. Sędzia dwa razy spójrzał na niego i odezwał się do sąsiada po cichu. — Facećje! czysta trupiagłowa, ten jegomość; i oczy i zęby! hm! Panie Józefie? — Prawda! prawda! jakie oczy! — jak węgle; nos, usta, uśmiéch, zdaje się trupia głowa tylko co wyjęta z kośnicy. — A! jakże się rozsmiał, jak gdyby tysiąc lat nie otwierał gęby! — Facećje! takich figur nie powinni wpuszczać do traktjeru, czysta trupia głowa! To psuje apetyt, trawienie, można dostać niestrawności. — A! a! idzie ku mnie! Facećje! czego wasan chcesz? Ba! Mosanie, może kieliszek markebrüner, proszę, pij, pij, i idź sobie z panem , bo — — Bo co! — Bo, ja nie mam czasu. — Dziękuję za wino, rzekł nieznajomy do Sędziego, ale jeśli możesz kawałek chleba — albo — — Co? przerwał Sędzia — alboż, i tu zatrzymał się, lękając nieprzyzwoitym domysłem obrazić nieznajomego. — Tak! tak panie! rzekł cicho przybyły, nie mam co jeść! cha! cha! Nie prawdaż że to się smiesznie panom musi wydawać, po dobrym obiedzie? — Ba! smiesznie, pięknie to smiesznie! facećje! to wcale nie smiesznie! Jedz wasan, masz tu co chcesz, może od samego rana nie jadłeś, a to już po czwartéj! — Tak, to już trzeci ranek jak nic nie jadłem, rzekł nieznajomy z uśmiechem. — Trzeci! trzeci! zawołał Sędzia, facećje, i dziw że tu, że pan tak źle wyglądasz, jak — — Jak trup, — podchwycił sam nieznajomy z uśmiechem, nieprawdaż, że to pan chciał powiedzieć? Wszyscy znajdują, dodał obojętnie, że podobną mam twarz do trupiéj — — Ja, ba! facećje — ja tego nie mówię, rzekł Sędzia mrugając na P. Józefa — ale proszę jeść. Podano, nieznajomy usiadł i zajadał z pośpiechem, potém nagle jakby sobie cóś przypomniał, spiesznie położył widelec i nóż na talerzu, sięgnął ręką do kieszeni bocznéj surduta i spytał obracając się, Sędziego. — Może mi pan zrobisz jeszcze jedną łaskę — — Co? chcesz może kieliszek markebrüner? chętnie! tylko jedz pan wprzódy, żebyś czasem nie umarł. — Nie, tego się pan niémasz co lękać, rzekł nieznajomy; — ale czy nie zechcesz kupić u mnie pierścionka. Głód i potrzeby nieodbite których niémam czém zaspokoić, zmuszają mnie do sprzedania go, chociaż mi jest bardzo drogim — — Facećje! bardzo drogim, pierścionek, po mruknął Sędzia, pokaż no pan, może ja go kupię, dla — — Dla żony kupisz, podchwycił pan Józef. — I znowu! panie Józefie! ba! głupstwa gadasz — kupię dla siebie, proszę pokazać. Nieznajomy dobył z kieszeni i podał obrączkę złotą, gładką Sędziemu. On, wziął ją w ręce, wlepił w nią oczy, przetarł je rękawem, popatrzył znowu, a nareście krzyknął głosem zmienionym. — Facećje! to obrączka mojéj żony! nasza ślubna — — Jego żony! podchwycił nieznajomy — Ha! Proszę mi ją oddać panie Sędzio; ja jéj tobie nie sprzedam, ja żartowałem tylko cha! cha! wybornie. — I uśmiechając się pokazał ogromne dwa rzędy białych jak śnieg zębów, a potém wlepił oczy w Sędziego, tak że on cofnął się krokiem. Nie puścił jednak z rąk pierścionka. — Proszę mi go oddać, bardzo proszę — — Nie, o! nie! facećje! Ja mam oddać mój ślubny, nasz ślubny, dalibóg własny. Zkąd go masz? powiedź. — Jużciż pewnie nie myslisz, żem go ukradł? zawołał nieznajomy i w téj chwili pochwycił tak silnie za rękę Sędziego, że ten ze strachu puścił pierścionek, który po śliskiéj posadzce, potoczył się brzęcząc daleko. Nieznajomy puścił Sędziego i jak kot rzucił się za obrączką. Podpełznął pod kanapę, dostał ją, schował, a nim Sędzia osłupiały miał czas ku niemu się obrócić, zniknął już z traktjeru. — Tego dalipan nie pojmuję, rzekł po chwili przychodząc do siebie Sędzia, — Ba! mój własny, nasz ślubny, ten którym zaręczyłem się i zaślubiłem z moją — I zatrzymał się. — No cóż? boisz się wymówić imienia żony, podchwycił P. Józef. — I znowu! wasan tylko bredzisz, panie Józefie, facećje! Ale dali pan mój własny! Tego nie pojmuję, a ten szałaput, ta trupia główka, poleciał i nie powiedział mi nawet zkąd go dostał. Hm! kieliszeczek markebrüner, panie Józefie. Ta obrączka stanęła mi w gardle, że i wina przełknąć nie mogę. Ta trupia głowa. — Ach, dałbyś już temu pokój! rzekł Józef, wie o co kłopoczesz się panie Sędzio. Tak ci się przydało, to nie twoja obrączka, małoż to jest obrączek i cyfer podobnych! — I znowu! facećje! Wasan same głupstwa prawisz, panie Józefie, zawsze tylko przydało się, przydało, — ale kiedy mówię że napis czytałem, datę widziałem. — Chcesz bydź tego przekonania, a zatém dajmy temu pokój. Chodź panie Sędzio, zagramy w billard jedną partję. — Nie — nie potrafię, ręka mi cóś drży — ten człowiek — — No! porzuć że dzieciństwa, tchórzysz i mięszasz się jak dziécko. — O! dziécko! dawno to już przestałem bydź dziéckiem! facećje — — Chodź w billard — — Oh! I zaraz — — Daję ci dwadzieścia fora! — I zaraz! facećje! Na co mnie fory! Ja wasanu dam trzydzieści. — O co gramy — ta obrączka — ten trupia główka — o co gramy? — O talara. — Dobrze, markier! Hej, zaczynaj pan. Ta obrączka — karambol — dwanaście a trzydzieści — Jakie kije — Jaki billard — Ta obrączka. — Chybiasz Sędzio, jakby naumyślnie — kiks, feler. — Czekaj jeszcze, stoję na matce — dwanaście, dwanaście, jeszcze raz, przegrałeś. — Bo to jakiś billard, bo ja, tfu! ta . — Wypijem markebrüner! — Dobrze! dla odwagi, bo jakoś — ja niewiém. — Co? jeszcze ci ta obrączka stoi w gardle? — Ba, facećje! nie, tylko mi mdło jakoś, duszno tutaj, — ten szałaput tak uciekł. Już to ostatni kieliszeczek. Muszę iść do domu, słońce zachodzi, zaszło nawet podobno, mam robotę jeszcze. — A! nie godzi się Sędzio uciekać od nas, musisz zostać z nami, na czas zawsze! — I znowu, panie Józefie, facećje! Nie mogę, dalipan nie mogę, mam robotę pilną. Upadam do nóg — To już chyba ostatni kieliszeczek; — Ta obrączka! — Ale ten jeden jeszcze — — Ale chyba już ostatni! — Kropla na dnie w butelce została, musiémy jéj dopić Sędzio, kieliszeczek jeszcze. — Już to chyba ostatni, facećje — bo się upiję — ostatni, panie Józefie — Ta obrączka! Hm!
III.
PAN SĘDZIA POWRACA DO DOMU.
pana Sędziego prawie zawsze na tém się kończyły, że dobrze podchmielony powracał do domu; to się nie jednemu zdarza. Tego wieczora około dziesiątéj dowlókł się do bramy swego domu. Spójrzał na okna. W jedném tylko, od pokoju jego żony paliła się świéca. Stuknął w bramę, cicho: — Drugi raz — — Héj, otwórzcie tam, ba! facećje! czy już śpicie! Zaczął potém nie żartem dobijać się i w bramę, a gdy go zabolały kułaki, bił nogami zniecierpliwiony. Po długiéj męce, usłyszał wreście że któś idzie po wschodach. — No! prędzéj, zawołał Sędzia, facećje! noc zimna, dostanę kataru! Spiesz się gapiu! — A kto tam! ozwał się głos nieznajomy wewnątrz domu. — Ja. — Któż ja? — Facećje! Ja — Sędzia! — A czego? — Czego! I znowu facećje! przyszedłem spać do domu! — Spać? ha! a czy zimno tam na dworze? — Ba! i pyta się, czy zimno! a juściż! — Osioł przeklęty, otwieraj no, nie żartuj, bo ci nagrzeję pyski kułakiem, trutniu, Słyszysz no go! facećje, do miljona diabłów! — Zaraz, zaraz otworzę. I któś ten poszedł znowu po wschodach na górę, a Sędzia został pode drzwiami, drżący od zimna. — Oni mnie dziś chcą zamęczyć, facećje! Do mego własnego domu nie puszczają! powarjowali czy co! A otwórzcież łajdaki do trzysta. To mówiąc Sędzia podniósł głowę i spójrzał na okno pokoju żony. Na firance którą zawieszone było okno, widny był cień dwuch osób. Jedna wydawała się z długiemi włosami, w sukni, wyraźnie kobiéta; machała niespokojnie ręką; druga w kapeluszu okrągłym, w płaszczu, wyraźnie mężczyzna, stała blisko piérwszéj, chwytała ją za ręce i nachylała się, aby w twarz pocałować. — A toż co! facećje! zawołał Sędzia, którego policzki ogień gniewu zapalił nagle. Tam któś jest! Zginąłem! u mojéj żony mężczyzna.<br /. — Ach, i ta obrączka, dalipan — całuje ją w twarz, bodaj przepadł, czy mi się marzy! Tak jest! wszak ja dopiéro zacząłem rok trzydziesty dziewiąty! moja żona — I już dłużéj nie mysląc Sędzia uderzył we drzwi z całéj siły, otworzyły się one na wciąż, a on jak strzała, jakby mu lat dwadzieścia odjęto, pobiegł piorunem po wschodach. Zbliżając się do pokoju żony, zwolnił dopiéro kroku i mrucząc cóś pod nosem, nastawił ucha. Ale tego dnia wszystko mu się jakoś nie wiodło, właśnie, kiedy najciekawszy przykłada głowę do klamki i gotuje się , w uchu zaczyna mu potężnie dzwonić i szumieć. — A! przeklęteż to ucho, zawołał Sędzia, nie daje mi nic usłyszéć! Obrócił się na drugą stronę — i w drugiém uchu ten sam hałas, jakby kto grał na cymbałach. Nieprzewidziana fatalność; Sędzia stał jak na rozżarzonych węglach, czekał czy się nie uspokoi w uszach, napróżno, dzwoniło ciągle, nic słyszeć nie mógł, dzwoniło upornie, jak po dwudziestu cztérech kanonikach. Napiły, więc odważny, Sędzia widząc, że na uszy nic rachować nie może, zdecydował się nagle wbiedz do pokoju żony, łapie za klamkę i wpada jak opętaniec. — kto tam! zawołała pani Sędzina porywając się przestraszona. — Co? ha! facećje! to ja, powracam do domu! Wchodząc obejrzał się pan Sędzia uważnie, mysląc że zobaczy gdziekolwiek tę figurę, któréj cień widział tak wyraźnie na firance — nigdzie nie było nikogo. Pani Sędzina siedziała spokojnie za stolikiem i czytała xiążkę. Swiéca paliła się na stole. — Hm! ba! zawołał Sędzia zbliżając się ku żonie, co to wasani czytasz? — Xiążkę. — Ba, juściż to widzę przecię, że nie trzewik, ani pończochę czytasz wasani, ale xiążkę, facećje, pytam ? — Nabożną! — Umf! Zapewne wieczorne modlitwy? może litanją? Był tu któś do odpowiadania Kirje elejson? hę? — Co? — Nie rozumie niby! Chryste, krzyknął Sędzia zapalczywiéj, powiedz wasani gdzie ślubny pierścionek? — Ślubny pierścionek? powtórzyła Sędzina, cóż to znaczy? Niewiém prawdziwie, może go zgubiłam. — Może zgubiłam! tylko! winszuję, facećje! Kieliszeczek markebrüner! zgubiłam! Hm! a nie wiesz czasem kto go znalazł? — Nie. — Ja ci powiém kto. — Słucham. — Trupia głowa. — Panie Sędzio! co panu jest! Oszalał! Czy nie byłeś u kogo na obiedzie proszonym, musiałeś pić — — Przymawiasz mi że jestem pijany! Mościapani, facećje, mam jeszcze oczy, nie zaszły mi blachmalem, widziałem przez okno, jakeście się całowali. — — Całowali! a to cóś nowego! z kimże? — Albo ja wiém, bezecna kobiéto, wołał rozjątrzony Sędzia, zgubiłaś czy oddałaś ślubny pierścionek, całujesz się z kim innym nie ze mną, wiészże ty czém to pachnie? hę? mościapani — — Niewiém. — Rozwodem in forma. — Tylko? cóż to strasznego? — A tylko! facećje! małoż to jeszcze? a gdzie znajdziesz takiego męża jak ja! Amalko! Ty mnie gubisz Amalko, ty mnie gubisz! Wasani nawet i teraz nie płaczesz, wasani mnie do ostateczności przywodzisz; ja umrę z żalu, z desperacij — — Ty z żalu? podchwyciła Sędzina uśmiéchając się — — Facećje, alboż nie mogę. — Bądź pewny że z tego nic nie będzie! Mógłbyś umrzeć z żalu, ale to chyba po stłuczonéj butelce — — Jezu Marja! zrobiłaś mnie Asani pijakiem! A! co tego to nigdy nie daruję — Idę do rozwodu, do rozwodu — Mościa Pani? mam powody, zgubiony pierścionek, nazwać mnie pijakiem — o! do rozwodu idę! Kiedy tak — to tak — — Jak wola twoja, moja duszo, odpowiedziała Sędzina, wszystko to prawda, ale niechże mnie wolno będzie zapytać o twoją obrączkę ślubną? Sędzia zdumiał się chwilę, potém z uśmiechem ironicznym, wystawił jéj dziesięć palców długich, suchych, kościstych, krédą i atramentem powalanych — z zupełném zaufaniem; sam jednak się pomięszał, gdy na nich nie ujrzał pierścionka, bo go w istocie nie było. — No? gdzież jest ślubna obrączka? — A! dalipan! facećje! bąkał Sędzia jeśli wiém co się stało, chyba zgubiłem — — Czy tak? Pan ją zgubiłeś? Pan tak mało dbasz o pamiątki naszego związku, że je gubisz po ulicach!! To ja więc, ja, idę do rozwodu! Ale wprzód pokażę ci, że ja mam moją obrączkę, jam swojéj nie zgubiła. Patrz Pan, oto rok, oto imie twoje — a Pan gdzie swoją podziałeś? Sędzia osłupiał. — Ale moja duszo bądźże wyrozumialszą, rzekł, bo ja dalipan, ja, — — Pewnie oddałeś ją jakiéj — — A! co Wasani gadasz, Pani Sędzino, posądzasz mnie brzydko! — Tak to twoje postępowanie na wierzch wychodzi, wziąłeś mnie młodą z domu na twoje stare lata, rozpustniku — — Otoż jest! stare lata! Trzydziesty dziewiąty, przecie! Wasani głupstwa gadasz! — Chodzisz, mówiła daléj Sędzina, włóczysz się po nocach, pijesz, marnotrawisz ślubne pamiątki, a wróciwszy do domu łajesz i znieważasz żonę — — A! facećje! dalipan, ja się rozczulam! co bo Asani gadasz! Ja dalipan nie wiém co się z tym pierścionkiem stało — Jak mi Bóg miły nie wiém, Pani Sędzino Dobrodziéjko! — Tak, teraz się uniewinniasz, a przed chwilą łajałeś i groziłeś, tyś nic nie winien! Co twoje za życie? Całe dni do późnéj nocy trawisz na billardach, na pijatyce z godnymi koleżkami, a mnie na wieczne nudy zamykasz w domu, zapominasz o obowiązkach, o wszystkiém dla rozpusty — — Ale Pani Sędzino! krzyknął Sędzia, niech mnie ciężkie licho porwie, jeśli ja wiém co się z tą obrączką stało. Dziś jeszcze miałem ją na palcu. Jestem niewinny klękam i przysięgam. — Jednęż to już złamałeś przysięgę? — Pani Sędzino! Amalciu! cierpliwości mi braknie, prawdziwie; dalipan jeśli o to chodzi, ja gotów jestem — — Idź spać — — Istotnie czas, dobranoc, pani Sędzinéj.
IV.
'
— o, mam pieniądze Gustawie. — Już masz znowu? — A mam, dobrze to mieć kochanki, osobliwie zamężne — — Wielce się im dziwuję, jak z twoją trupią twarzą, kochać ciebie mogą. — Myślisz że i ja się nie dziwię temu? To prawda, że mam szczególne do trupiéj głowy podobieństwo, wszyscy to uważają. Ona nawet, co mnie przywykła od dzieciństwa widywać, Amalja, niekiedy to mówi. Szczególne przeznaczenie, chodzić po świecie z trupim pyskiem i ludzi straszyć. To tylko szczęście, że w téj okropnéj twarzy, jest tajemniczy wdzięk i niepojęta władza! Spójrzeniem pociągam razem gdy straszę, kobiety giną za mną! — Cicho, dość, nie piérwszy to raz już słyszę — Mówiłeś mi że masz pieniądze, chodźmy jeść do staréj. — Pójdziemy, a która godzina? — Zapewne blisko piątéj, słońce już się znacznie zniżyło. Wyszli tak mówiąc z mizernego domku na Antokolu i pociągnęli ku miastu. Tłumy ludu i wszelkiego stanu osób korzystając z pięknéj pory wieczornéj, przechadzały się za miastem. Kocze, karéty, drążki, leciały w tumanach pyłu na Antokol, do Sapieżyńskiego ogrodu. Piesze pary powracały powoli do domów, rzemieślnicy to byli z żonami, niżsi urzędnicy, ubożsi kancelliści, adwokaci; a na ich twarzach więcéj było wesołości, niż na tych które wyglądały z powozów. Bulwary jasniały tysiącem różno barwnych kapeluszów, wstążek, szarf, sukienek, chustek; mnóstwo urzędników, wojskowych, pań, panien, sunęło się tam i nazad po nad brzegami Wilij, pod cieniem wyniosłych topoli. Na jednéj z stojących tu ławeczek, siedział mężczyzna z kobiétą. Mężczyzna był mały, krępy, tłusty, łysy, w granatowym starym fraku z krzyżykiem, w żółtéj kamizelce, w palonych bótach, w kapeluszu białym, trzcinę miał w ręku, a mnóstwo dewizek na żołądku brzękało. — Kobiéta, jego towarzyszka, była młoda jeszcze, blada bardzo blondynka, miała w oczach niebieskich wyraz nieopisany anielskiego smutku. Każdy z was wié, bo każdy raz w życiu widział te oczy smutne niebieskie, łzawe, omdléwające, które umiérającego wciągnęły by nazad na świat, gdyby się z jego spójrzeniem spotkały. Ten pan i ta pani był to Pan Sędzia i Pani Sędzina. Dwaj bracia szli z Antokola przez bulwary, Karol zasłonił oczy kapeluszem i leciał jak szalony. Gustaw, jak mógł za nim dążył. Wtém, kiedy oba tak śpieszą, któś im zastępuje drogę. — Za pozwoleniem! odzywa się, proszę pana, dwa słówka panie, facećje! poczekaj chwilę. — Dla czegoż? — Chciałem się Pana spytać! Wszak to Pan byłeś w traktjerze, kiedy — — Kiedy co? mów pan, spieszę się — — Zaraz, kiedy ja byłem i — — Kiedy pan byłeś pijany może? — I zaraz! Wasan zawsze głupstwa gadasz, facećje! Ja nie byłem wówczas pijany i dobrze się przypatrzyłem pierścionkowi, który mi WPan pokazywałeś. Zkąd go wziąłeś, gdzie podziałeś, o to się teraz pytam? — Ja? pierścionek! Ja Pana piérwszy raz w życiu widzę, daj mi pan pokój — — Ba! facećje! piérwszy raz! Ja się nie mylę, niéma takich dwuch twarzy na świecie, przecież jadłeś, piłeś markebrüner. — Wszystko to czyste przywidzenie! daj mi pan pokój! I odszedł Sędzia powoli na ławeczkę do żony wrócił, i usiadł ruszając ramionami a głęboko wzdychając. — Oh! — Cóż to panie Sędzio. — Oh! nic! — Co ci takiego? cicho pytała Sędzina. — Nic! Wtém Sędzia spójrzał na żonę, i z kolei odezwał się: — O! a Wasani czegoś taka blada? Co to jest? zmiłuj się, nie omdlewaj tutaj, jeśli koniecznie masz omdleć, chodź do pawilonu. Tam przynajmniéj znajdziem komu ratować, trzeźwić, a tu, ja nie dam rady. — Nic to, nic, nie bójże się tak, Panie Sędzio, to przejdzie, źle mi się zrobiło, to zapewne krew uderzyła mi do głowy. — Tak! krew, facećje! i dla tego pobladła; co też gada! pobladła jak trup. — A fe! cóż za obrzydliwe wyrażenie. Sędzina się wzdrygnęła. — Może, moja duszo, rzekł Sędzia po chwilce, pójdziemy się przejść po Sapieżyńskim ogrodzie, tam mniéj pyłu. Dziś nawet podobno biją fontanny, chciałbym zobaczyć, chodź, chodź Pani Sędzino. — Nie, do Sapieżyńskiego ogrodu nie pójdę. — A dla czegoż? mogłaś tyle razy przecie. — Co Pan mówisz? Sędzina znowu pobladła i zadrżała. — Nic nie mówię, tylko się duszko nie irrytuj, widzę, że ci niedobrze — gotów jestem do domu ci służyć. — Chodźmy do domu. I poszli. Dwaj bracia weszli tymczasem w miasto i kręcili się zaułkami, póki się nie zbliżyli do jednego domku, na brudnym żydowskim zaułku. Kto nie był w Wilnie i nie przebiegł tych dziwacznych zakątów miasta, w których się wszystkie jego kryją brudy, ten wyobrazić sobie nie potrafi, co to zaułek Wileński — i dom na zaułku. Opiszem tylko ten, do którego szli nasi dwaj bracia. Zprzodu od ulicy widać tylko było wysoką jego ścianę, nie mającą koloru, poznaczoną wzdłuż zaschłemi strugami wylewanych pomyj, spękaną i brudną; w niéj wisiała stłuczona brama na jednéj zawiasie, a w téj otwarta furtka wewnątrz prowadziła pieszych, zwieszona nad samym rynsztokiem, który sączył brudne wody po dnie najeżoném wszelkiego rodzaju szczątkami, jarzyn, owoców, mięs. W oknach wychodzących na zaułek, jednéj całéj szyby nie było, niektóre z nich były pozamurowywane do połowy, inne pozatykane. Wszedłszy do środka domu, po prawéj ręce widać było wschody brudne, zbłocone i W głąb ciągnął się dziedziniec brukowany, pełen śmiecia i gnojów, a na około wnętrznych ścian kamienicy ciągnęły się z piérwszego piętra chwiejące galerje, na które wychodziły ciemne okna tylnych mieszkań. Gdzie niegdzie z górnych piętr spuszczała się w dół rynna drewniana, po któréj ściekały wiecznie zlewane nieczystości i pędziły środkiem dziedzińca łącząc się z rzeczułką płynącą w bramie domostwa. Chude psy wałęsały się na śmieciskach, a koty miauczały na dachach. Dwaj bracia pominąwszy wschody na prawo idące w kamienicę, weszli daléj w dziedziniec i galeryą udali się aż do drzwi w końcu na lewo położonych. Karol idący przodem zastukał raz, dwa, trzy; stukanie rozległo się po kamienicy, w któréj chwilą wprzód głęboka panowała cisza. Kilka kotów zbudzonych przebiegło galerjami, zamiauczało i znikło. Stara baba wysadziła głowę z jednego okna i chropawym głosem odezwała się: — A kto to tam? — To ja. — To ty! a! zaraz otworzę. W istocie wkrótce drzwi się otwarły i dwaj bracia weszli do ciemnych sionek, zapakowanych beczkami, cebrami, balijami, balijkami i necułkami. Te pominąwszy znaleźli się w dość ciemnéj izbie, brudnéj jak dom cały. — Stara, odezwał się wchodząc Karol, dawaj jeść, mamy pieniądze. — Chwała , odezwała się kobiéta szydersko, spoglądając zpod nawisłego czépka; Pan Karol wydurzył już u jakiéjś. — Cicho, stara, cicho, dawaj jeść. — Dobrze, ale dajże pieniędzy, pójdę kupię, bo w domu nic niéma. — Ba! jak wezmiesz pieniądze, to tyleśmy ciebie i jedzenie widzieli. — Pamiętaj no, odezwała się stara obrażona, że jeśli mi ty przycinać zaczniesz, to i ja mam ci się czém odciąć. — Cicho, stara sekutnico, krzyknął Karol. — Otoż nie będę cicho, wrzasła stara, będę ci bić w uszy, będę przypominać moją córkę. A gdzieś ją podział — a cóś ty z nią zrobił, łotrze! — Twoja córka! cha! cha! Albo ja wiem, co się z nią stało, rzekł Karol, kołysze się może na kolanach nowego kochanka, wszak ich miała krociami. — Prawda! przerwała stara z gorzkim wyrzutem, ale kto ją nauczył tego przeklętego kochania? Kto ją rzucił w ten świat kochanków, zerwawszy z jéj ust piérwszy niewinności pocałunek — a ostatnie tchnienie jéj cnoty! O! Panie Karolu! tyś biały na twarzy, ale dusza twoja czarna przed ! A te nędzne mieszkanie, do którego doszłam na starość, czy to nie z twojéj łaski. Byłam niegdyś w daleko lepszéj doli, a teraz ty mi twoją nędzną zapłatę wymawiasz! — No! porzuć babo te błazeństwa, przerwał pięścią o stół bijąc Karol. Dasz nam co jeść, czy nie? pójdę gdzieindziéj, niewstrzymany babski języku, kwoko stara! — Dam ci, dam jeść, mój Panie, kiedyś się jeszcze nie najadł tylą ludźmi, których powpędzałeś do grobu, obmierzły trupie. Karol porwał się z miejsca, poskoczył do staréj z ściśnionemi pięściami, oczy jego iskrzyły się okropnie, usta miał otwarte i sine, z których białe zgrzytające świeciły zęby, bladość śmiertelna okrywała twarz jego. — Stara! krzyknął, strzeż się, znasz mnie, wiesz już co ja umiem. — A cóż umiesz? zabijać! — wzrokiem i ręką, przerwała nieustraszona, ale moje dni policzone, nie boję się nikogo, dość już żyłam na tym świecie, stanął mi świat w gardle kością. — No, bez lamentów, dawaj jeść, jeśli masz co, i koniec. Przez cały ciąg téj rozmowy Gustaw wcale się do niéj słowy ani ruchem nie wmięszał, stał w oddaleniu milczący i przebierał palcami po szybie stłuczonéj. Stara poszła nareszcie do szafki stojącéj w kącie, wyjęła z niéj potłuczone półmiski, talerze, zaschłą pieczeń i inne resztki obiadu. Jak tylko postawiła je na stole, Karol rzucił się chciwie i pożerał, rozdziérał, chwytał, rozrzucał kości do koła, nie odzywając się ani słowa więcéj. Gustaw niekiedy ukradkiem patrzając na niego jadł powoli, wkrótce wstał jakby nasycony, i milczący, poszedł znów bębnić palcami po szybie. Karol dłużéj siedział za stołem, potém otarł usta, rzucił dwa złote, porwał płaszcz i czapkę i trzaskając drzwiami się oddalił. Gustaw pozostał; zaledwie usłyszał jak Karol pobiegł po galeryi i oddalał się, odstąpił od okna, siadł za stołem, podparł się na łokciu i rzekł cicho do staréj: — Cóż moja stara? — Nic nowego, Panie Gustawie, jeszcze mi serce krwią zabiega, wspomniawszy na twojego niegodziwego brata. Gustaw westchnął lecz milczał. — Co za poczwara, mówiła daléj stara trzęsąc głową, co to on kobiét pogubił, a żeby kiedy pożałował, żeby do niego kiedy przemówiło sumienie. Wszakże to, Panie, nikt z nas bez grzechu, ale człowiek się przynajmniéj przed sobą wyspowiada, pożałuje, a on! — Daj mu pokój, rzekł Gustaw, znam już ja jego lepiéj od ciebie, całe jego życie w rozpuście i szale; całe życie w nadskakiwaniu kobiétom, które dziś kocha, jutro porzuca, zwodząc bez miłosierdzia. — O! biédna moja Krysia! rzekła stara z oczyma łez pełnemi, taka była dobra, miła, łagodna, póki jéj nie poznał. I cóż? wieszże? Pamiętasz, Panie Gustawie, kiedy wróciwszy z podróży, zastałeś już moją Krysię grymaśną, dziwaczną, po głowie jéj chodziły tylko karéty, perły, piękne suknie i drogie kamienie, we śnie nawet, biédna, szalona Krysia, przypominając słowa zwodziciela, chwytała firanki starego łóżka, wołając, żeby jéj podali suknię balową. Biédna uciekła od staréj, niedołężnéj matki do świata i dla świata! dla pustéj młodzieży, która ją tylko jak podłe i niegodne żadnego względu, chwilowéj swojéj roskoszy narzędzie! Uciekła, zmarnotrawiwszy wprzód to, com dla niéj całe życie z uszczerbkiem zdrowia i wygód zbiérała. Teraz prawda jeździ ona w karécie, ale nie na długo; mało warte to szczęście, które się na pięknéj twarzyczce opiéra, mało warte szczęście, któremu obca cnota i sumienie. Okropna to rzecz, Panie Gustawie, mieć serce matki na to tylko, żeby niém czuć wszystkie cierpienia, jakie tylko są na świecie, a żadnéj, żadnéj biednéj pociechy! To mówiąc stara poszła do okna ociérając łzy fartuchem.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Pan Karol.
